Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielki post. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielki post. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 lutego 2015

Co by tu w tym poście...

Ameryki nie odkryję - Wielki Post się zaczął, i w życiu człowieka wierzącego powinno to skutkować pewnymi zmianami, założeniami, pomysłami na ulepszenie siebie. 

Mądry nie jestem, więc oddaję głos autorom natchnionym, ba, nawet starotestamentalnym:
 "Czemu pościliśmy, a Ty nie wejrzałeś? Umartwialiśmy siebie, a Tyś tego nie uznał?" Otóż w dzień waszego postu wy znajdujecie sobie zajęcie i uciskacie wszystkich waszych robotników. Otóż pościcie wśród waśni i sporów, i wśród bicia niegodziwą pięścią. Nie pośćcie tak, jak dziś czynicie, żeby się rozlegał zgiełk wasz na wysokości. Czyż to jest post, jaki Ja uznaję, dzień, w którym się człowiek umartwia? Czy zwieszanie głowy jak sitowie i użycie woru z popiołem za posłanie - czyż to nazwiesz postem i dniem miłym Panu? Czyż nie jest raczej ten post, który wybieram: rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić wolno uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać; dzielić swój chleb z głodnym, wprowadzić w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pańska iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On [rzeknie]: "Oto jestem!" Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem. (Iz 58, 3-10)
Nawróćcie się! Odstąpcie od wszystkich waszych grzechów, aby wam już więcej nie były sposobnością do przewiny. Odrzućcie od siebie wszystkie grzechy, któreście popełniali przeciwko Mnie, i utwórzcie sobie nowe serce i nowego ducha. Dlaczego mielibyście umrzeć, domu Izraela? Ja nie mam żadnego upodobania w śmierci - wyrocznia Pana Boga. Zatem nawróćcie się, a żyć będziecie. (Ez 18, 30b-32)
To z kilku tych pierwszych dni adwentu - Izajasz z liturgii słowa (a także z godziny czytań), a Ezechiel z któregoś czytań brewiarzowych.

Nie czuję się kompetentny, aby pouczać czy mówić, co trzeba, a czego nie trzeba - tym bardziej, że jakimś tytanem pracy wielkopostnej niewątpliwie nazwać mnie nie można. Michał Lewandowski vel Teolog na manowcach zaproponował na swoim blogu bardzo ciekawą sprawę - nie mówić o Bogu przez ten czas, ale w tym sensie, żeby przestać gadać, a posłuchać Go naprawdę mocno. Kuszące. Tym bardziej, że ja teraz w ogóle niewiele mówię - siedzę, staram się coś wchłaniać z wiedzy, uczyć. Jest inaczej i na swój sposób fajnie.

Ten okres to post, modlitwa i jałmużna. Postem jako wyrzeczeniem - a nie tylko czymś fajnym, bo to trendy, zdrowe, robi się popularne. Z własnej nieprzymuszonej woli i nie dla siebie - ale ku Bogu i dla Niego (a jeśli to komuś dobrze zrobi, to tym lepiej). U mnie, niestety, nie bardzo, bo żeby mieć trochę siły i zmusić szare komórki do pracy, to raczej jem więcej niż mniej, i to nie do końca najzdrowiej. Modlitwą jako czymś, czego ma być... No właśnie. Więcej? Pewnie dobrze by było. Czyli jak się nie modlę, to żebym zaczął. A jak się coś tam modlę, to żebym spróbował, żeby to było sensowniejsze, może bardziej systematyczne, żeby przemodlić może więcej sytuacji życia, nawet najprostszych (mój mały sukces - ostatnio, gdzie nie idę, jakoś tak chwytam za różaniec - i to jest już mimowolne, z czego się cieszę). Jałmużną przede wszystkim nie jako formą zabicia czy uciszenia wyrzutów sumienia, skonsumowaniem nadwyżki, tego z czego mi zbywa. To nie jest jałmużna - bo jałmużna to dar serca, odjęcie sobie czegoś i świadoma rezygnacja po to, aby ofiarować to Jemu w jakiejś intencji. Nie musisz tego wrzucić do skarbonki w kościele - daj potrzebującemu, o ile znasz i wiesz, że możesz pomóc.

Ruszamy. Żeby za te 40 dni - a właściwie już mniej - nie westchnąć z poczuciem pewnej normalności i jakby już tradycji: cóż, chciałem dobrze, a wyszło jak zwykle... To jest czas dla mnie - Bóg go nie potrzebuje. To ja mam go wykorzystać dobrze.

To dobry moment na postanowienia i wyrzeczenia - a nuż, uda się coś zmienić. Ja codziennie modlę się za tych, którzy cokolwiek postanowili, żeby wytrwali i trwali w tym nie dla siebie, ale dla Boga. Dobra rada - nie warto się rzucać od razu na heroizm, jak człowiek ma problemy z rzeczami najprostszymi; powoli, po mału. Aby była progresja.  

piątek, 11 kwietnia 2014

Rekolekcje w necie

Wielki Post zbliża się dużymi krokami do końca, a ja jakoś nie miałem czasu na rekolekcje. Te parafialne - hmm, wczoraj się skończyły. Sądząc po niedzielnej homilii - całkiem w porządku, ale nie miałem jak być.

Dlatego poniżej moja autorska lista ciekawych rekolekcji do posłuchania/obejrzenia w necie. Takie naprawdę fajne - ludzi, którzy mają coś do powiedzenia:
Życzę każdemu - w tym sobie - żeby dobrze przeżyć te swoje rekolekcje, jakie by one nie były, nawet w tym codziennym bieganiu. 

Z kolei od wczoraj - wraz z nowym (format!) TP wpadła mi w ręce książeczka z medytacjami via dolorosa ks. Adama Bonieckiego. Heh, no piękne - proste, krótkie i mocne. Tak, jak lubię. 

sobota, 13 lipca 2013

Przykazanie wersja XYZ+1

Przede wszystkim problem jest nieco nadmuchany - o tyle, że Watykan jeszcze zmiany nie zaakceptował ("Nowe sformułowanie przykazań kościelnych wymaga jeszcze zatwierdzenia przez Stolicę Apostolską"), co jednak zapewne jest zaledwie formalnością.

Rozchodzi się o zmianę obowiązujących w Polsce przykazań kościelnych, a dokładnie czwarte z nich - przytoczę, aby nie było wątpliwości (nie kryję się, sam mam z tym problem, trzydziestki nie mam, a jest to już któraś wersja znana mi, dość inna od uczonej w podstawówce): 
  1. W niedziele i święta nakazane uczestniczyć we Mszy Świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych.
  2. Przynajmniej raz w roku przystąpić do Sakramentu Pokuty.
  3. Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię Świętą.
  4. Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w okresach pokuty w okresie Wielkiego Postu powstrzymywać się od udziału w zabawach.
  5. Troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła.
Zmiana dość widoczna, pokreśliłem (skreślone - tak jest dzisiaj; nadpisane - tak miało by być po zmianie). Dla mnie ta cała sytuacja jest o tyle dziwna, że formalnie rzecz biorąc zmienia wiele - bowiem wprost ogranicza zakaz zabaw (już nie "hucznych") do nie tyle "okresów pokuty", co interpretuje się jako Adwent i Wielki Post razem - a literalnie do Wielkiego Postu. Za to Episkopat Polski i sporo ludzi o odpowiedniej wiedzy i pozycji (zaczynając od sekretarza generalnego KEP bp. Wojciecha Polaka, którzy przedstawił informację) od razu zaczyna tłumaczyć sytuację w tonie "ale właściwie to się nic nie zmieniło". No to w końcu - jak?

Zmiany są możliwe i dopuszczalne - to nie przykazania Boże, które jak Bóg podał Abrahamowi, tak jest ich 10 i będą takie same (wbrew różnym teoriom spiskowym). Tutaj brzmienie może być różne, w zależności od miejsca świata, uwarunkowań kulturalnych. Sami widzimy - tak jak prawo cywilne, w tym zakresie w Polsce zmian jest bardzo dużo (ewolucję widać czytelnie na zmianach nanoszonych w wersji KKK na Opoce). Zapis 2041 tegoż Katechizmu mówi, że "Przykazania kościelne odnoszą się do życia moralnego, które jest związane z życiem liturgicznym i czerpie z niego moc. Obowiązujący charakter tych praw pozytywnych ogłoszonych przez władzę pasterską ma na celu zagwarantowanie wiernym niezbędnego minimum ducha modlitwy i wysiłku moralnego we wzrastaniu miłości Boga i bliźniego:" Czyli takie wskazówki, zestaw podstawowych spraw, które porządny katolik powinien ogarniać. Ustanowione (w przeciwieństwie do przykazań Bożych) przez ludzi, pierwszy raz bodajże w XIII w., w liczbie pięciu chyba od czasów soboru trydenckiego (XVI w.). 

Większość mniej więcej równolatków zna pewnie wersję w brzmieniu ustalony przez polski Episkopat w 1948 r. (wtedy obecne IV przykazanie było jeszcze jako V w brzmieniu "W czasach zakazanych zabaw hucznych nie urządzać"), potem była zmiana w 1994 r., corrigenda z 1998 r. Nie da się ukryć - sporo wersji, książeczki do nabożeństwa w domach często dość stare, więc było pewne zamieszanie - które tenże Episkopat w 2001 r.wyprostowywał, publikując wprost obowiązującą wersję. Z kolei w 2003 r. powstał list biskupów wyjaśniający, o co chodzi. 

Wracając do tematu - na czym polega zmiana? Ano na tym, że teoretycznie zakaz zabaw obejmuje tylko Wielki Post. Czyli bez piątków w ciągu roku - od których wyłączone były te przypadające w dni świąteczne. Zmiana przykazania nie wpływa na zmianę tego, że piątek pozostaje dniem pokutnym - czyli obowiązuje wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych (przyznaję się, ja mam z tym problem - nie celowo, po prostu bezwolnie, w ogóle o tym zapominam). Ktoś może to nazywać drobiazgowością, skoro ludzie (bo nie Bóg to wymyślił) sami sobie ustanawiają przykazania w zakresie spraw, które powinny być oczywiste - bo oczywiste były dla pierwszych z nas, którzy rozchodzili się na świat z Jerozolimy przeszło 2000 lat temu. Im nikt nie musiał pisać przykazań, żeby brali udział w niedzielę w Eucharystii, a kiedy indziej pilnowali postu czy regularnie spowiadali się. Idziemy coraz bardziej na łatwiznę i te przykazania to wyraz (często nie rozumianej) mądrości Kościoła, który licząc na posłuszeństwo w duchu wiary - bo co może zrobić, jak zagrozić? - wskazuje: tędy, kieruj się tym, postaraj się, daj coś z siebie. Nie sztuka dla sztuki, post dla postu czy schudnięcia i fajnej na lato sylwetki - ale w jakiejś intencji, w jakimś szlachetnym celu, dla czegoś wyższego. Bo i pościć i unikać zabaw można zupełnie bezmyślnie - aczkolwiek literalnie, zgodnie z przykazaniami - i nic to nie da. 

Dobre jest to, że Kościół jednoznacznie wskazuje, że mylne było by za okres pokutny traktowanie Adwentu - z czym w mentalności ludzi do dzisiaj spotykam się nagminnie. W tym sensie sprecyzowanie przykazania co do Wielkiego Postu wprost jest potrzebne. Wyjaśnienie biskupów z 2003 r. w ramach wspomnianego listu mówiło, iż "Powstrzymywanie się od zabaw obowiązuje we wszystkie piątki i w czasie wielkiego postu. Przypominamy w ten sposób wszystkim uczestnikom zabaw oraz tym, którzy je organizują, by uszanowali dni pokuty, a zwłaszcza czas Wielkiego Postu". 

Co powodowało biskupami do tegorocznej zmiany? Bp Marek Mendyk, przewodniczący Komisji Episkopatu ds. Wychowania Katolickiego, tłumaczył, że chodzi o >"wyjście naprzeciw sytuacji praktycznej". Rozmaite imprezy rodzinne czy szkolne często i tak są przenoszone na piątek. Biskupi nie chcą więc walczyć z wiatrakami. - Wchodząc naprzeciw sytuacji praktycznej, biskupi polscy zawężają czas zakazany, w którym nie należy organizować i uczestniczyć w zabawach, do Wielkiego Postu, co nie znaczy, aby nie powstrzymać się od nich w pozostałe piątki roku<.

Ja nie mogę się oprzeć poczuciu, że biskupi poszli w pewnym sensie na łatwiznę. Zgadza się, coraz więcej obchodów i uroczystości - szkoła, praca, rodzina - odbywać się zaczyna w piątki, także np. śluby. Ludziom zależało czasami na dyspensie - więc księża ją dawali, i sprawa z założenia jako wyjątek coraz bardziej szła w kierunku reguły. Argumentacja przedstawiona powyżej mnie nie przekonuje - skoro nadal wymagana jest wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych (plus inne czyny pokutne: modlitwa, jałmużna, umartwienie, post), czyli wyrzeczenie bardziej może wewnętrzne i niewidoczne, czemu odpuszczono na polu bardziej widocznym?  Przede wszystkim - tak zupełnie praktycznie - o ile ktoś chce zorganizować imprezę, to i tak musi o dyspensę się starać - tyle że nie na imprezę samą w sobie, co na spożywanie w jej ramach mięsa. 

Mnie się wydaje, że to krok w złym kierunku, pójście właśnie na łatwiznę. Co więcej - potwierdzają to głosy wielu internautów. Kościół - nasz, katolicki - tym się odróżnia i za to jest często ceniony, że wiele kwestii jest takich samych i pewnych sfer się nie dotyka. Oczywiście, jak mówiłem, to zagadnienie jest jak najbardziej możliwe do zmiany - ale czy to oznacza, że należało zmiany dokonać, i świadczy o właściwości zmiany dokonanej? Mam wątpliwości. Wielu ludzi tego nie respektowało zakazu zabaw piątkowych - ich wybór, czy to znaczy, że należy z tego powodu zmienić zasadę dla wszystkich. W Ewangelii jest taki fragment o owcach, jak to Pasterz zostawiał 99 i szukał 1, która się pogubiła - a tu mam wrażenie, że tych 99 powinno się dostosować do tej 1 pogubionej, a de facto to właśnie w ramach przykazania zafundował nam Episkopat. 

Przecież tak naprawdę piątek - czy się go nazwie dniem pokutnym, czy nie - od zarania chrześcijaństwa był dniem szczególnej refleksji, i dopiero z tego wypływały dalsze praktyki: wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych czy zabaw. I pozostanie takim, ale opuszczono poprzeczkę w dół - po co? Mało osób robi to samemu? 

Warto też zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. Jaki dzisiaj powinien być post? Czy dla wegetarianina czy człowieka na diecie post będzie w ogóle jakimś wyrzeczeniem? No nie. Post - poza tym, co nakazuje Kościół wprost, powinien być świadomym wyborem w sercu każdego człowieka - rezygnacji dobrowolnej z czegoś, co mam pod ręką, co lubię i zajmuje czas, bardzo często odwodząc od Boga. Sam z siebie to zostawiam w jakiejś pobożnej intencji czy sprawie. O to chodzi - jeden wyłącza komórkę, inny nie siada do komputera, jeszcze inny nie opycha się słodyczami, a ktoś inni robi jeszcze coś innego, np. zamiast kolejnej pary butów czy jakiegoś ciucha przeznaczy te pieniądze na zbożny cel czy po prostu wesprze bezdomnego. 

czwartek, 28 marca 2013

Posłani na peryferia

Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty syna Szymona, aby Go wydać, wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. Podszedł więc do Szymona Piotra, a on rzekł do Niego: Panie, Ty chcesz mi umyć nogi? Jezus mu odpowiedział: Tego, co Ja czynię, ty teraz nie rozumiesz, ale później będziesz to wiedział. Rzekł do Niego Piotr: Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał. Odpowiedział mu Jezus: Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną. Rzekł do Niego Szymon Piotr: Panie, nie tylko nogi moje, ale i ręce, i głowę. Powiedział do niego Jezus: Wykąpany potrzebuje tylko nogi sobie umyć, bo cały jest czysty. I wy jesteście czyści, ale nie wszyscy. Wiedział bowiem, kto Go wyda, dlatego powiedział: Nie wszyscy jesteście czyści. A kiedy im umył nogi, przywdział szaty i znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy Mnie nazywacie Nauczycielem i Panem i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem. (J 13,1-15)
Co roku mam problem - o którym z tych dwóch tekstów pisać: ewangelii z Mszy Krzyżma, czy z Wieczerzy Pańskiej. Chyba jednak ten drugi jest ważniejszy. 

Myślę, że nazwanie dzisiejszego dnia dniem kapłana i Eucharystii nie jest przesadą. Wszystko, czego dostępujemy dzięki posłudze kapłańskiej i co otrzymujemy z eucharystycznego stołu - pochodzi i swój początek ma właśnie tam, w wielkoczwartkowy wieczór w wieczerniku. Nie z Bożego kaprysu - ale z bezgranicznej miłości, w imię której Jezus "umiłowawszy swoich, któzy byli na ziemi, do końca ich umiłował"
(moje ulubione sformułowanie, o ile pamiętam, ujęte w IV modlitwie eucharystycznej). Bóg-człowiek, świadomy jak nigdy przedtem swojego posłannictwa, rodowodu, misji i nieuchronności zbliżającej się rzeczywistości krzyża, a jednocześnie świadomy zbliżania się ku Bogu Ojcu... czyni coś zupełnie po ludzku niezrozumiałego. Staje przed uczniami nagi, jedynie przepasany prześcieradłem - i zaczyna obmywać im nogi. Piękny gest, którego chyba nigdy w naszej katedrze nie uraczyłem. Absurdalność po ludzku tego gestu najlepiej rozumie sam Piotr - oponuje, nie zgadza się, po czym ustępuje w końcu. 

Ten niesamowicie piękny gest naśladuje dzisiaj papież Franciszek - jako kardynał w 2001 r. obmył nogi chorym na AIDS! - odprawiając tę jedyną w swoim rodzaju w roku liturgicznym Mszę... w zakładzie karnym dla nieletnich. Kolejny ludzki paradoks - widoczny zwierzchnik Kościoła na ziemi swoją posługą dociera do tych nawet przez świat przekreślonych, pogubionych, stłamszonych i naznaczonych, mimo młodego wieku, ciężarem błędów i konsekwencji ich popełnienia. Piękny gest, króciutka kilkuminutowa homilia - powrót do źródeł? Oby. Zero pompatyczności, przepychu, celebry (celebrytyzmu?) - po prostu treść odarta z czasami przesadzonej i zasłaniającej kontekst formy. Skoro dla Jezusa w tak ważnym momencie najistotniejszym było umywanie nóg - co ja z tym zrobię? Nie po to On wezwał do czynienia tego samego innym. Jesteśmy powołani do bycia dla drugich bardziej, niż dla siebie, dla swojego ego. 

Wczoraj, podaczas pierwszej audiencji generalnej, w miesiąc równy po rezygnacji Benedyka XVI, Franciszek mówił: "W Chrystusie Bóg dał nam pewność, że jest z nami, pośród nas. Powiedział: „Lisy mają nory i ptaki powietrzne - gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć” (Mt 8, 20). Jezus nie miał domu, bo jego domem byli ludzie, to my, jego misją było otworzenie wszystkim bram Boga, uobecnianie miłości Boga." To my jesteśmy i mamy być dla Boga domem, z którego będzie On mógł wychodzić i docierać na cały świat, i którym my sami ze swojego serca będziemy chcieli i potrafili się dzielić z innymi. Ważna jest Eucharystia - ale bez człowieka, którego serce ma ona umacniać na drodze, nie ma czemu służyć. Niewątpliwie to największy chyba dar dla nas - jednak czy miał by on jakikolwiek cel sam w sobie, bez tych, których miała by ona umacniać, karmić, posilać? Nie wierzę, aby Bóg działał bez celu. Mamy Eucharystię, bo i sami jesteśmy - idąc, mniej lub bardziej sensownie przez ten świat, po to aby móc się nią karmić. Bez znaczenia jest, że dzisiaj tamten wieczernik to muzeum, gdzie Mszy się w ogóle nie odprawia. Ważne jest, że ciągle trwa i ma dla kogo trwać na całym świecie dokonywanie na Jego pamiątkę tego, co po raz pierwszy sam Jezus uczynił, wtedy i tam właśnie, 

Myślę, że nazywanie dzisiejszego dnia "dniem księdza" to nie przesada. Takim zbiorowym - bo co innego dzień poszczegónych rocznic święceń, inna sprawa. To dzień, w którym kapłani dziękują za ten wielki dar, złożony w słabe i często po prostu niegodne ręce. Kiedyś pewien ksiądz powiedział mi, że za nich trzeba się modlić - nie mają rodzin, dzieci, wnuków, którzy by to robili potem; jeśli zapomną o nich ci, którym służyli, pamięć zachowa tylko Bóg. Jest w tym dużo prawdy. Mamy bardzo wiele powodów, aby modlić się za kapłanów. Kiedy są słabi, upadają, robią coś nie tak, ulegają tak bardzo ludzkim słabościom, kręcą się jakby uwięzieni i nieszczęśliwi - przede wszystkim o dar odnajdywania woli Bożej w ich życiu i tym posługiwaniu. Kiedy dają piękne świadectwo, docierają do wielu serc ludzkich, mobilizują, dają dobry przykład, angażują się w różne formy działania - tym bardziej, żeby doby Bóg dawał im siły, aby pozwolił (On sam jako ten, który daje wzrost) owocować efektom ich prac nie tyle najbardziej spektakularnie, co najlepiej. Warto się za nich modlić - nie tylko właśnie, gdy usłyszymy coś mądrego, przekonywującego, trafnego; przede wszystkim wtedy, kiedy mam wrażenie, że w życiu nie słyszałem bardziej beznamiętnie przeczytanego z kartki tekstu albo bardziej pokręconego, niespójnego i przypadkowego "rzeźbienia" na żywo tzw. homilii. Oni są dla nas, żadni supermeni w czarnych ciuchach, a ludzie nierzadko jeszcze od nas słabsi. Przecież moc w słabości się doskonali. 

Nie wiem, czy rację miał ks. Twardowski pisząc, że kapłaństwa się boi, lęka. Mnie się bardziej wydaje, że w kapłaństwo - jako dar i łaskę od Boga, nie dla siebie ale do rozdawania swoimi rękami dla innych - po prostu dany człowiek musi uwierzyć, aby mogło dzięki niemu przynosić owoce. Z niewolnika nie ma pracownika - nieszczęśliwy kapłan owoców nie przyniesie. 

Ja w tym dniu szczególną pamięcią otaczam tych, którzy już odeszli, a z których bogactwa kapłaństwa i posługi czerpałem. A różni, wierz mi, oni byli. Tym niemniej, bez względu na słabości, a może właśnie ze względu na nie szczególnie zasługiwali na szacunek, codziennie się z nimi mierząc. Bóg cały ten Kościół składa w bardziej niż kruche ręce nas, grzeszników - a kapłani nie biorą się z Marsa, tylko spomiędzy nas. Takich kapłanów mamy, jak się modlimy. Czyli jest duże pole do popisu jeszcze. A oni, kapłani, jak to ujął papież Franciszek, mają jeszcze więcej do zrobienia i do dotarcia aż na peryferia - miast, ale przede wszystkim ludzkich. Chociażby po to, aby ci, którzy tam żyją, widzieli w nich i przez nich, że On jest a oni nie są Mu obojętni. 

poniedziałek, 18 marca 2013

Płodnego Wielkiego Postu

Te słowa co prawda pisał tylko dla swojej diecezji, dzisiaj jednakże wybrzmiewają w mojej ocenie jako pierwsze przesłanie dla świata. Wtedy jeszcze nie papieża - jednak niewątpliwie osoby mającej bardzo wiele do powiedzienia, o ile tylko znajdą się chętni do słuchania. 

Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty.Wróćcie już teraz do Pana, waszego Boga,bo On jest współczujący i łagodny,nieskory do gniewu, bogaty w miłosierdzie.
Powoli przyzwyczajamy się do słuchania i oglądania, dzięki środkom społecznego przekazu, czarnej kroniki współczesnego społeczeństwa, przedstawianej z nieomal perwersyjną radością, a także przyzwyczajamy się do tego, by jej doświadczać i by ją odczuwać w naszym otoczeniu i na sobie. Dramat rozgrywa się na ulicy, w dzielnicy, w naszym domu, i – dlaczego by nie – w naszym sercu.
Wszystkie maski świata
Żyjemy z przemocą, która zabija, która niszczy rodziny, wywołuje wojny i konflikty w tylu państwach świata. Żyjemy z zawiścią, nienawiścią, oszczerstwem, świeckością w naszym sercu. Natomiast cierpienie niewinnych i nastawionych pokojowo nie jest dla nas policzkiem.
Pogarda dla praw osoby i narodów słabszych nie leży daleko od nas. Potęga pieniądza z jego demonicznymi skutkami, jak narkotyki, korupcja, handel żywym towarem – łącznie z handlem dziećmi – w połączeniu z biedą materialną i moralną to moneta obiegowa.
Upadek godnej pracy, smutek emigracji i brak perspektyw dołączają do tego chóru, a nasze błędy i grzechy jako członków Kościoła też nie są czymś obcym. Nasz własny egoizm, choć potrafimy go usprawiedliwić, nie jest przez to mniejszym grzechem. Brak wartości moralnych w społeczeństwie wkracza do rodzin, do dzielnic, do miasteczek i miast, mówi nam o naszych ograniczeniach, o naszej słabości i naszej niezdolności do tego, aby naprawić tę niekończącą się listę czynników sprzyjających destrukcji.
Pułapka, w której doświadczamy naszej niemocy, zmusza nas do refleksji: Czy ma sens próba zmiany tego wszystkiego? Czy możemy w związku z tym coś zrobić? Czy warto w ogóle chcieć coś zmieniać, jeśli świat kroczy w tańcu karnawałowym, traktując wszystko jako tylko chwilowe? Oczywiście, gdy już maski opadną, ukazuje się prawda i – choć dla wielu zabrzmi to anachronicznie – znowu pojawia się grzech, który rani nasze ciało z całą swą niszczycielską mocą, wykrzywiając przeznaczenie świata i historii.
Na wirażu
Wielki Post ukazuje się nam jako krzyk prawdy i pewnej nadziei, która przychodzi do nas, by odpowiedzieć, że tak, że można nie używać makijażu i nie trzeba sztucznie się uśmiechać, jakby nic się nie stało. Tak, jest możliwe, że wszystko będzie nowe i odmienione, ponieważ Bóg ciągle jest „bogaty w dobroć i miłosierdzie, ciągle gotów, by przebaczać” i nas pobudza, aby zaczynać od nowa.
Dziś na nowo jesteśmy zaproszeni, aby wejść na drogę wielkanocną ku Życiu, drogę, na której jest krzyż i wyrzeczenie, która jest uciążliwa, ale nie jałowa. Jesteśmy zaproszeni, aby zobaczyć, że coś jest nie w porządku w nas samych, w społeczeństwie lub w Kościele – i byśmy to zmienili, weszli w wiraż, byśmy się nawrócili.
W tych dniach mocno wybrzmiewają i stanowią wyzwanie słowa proroka Joela: „Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty! Nawróćcie się do Pana Boga waszego!” (Jl 2, 13). To jest zaproszenie skierowane do każdego ludu, nikt nie jest wykluczony.
Rana grzechu
Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty sztucznej pokuty pozbawionej gwarancji na przyszłość.
Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty w sposób czysto zewnętrzny i mając na widoku tylko własne zadowolenie.
Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty modlitwy powierzchownej i egoistycznej, która nie dociera do wnętrza prawdziwego życia, aby pozwolić się dotknąć Bogu.
Rozdzierajcie serca wasze, aby powiedzieć za psalmistą: „Zgrzeszyliśmy”.
„Grzech jest raną duszy: Och, biedna rano, pozwól się opatrzyć twojemu Lekarzowi! Pokaż mu ból twych win. I pamiętaj, że przed Nim nie skryją się nasze sekretne myśli. Spraw, żeby odczuł jęk twojego serca. Porusz Go, aby współczuł twoim łzom, twojemu uporowi. Naprzykrzaj się! Aby posłuchał twych westchnień, aby twój ból dotarł do niego w taki sposób, że w końcu będzie mógł ci powiedzieć: Pan wybaczył ci twój grzech” (św. Grzegorz Wielki).
Taka jest rzeczywistość naszego ludzkiego rodzaju. To właśnie ta prawda może zbliżyć nas do autentycznego pojednania… z Bogiem i z ludźmi. Nie chodzi tutaj o umniejszenie poczucia własnej wartości, tylko o to, aby zgłębić najdalsze zakamarki naszego serca i wziąć na swe barki tajemnicę cierpienia i bólu, która ciąży na nas od wieków, od tysięcy lat… od zawsze.
Rozdzierajcie serca wasze, abyśmy mogli dzięki powstałej szczelinie widzieć prawdę.
Pojednajcie się
Rozdzierajcie serca wasze, otwórzcie wasze serca, gdyż tylko do serca rozdartego i otwartego może wejść miłość miłosiernego Ojca, który nas kocha i nas uzdrawia.
Rozdzierajcie serca wasze, mówi prorok, a św. Paweł nieomal na kolanach nas prosi: „pojednajcie się z Bogiem”. Zmiana dotychczasowego trybu życia to znak i owoc rozdartego i pojednanego serca, doświadczonego miłością, która nas przerasta.
To jest właśnie wskazówka, w obliczu tylu ran, które nas bolą i które mogą nas doprowadzić do pokusy bycia zatwardziałym.
Rozdzierajcie serca wasze, aby modląc się w ciszy i skupieniu, doświadczyć słodyczy Bożej czułości.
Rozdzierajcie serca wasze, aby odczuwać tyle cierpiących istnień, na które nie możemy pozostawać obojętni.
Rozdzierajcie serca wasze, abyśmy mogli obdarowywać taką miłością, jaką sami jesteśmy obdarowywani, abyśmy mogli pocieszać w taki sam sposób, w jaki nas pocieszono, i dzielić się tym, co otrzymaliśmy.
Solidarność w pokucie
Okres liturgiczny, który dzisiaj zaczął się w Kościele, nie jest potrzebny tylko nam osobiście, gdyż ma także przemienić naszą rodzinę, naszą społeczność, nasz Kościół, naszą ojczyznę, cały świat.
Mamy czterdzieści dni na to, by się nawrócić, biorąc za wzór świętość samego Boga; przemieńmy się we współpracowników, aby otrzymać łaskę i możliwość odbudowania na nowo ludzkiego życia, aby każdy człowiek doświadczył zbawienia, które otrzymaliśmy dzięki śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa.
Oprócz modlitwy i pokuty, jako znaków naszej wiary w moc Świąt Wielkanocnych, które wszystko przemieniają, podejmiemy, jak poprzednio [2010], naszą inicjatywę „gestu pokutnej solidarności”. Tak jak Kościół w Buenos Aires, który wychodzi na spotkanie Świąt Wielkanocnych i wierzy w istnienie Królestwa Bożego, musimy sprawić, by z naszych zranionych serc, które spragnione są nawrócenia, narodziła się łaska i gest potrzebny do tego, aby ukoić ból tylu naszych braci, którzy idą razem z nami: „Żaden akt cnoty nie może być wielki, jeżeli za nim nie idzie pożytek dla innych… Tak więc, im bardziej spędzasz dzień na poszczeniu, im częściej śpisz na gołej ziemi i karmisz się popiołem, i ciągle wzdychasz, jeśli nie czynisz dobra dla innych, nie robisz nic wielkiego” (św. Jan Chryzostom).
Módlcie się za mnie
Jako że obchodzimy Rok Wiary, jest to także szansa, którą ofiarował nam Bóg, abyśmy dorośli i dojrzeli do spotkania z Panem, którego możemy dostrzec w cierpiącej twarzy tylu dzieci bez przyszłości, w drżących dłoniach zapomnianych staruszków, w chwiejących się kolanach tylu rodzin, które każdego dnia muszą stawić czoło życiu, często bez nikogo, kto by ich wsparł.
Życzę Wam świętego Wielkiego Postu, pokutnego i płodnego Wielkiego Postu, a przede wszystkim proszę Was o to, żebyście się za mnie pomodlili. Niech Jezus Wam pobłogosławi, a Najświętsza Maryja Panna ma Was w swej opiece.

Z ojcowskim oddaniem
Kardynał Jorge Mario Bergoglio SJ
Buenos Aires, 13 lutego 2013 r., Środa Popielcowa

niedziela, 17 lutego 2013

Pustynna pokusa

Jezus pełen Ducha Świętego, powrócił znad Jordanu i czterdzieści dni przebywał w Duchu na pustyni, gdzie był kuszony przez diabła. Nic w owe dni nie jadł, a po ich upływie odczuł głód. Rzekł Mu wtedy diabeł: Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz temu kamieniowi, żeby się stał chlebem. Odpowiedział mu Jezus: Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek. Wówczas wyprowadził Go w górę, pokazał Mu w jednej chwili wszystkie królestwa świata i rzekł diabeł do Niego: Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je odstąpić, komu chcę. Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie Twoje. Lecz Jezus mu odrzekł: Napisane jest: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz. Zaprowadził Go też do Jerozolimy, postawił na narożniku świątyni i rzekł do Niego: Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się stąd w dół! Jest bowiem napisane: Aniołom swoim rozkaże o Tobie, żeby Cię strzegli, i na rękach nosić Cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień. Lecz Jezus mu odparł: Powiedziano: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego. Gdy diabeł dokończył całego kuszenia, odstąpił od Niego aż do czasu. (Łk 4,1-13)
Stało się - kolejny Wielki Post naszego życia. Popielec przeleciał - pewnie nie każdy nawet "znalazł czas", żeby zajrzeć do kościoła. Ja za to po raz kolejny przekonałem się u siebie, że niestety słusznym jest przesuwanie sypania popiołem z momentu tuż po jego poświęceniu (przed modlitwą powszechną) na zakończenie Eucharystii; dlaczego? bo jak u nas posypali ludziom głowy w trakcie Mszy - to na modlitwie powszechnej w kościele zostało już połowę tego, co było na początku - reszta prosto od posypania wyszła.  

Mam wrażenie, że my postu dzisiaj w ogóle nie rozumiemy - na pewno młodzi. Gdzieś tam coś dzwoni - post, modlitwa i jałmużna - w zakamarkach skrzętnie pochowanej (przed sobą samym) wiedzy z katechezy. Niewątpliwie naleciałość żydowska - tylko że bardzo słuszna i potrzebna. Modlitwa jako postawa wobec Boga, w tym prośba o właściwą (jałmużna) postawę wobec ludzi i o nabieranie sił duchowych w ramach postu właśnie. Zapominamy o tym - te trzy pojęcia brzmią jak zupełnie abstrakcyjne hasła z zakurzonej książeczki do nabożeństwa. 

Ten dzisiejszy obrazek ewangeliczny strasznie mocno pokazuje, że Zły nie musi od razu namawiać do czegoś z gruntu złego. On po prostu kusi, podsuwa propozycje z pozoru neutralne, o ile nie nawet bardzo korzystne. Zamień kamień w chleb - przecież jesteś głodny, a możesz. Oddaj mi pokłon - co się przejmujesz, zobacz, ile zyskasz. Skocz z narożnika - aniołowie cię ochronią, niczym nie ryzykujesz. Czy Jezus, czyniąc zadość namowom Złego, uczynił by coś złego sam? Wydaje mi się, że nie. Poza tym, że łaska Boża i Jego moc, którymi dysponował, nie służyła by dobru, a użyciu ich dla samego użycia. Zły proponuje Jezusowi wszystkie królestwa świata - nęcące? Nawet bardziej. Już nawet ta propozycja dotycząca chleba - nawet Syn Boży musiał być głodny po 40 dniach. 

Bóg nie stawia przed nami zadań niewykonalnych. Kto kiedyś miał okazję być na pustyni, niekoniecznie nawet w Ziemi Świętej, ten wie, że może być kusząca oderwaniem od tego, co światowe, codzienne, męczące. Cały dowcip polega na tym, aby tę pustynię - na dobry początek w Wielkim Poście - odnaleźć i umiejscowić w sobie. Być tu, gdzie jestem i robić to, co robię - mało kto może sobie pozwolić na zamknięcie się np. w klasztorze czy na rekolekcjach - i w pustyni własnego serca przeżywać post. Także cieleśnie - bo czy jest wyczynem np. w piątek wytrzymać o chlebie i wodzie? Da się - wydawało się trudne, a nie miałem problemu. Nie dość, że zdrowe, to jeszcze człowiek się lepiej czuje - ale nie to jest najważniejsze, ale intencja. Nie bez powodu egzorcyści, za Jezusem powtarzają, że pewne rodzaje pomiotów Złego tylko postem można wygonić (czego także apostołowie nie rozumieli). 

Warto wybrać się na taką pustynię swojego życia - nawet fizycznie się z niego nigdzie nie ruszając. Strzepnąć z siebie ten brud, osad, wszystko co oddziela od prawdziwych relacji z Bogiem i z drugim człowiekiem, nie pozwala być autentycznym. Postarać się też o taki prawdziwy post - niekoniecznie związany z jedzeniem (chyba, że ktoś ma z tym problem - ja mam...), ale na przykład z używkami, telewizją, czasem przepuszczanym w internecie czy przed grami. Niby niewiele - ale zauważysz różnicę, kto wie,. może Ci się spodoba - nie dla samego robienia, ale dla odmienienia siebie, a przy tym porządkowania tego, co między tobą a Bogiem. Co najlepsze, to wtedy, kiedy się uda - myślisz, schudłem, nie palę, odstawiłem alkohol - pojawią się te same pokusy, jakie dzisiaj widać u Jezusa. Zły znajdzie sposób, żeby coś podsunąć - a twoją rolą będzie umiejętne wysłanie go na przysłowiowe drzewo. To dopiero będzie sprawdzian, czy ta pustynia się na coś przydała, i na ile. Dopiero wtedy się okaże, czy te postanowienia, plany i wyrzeczenia były coś warte. Jakiś czas temu podśmiewałem się w duchu ze skrzyneczek papierowych Caritasu, do których dzieci zbierały pieniądze na jakiś zbożny cel przez okres postu - kto wie? Nie musi być skrzyneczka, rozejrzyj się, sam wymyśl zbożny cel - i odłóż, ale nie z tego, co zbywa, a rezygnując z czegoś dla siebie, oddając to komuś. I nie po to, żeby od wielkanocnego Alleluja dalej robić swoje, jak dawniej - tylko żeby w tym poście, modlitwie i jałmużnie się rozsmakować, na dłużej, optymalnie na stałe. 

Ta sytuacja Jezusa kuszonego na pustyni to nie był teatrzyk na potrzeby Ewangelii, odpowiednio ubarwiony i podkolorowany. To jest opis tego, jak Bóg - będąc równocześnie i nie mniej człowiekiem - doświadczał ludzkiej słabości. Tak, jak ty czy ja. Po swojemu, na swój sposób, kiedy Zły walił w Niego w to, co najbardziej było wątłe - zaczął od jedzenia, skoro Jezus był głodny. Mimo, że - jak powiedziałem - teoretycznie Zły nic złego Mu nie proponował. 

O ile Wielki Post to czas zdecydowanie mniej radosny od Adwentu, to chyba jednak lepszy na takie gruntowe odgruzowywanie siebie, porządki, spróbowania bycia nie tyle lepszym (we własnym mniemaniu), co innym, bardziej dla innych, bardziej z Bogiem po drodze, umiejącym łączyć życie z Nim i życie między innymi. Potraktuj to jako zadanie - ale bardziej długoterminowe niż te matematyczne 40 dni. 

poniedziałek, 26 marca 2012

Rzuć okiem na krzyż

Wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon Bogu w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy Galilejskiej, i prosili go mówiąc: Panie, chcemy ujrzeć Jezusa. Filip poszedł i powiedział Andrzejowi. Z kolei Andrzej i Filip poszli i powiedzieli Jezusowi. A Jezus dał im taką odpowiedź: Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie na Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec. Teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Nie, właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę. Ojcze, wsław Twoje imię. Wtem rozległ się głos z nieba: Już wsławiłem i jeszcze wsławię. Tłum stojący to usłyszał i mówił: Zagrzmiało! Inni mówili: Anioł przemówił do Niego. Na to rzekł Jezus: Głos ten rozległ się nie ze względu na Mnie, ale ze względu na was. Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie. To powiedział zaznaczając, jaką śmiercią miał umrzeć. (J 12,20-33)
Nic dziwnego, że właśnie takie, a nie inne słowa Kościół odczytuje na 2 tygodnie przed Zmartwychwstaniem, do którego prowadzi przecież i zbliżająca się już Niedziela Palmowa Męki Pańskiej, jak i krwawe i dramatyczne wydarzenia samego Triduum Paschalnego. Jezus, z punktu widzenia Jemu współczesnych, w pewnym sensie nie mówi wprost, używa pewnego rodzaju przenośni. Jedno jest jednak pewne - jest  świadomy tego, co Go czeka, widzi jednoznacznie, że Jego droga i Jego misja mogą znaleźć zakończenie i odnieść sukces jedynie tam, na Golgocie.

Paradoksalny sukces. Sukces, który po ludzku - także przez tych, którzy za Nim chodzili, słuchali Go i których szykował na kontynuowanie Jego misji - uznany zostanie za porażkę, koniec jakby pięknego snu, w którym od 3 lat żyli. Wielu, tak jak tamci Grecy, szukało Pana - niestety, równie wielu On przeszkadzał i szukali tylko pretekstu, aby w taki czy inny sposób Mu zaszkodzić (na początku), co w miarę upływu czasu zamieniło się po prostu w żądzę uśmiercenia Tego, który nie dość, że ich ośmieszał, to jeszcze wyjaśniał Boże prawo w duchu i sposób o wiele bardziej dla ludzi zrozumiały. 

Nadchodzi godzina uwielbienia Boga Ojca w Jego Synu. Syn jest jak to ziarno - wielkie, pełne sił i mocy, mogące bardzo wiele uczynić - a zarazem świadome, że dopóki żyje, nie będzie z Niego takiego pożytku, jaki przynieść może Jego obumarcie. Plon przyjdzie wówczas, gdy ziarno ofiaruje się. Jezus wzywa do pójścia za Nim, choć - jak najbliższe dni pokażą - pod sam krzyż pójdzie za Nim niewielu (na szczęście, odnajdą się razem po fakcie w Wieczerniku, w dniach które my dzisiaj świętujemy jako oktawę Zmartwychwstania), właściwie tylko najmłodszy Jan, Maryja i kobiety; reszta poucieka, niektórzy się Go wyprą czy nawet zdradzą wprost. Ale już w tych słowach jest obietnica - ci, którzy nawet w decydującym momencie zwątpią, mają później szansę aby stać się tymi (użytecznymi?) sługami idącymi tam, gdzie ludzie pragną Boga. A tym samym - idący przez swoje życie tak, aby Bóg miał powód by ich uczcić, by docenić to, co robią. 

Jezus jako człowiek ma świadomość dramatyczności sytuacji, w jakiej się znajduje. Po ludzku po prostu się boi, a przecież człowiekiem jest nie mniej niż każdy z nas. Ta ludzka natura pragnie właśnie wołać: Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Jednocześnie, natura boska ma pełną świadomość, że wszystkie dotychczas dokonane cuda, godziny spędzone na tłumaczeniu, nauczaniu, wyleczeni chorzy, wypędzone złe duchy czy nawet powskrzeszani ludzie - to nic nie ma znaczenia bez tego, ku czemu nieuchronnie się zbliża, co jest sednem i celem Jego misji. Nie mówi nic w stylu: Spoko! Dam radę, w końcu jestem Bogiem! Padają tylko, dziwne może nieco, ale jakże proste słowa: Ojcze, wsław Twoje imię. Ogrom trudu nie ma znaczenia, wszystko ad maiorem Dei gloriam, dla większej chwały Boga. 

To są szczególne dni także dlatego, że odbywa się w nich decydująca walka dobra ze złem (odbywała się - my dzisiaj to wspominamy, choć Zły dalej swoje próbuje robić). Szatan kusił Jezusa na pustyni przez 40 dni, jednak główne pole do popisu ma teraz. Ostatnia okazja, aby odwieźć Syna Bożego od wypełnienia woli Boga Ojca. Namówić, żeby zszedł z drogi prowadzącej na krzyż, by zdezerterował, poddał się. Miał na to nadzieję. Stąd słowa Jezusa o sądzie, ostatecznej walce - rozgrywającej się tak naprawdę we wnętrzu Jezusa, w Jego duszy. To wyrzucenie Złego i wywyższenie to nie są dwie różne sytuacje - to jedno i to samo. To apogeum zbawczego planu Boga Ojca - kiedy drżenie ziemi i przerwanie się zasłony w Przybytku wskazuje ludziom, że Bóg-Człowiek oddał życie. Ostateczne zwycięstwo Boga, Złemu na osłodę pozostaje iluzoryczne poczucie, że choć stracił władzę, to zabił Jezusa (co i tak, po 3 dniach, okaże się nieprawdą, zaś Jezusowe zwycięstwo - tym bardziej pełne, że On żyje). 

Dzisiaj Jezus w sposób szczególny spogląda na nas z wysokości krzyża. Wielki Post to czas, kiedy jakby więcej było w nas zadumy nad tym, co boli, co trudne, co brudne, co wymaga uporządkowania, wysiłku, walki wewnętrznej, rzucenia wyzwania swoim słabościom. Warto w tych dniach (i nie tylko) rzucić choćby okien na (przesłonięty od tej niedzieli) krzyż - jako motywację. Bo nie jest to tylko dramatyczny symbol męki i upokorzenia Jezusa, ale przedsmak i preludium Jego ostatecznego zwycięstwa, do udziału w którym my wszyscy jesteśmy zaproszeni. 

>>>

Okradli nam kościół. Szczegółów nie znam, sprawa jest bardzo świeża. Przykre bardzo, nie doszło na szczęście do profanacji, chodziło o skarbonki i puszki na datki. A jednak, nie mogę pozbyć się odczucia, że jest w tym Boży palec, że to wydarzenie nie pozostaje bez znaczenia w odniesieniu do tła w postaci dość dziwnych i kontrowersyjnych pomysłów inwestycyjnych proboszcza, którymi od jakiegoś czasu zajmuje się w sytuacji, gdy rzeczy do zrobienia/naprawienia w źle i byle jak budowanym kościele jest naprawdę dużo, roboty na wiele lat. 

wtorek, 6 marca 2012

Przemienienie ogłupia, a Bóg tylko prosi

Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden folusznik na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Nie wiedział bowiem, co należy mówić, tak byli przestraszeni. I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie. I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy powstać z martwych. (Mk 9,2-10)
Niedzielnie, jak zwykle z poślizgiem.

Bardzo często jest tak, że ludzie domagają się, wręcz roszczą od Pana Boga znaków i cudów: na potwierdzenie Jego istnienia, na udowodnienie czegoś, wbrew sobie albo komuś. W postawie: należy mi się, powinno tak być. Jak wiadomo, nie tędy droga, i takie osoby najczęściej po prostu pogrążają się we własnej słabości i małości, bo jak wiadomo - Bóg nie złota rybka i nie robi tego, co Mu się każe, ani wtedy kiedy Mu się każe. Można u Niego wiele zdziałać - ale nie w ten sposób, nie tak. W niedzielę ewangelista Marek pokazuje obrazek, w którym pewnie wziąć udział by chciało wielu. 

Pan Jezus, żyjący, człowiek, przed wielkimi rzeczami jakich dokonał w Triduum, uchyla rąbka swojej boskości przed kilkoma (wybranymi? przypadkowymi?) uczniami. (Może i wybranymi: Piotr jako najbardziej uparty, ale w końcu Skała; Jakub jako ten, który pierwszy zginie; Jan jako jedyny który wytrwa pod krzyżem i nie zginie jako męczennik) I co się dzieje? Apostołowie, świadkowie całego zdarzenia... głupieją. Wiedzą, kogo widzą - Jezusa z Eliaszem i Mojżeszem - i zaczynają proponować stawianie namiotów dla tych, których widzą. A przecież to ludzie wiele wieków wcześniej zmarli! Doświadczają cudu, i nie potrafią się w tej sytuacji odnaleźć. 

Pytanie - co z tej sytuacji zapamiętali? Głos Boga Ojca z obłoku - polecenie, zadanie i zarazem wskazówkę, kogo należy słuchać? Obawiam się, że bardziej przejęli się - co zanotował ewangelista - rozważaniem nad tym, czym miało by być owo "powstanie z martwych", które Jezus wskazał jako moment, kiedy mogli ujawnić to, co widzieli; nie wcześniej. Refleksja nad tym, czego byli świadkami, pewnie przyszła później, bardzo możliwe że już po zmartwychwstaniu. Ale przyszła. Kolejny kamyczek na wielkiej piramidzie dowodów na to, że Bóg działał przez Jezusa od początku do końca. 

I z tym wszystkim w I czytaniu Kościół zestawił nam (Rdz 22,1-2.9-13.15-18) obrazek Abrahama, którego Bóg wzywa do złożenia ofiary z jedynego, umiłowanego i przecież tak bardzo wyczekiwanego syna - Izaaka. Czas próby. Myślę, że wielu z nas - może i ja sam, od niedawna ojciec? - by się w podobnej sytuacji popukało w czoło i odwróciło plecami od Boga, który żąda czegoś tego rodzaju. Zabić własne, jedyne dziecko? Abraham widzi w tym wolę Bożą, idzie zgodnie ze wskazaniem. Ufa Bogu tak daleko, że wykonuje Jego polecenie. Nie waha się - w ostatniej chwili przed zabiciem dziecka powstrzymuje go anioł pański. Izaak był dla niego największym otrzymanym od Boga darem - a mimo tego nie zastanawiał się. Pan dał, Pan zabrał - niech imię Pańskie będzie błogosławione - jakby zacytować Hioba. 

Niewielu z nas Bóg prosi o porównywalne poświęcenie. Patrząc na wydarzenia ostatnich dni - można powiedzieć, że w sercu Bóg prosi o taką ofiarę rodziny ludzi, którzy przez ludzki błąd zginęły w katastrofie kolejowej w sobotę. Bożą wolą droga tych zmarłych się już zakończyła, są już razem z Nim. A my? Idziemy przez życie, niekiedy mocno bezmyślnie, nie zastanawiając się nad sobą, i bardzo często nie stać nas na nawet na rozmowę z Nim, krótką modlitwę, westchnienie czy poryw serca ku Niemu. On przychodzi i prosi - w Wielkim Poście np. o modlitwę, post i jałmużnę. Tak wiele? No nie. A i tak - jak niewiele osób potrafi na tę prośbę odpowiedzieć. Czasami przychodzi krzyż cierpienia i choroby - jak go znosimy? Najczęściej złorzecząc, i obwiniając Jego właśnie. 

Nie umiemy dostrzegać tego, że Bóg widzi dalej i lepiej od nas, i nigdy nie proponuje niczego bez sensu. Nawet jeśli sytuacja wygląda nie wiem jak beznadziejnie - On potrafi wyprowadzić z niej dobro. Oczywiście, o ile postąpimy tak, jak On prosi. Abrahamowi, po ludzku mówiąc, po prostu się to opłaciło - obietnica Pana, jaką usłyszał, spełniła się. Bo uwierzył, i bo potrafił zawierzyć. A my? Szukamy naokoło takich przemienień pańskich, cudów i tego, co spektakularne, nawet nie zastanawiając się, żeby dać cokolwiek z siebie, żeby spróbować posłuchać tego, co Bóg mówi. Nic dziwnego, że tak wielu szuka bez sensu i bez skutku. Żeby Go odnaleźć, potrzebny jest dialog - nie monolog. Posłuchaj, o co prosi Pan. Może to brzmieć dziwnie, a nawet strasznie. Nie bój się. 

poniedziałek, 27 lutego 2012

Dwie perspektywy

Zaraz też Duch wyprowadził Go na pustynię. Czterdzieści dni przebył na pustyni, kuszony przez szatana. żył tam wśród zwierząt, aniołowie zaś usługiwali Mu. Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię. (Mk 1,12-15)
Pokusie podlegał każdy - nawet Bóg przez to, że stał się człowiekiem. Czy Mu było łatwiej im się oprzeć? Czy był jakoś uprzywilejowany? O ile, to w tym gorszym sensie - więcej można było od Niego wymagać. W innym fragmencie ewangelista przytoczy konkretne pokusy, jakie przez Nim stanęły. Sprostał im. Bo był Bogiem? Był jednocześnie człowiekiem, więc po ludzku mógł upaść... Chciał jednak dać przykład i pokazać, że człowiek sam może stawić czoło Złemu, że nie trzeba zawsze brać tego, co ładne, proste, pożądane, dobre, miłe, przyjemne i fajne. Że wyrzeczenie, dobrze ukierunkowane, umotywowane, uduchowione i przepełnione Bogiem ma sens i jest jak najbardziej wykonalne. 

To wyzwanie dla nas. To wyzwanie dla mnie - widzę po sobie, ledwo minęła pierwsza postna niedziela, a już generalnie porażki na całej linii gdy chodzi o postanowienia postne. No, może nie wszystkie, ale większość. Można się usprawiedliwiać, można argumentować - po co, skoro się i tak nie udało, można pójść na łatwiznę i człowieczeństwem wyjaśnić, usprawiedliwić własną bylejakość. Można. Bóg zaprasza do czegoś więcej. Do tego, co wymagać będzie zaparcia się swoich pokus, pragnień i zachcianek, co może być trudne i nawet bolesne, ale lepsze. Takie moje odkrycie ostatnich dni - zwyciężanie pokusy jest tym piękniejsze i bardziej cieszy, gdy nie uciekasz przed okazją do stawienia jej czoła, ale kiedy stawiasz jej wyzwanie: ot, np. przechodząc codziennie obok knajpki/baru do którego zbyt często zaglądasz (dieta, uzależnienie). Nie raz to już pisałem, i powtórzę: w samej pokusie nic złego nie ma; złe będzie ulegnięcie jej, słabość w jej zakresie. 

Bóg zaprasza do wypełnienia czasu czymś sensownym. Jan woła, że czas się wypełnił - mi się wydaje, że on się cały czas wypełnia. Tu i teraz, w nas - wypełnia się nasz czas. Teraz konkretnie czas dany jako okazja do zastanowienia nad sobą, do wyrzeczeń, do walki z pokusami. Kroczymy przez życie i nieuchronnie zbliżamy się do własnego dnia sądu. Tak, w tym sensie Królestwo Boże jest z każdą chwilą, każdym nawet napisanym tutaj (przeze mnie) czy przeczytanym (przez ciebie) słowem, bliższe. To jedna perspektywa. Druga, na którą zwraca Bóg naszą uwagę, to inna bliskość, zadana nam i na którą mamy większy wpływ, a przynajmniej możliwość wywierania wpływu. To, czy do tego Królestwa się chcemy zbliżyć, czy coś w tym kierunku robimy?

>>>

W niedzielę nawet na mszy nie byłem, nie było jak. Cały dzień w drodze albo u mamy w szpitalu. Niby zabieg się udał - ale to dopiero pierwszy. Nie ma już jednego płata płuca, ale to było to lżejsze schorzenie (przy czym nie wiadomo, co wyjdzie z badań histopatologicznych - może się okazać, że to pochodna nowotworu na drugim płucu, którego jeszcze nie ruszyli). Słabiuteńka, mizerna. Sporo sił mnie kosztowało zachowanie twarzy i uśmiech. Nie miała siły wstać - starszy sporo pan, ten sam zabieg tego samego dnia, już chodził spokojnie po oddziale. I rozmowa z lekarzem - że słabe rentgeny, że znowu bronchoskopia, i najgorsze: że ten nowotwór na dzień dzisiejszy nie nadaje się do operacji. Chemia? Nie wierzę, jest za słaba. Czekanie? Na co?

I to wszystko ze świadomością, że po kilku m-cach badań, 2 pobytach w szpitalach wypuścili ją na blisko 2 m-ce do domu, bez leków, bez diagnozy ("wychodziło im" zapalenie płuc... wykluczone już dawno wcześniej) w środku zimy, i bidulka siedziała z gorączką, bo nie chcieli leczyć antybiotykiem, żeby nie pogorszyć jej stanu i nie zrobić dobrze ew. niezdiagnozowanemu schorzeniu. Gdyby się ruszyli i badali porządnie - diagnoza była by pewnie ta sama. Tylko że wtedy mama była w o wiele lepszej formie. 

Ciężko, naprawdę... Tyle osób naokoło umiera na raka, zupełnie niespodziewanie...

środa, 22 lutego 2012

Wielki Post - czas autentycznego dawania z siebie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (Mt 6,1-6.16-18)
Środa Popielcowa to niezwykły dzień. Nie dlatego, że w kościele zjawiają się czasami wtedy ludzie, którzy przychodzą tam w Boże Narodzenie, Wielkanoc i Popielec właśnie. Jest to wyjątkowy dzień, ponieważ każdy człowiek biorący udział w liturgii staje się odbiorcą jedynej w swoim rodzaju homilii, którą ja porównuję tylko z Niedzielą Palmową, gdzie Kościół nic nie dodaje i homilią jest ewangeliczny opis męki Pańskiej. Dzisiaj tą homilią, zastępującą równocześnie akt pokuty, jest symboliczne posypanie głów popiołem. 

Przypomnienie - po ludzku jesteś tylko czymś tak kruchym i małym, popiołem, ale swój cel i dom masz tam, gdzie ma szansę dotrzeć to, co niezniszczalne i niematerialne, twoja dusza. Żyjesz wśród ludzi, tak bardzo ludzki i normalny, z całym tym bagażem doświadczeń, słabości, bólu i cierpienia, ale masz jako człowiek wierzący właściwie ustawiony kompas, który wskazuje drogę do tego, co tak bardzo inne, ale upragnione. Do zbawienia. Masz w tym wszystkim być autentyczny, ale i skromny - a najlepiej autentycznie skromny. To, co mamy, mamy wykorzystywać - ale nie dla napełniania swych kieszeni, ale dla prawdziwego dobra, i to niekoniecznie własnego. Wielu jest potrzebujących naokoło. 

Jałmużna bardzo łatwo może stać się prostym uspokojeniem sumienia, albo wręcz reklamą samego siebie, okazją do lansowania i pompowania własnego ego - podczas gdy ma sens i Kościół ją zaleca tylko wtedy, gdy ma być dobrowolnym i świadomym wyrzeczeniem, rezygnacją z czegoś dla siebie. Pole do popisu jest duże - w zależności od tego, kto jakimi środkami dysponuje. Jałmużnę złożyć można zawsze, czego pięknie uczy nas przypowieść o ubogiej wdowie. Nic nie miała, tylko pieniążek, ale darowała go do skarbony. Im mniej masz, tym łatwiej jest ci się podzielić. 

Modlitwa ma być prywatną, wręcz intymną relacją z Bogiem. Nie faryzejskim przedstawieniem na potrzeby tych, których ma budować moja "pobożność", dla których ma być przykładem i wręcz inspiracją. Przykładem to może i będzie - pytanie, na co? Bo co to za przykład, co jest tylko atrapą i z sednem zachowania, z powodu którego inni zwracają nań uwagę, nie ma nic wspólnego? Faryzeusze na rogach ulic, celnik ze swoją w sumie laurką głównie na własną cześć, a nie modlitwą, przykładów wiele. Modlitwa to bardziej wsłuchanie się w głos Boga, który jest tym lepiej słyszalny, im bardziej człowiek się skupi, wyciszy. Izdebka to bardziej metafora umiejętności oderwania się od zgiełku i pośpiechu otaczającego świata. Żeby np. zamknąć się w niej w drodze do szkoły/uczelni/pracy, odmawiając różaniec czy inną modlitwę. Mało kto pewnie może sobie pozwolić na własną de facto kapliczkę w wymiarze fizycznym - dzisiaj sztuką będzie zasłuchać się w Pana pośród tego, co naokoło, i odciąga od Niego wzrok. 

Post, symbol tego czasu, który dzisiaj znowu rozpoczynamy. I znowu - nie ten widoczny na zewnątrz, który może nic nie mieć wspólnego z prawdziwym postem. Post jako wyzwanie dla samego siebie, ale nie w sensie udowodnienia czegokolwiek samemu sobie dla samego udowodnienia. Ważny jest cel, intencja, powód dla którego poszczę. Post w sensie duchowym, jako praktyka człowieka wierzącego, będzie miły Bogu, gdy będzie - jak jałmużna - celowym i ukierunkowanym wyrzeczeniem. Dla Boga, żeby Jemu coś ofiarować, a przy tym zrezygnować z jakieś przyjemności, której zwykle sobie nie odmawiam. 

Kolejny Wielki Post, kolejne 40 dni. Do wykorzystania albo zmarnowania. Może właśnie największym wyzwaniem będzie to, aby ten post był prawdziwym Postem, który przyniesie owoce - nie poklasku, zachwytu i słów uznania osób postronnych dla mojej postawy, ale te prawdziwe wewnętrzne owoce szczerego podejmowania konkretnych praktyk wielkopostnych w postaci jałmużny, modlitwy i postu. Postem, który zaowocuje... właśnie dawaniem z siebie. 

piątek, 22 kwietnia 2011

Po czyjej byłbyś stronie?

Tekst Męki Pańskiej wg Jana Apostoła długi - zachęcam do przeczytania.

Dzisiaj nieco inaczej. Nie o Jezusie, nie o męce. Ale o tym, co działo się dokoła. A dokładnie - o tych, którzy dokoła byli. Jeszcze dokładniej - o tym, gdzie ja bym się tam znalazł. Do kogo ze znanych nam z kart ewangelii postaci mógłbym przyrównać siebie? Do której z tych postaci mi najbliżej? 

Czytam właśnie świetną książkę, kolejną już poświęconą sakramentowi pokuty i pojednania, czyli spowiedzi, rozmowę oo. Pawła Kozackiego i Wojciecha Prusa OP pt. "Spowiedź bez końca. O grzechu, pokucie i nowym życiu". Można w niej znaleźć m.in. bardzo ciekawą analizę postaci Piotra, tej Skały, na której Pan chciał zbudować swój Kościół, a która w tamtej konkretnej sytuacji okazała się tak słaba, tchórzliwa, miękka. Jednak coś w nim uderza - jego zdecydowanie i gotowość ta zewnętrzna, deklarowana, którą najlepiej widać w obrazku, gdy przy pojawieniu się Judasza z żołnierzami w Ogrodzie Oliwnym, rzucił się na strażnika Malchusa, odcinając mu mieczem ucho. Tak, to zrobić potrafi - pewnie był rosły, potężny, nic trudnego. Szkoda, że tylko na tyle mu starczyło... no właśnie? Wiary, bo to przecież do niej się wszystko sprowadza. 

Za Jezusa potrafił walczyć, ale nie potrafił się odnaleźć w momencie, gdy musiałby być przy Nim bezradny, bezbronny , jakby przegrany. Taki właśnie Jezus był przez te niespełna 3 dni - brutalnego pojmania, jeszcze gorszych szykan przed faryzeuszami, biczowania i pośmiewiska przed Piłatem, czy wreszcie w masakrycznej drodze z ciężkim krzyżem na plecach, aż na szczyt Golgoty. Piotr jakby dotarł do granicy swych możliwości - po ludzku. Czy rzeczywiście? Tak. Tutaj siły ludzkie nic nie dają. Tutaj człowiek może wytrwać tylko dzięki mocy z wysoka, dzięki łasce Bożej. Nie siła, miecz i ciosy się wtedy liczą - ale autentyczność świadectwa i wiara wytrzymująca największe upokorzenia. 

O Judaszu nie będę się powtarzał - pisałem o nim w kontekście Niedzieli Palmowej i Wielkiej Środy. Wielki dramat człowieka, który - za podszeptem Złego - zdecydował się na krok tragiczny w skutkach, z czego zdał sobie sprawę już po fakcie, gdy było za późno. Nie to było najtragiczniejsze - przyłożył w końcu, w smutny sposób, rękę do dzieła zbawienia świata, wydając na mękę samego Zbawiciela - ale fakt, że sam nie potrafił sobie poradzić z tym, co zrobił. Bóg już wtedy, zanim skonał, wybaczył Mu - Judasza pogrążyło i doprowadziło do samobójstwa ogromne poczucie winy, które w jego wypadku przesłoniło całkowicie wszelką wiarę w Boga, o ile ją posiadał. 

Jest postać niejednoznaczna - Szymon z Cyreny. Przypadkowy widz, który staje się zrządzeniem losu w postaci kaprysu jednego z żołnierzy jednym z głównym aktorów tego przejmującego okrucieństwem widowiska drogi krzyżowej. Czy wiedział, co robi, komu pomaga? Czy rozumiał, że wziął na swoje barki dzieło zbawienia świata i prowadził pod ramię samego Zbawiciela, który miał za chwilę odkupić także jego, zmazać jego winy i ofiarować mu zbawienie? Wierzę, że później to do niego dotarło. Niesamowite uczucie - móc powiedzieć, iż się dosłownie, własnymi rękami, potem i zmęczeniem... pomogło Mesjaszowi odkupić ludzkość. 

Były postaci jednoznacznie pozytywne. Była Weronika - zlitowała się nad tym nieszczęśnikiem, poganianym batami, podeszła i otarła krwawy pot z Jego twarzy. Dopiero później zrozumiała, jak wielki dar otrzymała - zapewne jedyny i autentyczny portret, odbicie Jezusowej twarzy. Była Maryja, Matka Boża, cicho, bocznymi ulicami towarzysząca umęczonemu Dziecku w krzyżowej drodze. Jak wielki ból musiał rozdzierać jej matczyne serce, gdy widziała, jak jej jedyny Syn krok po kroku oddawał życie, zbliżając się nieuchronnie do śmierci. Był, obok Maryi, jedyny z Dwunastu, który nie bał się i nie uciekł, za swoim Panem dotarł z kobietami na sam szczyt, i wytrwał pod krzyżem aż do śmierci Zbawiciela - młody Jan. Bóg wyróżni go później z grona apostołów - jako jedyny dożyje późnej starości i umrze śmiercią naturalną, w przeciwieństwie do pozostałych, na różne sposoby zamęczonych za wiarę. 

Były wreszcie pewnie dość duże tłumy ludzi, mniej lub bardziej przypadkowych. Część dołączyła pewnie do pochodu, napotykając go jakoś na swojej drodze - do domu, do pracy, do obowiązków. Inni może specjalnie tam przyszli, może od początku obserwowali zajście - czy to jeszcze z pałacu arcykapłana, albo od momentu "przedstawienia", jakie urządził Piłat, starając się zwalić winę na wyrok Jezusowy na Żydów. Co czuli w sercach? Co myśleli o Jezusie? Byli nieświadomymi świadkami wydarzenia bez precedensu, jedynego w całej historii nie tylko zbawienia, ale ludzkości. 

My jesteśmy w lepszej sytuacji. My wiemy, co tam się działo, kogo sądzono, kogo umęczono. Wspominamy te wydarzenia szczególnie dzisiaj, w Wielki Piątek, a także w Niedzielę Palmową, czy w poszczególne piątki Wielkiego Postu - przygotowując się do obchodów nie tyle tego wydarzenia, co jego bezpośredniej konsekwencji. Musimy pamiętać, ile odkupienie kosztowało - ale nigdy nie tracić z oczu w rozpamiętywaniu męki Pańskiej tego, co było później. Zmartwychwstania. Gdybyśmy tam byli, w Jerozolimie, jaką postawę byśmy przyjęli? A może - prościej. Jaką postawę przyjmujemy w podobnych sytuacjach we własnym życiu? Czy reagujemy na niesłuszne oskarżenia kierowane pod adresem Bogu ducha winnych ludzi? Te wszystkie nasze decyzje, postępowanie - w którym miejscu, w czyjej roli by nas postawiły na krzyżowej drodze? Pozytywnej? A może jednak nie?
Wykonało się, oddał ducha. Zmarł. Ale powstanie, już za 3 dni. Oto czynię wszystko nowe. Tylko ode mnie zależy, czy chcę stać się częścią tego odnowienia - czy dalej babrać się w błotku swojej małości, słabości i grzeszności.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Mycie nóg w praktyce

Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty syna Szymona, aby Go wydać, wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. Podszedł więc do Szymona Piotra, a on rzekł do Niego: Panie, Ty chcesz mi umyć nogi? Jezus mu odpowiedział: Tego, co Ja czynię, ty teraz nie rozumiesz, ale później będziesz to wiedział. Rzekł do Niego Piotr: Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał. Odpowiedział mu Jezus: Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną. Rzekł do Niego Szymon Piotr: Panie, nie tylko nogi moje, ale i ręce, i głowę. Powiedział do niego Jezus: Wykąpany potrzebuje tylko nogi sobie umyć, bo cały jest czysty. I wy jesteście czyści, ale nie wszyscy. Wiedział bowiem, kto Go wyda, dlatego powiedział: Nie wszyscy jesteście czyści. A kiedy im umył nogi, przywdział szaty i znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy Mnie nazywacie Nauczycielem i Panem i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem. (J 13,1-15)
O czym jest ten tekst? O wielkości. O nie dającej się po ludzku opisać wielkości prawdziwego Boga, który jednocześnie nie mógł bardziej być człowiekiem. O Bogu, który - największy, najpotężniejszy, pełen łaski i mocy - uniżył się jak ostatni ze sług. Po co to wszystko? Z pokory. Z miłości, która nie ma granic, i którą kieruje, wylewa na każdego z nas. Dla tej miłości, która nie ma końca. To do dzisiejszych słów nawiązuje piękna IV modlitwa eucharystyczna, gdzie słyszymy:
Kiedy nadeszła godzina, * aby Jezus został uwielbiony przez Ciebie, Ojcze święty, * umiłowawszy swoich, którzy byli na świecie, * do końca ich umiłował, * i gdy spożywali wieczerzę, wziął chleb, błogosławił, * łamał i rozdawał swoim uczniom, mówiąc: Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy: To jest bowiem Ciało moje, które za was będzie wydane. Podobnie wziął kielich napełniony winem, * dzięki składał i podał swoim uczniom, mówiąc: Bierzcie i pijcie z niego wszyscy: To jest bowiem kielich Krwi mojej nowego i wiecznego przymierza,która za was i za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów. To czyńcie na moją pamiątkę.
Reakcji Piotra, a także ogólnego zdziwienia pozostałych, nie można tylko starać się tłumaczyć tym, że byli prostymi ludźmi, rybakami, rzemieślnikami. Wierzyli, że był prawdziwym Bogiem, Mesjaszem, zapowiadanym i wyczekiwanym Zbawicielem. A On - co? Ledwo przepasany prześcieradłem, bierze miednicę i, klękając, zaczyna obmywać nogi zebranym. Piotr poszedł na pierwszy ogień - i znowu, wybuchowość i gwałtowność górą. Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał! Jezus dwa razy wyjaśnia, co chce zrobić - Kefas jednak dalej daje się zwieźć pozorom. Nie i koniec!

Dopiero obawa wykluczenia z tego, co jest celem i końcem, ukoronowaniem wędrówki ich wszystkich za Jezusem, każe mu się opanować. Dalej nie rozumie - ale wie, że tak należy postąpić. Tak mówi Pan. Zabawnie nieco mogło wyglądać - w jednej chwili bronił się przed umyciem nóg, aby chwilę później nalegać na umycie także rąk i głowy. Nie rozumie, ale daje się przekonać - to ważne, aby w swojej zatwardziałości nie ugrzęznąć bez sensu, ale umieć zmienić zdanie, gdy się jest w błędzie.

Ale to była prosta część tej lekcji. Dać umyć nogi Mesjaszowi - jeszcze zrozumiałe, skoro tego żądał sam. Ale co dalej? Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem.O, z tym to już gorzej. Taką samą postawę mieli mieć względem siebie. My ją mamy mieć względem siebie. Nie w tym rzecz, aby sobie nic tylko nogi nawzajem myć - to symbol, przenośnia. Czego? Pokory, ducha służby. One mają nas prowadzić - między sobą, do siebie. Czasami to trudne, bolesne, albo wręcz prawie niewykonalne. A bo te nogi do obmycia zapuszczone, brudne, chore. A bo jak tu okazać pokorę i usługiwać komuś, z kim pół życia (albo i więcej) jest się pokłóconym, czasami nawet nie pamiętając już, o co?

Tak samo, jak Jezus - od Boga wyszliśmy i do Niego idziemy. Raz narodzeni w czasie, istnieć nie przestaniemy. Będziemy nieśmiertelni, a śmierć będzie tylko przejściem z tego życia do innego, lepszego, doskonałego, bez tego co boli. Służba i pokora, na które dzisiaj zwraca uwagę Jezus, to - obok miłości, miłosierdzia, i jeszcze kilku cnót - podstawy na tej drodze. Tylko w oparciu o nie dojść możemy do wyznaczonego - sami sobie, i przez Pana nam - celu.

Jak to jest z moim uczestnictwem we Mszy świętej? Różnie. Albo wcale. Dzisiaj jest dobry dzień, aby się nad tym zastanowić. Może właśnie - idąc na taką mszę, odprawianą raz tylko w roku, która jest w wyjątkowy sposób pamiątką tamtej pierwszej, w wieczerniku. Jedyna okazja - następna za rok. Eucharystia to wielki dar, który z coraz większą biernością marnujemy, nie biorąc w niej udziału. Jakie są problemy, żeby przyjść do kościoła raz w tygodniu - a co dopiero coś nad to? Kilka lat wstecz starałem się być na Mszy codziennie - dzisiaj nie jest to możliwe obiektywnie, ale staram się w tygodniu wziąć w niej udział, o ile jest możliwość. Budujące - są pojedyncze osoby młode; mniej - zdecydowana większość to ludzie starsi, emeryci, u schyłku życia, może już bardziej po drugiej stronie.

Dziękując Bogu za dar Eucharystii, i prosząc o to, aby ludzie z jej dobrodziejstwa korzystali, aby do ołtarza przychodzili chętnie, często i z radością, przyjmując i Słowo, i Ciało, aby nas umacniało - pamiętajmy też o kapłanach. Różni są - jak to widać - w końcu są tylko ludźmi. Żadne z nich święte krowy - czasami ludzie słabsi od nas, z wielką misją daną przez Pana; kto tak ich traktuje - sam im szkodzi. Trzeba się dla nich modlić o siłę, wytrwałość i o to, żeby im się chciało Pracują w czasach, w których naprawdę trzeba się narobić, żeby zwrócić uwagę drugiej osoby - także na Boga. To wielkie możliwości, ale potrzeba także wiele zaparcia i wytrwałości. I jeszcze, żeby ta posługa ich radowała, a nigdy nie była przykrym obowiązkiem czy - broń Boże - czymś na kształt pracy, od czego się prawie ucieka. I żeby w tym wszystkim dobrego Boga naśladowali, ale Jego samego nie zasłaniali. Wtedy wszystko będzie w porządku, oni sami - szczęśliwi, a ich praca - owocna.

środa, 20 kwietnia 2011

Dramat - nie zdrajcy, ale człowieka bez nadziei

Jeden z Dwunastu, imieniem Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów i rzekł: Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam. A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników. Odtąd szukał sposobności, żeby Go wydać. W pierwszy dzień Przaśników przystąpili do Jezusa uczniowie i zapytali Go: Gdzie chcesz, żebyśmy Ci przygotowali Paschę do spożycia? On odrzekł: Idźcie do miasta, do znanego nam człowieka, i powiedzcie mu: Nauczyciel mówi: Czas mój jest bliski; u ciebie chcę urządzić Paschę z moimi uczniami. Uczniowie uczynili tak, jak im polecił Jezus, i przygotowali Paschę. Z nastaniem wieczoru zajął miejsce u stołu razem z dwunastu. A gdy jedli, rzekł: Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was mnie zdradzi. Bardzo tym zasmuceni zaczęli pytać jeden przez drugiego: Chyba nie ja, Panie? On zaś odpowiedział: Ten, który ze Mną rękę zanurza w misie, on Mnie zdradzi. Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził. Wtedy Judasz, który Go miał zdradzić, rzekł: Czy nie ja, Rabbi? Odpowiedział mu: Tak jest, ty. (Mt 26,14-25)
Ktoś mógłby powiedzieć - smutna historia o Judaszu, ot co, wszyscy znamy to aż za dobrze. Czyżby? To bardzo duże i niesprawiedliwe uproszczenie. Choćby dlatego, że do samej zdrady tu nie dochodzi - to dopiero w późniejszym fragmencie (choć - chronologicznie - tego samego dnia). Ja widziałbym w tym tekście bardziej piękny przykład na to, jak człowiek może, o ile chce, współpracować z Bogiem. Dowód na to, że Bóg zawsze wskaże człowiekowi drogę, o ile tylko człowiek u Niego chce tej drogi szukać, i do Niego o jej wskazanie się zwróci. 

Tak, to dotyczy również Judasza. On się po prostu miotał. Wierzył w Jezusa? W coś wierzył na pewno - nie mógł wątpić, iż działał on cuda. Czy wierzył, że On jest Mesjaszem? Być może. Na pewno wierzył, że Mesjasz powinien zupełnie inaczej działać, że powinien dokonać widocznego i odczuwalnego przewrotu po prostu politycznego, obalić dyktaturę Rzymu i odnowić Izrael jako mocarstwo, przywrócić mu państwowość i niepodległość. Tego mu brakowało. Jezus - świetnie - uzdrawiał, leczył, rozmnażał jedzenie, głosił piękne słowa - ale gdzie czyny? Judasz za mało słuchał i rozważał w sercu to, czego Jezus nauczał - a zbyt wiele uwagi przykładał do swojego wyobrażenia tego, kim Mesjasz winien być. 

Z jednej strony - podążając za Jezusem, jako jeden z Jego najbliższych uczniów, z drugiej - chciał zrobić coś, aby Jezus, jakby zmuszony okolicznościami i sytuacją, objawił swoją siłę, potęgę, i zaczął działać tak, jak on - Judasz - tego (błędnie) oczekiwał. Innymi słowy - chciał sprowokować sytuację, gdzie Jezus wykorzystał by boskie atrybuty, aby się bronić. Zły nie próżnował, podsuwając pomysły, zaś Judasz okazał się na nie podatny. Okazja się nadarzyła, zbliżała się Pascha. Zresztą, atmosfera wokół Jezusa była wystarczająco napięta. Nie bez powodu przebywał w Betanii, u Marii, Marty i Łazarza - wielu było zdania, że nie powinien przybyć do Jerozolimy na święto, bo nie był tam bezpieczny. Jezus nie zważał na to. Moim pokarmem jest pełnić wolę twoją, o Panie. 

Czy Jezus już wtedy, wysyłając uczniów aby przygotowali Paschę, wiedział, kto - de facto - zdradził Go, przyjmując zawczasu pieniądze za wydanie Go żołnierzom? Być może. Na pewno - co wynika jednoznacznie z dialogu - był tego świadomy podczas wieczerzy paschalnej z apostołami. Wiemy, że o tym, że zostanie zdradzony powiedział na głos - co obudziło spekulacje między uczniami. Wydaje się jednak, że ów dialog pomiędzy Jezusem a Judaszem toczył się już jakoś obok, jako prywatna wymiana zdań - np. właśnie w zgiełku rozmów pomiędzy pozostałymi biesiadnikami na temat tego, kto zdradzi.

Ta rozmowa nie miała służyć potępieniu, ocenieniu, podsumowaniu - pomimo ostrych słów ze strony Jezusa. Miała Judaszowi uświadomić - Bóg widzi dalej, wie, co kombinujesz, nawet gdy ty sam nie zdajesz sobie z tego sprawy. To miało go przywołać do porządku, naprostować, sprowadzić na właściwą drogę. Pieniądze zawsze można zwrócić - zresztą, próbował to zrobić także po wydaniu Pana, w szale rozpaczy. Niestety, Judasz chyba już podjął decyzję - nie bez powodu ewangelista kawałek dalej napisze, że po posiłku opuścił wieczernik i poszedł po żołnierzy, którzy niebawem mieli zaskoczyć Jezusa i pozostałych w Getsemani, i że wstąpił w niego Zły. 

Judasz opamiętał się zbyt późno, aby uratować Jezusa. Lawina tego, co doprowadziło Jezusa na krzyż, już ruszyła. Nie, nie można powiedzieć, że Judasz wykonał z góry jakiś założony i ustalony - przez Boga? - plan, odegrał swoją rolę, która mu była pisana od zawsze. I tak - bez niego to wszystko również odnalazło by swój zbawczy finał w boskim planie. Czy Jezus umarł by na krzyżu tak, jak się to stało? Nie wiem, i nie ma to znaczenia. Judasz jest postacią dramatyczną - ale jego dramat polega nie tyle na tym, że wydał Jezusa, ale co zrobił później. Przekreślił sam siebie. Zwątpił i załamał się tak dalece, że utracił wiarę w to, że Bóg swoim miłosierdziem jest w stanie także jego uleczyć. Do czego to doprowadziło - wiemy. 

Dla nas, na półmetku Wielkiego Tygodnia, płynie z tej historii piękna i jakże optymistyczna nauka. Bóg człowieka nie przekreśla - tylko kocha i wybacza, zawsze stojąc przed domem jak ten miłosierny ojciec, wypatrujący marnotrawnego syna. Marnotrawny syn - ty, ja, każdy z nas - musi jednak zebrać się w sobie i wrócić do domu. Bóg czeka z otwartymi ramionami, bez względu na to, co i jak bardzo dobitnie wskazał ci palcem odnośnie ciebie, wytknął ci jakby. Nie możesz tylko sam siebie przekreślić. Reszta jest otwarta.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Błogosławione marnotrawstwo

Na sześć dni przed Paschą Jezus przybył do Betanii, gdzie mieszkał Łazarz, którego Jezus wskrzesił z martwych. Urządzono tam dla Niego ucztę. Marta posługiwała, a Łazarz był jednym z zasiadających z Nim przy stole. Maria zaś wzięła funt szlachetnego i drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi nogi, a włosami swymi je otarła. A dom napełnił się wonią olejku. Na to rzekł Judasz Iskariota, jeden z uczniów Jego, ten, który miał Go wydać: Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim? Powiedział zaś to nie dlatego, jakoby dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem, i mając trzos wykradał to, co składano. Na to Jezus powiedział: Zostaw ją! Przechowała to, aby Mnie namaścić na dzień mojego pogrzebu. Bo ubogich zawsze macie u siebie, ale Mnie nie zawsze macie. Wielki tłum Żydów dowiedział się, że tam jest; a przybyli nie tylko ze względu na Jezusa, ale także by ujrzeć Łazarza, którego wskrzesił z martwych. Arcykapłani zatem postanowili stracić również Łazarza, gdyż wielu z jego powodu odłączyło się od Żydów i uwierzyło w Jezusa. (J 12,1-11)
Dzisiaj słyszymy o wydarzeniu, jakie nastąpiło bezpośrednio po wskrzeszeniu Łazarza, o czym pisałem jakiś tydzień chyba temu. Niewykluczone, że uczta była uwieńczeniem samego świętowania cudu wskrzeszenia gospodarza, czyli brata Marty i Marii. 

I znowu powtórzyła się jakby sytuacja, analogiczna jak wówczas, gdy Jezus wcześniej przybył do nich w gościnę, kiedy Maria siedziała i słuchała, co Marta - krzątającą się w obejściu i przy gościach - miała jej dość mocno za złe (wszyscy wiemy, jak Jezus to podsumował). Marta znowu zajmuje się logistyką, troszczy się o stoły, usługiwała biesiadnikom - a Maria co? Zrobiła coś bardzo dziwnego. Co więcej - z ekonomicznego punktu widzenia, dopuściła się marnotrawstwa, co dość jednoznacznie podsumował Judasz (nie wnikając - był złodziejem, czy to element dopisanej później jego czarnej legendy, żeby uzupełnić obraz tego złego), powołując się na to, jak wielką sumę zmarnowano, a przecież można było taką kwotą wspomóc potrzebujących. 

Wyobraźmy to sobie. Siedzimy przy stole, rozmowa, radosne ucztowanie - a tu nagle kobieta, nie byle jaka, bo pani domu (siostra właściciela), na pewno wystrojona, uczesana, podchodzi do głównego gościa, bierze bardzo drogi i wyrafinowany perfum, wylewa mu na nogi, po czym swoimi włosami zaczyna obmywać oblane owym płynem nogi gościa. Konsternacja? Mało powiedziane. Mniejsza nawet o wartość olejku, która z pewnością była jak na owe czasy bardziej niż znaczna (niektórzy twierdzą - równowartość rocznej pensji średniej klasy robotnika!). 

Jeszcze dziwniejsza okazuje się reakcja samego gościa - Jezusa. Nie gani w żaden sposób Marii, nie udziela gorzkiej reprymendy - to znaczy udziel, ale besztając... Judasza. Nie ma co dopatrywać się już tutaj jakieś wcześniejszego, uprzedniego potępienia tego, który zdradził. Chodziło po prostu o to, że on patrzył tylko na to, co zewnętrzne, materialne. Nawet, jeśli kierował się w tym dobrem ubogich, widząc w tym zdarzeniu marnotrawstwo środków, które mogły by im pomóc. Maria zaś - znowu - zapatrzyła się w Mesjasza, Pana.

Mesjasza, właśnie. Mesjasza - czyli namaszczonego. Namaszczonego - nie przez Piotra, Judasza czy kogokolwiek innego, a właśnie przez Marię. Tym gestem, ni mniej ni więcej, uznała Go za Mesjasza, dała temu piękny dowód. Zrobiła coś, wykonała gest, na który nikt inny się nie zdobył. Trudno o coś bardziej wymownego. Poza tym - Jezus wyjaśnia osłupiałym zgromadzonym - to nie był gest bez sensu. Wiedział, że Jego czas się zbliżał - i to właśnie Maria dokonała namaszczenia Go przed tym wydarzeniem. Mówi wprost - namaściła Go przed Jego pogrzebem. Pozostałym, uczniom, apostołom, pewnie tym bardziej się to jeszcze w głowach nie mieściło - ale On to zrozumiał, i ten gest nie tylko zrozumiał, ale bardzo docenił. 

Bardzo często zdarza się, że na siłę doszukujemy się do w jakiś wydarzeniach i sytuacjach drugiego, trzeciego i dalszego dna, podtekstów i ukrytych znaczeń - w sytuacjach, gdy nic takiego nie ma miejsca. Działamy na siłę. Ta sytuacja pokazuje, jak bardzo łatwo można się pogubić, choć zupełnie odwrotnie - skupić się na tym, co powierzchowne, widoczne na pierwszy rzut oka, na zewnętrznym aspekcie sytuacji. Na tym skupili się wszyscy obecni na tej uczcie - a wyraził to słowami Judasz. Nie chodzi nawet o to, że nie miał racji - bo w pewnym sensie miał, te pieniądze ze sprzedaży olejku nardowego mogły posłużyć biedakom. Czy jednak to oni byli, z całym swym ubóstwem i tym, co sam Jezus nauczał o potrzebie miłosierdzia, najważniejsi w tym konkretnym czasie, gdy Pan był pomiędzy nimi?

Drugi już dzień Wielkiego Tygodnia zmusza do zastanowienia się - ile razy, jak często ulegam pozorom. Czepiam się tego, co na wierzchu, rzucające się w oczy - bo tak jest łatwiej, bo to wydaje się być oczywiste. Bardzo łatwo odpuszczam sobie dociekanie szczegółów, nie zastanawiam się głębiej nad tym, czego jestem świadkiem, co się dzieje obok. Ulegam emocjom - bo tak łatwiej. Porywczość, niecierpliwość - tak, ja sam mam z tym bardzo duży problem. Jezus, a właściwie On i Maria pokazują dzisiaj - nie zawsze to, co pierwsze przyjdzie do głowy, jest jedyną słuszną odpowiedzią i osądem. Nie zawsze po najmniejszej linii oporu. Nie zawsze to, co z pozoru dziwne, nie mające sensu lub wręcz nienormalne jest złe, niewłaściwe i błędne. 

Czasami po prostu trzeba umieć zmarnować coś dla Boga. Po ludzku - bez sensu, wbrew logice, wbrew ekonomii. Dokładnie tak - dla Niego. Tylko dla Niego. A może - aż?

środa, 30 marca 2011

Prawo wypełniać, a nie się nim podpierać

Jezus powiedział do swoich uczniów: Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim. (Mt 5,17-19)
Krótko, a jak zwięźle i treściwie. O ile można dyskutować z obrazem Boga, jaki rysuje się na tle Starego Przymierza, Starego Testamentu - Boga groźnego, okrutnego, wręcz żądnego krwi, mściwego, o tyle trzeba jednoznacznie powiedzieć: Bóg taki nie był, nie jest i nie będzie. Tak odbierał i wyobrażał go sobie człowiek, który nie raz i nie dwa razy na kartach tegoż Starego Testamentu, nie ukrywajmy, dawał się temu Bogu we znaki, wystawiał na próbę, odwracał się od niego, składając ofiary bożkom (choćby przykład ze złotym cielcem). Czyli - gdy Bóg człowieka karał, to nie dlatego, że takie miał widzimisię, albo że lubi - tylko dlatego, że człowiek na karę zasłużył. Zresztą, żadna z tych kar permanentną nie była (i znowu, może monotematycznie, czy nie jest to dowodem, że teoria powszechnego zbawienia o. Hryniewicza jest jak najbardziej uzasadniona? Jezus nie potępia tego, który "zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi", ale mówi, że będzie najmniejszy - jednak nadal w Królestwie Niebieskim).

Przykazania się nie zmieniły i nie zmienią. Na przestrzeni wieków, w samych choćby szeregach Żydów, Narodu Wybranego, pojawiały się różne stronnictwa i ugrupowania, które dokonywały różnej interpretacji tych przekazać, odczytując je w różnym duchu. Dużo przykładów mamy przecież w samych ewangeliach, gdzie raz po raz słyszymy o tym, jak ci albo inni (najczęściej faryzeusz) znowu próbują Jezusa wystawić na próbę, podkopać autorytet, podchwycić na słowie - dobrać Mu się tym samym do skóry. Ktoś może powiedzieć - no tak, ale przecież kierowali się Pismem Świętym, więc jak mogli być w błędzie? Mogli, i Jezus wiele razy to udowodnił. Pismem się nie kierowali, a co za tym idzie - Duchem Bożym, przykazaniami - ale się nimi jedynie podpierali do realizacji partykularnych interesów, pozbycia się Tego, kto punktował ich błędy, niespójność, pozerstwo i obłudę. Tu nie chodziło o szukanie i znajdowanie woli Bożej w realizacji przykazań, ale o pozbycie się przeciwnika w majestacie Bożego prawa. 

Jedno jest pewne. Kościół, w różnej kondycji, stoi od 2000 lat i pewnie jeszcze się tak szybko, wbrew nadziejom wielu, nie zawali, postoi. Przykazania w tym Kościele, ani nawet w Piśmie Świętym w zakresie Starego Przymierza, nigdy się nie zmieniały. Do dziś było i jest ich dziesięć, znane (przynajmniej z założenia) każdemu chrześcijaninowi. Przykazania Boże - żeby nie było, bo kościelne to kwestia umowna, zmieniające się (choćby w zakresie terytorium np. państwa - u nas są takie, jakie są, za granicą gdzieś mogą obowiązywać inne). Tu nie ma miejsce na nadinterpretacje. One same i duch, w jakim powinny być realizowane, są jednoznaczne. Nie można siadać do rozważania nad nimi, i po prostu zastanawiać się, jak je obejść. Nawet w prawie świeckim, cywilnym, obejście prawa (ukształtowanie treści czynności prawnej, że z formalnego punktu widzenia nie sprzeciwia się ona przepisom prawa, ale w rzeczywistości zmierza do osiągnięcia celów zakazanych przez prawo) jest zabronione i karane.

Bóg poszedł człowiekowi bardzo na rękę, dyktując przykazania. Nie bez powodu zostały wyryte na kamiennych tablicach, które spoczęły w Arce Przymierza. Bóg jest w nich, Duch Boży przez nie działa i chce zamieszkać w tych, którzy je przyjmują i wypełniają. Jeśli chcesz kombinować - z pozoru pozostać im wiernym, podczas gdy w sercu i tak naprawdę lawirować między nimi, omijając to, co niewygodne - szkoda czasu. To podstawa, fundament. Dyskutować można dalej, w kwestiach spornych (właśnie czytam "Światłość świata" papieża Benedykta - m.in. o instrumentach nowej ewangelizacji; owszem - formy nowe, ale podstawa i sedno zawsze to samo). Przykazania? Tutaj nie ma nic takiego. Albo je uznajesz, albo nie.

Wielki Post to dobry czas, aby powrócić do tych źródeł, jakimi przykazania są, postarać się je jakoś na nowo odkryć. A jeśli się okaże, że dotychczas głównie kombinowałem, zmierzałem do ich obchodzenia? Jest czas na wyciąganie wniosków. One nie mają ograniczyć, a ukierunkować i pomóc. 

poniedziałek, 28 marca 2011

Zagadywanie przez Boga

Jezus przybył do miasteczka samarytańskiego, zwanego Sychar, w pobliżu pola, które /niegdyś/ dał Jakub synowi swemu, Józefowi. Było tam źródło Jakuba. Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy studni. Było to około szóstej godziny. Nadeszła /tam/ kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody. Jezus rzekł do niej: Daj Mi pić! Jego uczniowie bowiem udali się przedtem do miasta dla zakupienia żywności. Na to rzekła do Niego Samarytanka: Jakżeż Ty będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić? Żydzi bowiem z Samarytanami unikają się nawzajem. Jezus odpowiedział jej na to: O, gdybyś znała dar Boży i wiedziała, kim jest Ten, kto ci mówi: Daj Mi się napić - prosiłabyś Go wówczas, a dałby ci wody żywej. Powiedziała do Niego kobieta: Panie, nie masz czerpaka, a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej? Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Jakuba, który dał nam tę studnię, z której pił i on sam, i jego synowie i jego bydło? W odpowiedzi na to rzekł do niej Jezus: Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu. Rzekła do Niego kobieta: Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać. A On jej odpowiedział: Idź, zawołaj swego męża i wróć tutaj. A kobieta odrzekła Mu na to: Nie mam męża. Rzekł do niej Jezus: Dobrze powiedziałaś: Nie mam męża. Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem. To powiedziałaś zgodnie z prawdą. Rzekła do Niego kobieta: Panie, widzę, że jesteś prorokiem. Ojcowie nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga. Odpowiedział jej Jezus: Wierz Mi, kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie. Rzekła do Niego kobieta: Wiem, że przyjdzie Mesjasz, zwany Chrystusem. A kiedy On przyjdzie, objawi nam wszystko. Powiedział do niej Jezus: Jestem Nim Ja, który z tobą mówię. Na to przyszli Jego uczniowie i dziwili się, że rozmawiał z kobietą. Jednakże żaden nie powiedział: Czego od niej chcesz? - lub: - Czemu z nią rozmawiasz? Kobieta zaś zostawiła swój dzban i odeszła do miasta. I mówiła tam ludziom: Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem? Wyszli z miasta i szli do Niego. Tymczasem prosili Go uczniowie, mówiąc: Rabbi, jedz! On im rzekł: Ja mam do jedzenia pokarm, o którym wy nie wiecie. Mówili więc uczniowie jeden do drugiego: Czyż Mu kto przyniósł coś do zjedzenia? Powiedział im Jezus: Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło. Czyż nie mówicie: Jeszcze cztery miesiące, a nadejdą żniwa? Oto powiadam wam: Podnieście oczy i popatrzcie na pola, jak bieleją na żniwo. Żniwiarz otrzymuje już zapłatę i zbiera plon na życie wieczne, tak iż siewca cieszy się razem ze żniwiarzem. Tu bowiem okazuje się prawdziwym powiedzenie: Jeden sieje, a drugi zbiera. Ja was wysłałem żąć to, nad czym wyście się nie natrudzili. Inni się natrudzili, a w ich trud wyście weszli. Wielu Samarytan z owego miasta zaczęło w Niego wierzyć dzięki słowu kobiety świadczącej: Powiedział mi wszystko, co uczyniłam. Kiedy więc Samarytanie przybyli do Niego, prosili Go, aby u nich pozostał. Pozostał tam zatem dwa dni. I o wiele więcej ich uwierzyło na Jego słowo, a do tej kobiety mówili: Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, na własne bowiem uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata. (J 4,5-42)
Do człowieka przychodzi Zbawiciel - jak w tym niedzielnym ewangelicznym obrazku. I co robi człowiek? Chowa się za konwenansami, stereotypami. Żyd rozmawia, prosi o coś Samarytankę? Nawet gdy mówi jakby wprost - nie wiesz, z kim rozmawiasz, kim jest rozmówca - ona dalej nie rozumie, a raczej rozumuje stricte po ludzku. Woda żywa? Jaka? Studnia - ok. Ale On nie ma czerpaka, wiadra - więc nawet, jakby chciał, nic nie zrobi, nawet nie jest w stanie nabrać dla siebie tej zwykłej wody, ze studni. A w ogóle - co to, ta woda żywa?

Coś jednak odzywa się w sercu kobiety. Pada pytanie, od razu w kontekście tego, którego Samarytanie uznają za swojego ojca, więc Jakuba - czyżby ten dziwny człowiek był większy, potężniejszy od Izraela, człowieka, który walczył z Bogiem i ludźmi, i zwyciężył (Rdz 32, 29). Jezus czyta w człowieku jak w otwartej książce - tak i w owej kobiecie. Zna pragnienia i potrzeby jej serca. Obiecuje wodę żywą, jakiej nikt inny dać nie może. Nic dziwnego, że kobieta od razu wyraża pragnienie, docieka jak ją zdobyć. Tu czeka ją próba - Jezus bada, czy potrafi ona stanąć w prawdzie o sobie samej. Potrafi - przyznaje, iż żyje w konkubinacie, a Jezus uzupełnia jej wypowiedź o szczegóły, których obcy, wędrowiec, nijak nie mógł znać - wie przecież, ilu dokładnie miała mężów, i że żyje w wolnym związku. 

Kobieta jest przekonana, że ma do czynienia z prorokiem. Dlatego pyta o szczegóły wierzeń żydowskich, docieka odnośnie formy i sposobu oddawania czci Bogu. Niby detal - dla nas, dzisiaj żyjących chrześcijan - jednak ówcześnie była to kwestia sporna także pomiędzy Żydami, do który Samarytanom nie było przecież znowu tak daleko, i z których to Żydów Samarytanie w pewnym sensie się wywodzili (wyodrębnili się przecież na skutek małżeństw mieszanych pomiędzy Żydami a tzw. ludem Kuteim, które zaistniały w sytuacji podbicia królestwa Izraela/Samarii przez króla Asyrii Sargona II i dokonanych przez niego przesiedleń Żydów w głąb Asyrii w VII w.p.n.e.). Samarytanka nawiązuje, jakby pyta niezwykłego wędrowca, jak to jest z tym oddawaniem czci Bogu - Samarytanie robią to na świętej górze Gerazim, Żydzi mają świątynię w Jerozolimie? Odpowiedź Jezusa jest zarazem wyjaśnieniem, że Żydzi to nadal Naród Wybrany, jednak ciągle błądzący, skoro skupiony na kulcie świątyni. Bóg jest bowiem wszędzie, i nie tyle znaczenie ma miejsce modlitwy, oddawania mu chwały - co stan człowieka. W duchu i prawdzie - nie w bogato zdobionych ścianach, w pięknych szatach, wzniosłych słowa, a pustym, zatwardziałym czy po prostu unuranym w grzechu sercu.

Moment kulminacyjny - kobieta wspomina na starożytne proroctwa, odnoszące się do Mesjasza. Okazuje się, że od jakiegoś czasu ona sama, grzeszna i na pewno jakoś tam pogubiona (o czym świadczy jej sytuacja, jej pytania), rozmawia z Nim twarzą w twarz. Ewangelista nie mówi o emocjach - można sobie wyobrazić jednak, jak podziałały na nią słowa Pana. Wraca do miasta i rozpowiada o tym niezwykłym spotkaniu. Staje się, de facto, sama apostołem. 

Jaka wielka zmiana! Nieświadomie jeszcze, otrzymawszy dar poznania tożsamości Boga-Człowieka, głosi prawdę o Nim w swoim mieście. Nadzieja, jaką Jezus wlał w jej serce to jedno - a powołanie do świadczenia o Nim, na podstawie tej krótkiej rozmowy przy studni, to co innego. Ta prosta, przypadkowa niby rozmowa, a odmienia wszystko. Daje nową nadzieję - bo jak inaczej można odejść z rozmowy z Bogiem, który jest niewyczerpanym źródłem wody żywej?

Wędrujemy przez życie różnymi drogami, przystając w różnych momentach przy różnych studniach. Właściwie, taką studnią okazuje się być każde spotkanie z drugim człowiekiem. W nim tak samo jest Bóg. Raz bardziej wprost, dobitnie, między oczy - a kiedy indziej bardziej dyskretnie, na zasadzie nawet wyrzutu sumienia, Bóg "zagaduje" do mnie, tak jak zagadał Samarytankę. Grunt to zauważyć to, nie minąć Go obojętnie. Czasami może zacząć bardzo prowokacyjnie - dziwną, niezrozumiałą albo wręcz nie na miejscu prośbą. Potem - podrążyć, uderzyć w jakieś czułe miejsce, dotknąć do żywego bo zapytać o coś, co ciąży, leży na sercu od dawna, wymaga uporządkowania. Inaczej się nie da. Źródło tryska dla każdego - ale nie każdy sam jest w stanie do niego dotrzeć. Żeby być w stanie - trzeba stanąć w prawdzie, nawet najtrudniejszej, o sobie samym. Wielki Post to dobry moment.