Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uzdrowienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uzdrowienie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 grudnia 2015

Przychodzi i leczy

Pewnego dnia, gdy Jezus nauczał, siedzieli przy tym faryzeusze i uczeni w Prawie, którzy przyszli ze wszystkich miejscowości Galilei, Judei i Jerozolimy. A była w Nim moc Pańska, że mógł uzdrawiać. Wtem jacyś ludzie niosąc na łożu człowieka, który był sparaliżowany, starali się go wnieść i położyć przed Nim. Nie mogąc z powodu tłumu w żaden sposób go przynieść, wyszli na płaski dach i przez powałę spuścili go wraz z łożem w sam środek przed Jezusa. On widząc ich wiarę rzekł: Człowieku, odpuszczają ci się twoje grzechy. Na to uczeni w Piśmie i faryzeusze poczęli się zastanawiać i mówić. Któż On jest, że śmie mówić bluźnierstwa? Któż może odpuszczać grzechy prócz samego Boga? Lecz Jezus przejrzał ich myśli i rzekł do nich: Co za myśli nurtują w sercach waszych? Cóż jest łatwiej powiedzieć: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy powiedzieć: Wstań i chodź? Lecz abyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów - rzekł do sparaliżowanego: Mówię ci, wstań, weź swoje łoże i idź do domu! I natychmiast wstał wobec nich, wziął łoże, na którym leżał, i poszedł do domu, wielbiąc Boga. Wtedy zdumienie ogarnęło wszystkich; wielbili Boga i pełni bojaźni mówili: przedziwne rzeczy widzieliśmy dzisiaj. (Łk 5,17-26)
Ta sytuacja przede wszystkim pokazuje pewien bardzo ważny kontrast. Przychodzi Bóg, Mesjasz, Zbawiciel, i od razu jest wokół Niego pełno ludzi. Ale dlaczego, po co, czego szukają? Tu różnią się zupełnie od siebie, można ich podzielić co najmniej na 2 grupy. Są ci, którzy - jak tamci z paralitykiem - poszukują ratunku dla nieuleczalnie po ludzku chorego, szukają Boga Ojca Miłosierdzia, Boga bogatego Miłosierdziem. Ale są też inni - ci, którzy szukali na Jezusa przysłowiowego "haka", chcieli znaleźć jakąś sprzeczność w Jego słowach, gestach, uczynkach; czegoś, co pozwoli im Go zdyskredytować przed ludźmi. Pozbyć się wichrzyciela. 

Co robi Jezus? Uzdrawia, a jak. No właśnie - ale jak? Po kolei - najpierw odpuszcza grzechy, czyli wnika w tę najdelikatniejszą sferę ludzką, sferę sumienia, rozeznania dobra i zła. Bardzo często my sami robimy z siebie, uzurpujemy sobie prawo do bycia specjalistami, sędziami innych - ten jest taki, a tamta owaka. Nikt nam nie dał do tego prawa - a On jeden ma do sądzenia pełne prawo... i nie robi tego, a odpuszcza grzechy. Ulecza duszę człowieka, aby człowiek mógł przyjąć uzdrowienie ciała, które następuje potem, w drugiej kolejności. 

Zawsze mnie zastanawia w takiej sytuacji - na ile było tak, że człowieka napełniał niemocą i słabością właśnie ten grzech, który Bóg mu odpuścił. Na ile uleczenie ciała jest pochodną i dokonało się dzięki temu, przez to, że Jezus Chrystus oczyścił duszę. Jezus - jak wskazuje ewangelista - siedział i nauczał, czekając na ludzi spragnionych Jego obecności, Jego miłości, Bożego przebaczenia. Czekał na tych, którzy do Niego przyjdą, aby słuchać - świadomie, albo nieświadomie znajdujący w Nim własnie odpowiedzi na swoje pragnienia i wątpliwości. Poszukując Jego obecności w tym, co się - czasami bardzo niepoukładanie - dzieje w ich życiu, piętrzy i przytłacza. 

Dlatego tak ważne i pokrzepiające są słowa z I czytania (liturgia w ogóle jest z poniedziałku, z wczoraj): Odwagi! Nie bójcie się! Oto wasz Bóg, oto - pomsta; przychodzi Boża odpłata; On sam przychodzi, by zbawić was (Iz 35, 4). Krótkie zdanie, a jak wiele treści! Bóg mówi wyraźnie - nie bój się. nie lękaj się! Ze Mną nie ma rzeczy niemożliwych - w Tym, który jest prawdziwym Bogiem. Bóg nie przychodzi dla picu, przypadkiem, właściwie nie wiadomo po co - ale konkretnie, do każdego człowieka w jego indywidualnych potrzebach, problemach, wzlotach i upadkach. Tamten cierpiał i duchowo, i fizycznie - więc Jezus uzdrowił obydwie te sfery. To nie znaczy, że stajemy się nagle duchowymi supermanami i tytanami wiary (czego, swoją drogą, każdemu życzę) - ale tłumaczy: ze Mną nie musisz się bać, Ja to wszystko ogarniam, Ja zwyciężyłem już ten świat. 

To nie jest łaska i siła dana na chwilę euforii, przebłysk światła - a potem powrót do brutalnej rzeczywistości. Stąd we wspomnianym czytaniu też słowa "pokrzepcie ręce osłabłe, wzmocnijcie kolana omdlałe!". To nie jest pokaz Boga, największego showmana świata. To są pełne miłości słowa Boga Stworzyciela i Zbawiciela. Wystarczy ci Mojej łaski - bądź odważny. On przyszedł i ciągle przychodzi, aby zbawić każdego. Bez wyjątku. Czego więcej trzeba? 

niedziela, 8 listopada 2015

Uwielbienie tak po prostu, krok po kroku

Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu
na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie,
że  n i e  j e s t e m  s t ą d.
Jakbym był posłany, żeby wchłonąć jak najwięcej
barw, smaków, dźwięków, zapachów, doświadczyć
wszystkiego, co jest
udziałem człowieka, przemienić co doznane
w czarodziejski rejestr i zanieść tam, skąd
przyszedłem.
Rzadko na tym blogu przytaczam wiersze - powyżej to "Gdziekolwiek" Czesława Miłosza z tomiku "To" z 2011 r. Cytuję go nieprzypadkowo - w kontekście źródła, w którym się na te słowa natknąłem - mianowicie książki "Pan Bóg? Uwielbiam" Marcina Jakimowicza, jednego z moich ulubionych autorów z GN (co ciekawe, z wykształcenia, kolegi po fachu bo prawnika). 

Kapitalny wstęp do bardzo dobrej książki, z której kilka co fajniejszych myśli chciałem tu zaproponować dzisiaj. Fakt, jest ich sporo, a to tylko świadczy na korzyść książki - przede wszystkim w sposób kapitalnie prosty rozprawiającej się z mentalnością i schematem "Boga który doświadcza chorobami". Myśli bardzo kreatywne, zmuszające do konfrontacji z własnym podejściem do Boga, zmierzenia się z własnymi lękami nie tyle dotyczącymi przejścia do zbawienia po śmierci - ale z tym, co może być trudne i fizycznie bolesne już tutaj, na ziemi. Stawienia czoła strachowi przed po prostu uwierzeniem Bogu i Jego obietnicom dla tych, którzy Mu naprawdę uwierzą - nie tylko gdzieś coś podpiszą. Z genialnym, zacytowanym co prawda od o. Michała Zioło OCSO, pojęciem "wspólnoty niedowierzania". Bardziej trafnie się nie da. 

Ostrzegam, jest tego całkiem sporo.
  • Znakiem pokory jest przyjęcie woli Bożej - pod warunkiem, że jej szukamy, pytamy, o co naprawę chodziło Najwyższemu.
  • Wertuję karty Ewangelii, starając się pochwycić Jezusa na gorącym uczynku i znaleźć choć jedną sytuację, w której zaproponował cierpiącemu, by zaakceptować chorobę. Nie znajduję. 
  • Duch nigdy nie przychodzi tak samo. Nie zna pojęcia stagnacji. Jego obecność jest niezwykle dynamiczna. Jest jak wiatr, ogień, strumień żywej wody. 
  • Można być osobą bardzo religijną i nie wierzyć w Boga. Wszyscy są w jakiś sposób religijni. Mamy wrodzoną religijność naturalną. Prowadzi ona do błędnego schematu - to ja muszę znaleźć Pana Boga, przypodobać Mu się, ofiarować jakieś dary, a jeśli On będzie zadowolony, będzie mi błogosławił.
  • Jezus, zapytany przez uczniów o to, jak mają się modlić, odpowiedział: "Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi" (dosłownie: Niech Twoja wola spełnia się na ziemi, tak jak w niebie). Jezus modlił się: "Ojcze, niech na ziemi będzie tak jak w niebie" (...) Dopiero teraz widać sens tej wypowiedzi. Bóg zdradził swoje pragnienie: chce, by ten skażony grzechem i przekleństwem świat już teraz zamieniać w królestwo. 
  • Nasze zadanie? Sprowadzanie nieba na ziemię. Chodzenie w Jego obecności. Krótkie pytanie: czy jestem w stanie zrezygnować z własnej chwały, by Jego królestwo wzrastało? czy chcę się zaprzeć samego siebie? Tylko tyle. Cała reszta już jest załatwiona. Jezus zapłacił za wszystko swoją krwią. 
  • Zbyt łatwo wszelkie nasze porażki pieczętujemy dewizą "wola Boża".
  • Wiesz, dlaczego Bóg nie może dać ci raka? Bo rak do Niego nie należy. 
  • Czytam Biblię i widzę, że Bóg jest dobry. Skoro ja, zły, egoistyczny i samolubny człowiek, nie chcę, by moje dzieci były wyniszczone przez chorobę, to dlaczego miałbym sądzić, że On sam tego pragnie? Po co miałby tego chcieć? By wyćwiczyć je w pokorze? Dać solidną lekcję posłuszeństwa? 
  • Jezus dostał to, na co ja zasłużyłem, aby mógł dostać to, na co On zasłużył.
  • Żyjemy w świecie skażonym grzechem, więc pełnię uzdrowienia zobaczymy dopiero wówczas, gdy powróci Ten, "w którego ranach jest nasze zdrowie". Wiem o tym. 
  • "Wszystko, co mam, jest twoje" - to obietnica Najwyższego, który zdaje się podpowiadać: dysponujesz całym pakietem darów, charyzmatów, którymi posługiwał się mój Syn. Otrzymaliśmy tego samego Ducha, który wskrzesił Jezusa z martwych.
  • "Powołałem cię po to, abyś szedł i przynosił owoc". To mocne zdanie. Przez długie lata rozpowiadałem na lewo i prawo: ja jedynie sieję, nie zbieram owoców. To bezpieczny manewr, pobożna wymówka, spełniająca wszelkie wymogi political correctness. Słowa "ie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał - aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje" (J 15, 16) zmieniają tę perspektywę. Powołałem cię - wyjaśnia Najwyższy - abyś przynosił owoc. Co więcej - by owoc twój trwał.
  • Wydajcie rozkaz górze. Czyńcie sobie ziemię poddaną. Obowiązują was reguły panujące w królestwie. Trzy lata chodziliście za mną krok w krok. Widzieliście cuda, znaki, uzdrowienia, wskrzeszenia. Dalej nic nie rozumiecie? 
  • To ja drżę. Boję się wydać rozkaz chorobie, aby nie skompromitować się przy innych. Często nawet dorabiam do tego pseudoideologię, by... nie skompromitował się sam Bóg (doprawdy karkołomna konstrukcja)!. Nie twierdzę, że uzdrowi wszystkich, a sale szpitalne opustoszeją. Nie wylewam dziecka z kąpielą, zapominając o teologii cierpienia, o tym, że nasze rany są kanałami Jego łaski. Nie! Wierzę jednak w to, że zanim "pochylimy się z troską nad zagadnieniem choroby" w życiu osoby, która prosi nas o wstawiennictwo, mamy prawo wołać o cud. On sam nas o to prosi. 
  • Nie znajduję w Ewangelii ani jednej sytuacji, w której Jezus podszedłby do chorego ze słowami: "Zaakceptuj swoją chorobę"! On ich uzdrawiał!
  • Co się, do cholery, stało? - to najbardziej dramatyczne pytanie świata. Krótkie, proste jak schemat linii warszawskiego metra instrukcje usłyszeli apostołowie. Uzdrawiajcie, wskrzeszajcie, wyganiajcie. My???
  • "Przechodząc doliną płaczu, przemieniają ją w źródło" - to kwintesencja chrześcijaństwa, które powinno być, jak chce prawosławny teolog Paul Evdokimov - "marszem życia przez cmentarze świata".
  • To zawsze mocno podejrzane, gdy ktoś zbyt łatwo zgadza się na cierpienie. Bo taka zgoda to ucieczka, po to by nie bolało. Z krzyżem jest trochę jak z tą drogą do Santiago. To nie my pokonujemy drogę, ale ona nas. To nie my radzimy sobie z cierpieniem, tylko ono radzi sobie z nami.
  • Jezus czynił takie cuda, jak wskrzeszenie Łazarza, bo wiedział, że w większości przypadków cuda i znaki potrzebne są nam, byśmy przylgnęli do serca Jego Ojca. Tacy jesteśmy. Nieufni, węszący spisek, odsuwający się na bezpieczną odległość. Na wszelki wypadek. - My, gawiedź. Chytra, kombinująca, szukająca zysku i unikająca ciosu, cyniczna lub może zbyt obolała, żeby wierzyć - opowiada trapista o. Michał Zioło. - Żyjemy, wyczekując. Mamy alibi, zawsze. Boimy się wysokości i jasności zbyt jasnej. Pojednaniu z niskością. Zdaje się, że już na zawsze. Podziwiamy męczenników, gdyż już nam więcej nie zagrażają. My, gawiedź, wspólnota niedowierzania, podobna ludziom przechodzącym od płaczu nad zmarłą dziewczynką do śmiechu i kpin z Jezusa, który odważył się powiedzieć, że dziewczynka nie umarła, lecz śpi. 
  • Chrześcijanie nie gonili za cudami. To cuda goniły za nimi.
  • Ludzie są zmęczeni moralizowaniem, duszpasterskim smrodkiem dydaktycznym. Chcą w Kościele zobaczyć żywego Jezusa, a nie tylko o Nim usłyszeć. Chcą Go dotknąć. I dopóki tego nie zrobią, nie uwierzą. (bp Grzegorz Ryś)
  • Jeżeli jesteśmy ludźmi, dla których wzorem jest życie Jezusa, to założenie, że Bóg "daje chorobę", stanowi pogwałcenie nauczania i praktyki Jezusa. 
  • W Kościele często pielęgnujemy cierpiętnictwo, które utwierdza nas w chorobie, zamiast pielęgnować wieź z Duchem Świętym, w mocy którego Jezus zadawał jej kres. 
  • Jeżeli proszę Pana Boga, to nie po to, aby Go o czymś poinformować (wie o wszystkim, zanim otworzę usta!), ale po to, by dać Mu prawo dostępu do konkretnego obszaru mojego życia. Bóg jest niezwykle dyskretny, nie narzucający się. Szanuje naszą wolność. Prosząc Go o uzdrowienie, dajemy Mu prawo do naszego wnętrza. My w tym momencie nie upraszamy u Boga konkretnej łaski, ale zapraszamy Go z nią do naszego życia. Nie upraszamy, ale zapraszamy.
  • Czy Pan Bóg jest bankomatem? Będę się modlił, aby Bóg mnie otworzył na swoją łaskę. Kiedy to "działa"? Wtedy, gdy po stronie zapraszających Boga jest wiara.
  • Fascynuje mnie sposób, w jaki Jezus patrzył na ludzi. On dostrzegał tych, których inni nie chcieli zauważyć. 
  • Wzorem modlitwy wstawienniczej jest dla mnie jedno krótkie zdanie wypowiedziane przez Maryję. Gdy zobaczyła, że impreza weselna w Kanie "dogorywa", rzuciła krótkie: "nie mają już wina". Koniec, kropka. 
  • Chcę usłyszeć: "jesteś wolny od niemocy". Desperacko szukam Jego obecności. Nie interesuje mnie rozmiękczona, grzeczna, pluszowa Ewangelia zredukowana do poziomu niedzielnych kazań. 
  • Lepiej być grzecznym i uradowanym, czy grzesznym i uratowanym? (o. Wojciech Ziółek SI)
  • To Bóg czyni pierwszy krok, jest źródłem dynamiki. 
  • Naszym największym zagrożeniem jest szary pragmatyzm codziennego życia Kościoła, w którym wszystko toczy się na pozór normalnie, w rzeczywistości jednak wiara zanika i zatraca się w małostkowości. Letniość. Bylejakość. Małostkowość. 
  • Jeśli chrześcijaństwo nie promieniuje, to nie dlatego, że napotyka w świecie opór - ale dlatego, że zabrakło mu gorliwości i świętości.
  • Myślę, że wielokrotnie Jezus puka od środka, abyśmy pozwolili Mu wyjść. Kościół zachowuje się, jakby pragnął zamknąć Jezusa wewnątrz i nie pozwolił Mu wyjść. 
  • Ludzie chcą w Kościele zobaczyć Jezusa, a nie tylko o Nim usłyszeć. Problem nowej ewangelizacji nie polega na tym, jak wyjść na ulice, ale... żeby wyjść (bp Grzegorz Ryś). 
  • Zauważyłem, że gadamy na okrągło o jedności i ekumenizmie, a nie potrafimy spotkać się z ludźmi z tej samej duszpasterskiej bajki. Jak możemy opowiadać o "parafii jako wspólnocie wspólnot", skoro nie znamy swoich imion?
  • Linia podziału przebiega tak głęboko i tak dotkliwie nas rani, że wychodzimy na ewangelizację z hasłem: "Po co mam to robić z kimś, skoro mogę zrobić coś sam?". Absurd! Głęboko podszyty zazdrością duchową i przekonaniem, że jeśli będę o kimś dobrze mówił i kogoś wywyższę, to automatycznie Bóg zabierze tę część z mojej puli, stracę coś. Tak jakby Bóg miał za mało i jeżeli przeleje na czyjeś konto, to ja już na nic się nie załapię... Nic dziwnego, że w Kościele nie czujemy się jak bracia i siostry, tylko partnerzy w konkurencji, rywalizacji. 
  • Coraz częściej czuję się bankrutem. Wiem, że nie mam absolutnie nic do dania. Nie mam czym zapłacić, dlatego załapuję się na gratisy od Pana Boga. Każdego dnia łapię się na tym, że chciałbym Mu dać wiele rzeczy, ale nie mam nic. Cokolwiek dobrego udało mi się zrobić, to zawsze początkiem była prośba: "zrób coś, bo ja jestem pusty" (Robert "Litza" Friedrich).
  • Im dłużej żyję i im częściej czytam Biblię, tym mocniej przekonuję się, że Pan Bóg nie obraża się, słysząc bezczelne a szczere słowa. Większą bezczelnością jest chyba mówienie do Niego w kościele: "Pan mym pasterzem, nie brak mi niczego", a po wyjściu z Mszy narzekanie tu i tam, jak to wiele nam rzeczy brakuje. Większą bezczelnością jest codzienne mówienie: "bądź wola Twoja" i oburzanie się na Boga wtedy, kiedy jest tak, jak On chce, a nie tak, jak my chcemy. Postawmy się trochę na miejscu Boga, który zna serca ludzkie. Czy nie bolała by nas nieszczerość ludzi, którzy zwracaliby się do nas na modlitwie?
  • Kryzysy uzmysławiają nam, że jesteśmy całkowicie zależni od Boga i wbrew temu, co sądzimy na co dzień, On świetnie dałby sobie radę bez nas, a to, że szuka z nami relacji, jest jedynie wyrazem jego przeogromnej tęsknoty.
  • Do momentu gdy nie zrozumiemy, że wszystko, absolutnie wszystko otrzymujemy za darmochę, będziemy siedzieć w czyśćcu, zamkniemy się na niebo.
  • Zobaczmy, kogo wybierał Jezus. Mam wrażenie, że On wybierał świadomie tych, o których wiedział, że do niczego Mu się nie przydadzą. Wybierał i wciąż wybiera tych, którzy sami mówili: "Ja się nie nadaję". Dlaczego? Bo ci ludzie przyjmują za darmochę to, co chce im dać, przyjmują orędzie zbawienia jako dar i nie chcą za to płacić. Nie mają zresztą czym zapłacić. Nie mają wobec Boga żadnych argumentów. 
  • Bóg, który nie cierpi grzechu, godzi się na moje grzechy. Dlaczego? Bo wie, że stawiają mnie one w pozycji dziecka: nie mam nic, nie mam żadnych zasług. Jak mi nie dasz, zdechnę z głodu. 
  • Jesteśmy gruboskórni, zamknięci na odczucie Bożej miłości. Odczuwamy ją przez nasze rany, pęknięcia. To boli. 
  • "Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia". Nie "z Tym" - ale "w Tym".
  • "Klient nasz pan" słyszę na każdym kroku. Na szczęście nasz pan nie traktuje mnie jako klienta.
  • Wyskakuję z tramwaju i mijam setki reklam: chwilówek, pożyczek, kredytów i sklepów typu Tani Armani. Potem wchodzę do kościoła i słyszę o darmowej miłości Najwyższego (żadnych promocji, ofert, zniżek) i zaczynam czuć się nieswojo. "Nie musisz płacić!" - przekonuje mnie kaznodzieja, a ja czuję się zakłopotany. Teoretycznie znam definicję charyzmatu - 5xD - dar darmo dany dla drugiego, ale podświadomie szepczę: przepraszam, ile to kosztuje?
  • Zbliżała się Pascha, gdy Jezus, jedyny Baranek, który gładzi grzechy świata, wszedł do świątyni. Nie zastał w niej ludzi, którzy się modlili. Zastał tych, którzy handlowali. Wygląda to tak, jakby ci ludzie chcieli kupić dary Ducha. Zadawali pytanie: "A ile to kosztuje?". 
  • Ileż w nas jest religijności naturalnej? Zasługiwania na Bożą miłość? Prób kupowania jej litaniami i nowennami? Nie potrafimy przyjąć tego, że jesteśmy zbawieni za darmo. Zachowujemy się tak, jakby przed dwoma tysiącami lat coś poszło nie tak, a krew Jezusa spłynęła niepotrzebnie i zmyła jedynie część grzechów. Odmawiamy kserowaną od sąsiada "koronkę szczęścia", pilnując, by broń Boże, nie uronić żadnej modlitwy, bo inaczej Główny Księgowy nie zaliczy i będziemy musieli powtarzać wszystko od początku. 
  • Choć w głębi nas samych tęsknimy za miłością bez granic, to stajemy przerażeni, kiedy ta miłość się objawia. Z Bogiem sprawiedliwym można ubijać interesy. Można z Nim kupczyć i próbować pozyskać Jego względy. Ale przeciw Bogu, który jest miłością i tylko miłością, nie mamy broni. 
  • Wyciągając różaniec czy odmawiając koronkę, nie wchodzę już w realizowanie teologii bankomatu. Nie zadaję bezczelnego pytania: "ile płacę?". 
  • Boża miłość jest za darmo. Nie można jej kupić. Relacja Boga do nas, Jego darmowa miłość, w Biblii jest określona jednym słowem: "łaska". Bóg ma łaskę. Jakkolwiek się zachowują synowie ojca w przypowieści o synu marnotrawnym, on zawsze kocha. Zawsze "ma łaskę".
  • Jeżeli patrzymy na Jezusa, na Tego, który jest nam dany za darmo, zaczynamy się uczyć logiki Boga. Przestajemy pytać: ile to kosztuje, bo... On jest ceną, On jest zapłatą. W katechizacji, nauczaniu, kazaniach przez wiele, wiele lat zbyt mocno akcentowano moralność. Moralność była centrum nauczania Kościoła. Tłumaczono nam, jak należy żyć, by być "dobrym człowiekiem". Owocem tego jest to, że czasami słyszę takie hasło na kolędzie: "ojcze, ja nie chodzę do kościoła, ale jestem dobrym człowiekiem" (o. Wit). 
  • Ja nie muszę niczego płacić. Nie jestem niczego winien. Ofiara Jezusa jest kompletna, całkowita, doskonała, pełna. Niczego jej nie brakuje. 
  • Grzechy, w które jestem uwikłany, były dla Niego ogromnym problemem przed 2000 lat. Odczuł je boleśnie na własnej skórze, poznał ciężar każdego z nich. Od chwili, gdy zmartwychwstał, nie wraca do nich. Nie prowadzi ewidencji: "winien - ma". 
  • Zmartwychwstały zachowuje się, jakby doznał amnezji. "Zresetowął" nie tylko same grzechy, ale i pamięć o nich! Jezus nie wypomina Rybakowi ucieczki, zdrady, tchórzostwa. Pyta: "Kochasz?". "Ale przecież uciekłem, zwiałem, stchórzyłem...". "Piotrze, kochasz?". "Ale...". "Kochasz?". 
  • Nie wolno głosić etyki w nawet tak istotnych kwestiach jak małżeństwo, jeśli najpierw się nie pokaże człowiekowi Jezusa Chrystusa. Jeśli nie doświadczy tej relacji, to każde przykazanie będzie ciężarem nie do uniesienia. Nawrócenie to spotkanie z Jezusem, w którym doświadczam tego, że jestem przez Niego kochany. 
  • Największą barierą w przyjęciu łaski jest nieprzebaczenie.
  • Nie musisz krzyczeć, skakać ani płakać czy miotać się po podłodze, aby coś od Niego dostać. Powinieneś tylko wierzyć w imię Jezus. Jezus nie musi się modlić za ciebie, tylko z tobą. On jest twoim adwokatem w niebie. Kiedy wypowiadasz Jego imię, mówi: "To jest zbyt ważna sprawa! Ja przelałem swoją krew i dałem mu swoje imię. Ojcze, obiecaliśmy, że jeżeli użyje mego imienia, otrzyma to czego pragnie". "Tak, amen" - mówi Ojciec - "Dajmy mu to". Imię Jezusa nie jest magiczną sztuczką z pieczątką imprimatur. Nie jest rodzajem katolickiego zaklęcia czy wytrychu. Wiara nie ma nic wspólnego z magią (Ulf Ekman). 
  • Jezus nie odpowiada w tej przypowieści [o miłosiernym Samarytaninie] na pytanie, kogo ja mam kochać, ale kto mnie kocha. Przestawienie akcentów. "Kto jest moim bliźnim?"nie znaczy "Komu mam jeszcze pomóc?", ale "Kto mi pomoże?" (o. Wojciech Ziółek SI).
  • Mamy wiele szczęścia, że żyjemy w takich czasach jak teraz. Mamy dziś do czynienia z Kościołem, który się zapada, i jednocześnie z Kościołem, który się odradza. Zapada się wiele starych struktur, które nie wytrzymują nowego tchnienia Ducha. W nowym, odradzającym się Kościele są ludzie, którzy przyjmują do serca Jezusa i rzeczywiście oddają Mu swe życie. Nie z powodów socjologicznych: tradycyjnych, rodzinnych, ale dlatego, że odczuwają taką potrzebę. Bóg podwaja dziś swoją łaskę. Zwyciężymy (o. Joseph-Marie Verlinde OP).
  • Jeśli chcecie apostołować, to proście Ducha Świętego o dar radości. Radość jest tym, co najbardziej przekonuje ludzi. A my mamy przecież pokazać życiem, że Jezus zmartwychwstał i pokonał śmierć (o. Raniero Cantalamessa OFMCap.). 
  • Jeśli opowiadasz o Bogu skrojonym na ludzką miarę, zredukowanym do twoich wyobrażeń i przefiltrowanym przez twe duszpasterskie niepowodzenia i wątpliwości, wiążesz Mu ręce. 
  • To, co my nazywamy przebudzeniem, Nowy Testament nazywa chrześcijaństwem.
  • Bóg błogosławi odważnym gestom. To gwałtownicy zdobywają królestwo!
  • Bóg błogosławi odważnym deklaracjom, w których w Jego imię zapieramy się samych siebie. Błogosławi tym, którzy wbrew wszystkiemu wkraczają na pole bitwy, wierząc, że wojna jest wygrana. 
  • Jezus uderzył w szatana ostatnim swoim tchnieniem na krzyżu. Bitwa jest wygrana, wróg pokonany. On nie jest tak mocny, jak usiłuje być. Jesteśmy dziś zaangażowani w działalność oczyszczającą za linią frontu pokonanego przeciwnika. 
  • Błogosławienie Boga w każdych, nawet najtrudniejszych sytuacjach, to absurd. Z punktu widzenia świata. A wynika to wprost z zachęty: "W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was" (1 Tes 5, 18).
  • Kto jak kto, ale niewinny niesłusznie oskarżony Jezus miałby wszelkie powody do przeklinania swojego losu. Co robił? Łamał chleb i szeptał: "Błogosławię"! 
  • Spójrz w niebo. To naprawdę znakomita perspektywa do oceny twej sytuacji. Zwłaszcza wówczas, gdy twoje położenie wydaje się beznadziejne. 
  • Nie chodzi mi o żadne pobożne czary-mary. Błogosławienie przywraca prawdziwe proporcje: nie ma sytuacji, która wymknęła by się Bogu spod kontroli. 
  • Skąd się w nas to bierze? Może jako naród z natury bardzo religijny dosłownie potraktowaliśmy słowa ewangelisty Mateusza: "Będą narzekać wszystkie narody ziemi" (Mt 24, 30)?
  • Uwielbienie jest okrzykiem zwycięstwa w bitwie, przed którą dopiero stoimy. Jest zawsze na wyrost. Jest rodzajem skoku w nieznane, aktem zaufania, wyznaniem:"To nie moja wojna. Wiem, Kto walczy po mojej stronie". 
  • Gdy zaczynasz uwielbiać Pana Boga, dochodzi do przemiany: On w twych oczach staje się większy, a problem, z którym się mierzyłeś, maleje. 
  • Uwielbienie zmienia rzeczywistość. Jest ono przecież tak konfrontacyjną rzeczywistością, tak inną od tego, co proponuje świat... To jedyna przestrzeń, w której człowiek nie jest w centrum, ale stoi z boku i jest wpatrzony w Boga, oddaje Mu (dosłownie!) chwałę. To jedyna przestrzeń, w której nie jesteśmy najważniejsi (Mate.o).
  • Uwielbienie jest łaknieniem czegoś, za czym wszyscy tęsknimy - bliskiej relacji z Kimś, kto nas bezgranicznie akceptuje (Grzegorz Głuch). 
  • Wiara to 24 godziny na dobę niepewności minus 1 minuta nadziei (Andre Frossard).
  • Ci, którzy rzucają światło Ewangelii, zazwyczaj stoją w mroku. Po drugiej stronie reflektora. Szukają pociechy, a słyszą: "Błogosławiony, kto we Mnie nie zwątpi".
  • Wiara jest pójściem w ciemno. Bez fajerwerków, Bez zabezpieczeń. Z GPSem Słowa Bożego, który jak na złość, zamiast wybrać najkrótszą drogę, nakazuje nam jazdę przez jałową, bezkresną pustynię. 
  • Spektakularność jest potrzebna nam, byśmy zwrócili uwagę na Boga. Bóg chce się z nami skomunikować. Ale to nie jest Jego ulubiony język. On stara się do nas dostosować. Widać to jak na dłoni w rozwoju wielu wspólnot. Po początkowym boomie charyzmatów i wysypie darów następuje czas uspokojenia, wyciszenia. I mam wrażenie, że Pan Bóg lepiej się w takiej rzeczywistości czuje (s. Bogna Młynarz).
  • Więc siedź na miejscu. Nie włócz się. I uwielbiaj. Sprowadzaj królestwo na ziemię. Niech spod twoich stóp wytryskują rzeki. 
  • Istnieje ciągłość między tym światem a tamtym. Tyle, że Pan Bóg przeniesie go do wersji 2.0. Podciągniętej, ulepszonej. Wierzę w to, że Bóg - najbardziej kreatywna trój-osoba wszechświata - będzie nas nieustannie czymś zaskakiwał. Niebo będzie dopełnieniem stworzenia. Skoro ten świat będzie przemieniony, to dlaczego miałby być z niego usunięty aspekt estetyczny? Umieramy w Boga. To jedyne "miejsce", w które można umrzeć. Po śmierci od razu wpadamy w Jego objęcia. Każdemu z nas Jezus obiecuje jednak jeszcze więcej: zmartwychwstanie ciała. Rozbrajająca jest ewangeliczna opowieść o Jezusie spotykającym nad jeziorem uczniów. Nie dowierzają, myślą, że to jakiś duch, a On wypala wprost: macie tu coś do jedzenia? Materialność zmartwychwstania jest dla wielu zgorszeniem. A ten fragment genialnie pokazuje nam, że istnieje niepodważalna ciągłość pomiędzy tym życiem a rzeczywistością zmartwychwstania. Są one - powiedzielibyśmy dziś - kompatybilne. To nie jest tak, że będziemy się musieli wszystkiego wyrzec, że po śmierci stracimy smak, nie będziemy pamiętać, rozpoznawać, rozumieć. Wręcz przeciwnie. Tam ryby będą lepsze! (ks. Grzegorz Strzelczyk)
  • Mam doświadczenie Boga. Nie jakąś wizję, ale poczucie, że zawarliśmy ze sobą konkretną umowę. Jesteśmy razem. Mówię Mu bardzo proste słowa, proszę Go o banalne rzeczy. Nie płaczę Mu w rękaw, tylko mówię, że jest ciężko. I Pan Bóg odpowiada w bardzo precyzyjny sposób. 
  • Przyszedł taki, jakiego się domyślałem już w dzieciństwie. Przyszedł do mnie. Nieśmiały, bezbronny. Nie narzucający się. Bóg przychodzi do mnie takiego, jaki jestem. Przychodzi i mówi: "Czego się smucisz?". "Bo jest smutno" - odpowiadam. I Pan Bóg to szanuje (o. Michał Zioło OCSO).
  • Zaświaty piją z nami herbatę, stoją na przystanku, cieszą się, płaczą. Jezus w łodzi, na weselu, przy kolacji. Pan z szalejącymi dzieciakami na ręku. Zgłodniały Bóg pytający: "macie coś do jedzenia?". Bóg przygotowujący dla mnie miejsce przy stole. Czym sobie zasłużyłem? Niczym. 
  • Pan Bóg ma spore poczucie humory. Potrafi dla naszego dobra zakpić z naszego nadęcia, z tego żałosnego napuszenia "kto my nie som". Ale to nigdy nie jest Bóg-cynik. Chrześcijaństwo nie jest suszeniem zębów, a do jego przykazań nie należy keep smiling. To jest radość na o wiele głębszym poziomie, radość obejmująca również bóle życia. Radość z tego, że śmierć została pokonana.
  • Zostaniemy przytuleni. Tyle że, czuję to nosem, będzie to doświadczenie tak intensywne, że wykroczy poza najszerzej rozumiane pojęcie przyjemności.  

czwartek, 24 września 2015

Mamy uzdrawiać. Dosłownie.

Jezus zwołał Dwunastu, dał im moc i władzę nad wszystkimi złymi duchami i władzę leczenia chorób. I wysłał ich, aby głosili królestwo Boże i uzdrawiali chorych. Mówił do nich: Nie bierzcie nic na drogę: ani laski, ani torby podróżnej, ani chleba, ani pieniędzy; nie miejcie też po dwie suknie! Gdy do jakiego domu wejdziecie, tam pozostańcie i stamtąd będziecie wychodzić. Jeśli was gdzie nie przyjmą, wyjdźcie z tego miasta i strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo przeciwko nim! Wyszli więc i chodzili po wsiach, głosząc Ewangelię i uzdrawiając wszędzie. (Łk 9,1-6)
We wspomnienie liturgiczne św. Pio z Pietrelciny, pewnie jednego z najbardziej niesamowitych świętych Kościoła XX wieku - który znany był także z wypraszania niesamowitych uzdrowień - Bóg daje nam ten fragment właśnie.  

Może nie zwróciłbym na niego uwagi, gdyby nie dość niezwykła książka, którą właśnie trawię, mianowicie "Pan Bóg? Uwielbiam!" Marcina Jakimowicza. Generalnie poświęcę jej osobny tekst, jak już przejdę całość, ale właściwie jednym z kilku takich punktów zwrotnych tego zbioru tekstów redaktora GN jest myśl właśnie o tym, co pogrubiłem. Bóg posyła swoich wyznawców po to, aby uzdrawiali. 

Tu nie ma powodu, aby doszukiwać się metafor, przenośni, spłycać te słowa do poziomu "no tak, ale przecież ważniejsze jest uzdrowienie duchowe, z grzechu - gdzie tam od razu na ciele...". Dla mnie to jest takie swego rodzaju odkrycie. Nam jest wygodniej tak te słowa rozumieć - żeby nie wystawiać wiary na próbę, żeby nie ryzykować. Tymczasem, moi drodzy parafianie, jednoznacznie "tu pisze", jak to niektórzy mówią: Bóg posyła ludzi wierzących po to, aby uzdrawiali! Uwaga, to nie dotyczyło wcale tylko Jezusa - bo przecież sam powiedział, że wierzący w Niego jeszcze większe znaki zdziałają, bo On sam idzie do Ojca (J 14, 12). 

Zazdroszczę Marcinowi Jakimowiczowi doświadczeń, o których napisał w swojej nowej książce. Bo sypie tam wieloma konkretnymi przykładami z życia swojego i swoich bliskich. On widział takie uzdrowienia mocą Boga. A ja? ... Ja się boję poprosić o coś takiego. Może dlatego, że jeszcze nikt bardzo mi bliski - poza + Mamą - nie odchodził w cierpieniu? Może dlatego, że jeszcze mnie osobiście doświadczenie choroby nie dotknęło dość mocno? 

Jedno jest pewne, a przekonała mnie do tego ta książka, że Bóg nigdzie nikomu nie kazał godzić się na cierpienie choroby w tym sensie, żeby się po prostu pogodził i nie spróbował nawet poprosić Boga o zdrowie. Bóg chce i może działać - ale czeka na nasze słowa. On może uzdrowić - tylko czy człowiek w to wierzy i Go o to prosi?

niedziela, 12 kwietnia 2015

Dał, co miał

Gdy Piotr i Jan wchodzili do świątyni na modlitwę o godzinie dziewiątej, wnoszono właśnie pewnego człowieka, chromego od urodzenia. Kładziono go codziennie przy bramie świątyni, zwanej Piękną, aby wstępujących do świątyni, prosił o jałmużnę. Ten zobaczywszy Piotra i Jana, gdy mieli wejść do świątyni, prosił ich o jałmużnę. Lecz Piotr wraz z Janem przypatrzywszy się mu powiedział: Spójrz na nas. A on patrzył na nich oczekując od nich jałmużny. Nie mam srebra ani złota - powiedział Piotr - ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź! I ująwszy go za prawą rękę, podniósł go. A on natychmiast odzyskał władzę w nogach i stopach. Zerwał się i stanął na nogach, i chodził, i wszedł z nimi do świątyni, chodząc, skacząc i wielbiąc Boga. A cały lud zobaczył go chodzącego i chwalącego Boga. I rozpoznawali w nim tego człowieka, który siadał przy Pięknej Bramie świątyni, aby żebrać, i ogarnęło ich zdumienie i zachwyt z powodu tego, co go spotkało. (Dz 3,1-10)

Heh, jak co roku w święta obiecuję sobie, że przejrzę kalendarz liturgiczny i w dniu, w którym jest to czytanie powyżej, pójdę na Mszę. Tym razem wiem - to środa w oktawie. Ale z założenia wyszło wielkie nic - bo uświadomiłem to sobie... dzisiaj, czyli co najmniej o jakieś 4 dni za późno. 

Jeśli ktoś - nie daj Boże - śledzi tego bloga, to z pewnością wracałem do tych słów nie raz, i jakoś nie zamierzam tego zmienić. Bo obrazek jest piękny i sytuacja bardzo do przemyślenia dla nas, ludzików z 2000 lat po tym wydarzeniu. Tu nie chodzi o cud - chociaż niewątpliwie trzeba odnotować, że do takiej kategorii zdarzenie to należy zakwalifikować. Tu chodzi o zachowanie Piotra, jego podejście, nastawienie, to w oparciu o co i o Kogo działa.

Ilu ludzi mogło tamtędy chodzić codziennie, obok tego wejścia do świątyni? Pojęcia nie mam, pewnie - nie tylko na ówczesne warunki - sporo. Miał, co tu ukrywać, żebrać, czyli zarabiać na siebie. Chromy czyli nie chodzący, pozbawiony władzy w nogach - czyli właściwie jakiejkolwiek wtedy możliwości zarobienia i utrzymania, skazany na los żebraka i litość ludzi (albo jej brak). Nie sądzę - i z zapisu autora natchnionego nie wynika - aby zdawał sobie sprawę, że trafił na uczniów Jezusa, o którym zresztą pewnie też nie słyszał. Tak, jak do innych - wyciągnął rękę, czekając na jakiś grosz. 

Piękne jest to, jak Piotr dokonał cudu - a może to przede wszystkim wiara Piotra tego dokonała. Ale zwróć uwagę, w jaki sposób postąpił, jakich on słów użył. Tamten biedak - nie znany nam z imienia - nie czekał na nic poza jałmużną (w obrazkach ewangelicznych tyle razy ktoś szukał u Jezusa wprost uzdrowienia - tu jest inaczej), a otrzymał o wiele więcej. Piotr jakby się tłumaczył - nie mam złota i srebra - a jednocześnie pozwala zastanowić się: jaką ono ma tak naprawdę wartość? Co ono daje? Temu choremu - mógłby mieć pałac, a i tak nie stanął by przez to na nogi. Ale Piotr dzieli się z żebrakiem czymś o wiele większym, wspanialszym i piękniejszym - mocą, jaką Bóg dał tym, którzy Mu ufają bez granic. Dlatego tamten wstaje, może skakać, dziękować i radować się uzdrowieniem. 

Niedowiarek powie - no co, jesteś wierzący? W sumie, jestem. To weź zrób coś podobnego. Uuu... Moja wiara jest za mała - ziarnko gorczycy to przy niej gigant. Nic nie szkodzi. Zresztą - kto wie, jeśli Bóg by zechciał... Ale to bez znaczenia. On może tego dokonać - uzdrowić ciało, a może czasami ważniejsze: serce, duszę. Bóg nadal tak działa - jeśli tylko chcę to zauważyć, a nie temu zaprzeczać. 

To wskazówka też dla nas. Można dzielić się z potrzebującym tym, co materialne - i chwała wszystkim, którzy (bez względu na kwoty!) robią to systematycznie, a nie od jednego wyrzutu sumienia do kolejnego. Ale można człowiekowi pomóc - i czasami tylko tego potrzebuje - także w inny sposób. Dać możemy najwięcej także nie dając materialnie nic. Dzieląc się tym, co sami otrzymaliśmy od Niego. Mnożenie przez dzielenie.

wtorek, 3 lutego 2015

Tylko

Gdy Jezus przeprawił się z powrotem w łodzi na drugi brzeg, zebrał się wielki tłum wokół Niego, a On był jeszcze nad jeziorem. Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg i prosił usilnie: Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła. Poszedł więc z nim, a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd na Niego napierał. A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Słyszała ona o Jezusie, więc przyszła od tyłu, między tłumem, i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości. A Jezus natychmiast uświadomił sobie, że moc wyszła od Niego. Obrócił się w tłumie i zapytał: Kto się dotknął mojego płaszcza? Odpowiedzieli Mu uczniowie: Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: Kto się Mnie dotknął. On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła. Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę. On zaś rzekł do niej: Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości! Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela? Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi: Nie bój się, wierz tylko! I nie pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakubowego. Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Wobec zamieszania, płaczu i głośnego zawodzenia, wszedł i rzekł do nich: Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi. I wyśmiewali Go. Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca, matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: Talitha kum, to znaczy: Dziewczynko, mówię ci, wstań! Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. Przykazał im też z naciskiem, żeby nikt o tym nie wiedział, i polecił, aby jej dano jeść. (Mk 5,21-43)
Bóg widzi, jak bardzo człowiek potrzebuje Jego miłosierdzia, Jego uzdrawiającej miłości - która działa i czyni cuda w tej sytuacji także jakby przypadkowo, jak z tą kobietą. Czy jednak był to przypadek? Nie. Tak samo jak to, że Jezus dobrze wiedział, kogo Jego moc uzdrowiła - pewnie chciał zobaczyć, co powie uzdrowiona kobieta. Powiedziała prawdę - i zstąpił na nią Jego pokój, ten jedyny i prawdziwy, drugi dar obok uzdrowienia z krwotoku. 

Trudna była sytuacja drugiej osoby z tego obrazka, Jaira. Szedł po Jezusa z wiarą - córka choruje, ale On może ją uleczyć. W drodze jednak dowiedział się, że zmarła. Co dalej? Rozpacz? Pocieszenie przynosi sam Zbawiciel - nie bój się, wierz tylko! Dlatego idą dalej, z sercami przepełnionymi... no właśnie, czym? Chyba jednak wiarą, że On może to poskładać i zaradzić sytuacji, z nadzieją. Nie robi show z ludzkiego dramatu, spektaklu dla rodziny i przybyłych do domu Jaira. Cud dokonuje się w skrytości, w obecności najbliższych - i apostołów. Śmierć nie ma władzy nad tym, komu rozkazuje Pan Zastępów. Tak, jak później każe Łazarzowi wyjść z grobu po kilku dniach od złożenia go tam, tak i tutaj każe dziecku wstać - i dziecko wstaje. Łaska Boża tryumfuje, a w sercu ludzkim kiełkuje kolejne nasionko wiary. 

Dlatego dzisiaj pod koniec Mszy Świętej - ku zdziwieniu niektórych - zaśpiewaliśmy "Zwycięzcę śmierci". Pasuje, jak rzadko. 

Bóg działa i to bardzo mocno - jeżeli tylko człowiek chce tego działania i o Jego pomoc prosi. Nie bój się, wierz tylko!

poniedziałek, 2 lutego 2015

Laurka Złego

W mieście Kafarnaum Jezus w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie. Był właśnie w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: Milcz i wyjdź z niego. Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego. A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne. I wnet rozeszła się wieść o Nim wszędzie po całej okolicznej krainie galilejskiej. (Mk 1,21-28)
Wczorajsza homilia niedzielna - dotycząca tego tekstu - nie zaskoczyła mnie (a szkoda). Kręciło się to bowiem wszystko wokół cudu wypędzenia Złego, nauczania Jezusa itp. 

A mnie w tym tekście urzekło inne zdanie - pogrubiłem je u góry. Zły wie, że jest bez szans przed Bogiem i nie może się z Nim mierzyć. Jak kiedyś przegrał, tak przegra za każdym razem znowu w bezpośredniej konfrontacji. I źle trafił, bo nauczał w synagodze nie kto inny, ale Syn Boży, który po prostu wiedział, z kim ma do czynienia, z jakim pomiotem. 

Jezus nie dał się zwieść tym jakby laurkom, słowom uznania. Te słowa "wiem, kto jesteś: Święty Boży" (u paulistów: "Święty Boga") to tylko, z góry skazana na porażkę, próba schlebienia. Bo zło lubi schlebiać. Bo wie, że człowiek jest słaby, często zakompleksiony, czasami stłamszony, a nierzadko zwyczajnie sam siebie nie akceptujący. I jak się go dowartościuje, połechce - to od razu łatwiej na coś złego naciągnąć. Ale nie Boga. 

Jezusowi nie jest potrzebne uznanie boskości przez Złego. On tak samo będzie jedynym prawdziwym Bogiem - czy ten duch wypowie takie słowa, czy tylko by Mu złorzeczył. Stąd taka gwałtowna reakcja: milcz i wyjdź, a co więcej: natychmiastowe wypełnienie polecenia przez ducha. Dlatego Jezus głosił nie działając właśnie jako ten, który ma władzę - ale tę władzę po prostu faktycznie dzierżąc i używając jej, choćby w tym u góry obrazku. 

Jedno trzeba wyjaśnić. To nie była żadna "nowa nauka z mocą", jak to zapisał ewangelista. Żydzi to tak traktowali, owszem - ale byli w błędzie, skoro Jezus po prostu odczytywał i nauczał to, co znajdowało się w Starym Testamencie (z niczego nie wynika, aby powiedział coś nowego - ewangelista w tym zakresie nic nie zapisał). Ale nawet dla tamtych prostych ludzi było to widoczne - On nie był zwykłym kaznodzieją, nauczycielem. Tu mieli do czynienia z Kimś o wiele większym. 

poniedziałek, 31 marca 2014

Zwykły cud

Jezus przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym - on czy jego rodzice? Jezus odpowiedział: Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale /stało się tak/, aby się na nim objawiły sprawy Boże. Potrzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata. To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: Idź, obmyj się w sadzawce Siloam - co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. A sąsiedzi i ci, którzy przedtem widywali go jako żebraka, mówili: Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze? Jedni twierdzili: Tak, to jest ten, a inni przeczyli: Nie, jest tylko do tamtego podobny. On zaś mówił: To ja jestem. Mówili więc do niego: Jakżeż oczy ci się otwarły? On odpowiedział: Człowiek zwany Jezusem uczynił błoto, pomazał moje oczy i rzekł do mnie: Idź do sadzawki Siloam i obmyj się. Poszedłem więc, obmyłem się i przejrzałem. Rzekli do niego: Gdzież On jest? On odrzekł: Nie wiem. Zaprowadzili więc tego człowieka, niedawno jeszcze niewidomego, do faryzeuszów. A tego dnia, w którym Jezus uczynił błoto i otworzył mu oczy, był szabat. I znów faryzeusze pytali go o to, w jaki sposób przejrzał. Powiedział do nich: Położył mi błoto na oczy, obmyłem się i widzę. Niektórzy więc spośród faryzeuszów rzekli: Człowiek ten nie jest od Boga, bo nie zachowuje szabatu. Inni powiedzieli: Ale w jaki sposób człowiek grzeszny może czynić takie znaki? I powstało wśród nich rozdwojenie. Ponownie więc zwrócili się do niewidomego: A ty, co o Nim myślisz w związku z tym, że ci otworzył oczy? Odpowiedział: To prorok. Jednakże Żydzi nie wierzyli, że był niewidomy i że przejrzał, tak że aż przywołali rodziców tego, który przejrzał, i wypytywali się ich w słowach: Czy waszym synem jest ten, o którym twierdzicie, że się niewidomym urodził? W jaki to sposób teraz widzi? Rodzice zaś jego tak odpowiedzieli: Wiemy, że to jest nasz syn i że się urodził niewidomym. Nie wiemy, jak się to stało, że teraz widzi, nie wiemy także, kto mu otworzył oczy. Zapytajcie jego samego, ma swoje lata, niech mówi za siebie. Tak powiedzieli jego rodzice, gdyż bali się Żydów. Żydzi bowiem już postanowili, że gdy ktoś uzna Jezusa za Mesjasza, zostanie wyłączony z synagogi. Oto dlaczego powiedzieli jego rodzice: Ma swoje lata, jego samego zapytajcie! Znowu więc przywołali tego człowieka, który był niewidomy, i rzekli do niego: Daj chwałę Bogu. My wiemy, że człowiek ten jest grzesznikiem. Na to odpowiedział: Czy On jest grzesznikiem, tego nie wiem. Jedno wiem: byłem niewidomy, a teraz widzę. Rzekli więc do niego: Cóż ci uczynił? W jaki sposób otworzył ci oczy? Odpowiedział im: Już wam powiedziałem, a wyście mnie nie wysłuchali. Po co znowu chcecie słuchać? Czy i wy chcecie zostać Jego uczniami? Wówczas go zelżyli i rzekli: Bądź ty sobie Jego uczniem, my jesteśmy uczniami Mojżesza. My wiemy, że Bóg przemówił do Mojżesza. Co do Niego zaś nie wiemy, skąd pochodzi. Na to odpowiedział im ów człowiek: W tym wszystkim to jest dziwne, że wy nie wiecie, skąd pochodzi, a mnie oczy otworzył. Wiemy, że Bóg grzeszników nie wysłuchuje, natomiast Bóg wysłuchuje każdego, kto jest czcicielem Boga i pełni Jego wolę. Od wieków nie słyszano, aby ktoś otworzył oczy niewidomemu od urodzenia. Gdyby ten człowiek nie był od Boga, nie mógłby nic czynić. Na to dali mu taką odpowiedź: Cały urodziłeś się w grzechach, a śmiesz nas pouczać? I precz go wyrzucili. Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go rzekł do niego: Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego? On odpowiedział: A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył? Rzekł do niego Jezus: Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie. On zaś odpowiedział: Wierzę, Panie! i oddał Mu pokłon. Jezus rzekł: Przyszedłem na ten świat, aby przeprowadzić sąd, aby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą stali się niewidomymi. Usłyszeli to niektórzy faryzeusze, którzy z Nim byli i rzekli do Niego: Czyż i my jesteśmy niewidomi? Jezus powiedział do nich: Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: "Widzimy", grzech wasz trwa nadal. (J 9,1-41)
Nie da się ukryć - tekst niewątpliwie długi, ale i bardzo ciekawy - odzwierciedlający bardzo błędną mentalność i rozumowanie, które bardzo dobrze niestety zakorzeniły się i trwają nadal, mimo 2000 lat jakie upłynęły od czasu napisania tego tekstu. Mentalność Boga-złego sędziego: skoro komuś coś nie idzie, to na pewno przez Boga, z Jego woli. 

To nie jest tak, że ludzie rodzą się chorzy, niepełnosprawni, upośledzeni "bo Bóg tak chciał" i to Bóg chce kogoś w ten sposób ukarać - i naszą rolą jest się domyśleć: matkę? ojca? dalszą rodzinę? kogo? To wszystko ma służyć objawieniu się Boga. Po ludzku te wszystkie krzyże to tylko pole dla Bożej aktywności, jakby miejsca, w których może objawić się Bóg. Z jednej strony uzdrawiając ciało, ale przede wszystkim przychodząc do konkretnego człowieka i pragnąc uzdrowić jego serce, dać mu sens i cel. 

Jezus rozwala ten stereotyp czynem bardziej niż niepozornym - nakłada mu ślinę na oczy. Można by pomyśleć - wariat, jak nic. Uczynił dzieło - tylko jakie? Kazał niewidomemu iść do sadzawki i się obmyć - ale on odchodził już ze znakiem Jezusa, który wszedł w jego życie i postanowił zadziałać, uzdrowić tego nieszczęśnika.  

Ten człowiek, tuż po uzdrowieniu, pewnie nie rozumiał, co się stało. Widział cud. Nie można powiedzieć, aby ktokolwiek w jakikolwiek sposób przygotował go do powiedzenia w tym ogniu pytań i oskarżeń, aby świadectwo jakie dał o Jezusie było wyuczone i przygotowane. Mówił od serca. Trudno go również podejrzewać o teologiczne wykształcenie i zrozumienie pewnych niuansów. Rozumiał, że dotknęło go i jego udziałem stało się coś, co wymykało się ludzkim prawom i rozsądkowi. Stąd mówi - to prorok - wskazując na to, że nie ludzką i zmierzalną siłą dokonało się jego uzdrowienie. Równocześnie, z jaką płynnością i lekkością ów człowiek się wypowiada - bardzo łatwo zbijając argumenty adwersarzy. Nie bał się, aby dać świadectwo prawdzie, która go uzdrowiła. To jest jego indywidualny i świadomy wybór - w rodzicach w tej sytuacji nie znalazł oparcia, wykręcali się i, powołując się na jego wiek, kazali samego uzdrowionego pytać (nikt nie chciał być wyłączony z synagogi). Nikt nie mówił, że będzie lekko - a uzdrowiony, może częściowo nieświadomie, godzi się na to i podejmuje ryzyko. Wybór Jezusa to zdecydowany zysk - ale który nie raz i nie dwa razy przychodzi okupić, delikatnie mówiąc, niepopularnością, o ile nie cierpieniem. 

Bóg każdego z nas, inną, własną, indywidualną drogą, prowadzi do miejsca, które ukazuje zakończenie tego ewangelicznego obrazka - do momentu, kiedy - wiedząc, z Kim mamy do czynienia, stajemy przez Bogiem. A On nie zapyta o stan konta, wizytówki, kontakty, wiedzę, zdolności - tylko o to, czy wierzysz w Niego. Bóg przychodzi, aby otwierać oczy - ale tych, którzy najpierw zdają sobie sprawę z własnego błądzenia po omacku. 

wtorek, 15 października 2013

(Nie)wdzięczność

Stało się, że Jezus zmierzając do Jerozolimy przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami. Na ich widok rzekł do nich: Idźcie, pokażcie się kapłanom. A gdy szli, zostali oczyszczeni. Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to Samarytanin. Jezus zaś rzekł: Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec. Do niego zaś rzekł: Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła. (Łk 17,11-19)
W tej historii praktycznie każdy detal ma sens. Dzisiaj mało zrozumiałe może być to, jakim w czasach Jezusa był trąd - choroba wtedy nieuleczalna, skazująca człowieka na powolne umieranie z powodu po prostu gnicia ciała i odpadania jego członków. Mało zrozumiałe - bo w naszych czasach tę chorobę można zwalczyć, wyleczyć. Jednak w biblijnych czasach trąd oznaczał samotność i wyrzucenie poza nawias społeczeństwa, życie poza nią - z koniecznością dawania wszystkim napotkanym osobom znać dzwoneczkiem, że mają do czynienia z trędowatym. Po prostu wegetacja, oczekiwanie na śmierć. 

Postawa tych dziesięciu była z początku jak najbardziej prawidłowa - przyszli, prosili, pragnęli litości. W pewnym sensie wyzwanli wiarę w Boga - Jezusa nazwali Mistrzem. Wykazali się niesamowitą odwagą - zamiast ostrzegać o swojej obecności, wręcz szli w kierunku Jezusa, dążyli do Niego i pragnęli przyciągnąć Jego uwagę (choć "zatrzymali się z daleka"). Pan widział, że ich pragnienia są szczere - i dokonał cudu, mimo że ani słowem nie wynika, że ich dotknął, przytulił, czy choćby nałożył błoto na oczy, jak to zrobił z niewidomym. Poszli do kapłanów - tylko oni mogli stwierdzić oczyszczenie - i oczyszczenie, jak podaje ewangelista, dokonało się w drodze. Gdy doszli na miejsce byli już zdrowi. 

Tutaj zaczęły się schody. Tylko 1 potrafił Bogu za dokonany cud podziękować - a może nie tyle potrafił, co zadał sobie trud, wrócił (po złośliwości pewnie nieco, autor wskazał, że był to ten "gorszy" - nie Żyd, a Samarytanin, cudzoziemiec). Tu nie chodziło o to, żeby przyjść i dziękować Jezusowi - ale uwielbić Boga w Trójcy jedynego za cud, jaki dzięki Jego łasce zaistniał. Tylko ten Samarytanin potrafił w tej sytuacji odnaleźć się na tyle, aby wysławiać Boga. 

Taki sam problem jest z nami. Nie ma nic przesady w staropolskim przysłowiu - jak trwoga, to do Boga. Jak się pali i wali, to nagle stajemy się wierzący (inna sprawa - w kogo, co? - czy modlimy się do Boga, czy obwieszamy się symbolami wszelkich możliwych religii i staramy się, na wszelki wypadek oczywiście, obłaskawić wszelkiej maści bóstwa), i jesteśmy gotowi na wszystko, byle by stało się po naszej myśli. Wszystko zmienia się, kiedy problem się rozwiąże. Gdzie jest dziewięciu? żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec. Pewnie i te proporcje - 1/10 - będą w miarę trafione, bo mało kto potrafi podziękować. Taka nasza roszczeniowa postawa - poprosić jeszcze jakoś tak, ale już żeby dziękować? Po co? Przecież po sprawie. Sam sobie to uświadomiłem w pewnym momencie - i wydaje mi się, że taka postawa jest strasznie dwulicowa, nieuczciwa. Dlatego tym bardziej staram się dziękować, kiedy dobry Bóg udzieli jakiejś łaski - a co jak co, w ostatnim czasie nie raz się o Jego łasce bardzo mocno przekonałem. Po prostu pewna konsekwencja: proszę i modlę się przed (nie tyle targuję, obiecuję "Boże, jak Ty mi pomożesz, to ja Ci...") - ale i dziękuję mocno po, najczęściej też na Mszy Świętej. 

Bardzo mocno widać to choćby po intencjach mszalnych - ile jest za żywych? Większość za zmarłych. Zapominamy o tych, którzy wsparcia modlitewnego potrzebują za życia. Mało to jest okazji? Urodziny, imieniny, urodzenie dziecka, rocznice. Warto o tym pamiętać, i nie wahać się, aby także te intencje polecać modlitwie eucharystycznej wspólnoty Kościoła. A potem wykazać to minimum - po prostu podziękować. 

czwartek, 3 października 2013

Otwartość na Boże niespodzianki

W lipcu pisałem, że nie mam czasu, ale chciałbym kilka słów poświęcić o. Johnowi Basobora. A może raczej - emocjom, jakie jego postać wywołuje. Cytaty poniżej to fragmenty wypowiedzi o. Johna. 
Boże Ojcze, Ty stworzyłeś nas z miłości, a Twoja miłość jest wieczna. Ty nieustannie podnosisz nas do bycia Twoimi dziećmi. Ty dałeś nam Swojego Syna, aby nas zbawił. Niech każdy, kto odwiedzi tę stronę, otrzyma od Ciebie łaskę odnowy swojego człowieczeństwa. Ześlij Swego Ducha, aby przywrócił w każdym z nas Twój obraz w Imię Jezusa
Człowiek nie młody, bo 67-letni, kapłan archidiecezji Mbara w Ugandzie, gdzie jest diecezjalnym koordynatorem Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej oraz członkiem Narodowego Stowarzyszenia Modlitwy Wstawienniczej. Doktor teologii duchowości i magister psychologii. Założyciel Father Bash Foundation, otaczającej opieką ok. 6.000 afrykańskich dzieci - sierot i dzieci porzuconych. Słynny rekolekcjonista i prowadzący spotkania charyzmatyczne. Przyciągający tłumy - co z jednej strony czyni go popularnym w sensie pozytywnym, bowiem przyciąga (ludzi albo wierzących w Boga, albo też tak zrozpaczonych, że są gotowi uwierzyć we wszystko, aby tylko uzyskać uzdrowienia - najczęściej tylko w rozumieniu fizycznym), ale też negatywnym (w naszej polskiej rzeczywistości dzięki małej jeszcze popularności wspólnot charyzmatycznych, ale np. w Ameryce Południowej z uwagi na wręcz ogromny wysyp wszelkiej maści sekt, zapraszających na najróżniejsze uzdrowicielskie mityngi. 
Jezu, Ty jesteś Panem, daj nam swoją miłość, pokój, daj nam radość. Daj nam, Panie, radość w naszych rodzinach, w naszym kraju, w naszych sercach. Utwierdź nas, Jezu, w Twojej miłości, bo Ty jesteś Panem.
Powiem tak - mnie osobiście takie spędy, jak tegoroczny na Stadionie Narodowym w Warszawie 06 lipca w ogóle nie przekonują. I nie chodzi mi o treść, a o formę. Nie zakładam złej woli organizatorów i nie potępiam samego pomysłu - bo zakładam, że mogą być tacy, którym tego typu eventy pomogą; w czym? No właśnie. Chyba jako zachęta, coś co zwróci i przyciągnie uwagę, pomoże zrobić pierwszy krok, czym Bóg wreszcie dobije się do drzwi ich serc. 

Ks. Adam Boniecki w jednym z numerów TP ciekawie cytował i przytaczał wypowiedzi ks. Tomasza Halika na temat organizacji tego rodzaju masowych wydarzeń, jak z udziałem o. Bashobory. Mówił o nieznośnym rozradowaniu, chorobie kolektywnej pobożności, mentalności tłumu, mechanizm wielkiego religijnego upraszczania z megafonów, stadionowy duch. Bo wejście w wiarę to jakby zanurzenie, zgłębienie, w którym Jezus to nie tylko kumpel do pogadania, slogan lub motyw przewodni do pokrzyczenia pewnych haseł. Bo zachowania pewne - jak by nie patrzeć - faktycznie bardziej pasują nie do imprezy religijnej, a do koncertu rockowego czy meczu piłkarskiego. 
Jezu, Ty pozostawiłeś nam swojego Ducha, Ducha Świętego. Przyjdź Duchu Święty, daj nam więcej radości. Przyjdź Duchu Święty, chcemy kochać więcej, niż wczoraj. Przyjdź i daj nam mądrość, przynieś nam więcej łaski i pokoju. Duchu Święty, połącz nas z Jezusem, który jest Panem na wieki wieków. Amen.
Tak, to jest upraszczanie, może i pewne spłycanie. Ale czy to samo w sobie jest złe, czyni takie spotkania niewłaściwymi? Moim zdaniem nie - to jest kwestia pewnego poziomu świadomości człowieka (wierzę - nie wierzę - na jakim etapie dojrzewania w tej wierze jestem). Mnie mogą nie odpowiadać, mogę nie mieć ochoty brać w nich udziału - ale to ni czyni ich bezsensownymi. Nie mnie oceniać ich owoce. Spotkania takie jak z o. Bashoborą to w pewnym sensie znak czasu - tak samo jak, medialnie popularny, rapujący ks. Jakub Bartczak z Wrocławia - bowiem i jeden, i drugi wybrali może mało konwencjonalną formę, aby przybliżyć bardzo często pogubionym ludziom konkretne i bardzo ważne treści. Zwrócić ich uwagę w sposób, który ich zainteresuje, który tę uwagę przyciągnie - innymi słowy: sprawi, iż zauważą Boga, który przychodzi, i może dzięki temu właśnie oni się na Niego otworzą. 

O. John podobno często w ramach swoich spotkań z ludźmi wędruje między zgromadzonymi z monstrancją, z Jezusem Eucharystycznym - bardzo piękna forma przybliżania Boga ludziom, rzadko spotykana u nas, ja zetknąłem się tylko z nią w kilku raczej młodzieżowych duszpasterstwach. Ale przemawia. Nie wyimaginowany facet z brodą - ale żywy, konkretny, Bóg-Człowiek w tajemnicy Eucharystii, idzie po prostu do ciebie. I ten, kto na tym spotkaniu jest obecny, być może staje właśnie przed najlepszą (jedyną?) w życiu okazją, aby pozwolić się Bogu pokochać, zrozumieć że jest się kochanym. 

Ja mam do tych spraw dystans - choć powiem szczerze: nigdy w Mszy o uzdrowienie, modlitwie o uzdrowienie nie uczestniczyłem. Może dlatego, że uważam, że dosyć jest znaków Boga w codzienności, w Eucharystii? Ok - to ja - więc nie odbieram innym prawa do innego zdania, ale i piszę, jak ja to widzę. Otoczka "cudowności" do mnie nie przemawia (co ciekawe, podobne zdanie można wyczytać w rozmowie obecnego papieża Franciszka z rabinem Abrahamem Skórką).  

Jedno pytanie trzeba sobie zadać - po co ludzie idą na spotkanie z takim o. Bashoborą? Czego oczekują? Cudu? Zgoda. Tylko jakiego? Uzdrowienia? Świetnie - a czego? Ciała? Duszy? Najgorsze, co może być, to gdy człowiek występuje z postawą roszczeniową: ja do Ciebie, Boże przyjdę, a Ty mnie uzdrowisz. Albo zaczyna stawiać warunki. Nie tędy droga. Albo inaczej - to najprostsza droga, równia pochyła do rozczarowania, a pewnie i pretekst, aby od Boga się potem odwrócić i Mu złorzeczyć. Jeśli ktoś idzie na przedstawienie - to nie można powiedzieć o wierze i szczerości. Przedstawienia to są w teatrze i cyrku, gdzie widownia jest bierna. Szansę na uzdrowienie ma tylko ten, kto zwraca się do Boga szczerze - tylko wtedy ma szansę przyjąć cud, nie od o. Johna czy jakiegokolwiek innego człowieka. Od Boga. Człowiek jest tylko narzędziem, przekaźnikiem. Cud jako Boża interwencja, element Jego zbawczego planu; nigdy działanie dla samego działania, ale dla objawienia się chwały Bożej. Jeśli ktoś przychodzi jak na pokaz kaskaderski czy jakiś występ - po prostu traci czas, bo ani magii ani nic w tym sensie nadzwyczajnego nie znajdzie tam. Wystarczy jednak, aby człowieka pchał tam jakiś, choćby cichutki, wewnętrzny głos, albo - nawet niezrozumiała - ale autentyczna ciekawość. Bóg stuka do serca i cierpliwie czeka. 

Jednego jestem pewien - Bogu w ogóle nie zależy przy dokonywaniu cudu na rozgłosie i rozkładaniu na części pierwsze samego daru - a na Nim jako dawcy. Tak naprawdę, cud rozpoznać i zauważyć może tylko ten, kto wierzy - bo bardzo często cud dokonuje się nie na tej płaszczyźnie, na której proszący by sobie tego życzył, i pozostaje niezauważony. Tak, może pozostałeś sparaliżowany, twój nowotwór nie zniknął nagle, nadal niedowidzisz - ale co powiedział ci Bóg? Co zaszło w przestrzeni spotkania z Nim? Rzadko jest tak, że nie mówi nic - najczęściej człowiek jest zbyt rozkojarzony, albo nie podoba mu się to, co słyszy. To nie jest tak, jak z tą kobietą ("idź, twoja wiara cię uzdrowiła"), żaden automat. I nie jest też tak, że skoro Bóg akurat ciebie nie uzdrowił, to Go nie ma albo ma cię w nosie. Bóg działa ciągle i zawsze, nie tylko uzdrawiając, nie jest (jak ja lubię to porównanie!) złotą rybką. Kluczowe będzie zawsze to, co dokonuje się w człowieku, w środku - dopiero obok tego są znaki i uzdrowienia fizyczne, widoczne, namacalne, zmierzalne poziomem ludzkiej wiedzy i nauki, które wobec Bożej łaski stają się bezradne. 

W pewnym sensie - wracamy do źródeł. Już Piotr w bramie świątyni, na samym początku Dziejów Apostolskich uzdrowił żebraka, mówiąc, że nie ma złota ani srebra, ale daje mu to, co ma i uzdrawia w imię Jezusa (Dz 3, 1-11 - uwielbiam ten tekst!). Historia zatacza koło - po setkach lat, a może i prawie 2 tysiącleciach, na nowo Kościół odkrywa charyzmat uzdrowienia. Nic nie dzieje się bez przyczyny - takie nadeszły czasy - i w taki sposób Duch Święty działa, m.in. przez o. Johna Bashoborę, bł. Jana Pawła II (ile jest przykładów i świadectw uzdrowień) czy Benedykta XVI (kilka dni temu media podały informację o uzdrowieniu przez dotyk młodego człowieka). Bóg działa w ludziach, otwartych na Boże niespodzianki. Dziwne, że w Polsce przyjeżdża uzdrawiać Ugandyjczyk? I co z tego! Niektórym do dzisiaj się w głowie nie mieści, że papieżem mógłby nie być Włoch - a był już 8 lat Niemiec, zaś teraz mamy Argentyńczyka. 

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca. A o cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię (J 14, 12-14). Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie (Mk 16, 17-18 - co ciekawe, ostatnie słowa Jezusa przytoczone przez Marka przed Jego wniebowstąpieniem!). Mnie to wystarczy - pomimo wszystkich wątpliwości, które opisałem powyżej. Bogu niech będą za o. Johna dzięki, oby jak najwięcej ludzi doprowadził do Boga i, o ile taka jest Jego wola, uzdrowił. 

wtorek, 21 lutego 2012

Kompleksowo - o ile Bogu pozwolisz

Gdy po pewnym czasie Jezus wrócił do Kafarnaum, posłyszeli, że jest w domu. Zebrało się tyle ludzi, że nawet przed drzwiami nie było miejsca, a On głosił im naukę. Wtem przyszli do Niego z paralitykiem, którego niosło czterech. Nie mogąc z powodu tłumu przynieść go do Niego, odkryli dach nad miejscem, gdzie Jezus się znajdował, i przez otwór spuścili łoże, na którym leżał paralityk. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy. A siedziało tam kilku uczonych w Piśmie, którzy myśleli w sercach swoich: Czemu On tak mówi? On bluźni. Któż może odpuszczać grzechy, prócz jednego Boga? Jezus poznał zaraz w swym duchu, że tak myślą, i rzekł do nich: Czemu nurtują te myśli w waszych sercach? Cóż jest łatwiej: powiedzieć do paralityka: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań, weź swoje łoże i chodź? Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów - rzekł do paralityka: Mówię ci: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu! On wstał, wziął zaraz swoje łoże i wyszedł na oczach wszystkich. Zdumieli się wszyscy i wielbili Boga mówiąc: Jeszcze nigdy nie widzieliśmy czegoś podobnego. (Mk 2,1-12)
Cały czas nie wiem, co z mamą - tzn. wiem, że nic nie wiem, ponieważ poza wstępną diagnozą nie ma żadnych nowych informacji, konsultacje trwają. Opatrzność jakby czuwała nade mną, podsuwając za pośrednictwem Kościoła kolejne teksty na ten sam temat - Jezus czyni cuda i uzdrawia. Jak ten niedzielny. 

Można przewidzieć, że dom, w którym doszło do opisywanej sytuacji, nie należał pewnie do jakiś pałaców. Mało kogo by na taki było stać. Co więcej, w tamtych czasach i klimacie bardzo często domostwa - nie tyle z powodu ubóstwa, co dla większej ilości powietrza i lepsze wentylacji, ważnych w wysokich temperaturach - posiadały dachy z lekkich materiałów, niekiedy i układanych warstwami liści palmowych. Tych czterech wykazało się nie lada sztuką - przynieśli swojego chorego i bardzo byli uparci w swoim dążeniu do zetknięcia się z Jezusem. Nie tylko że go przytaszczyli do domu, ale nie poddali się gdy okazało się, że nijak z noszami nie wejdą do domu. Dokonali nie lada ekwilibrystyki... wdrapując się z tym chorym na noszach prosto na dach! Jak wielka była wiara, która musiała ich determinować, aby dotrzeć do Pana. 

Jezus to widział. Wiedział, jak wiele wysiłku włożyli w to, aby zwrócić Jego uwagę na swego przyjaciela. Mniejsza o to, czy widzieli w Nim jedynie uzdrowiciela, czy przeszło im przez myśl, że mają do czynienia z żyjącymi i jak najbardziej ludzkim Bogiem samym. Czasami wiara przychodzi pod wpływem impulsu, takiego jak cudowne i niezrozumiałe po ludzki wydarzenia (np. uzdrowienie) - Jezusowi współcześni mieli tę łaskę, że wielu z nich nawróciło się pod wpływem impulsu, jakim było bezpośrednie spotkanie, kontakt z Bogiem żyjącym po prostu między nimi. 

Zastanawiające może być to, co powiedział. Nie padły słowa o uzdrowieniu - Zbawiciel nie rozkazał posłusznemu Mu ciału, aby ozdrowiało. Widział głębiej, dalej, to co najważniejsze. Widział grzechy które niszczyły serce, brud kalający człowieka od środka, czyniący go chorym i kalekim wewnętrznie, choć może nikt z tego poza Nim i owym biedakiem nie zdawał sobie sprawy. Umiał dobrać środki do potrzeb. Widząc wiarę tych, którzy przynieśli chorego, ulitował się nad każdą jego słabością - jednocześnie wskazując na kolejność. Najpierw dusza, potem ciało. Jego słowa, oczywiście, nie uszły uwadze "życzliwych", którzy uznali je oczywiście za bluźnierstwo. Pan nie wdawał się w dyskusje - potrafił całą sytuację, ku radości zebranych a tym bardziej do tej chwili chorego, przekuć w kolejny cichy, ale zarazem wielki dowód Jego mocy. Bóg kocha człowieka całego i całego go uzdrawia - nie tylko leczy ducha, ale naprawia ciało. Można sobie wyobrazić, jakie ludzie musieli mieć miny, kiedy paralityk po prostu wstał, po czym wziął jeszcze pod pachę łóżko i jakby nigdy nic - wyszedł pomiędzy nimi. 

Tamci wielbili Boga, bo nigdy nic takiego nie widzieli. My dzisiaj też mamy ku temu okazję - bo cuda nadal się zdarzają, nadal dochodzi do uzdrowień, łaska Boża objawia się w różnych miejscach, sytuacjach. Trzeba jednak o czymś pamiętać - nie każdemu musi być dane doświadczenie cudu. To nie komunizm - każdemu się należy. O ile w ogóle można użyć tu sformułowania "należy się" - a raczej nie pasuje ono - to większą szansę na cud będzie miał ten, który go pragnie i przede wszystkim który wierzy w możliwość jego nastąpienia. To bardzo proste - jak w tym dowcipie z człowiekiem, który wiele razy prosił Boga o wygraną w totolotka, po czym usłyszał: no dobrze, ale zagraj w końcu... 

>>>

W poniedziałek rano była Msza Święta za mamę. Czekamy. Na pewno w niedzielę do niej pojadę, w tygodniu nie mam jak. Za modlitwy bardzo dziękuję i nadal pokornie o nie proszę. 

piątek, 2 grudnia 2011

Upór i wiara - a może tylko wiara?

Gdy Jezus przychodził, szli za Nim dwaj niewidomi którzy wołali głośno: Ulituj się nad nami, Synu Dawida! Gdy wszedł do domu, niewidomi przystąpili do Niego, a Jezus ich zapytał: Wierzycie, że mogę to uczynić? Oni odpowiedzieli Mu: Tak, Panie! Wtedy dotknął ich oczu, mówiąc: Według wiary waszej niech wam się stanie! I otworzyły się ich oczy, a Jezus surowo im przykazał: Uważajcie, niech się nikt o tym nie dowie! Oni jednak, skoro tylko wyszli, roznieśli wieść o Nim po całej tamtejszej okolicy. (Mt 9,27-31)
Upór jest bardzo wskazany - co dobitnie pokazuje ten obrazek. Upór w rzeczach ważnych i istotnych, precyzując. My lubimy upierać się i dywagować, kłócić się godzinami nad pierdołami, sprawami drugo- i dalszorzędnymi, przekrzykiwać się jako specjaliści we wszelkich dziedzinach, o których często w ogóle nie mamy pojęcia. I jednocześnie - ustępować pola w sprawach naprawdę istotnych, kluczowych; może nie po ludzku, ale w perspektywie wieczności. 

Jezus nie pyta o to, skąd przychodzisz, co robiłeś dotąd, czy marnowałeś swój czas i możliwości, czy byłeś egoistą, złodziejem, pijakiem, narkomanem. Jezus widzi i docenia, gdy człowiek szuka u niego pomocy, i jest w tym poszukiwaniu uparty. A poza tym - gdy wierzy. Zresztą, tak naprawdę - te dwie kwestie to jedno i to samo. Poszukiwanie Jezusa i uparte zawracanie Mu głowy - oni osobiście, my dzisiaj w modlitwie - to przecież nic innego jak stawanie przed Nim w cichości serca na modlitwie właśnie. 

Żadnych czary-mary, żadnych wielkich słów, powoływania się na bóstwo czy daną od Boga Ojca moc i władzę nad tym, co ziemskie. Czy wierzycie? Tak. Skoro wierzycie - to niech Bóg udzieli wam łaski według tego, jaka ta wasza wiara jest. Prościej chyba się już nie da. 

Nic dziwnego, że pobiegli i opowiadali o tej sytuacji wszystkim i wszędzie. Trudno taką radość z uzdrowienia ukrywać czy zachować tylko dla siebie. Ważne, że ta sytuacja otworzyła im oczy. I to nie tylko oczy ciała, ale oczy duszy. Trudno o piękniejszy dowód, że wiara ma sens, niż taka sytuacja. Tylko trzeba uwierzyć, i iść za tym Jezusem, zawracając Mu głowę, do skutku. Długo nie odpowiada? Na pewno nie. Może po prostu za dużo gadasz, a za mało słuchasz. Albo tego, co On mówi, nie chcesz usłyszeć - dawno już zaradził twej prośbie i uleczył to, co najważniejsze, tylko ty tego nie widzisz.

>>>

Mam trzy intencje modlitewne, dla wszystkich którzy chcą pomóc modlitwą:
  • za małą Olę, bratanicę koleżanki, u której zdiagnozowano białaczkę
  • za moją mamę, która ciągle choruje, ciągle ma gorączkę, i od poniedziałku znowu trafia do szpitala
  • za siostrę koleżanki z pracy, u której właśnie zdiagnozowano bardzo niebezpiecznego guza mózgu.
Straszne, o ostatnim dowiedziałem się dosłownie 5 minut temu. Dlatego tym bardziej proszę.

piątek, 28 października 2011

Uzdrowienie, ale we właściwej kolejności

W tym czasie Jezus wyszedł na górę, aby się modlić, i całą noc spędził na modlitwie do Boga. Z nastaniem dnia przywołał swoich uczniów i wybrał spośród nich dwunastu, których też nazwał apostołami: Szymona, którego nazwał Piotrem; i brata jego, Andrzeja; Jakuba i Jana; Filipa i Bartłomieja; Mateusza i Tomasza; Jakuba, syna Alfeusza, i Szymona z przydomkiem Gorliwy; Judę, syna Jakuba, i Judasza Iskariotę, który stał się zdrajcą. Zeszedł z nimi na dół i zatrzymał się na równinie. Był tam duży poczet Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i Jerozolimy oraz z wybrzeża Tyru i Sydonu; przyszli oni, aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych chorób. Także i ci, których dręczyły duchy nieczyste, doznawali uzdrowienia. A cały tłum starał się Go dotknąć, ponieważ moc wychodziła od Niego i uzdrawiała wszystkich. (Łk 6,12-19)
Już sam kontekst sytuacyjny, niby dyskretny, tylko tło, jest bardzo ważny. Bóg-Człowiek pokazuje, co jest najlepszym wstępem, preludium i przygotowaniem do podejmowania w życiu ważnych, kluczowych decyzji. On sam za chwilę miał wskazać tych, którzy w Jego imieniu będą kontynuowali misję, jaką rozpoczął, i poprowadzą ten raczkujący, nieporadny i jak bardzo jeszcze zagubiony malutki Kościół, który w przyszłości rozrośnie się i zjednoczy ludzi wszystkich ras, narodowości i języków. 

Modlitwa. Może dlatego tak wiele rzeczy mi nie wychodzi? Pewnie, trzeba się wysilić, dać coś z siebie, żeby były rezultaty. Ale ludzki wysiłek to nic, bez Bożego błogosławieństwa. A w każdym razie - to za mało. To może być zwykła ludzka pycha - taki jestem, udało mi się, zrobiłem to sam, bez niczyjej pomocy, to tylko moja zasługa. Zgoda, to mój wysiłek i sukces - ale także łaska Boga, który moje działania wspiera. Ważne jest, żeby nie wpaść też w odwrotną skrajność - co ja się będę, przecież Bóg może wszystko, niech za mnie zrobi. Bo to grzech, i to niejeden - rozpoczynając od lenistwa. Pewnie, w swoim człowieczeństwie jestem ograniczony, sam siebie nie przeskoczę, ale Bóg wie o tym lepiej ode mnie i nie stawia przede mną zadań nie do wykonania. To tylko ja sam często gęsto staram się sam przed sobą wytłumaczyć własną niechęć, lenistwo i bylejakość. A tu potrzebna jest współpraca, współgranie - On i ja. Ja działam, On wspiera łaską. 

Może ktoś się zdziwi - ale chyba powołaniu uczniów nie poświęcę w ogóle uwagi, co wydaje się zdarzeniem centralnym tego fragmentu. Zwrócę za to uwagę na inny szczegół. Po co szli za Nim ludzie - przyszli apostołowie, ale i ten cały tłum? To nie był przypadek, czary, hipnoza. O ile można założyć, że nie każdy z nich widział i rozpoznał w tym momencie w Jezusie obiecanego Zbawiciela, to każdy z nich wiedział, czemu za Nim podąża. Aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych chorób. Aby uwolnić się od dręczących demonów. 

Dla niektórych to uzdrowienie oznaczało koniec fizycznych dolegliwości czy wręcz kalectwa uniemożliwiającego normalne funkcjonowanie. Dla innych uzdrowienie miało dotknąć ich wnętrza. I pewnie tych drugich było więcej - nie każdy musiał być kaleką, ale każdy był świadomy swojej grzeszności i słabości, wiedział, że potrzebuje uzdrowienia niekoniecznie ciała, ale ducha. Co zresztą Jezus podkreślił w innym miejscu (Łk 5,17-26), gdy przynieśli do Niego paralityka - oczekując uzdrowienia ciała. I co zrobił Jezus? Najpierw odpuścił grzechy - oczyścił duszę, to, co najważniejsze. Dopiero wtedy uzdrowił ciało. 

Nie bój się przyjść do Jezusa. To nie przypadek, że od wieków ludzie, mniej lub bardziej świadomie, czasami po całym życiu tułania się w poszukiwaniu celu, pozornego szczęścia i sukcesów, docierają właśnie do Niego. Czasami ktoś podpowie, wskaże drogę - czasami sami to zrozumieją. Jeśli nie możesz się odnaleźć, czegoś ci brakuje, czujesz pustkę czy niedosyt - nie bój się, stań przed Nim, otwórz swoje serce. Zasłuchaj się w Niego. Może nie usłyszysz tego, na co liczyłeś czy czego oczekiwałeś. Ale usłyszysz prawdę. Odnajdziesz uzdrowienie i pokój. Ten prawdziwy.

środa, 26 października 2011

Kolejna nadinterpretacja

Jezus nauczał w szabat w jednej z synagog. A była tam kobieta, która od osiemnastu lat miała ducha niemocy: była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować. Gdy Jezus ją zobaczył, przywołał ją i rzekł do niej: Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy. Włożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga. Lecz przełożony synagogi, oburzony tym, że Jezus w szabat uzdrowił, rzekł do ludu: Jest sześć dni, w których należy pracować. W te więc przychodźcie i leczcie się, a nie w dzień szabatu! Pan mu odpowiedział: Obłudnicy, czyż każdy z was nie odwiązuje w szabat wołu lub osła od żłobu i nie prowadzi, by go napoić? A tej córki Abrahama, którą szatan osiemnaście lat trzymał na uwięzi, nie należało uwolnić od tych więzów w dzień szabatu? Na te słowa wstyd ogarnął wszystkich Jego przeciwników, a lud cały cieszył się ze wszystkich wspaniałych czynów, dokonywanych przez Niego. (Łk 13,10-17)
Tylko człowiek naprawdę bez serca podejdzie do opisywanej sytuacji tak, jak tamten przełożony synagogi. Bo to nawet nie jest restrykcyjne przestrzeganie prawa - a nadinterpretacja prawa, w duchu złej woli, celem tylko i zdyskredytowania Jezusa. Który przecież uczynił coś dobrego - chory człowiek odzyskał dzięki Jego cudowi zdrowie. Nie patrząc na to, że powinno się - Jemu i Bogu - dziękować za cud uleczenia, zamiast piętnować za moment, w którym uleczył.

Prawo żydowskie, do dzisiaj przecież obowiązujące, nakazuje czcić Boga w dniu szabatu i zakazuje w tym dniu (od wieczora dnia poprzedzającego do wieczora szabatu) podejmowania jakichkolwiek prac, nawet lekkich. Cel takiego zapisu? Taki sam, jak dzisiejsze przykazanie Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. Przypomnieć człowiekowi, że 6 dni w tygodniu to w zupełności wystarczająco, aby zarobić na życie, napracować się. Ostatni dzień to czas dla Boga, aby podziękować Mu za ten tydzień, za dobro, które stało się moim udziałem, za dobro które mogłem czynić, przeprosić za wszelkie zło - i moment na powierzenie Bogu nadchodzących, kolejnych dni, następnego tygodnia. 

Nic więc dziwnego, że Jezus posługuje się tak prostym przykładem. Dobrze, skoro do mnie masz pretensje, że uzdrowiłem chorą - to czemu nie reagujesz, kiedy tak wiele osób wykonuje prozaiczne, a jednak rozumiane (w ten sposób) jako praca, czynności typu właśnie napojenie bydła. Fakt, krowa nie zrozumie, że jest szabat, i z powodu szabatu nie przestanie jej się chcieć pić czy jeść. Karmicie więc zwierzęta - czyli jakby wykonujecie pracę, prowadząc je do wodopoju. Jednorazowe i to cudowne uleczenie przeszkadza, a regularne prowadzenie zwierząt do wodopoju już nie? W najlepszym razie - brak konsekwencji. Żeby nie powiedzieć, że zwykłe szukanie dziury w całym. 

Bóg jest Bogiem miłości, Bogiem miłosiernym. Uwierzysz, że przeszkadzało Mu uleczenie człowieka w dniu szabatu, że naruszyło to spoczynek szabatu? Ja - nie.

środa, 31 sierpnia 2011

Co to za Słowo?

Jezus udał się do Kafarnaum, miasta w Galilei, i tam nauczał w szabat. Zdumiewali się Jego nauką, gdyż słowo Jego było pełne mocy. A był w synagodze człowiek, który miał w sobie ducha nieczystego. Zaczął on krzyczeć wniebogłosy; Och, czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić? Wiem, kto jesteś: Święty Boży. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: Milcz i wyjdź z niego! Wtedy zły duch rzucił go na środek i wyszedł z niego nie wyrządzając mu żadnej szkody. Wprawiło to wszystkich w zdumienie i mówili między sobą: Cóż to za słowo? Z władzą i mocą rozkazuje nawet duchom nieczystym, i wychodzą. I wieść o Nim rozchodziła się wszędzie po okolicy. (Łk 4,31-37)
Zdumienie to dobre słowo, pasuje do tej sytuacji. Przychodzi prosty człowiek, wstaje w synagodze i zaczyna nauczać tak, że nie sposób Go nie słuchać. Owszem, pewnie jakaś tam sława już Go poprzedzała, może i nimb cudotwórcy czy proroka. Ale to co innego, gdy człowiek staje twarzą w twarz, a może raczej - ucho w ucho z taką osobą, gdy jakby mimochodem, zupełnie niespodziewanie odkrywa, że się zasłuchał w słowa tej osoby. 

Może to zabrzmi ostro - ale zachowanie tego złego ducha, z obrazka ewangelicznego, to wg mnie nic innego jak zachowanie każdego z nas, gdy zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy wobec Boga nie w porządku, nie fair. Czyli - dość często, o ile człowiek jako tako pamięta o czymś choćby na kształt rachunku sumienia. Zastanawiałem się, czy nie akcentuję tego zbyt często - jednak powtórzę, bo i nie ma się czego wstydzić. Jesteśmy słabi, jesteśmy grzesznikami, upadamy raz po raz. Kto tego nie widzi, albo to neguje - oszukuje nie tylko innych, ale przede wszystkim siebie. I w końcu kiedyś sobie z tego zdajemy sprawę, zaczynamy najczęściej złorzeczyć Bogu. 

Nie, nie dlatego, że On coś zrobił nie tak. Nie możemy znieść, że On zawsze jest w porządku w stosunku do mnie, czego bym nie zrobił, jak bardzo bym czegoś nie zepsuł - podczas gdy ja raz po raz daję przysłowiowego ciała, raz w takiej, a raz w innej sferze. Przy czym, zupełnie niepotrzebnie i bez sensu, dużą ilość wysiłku wkładam w usprawiedliwianie samego siebie, dorabianie ideologii, żeby samego siebie we własnych oczach wybielić. Po co to? Nie wiem. Żeby uciszyć swoje sumienie? Pewnie tak. Bo zakładam, że Boga jako idiotę nikt nie chce traktować celowo - nie raz i nie dwa razy już pokazał, że On widzi i wie o wiele więcej, niż nam się wydaje, i tylko nieskończony bezmiar miłości i miłosierdzia ratuje nas przed unicestwieniem.

Innymi słowy - zamiast się wziąć za siebie, stracić trochę czasu i siły na pracy nad sobą, marnotrawimy ten czas i energię na tworzenie iluzji, wykonanie sobie pięknej maski człowieka prawie idealnego, który jeśli już cokolwiek źle zrobił (jak się nie da wykręcić zupełnie), to na pewno z winy każdego i wszystkich, tylko nie swojej własnej. To też jest grzech. Zgrzeszyć można, i Bóg czeka z otwartymi ramionami, jak ten ojciec syna marnotrawnego, o ile tylko uznajesz swoją grzeszność i przychodzisz z żalem, wolą i zamiarem poprawy, chęcią bycia lepszym. Jaki to ma sens? Nie ma. Grzech się zdarza - tylko wtedy do spowiedzi, a nie do dobudowywania naciąganego usprawiedliwienia. Skoro sam wiem, że jest ono nic nie warte, to co - Bóg miałby się na nie nabrać? 

Jezus, idąc w imię Boże, nikogo z ludzi nie przyszedł zgubić. Przyszedł za to na pewno uświadomić nam, że sami siebie zgubić potrafimy, i możemy - a zatem, przestrzec nas przed takim końcem, wskazać alternatywę, zmobilizować i zaprosić do wykorzystania życia w celu bardziej kreatywnym. To jest to Słowo. Słowo, które Ciałem się stało i zamieszkało między nami. To jest Słowo, które dzisiaj wypędziło ducha z opętanego człowieka. To jest jedyne Słowo, którego stanięcie się Ciałem w nas może przemienić, skutecznie. Zdumienie i zaciekawienie to dobry początek.

środa, 13 lipca 2011

Przyjdź, bo... Daj się dotknąć, bo... Trudno bez Niego.

Gdy Jezus mówił, pewien zwierzchnik synagogi przyszedł do Niego i, oddając pokłon, prosił: Panie, moja córka dopiero co skonała, lecz przyjdź i włóż na nią rękę, a żyć będzie. Jezus wstał i wraz z uczniami poszedł za nim. Wtem jakaś kobieta, która dwanaście lat cierpiała na krwotok, podeszła z tyłu i dotknęła się frędzli Jego płaszcza. Bo sobie mówiła: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. Jezus obrócił się, i widząc ją, rzekł: Ufaj, córko! Twoja wiara cię ocaliła. I od tej chwili kobieta była zdrowa. Gdy Jezus przyszedł do domu zwierzchnika i zobaczył fletnistów oraz tłum zgiełkliwy, rzekł: Usuńcie się, bo dziewczynka nie umarła, tylko śpi. A oni wyśmiewali Go. Skoro jednak usunięto tłum, wszedł i ujął ją za rękę, a dziewczynka wstała. Wieść o tym rozeszła się po całej tamtejszej okolicy. (Mt 9,18-26)
Podobny obrazek mieliśmy nie tak dawno, z setnikiem rzymskim. Tamten przyszedł do Jezusa, aby prosić o uleczenie dla sługi, którego traktował nie jako pod-człowieka, rzecz, siłę roboczą, a po prostu przejmował się jego cierpieniem. Można powiedzieć, że ów dzisiejszy zwierzchnik synagogi chciał więcej - setnik prosił tylko o uzdrowienie i wręcz bronił się przed przyjściem Jezusa do niego do domu, wierząc w to, że On po prostu może uzdrowić i żadna wycieczka nie jest do tego potrzebna, bo Bóg działa bez względu na czas i miejsce. Wielka wiara. 

Czy wiara zwierzchnika była mniejsza? Nie mnie to oceniać. Przyszedł, błagał - Panie, przyjdź. Może po prostu nie wyobrażał sobie, jak ów Jezus miałby zadziałać na odległość (mimo, że mógł). To był człowiek pozbawiony praktycznie całej nadziei, któremu pewnie ktoś gdzieś powiedział - o, tu wędruje taki, co to leczy ludzi i uzdrawia, idź do niego. No to poszedł, bo co miał do stracenia? Lekarze - i pewnie słusznie - stwierdzili zgon dziecka, ale on się nie poddawał. Może i nie padają tutaj żadne wielkie słowa - ewangelista nie przytacza wypowiedzianego wprost wierzę - ale czym innym jest cała zaprezentowana tu postawa owego człowieka? Jednym wielkim dowodem wiary. 

Wyobrażam sobie, jak się mógł czuć, gdy dotarli do domu - i wszyscy czekali: co ów człowiek zrobi. Śpi? Bez żartów, lekarze orzekli śmierć. Żarty sobie stroi? Jednak nie. Inni, postronni, mogli Jezusa wyśmiewać - co czuł zrozpaczony ojciec? Wściekłość? Złość? Bezradność? To jednak nie miało znaczenia. O ile na pewno, gdy Jezus wszedł do domu, dziecko nie spało, a po prostu leżało martwe - o tyle w tym momencie Bóg zadziałał, i doszło do wskrzeszenia owego dziecka. Moc w słabości się doskonali, łaska Boża uderza tym mocniej, im bardziej beznadziejna sytuacja. Gdy człowiek, mimo wszystko (a może - właśnie dlatego?) nie przestaje wierzyć. 

A w tym wszystkim - jakby cud przy okazji. Kolejna chora osoba, która miała szczęście stać w miejscu, gdzie zwierzchnik synagogi rozmawiał z Jezusem. Czym się kierowała? Nie wiemy. Wierzyła - jak wierzył tamten setnik, że Bóg nie musi iść do jego domu, aby uzdrowić sługę - że wystarczy dotknąć ubrania Pana. Inna ewangelia, o ile pamiętam, opowiada tę historię w nieco odmienny sposób - Jezus miał zapytać wprost, kto Mnie dotknął. W sumie - detal, bo z pewnością to wiedział. I znowu - tym razem mamy wprost słowa Jezusa - wszystko rozbija się o wiarę, o ufność. Ufaj, córko! Twoja wiara cię ocaliła! 

Bóg uzdrawia, ale gdy człowiek po pierwsze tego uzdrowienia zapragnie, ale przede wszystkim - gdy uwierzy w to, że ten właśnie Bóg może go uzdrowić.

środa, 6 lipca 2011

Kij zamiast marchewki

Przyprowadzono do Jezusa niemowę opętanego. Po wyrzuceniu złego ducha niemy odzyskał mowę, a tłumy pełne podziwu wołały: Jeszcze się nigdy nic podobnego nie pojawiło w Izraelu! Lecz faryzeusze mówili: Wyrzuca złe duchy mocą ich przywódcy . Tak Jezus obchodził wszystkie miasta i wioski. Nauczał w tamtejszych synagogach, głosił Ewangelię królestwa i leczył wszystkie choroby i wszystkie słabości. A widząc tłumy ludzi, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza. Wtedy rzekł do swych uczniów: żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. (Mt 9,32-37)
Musiał być bardzo znany. Cokolwiek ludzie o Nim myśleli, byli świadomi mocy, jaką posiadał. Prorok? Uzdrowiciel? Czarownik? To nie miało znaczenia. Wbrew pozorom, dla tych wszystkich chorych, kalekich, ułomnych i ich rodzi nie miało najmniejszego znaczenia to, czyją mocą i w czyim imieniu Jezus działał - liczyło się to, aby chory odzyskał zdrowie.

Fakt, takiego uzdrowiciela w Izraelu pewnie przed Jezusem jeszcze nie było. Co było ważne, co Go odróżniało od innych? To, że nie tylko leczył ciała, ale i dusze. Mało mówił o grzechu? Mało nawracał? Rozmowa z Samarytanką przy studni, przypowieść o miłosiernym samarytaninie, o bogaczu i łazarzu, o celniku i faryzeuszu - pierwsze z brzegu przykłady, jakie przychodzą mi teraz do głowy. Co więcej - Jezus oskarżany o to, że wyrzuca złe duchy mocą ich władcy potrafił udowodnić (czego w tej ewangelii akurat nie ujęto), że tak nie jest, ale że w Nim właśnie przybliża się do ludzi Boże Królestwo.

Nie jest sztuką, aby uczynić zadość tym najprostszym, najbardziej podstawowym potrzebom ludzkim. Mało jest miliarderów na świecie? Całkiem sporo. Gdyby chcieli, mogli by swoim majątkiem podzielić się z biednymi tak, aby pewnie problem biedy wyeliminować. Ale czy o to chodzi? Chyba bardziej o takie gospodarowanie, takie prawo, pomoc społeczną, świadczenia socjalne i funkcjonowanie gospodarki, aby ludzie sami mieli po prostu możliwość uczciwie zarobić, utrzymać siebie i swoje marzenia. Nie sama marchewka, ale przede wszystkim kij, z którym zainteresowany sam sobie poradzić w poszukiwaniach marchewki. Jezus był wielki tylko przez to, że potrafił uleczyć, wskrzesić - ale Jego prawdziwa wielkość polegała na tym, kim był, i na tym, że nie zatrzymywał się tylko na potrzebach ciała. Szedł dalej, mówił o miłości, o sprawiedliwości, o poszanowaniu ludzi, równości, ofiarności i bezinteresowności. Człowiek w oczach Boga jest spójny - ciało z jego potrzebami, ale także dusza i serce, które mają uzdolnić człowieka do życia nie byle jak, ale po prostu na Boży sposób.

To wezwanie do pracy na żniwie Pana często bywa zawężane tylko do powołania kapłańskiego czy zakonnego. Pewnie - bez kapłanów nie było by Eucharystii, więc żywej i realnej obecności Mesjasza w tabernakulach i na ołtarzach świata. Nie bez powodu Benedykt XVI powołał niedawno Radę ds. Nowej Ewangelizacji. Dzisiaj Kościół i świat to po prostu pole walki dobra ze złem, gdzie sięgać trzeba także po nowe sposoby docierania do ludzi, wygrywania ich dla Boga. Pełno jest miejsc i środowisk, gdzie duchowny jako taki nie wejdzie i nie dotrze nigdy. To jest pole do popisu dla nas, świeckich. Jesteśmy robotnikami, którzy - niestety - najczęściej jak tamci z innej przypowieści skupiają się nie na tym, ile zrobili, ale na kłóceniu się o zapłatę. Tymczasem po prostu trzeba zakasać rękawy i obrabiać ten swój ewangelizacyjny ogródek, tu i teraz, tam gdzie jestem i żyję. Prosząc, aby nigdzie i nikomu nie brakowało tych, którzy zadbają o inne ogródki Kościoła.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Pora wstać i otworzyć oczy

Jak zwykle, jestem do tyłu - to tekst niedzielny (a dziś? czwartek). 
Jezus przechodząc ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: „Idź, obmyj się w sadzawce Siloe”, co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. A sąsiedzi i ci, którzy przedtem widywali go jako żebraka, mówili: „Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze?”. Jedni twierdzili: „Tak, to jest ten”, a inni przeczyli: „Nie, jest tylko do tamtego podobny”. On zaś mówił: „To ja jestem”. Zaprowadzili więc tego człowieka, niedawno jeszcze niewidomego, do faryzeuszów. A dnia tego, w którym Jezus uczynił błoto i otworzył mu oczy, był szabat. I znów faryzeusze pytali go o to, w jaki sposób przejrzał. Powiedział do nich: „Położył mi błoto na oczy, obmyłem się i widzę”. Niektórzy więc spośród faryzeuszów rzekli: „Człowiek ten nie jest od Boga, bo nie zachowuje szabatu”. Inni powiedzieli: „Ale w jaki sposób człowiek grzeszny może czynić takie znaki?”. I powstało wśród nich rozdwojenie. Ponownie więc zwrócili się do niewidomego: „A ty, co o Nim myślisz w związku z tym, że ci otworzył oczy?” Odpowiedział: „To jest prorok”. Na to dali mu taką odpowiedź: „Cały urodziłeś się w grzechach, a śmiesz nas pouczać?”. I precz go wyrzucili. Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go rzekł do niego: „Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego?”. On odpowiedział: „A któż to jest. Panie, abym w Niego uwierzył?”. Rzekł do niego Jezus: „Jest nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie”. On zaś odpowiedział: „Wierzę, Panie!” i oddał Mu pokłon. (J 9,1.6–9.13–17.34–38)
Zacznę od strony zawodowej - do czego czepiają się faryzeusze? Nie tyle byli świadkami cudu, co niewątpliwie stał przed nimi człowiek cudownie uzdrowiony; ewangelista wprost mówi, że ów biedak był znany w okolicy i rozpoznawany, a po odzyskaniu wzroku ludzie spierali się, czy to on, czy nie on. Faryzeusze czepiają się szabatu, czyli prawa. Skoro szabat - zakaz jakiejkolwiek pracy. Jezus odbił tę piłeczkę dość skutecznie, gdy również zarzucono mu łamanie szabatu przy uzdrowieniu kobiety (Łk 13, 10-17), kiedy odpowiedział: "Obłudnicy, czyż każdy z was nie odwiązuje w szabat wołu lub osła od żłobu i nie prowadzi, by go napoić? A tej córki Abrahama, którą szatan osiemnaście lat trzymał na uwięzi, nie należało uwolnić od tych więzów w dzień szabatu?". 

No właśnie. Co jest ważniejsze - prawo dla prawa, czy prawo dla dobra człowieka? Już o tym pisałem. Wtedy także padł z ust przełożonego synagogi konkretny zarzut, pewnie w niedzielnej sytuacji powtórzony: "Jest sześć dni, w których należy pracować. W te więc przychodźcie i leczcie się, a nie w dzień szabatu!". Prawo ma wypływać z serca i być usankcjonowaniem zasad, które pochodzą nie tylko z ludzkiego nadania, i służą zawsze dobru człowieka. Pytanie jest zatem proste - czy Jezus temu niewidomemu zaszkodził? Na pewno nie. Faryzeuszom zaś nie pasował - On sam i uzdrowiony ślepiec, który o Nim zaświadczył - bo Jego czyny plus świadectwo uzdrowionego wskazywały na niewytłumaczalną wielkość, łaskę jaka przeszła przez Jezusowe ręce. Oni zaś przecież tępili Go, a nie zamierzali stać się Jego uczniami. Świadectwo niewidomego, który Pana uznał za proroka, było zupełnie nie po ich myśli. 

Budujące jest, że nie wszyscy oni byli tak zaślepieni. Owszem, jedni twierdzili - skoro, uzdrawiając, naruszył szabat, to nie czynił tego mocą i za wolą Boga; co więcej, czyniąc coś takiego w czas szabatu, Jezus zgrzeszył. Inni jednak, bardziej ostrożni i otwarci na to, co się dokonało, rozumieli - grzesznik uzdrawia i to na oczach całego miasta? Nie, to się przysłowiowej kupy nie trzyma. Mieli rację. Nie wiemy, czy oni wierzyli w Jezusa, czy byli wśród nich uczniowie Pana incognito (jak Józef z Arymatei), czy po prostu czuli w sercach, że zrzucenie wszystkiego na złe moce jest wyjaśnieniem tej sytuacji. Zły uzdrawia? Nie. Uzdrawia Bóg. A więc Ten człowiek - prorok? A może...?

Jezus dokonuje cudu. Znowu, kolejny raz okazuje wielkość Boga, wobec której nie jest ograniczeniem słabość i ułomność człowieka. Dziwny może - magiczny? - gest zrobienia i nałożenia na oczy ślepca błota. A może Bóg, któremu nie zależy na tym, aby człowiek go chwalił (nie jest Mu to do niczego potrzebne), chce aby ludzie nie mieli wątpliwości, że to Jego mocą dokonał się cud. W tej sytuacji staje się to widoczne i oczywiste - nałożył błoto, kazał się obmyć, a ślepiec powraca, widząc! Co więcej - przyznają to nawet sami faryzeusze, wprost pytając jeszcze niedawno ślepego o Tego, który otworzył mu oczy; potwierdza to sam uzdrowiony.

W pełnym (zacytowałem wersję skróconą) fragmencie tej ewangelicznej opowieści jest też dyskusja o tym, czyją winą było kalectwo owego ślepca - jego samego, czy też jego rodziców? Ludzie zastanawiali się - czy został pokarany za swoje grzechy (dziwna teoria - zgrzeszyć miał przed urodzeniem?) czy za grzechy rodziców (jeszcze dziwniejsza...). Z pewnością jego życie nie było łatwe - na marginesie społeczeństwa, skazany na tułaczkę i litość, jałmużnę ludzi zdrowych. Można powiedzieć - wegetował, żywy, ale niezbyt żyjący. I to wszystko w jednej chwili się odmieniło - kiedy? Gdy w jego życie wszedł Jezus. Dynamicznie, sam z własnej woli - w przeciwieństwie do np. obrazka spod Jerycha z Bartymeuszem (także niewidomym) w roli głównej, który wołał Jezusa. Bóg widzi cierpiących, i zbliża się do nich, chce im pomóc. 

Najcenniejsze jest jednak nie to, co spotkało owego bezimiennego dotąd ślepca - ale to, co dokonało się w nim już po tym, gdy zrozumiał to, co go spotkało. Jezus przyniósł mu światło, a nawet rozświetlił jego życie na dwa sposoby. Dzięki Niemu człowiek odzyskał wzrok - stał się samodzielny, mógł żyć normalnie, nie tylko zdany na łaskę innych. Ale przede wszystkim - światło zajaśniało w Nim samym; światło Boga, który dotarł do następnego nieszczęśnika, uzdrowił, przyniósł nadzieję i sens. Tak, jedno przyszło po drugim - nic dziwnego, że po tak spektakularnym uzdrowieniu chciał on uwierzyć w Jezusa. My mamy dzisiaj może trudniej - trudno o tak wielkie cuda (co nie znaczy, że nie zdarzają się - może czegoś nam brakuje, aby ich dostąpić? jest wiele wspólnot w których dochodzi do uzdrowień), ale mamy całą historię zbawienia, ewangelie. Gdy ktoś szczerze szuka - to wystarczy, w nich znajdzie Boga, który uzdrowi to, co najważniejsze. 

Może nie tak namacalnie, dosłownie, ale do każdego z nas Bóg podchodzi raz po raz. Wczoraj potrzebowaliśmy tego, dzisiaj czegoś innego, jutro pewnie jeszcze czegoś innego. Te podstawowe potrzeby widzimy. I złorzeczymy Bogu, gdy nie zadziała jak złota rybka. A czy w ogóle zastanawiamy się, czy prosi o to, co trzeba? Najczęściej chcemy rzeczy, które są na wyciągnięcie ręki i do zdobycia po ludzku - albo jakieś zachcianki, albo coś, do czego trzeba się po prostu bardziej wysilić (a nie zwalać wszystko na Boga). Może Bóg już dawno zaradził temu duchowemu kalectwu, które jest we mnie, a ja po prostu nie chcę tego zauważyć? Otrzymałem nową szansę, nowe możliwości - i skutecznie je marnuję. Bóg przyniósł mi światło, a ja go nie chcę zauważyć.

Pora wstać i otworzyć oczy.