Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powołanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powołanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 grudnia 2015

Już taki jest ten świat - jedynie Bóg zna odpowiedź

Jan przywołał do siebie dwóch spośród swoich uczniów i posłał ich do Pana z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Gdy ludzie ci zjawili się u Jezusa, rzekli: Jan Chrzciciel przysyła nas do Ciebie z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? W tym właśnie czasie wielu uzdrowił z chorób, dolegliwości i [uwolnił] od złych duchów; oraz wielu niewidomych obdarzył wzrokiem. Odpowiedział im więc: Idźcie i donieście Janowi to, coście widzieli i słyszeli: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi. (Łk 7,18b-23)
Zwolennicy jednej teorii powiedzą, że Jan tak naprawdę nie zwątpił - no bo jak to, ten, który wskazał Jezusa, miałby być niepewny? Ja jednak skłaniam się do podzielenia stanowiska odmiennego. Jan miał jakieś wątpliwości i stąd właśnie ten ewangeliczny środowy obrazek. 

Nie bez powodu Jan nazwany jest pierwszym prorokiem Nowego Testamentu - bo przecież to, czego on tutaj doświadczał, jest takie bardzo "nasze"; w na pewno moje. Kiedy człowiek rozpoczyna swoją relację z Bogiem, odkrywa Go, zachłystuje się prawie dosłownie doświadczeniem dobrego i wyrozumiałego Ojca, który zawsze jest i kocha - wtedy jest pięknie. Jan całe życie przygotowywał się na pustyni do swojej misji, która wypełniła się, kiedy zaczął w wodach Jordanu chrzcić Żydów, a potem pokazał palcem: Mesjasz! Pewnie po ludzku był w swoim żywiole - nie mam wątpliwości, że i wtedy, i dzisiaj mogli go uważać za nieco ekscentrycznego, szalonego. 

A potem budzimy się któregoś dnia w zwykłej, szarej rzeczywistości - tylko że ona taka po prostu zawsze była, raczej specjalnie się nic nie zmieniło, tylko we mnie to wszystko jakoś... okrzepło? spowszedniało? Przyzwyczaiłem się. U Jana to miało miejsce, kiedy "zrobił swoje", jego uczniowie podążyli za Jezusem - i co dalej? Pojawił się zły i zasiał wątpliwości. A może źle? Może to nie ten? Może Jan coś źle zrozumiał i wprowadził tylu ludzi w błąd? 

Wtedy wariantów jest kilka. Można dramatyzować, zamykać się w sobie i rozpaczać - co jest kompletnie bez sensu i całkiem niekonstruktywne. Nic nie da. Można też zacząć to wszystko rozkminiać w sobie - rozkładać na czynniki pierwsze, składać, i tak w kółko, dzieląc przysłowiowy włos na czworo. Niby mądrzejsze, ale według mnie bez sensu. Albo można udać się do źródła, przyczyny wszystkiego i odpowiedzi na wszystko - czyli do Boga. To właśnie zrobił Jan, wysyłając uczniów. Nie unosząc się emocjami - ale działając do bólu racjonalnie, mimo że zwracając się w tym sensie do Boga. 

Tak naprawdę, nie było by niczym specjalnie dziwnym, gdyby Jezus poczuł się trochę zawiedziony postawą Jana. Ale - zwróć uwagę - czy Jezus kiedykolwiek zrobił komukolwiek jakiś wyrzut z tego tylko powodu, że ktoś pyta, docieka? Nic takiego nie pada również tutaj. Co ciekawe, bynajmniej nie poklepuje go po ramieniu, nie opowiada banałów w stylu "spoko, jakoś to będzie, ułoży się" i nie rysuje idyllicznego obrazu tego, jak to będzie świetnie. Powołuje się nie na siebie jako Syna Bożego - ale na konkretne, zmierzalne niejako, dowody działania Boga: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. Mówi wprost - żeby ci posłańcy poszli i przekazali to Janowi. To nie jest komentarz, dygresja - ale wprost odpowiedź na pytanie. 

"A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi". Wątpienie to jedno, i przychodzi do mnie bardzo często nie tylko codziennie, ale nawet po kilka razy. Upadamy i wstajemy. Mamy nie zwątpić - czyli permanentnie, nie poddać się, nie usiąść i załamać ręce po prostu. Zasada "kto pyta, nie błądzi" nie jest obwarowana wyjątkiem dotyczącym Boga. Co innego - my bardzo często chcemy dostać konkretną odpowiedź - i tu się robi problem. Jeśli pytasz - pytaj szczerze i przygotuj się, że na 99% zdziwisz się odpowiedzią. Taki już jest Bóg. 

wtorek, 1 grudnia 2015

Przełomowe spotkanie

Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci, Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim. (Mt 4,18-22)
Wczorajsza Ewangelia z święta św. Andrzeja apostoła. Tego, który jakby pierwszy poszedł do Jezusa, i który zaprowadził do Niego Piotra - Mateusz we fragmencie powyżej o tym w sumie nie wspomina, za to opisuje to dość ładnie Jan we własnej wersji (J 1,35-42). Jan Chrzciciel wskazuje na Jezusa jako Baranka Bożego, i Andrzej z drugim, nie wskazanym z imienia, poszedł za Jezusem. Dopiero po całym dniu z Jezusem Andrzej spotkał swego brata Piotra i powiedział, że znalazł Mesjasza, po czym zaprowadził Piotra do Jezusa.

Tą sytuację - mam nadzieję - każdy z nas jakoś może rozpoznać w swoim życiu. Każdy z nas jest inny, i w życiu każdego z nas gdzieś tam był moment, kiedy Jezus zapukał jakby mocniej, i go zauważyłem. U niektórych spotkanie z Nim jest normalną codziennością, czymś, co jest nieodłącznym elementem życia od małego - i chwała za to jego rodzicom, którzy tak uwrażliwili dziecko na sprawy Boże, że potem taka mała osoba wchodzi w życie z Bogiem jako swoim przyjacielem i powiernikiem. U innych Jezus to jakby osoba, która pojawia się dopiero na jakimś późniejszym etapie - czy to z powodu buntu, kontestacji i sprzeciwu wobec rodziców, dziadków czy po prostu wiary, czy też dorastania w środowisku, w którym zwyczajnie nie stanowi On żadnego punktu odniesienia (a takich miejsc jest coraz więcej).

Najtrudniej ma człowiek, który ma jakiś swój wielki plan na życie i skrupulatnie go realizuje - krok po kroku, systematycznie, mozolnie wspina się na coś, co dla niego stanowi szczyt, punkt docelowy, cel. Pół biedy, kiedy to jest cel jakiś zawodowy - wykształcenie (może doktorat albo i wyżej?), praca (może naukowa)? Najczęściej chodzi o osiągnięcie jakiegoś statusu materialnego, stabilizacji - i nie ma w tym co do zasady nic złego - kupić mieszkanie (najczęściej kredyt do końca życia), założyć rodzinę, móc sobie pozwolić na samochód, wycieczki zagraniczne, parę gadżetów... Szkoda, że w tych kwestiach materialnych potrafimy dosłownie zagryźć język i tyrać, żeby się dorobić, a w relacji z Panem Bogiem najczęściej nie potrafimy włożyć nawet ułamka tego wysiłku, poświęcić czasu, być równie starannym i konsekwentnym. 

Bo pewnego dnia przechodzi obok ciebie Jezus - tak, jak to się miało z Andrzejem. Konkretniej - przechodzi pewnie i codziennie, ale go po prostu nie widzisz, bo jesteś zbyt rozkojarzony, albo zbyt zapatrzony w jakiś swój wytyczony cel. Nie zastawi ci drogi oddziałem policji czy wojska, nie urządzi show z fajerwerkami i bannerami dla zwrócenia uwagi. Czasami może się okazać, że jesteś świadkiem jakiegoś cudu - tak, Bóg zadziałał, i to porusza serce. Przechodzi obok, a Ty uświadamiasz sobie, że nie możesz od Niego oderwać wzroku, że coś przyciąga. Że to On właśnie - wbrew wszystkim planom i założeniom - czujesz to bardzo, stanowi odpowiedź na wszystkie twoje pytania, wątpliwości, smutki, żale, marzenia i porywy serca. 

I tyle. Nie napiszę, jaka jest cudowna i uniwersalna - jak matematyczny wzorek - odpowiedź na to, co Jezus mówi. Bo tylko ty to wiesz, bo mówi to tylko tobie i do ciebie. Po prostu posłuchaj. Nie pozwól życiu z jego bogactwem, kolorami, jazgotem i emocjami zagłuszyć tego, co On ci delikatnie proponuje. Przemódl to. I odkryj w Nim i z Nim swoje powołanie. Andrzeja jego droga doprowadziła na krzyż i musisz być na to gotowy. Ale nie bój się - krzyż nigdy nie jest końcem i celem samym w sobie. 

piątek, 20 listopada 2015

Daj Bogu szansę

Gdy Jezus był już blisko Jerozolimy, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi. Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, oblegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia. (Łk 19,41-44)
Ten tekst jakby trochę sprawia mi trudność. Bo to ostatnie zdanie, cóż, brzmi trochę jak taki wyrzut z konsekwencjami pod adresem tego, kto rozminął się z Bogiem - no a co z miłosierdziem Boga i tym, że On ciągle przychodzi?

Jezus zapłakał nad złem w Jerozolimie - przy czym dość jasno trzeba powiedzieć, że nie chodzi tu o zło okupacji rzymskiej jako takiej, ale zło ludzi, Żydów, ją zamieszkujących. Jak to ładnie ujęto w jednym z komentarzy, "sprawcami tego zła są nie tyle rzymscy okupanci, co „okupanci” umysłów, ci którzy odwrócili lud izraelski od żywego Boga do samej tylko tradycji". Jezus, oczywiście, miał rację - dwa powstania (lata 70 i 135 n.e.) zniszczyły Jerozolimę prawie całkowicie. 

Syn Boży przybył z misją pokoju i pojednania do Jerozolimy (Miasta Pokoju), a jednak niczego tam nie zdziałał. W tym obrazku przytoczono Jego wjazd do miasta - ale On dokładnie wiedział, kto i w jaki sposób przeciwko Niemu knuje i spiskuje, oraz do czego - dokąd - Go to doprowadzi. Na krzyż, który jednak nie stał się gorzkim znakiem porażki, ale wywyższył Jezusa i otworzył Mu drogę do zmartwychwstania. 

Co ciekawe, te słowa "czas swojego nawiedzenia" brzmią tak samo zarówno w Biblii Tysiąclecia, jak i najnowszym przekładzie Biblii Paulistów. Co oznaczają? To właśnie, jak bezmyślnie i bezrefleksyjnie ówcześni Żydzi przeszli nad Jezusem - uznając Go błędnie za jednego z samozwańczych mesjaszy i traktując, do kary włącznie, jako wichrzyciela i bluźniercę, z delikatną pomocą koniunkturalisty Piłata, który chciał mieć przysłowiowy święty spokój. Pomimo czynionych przez Niego znaków, cudów, nauczania. Zabrakło... no właśnie. Wiary? Chęci? Dobrej woli?Nawiedzenie przez Boga, który przyszedł nie tyle stanąć na czele powstania - na co, jak wiadomo, wielu liczyło - ale wyzwolić ludzi w mniej namacalny, ale o ile ważniejszy, bo duchowy, sposób. 

Można zaryzykować stwierdzenie, że Jerozolima musiała upaść, aby Boże Królestwo dosłownie rozlało, rozsypało się po całym ówczesnym świecie, i dalej, aż na całą ziemię. Co dokonało się na początku w dużej mierze rękami rozproszonych po świecie Żydów, spośród których przecież wielu było jednymi z pierwszych chrześcijan. Szli i głosili Tego, w którego uwierzyli. 

Tamci Żydzi po prostu rozminęli się z Bogiem, byli zbyt zajęci samymi sobą, swoim życiem, swoim prawem i skrupulanctwem w jego realizowaniu (w czym równocześnie nie było wiary ani ducha Bożego). Dość bezmyślnie stracili wielką szansę - mimo, że On był obok przez blisko 3 lata, chodził po tej krainie, nauczał, rozmawiał, mówił do serc, uzdrawiał choroby, a nawet wskrzeszał zmarłych. Mało powodów, żeby uwierzyć? To zależy, czy się chce. Bóg nas w tym nigdy nie wyręczy - bo szanuje naszą wolną wolę. Co więcej - to, jak wiele tamci obojętni stracili, nie rozpoznając czasu swojego nawiedzenia, najlepiej oddają karty Pisma Świętego w zakresie części Nowego Testamentu - a więc słowa tych właśnie ludzi, którzy czasami Jezusa znali osobiście, widzieli Go, mogli Go sami słuchać, a potem te słowa dla nas i dla wszystkich spisali. Gdy się czyta np. ewangelie, to aż bije z nich ten Boży Duch, Boży zapał i radość człowieka odnalezionego i ukochanego przez Boga - nie na zasadzie rozdzielnika, jak każdego, ale w indywidualny i wyjątkowy sposób. 

Jerozolima jako miasto upadła - przegapiła czas swojego nawiedzenia. Czy te słowa można odnieść do ludzi? Według mnie - nie. Każdy człowiek ma szansę dać Bogu szansę tak długo, dopóki żyje. Co samo w sobie jest już paradoksalne - kogo porównujemy? Małego człowieka z nieskończonym Bogiem i Stwórcą wszystkiego, w tym tego człowieczka. A jednak, zakochany w ludziach bez pamięci, to Bóg stara się i walczy o każdego człowieka. I przychodzi, puka, zagaduje, stara się zwrócić uwagę, przykuć spojrzenie, zainteresować. Nigdy nie zmusi, nigdy nie postawi pod ścianą - w "trudniejszych" przypadkach człowiek po prostu dochodzi sam do pewnych wniosków dopiero po niekiedy bardzo trudnych doświadczeniach. Ale sam musi wybrać. Jak to napisał Jerzy Liebert, "uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę". 

To jest właśnie nasza nadzieja. Bo mimo, że dzisiaj rano w pacierzu czy kilku słowach wyznałem w Niego wiarę - wcale nie znaczy, że w ciągu dnia pięć razy się Go nie wyprę. Upadamy, ale mamy możliwość powstawać - to z jednej strony nasza słabość, ale tu właśnie najmocniej też objawić się może ludzka wielkość, siła ducha. Nasz czas nawiedzenia trwa do końca naszego życia tutaj. Czasami jesteśmy bardziej świadomi, czujemy obecność Boga bardziej - czasami jest jak z bł. matką Teresą z Kalkuty (za rok kanonizacja!), kiedy doświadczamy tzw. ciemnej nocy duszy; wydaje się, że Boga nie ma, to wszystko bez sensu, bzdura, lipa (ona tak miała większość życia - a zobacz, ile zrobiła!). Ja jestem Bogu bardzo wdzięczny, że tym mnie nie doświadczył - czasami gdzieś tam są pewne bunty czy wątpliwości, ale wiem, że On jest. 

Nawet, jeśli Jezusa przegapimy w jakiejś sytuacji dzisiaj - On na bank jutro też przyjdzie. Oczywiście, prawdopodobieństwo, że stanie w białej szacie z aureolką i gadającym świecącym okiem oraz gołębiem nad głową (takie dziwne dość dla mnie wyobrażenie Trójcy Świętej?), a najlepiej jeszcze z podpisem na tabliczce "to ja, Jezus", jest dość małe. Ale przychodzi i do każdego z nas chce się zbliżyć, nawiedzić. Nie dla samej wizyty, ale aby zaprosić do pięknej z Nim przygody przez życie. Nie obieca, że będzie łatwo - bo nie jest, i nikt nie mówi, że ma być. Nie unikniesz bólu, rozczarowania, smaku porażki - bo to jest normalne, jesteśmy tylko ludźmi. 

Ale uwierz, nie ma większej i piękniejszej przygody niż z Nim. Czy jesteś samotny, czy masz żonę/męża, stadko dzieci, albo jesteś dziadkiem/babcią. To nie ma znaczenia. On dla każdego ma fantastyczny plan - który możesz poznać tylko ty. Daj Bogu szansę. 

niedziela, 8 listopada 2015

Uwielbienie tak po prostu, krok po kroku

Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu
na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie,
że  n i e  j e s t e m  s t ą d.
Jakbym był posłany, żeby wchłonąć jak najwięcej
barw, smaków, dźwięków, zapachów, doświadczyć
wszystkiego, co jest
udziałem człowieka, przemienić co doznane
w czarodziejski rejestr i zanieść tam, skąd
przyszedłem.
Rzadko na tym blogu przytaczam wiersze - powyżej to "Gdziekolwiek" Czesława Miłosza z tomiku "To" z 2011 r. Cytuję go nieprzypadkowo - w kontekście źródła, w którym się na te słowa natknąłem - mianowicie książki "Pan Bóg? Uwielbiam" Marcina Jakimowicza, jednego z moich ulubionych autorów z GN (co ciekawe, z wykształcenia, kolegi po fachu bo prawnika). 

Kapitalny wstęp do bardzo dobrej książki, z której kilka co fajniejszych myśli chciałem tu zaproponować dzisiaj. Fakt, jest ich sporo, a to tylko świadczy na korzyść książki - przede wszystkim w sposób kapitalnie prosty rozprawiającej się z mentalnością i schematem "Boga który doświadcza chorobami". Myśli bardzo kreatywne, zmuszające do konfrontacji z własnym podejściem do Boga, zmierzenia się z własnymi lękami nie tyle dotyczącymi przejścia do zbawienia po śmierci - ale z tym, co może być trudne i fizycznie bolesne już tutaj, na ziemi. Stawienia czoła strachowi przed po prostu uwierzeniem Bogu i Jego obietnicom dla tych, którzy Mu naprawdę uwierzą - nie tylko gdzieś coś podpiszą. Z genialnym, zacytowanym co prawda od o. Michała Zioło OCSO, pojęciem "wspólnoty niedowierzania". Bardziej trafnie się nie da. 

Ostrzegam, jest tego całkiem sporo.
  • Znakiem pokory jest przyjęcie woli Bożej - pod warunkiem, że jej szukamy, pytamy, o co naprawę chodziło Najwyższemu.
  • Wertuję karty Ewangelii, starając się pochwycić Jezusa na gorącym uczynku i znaleźć choć jedną sytuację, w której zaproponował cierpiącemu, by zaakceptować chorobę. Nie znajduję. 
  • Duch nigdy nie przychodzi tak samo. Nie zna pojęcia stagnacji. Jego obecność jest niezwykle dynamiczna. Jest jak wiatr, ogień, strumień żywej wody. 
  • Można być osobą bardzo religijną i nie wierzyć w Boga. Wszyscy są w jakiś sposób religijni. Mamy wrodzoną religijność naturalną. Prowadzi ona do błędnego schematu - to ja muszę znaleźć Pana Boga, przypodobać Mu się, ofiarować jakieś dary, a jeśli On będzie zadowolony, będzie mi błogosławił.
  • Jezus, zapytany przez uczniów o to, jak mają się modlić, odpowiedział: "Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi" (dosłownie: Niech Twoja wola spełnia się na ziemi, tak jak w niebie). Jezus modlił się: "Ojcze, niech na ziemi będzie tak jak w niebie" (...) Dopiero teraz widać sens tej wypowiedzi. Bóg zdradził swoje pragnienie: chce, by ten skażony grzechem i przekleństwem świat już teraz zamieniać w królestwo. 
  • Nasze zadanie? Sprowadzanie nieba na ziemię. Chodzenie w Jego obecności. Krótkie pytanie: czy jestem w stanie zrezygnować z własnej chwały, by Jego królestwo wzrastało? czy chcę się zaprzeć samego siebie? Tylko tyle. Cała reszta już jest załatwiona. Jezus zapłacił za wszystko swoją krwią. 
  • Zbyt łatwo wszelkie nasze porażki pieczętujemy dewizą "wola Boża".
  • Wiesz, dlaczego Bóg nie może dać ci raka? Bo rak do Niego nie należy. 
  • Czytam Biblię i widzę, że Bóg jest dobry. Skoro ja, zły, egoistyczny i samolubny człowiek, nie chcę, by moje dzieci były wyniszczone przez chorobę, to dlaczego miałbym sądzić, że On sam tego pragnie? Po co miałby tego chcieć? By wyćwiczyć je w pokorze? Dać solidną lekcję posłuszeństwa? 
  • Jezus dostał to, na co ja zasłużyłem, aby mógł dostać to, na co On zasłużył.
  • Żyjemy w świecie skażonym grzechem, więc pełnię uzdrowienia zobaczymy dopiero wówczas, gdy powróci Ten, "w którego ranach jest nasze zdrowie". Wiem o tym. 
  • "Wszystko, co mam, jest twoje" - to obietnica Najwyższego, który zdaje się podpowiadać: dysponujesz całym pakietem darów, charyzmatów, którymi posługiwał się mój Syn. Otrzymaliśmy tego samego Ducha, który wskrzesił Jezusa z martwych.
  • "Powołałem cię po to, abyś szedł i przynosił owoc". To mocne zdanie. Przez długie lata rozpowiadałem na lewo i prawo: ja jedynie sieję, nie zbieram owoców. To bezpieczny manewr, pobożna wymówka, spełniająca wszelkie wymogi political correctness. Słowa "ie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał - aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje" (J 15, 16) zmieniają tę perspektywę. Powołałem cię - wyjaśnia Najwyższy - abyś przynosił owoc. Co więcej - by owoc twój trwał.
  • Wydajcie rozkaz górze. Czyńcie sobie ziemię poddaną. Obowiązują was reguły panujące w królestwie. Trzy lata chodziliście za mną krok w krok. Widzieliście cuda, znaki, uzdrowienia, wskrzeszenia. Dalej nic nie rozumiecie? 
  • To ja drżę. Boję się wydać rozkaz chorobie, aby nie skompromitować się przy innych. Często nawet dorabiam do tego pseudoideologię, by... nie skompromitował się sam Bóg (doprawdy karkołomna konstrukcja)!. Nie twierdzę, że uzdrowi wszystkich, a sale szpitalne opustoszeją. Nie wylewam dziecka z kąpielą, zapominając o teologii cierpienia, o tym, że nasze rany są kanałami Jego łaski. Nie! Wierzę jednak w to, że zanim "pochylimy się z troską nad zagadnieniem choroby" w życiu osoby, która prosi nas o wstawiennictwo, mamy prawo wołać o cud. On sam nas o to prosi. 
  • Nie znajduję w Ewangelii ani jednej sytuacji, w której Jezus podszedłby do chorego ze słowami: "Zaakceptuj swoją chorobę"! On ich uzdrawiał!
  • Co się, do cholery, stało? - to najbardziej dramatyczne pytanie świata. Krótkie, proste jak schemat linii warszawskiego metra instrukcje usłyszeli apostołowie. Uzdrawiajcie, wskrzeszajcie, wyganiajcie. My???
  • "Przechodząc doliną płaczu, przemieniają ją w źródło" - to kwintesencja chrześcijaństwa, które powinno być, jak chce prawosławny teolog Paul Evdokimov - "marszem życia przez cmentarze świata".
  • To zawsze mocno podejrzane, gdy ktoś zbyt łatwo zgadza się na cierpienie. Bo taka zgoda to ucieczka, po to by nie bolało. Z krzyżem jest trochę jak z tą drogą do Santiago. To nie my pokonujemy drogę, ale ona nas. To nie my radzimy sobie z cierpieniem, tylko ono radzi sobie z nami.
  • Jezus czynił takie cuda, jak wskrzeszenie Łazarza, bo wiedział, że w większości przypadków cuda i znaki potrzebne są nam, byśmy przylgnęli do serca Jego Ojca. Tacy jesteśmy. Nieufni, węszący spisek, odsuwający się na bezpieczną odległość. Na wszelki wypadek. - My, gawiedź. Chytra, kombinująca, szukająca zysku i unikająca ciosu, cyniczna lub może zbyt obolała, żeby wierzyć - opowiada trapista o. Michał Zioło. - Żyjemy, wyczekując. Mamy alibi, zawsze. Boimy się wysokości i jasności zbyt jasnej. Pojednaniu z niskością. Zdaje się, że już na zawsze. Podziwiamy męczenników, gdyż już nam więcej nie zagrażają. My, gawiedź, wspólnota niedowierzania, podobna ludziom przechodzącym od płaczu nad zmarłą dziewczynką do śmiechu i kpin z Jezusa, który odważył się powiedzieć, że dziewczynka nie umarła, lecz śpi. 
  • Chrześcijanie nie gonili za cudami. To cuda goniły za nimi.
  • Ludzie są zmęczeni moralizowaniem, duszpasterskim smrodkiem dydaktycznym. Chcą w Kościele zobaczyć żywego Jezusa, a nie tylko o Nim usłyszeć. Chcą Go dotknąć. I dopóki tego nie zrobią, nie uwierzą. (bp Grzegorz Ryś)
  • Jeżeli jesteśmy ludźmi, dla których wzorem jest życie Jezusa, to założenie, że Bóg "daje chorobę", stanowi pogwałcenie nauczania i praktyki Jezusa. 
  • W Kościele często pielęgnujemy cierpiętnictwo, które utwierdza nas w chorobie, zamiast pielęgnować wieź z Duchem Świętym, w mocy którego Jezus zadawał jej kres. 
  • Jeżeli proszę Pana Boga, to nie po to, aby Go o czymś poinformować (wie o wszystkim, zanim otworzę usta!), ale po to, by dać Mu prawo dostępu do konkretnego obszaru mojego życia. Bóg jest niezwykle dyskretny, nie narzucający się. Szanuje naszą wolność. Prosząc Go o uzdrowienie, dajemy Mu prawo do naszego wnętrza. My w tym momencie nie upraszamy u Boga konkretnej łaski, ale zapraszamy Go z nią do naszego życia. Nie upraszamy, ale zapraszamy.
  • Czy Pan Bóg jest bankomatem? Będę się modlił, aby Bóg mnie otworzył na swoją łaskę. Kiedy to "działa"? Wtedy, gdy po stronie zapraszających Boga jest wiara.
  • Fascynuje mnie sposób, w jaki Jezus patrzył na ludzi. On dostrzegał tych, których inni nie chcieli zauważyć. 
  • Wzorem modlitwy wstawienniczej jest dla mnie jedno krótkie zdanie wypowiedziane przez Maryję. Gdy zobaczyła, że impreza weselna w Kanie "dogorywa", rzuciła krótkie: "nie mają już wina". Koniec, kropka. 
  • Chcę usłyszeć: "jesteś wolny od niemocy". Desperacko szukam Jego obecności. Nie interesuje mnie rozmiękczona, grzeczna, pluszowa Ewangelia zredukowana do poziomu niedzielnych kazań. 
  • Lepiej być grzecznym i uradowanym, czy grzesznym i uratowanym? (o. Wojciech Ziółek SI)
  • To Bóg czyni pierwszy krok, jest źródłem dynamiki. 
  • Naszym największym zagrożeniem jest szary pragmatyzm codziennego życia Kościoła, w którym wszystko toczy się na pozór normalnie, w rzeczywistości jednak wiara zanika i zatraca się w małostkowości. Letniość. Bylejakość. Małostkowość. 
  • Jeśli chrześcijaństwo nie promieniuje, to nie dlatego, że napotyka w świecie opór - ale dlatego, że zabrakło mu gorliwości i świętości.
  • Myślę, że wielokrotnie Jezus puka od środka, abyśmy pozwolili Mu wyjść. Kościół zachowuje się, jakby pragnął zamknąć Jezusa wewnątrz i nie pozwolił Mu wyjść. 
  • Ludzie chcą w Kościele zobaczyć Jezusa, a nie tylko o Nim usłyszeć. Problem nowej ewangelizacji nie polega na tym, jak wyjść na ulice, ale... żeby wyjść (bp Grzegorz Ryś). 
  • Zauważyłem, że gadamy na okrągło o jedności i ekumenizmie, a nie potrafimy spotkać się z ludźmi z tej samej duszpasterskiej bajki. Jak możemy opowiadać o "parafii jako wspólnocie wspólnot", skoro nie znamy swoich imion?
  • Linia podziału przebiega tak głęboko i tak dotkliwie nas rani, że wychodzimy na ewangelizację z hasłem: "Po co mam to robić z kimś, skoro mogę zrobić coś sam?". Absurd! Głęboko podszyty zazdrością duchową i przekonaniem, że jeśli będę o kimś dobrze mówił i kogoś wywyższę, to automatycznie Bóg zabierze tę część z mojej puli, stracę coś. Tak jakby Bóg miał za mało i jeżeli przeleje na czyjeś konto, to ja już na nic się nie załapię... Nic dziwnego, że w Kościele nie czujemy się jak bracia i siostry, tylko partnerzy w konkurencji, rywalizacji. 
  • Coraz częściej czuję się bankrutem. Wiem, że nie mam absolutnie nic do dania. Nie mam czym zapłacić, dlatego załapuję się na gratisy od Pana Boga. Każdego dnia łapię się na tym, że chciałbym Mu dać wiele rzeczy, ale nie mam nic. Cokolwiek dobrego udało mi się zrobić, to zawsze początkiem była prośba: "zrób coś, bo ja jestem pusty" (Robert "Litza" Friedrich).
  • Im dłużej żyję i im częściej czytam Biblię, tym mocniej przekonuję się, że Pan Bóg nie obraża się, słysząc bezczelne a szczere słowa. Większą bezczelnością jest chyba mówienie do Niego w kościele: "Pan mym pasterzem, nie brak mi niczego", a po wyjściu z Mszy narzekanie tu i tam, jak to wiele nam rzeczy brakuje. Większą bezczelnością jest codzienne mówienie: "bądź wola Twoja" i oburzanie się na Boga wtedy, kiedy jest tak, jak On chce, a nie tak, jak my chcemy. Postawmy się trochę na miejscu Boga, który zna serca ludzkie. Czy nie bolała by nas nieszczerość ludzi, którzy zwracaliby się do nas na modlitwie?
  • Kryzysy uzmysławiają nam, że jesteśmy całkowicie zależni od Boga i wbrew temu, co sądzimy na co dzień, On świetnie dałby sobie radę bez nas, a to, że szuka z nami relacji, jest jedynie wyrazem jego przeogromnej tęsknoty.
  • Do momentu gdy nie zrozumiemy, że wszystko, absolutnie wszystko otrzymujemy za darmochę, będziemy siedzieć w czyśćcu, zamkniemy się na niebo.
  • Zobaczmy, kogo wybierał Jezus. Mam wrażenie, że On wybierał świadomie tych, o których wiedział, że do niczego Mu się nie przydadzą. Wybierał i wciąż wybiera tych, którzy sami mówili: "Ja się nie nadaję". Dlaczego? Bo ci ludzie przyjmują za darmochę to, co chce im dać, przyjmują orędzie zbawienia jako dar i nie chcą za to płacić. Nie mają zresztą czym zapłacić. Nie mają wobec Boga żadnych argumentów. 
  • Bóg, który nie cierpi grzechu, godzi się na moje grzechy. Dlaczego? Bo wie, że stawiają mnie one w pozycji dziecka: nie mam nic, nie mam żadnych zasług. Jak mi nie dasz, zdechnę z głodu. 
  • Jesteśmy gruboskórni, zamknięci na odczucie Bożej miłości. Odczuwamy ją przez nasze rany, pęknięcia. To boli. 
  • "Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia". Nie "z Tym" - ale "w Tym".
  • "Klient nasz pan" słyszę na każdym kroku. Na szczęście nasz pan nie traktuje mnie jako klienta.
  • Wyskakuję z tramwaju i mijam setki reklam: chwilówek, pożyczek, kredytów i sklepów typu Tani Armani. Potem wchodzę do kościoła i słyszę o darmowej miłości Najwyższego (żadnych promocji, ofert, zniżek) i zaczynam czuć się nieswojo. "Nie musisz płacić!" - przekonuje mnie kaznodzieja, a ja czuję się zakłopotany. Teoretycznie znam definicję charyzmatu - 5xD - dar darmo dany dla drugiego, ale podświadomie szepczę: przepraszam, ile to kosztuje?
  • Zbliżała się Pascha, gdy Jezus, jedyny Baranek, który gładzi grzechy świata, wszedł do świątyni. Nie zastał w niej ludzi, którzy się modlili. Zastał tych, którzy handlowali. Wygląda to tak, jakby ci ludzie chcieli kupić dary Ducha. Zadawali pytanie: "A ile to kosztuje?". 
  • Ileż w nas jest religijności naturalnej? Zasługiwania na Bożą miłość? Prób kupowania jej litaniami i nowennami? Nie potrafimy przyjąć tego, że jesteśmy zbawieni za darmo. Zachowujemy się tak, jakby przed dwoma tysiącami lat coś poszło nie tak, a krew Jezusa spłynęła niepotrzebnie i zmyła jedynie część grzechów. Odmawiamy kserowaną od sąsiada "koronkę szczęścia", pilnując, by broń Boże, nie uronić żadnej modlitwy, bo inaczej Główny Księgowy nie zaliczy i będziemy musieli powtarzać wszystko od początku. 
  • Choć w głębi nas samych tęsknimy za miłością bez granic, to stajemy przerażeni, kiedy ta miłość się objawia. Z Bogiem sprawiedliwym można ubijać interesy. Można z Nim kupczyć i próbować pozyskać Jego względy. Ale przeciw Bogu, który jest miłością i tylko miłością, nie mamy broni. 
  • Wyciągając różaniec czy odmawiając koronkę, nie wchodzę już w realizowanie teologii bankomatu. Nie zadaję bezczelnego pytania: "ile płacę?". 
  • Boża miłość jest za darmo. Nie można jej kupić. Relacja Boga do nas, Jego darmowa miłość, w Biblii jest określona jednym słowem: "łaska". Bóg ma łaskę. Jakkolwiek się zachowują synowie ojca w przypowieści o synu marnotrawnym, on zawsze kocha. Zawsze "ma łaskę".
  • Jeżeli patrzymy na Jezusa, na Tego, który jest nam dany za darmo, zaczynamy się uczyć logiki Boga. Przestajemy pytać: ile to kosztuje, bo... On jest ceną, On jest zapłatą. W katechizacji, nauczaniu, kazaniach przez wiele, wiele lat zbyt mocno akcentowano moralność. Moralność była centrum nauczania Kościoła. Tłumaczono nam, jak należy żyć, by być "dobrym człowiekiem". Owocem tego jest to, że czasami słyszę takie hasło na kolędzie: "ojcze, ja nie chodzę do kościoła, ale jestem dobrym człowiekiem" (o. Wit). 
  • Ja nie muszę niczego płacić. Nie jestem niczego winien. Ofiara Jezusa jest kompletna, całkowita, doskonała, pełna. Niczego jej nie brakuje. 
  • Grzechy, w które jestem uwikłany, były dla Niego ogromnym problemem przed 2000 lat. Odczuł je boleśnie na własnej skórze, poznał ciężar każdego z nich. Od chwili, gdy zmartwychwstał, nie wraca do nich. Nie prowadzi ewidencji: "winien - ma". 
  • Zmartwychwstały zachowuje się, jakby doznał amnezji. "Zresetowął" nie tylko same grzechy, ale i pamięć o nich! Jezus nie wypomina Rybakowi ucieczki, zdrady, tchórzostwa. Pyta: "Kochasz?". "Ale przecież uciekłem, zwiałem, stchórzyłem...". "Piotrze, kochasz?". "Ale...". "Kochasz?". 
  • Nie wolno głosić etyki w nawet tak istotnych kwestiach jak małżeństwo, jeśli najpierw się nie pokaże człowiekowi Jezusa Chrystusa. Jeśli nie doświadczy tej relacji, to każde przykazanie będzie ciężarem nie do uniesienia. Nawrócenie to spotkanie z Jezusem, w którym doświadczam tego, że jestem przez Niego kochany. 
  • Największą barierą w przyjęciu łaski jest nieprzebaczenie.
  • Nie musisz krzyczeć, skakać ani płakać czy miotać się po podłodze, aby coś od Niego dostać. Powinieneś tylko wierzyć w imię Jezus. Jezus nie musi się modlić za ciebie, tylko z tobą. On jest twoim adwokatem w niebie. Kiedy wypowiadasz Jego imię, mówi: "To jest zbyt ważna sprawa! Ja przelałem swoją krew i dałem mu swoje imię. Ojcze, obiecaliśmy, że jeżeli użyje mego imienia, otrzyma to czego pragnie". "Tak, amen" - mówi Ojciec - "Dajmy mu to". Imię Jezusa nie jest magiczną sztuczką z pieczątką imprimatur. Nie jest rodzajem katolickiego zaklęcia czy wytrychu. Wiara nie ma nic wspólnego z magią (Ulf Ekman). 
  • Jezus nie odpowiada w tej przypowieści [o miłosiernym Samarytaninie] na pytanie, kogo ja mam kochać, ale kto mnie kocha. Przestawienie akcentów. "Kto jest moim bliźnim?"nie znaczy "Komu mam jeszcze pomóc?", ale "Kto mi pomoże?" (o. Wojciech Ziółek SI).
  • Mamy wiele szczęścia, że żyjemy w takich czasach jak teraz. Mamy dziś do czynienia z Kościołem, który się zapada, i jednocześnie z Kościołem, który się odradza. Zapada się wiele starych struktur, które nie wytrzymują nowego tchnienia Ducha. W nowym, odradzającym się Kościele są ludzie, którzy przyjmują do serca Jezusa i rzeczywiście oddają Mu swe życie. Nie z powodów socjologicznych: tradycyjnych, rodzinnych, ale dlatego, że odczuwają taką potrzebę. Bóg podwaja dziś swoją łaskę. Zwyciężymy (o. Joseph-Marie Verlinde OP).
  • Jeśli chcecie apostołować, to proście Ducha Świętego o dar radości. Radość jest tym, co najbardziej przekonuje ludzi. A my mamy przecież pokazać życiem, że Jezus zmartwychwstał i pokonał śmierć (o. Raniero Cantalamessa OFMCap.). 
  • Jeśli opowiadasz o Bogu skrojonym na ludzką miarę, zredukowanym do twoich wyobrażeń i przefiltrowanym przez twe duszpasterskie niepowodzenia i wątpliwości, wiążesz Mu ręce. 
  • To, co my nazywamy przebudzeniem, Nowy Testament nazywa chrześcijaństwem.
  • Bóg błogosławi odważnym gestom. To gwałtownicy zdobywają królestwo!
  • Bóg błogosławi odważnym deklaracjom, w których w Jego imię zapieramy się samych siebie. Błogosławi tym, którzy wbrew wszystkiemu wkraczają na pole bitwy, wierząc, że wojna jest wygrana. 
  • Jezus uderzył w szatana ostatnim swoim tchnieniem na krzyżu. Bitwa jest wygrana, wróg pokonany. On nie jest tak mocny, jak usiłuje być. Jesteśmy dziś zaangażowani w działalność oczyszczającą za linią frontu pokonanego przeciwnika. 
  • Błogosławienie Boga w każdych, nawet najtrudniejszych sytuacjach, to absurd. Z punktu widzenia świata. A wynika to wprost z zachęty: "W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was" (1 Tes 5, 18).
  • Kto jak kto, ale niewinny niesłusznie oskarżony Jezus miałby wszelkie powody do przeklinania swojego losu. Co robił? Łamał chleb i szeptał: "Błogosławię"! 
  • Spójrz w niebo. To naprawdę znakomita perspektywa do oceny twej sytuacji. Zwłaszcza wówczas, gdy twoje położenie wydaje się beznadziejne. 
  • Nie chodzi mi o żadne pobożne czary-mary. Błogosławienie przywraca prawdziwe proporcje: nie ma sytuacji, która wymknęła by się Bogu spod kontroli. 
  • Skąd się w nas to bierze? Może jako naród z natury bardzo religijny dosłownie potraktowaliśmy słowa ewangelisty Mateusza: "Będą narzekać wszystkie narody ziemi" (Mt 24, 30)?
  • Uwielbienie jest okrzykiem zwycięstwa w bitwie, przed którą dopiero stoimy. Jest zawsze na wyrost. Jest rodzajem skoku w nieznane, aktem zaufania, wyznaniem:"To nie moja wojna. Wiem, Kto walczy po mojej stronie". 
  • Gdy zaczynasz uwielbiać Pana Boga, dochodzi do przemiany: On w twych oczach staje się większy, a problem, z którym się mierzyłeś, maleje. 
  • Uwielbienie zmienia rzeczywistość. Jest ono przecież tak konfrontacyjną rzeczywistością, tak inną od tego, co proponuje świat... To jedyna przestrzeń, w której człowiek nie jest w centrum, ale stoi z boku i jest wpatrzony w Boga, oddaje Mu (dosłownie!) chwałę. To jedyna przestrzeń, w której nie jesteśmy najważniejsi (Mate.o).
  • Uwielbienie jest łaknieniem czegoś, za czym wszyscy tęsknimy - bliskiej relacji z Kimś, kto nas bezgranicznie akceptuje (Grzegorz Głuch). 
  • Wiara to 24 godziny na dobę niepewności minus 1 minuta nadziei (Andre Frossard).
  • Ci, którzy rzucają światło Ewangelii, zazwyczaj stoją w mroku. Po drugiej stronie reflektora. Szukają pociechy, a słyszą: "Błogosławiony, kto we Mnie nie zwątpi".
  • Wiara jest pójściem w ciemno. Bez fajerwerków, Bez zabezpieczeń. Z GPSem Słowa Bożego, który jak na złość, zamiast wybrać najkrótszą drogę, nakazuje nam jazdę przez jałową, bezkresną pustynię. 
  • Spektakularność jest potrzebna nam, byśmy zwrócili uwagę na Boga. Bóg chce się z nami skomunikować. Ale to nie jest Jego ulubiony język. On stara się do nas dostosować. Widać to jak na dłoni w rozwoju wielu wspólnot. Po początkowym boomie charyzmatów i wysypie darów następuje czas uspokojenia, wyciszenia. I mam wrażenie, że Pan Bóg lepiej się w takiej rzeczywistości czuje (s. Bogna Młynarz).
  • Więc siedź na miejscu. Nie włócz się. I uwielbiaj. Sprowadzaj królestwo na ziemię. Niech spod twoich stóp wytryskują rzeki. 
  • Istnieje ciągłość między tym światem a tamtym. Tyle, że Pan Bóg przeniesie go do wersji 2.0. Podciągniętej, ulepszonej. Wierzę w to, że Bóg - najbardziej kreatywna trój-osoba wszechświata - będzie nas nieustannie czymś zaskakiwał. Niebo będzie dopełnieniem stworzenia. Skoro ten świat będzie przemieniony, to dlaczego miałby być z niego usunięty aspekt estetyczny? Umieramy w Boga. To jedyne "miejsce", w które można umrzeć. Po śmierci od razu wpadamy w Jego objęcia. Każdemu z nas Jezus obiecuje jednak jeszcze więcej: zmartwychwstanie ciała. Rozbrajająca jest ewangeliczna opowieść o Jezusie spotykającym nad jeziorem uczniów. Nie dowierzają, myślą, że to jakiś duch, a On wypala wprost: macie tu coś do jedzenia? Materialność zmartwychwstania jest dla wielu zgorszeniem. A ten fragment genialnie pokazuje nam, że istnieje niepodważalna ciągłość pomiędzy tym życiem a rzeczywistością zmartwychwstania. Są one - powiedzielibyśmy dziś - kompatybilne. To nie jest tak, że będziemy się musieli wszystkiego wyrzec, że po śmierci stracimy smak, nie będziemy pamiętać, rozpoznawać, rozumieć. Wręcz przeciwnie. Tam ryby będą lepsze! (ks. Grzegorz Strzelczyk)
  • Mam doświadczenie Boga. Nie jakąś wizję, ale poczucie, że zawarliśmy ze sobą konkretną umowę. Jesteśmy razem. Mówię Mu bardzo proste słowa, proszę Go o banalne rzeczy. Nie płaczę Mu w rękaw, tylko mówię, że jest ciężko. I Pan Bóg odpowiada w bardzo precyzyjny sposób. 
  • Przyszedł taki, jakiego się domyślałem już w dzieciństwie. Przyszedł do mnie. Nieśmiały, bezbronny. Nie narzucający się. Bóg przychodzi do mnie takiego, jaki jestem. Przychodzi i mówi: "Czego się smucisz?". "Bo jest smutno" - odpowiadam. I Pan Bóg to szanuje (o. Michał Zioło OCSO).
  • Zaświaty piją z nami herbatę, stoją na przystanku, cieszą się, płaczą. Jezus w łodzi, na weselu, przy kolacji. Pan z szalejącymi dzieciakami na ręku. Zgłodniały Bóg pytający: "macie coś do jedzenia?". Bóg przygotowujący dla mnie miejsce przy stole. Czym sobie zasłużyłem? Niczym. 
  • Pan Bóg ma spore poczucie humory. Potrafi dla naszego dobra zakpić z naszego nadęcia, z tego żałosnego napuszenia "kto my nie som". Ale to nigdy nie jest Bóg-cynik. Chrześcijaństwo nie jest suszeniem zębów, a do jego przykazań nie należy keep smiling. To jest radość na o wiele głębszym poziomie, radość obejmująca również bóle życia. Radość z tego, że śmierć została pokonana.
  • Zostaniemy przytuleni. Tyle że, czuję to nosem, będzie to doświadczenie tak intensywne, że wykroczy poza najszerzej rozumiane pojęcie przyjemności.  

sobota, 24 października 2015

Beton i poklepywanie

W tym samym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie. I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć.(Łk 13,1-9)
Lubimy się podnosić na duchu, pocieszać, poklepywać po ramionach - jest dobrze, a nawet jak nie jest tak dobrze jak by się chciało, to są tacy, co mają gorzej... Bardzo chrześcijańskie, prawda? A jednak. Jak się komuś - w rodzinie, sąsiadowi, koledze - noga powinie, to aż się iskierki w oczach pojawiają: uff, jak to dobrze, że nie ja... i od razu, na jednym oddechu, dodawane - no co, ma za swoje, prawda? Dokładnie tak samo rozumowali tamci z dzisiejszego ewangelicznego obrazka - Piłat tamtych dorwał, a nie nas; tamtym się na łeb wieża zwaliła, to pewnie musieli Bogu podpaść. Tak samo, gdy w innym miejscu Jezus uzdrowił bodajże głuchoniemego - ludzie, można uznać, bardziej zajmowali się tym, za czyje niby to grzechy tamten był "pokarany przez Boga" chorobą. 

Jezus takich zbyt zadowolonych z siebie po prostu betoni - nie ma się z czego głupkowato cieszyć, zmień coś w sobie, albo twój koniec będzie równie marny. Co jak co, ale śmierć jest pewnikiem - być może Zbawiciel miał na myśli to, że tamci nie byli na nią gotowi, nie otworzyli swoich serc przed Bogiem i szli przez życie własną drogą, ewentualnie może oddając Panu Bogu świecę (jak to pobożni Żydzi), a diabłu ten przysłowiowy ogarek. Jak to w znanym polskim przeboju, można powiedzieć, że "życie choć piękne, tak kruche jest" - i to jest rzeczywistość, którą chrześcijanin powinien mieć zawsze przed oczami. Nie po to, aby się bać. Ten, kto poznał Boga, ukochał Go i stawia Jego Słowo na pierwszym miejscu, żyjąc nim, nie ma się czego bać - bo jest po prostu gotowy, i to, czy umrze dzisiaj, za tydzień, czy za 50 lat nie ma znaczenia. Boją się ci, którzy wszystko - w tym Boga - odkładają na to magiczne "później", na które czasami życia nie starcza, bo potrafi się ono skończyć dla nas i w czasie i w miejscu zupełnie niespodziewanym. "A bo ja myślałem... miałem tyle planów". A może liczą na coś więcej? Być może, tylko raczej bezpodstawnie. Ciśnie się na na usta to, co zmarłemu bogaczowi z przypowieści o nim i Łazarzu miał powiedzieć Abraham: "jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą" (Łk 16, 31). Objawienie jest kompletne, mamy wszystko podłożone pod nos - i do nas należy wybór, co z tym robimy, oraz wszystkie jego konsekwencje. To się nazywa ładnie wolną wolą - czymś, co nawet Bóg, mimo że większy od nas w sposób absolutnie nie do ogarnięcia, szanuje i nie łamie. 

No właśnie, logika Boża. Zupełnie po ludzku bez sensu, prawda? Pokazuje to pięknie - na nasze szczęście - ostatni kawałek dzisiejszego tekstu, ten o właścicielu winnicy i nieurodzajnym drzewie figowym. Ta sytuacja powtarza się bowiem tak naprawdę w życiu każdego jednego - mnie, ciebie - przy każdym naszym upadku, których, wiem dobrze po sobie, potrafi być niezliczona ilość. Każdego dnia. Mniej lub bardziej bezmyślnie, zamiast wykorzystać szansę i owocować, robimy z siebie takie liche drzewka oliwne, które każdy inny by wyciął w pień i przeznaczył na podpałkę - no bo na co ma stać, skoro nic z niej nie ma? A jednak, znowu ta Boża perspektywa - On lubi pokazywać, że każdy ma w sobie to coś, co pozwala dać dobre owoce; osobną sprawą jest to, że często potrzeba na to bardzo dużo czasu. Bóg jest cierpliwy i liczy na to, że coś z nas będzie. Każde beznadziejne drzewko dostaje swoją szansę, dopóki żyje - ma szansę owocować. 

Tylko że ten czas się kiedyś skończy. Tego nie wiemy, i nie dowiemy się - ile go mam ja, ile masz go ty. Na tym polega zabawa. Tylko że... to nie jest zabawa. Bo stawką jest twoje życie, twoje zbawienie. 

wtorek, 13 października 2015

Jonasz X

Gdy tłumy się gromadziły, Jezus zaczął mówić: To plemię jest plemieniem przewrotnym. żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia. Królowa z Południa powstanie na sądzie przeciw ludziom tego plemienia i potępi ich; ponieważ ona przybyła z krańców ziemi słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni dzięki nawoływaniu Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz. (Łk 11,29-32)
Postać Jonasza pewnie każdy kojarzy - ten od ryby. Bóg posłał go do Niniwy (kraju wrogiego Izraelitom), gdzie miał wzywać ludzi do nawrócenia, ale ten - zamiast tego - uciekł i schował się na statku, jakkolwiek dziwnie to brzmi, po czym kazał się... wyrzucić za burtę, i wtedy właśnie połknęła go wielka ryba, w której wnętrznościach, jak podaje pismo, spędzić miał 3 dni. Dopiero tak ekstremalne doświadczenie sprawiło, że posłuchał Pana - i stało się coś niesamowitego, bo ludzie tłumnie się nawracali.

To jest właśnie ten "znak Jonasza" - jego skuteczność w nawracaniu. Jonasz właśnie został zapamiętany i zapisany na kartach Biblii jako ten, który nawrócił całą Niniwę. Ale dopiero wtedy, kiedy Bóg nawrócił jego serce i dał mu uwierzyć, że to nie jest jakiś niewykonalny wymysł, tylko misja skrojona (dosłownie) specjalnie i idealnie na jego właśnie możliwości. Znak Jonasza to cud nawrócenia, jaki dokonał się w Niniwie jego rękami. 

Podobnie z tą "królową z Południa", konkretnie z Saby, która kawał świata zeszłą - po co? Bo Bóg wskazał jej Salomona i jego mądrość, której mu Pan udzielił, skoro ten sam prosił o serce rozumne i umiejętność rozsądzania sporów, a nie o byle jakie bogactwa. 

Czemu Jezus o tym wspomina, zresztą w dość gorzkich słowach? Tak, wypomina Narodowi Wybranemu - ha! chcielibyście cudów, sztuczek, udowadniania wam. A tu guzik! Jonasz ma wam wystarczyć. Królowa z drugiego końca świata, która szła słuchać Bożej mądrości musi wam wystarczyć. To nie cyrk, nie konkurs cudów. Skąd to porównanie? Bo czy to Salomon, czy Jonasz - to po prostu pikuś przy Jezusie. Każdy z nich działał z woli i dzięki łasce Boga - a przecież Jezus to nikt inny jak sam Bóg-Człowiek. Użycie tutaj przez autora natchnionego sformułowania "coś więcej niż Jonasz" to bardzo ubogie porównanie. 

Ile razy ja sam uciekam przed tym, co Bóg mi proponuje. Ile razy zamykam się na Jego głos, Jego delikatne sugestie i propozycje. On nigdy niczego nie narzuca, nie zmusza. Tylko czemu złorzeczę, kiedy wszystko się wali, a ja - waląc sam jakby głową w mur - zarzucam Mu wszystko, co złe, podczas gdy tak naprawdę winien jestem sam i mój ośli upór? Jonasz musiał przesiedzieć 3 dni w bebechach ryby, żeby zmądrzeć - a ja? Żadne doświadczenie nie jest bez celu, czasem po prostu jeszcze nie dorosłem, nie zmądrzałem, aby ten cel i Boży zamysł odkryć, zauważyć i przyjąć. 

Muzyczny obrazek do tego tekstu - genialny "Jonasz X" nieistniejącej już Kapeli Przyjaciela (znalazłem na Wrzucie). I dziś poszedłem po rozum do głowy, i już biegnę z Tobą razem w życiu mym!

poniedziałek, 5 października 2015

Akcja Charamsa i dlaczego się nie udała

Życie nie znosi pustki, Zły nie śpi. A więc zadziało się na dniach. Jak zażartował jeden z autorów - w Watykanie same kłopoty z tymi Polakami: niedawno Wesołowski, teraz inny Charamsa... 

Kto? Ks. prałat dr Krzysztof Charamsa, 42 lata, kapłan diecezji pelplińskiej, z urodzenia gdynianin, zatrudniony w Kongregacji Nauki Wiary, wykładowca teologii na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim oraz na Papieskim Ateneum Regina Apostolorum w Rzymie, drugi sekretarz Międzynarodowej Komisji Teologicznej. 

Osoba - mimo, iż prałat papieski, pracujący w "centrali" - tak naprawdę do zeszłego tygodnia nieznana szerzej. Jego twarz pojawiła się w ostatnim numerze TP na okładce w kontekście sporego artykułu pt. Teologia i przemoc, w którym - całkiem sensownie, nie ukrywajmy - wypunktował liczne mankamenty twórczości ks. dr hab. Dariusza Oko (tytułowanego dzielnie na wyrost profesorem - które to stanowisko, owszem, zajmuje, ale tytułu naukowego nie posiada) w kontekście tego, że karygodnym jest posługiwanie się chrześcijanina i katolika językiem tak pełnym nienawiści i pogardy, jak to czyni niejednokrotnie ks. Oko. 

W mojej ocenie, i to zamierzam podkreślić, pomimo kontekstu sytuacyjnego - tekst dobry i krytyczny, dość obszerny i konkretnie uwypuklający taki a nie inny (karygodny, w mojej ocenie) styl twórczości ks. Oko. Wreszcie ktoś podjął rzeczową dyskusję z owym księdzem, który znany jest głównie z plucia i upowszechniania w tym kraju pojęcia "gender"... do granic absurdu, które już chyba nie raz przekroczył, czego przykrą pochodną - niestety, trafnie - były pojawiające się komentarze, że dla Kościoła w Polsce zagadnienie gender stało się właściwie centrum działania, i więcej mówi się o gender niż o Jezusie, zbawieniu, Ewangelii. Słabo, co? Stąd moje po pierwsze zainteresowanie, po drugie pewna satysfakcja, że wreszcie ktoś podejmuje polemikę z ks. Oko i otwarcie, ale i na poziomie, nazywa sprawy po imieniu. "Gdy teologia staje się manifestem nienawiści, a nie racjonalnym wykładem myśli biblijnej i tradycyjnej wspólnoty chrześcijańskiej, nie jest już teologią, tylko zaczynem wojny ideologicznej”. Trudno być wiarygodnym świadkiem Jezusa, kiedy mówi się tylko o gender, ruchach gejowskich czy rzuca niepokojącymi statystykami. 

Za chwilę jednak, dzień czy dwa później, światło dzienne ujrzy materiał video, w którym tenże ks. Charamsa z uśmiechem, wręcz dumą oznajmia światu - przedstawiając się tak mniej więcej, jak ja to uczyniłem o nim powyżej - "jestem gejem". Skrótowo - jest gejem, czuł się nim od zawsze, jest z tym szczęśliwy, od 5 lat pozostaje w związku z narzeczonym Eduardem. Zapowiada konferencję prasową, która odbywa się w jednej z popularnych rzymskich knajpek - pojawia się sam cały na czarno, pod koloratką, a obok ów narzeczony. Tworzy wizerunek współczesnego Lutra, bojownika o prawa uciśnionych, pogromcy homofobii - formułuje w tym zakresie bardzo konkretne i daleko idące postulaty, a wręcz żądania. 

Tu nie jest problemem to, że ks. Charamsa się zakochał - w końcu to zjawisko samo w sobie raczej nie jest obce większości ludzkości. Nie chodzi nawet o to, że zakochał się w osobie tej samej płci (co akurat dla mnie jest niesmaczne). Z kontekstu wypowiedzi wynika, że związek kwitnie, zatem należy uznać, iż dochodzi do aktów seksualnych, że bohater tej smutnej historii zamierza żyć długo i szczęśliwie z narzeczonym - a zatem ks. Charamsa jako kapłan i flagowy prałat jednej z najważniejszych rzymskich dykasterii z pełną świadomością łamie jedną z podstawowych zasad związanych z kapłaństwem (tak, wiem, żaden to dogmat czy przykazanie - tradycja - a jednak oczywista, niepodważona cały czas i obowiązująca: bezżeństwo i celibat), wykładowca akademickie jakby jednym wystąpieniem przekreśla i podkreśla, że to, co robił dotychczas, było nieszczere. Chodzi o to, że ma pełną świadomość, że grzeszy - zaś jego postawa to nic innego jak rozpierająca duma, radość, radość z możliwości podzielenia się z innymi swoim grzechem. Nikt nie kazał mu być księdzem, nikt go nie zmuszał. Skoro jednak zdecydował się przyjąć święcenia, dokonując wyboru i przyjmując wyrzeczenie w sferze seksu - ciśnie się kolokwialnie na usta: wtf? Co to ma być? 

Co ciekawe - a w sposób dość jaskrawy widać było np. w materiale przygotowanym przez TVN i Katarzynę Kolendę-Zalewską, którą to stację trudno uznać za prokatolicką czy sympatyzującą z Kościołem - skonsternowanie sytuacją nie tylko prezentują środowiska katolickie, chrześcijańskie, ale także dalekie od posądzenia o wszelkiego rodzaju sprzyjanie Kościołowi czy reklamowanie osób duchownych. Jak by nie patrzeć - w kontekście zwykłej uczciwości, rzetelności, wiarygodności osoby duchownej - trudno jest zrozumieć, jak żył przez 18 lat kapłaństwa facet, który funkcjonował w swoistej schizofrenii, sprzeniewierzając się zasadom moralnym, na których straży z definicji i powołania (kapłaństwo), nie mówiąc już o "pracy" (taka a nie inna kongregacja) powinien stać. Celibat to przyrzeczenie nawet nie tyle wobec Kościoła, co Boga. "Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi. (Mt 5, 37) - gdzieś coś dzwoni? Hipokryzja. Która zakończyła się w tak dramatyczny sposób, wręcz wybuchem emocji, frustracji, złości, zmęczenia podwójnym życiem. 

Czy można uwierzyć, że to działanie ks. Charamsy wypłynęło faktycznie z potrzeby chwili, jego spontanicznej reakcji na krytykę po zajętym stanowisku i postawach w Kościele? Ja nie jestem skłonny, aby w to uwierzyć, szczególnie przy ewidentnej medialności i wyreżyserowaniu poszczególnych etapów tego, co obserwowaliśmy w ostatnich dniach. Ktoś z komentatorów przytoczył bardzo dobre porównanie - sytuacja ks. Charamsy i innego duchownego, również homoseksualisty, oraz jego coming out, dla którego ujawnienie orientacji seksualnej bynajmniej nie było manifestacją, protestem, widowiskiem medialnym (dokonał jej po konsultacji z przełożonymi zakonnymi), i któremu nie przeszkadza ona trwać nadal jako celibatariuszowi. 

I teraz wrócę jeszcze do początku - czyli artykułu w TP. Jak już to wyraziłem, niezłego. I co z tego - to już jest teraz bez znaczenia. Może ktoś kiedyś skojarzy ks. Charamsę z nim - mała szansa, bo nie mam żadnych wątpliwości, że w świadomości społecznej większości zdecydowanej zapisze się jako "ten ksiądz gej (etc.)" w kontekście zachowania, postawy autora, a nie argumentów i słuszności lub braku jego tez. Powtórzę - pisząc o ks. Oko ks. Charamsa miał rację, używał trafnych argumentów - tylko że o tym pies z kulawą nogą nie będzie pamiętał. Na własne życzenie tegoż księdza, na skutek takiej a nie innej postawy (czego nie należy utożsamiać z samym faktem, że jest gejem - chodzi o postawę, działanie). A szkoda. 

To jest to, co napisał w oświadczeniu na okoliczność całej sytuacji ks. Adam Boniecki MIC. Kontekst sytuacyjny nie wpływa na merytorykę tekstu, dzięki któremu ks. Charamsa stał się szerzej znany. Gdyby redakcja TP była świadoma orientacji seksualnej autora, rzetelność wymagała by ujawnienia tejże w ramach tekstu lub przypisu. Nie wiedzieli. Co nie przeszkadza - celowo użyję tego słowa - prawicowym autorom mającym chyba jednak pewien problem z postrzeganiem rzeczywistości (wyzywającym, wypisującym brednie o tym, że Charamsa nigdy duchownym nie był ?, ubliżającym) wypisywania głupot o tym, że oto "wielka nierządnica" TP wreszcie ukręciła bata sama na siebie, że to koniec itp. Skąd to znamy? Zwolennicy ks. Oko, posługujący się bardzo podobnym językiem. Tym bardziej cieszy, że redakcja nie zamierza porzucić tematu, w którym ks. Charamsa zabrał głos swoim tekstem. 

W oświadczeniu TP wskazano, że "Ks. Charamsa przyznaje, że publikując artykuł w „Tygodniku” nie myślał o ujawnianiu swojej orientacji ani nas o niej nie informował". Znowu przykrość, bo to jest zwyczajne kłamstwo - co można w tej chwili stwierdzić wręcz z pewnością. Ani bowiem moment skomasowania tych działań nie był przypadkowy, ani też nie zaistniały one spontanicznie. Tekst o objętości jak rzeczony opublikowany w TP musiał być przygotowywany, podobnie wysokiej jakości nagrania video z coming out'em ks. Charamsy - nie jedno, a szereg. Przyznał też, że napisał książkę - ktoś uwierzy, że to wszystko, ot, na kolanie, spontanicznie, wczoraj-dzisiaj? To po prostu dobrze sfinansowana i skrupulatnie przygotowana akcja nastawiona na promocję środowiska gejowskiego w przededniu rozpoczęcia Synodu Biskupów poświęconego rodzinie, do wywarcia nacisku na gremium ojców synodalnych. Nie, to nie teoria spiskowa - daleki jestem od nich. Tak to po prostu wygląda. Ksiądz, jeszcze przed wypuszczeniem tekstu w TP, kontaktował się z wieloma tytułami prasowymi, dostosowując swoją "ofertę" do ich profilu, podkreślając wartość materiału - potwierdziły to redakcje Newsweeka i Wprostu. W efekcie - pomimo chwilowego rozgłosu i popularności, którą pewnie zachowa przez jakiś czas, utracił raczej w większości wiarygodność. Tę, którą zyskał od początku, mając na uwadze, kogo (papieża) reprezentuje, do której pozyskania wykorzystał w sposób wyrachowany i jak najbardziej zaplanowany swoją pozycję, stanowisko, tytuły (kościelne i naukowe). 

Ludzie mają prawo czuć się oszukani - i czytelnicy TP (w tym ja). I osoby spoza grona, którym leży na sercu poziom i sposób językowy prowadzenia dyskusji w Kościele, którzy nie akceptują sposobu wypowiadania się przez ks. Oko - bo na skutek tej sytuacji mocno prawdopodobnym będzie sprowadzenie jakiegokolwiek kontestowania wypowiedzi ks. Oko do poziomu i wspólnego mianownika mniej więcej "gejostwo" itp. Zaszkodził w mojej ocenie też homoseksualistom, którzy starają się żyć zgodnie z przykazaniami - bo ugruntował tylko stereotyp, że gej to taki, który robi wokół siebie dużo zamieszania, chce aby go widziano, i wszystko chce pozmieniać. Wreszcie, na pewno takie zachowanie duchownego nie przyczyni się do przekonania do Kościoła i wiary w Jezusa kogokolwiek, to modelowe wręcz antyświadectwo. Boję się myśleć, ile zła ta sytuacja może przynieść tym najprostszym, nie wchodzącym w żadne niuanse, po prostu wierzącym... 

Przykre jest także to, że w swoich wypowiedziach po coming out'cie ks. Charamsa zbliżył się w zakresie używanych sformułowań, sposobu wypowiedzi... do tego, kogo punktował, czyli ks. Oko właśnie. Pomijając już kwestię niesamowitej ilości emocji, jakie mnie uderzyły w jego nagraniach video - niestety, wydaje mi się, odgrywanych w sposób, co tu dużo mówić, mało wiarygodny. Kościelna homofobia, gloryfikacja nienawiści, terroryzowanie, homofobiczne kłamstwo Kościoła, paskudne znieważanie - to tylko kilka przykładów.  

Ta sytuacja pokazuje coś bardzo bolesnego - że Kościół (bynajmniej nie tylko polski) ma duży problem z dwulicowością, podwójnym życiem, schizofrenią pewnej części swoich duchownych, którzy oddają się niejakiej grze pozorów, udają, oszukują. Obrazek ks. Charamsy tylko pokazuje, że ludzie z takimi problemami i skłonnościami bez problemu dostają się do "centrali", awansują. On nie działał tam sam, nie zorganizował tego sam. Można mówić o "lobby", można to określić inaczej - w Watykanie jest grupa duchownych, którzy taką "akcję Charamsa" współorganizowali, sfinansowali, zaplanowali. Można by się pokusić o stwierdzenie - Charamsa miał mniej do stracenia, w końcu to tylko monsignor, żaden biskup... Przywołanie pół żartem, pół serio zmarłego abp. Józefa Wesołowskiego to nie przypadek - a kolejny przykład tego, że filtr nominacji, awansów, szwankuje w zakresie moralności wybieranych osób, i to pomimo tego, że mamy kolejny już rok pontyfikatu papieża Franciszka, bardzo wyczulonego na kwestie nadużyć seksualnych. 

Pięknie wypowiedział się o. Józef Augustyn SI: "Musimy bardzo uważać, by ten skandal nie spowodował paniki i fobii homoseksualnej w seminariach. Pierwszym problemem nie jest bowiem pewien rodzaj wrażliwości, taka czy inna skłonność. Problemem nie jest homoseksualizm, ale wierność żyjącemu Bogu i przykazaniom przez Niego nadanym. Wrażliwość homoseksualna nie jest przekleństwem człowieka, lecz wyzwaniem i zadaniem, okazją do wierności żyjącemu Bogu. Bywa, że okazją trudniejszą. Ludzi dojrzałego sumienia, szukających Jezusa szczerze, nigdy nie trzeba wyrzucać z seminarium. Oni sami podejmą odpowiednią decyzję, rozeznając, jakie są warunki do godnego przyjęcia święceń. Człowiek głęboko uczciwy sam poprosi o stosowną pomoc, gdy ma problem i szczerze szuka rozwiązania współpracując z przełożonymi i wychowawcami. Wiem o tym z bezpośredniego spotkania z setkami, setkami alumnów. Człowiek wierny swojemu sumieniu znajdzie rozwiązania dla swojej wrażliwości, takiej czy innej; rozwiązania uczciwe, zgodne z intencją Kościoła. Kościół – odwołując się do nauki Chrystusa – ma prawo stawiać wymagania i warunki. Tak było w Kościele przez dwa tysiące lat, jest dzisiaj i tak będzie". 

Tym bardziej więc - cześć i wdzięczność dla tych duchownych, którzy pomimo własnej słabości potrafią żyć w szczerości wobec Boga i samych siebie, unikając schizofrenii moralnej. 

W efekcie - zamiast szansy na rzeczową dyskusję i polemikę na temat poziomu, sposobu wyrażania, języka duchownych (i nie tylko) w Kościele, mamy skandal, który - poza dodaniem popularności samemu ks. Oko i niewątpliwie tym, że będzie sam w sobie przywoływany na potwierdzenie słuszności jego tez i sposobu ich wygłaszania - nie przyniesie nic dobrego. 

Nie mam natomiast żadnych wątpliwości, że - pomimo odnotowania sytuacji nie tylko na krajowym podwórku - całe przedsięwzięcie o kryptonimie Charamsa nie wpłynie i nie wymusi jakiegokolwiek działania w ramach Synodu Biskupów. Wręcz zaryzykowałbym stwierdzenie, że zajście może mieć skutek odwrotny do zamierzonego. Duch Święty ciągle czuwa. 

Prymas Polski abp Wojciech Polak mówił w kontekście sytuacji ks. Charamsy o osobistym dramacie, wzywając dla niego łaski opamiętania. Biskup pelpliński Ryszard Kasyna wezwał księdza do powrotu na drogę Chrystusowego kapłaństwa - co, niestety, wydaje się w świetle jego deklaracji mało prawdopodobne. 

Nie jestem w tym dobry, więc na koniec oddam głos Franciszkowi Kucharczakowi z GN: "„Coming out” ks. Charamsy, dokonany w przeddzień rozpoczęcia Synodu o Rodzinie w Rzymie, nie jest, oczywiście, przypadkiem. Patrząc z perspektywy ziemskiej, jest to happening zorganizowany przez księdza, który chce uznania Kościoła dla swoich grzesznych upodobań seksualnych. Ale świadomi chrześcijanie wiedzą, że takie rzeczy to zawsze coś dużo więcej. To wyzwanie rzucone Kościołowi przez osobowe zło, które nigdy nie śpi i aktywizuje się właśnie wtedy, gdy w Kościele dzieje się coś ważnego. To diabelskie „machnięcie ogonem” powinno uświadomić katolikom, że to nie przelewki. Zaczyna się synod. Patrzą na nas niebo i piekło. Na kolana, ludzie". 

wtorek, 22 września 2015

Rusz się ze swojej komory celnej

Gdy Jezus wychodził z Kafarnaum, ujrzał człowieka imieniem Mateusz, siedzącego w komorze celnej, i rzekł do niego: Pójdź za Mną! On wstał i poszedł za Nim. Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i siedzieli wraz z Jezusem i Jego uczniami. Widząc to, faryzeusze mówili do Jego uczniów: Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami? On, usłyszawszy to, rzekł: Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników. (Mt 9,9-13)
Tak się zastanawiam - co nas odróżnia od takiego Mateusza? Albo inaczej -w czym jesteśmy do niego podobni?

Bo niby ten cały obrazek bardzo ładnie wpisuje się w nasze chrześcijaństwo. Przyszedł Jezus, popatrzył, powołał, hurra!, oni poszli za Nim, kurtyna. Czyli scenariusz znany i przetestowany - bo ponoć skuteczny. No, nie da się ukryć, w przypadku Mateusza na pewno - jednak chodziło tu i zadziałało tak pięknie i mocno tylko dlatego, że doszło do żywego, realnego spotkania dwóch ludzi, a przede wszystkim Boga z człowiekiem. Bóg zapukał - człowiek otworzył i Go wpuścił. Miał świadomość choroby czyli grzeszności, tego, że właśnie takich jak on szuka Zbawiciel. 

A my?

Jezus - ciągle niezmienny, zwycięski, zmartwychwstały, największy - czeka na każdego z nas w każdym dosłownie kościele czy kaplicy. Mamy komfort - nie żyjemy na Bliskim Wschodzie, gdzie muzułmanie rozwalają wszystko, co się kojarzy z krzyżem albo jest nim zwieńczone. Są miasta i miejsca - jak centrum Gdańska - gdzie o kościół przysłowiowo człowiek się "potyka" na co drugim rogu. Przychodzi - albo, jak kto woli, przechodzi - pomiędzy tymi, którzy odpowiedzą na Jego zaproszenie podczas każdej Mszy Świętej. No właśnie, tylko że najpierw trzeba być na niej. Bo jeśli nie przyjdziesz - to skąd masz wiedzieć, że On mówi właśnie do ciebie, że cię zaprasza? Ciężko. 

Bóg powołuje dosłownie każdego z nas - ale równocześnie każdego w swój jedyny w rodzaju sposób, w formie, w miejscu, czasie, a przede wszystkim: wskazuje mu, proponuje dany kierunek. Czeka na nas w kościele, we Mszy Świętej - ale także w drugim człowieku. Jednemu objawia się na modlitwie, przed Najświętszym Sakramentem, medytacji - innemu wydaje się, że jakby go piorun walnął, doznaje nagłego Bożego doświadczenia, w niespodziewanej chwili codzienności. Ilu ludzi, tyle dróg Pan Bóg odnajduje. 

I tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia, czy mnie znajdzie w kościele, czy przy kupowaniu chleba, zmienianiu pieluszki dziecku czy wieszaniu prania. Uwaga - tak, ale po to On jest w Eucharystii, abyśmy z niej korzystali (taka dygresja). Znaczenie ma tylko to, co ja zrobię - czy Go w ogóle usłyszę; jeśli usłyszę - to co zrobię z tym, co usłyszę; i wreszcie, czy ja tak naprawdę pójdę za Nim - czy dalej dzielnie będę siedział w ciemnym grajdołku mojej własnej, pełnej słabości komory celnej. 

środa, 20 sierpnia 2014

Boże przenikanie

W ramach prasówki, z bardzo fajnego artykułu pt. "Darmowe mycie nóg" - wywiadu Marcina Jakimowicz z s. Marciną Wieszołek (GN z 17 sierpnia 2014 r.):
  • On zawsze patrzy z miłością.
  • [Przystanek Woodstock] to są nasze rekolekcje. A poza tym to nie nasza walka. To On walczy, nie my. To z Niego jest ta przeogromna moc, nie z nas! Kiedy jesteśmy słabi, On objawia swoją chwałę! Naprawdę objawia. Widzisz Jego namacalne działania, moc, z jaką wylewa się Duch Święty, więc wracasz przemieniony. Nie możesz głosić, nie mając doświadczenia Pana Boga, a mając takie doświadczenie, nie możesz nie głosić i milczeć!
  • Dziwne proporcje? Boże proporcje. On patrzy inaczej niż my.
  • Prawdziwym przewrotem kopernikańskim w moim życiu był moment, gdy zrozumiałam, że nie ja mam się pytać Pana Boga o to, co mam dla Niego zrobić, tylko w jaki sposób ma się przeze mnie objawiać Jego chwała. A to nie to samo! Ziemia to nie poczekalnia w kolejce do nieba. Nie mam się zastanawiać, czy się do tego nieba dostanę, czy nie, ale zadawać pytaniem ile tego nieba przez moje ręce przeniknie na ziemię.

wtorek, 15 lipca 2014

Boży tytan

Wydarzenie niby niewiele znaczące, ale mną mocno wstrząsnęło. 

30 czerwca tego roku zmarł w Płocku ks. Piotr Błeński, 25-letni wikariusz tamtejszej parafii katedralnej. Śmiertelnie chory młody człowiek - tak, kilka lat młodszy ode mnie (rocznik 1989) - którego kapłaństwo, jak tak patrzę i czytam o tłumach na jego pogrzebie, dało lepsze owoce od tylu innych trwających latami. 


Pewnie w normalnych warunkach święceń mógłby nie dożyć - normalnie udziela się ich przecież w okolicy czerwca. Wyrozumiały biskup Piotr Libera dyspensował go od wymaganego wieku i wyświęcił w I dzień świąt Narodzenia Pańskiego AD 2013. Już wtedy ten biskup mówił w homilii: "Boże Narodzenie dokonało się w kruchości, w niepewności, w strachu... W kruchości ciała rodzisz się – Piotrze - do kapłaństwa... Zdałeś, wciąż zdajesz swoim cierpieniem, swoim STYLEM PRZEŻYWANIA CIERPIENIA,  wszystkie brakujące Ci jeszcze egzaminy. Nawet najbardziej wymagający profesor postawiłby Ci za ten styl „summa cum laude”. Ba, w ciszy serca przyznałby nawet: „Nie wiem, czy tak bym potrafił! Czy umiałbym tak zdać ten egzamin?”Boże Narodzenie dokonało się w kruchości, w niepewności, w strachu... W kruchości ciała rodzisz się – Piotrze - do kapłaństwa... Zdałeś, wciąż zdajesz swoim cierpieniem, swoim STYLEM PRZEŻYWANIA CIERPIENIA,  wszystkie brakujące Ci jeszcze egzaminy. Nawet najbardziej wymagający profesor postawiłby Ci za ten styl „summa cum laude”. Ba, w ciszy serca przyznałby nawet: „Nie wiem, czy tak bym potrafił! Czy umiałbym tak zdać ten egzamin? (...) Naszą największą radością jest: iść,  głosić zbawienie, służyć zbawieniu! Pragnę, Piotrze, abyś tej radości zaznał, abyś – jeśli taka będzie święta wola Boża - usłużył ludowi Bożemu swoim kapłaństwem przy ołtarzu, w konfesjonale, tam, gdzie będziesz mógł. I dlatego na koniec tej Eucharystii, jak każdy neoprezbiter, otrzymasz misję, zostaniesz posłany do konkretnej wspólnoty. Chcę bowiem, żebyś – jak już mówiłem na Pasterce - PRACOWAŁ SWOIM CIERPIENIEM PO KAPŁAŃSKU. Żebyś pomagał wzrastać swojemu Biskupowi, swoim braciom kapłanom, ludowi Bożemu". 

Padły tam także jakże mocne słowa - że "Pełnia sił, władza może odstraszać, kruchość, cierpienie – budzi zaufanie. Zdrowie może niekiedy służyć utwierdzaniu własnego „ja”. Cierpienie, kruchość, brak sił może porywać bezinteresownością". Z przepięknym zakończeniem: "Piotrze,Kościół Syna – udzielając Ci z wielka radością święceń kapłańskich - przytula Cię dzisiaj jak najgoręcej do swego serca...". 

Niedługie to kapłaństwo było - nieco ponad pół roku. Ten człowiek z pewnością wiedział, że zbliża się do końca - dlatego chciał tak bardzo zdążyć przyjąć święcenia; choć, paradoksalnie, do seminarium wstępował jako człowiek zdrowy. Dlatego, chcąc jak najlepiej przeżyć ten króciutki czas, odmówił nowatorskiej czasochłonnej terapii, której podjęcie musiało by odizolować go od ludzi. 

I znowu piękne słowa bp. Libery nad trumną: "I nie powiedziałeś zbyt wielu tych kazań, a księdzem byłeś zaledwie pół roku. Ale Twoje „kazanie życia” zna dzisiaj cały Płock! (...) Nie musimy być wielcy. Nie musimy być mocni ani wpływowi. Nie musimy nawet być inteligentni. Musimy tylko pozwolić działać Zmartwychwstałemu Panu i Jego Duchowi. Być miłosiernymi. Stawać się małymi i służyć. Byłeś, jesteś, Piotrze, świadkiem, wymownym świadkiem tej prawdy pośród nas... (...) Wielu poznało Cię, Piotrze, po śladach gwoździ Twojego cierpienia, gdy przyszli tu do katedry i - może nawet przypadkowo – natrafili na Twoją z trudem odprawianą Mszę, na świadectwo podczas rekolekcji dla chorych, prowadzonych przez ks. profesora Ireneusza, albo na dziękczynienie za kanonizację Ja­na Pawia II i Jana XXIII. Mówiłeś tu wtedy, że w chorobie uczyłeś się powtarzać: „Bądź wola Twoja, bądź wola Twoja, Panie”! To stało się mottem Twojego kapłaństwa. „Ale przy­szła operacja – opowiadałeś - przyszedł ból. I wtedy cięż­ko było powiedzieć <Bądź wola Twoja>. Kiedy człowiek leżał w szpitalnej sali i nie mógł przewró­cić się z boku na bok, bo wszystko bolało, cięż­ko było powiedzieć <Bądź wola Twoja>”. „Jeśli nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”... Straszny realizm krzyża... Jego, Jezusa, Twój, Piotrze, i tylu milionów wędrowców przez ziemię. My, chrześcijanie, nie szukamy cierpienia... Ty też go nie szukałeś... Ale uczyłeś się i nauczyłeś się mówić z prostotą: „Bądź wola Twoja, Panie!”

"Ilu ludzi doznało łaski Bożego Miłosierdzia, klękając przy Twoim konfesjonale? Wdrapując się po stromych seminaryjnych schodach na Golgotę Jego cierpienia? Spotykając Cię na korytarzu „Caritasu” czy na Winiarach, żegnając się z Tobą w Szpitalu Świętej Trójcy? Ilu potrafi dzięki temu na nowo wyznać: „Pan Bóg i mój”? (...) Piotrze, wierzę, że jesteś w gronie błogosławionych w niebie. Mówiłeś mi: ofiaruję moje cierpienia za to, żeby z naszego seminarium wychodzili święci kapłani. Ofiaruję za jedność kapłanów. Pamiętaj o nas, Piotrze". Piękna intencja i jakże potrzebna w naszych czasach. 

To był wielki człowiek. To jest piękne, że trafił do diecezji i na biskupa, który tę wielkość zrozumiał i pozwolił mu choć te pół roku z jednej strony cieszyć się, z drugiej zaś służyć swoim kapłaństwem w cierpieniu. Szkoda, że są takie miejsca w Polsce, gdzie dzisiaj to właśnie sposób bycia księży i biskupów odstrasza tych, którzy zastanawiają się nad wyborem takiej drogi...

Tak, są wśród duchowieństwa tacy właśnie arcybiskupi Wesołowscy - ale są przede wszystkim księża tacy, jak Piotr Błeński, dzisiaj mały święty. Dlatego właśnie jest nadzieja. Dlatego nikt mi nie wmówi, że wszystkich księży - jako z założenia pedofili, złodzieji, materialistów i leniuchów - należy wrzucać do jednego wora i za jednym zamachem potępić. 

Taki człowiek przywraca wiarę w ludzi. 

środa, 25 czerwca 2014

Jan jak każdy z nas

Dzisiejszy dzień w liturgii jest mocno nietypowy, wyjątkowy. Nie dość, że uroczystość - więc najwyższy stopień w hierarchii (uroczystość - święto - wspomnienie obowiązkowe - wspomnienie dowolne) - to jeszcze uroczystość związana z narodzeniem świętego; jedyny taki przypadek, kiedy świętuje się narodziny ziemskie, a nie te niebieskie (zresztą w przypadku Jana Kościół wspomina obydwa). Nie byle jakiego, bo takiego świętego przełomów. Jana Chrzciciela mianowicie. Tego, który swoją osobą połączył Stary Testament z Nowym Testamentem, bo będąc ostatnim prorokiem Testamentu Starego wskazał równocześnie jako jedyny wprost na Jezusa jako obiecanego Mesjasza. 

Cudownie wymodlone w starości Anny i Zachariasza dziecko, o pół roku od Jezusa starszy daleki Jego kuzyn, po którego poczęciu (samo w sobie cudowne, mając na uwadze wiek matki) działy się cuda jeszcze przed narodzeniem, kiedy ojcu Zachariaszowi Bóg odebrał mowę (dzisiejszy obrazek ewangeliczny - tak to jest, jak człowiek Bogu nie wierzy). Człowiek, który - można chyba powiedzieć - gromadził wokół siebie ludzi na pustyni tylko po to, żeby w końcu pokazać im palcem to, co dzisiaj powtarzamy w każdej Mszy Świętej: oto Baranek Boży, żaden inny. 

Rola na pewno niewdzięczna, którą Jan podjął z dużym wdziękiem. Nie raz i nie dwa razy musiał się pewnie tłumaczyć, jak to przytoczone w II czytaniu: "Ja nie jestem tym, za kogo mnie uważacie. Po mnie przyjdzie Ten, któremu nie jestem godny rozwiązać sandałów na nogach". Urzekająca pokora, takie mocne porównanie - mógł skończyć tylko na tym pierwszym zdaniu, a jednak, podkreśla, że nie jest godny wykonać Jezusowi najprostszej posługi ostatniego ze służących. To, że był konsekwentny, przypłacił głową - krytykowany za niemoralny związek z żoną własnego brata Herdodiadą Herod Antypas, niby nie chcąc ale bojąc się złożonej bezmyślnie obietnicy, skrócił Jana o głowę (stąd często przedstawiany jest z głową na misie). 

Znamienne są ostatnie słowa dzisiejszej Ewangelii: "Kimże będzie to dziecię? Bo istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem (...)". To o Janie oczywiście, ale wydaje mi się, że można je odnieść do każdego z nas, jaki by nie był. Kiedyś my sami, także pewnie rodzice, zastanawiali się - kim on/ona będzie, na kogo wyrośnie? Tak czy siak, Bóg pozostaje z nami całe życie, towarzyszy, jest obok, gotowy pomóc i wspierać. Ale tę Jego obecność można przyjąć z wdzięcznością, albo ją negować i zaprzeczać. Wszyscy rośniemy - a potem się starzejemy - i plan Boży zawsze sprowadza się do tego, abyśmy dojrzeli nie tylko fizycznie po ludzku, ale wzrastali w środku, tym, co mimo zniszczenia ciała pozostanie i będzie trwało dalej: duchem, duszą. Żebyśmy - tak się rozwijając i dojrzewając - każdego dnia odkrywali swoje powołanie, przyjmowali je i realizowali, na miarę swoich możliwości i talentów.  

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Strach (na) i wróble

Jezus powiedział do swoich apostołów: Nie bójcie się ludzi. Nie ma bowiem nic zakrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć. Co mówię wam w ciemności, powtarzajcie na świetle, a co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach! Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle. Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli. Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. (Mt 10,26-33)
Żeby zrozumieć te pierwsze słowa - jakby wezwanie do odwagi - trzeba uświadomić sobie, że chrześcijanin z definicji jakby musi być człowiekiem sprzeciwu. Nie dla zasady i wobec wszystkiego - ale w sposób sensowny i uzasadniony, wobec pewnych trendów, mód, kierunków. Szkoda czasu i miejsca na strach - dla Boga to pikuś, mały pikuś. Dzisiaj w sposób najmniej szkodliwy przejawia się to w prześmiewaniu, próbach marginalizowania wartości chrześcijańskich i przedstawiania ludzi wierzących jako kato-talibów, oszołomów i idiotów. Dalej następuje eskalacja, gdzie dochodzi do walki - bardzo często nierównej z wykorzystaniem brudnych i nieuczciwych metod, najczęściej z użyciem manipulacji i kłamstw - z ludźmi i konkretnymi działaniami, mimo że najczęściej są one po prostu dobre, a zarzuty wyssane z palca. Jakie to nasze... Nie mam argumentów, więc swój bunt uzewnętrznię w formie agresji. Bez sensu, ale widowiskowo. 

Z jednej strony jesteśmy tylko jednym z wielu Bożych stworzeń, które chodzą po tym świecie - z drugiej zaś jesteśmy wyjątkowi, bo jesteśmy Jego ukochanymi dziećmi. Dlatego się o nas troszczy - nie o dobrobyt doczesny, ale także o to, żebyśmy wiedzieli i umieli rozróżnić, czego się bać nie warto, a co faktycznie może zagrozić. Jak można takiemu Bogu zarzucić, że się o nas nie troszczy - skoro tu mówi wprost o tym, że dosłownie policzył włosy na naszej głowie? (podchwytliwe - ok, a co z łysymi?). Każdy z nas w swój jedyny i indywidualny sposób jest dla Boga wyjątkowy, najważniejszy. Tu jest nasza prawdziwa wartość i nie ma co tracić czasu i energii na potwierdzenie jej na świecie, uznając działania po prostu bez sensu za przejaw dziwnie rozumianej odwagi. Pewnie, mogę i zdarzy się, że się boję - ale im bardziej, tym bardziej powinienem zrozumieć, że On niczego się nie boi i stoi przy mnie. Więc co mi może zagrozić? 


No właśnie. On się przyznał do Jezusa (obrazek mocno na czasie w kontekście mundialu) - a jak to jest ze mną? Przede wszystkim trzeba zrozumieć - dla każdego to będzie coś innego. Tu nie ma co przykładać jakiejś jednej uniwersalnej miarki. To tak nie działa. Każdy z nas żyje i funkcjonuje w konkretnych swoich warunkach, z własnymi problemami i grzechami, i trudno tutaj wszystkich oceniać w ten sam sposób. Dalej, to zależy - przed kim mam się przyznać. Mama i tata, rodzeństwo? Ludzie ze szkoły czy uczelni? Współpracownicy, kontrahenci? Wreszcie mąż, żona, dzieci? A duchowny - ksiądz, siostra, zakonnik? Ilu nas jest - tyle pewnie jest wariantów. 

Jedno jest pewne - jeśli to nasze "przyznawanie się" ma wymiar stricte i wyłącznie niedzielno-świąteczny (niech stracę, Boże, masz tę godzinkę, jakoś wytrzymam...), odpalam Bogu "Jego" żeby mieć spokój i sumienie nie gryzło, czasami wpadnę do kościoła z okazji ślubu, chrzcin, no i obowiązkowa święconka (bo co by sąsiedzi powiedzieli...) - to nie tędy droga, szkoda zachodu mojego i własnej głupoty, żeby myśleć, że Bogu to jest na cokolwiek potrzebne. Nie jest, nigdy nie było ani nie będzie. 

Nie ma gotowej uniwersalnej formuły - jak dobrze dać świadectwo, jak zaświadczyć o Bogu. Im dłużej chodzę po tym świecie (ok, długo to to może nie jest...), tym bardziej jestem pewien, że takie rzeczy się czuje, że to jest kwestia jakiejś tam wewnętrznej wrażliwości. Po prostu w danej sytuacji wiesz, że powinieneś się zachować - co zaczynasz rozumieć najczęściej tym mocniej i bardziej, jeśli jednak tego nie zrobiłeś, okazałeś się za miękki. Trudno, zdarza się - i zdarzy jeszcze nie raz. Walcz z tym i staraj się, aby następnym razem było lepiej. Wysil się i spróbuj o Nim zaświadczyć. Nie gadaniem - żadna sztuka. Robieniem. Tym, co przemawia najmocniej - przykładem. 

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Patrz pod nogi

Jedenastu uczniów udało się do Galilei na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata. (Mt 28,16-20)
Ta scena jest do bólu ludzka i zrozumiała. On umarł i zmartwychwstał, upłynęło już tyle czasu, była scena z moim imiennikiem zwanym niedowiarkiem, były cuda, cudowny połów - i nadal nie wszyscy są przekonani! Nadal niektórym to nie wystarcza. Co robi Jezus? Jakby nigdy nic, prowadzi ic do Galilei - miejsca, które jakby symbolizować ma ich codzienność, dom, pochodzenie, życie, miejsce na ziemi. Tu się dla nich wszystko zaczęło - życie jakby zatoczyło koło i... No właśnie. Nic się nie kończy. 

Nasze życie i nasza wiara to nie są jakieś takie dwie oderwane od siebie rzeczywistości, płaszczyzny, jakby płyty tektoniczne, które nakrywają się w jakieś wielkie święta, no, ewentualnie w niedzielę, "bo wypada" iść do kościoła - a tak poza tym to każda sobie. Takie życie nie ma sensu, bo jest niekonsekwentne. Albo, albo. Nic na siłę, bez zmuszania - ale jeśli coś deklarujesz, to bądź wobec tej deklaracji, Tego, któremu deklarujesz wiarę, wierny. Jezus prowadzi apostołów do Galilei, aby - im, a może bardziej nawet nam - uświadomić, że to tu i teraz mamy za zadanie odkrywać i odnajdywać Jego obecność. Nie gdzieś tam na starość, jak już z nudów i demencji nic innego się nie da, jak tylko paciorki, zdrowaśki i różańce. Świadomie - tu i teraz. Panie Boże, wybieram Ciebie, więc pozwól mi, uzdolnij mnie i naucz żyć tak, żebym Ciebie w tym wszystkim moim, w tej czasami pokręconej i bardzo często zabieganej codzienności nie przegapił, nie minął i nie olał. 

Tu Jezus zaprasza na spotkanie. Nie dopiero na Dzień Sądu, nie po tamtej stronie, dokąd zmierzamy. Tutaj  - we własnym dzisiaj - mamy znajdować miejsce, czas, przestrzeń, aby się do Boga przyznać, oddać mu pokłon, adorować Go i rozmawiać z Nim. A jednocześnie w tym wszystkim Bóg pozostawia miejsce na zwątpienie iniedowierzanie, odwagę i lęk, gotowość i wahanie. Uwielbiam ten fragment z jednego z listów bodajże św. Pawła o skarbie w naczyniach glinianych - obrazek może dzisiaj z naszej perspektywy mocno z epoki, ale jakże świetny. Glinę rozwalić łatwo - mniej więcej tak samo, jak złamać i skusić człowieka. A jedna, Bóg nie stworzył sobie supermanów i mega kobiet, tylko złożył wszystko, całe swoje przesłanie, w ręce grzesznych i słabych ludzi. Dana mi jest wszelka władza - to wy właśnie, nie ci lepsi, wierniejsi, dokładniejsi, bardziej zgodni, mniej zapalczywi, wy idźcie i nauczajcie; nie teraz, na moment, aż przyjdą sensowniejsi i bardziej się do tej misji nadający. Na zawsze, do końca świata. 

Objawienie się dopełniło - tak, objawienia prywatne zdarzają się i trwają nadal, ale misja Jezusa w tym sensie została zakończona, że przekazał On już Kościołowi wszystko. Teraz pora na nas - zadanie domowe, które z różnym skutkiem i rezultatem Kościół odrabia od przeszło 2000 lat. Bóg nas nigdy nie zostawił - ale dojrzeliśmy do tego, aby samodzielnie iść przez życie i czerpać z tego bogactwa Jezusowej nauki. Za chwilę, w przyszłą niedzielę, wspominać będziemy tamto pierwsze Zesłanie Ducha Świętego - dokonujące się cały czas w sakramentach, a w sposób wyjątkowy w grupach charyzmatycznych, szczególnie w naszych czasach rozkwitających. Syn Boży wstępuje do nieba, aby nam zostawić miejsce i pole do działania, przygotować do "chrztu bojowego", który dokona się w Duchu Świętym. Stąd ta, wypowiedziana w innym miejscu obietnica - ci pozostawieni i posłani w imię Jego jeszcze większych rzeczy dokonają, bo On idzie do Ojca. 

Nie ma się czego bać. Po prostu trzeba chcieć spojrzeć dalej niż na czubek własnego nosa, rozejrzeć się wokół. Wiele obrazów momentu Wniebowstąpienia to postać Jezusa i tłumek apostołów z zadartymi głowami. Tylko że w ogóle nie o to chodzi - a raczej chodzi o coś zupełnie innego. Od patrzenia w niebo chyba jeszcze niewiele się samo z siebie wydarzyło - poza tym, że człowiek, idąc w ten sposób, może zaliczyć przysłowiową glebę, potknąć się i upaść. Mamy przez pryzmat tego, co Jezus nam zostawił, wstępując do nieba, popatrzeć i dostrzec siebie nazwajem - tu i teraz. Tutaj właśnie mamy Go znajdować: dzisiaj, jutro, zawsze. Bo właśnie tutaj - między nami - On pozostał. Nigdzie indziej Go nie znajdziemy, bo tam Go po prostu nie ma.


Jak to ogarnąć? Mała podpowiedź od Denzela Washingtona:
Marzenia bez celów pozostają tylko marzeniami, i w końcu prowadzą do rozczarowania. (...) Boże, ktoś tam nas dzisiaj potrzebuje - a my wszyscy mamy ten unikalny dar, iść i wywierać wpływ na ludzi. Zrozumcie ten dar, chrońcie go, doceniajcie go i wykorzystujcie (...) Nie chodzi o to, ile masz, ale co robisz z tym, co masz.

sobota, 31 maja 2014

Przyjaciel

Jak zwykle, z poślizgiem - o tekście sprzed urodzin, o których już pisałem... tydzień temu.
Jezus powiedział do swoich uczniów: To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał - aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali. (J 15,12-17)
Pierwsza uwaga - kurczę, znam to. Skąd? Ze ślubu naszego. Sam ten tekst wybrałem jako Ewangelię naszej mszy ślubnej. Co więcej - o tym już pisałem w kontekście ślubu. Co najmniej, bo wydaje mi się, że nie tylko. Ale to przecież nie jest kontekst, który temat wyczerpuje. Bo miłość przecież nie kończy się i nie oznacza tylko relacji między zakochanymi, małżonkami. 

Bóg traktuje nas bardzo serio - skoro nazywa nas przyjaciółmi. Przyjaciel to nie byle kto - niektórzy mówią, że przyjaciele czasami są równie ważni (ważniejsi?) od małżonka; przyjaźń często zaczęła się wiele czasu przed małżeństwem, niestety, czasami trwa również dłużej od małżeństwa, co jest przykre. To pojęcie oznacza przede wszystkim zaufanie, zawierzenie, pokładanie nadziei, relację bardzo bliską i ważną. To nie jest na wyrost. To nie są słowa, które mają pobudzić do westchnienia i wzruszenia. To nie zostało powiedziane, żeby człowiek poczuł się niegodny, malutki i słaby. 

To drogowskaz - że właśnie sam Bóg pierwszy mnie (i każdemu innemu też) zaufał, żebym i ja nauczył się ufać: a) Jemu, Bogu, b) innemu człowiekowi. Nie dlatego, że "wypada", w ramach rewanżu, żeby być w porządku. To jest bez sensu, szkoda czasu - a jednocześnie uznaje się Boga za głupka, myśląc, że Jemu jest to do czegokolwiek potrzebne. Nie jest - On się cieszy, gdy człowiek Mu ufa, ale świat się nie zawali, gdy człowiek to (co się bardzo często zdarza) olewa. Wtedy i dlatego tylko, kiedy sobie uświadomię, że dla Boga jestem ważny i chce - On, wielki, nieskończony, nie do ogarnięcia - ofiarować mi swoją przyjaźń. Bóg zwierza się człowiekowi, że chce być jego przyjacielem - co najgłębszy wyraz miało w tym, że w Jezusie umarł na krzyżu po to, aby zmartwychwstać. 

Bóg zaprasza do przyjaźni z Nim. Ważne jest to, aby Boga nie sprowadzić tylko do roli przyjaciela - jednego z wielu. On jest tym przyjacielem, może być tym najlepszym, który nigdy nie odejdzie, zawsze wysłucha i (jeśli Mu się pozwoli i posłucha - odpowie). On jest również przyjacielem - ale ta przyjaźń w pełnym wymiarze to relacja z Bogiem: Ojcem, Stwórcą, Trójjedynym, Zbawicielem i właśnie przyjacielem. Każdym z tych wskazanych, wszystkim na raz. 

"Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał - aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje". To ważne słowa, bo Bóg każdego z nas wybiera w jedyny i wyjątkowy sposób, wręcz jedyny w swoim rodzaju. Każdy z nas - z tą różnicą: jedni to już wiedzą, inni jeszcze nie - przeznaczony jest do czegoś, co raz przychodzi zrozumieć łatwiej, raz i po wielu latach niekiedy myślenia, że to bez sensu i Bóg mnie olał. Każdy ma owocować na swój sposób, a jedną z płaszczyzn owocowania są relacje, w których z kolei jedną z najpiękniejszych jest przyjaźń. Nie tak doskonała, jak ta, którą Bóg daje człowiekowi - ale Bóg zaprasza mnie, żebym znajdował w ludziach przyjaźń i takie relacje budował. Budowanie, sensownie, tak naprawdę, tej przyjaźni to coś, co przekracza własne ludzkie możliwości - ale co może się udać, jeśli ludzie zrobią tam miejsce dla Boga. 

Jakiś czas temu sporo myślałem. Wiele jest osób, które mają napięty do granic wytrzymałości kalendarz - po pracy/szkole cały czas spotkania, piwo tu, kawa tam, impreza. Z pozoru - wow, ile relacji, pewnie sami przyjaciele, fajnie tak. Przy okazji stwierdziłem, że sam mam bardzo niewielu przyjaciół. Tak? No chyba jednak nie, bo poobserwowałem, co się działo, kiedy takiej osobie waliło się wiele rzeczy na głowę. Okazało się, że rozmowa na temat spraw ważnych dość naturalnie wyszła tej osobie ze mną - a w jej toku, że nie miała z kim porozmawiać. Czyli jednak tych przyjaciół nie było. I tego jest pełno - ludzie biegają, czasami nie nadążając sami, żeby mieć poczucie tego, że nie są sami. Tylko że nawet w tej całej grupie ludzi, z którymi się stykają, relacje są najczęściej na poziomie mielizny, płyciutkie - a jak przychodzi do sytuacji podbramkowej, to zostają sami. 

To jest wyzwanie. Zbudować prawdziwą przyjaźń. To jest coś, co wielu z nas nie wychodzi - z powodu czego cierpimy. Z Bogiem, paradoksalnie, może być łatwiej - i może takie świadome odpowiedzenie na Jego przyjaźń to dobry punkt wyjścia do poukładania i poszukania prawdziwej przyjaźni u ludzi? Co jest w tym piękne i takie spójna? Ano to, że wszystko związane z przyjaźnią może prowadzić kiedyś ponownie do tego tekstu, u góry - o ile przyjaźń przerodzi się w miłość. Ale to już inna historia. 

>>>

W czwartek zakończyła się prawomocnie sprawa, jaką kontynuowaliśmy z bratem po Mamie. 

Kamień spadł mi z serca. W sumie zakładałem optymistycznie, że "nasze u góry" - może nie tyle na podstawie wyroku sądu pierwszej instancji, ale widząc dramatyczną argumentację przeciwnika w apelacji - ale cóż, ten kto zna temat, wie, że dopóki człowiek wyroku nie słyszał, nie ma co być pewnym. 

Najpierw półgodzinne opóźnienie, potem radosna twórczość (żenada, po prostu bzdury - w wykonaniu pełnomocnika fachowego) przeciwnika - i wreszcie. "Oddala apelację". 

Nie cieszę się z pieniędzy, które w ten sposób uzyskam - całkiem spora sumka łącznie. Cieszę się, że wygraliśmy - ale to jest gorzka radość. Cały ten proces i wszystkie nerwy z nim związane to wina głupoty pracodawcy. Gdyby pomyślał, porozmawiał z Mamą, wyjaśnił sytuację - nie było by problemu, sprawa by nigdy nie zaistniała. Postanowił ją postawić przed faktem dokonanym, po czym w toku procesu naginając w żałosny sposób rzeczywistość na własne potrzeby - wyszło jak wyszło, stracili łącznie 10.000 zł. A to, co powodowało moją wściekłość i zawzięcie - niestety, ale mówię to wprost - to fakt, że popsuli w ten sposób Mamie ostatnie 3 miesiące życia, kiedy musiała się jeszcze tym martwić. 

Nie dożyła ani tego wyroku, ani pierwszego - ale jestem spokojny, że wie, że wygraliśmy, i że się cieszy. To była sprawa honoru. Chyba była by dumna - a ja się cieszę, bo to jednocześnie sukces zawodowy jakiś tam. 

W tym tygodniu Mama mi mocno towarzyszy... Najpierw był Dzień Matki - dzień po urodzinach moich - niestety, w poniedziałek nie miałem jak, więc na grób pojechaliśmy w niedzielę. Domiś zmówił modlitwę, niesamowite jest: zawsze wie, że jedziemy na cmentarz, że do babci Ewy, że zapalić świeczkę. Posiedziałem sobie chwilę sam i pogadałem z Mamą - tak, jak ona to robiła, przychodząc z nami, kiedy gadała ze swoją mamą i babcią. Pierwszy Dzień Matki bez Mamy... Ciężko. Rok temu też nikt nie wiedział, że od Dnia Matki został jej niecały miesiąc życia... Nie doceniamy tego, co mamy - aż tego szlag nie trafi. A potem ten czwartek i rozprawa. Ha! I jest nawiązanie do przyjaźni - niesamowite było, ile osób i jak życzliwie podeszło do mnie, okazało pomoc i wspierało w tej sprawie. Mama miała wielu przyjaciół - takich prawdziwych, co my widzimy teraz, kiedy jej już nie ma.