Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papież. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papież. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 listopada 2015

Rozmawiali o Franciszku


Kilka dni temu trafiłem na dość ciekawą dyskusję, mianowicie dotyczącą osoby Ojca Świętego Franciszka w kontekście książki Austena Ivereigh'a "Prorok. Biografia Franciszka, papieża radykalnego" wydanej przez wydawnictwo Niecałe. 

Trudno powiedzieć, kiedy dyskusja miała miejsce - film na YT opublikowano 07.11.2015, więc zapewne dość niedawno. Wzięli w niej udział: sufragan krakowski, przewodniczący Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji przy Konferencji Episkopatu Polski bp Grzegorz Ryś, z-ca redaktora naczelnego Gościa Niedzielnego ks. Tomasz Jaklewicz oraz dziennikarz Tygodnika Powszechnego Artur Sporniak. 

Całość nagrania, a więc całość dyskusji, trwa blisko 2 godziny - pewnie mało kto ma tyle czasu, żeby całość przesłuchać (może na smartfonie w podróży? tak jak ja). Rozmowa jest ciekawa. 

Pierwszy wypowiadał się ks. Jaklewicz, który jakby z założenia... w ogóle zanegował możliwość oceny papieża. Dość dziwne, biorąc pod uwagę, że nie zastrzegł jednocześnie, iż ma na myśli wypowiedzi ex cathedra - wiadomo, z nimi nie ma dyskusji, papież wypowiada się jako Głowa Kościoła. Ale inne? Nie chodzi o recenzowanie, skrupulanctwo - ale jakby rozmowę, także stawianie pytań, nawet trudnych. Co w tym złego? 

Bardzo fajnie zaczął Sporniak, który rozpoczął od wskazania, że on się papieżem cieszy. Mówił o tym, że papież przybliża Boga człowiekowi, w cudzysłowiu: sprowadza Go na ziemię. Trafnie ujęte, mając na uwadze bezpośredniość Franciszka (równocześnie zaznaczając na marginesie, że mamy - bo mamy - tendencję do uciekania "od majestatu", chowania się za wysokimi ołtarzami). Wskazał na to także, że papież musi mieć mocną i głęboką relację z Bogiem, skoro od samego początku - znowu, w mojej ocenie trafnie - zabrał się za reformę Kurii Rzymskiej, czyli [to już moja myśl] molocha, nad którym papieże w ostatnich latach po prostu nie panowali, co pokazało życie i szereg afer. 

No i wreszcie bp. Ryś, który czuje się odpowiedzialny bardzo za osoby, które biorą Franciszka na poważnie - wprost, w samym sednie tego, co on chce, czyli wyjścia Kościoła do ewangelizacji. O biskupie nie jako "człowieku na koturnach". Uwielbiam tego faceta :) Przy czym wyraźnie podkreślił, że wszelkie spory "franciszko-podobne" są po prostu obok tego, co jest w Kościele najważniejsze; można je toczyć, o ile się chce, i prawdziwa "robota dzieje się w Kościele gdzie indziej". Tym bardziej - trafnie - prowadząca dyskusję Dominika Szczawińska stwierdziła po tej - krótkiej, prostej, zamyślonej - wypowiedzi biskupa, że właściwie na tym spotkanie można by skończyć.  

Co ciekawe - w mojej ocenie nawiązując do osób jego rozmówców (Jaklewicz i Sporniaka) w jednej z wypowiedzi bp Grzegorz wskazał, iż brał udział w innej rozmowie dotyczącej papieża Franciszka, gdzie wypowiadali się także dziennikarze Paweł Lisicki i Adam Szostkiewicz - a więc, jak to ujął, których "dzieli znacznie więcej niż tych dwóch, którzy siedzą przy tym stole". Cóż, trudno odmówić - z tą różnicą, że we wspomnianej dyskusji Lisicki z Szostkiewiczem mieli się niejako spotkać i zejść w jednej tezie, zaś w niniejszej rozmowie Jaklewicz i Sporniak zdecydowanie zajmowali odmienne stanowiska, wręcz nie szczędząc sobie złośliwości (o dziwo, głównie ks. Jaklewicz wobec Sporniaka - nieładnie - z powodu czego bp Grzegorz lekko go napominał; ale także Jaklewicz wobec Rysia, czego już w ogóle nie rozumiem). 

Bp Ryś przytoczył również sytuację, w której - ponoć jeden z redaktorów Więzi - miał stwierdzić, iż obawia się, że Franciszek zgubi gdzieś po drodze ludzi, którzy go i jego postępowania nie rozumieją - co w ocenie biskupa odzwierciedla lęki dotyczące tego pontyfikatu. Równocześnie, tego strachu nie mają środowiska, które odczytują franciszkowy charyzmat ewangelizacji, słuchają papieża jako człowieka trafiającego w sedno tego, co dla takich osób stanowi ich miejsce w Kościele - więc nic dziwnego, że tak dobrze się tam czują. 

Kawałek dalej pada dość ciekawe odniesienie bp. Grzegorza - który nieco przerwał Sporniakowi - mówiąc: "bo wy tam w tym Tygodniu jesteście intelektualistami, i w związku z tym charyzmat wam się wymyka [ich opisom]". Zdania co do TP są podzielone, ja to pismo cenię, natomiast nie da się ukryć, że czasami także im zdarza się przysłowiowe "robienie wideł z igieł" czy przesada. Natomiast sama wypowiedź - jako spostrzeżenie - niewątpliwie warta zastanowienia. 

Jest też świetna wypowiedź, znowu (ha!) biskupa Grzegorza odnośnie tego, że strach przed Franciszkiem to jest strach przed pełnym Kościołem. Chodzi o doświadczenie Kościoła w każdym czasie i każdym miejscu - także dzisiaj, z prorockim Franciszkiem i wyczuciem Ducha Świętego działającego także poza strukturami Kościoła katolickiego (o czym mówił już św. Jan Paweł II). Że poza Kościołem katolickim nie ma "eklezjalnej pustki", ale jest ekumenizm, czyli wzajemna wymiana darów. Papież łamie schematy - właśnie mając dobry kontakt z prawosławiem czy wspólnotami starej reformacji, ale także prosić np. o modlitwę pastorów z najmłodszych wspólnot protestanckich - co pokazuje, że to właśnie Kościół katolicki ma charyzmat jedności: głowa Kościoła potrafi rozmawiać i spotykać się z ludźmi ze wspólnot, które same ze sobą nie mają kontaktu. Nie można się bać - albo dajemy się prowadzić Duchowi Świętemu, albo nie. Papież rozeznaje - słucha, analizuje, odczytuje sprawy przed Bogiem, prowadząc Kościół w takim a nie innym kierunku - i kiedy rozeznaje, iż coś jest z Ducha, to nic go nie jest w stanie zatrzymać. 

Ks. Jaklewicz za to bardzo dobrze stwierdził, że dużą grupą ludzi, którzy "mają problem" z Franciszkiem to... duchowni. Przeszedł następnie płynnie w kwestię synodu o rodzinie - ale to akurat inna kwestia. Słusznie także zauważył, że trudno mówić o "prorockim" pontyfikacie Franciszka tylko z tytułu tego, że przytula dzieci, spotyka się z ludźmi itp. - trudno bowiem nie uznać, że tego samego nie czynili poprzednicy: Benedykt XVI czy Jan Paweł II, więc racze nie ma w tym nic przełomowego samego w sobie. 

Potem ks. Jaklewicz wypowiedział bardzo mocne zdanie, że jest grupa ludzi, zaangażowanych w Kościele, która czuje, że traci grunt pod nogami; że Skała (Piotr, papież) przestała być skałą. Znowu nawiązał do synodu, niefortunnej wypowiedzi o królikach, czy też żartach - w ocenie wypowiadającego się - były na granicy dopuszczalnej papieżowi. 

Odbił piłkę ponownie biskup Ryś - mówiąc, że księża wszyscy się boją, ale mało który (prawie żaden) nie sięgnął do tekstów źródłowych, w tym wypowiedzi kard. Waltera Kaspera, która legła u podstaw synodalnej dyskusji; prawie nikt nie czytał także lineamentów przygotowanych na synod. I teraz - czy to oznacza, że katolikom usuwa się skała spod nóg, czy też to, co raczyli byli za skałę uważać? Papież zaprasza do czegoś bardzo poważnego - a my oczekujemy prostych i szybkich rozstrzygnięć, od których on się uchyla. Synod to miejsce, gdzie ma objawić się Duch Święty, wobec którego biskupi mają stanąć w posłuszeństwie - i jeśli nie ma się takiej perspektywy, oznacza to "spłaszczenie" Kościoła do poziomu, na którym nie warto się poruszać. Albo przyjmujemy Boga, który prowadzi Kościół, a my chcemy Go słuchać - albo lepiej się rozejść. Propozycja Franciszka do doświadczenie Boga, który jest miłosierdziem - zapraszając do tego doświadczenia w roku jubileuszowym po to, żeby wiedzieć, w jakiej relacji ma być Kościół do człowieka (bo Kościół obok człowieka jest, delikatnie rzecz biorąc, bez sensu). Stwierdził także, że lęk przed synodem można odczytać u dziennikarzy wszędzie - od lewa do prawa - przy braku zaufania do Ducha Świętego, który ma prowadzić Kościół, i w którego właśnie tylko należy się wsłuchać. Nie gadanie o Bogu jako źródle miłosierdzia - ale Jego przeżycie w spotkaniu z Nim, bo tylko to może umożliwić przekazanie takiego doświadczenia innym. A synod? To przesłanie - dokument końcowy - nie jest skierowany do Ludu Bożego, a do papieża Franciszka, oczekując, że zrobi z tym to, co mu Duch Święty podpowie. 

Ja starałem się powyżej omówić treść dyskusji mniej więcej w połowie (ok. 45 minuty). Naprawdę, to nagranie warto obejrzeć choćby dla samych tylko wypowiedzi bp. Grzegorza :) 

niedziela, 30 marca 2014

Człowiek w bieli na kolanach


Papież Franciszek wzbudził powszechne zdziwienie... swoją spowiedzią. W pewnym sensie zastanawiam się - tym, że przyznaje się, że co 2 tygodnie się spowiada? czy tym, jak ta spowiedź w jego wydaniu miała miejsce. 

O ile pierwsze zdziwienie i zaciekawienie wydaje mi się kompletnie bez sensu - skoro ktoś jest praktykującym katolikiem (a trudno oczekiwać, aby zwierzchnik Kościoła nim nie był), to zrozumiałym jest, że się spowiada; i raczej naturalnym jednocześnie, że częściej niż w tym zakresie nakład wymóg polski zapis drugiego z 5 przykazań kościelnych. 

Zdziwienie wzbudziła forma - papież wyspowiadał się publicznie, i to w sensie europejskim w sposób mało znany. Natomiast według mnie - po prostu piękny. Nie dość, że Franciszek dał świadectwo - papież nie jest żadnym supermanem, człowiekiem bez grzechu, wyjętym za pomocą czarodziejskiej różdżki spod pokus i zakusów Złego. Jest normalnym człowiekiem, powołanym do wyjątkowej godności, a jednocześnie tak samo słabym, jak każdy z nas - który ma czym "pozawracać Bogu" głowę w konfesjonale (mimo, że bardzo często nam się wydaje, że my nie mamy czego tam szukać, bo właściwie to nie grzeszymy). Jan Paweł II, tak samo jak Benedykt XVI i ich poprzednicy, spowiadali się regularnie - ale prywatnie, u swojego spowiednika. Papież zadziwił - założenie przecież było takie, że przybywa na liturgię pokutną, aby wyspowiadać kilka osób - a tu nagle sam, już w komży i z fioletową stułą na szyji, postanowił dać wspaniały przykład. Sam mam rozgrzeszyć - więc moje serce powinno być najpierw czyste. Nie zazdroszczę zdziwienia księdzu, na którego trafiło, ale z pewnością nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji. Niemniej sam wymiar tego małego wydarzenia jest niewątpliwie piękny - dla każdego z nas, czy to świeckich jako penitentów, jak również kapłanów, stających w roli tak penitentów, jak i spowiedników. 

Mnie urzekła forma tego gestu - papież nie wszedł do konfesjonału, nie zamknął się w nim razem ze spowiednikiem. Zrobił to "po argentyńsku" - po prostu ukląkł na przeciwko spowiednika i wyznał grzechy, po czym uzyskał rozgrzeszenie. Dla mnie takie ciekawe nawiązanie do formy neokatechumenalnej - co mi się w tych wspólnotach bardzo podoba - tam penitent klęka przed stojącym spowiednikiem, który po wysłuchaniu spowiedzi, nauce i rozgrzeszeniu podnosi go z kolan i ściska. Piękna symbolika - tak samo jak w tej sytuacji, kiedy widzialna głowa Kościoła po prostu pada na kolana przed zwykłym księdzem, aby uzyskać z jego rąk Boże przebaczenie. Powiem szczerze, dużo bardziej taka forma do mnie trafia, niż drewniane, szczelne konfesjonały i ta kratka... 

I kilka pięknych papieskich myśli, z tym tematem powiązanych, w ramach kursu dla spowiedników, zorganizowanego przez Penitencjarię Apostolską, których przyjął 28 marca 2014 r. na audiencji w Auli Błogosławieństw Pałacu Apostolskiego w Watykanie (za info.wiara.pl):
Ojciec Święty przyznał, że istnieje dziś wiele trudności z sakramentem spowiedzi. Wynika to z różnych przyczyn natury zarówno historycznej, jak i duchowej. "My jednak wiemy, że Pan Bóg chciał dać Kościołowi ten ogromny dar, by wierni mieli pewność, że Ojciec im przebaczył" – powiedział Franciszek. Przypomniał, że najważniejszy w posłudze pojednania jest Duch Święty, gdyż to przez Niego zmartwychwstały Pan przekazuje nam nowe życie w wyniku sakramentalnego przebaczenia. „Dlatego macie być zawsze ludźmi Ducha Świętego, radosnymi i pełnymi mocy świadkami i głosicielami zmartwychwstania Pana" – zaapelował papież. Zwrócił uwagę, że "świadectwo to odczytuje się z kapłańskiego oblicza, słychać je w głosie księdza, który z wiarą i namaszczeniem sprawuje sakrament pojednania". Ojciec Święty zaznaczył, że kapłan ma przyjmować wiernych "nie jak sędzia ani tym bardziej jako zwykły przyjaciel, lecz z dobrocią Boga, z miłością ojca, który widzi, jak wraca jego syn i wychodzi mu naprzeciw, z miłością pasterza, który odnalazł zagubioną owcę". "Serce kapłana potrafi się wzruszyć, nie ze względów sentymentalnych czy emocjonalnych, lecz z głębi Bożego miłosierdzia! Choć tradycja rzeczywiście wskazuje na podwójną rolę spowiednika jako lekarza i sędziego, to jednak nie zapominajmy, że jako lekarz ma on uzdrawiać, a jako sędzia uniewinniać” - podkreślił Franciszek. Zwrócił ponadto uwagę na potrzebę odpowiedniego podejścia do penitentów, pamiętając, że z natury trudno jest wyznawać własne grzechy drugiemu człowiekowi. "Dlatego powinniśmy pracować nad sobą, nad naszym ludzkim podejściem, aby nigdy nie być przeszkodą, lecz zawsze ułatwiać przystępowanie do tego sakramentu" – powiedział Ojciec Święty. „Lecz jakże często się zdarza, że ktoś mówi: nie spowiadam się od tak wielu lat, zrezygnowałem ze spowiedzi po spotkaniu z kapłanem, który mi powiedział to i to. Od takich osób dowiadujemy się o nieostrożności, braku miłości duszpasterskiej. Oddalają się oni z powodu złych doświadczeń ze spowiedzią. Nigdy się coś takiego nie stanie, jeśli jest postawa ojcowska, która wypływa z dobroci Boga. I należy się wystrzegać dwóch skrajności: rygoryzmu i rozluźnienia. Żadna nie jest korzystna, bo przy żadnej z nich nie traktuje się poważnie osoby penitenta. Natomiast miłosierdzie słucha rzeczywiście sercem Bożym i chce towarzyszyć duszy na drodze pojednania. Spowiedź nie jest sądem potępienia, lecz ma być doświadczeniem przebaczenia i miłosierdzia” – podkreślił papież.

sobota, 5 października 2013

Podwójna kanonizacja

Czekaliśmy, czekaliśmy - i wiadomo już. Kanonizacja bł. Jana Pawła II odbędzie się 27 kwietnia 2014 r., czyli w Niedzielę Miłosierdzia Bożego (przez niego ustanowioną), wraz z kanonizacją bł. Jana XXIII.

W niewielu miejscach wprost, jednakże można było się domyśleć - środowiska polskie niektóre niesmak brał na wieść o konieczności "dzielenia" takiej uroczystości z Angelo Giuseppe Roncallim, poczciwym Papieżem Uśmiechu. No jak to! Jan Paweł II - z kimś?! Ach, ta nasza "duma" narodowa... To mniej więcej tak samo, jak z uwielbieniem dla Jana Pawła II - cytat o kremówkach powtórzy u nas każdy, a jakby zapytać o to, co papież z Polski mówił na jakiś temat - łoo, panie... Piękna powierzchowność.

Papież Franciszek podjął bardzo mądrą decyzję - łącząc te dwie uroczystości w jedno, w pewnym sensie stawiając na swoim. Co prawda to jeszcze Pius XII mianował ks. Karola Wojtyłę sufraganem krakowskim, natomiast Kościół właśnie Janowi XXIII (Roncallemu, nie antypapieżowi korsarzowi, który kilkaset lat wcześniej nosił to imię) zawdzięcza wietrzenie w ramach Soboru Watykańskiego II, w którym bardzo aktywnie młody biskup pomocniczy, potem administrator i wreszcie metropolita krakowski Wojtyła brał udział (a po prawdzie, metropolitą bez niego by nie został pewnie). To wystąpienia soborowe biskupa z Krakowa przyciągały uwagę innych jego uczestników, z którymi się zaprzyjaźniał, pielęgnując potem relację, odwiedzając ich oraz zapraszając do swojej diecezji - wskutek czego pamiętne drugie konklawe z 1978 r. zgromadziło pewnie bardzo wielu kardynałów, którzy kard. Wojtyłę znali nie tylko z nazwiska, ale jako człowieka - jak czas pokazał, najodpowiedniejszego do schedy po Janie XXIII, Pawle VI i Janie Pawle I. Myślę, że nie jest przesadą, że bez Jana XXIII nie było by nigdy Jana Pawła II - może nie bezpośrednio, ale jednak. 

Co więcej, niewątpliwie Jan Paweł II nawiązywał do tej bezpośredniości Papieża Uśmiechu, który potrafił narobić tyle zmian w Kościele w ciągu 5 lat pontyfikatu, będąc jednocześnie człowiek prostym i ujmującym, zachowującym ogromny dystans do siebie (potrafił np. powiedzieć "każdy może zostać papieżem, najlepszy dowód, że ja nim zostałem"). Taki sam ludzki wymiar pontyfikatowi swemu nadał Jan Paweł II, przypominając do znudzenia, że to człowiek jest drogą Kościoła, wzywają do zawierzenia i otwarcia Mu drzwi przez ludzi - będąc tak bardzo bezpośrednim, bliskim, pielgrzymującym dokąd mu sił starczyło do ludzi na krańcach świata, nie bojąc się dokonywać także potrzebnych, choć trudnych zmian w Kościele. 

O papiestwie sporo czytałem i czytam, jego historia to taki jeden z moich koników. Bardzo dawno temu sięgnąłem po Dziennik duszy Jana XXIII - czyli jego prywatny dzienni, wydany po śmierci, a pisany przez bardzo wiele lat życia. Lektura ujmująca - o ile ktoś zainteresowany, ostatnio wydał kilka lat temu Znak, ale pewnie nakład już wyczerpany. I tak sobie myślę - to też znak czasu i palec Boży, że po Piusie XII z jego wszystkimi doświadczeniami i dramatami wojny Duch Święty dał Kościołowi człowieka takiego, jak Jan XXIII - który, jak mogło się wydawać, po uspokojeniu się sytuacji w Europie, miał spokojnie trafić do historii jako papież przejściowy, spokojny staruszek, a wywinął wszystkim taki numer jak Vaticanum II. Papież Franciszek także w stosunku do niego wykonał swego rodzaju ukłon - zatwierdził kanonizację bez udokumentowania (po beatyfikacji) cudu za jego wstawiennictwem dokonanego. 

Co ciekawe - może dojść do precedensu jaki w historii pewnie nie zaistniał jeszcze, gdyby np. mszę kanonizacyjną 2 papieży odprawiało również 2 papieży :) 

poniedziałek, 18 marca 2013

Płodnego Wielkiego Postu

Te słowa co prawda pisał tylko dla swojej diecezji, dzisiaj jednakże wybrzmiewają w mojej ocenie jako pierwsze przesłanie dla świata. Wtedy jeszcze nie papieża - jednak niewątpliwie osoby mającej bardzo wiele do powiedzienia, o ile tylko znajdą się chętni do słuchania. 

Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty.Wróćcie już teraz do Pana, waszego Boga,bo On jest współczujący i łagodny,nieskory do gniewu, bogaty w miłosierdzie.
Powoli przyzwyczajamy się do słuchania i oglądania, dzięki środkom społecznego przekazu, czarnej kroniki współczesnego społeczeństwa, przedstawianej z nieomal perwersyjną radością, a także przyzwyczajamy się do tego, by jej doświadczać i by ją odczuwać w naszym otoczeniu i na sobie. Dramat rozgrywa się na ulicy, w dzielnicy, w naszym domu, i – dlaczego by nie – w naszym sercu.
Wszystkie maski świata
Żyjemy z przemocą, która zabija, która niszczy rodziny, wywołuje wojny i konflikty w tylu państwach świata. Żyjemy z zawiścią, nienawiścią, oszczerstwem, świeckością w naszym sercu. Natomiast cierpienie niewinnych i nastawionych pokojowo nie jest dla nas policzkiem.
Pogarda dla praw osoby i narodów słabszych nie leży daleko od nas. Potęga pieniądza z jego demonicznymi skutkami, jak narkotyki, korupcja, handel żywym towarem – łącznie z handlem dziećmi – w połączeniu z biedą materialną i moralną to moneta obiegowa.
Upadek godnej pracy, smutek emigracji i brak perspektyw dołączają do tego chóru, a nasze błędy i grzechy jako członków Kościoła też nie są czymś obcym. Nasz własny egoizm, choć potrafimy go usprawiedliwić, nie jest przez to mniejszym grzechem. Brak wartości moralnych w społeczeństwie wkracza do rodzin, do dzielnic, do miasteczek i miast, mówi nam o naszych ograniczeniach, o naszej słabości i naszej niezdolności do tego, aby naprawić tę niekończącą się listę czynników sprzyjających destrukcji.
Pułapka, w której doświadczamy naszej niemocy, zmusza nas do refleksji: Czy ma sens próba zmiany tego wszystkiego? Czy możemy w związku z tym coś zrobić? Czy warto w ogóle chcieć coś zmieniać, jeśli świat kroczy w tańcu karnawałowym, traktując wszystko jako tylko chwilowe? Oczywiście, gdy już maski opadną, ukazuje się prawda i – choć dla wielu zabrzmi to anachronicznie – znowu pojawia się grzech, który rani nasze ciało z całą swą niszczycielską mocą, wykrzywiając przeznaczenie świata i historii.
Na wirażu
Wielki Post ukazuje się nam jako krzyk prawdy i pewnej nadziei, która przychodzi do nas, by odpowiedzieć, że tak, że można nie używać makijażu i nie trzeba sztucznie się uśmiechać, jakby nic się nie stało. Tak, jest możliwe, że wszystko będzie nowe i odmienione, ponieważ Bóg ciągle jest „bogaty w dobroć i miłosierdzie, ciągle gotów, by przebaczać” i nas pobudza, aby zaczynać od nowa.
Dziś na nowo jesteśmy zaproszeni, aby wejść na drogę wielkanocną ku Życiu, drogę, na której jest krzyż i wyrzeczenie, która jest uciążliwa, ale nie jałowa. Jesteśmy zaproszeni, aby zobaczyć, że coś jest nie w porządku w nas samych, w społeczeństwie lub w Kościele – i byśmy to zmienili, weszli w wiraż, byśmy się nawrócili.
W tych dniach mocno wybrzmiewają i stanowią wyzwanie słowa proroka Joela: „Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty! Nawróćcie się do Pana Boga waszego!” (Jl 2, 13). To jest zaproszenie skierowane do każdego ludu, nikt nie jest wykluczony.
Rana grzechu
Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty sztucznej pokuty pozbawionej gwarancji na przyszłość.
Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty w sposób czysto zewnętrzny i mając na widoku tylko własne zadowolenie.
Rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty modlitwy powierzchownej i egoistycznej, która nie dociera do wnętrza prawdziwego życia, aby pozwolić się dotknąć Bogu.
Rozdzierajcie serca wasze, aby powiedzieć za psalmistą: „Zgrzeszyliśmy”.
„Grzech jest raną duszy: Och, biedna rano, pozwól się opatrzyć twojemu Lekarzowi! Pokaż mu ból twych win. I pamiętaj, że przed Nim nie skryją się nasze sekretne myśli. Spraw, żeby odczuł jęk twojego serca. Porusz Go, aby współczuł twoim łzom, twojemu uporowi. Naprzykrzaj się! Aby posłuchał twych westchnień, aby twój ból dotarł do niego w taki sposób, że w końcu będzie mógł ci powiedzieć: Pan wybaczył ci twój grzech” (św. Grzegorz Wielki).
Taka jest rzeczywistość naszego ludzkiego rodzaju. To właśnie ta prawda może zbliżyć nas do autentycznego pojednania… z Bogiem i z ludźmi. Nie chodzi tutaj o umniejszenie poczucia własnej wartości, tylko o to, aby zgłębić najdalsze zakamarki naszego serca i wziąć na swe barki tajemnicę cierpienia i bólu, która ciąży na nas od wieków, od tysięcy lat… od zawsze.
Rozdzierajcie serca wasze, abyśmy mogli dzięki powstałej szczelinie widzieć prawdę.
Pojednajcie się
Rozdzierajcie serca wasze, otwórzcie wasze serca, gdyż tylko do serca rozdartego i otwartego może wejść miłość miłosiernego Ojca, który nas kocha i nas uzdrawia.
Rozdzierajcie serca wasze, mówi prorok, a św. Paweł nieomal na kolanach nas prosi: „pojednajcie się z Bogiem”. Zmiana dotychczasowego trybu życia to znak i owoc rozdartego i pojednanego serca, doświadczonego miłością, która nas przerasta.
To jest właśnie wskazówka, w obliczu tylu ran, które nas bolą i które mogą nas doprowadzić do pokusy bycia zatwardziałym.
Rozdzierajcie serca wasze, aby modląc się w ciszy i skupieniu, doświadczyć słodyczy Bożej czułości.
Rozdzierajcie serca wasze, aby odczuwać tyle cierpiących istnień, na które nie możemy pozostawać obojętni.
Rozdzierajcie serca wasze, abyśmy mogli obdarowywać taką miłością, jaką sami jesteśmy obdarowywani, abyśmy mogli pocieszać w taki sam sposób, w jaki nas pocieszono, i dzielić się tym, co otrzymaliśmy.
Solidarność w pokucie
Okres liturgiczny, który dzisiaj zaczął się w Kościele, nie jest potrzebny tylko nam osobiście, gdyż ma także przemienić naszą rodzinę, naszą społeczność, nasz Kościół, naszą ojczyznę, cały świat.
Mamy czterdzieści dni na to, by się nawrócić, biorąc za wzór świętość samego Boga; przemieńmy się we współpracowników, aby otrzymać łaskę i możliwość odbudowania na nowo ludzkiego życia, aby każdy człowiek doświadczył zbawienia, które otrzymaliśmy dzięki śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa.
Oprócz modlitwy i pokuty, jako znaków naszej wiary w moc Świąt Wielkanocnych, które wszystko przemieniają, podejmiemy, jak poprzednio [2010], naszą inicjatywę „gestu pokutnej solidarności”. Tak jak Kościół w Buenos Aires, który wychodzi na spotkanie Świąt Wielkanocnych i wierzy w istnienie Królestwa Bożego, musimy sprawić, by z naszych zranionych serc, które spragnione są nawrócenia, narodziła się łaska i gest potrzebny do tego, aby ukoić ból tylu naszych braci, którzy idą razem z nami: „Żaden akt cnoty nie może być wielki, jeżeli za nim nie idzie pożytek dla innych… Tak więc, im bardziej spędzasz dzień na poszczeniu, im częściej śpisz na gołej ziemi i karmisz się popiołem, i ciągle wzdychasz, jeśli nie czynisz dobra dla innych, nie robisz nic wielkiego” (św. Jan Chryzostom).
Módlcie się za mnie
Jako że obchodzimy Rok Wiary, jest to także szansa, którą ofiarował nam Bóg, abyśmy dorośli i dojrzeli do spotkania z Panem, którego możemy dostrzec w cierpiącej twarzy tylu dzieci bez przyszłości, w drżących dłoniach zapomnianych staruszków, w chwiejących się kolanach tylu rodzin, które każdego dnia muszą stawić czoło życiu, często bez nikogo, kto by ich wsparł.
Życzę Wam świętego Wielkiego Postu, pokutnego i płodnego Wielkiego Postu, a przede wszystkim proszę Was o to, żebyście się za mnie pomodlili. Niech Jezus Wam pobłogosławi, a Najświętsza Maryja Panna ma Was w swej opiece.

Z ojcowskim oddaniem
Kardynał Jorge Mario Bergoglio SJ
Buenos Aires, 13 lutego 2013 r., Środa Popielcowa

sobota, 16 marca 2013

Nowe płuco Kościoła

Natłok myśli, odczuć, informacji. Cały świat "zwariował" na punkcie papieża Franciszka, którym cieszymy się od 4 dni - i to bardzo pozytywnie, z małymi wyjątkami. 

Miałem te słowa napisać nieco wcześniej, natomiast nie było kiedy. Może to i dobrze - było więcej czasu na zastanowienie się, próbę ogarnięcia tego wszystkiego myślami. 

Nie będę pisał o tym, co każdy może wyczytać w Wikipedii - kogo te fakty interesują, tam sięgnie. 76 latek, czyli rocznik 1936. Jezuita, wyświęcony w 1969 r. w "jezusowym" wieku 33 lat. Całą posługę biskupią - od maja 1992 r. - związany z metropolią Buenos Aires, gdzie posługiwał najpierw jako sufragan, po 5 latach jako koadjutor metropolity, wreszcie od 1998 r. jako metropolita. Kreowany kardynałem w lutym 2001 r. jeszcze przez bł. Jana Pawła II. 

Z wykształcenia technik chemik, w wieku 22 lat rozpoczął drogę do kapłaństwa. Także z młodości pochodzi pamiątka - papież, pomimo wieku, jest osobą o bardzo dobrym zdrowiu (co widać po sposobie chodzenia, ruchach, gestykulacji), pomimo iż po infekcji płuc w dzieciństwie posiada tylko jedno płuco. Nikt nie zarzuci mu braku znajomości życia świeckich ludzi i własnych doświadczeń - kochał, był nawet zaręczony, jego ówczesna narzeczona Amalia Demente żyje do dzisiaj. Pan Bóg skierował go jednak inną drogą, która poprowadziła do Towarzystwa Jezusowego, a później biskupiej posługi w Buenos Aires. 

Człowiek, któremu niesamowicie na sercu leżą problemy społeczne - z którymi miał okazję, jak w mało którym miejscu świata, zetknąć się w slumsach argentyńskich. Zadziwiał, gdy w roku kreacji kardynalskiej podczas wielkoczwartkowej litugii umył nogi 12 trędowatym - tym najbardziej możliwie odrzuconym. Nie brzydził się. Widział w nich Jezusa, przychodzącego w sposób szczególny. 

Wydaje się, że nigdy nie dbał o sprawy materialne. Dla każdego - szczególnie w polskich realiach - normalnym jest, że biskup mieszka w okazałej rezydencji, ma limuzynę, szofera, a koniecznie sekretarza. On nie miał - jako kardynał także - żadnego z powyższych. Mieszkał do wyjazdu na konklawe w skromnym mieszkaniu na zapleczu katedry swojej diecezji. Gotował sobie sam. Kapelana/sekretarza nie potrzebował, wiedząc, że tym samym jakiejś grupie wiernych zabrakło by rąk i posługi tego kapłana. Po diecezji najczęściej, na co dzień, poruszał się komunikacją miejską - świat obiegły zdjęcia siedzącego w garniturze z koloratką kardynała, a to w metrze, a to w autobusie. 

Gdy obserwujemy go dzisiaj - zwykła papieska biała sutanna z pelerynką i pasem. Żadnych dodatków - mucetu z gronostajem (pojawił się w nim po raz pierwszy po wyborze, a potem wiele razy później, Benedykt XVI), camauro (ta śmieszna czerwona czapka). Sutanna chyba nadal nie poprawiona - mam wrażenie, że w koloratce zbyt szeroka. Zamiast nowego pektorału (krzyża na piersi) - dotychczasowy, kardynalski. Zwykłe buty, żadne czerwone papieskie. W tej sferze zdecydowanie bezkompromisowy - na hasło ceremoniarza, aby ubrał pelerynę, miał odpowiedzieć, aby to kapelan sam ubrał pelerynę, a w ogóle to karnawał się już skończył. Dobrze, ta prostota przebija w każdym zakresie. Teoretycznie - nazywa się teraz Franciszek I - natomiast poprosił, aby mówić o nim po prostu: Franciszek. 

Skąd jego imię? Wytłumaczył sam dziennikarzom, że - gdy podczas konklawe sytuacja zaczynała wskazywać, iż może zostać wybrany - zaczął, siłą rzeczy, zastanawiać się nad ewentualnym imieniem; zwrócił się wtedy do niego, siedzący obok, kard. Claudio Hummes OFM i poprosił, aby pamiętał o ubogich. Wtedy przyszła myśl - Franciszek! Jak Franciszek z Asyżu. Jest w tym jakiś palec Boży - pracownik Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów ks. Arkadiusz Nocoń w serwisie info.wiara.pl mówił, iż jeszcze w toku kongregacji kardynałów widział na placu św. Piotra transapenty z napisem: „Aspettiamo Papa Francesco” (Czekamy na Papieża Franciszka). Mnie na myśl przychodzą 2 innych świętych jezuitów Franciszków: Salezy, XVI-wieczny apostoł Indii, pierwszy misjonarz Japonii, i jeden z pierwszych towarzyszy założyciela jezuitów Inigo de Loyoli, a także Borgiasz, również XVI-wieczny, potomek słynnego rodu Borgiów, generał jezuitów, współtwórca Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie, Polakom znany z tego, żę przyjął do nowicjatu zgromadzenia (późniejszego świętego) Stanisława Kostkę, znana postać kontrreformacji. W sumie 3 Franciszków, 3 osobowości, z których papież może bardzo obficie czerpać. 

Pierwszy od 1272 lat papież spoza Europy (otatni poprzednik nie będący Europejczykiem - św. Grzegorz III, Syryjczyk z pochodzenia, pontyfikat w latach 731-741). Pierwszy jezuita na Stolicy Piotrowej (jedyny kardynał z tego zgromadzenia biorący udział w konklawe) - co jest o tyle ewenementem i zaskoczeniem dla samych jezuitów, jako że nie przyjmują oni godności kościelnych (co nie przeszkadzało w latach 90. ubiegłego wieku do grona papabili zaliczać, nieżyjącego już, wybitnego jezuickiego biblisty i metropolity Mediolanu kard. Carla Marii Martiniego SI).

Nieustępliwy w kwestiach moralnych, moralny ortodoks, widział równocześnie poza sporem człowieka. Z ówczesnym prezydentem kraju Nestorem Kirchnerem spierał się za jego życia o sprawy rodziny i homoseksualistów, co nie przeszkodziło na pogrzebie tego człowieka powiedzieć pięknej homilii nie o potępieniu, a o otwartych ramionach Jezusa. Adopcję dzieci przez homoseksualistów nazwał wprost dyskryminacją dzieci - co spowodowało jego spór z obecną prezydent Argentyny. Nie rozumiał odmawiania chrztu dzieciom pochodzącym ze związków pozamałżeńskich. 

Niewątpliwie jest człowiekiem otwartym na ekumenizm - podczas jednego z nabożeństwa charyzmatycznych wspólnot nie tylko katolickich nie ograniczył się do nałożenia rąk na jego uczestników, ale pozwolił na dokonanie tego gestu w stosunku do jego osoby. Absolutnym przełomem i wydarzeniem niespotykanym dotąd w historii jest fakt, iż patriarcha Konstantynopola Bartłomiej I zapowiedział, iż weźmie udział we wtorkowej inauguracji pontyfikatu papieża Franciszka (co nie miało miejsca od daty historycznego podziału, schizmy wschodniej z 1054 r.), co musi świadczyć o wielkim szacunku braci prawosławnych dla tego, co w tak krótkim czasie teraz jako papież, a wcześniej jako kardynał prezentuje Franciszek. W swojej pracy duszpasterskiej miał bardzo dobre relacje z tamtejszą wspólnotą żydowską, już w dzień po wyborze został przez prezydenta Izraela zaproszony do odwiedzenia Ziemi Świętej, podziękował także osobiście z gratulacje, przesłane po wyborze przez głównego rabina Rzymu.

Żyjąc w wyjątkowo trudnym regionie świata korzystał z nowoczesnych i przez niektórych nie rozumianych metod duszpasterskich - wobec wysypu sekt w Argentynie, pozornie "fajniejszych" i "ciekawszych" od Kościoła chciał wypełniać Jezusem duchową pustkę, jaka pozostawała w ludziach po rozczerowaniu tymi grupami - na rogach ulic wystawiano chrzcielnice i zapraszano ludzi do ochrzczenia się (nazwał to „rygorystyczną i hipokrycką formą neoklerykalizmu”). Sprzeciwiał się aborcji i antykoncepcji. Apelował do bogatych i zwykłych ludzi, organizował zbiórki na rzecz najuboższych w supermarketach, angażując ludzi także następnie w dostarczanie zebranej pomocy bezpośrednio potrzebującym. Nie tylko pokazywał palcem, ale wskazywał konkretnych ludzi, jakby chcąc powiedzieć - ci biedni to nie jakiś abstrakcyjny problem, nie dotyczący mnie i ciebie, ale ludzie żyjący obok, tu i teraz, którym pomoc z nieba nie spadnie, i za których każdy z nas powinien być odpowiedzialny. Pracująca od 13 lat w Argentynie zmartwychwstanka  s. Karolina Frąk opowiedziała światu, jak ówczesny kardynał poprosił jej zgromadzenie, prowadzące dom opieki, o pomoc dla leczącej się wówczas psychicznie dziewczynki, aby po wyjściu ze szpitala mogła rozpocząć życie godne każdego dziecka; pomagał finansowo, dziewczyna wyzdrowiała i została szczęśliwie adoptowana. 

Posiada ogromne doświadczenie praktyczne wiary i pracy duszpasterskiej w Argentynie, czyli kraju Ameryki Łacińskiej - niewątpliwie dzisiejszego serca i kluczowego miejsca rozwoju Kościoła, gdzie rozwija się najbardziej dynamicznie (483 mln katolików tam wobec zaledwie 200 mln w Europie, ogromna ilość powołań). Europa to korzenie, powstanie, historia - dzisiaj punkt ciężkości Kościoła przesuwa się do Ameryki Łacińskiej właśnie i Afryki, nic dziwnego więc, że trzeba cieszyć się z faktu, iż na czele Kościoła staje człowiek, który zna z doświadczenia problemy tego regionu, tej kultury. Zna również problemy związane z teologią wyzwolenia, w myśl której chrześcijańska miłość bliźniego powinna przejawiać się w sprawiedliwości społecznej, nie politycznej - a ewangelicznej. 

Dlaczego został wybrany? 

Na pewno przez tą wręcz emanującą skromność, prostotę i dobroć. Nie należał nigdy i nie należy do struktur Kurii Rzymskiej ani episkopatu włoskiego - niewątpliwie skompromitowanej za pontyfikatu Benedykta XVI dezinformacją i aferami - zatem dający pewność dokonania koniecznych co do zasady zmian (ich czas i formę papież z pewnością wybierze odpowiednio); konieczne są działania w zakresie przynajmniej częściowego ujawnienia finansów Stolicy Apostolskiej wobec powtarzających się problemów i zarzutów związanych z brakiem zapobiegania praniu tzw. brudnych pieniędzy. Jego kandydatura była w tym sensie naturalna, iż na konklawe w 2005 r. podobno uzyskał drugą ilość głosów, tuż za kard. Josephem Ratzingerem. Musiał posiadać duże poparcie kardynałów elektorów spoza Europy - jego wybór zapadł relatywnie szybko. Media donosiły, iż w sposób dostrzegalny dla innych publicznie przed głosowaniami już na konklawe poparcia udzielił mu dotychczasowy sekretarz stanu kard. Tarcisio Bertone SDB, co miało mieć znaczenie dla wzrostu popularności kard. Bergoglia. Poparcie jego kandydatury dla optujących za wyborem Włocha mogło być tym łatwiejsze, iż pomimo argentyńskiego paszportu, posiada włoskie korzenie. Jak to zostało ujęte dość obrazowo i krótki - właściwy człowiek do posprzątania watykańskiego bałaganu. Wybór, który przyniósł coś nowego, nieoczekiwanego. Przewietrzenie Kościoła. Franciszek, do którego - jak w XIII wieku - Bóg mówi: "Odbuduj mój Kościół", który niewątpliwie dzisiaj potrzebuje zmian. 

Podbił świat już swoim pierwszym wystąpieniem, kiedy stanął na loggi bazyliki św. Piotra przed wypełnionym placem św. Piotra i milionami ludzi w telewizorach. W mojej ocenie - nieco przestraszony i przytłoczony rozmiarem sytuacji i tym, że oczy wszystkich skupiały się właśnie na nim - a jednocześnie wyjątkowo spokojny, jakby stworzony do roli, jaką rozpoczynał. 
Bracia i siostry, dobry wieczór.
Dobrze wiecie, że zadaniem konklawe było wybranie biskupa dla Rzymu. Wydaje się, że moi bracia kardynałowie wybrali go z końca świata. Dziękuję wam za przyjęcie, wspólnoto diecezjalna Rzymu. Dziękuję wam. Przede wszystkim chciałbym pomodlić się za emerytowanego biskupa Rzymu. Módlmy się aby Pan błogosławił mu, a NMP strzegła.
Ojcze nasz…, Zdrowaś Maryjo…, Chwała Ojcu… 
A teraz rozpoczynamy tę wspólną wędrówkę - biskup i lud. Jest to wędrówka Kościoła rzymskiego, który przewodniczy całemu Kościołowi. Módlmy się za siebie, za cały świat. Życzę wam, aby ta droga Kościoła, którą dzisiaj rozpoczynamy służyła ewangelizacji tego pięknego miasta. A teraz chciałbym udzielić błogosławieństwa, ale najpierw proszę was, zanim biskup pobłogosławi, módlcie się żeby Pan błogosławił biskupa. Módlcie się za swojego biskupa,. W chwili ciszy pomódlcie się za mnie. 
Udzielam błogosławieństwa Wam i całemu światu, wszystkim kobietom i mężczyznom dobrej woli. 
Bracia i siostry, bardzo dziękuję za przyjęcie, módlcie się za mnie. Wkrótce zobaczymy się. Jutro chciałbym pomodlić się do Matki Bożej, aby strzegła Rzymu. Dobranoc i dobrego odpoczynku.
Buona sera - dobry wieczór, pozdrowienie - powiedział by ktoś - laickie, ale jednocześnie bez wątpienia skierowane nie tylko do katolików i chrześcijan, ale wszystkich ludzi dobrej woli słuchających go. Ani razu nie użył słowa "papież", mówił o biskupie i diecezji Rzymu, ewangelizacji wszystkich ludzi.

Żartobliwa aluzja - że przychodzi z końca świata - tyle, że dzisiaj to właśnie ów koniec świata w Ameryce Łacińskiej przedstawia wielkie problemy społeczne, a zarazem właśnie tam Kościół tak prężnie się rozwija; nie w Europie, która przyzwyczaiła się do bycia odwiecznym centrum i pępkiem świata. Papież Franciszek przychodzi dzisiaj, aby tę Europę - katolicką już głównie z tradycji - obudzić, potrząsnąć, przypomnieć, co jest najważniejsze.

Papież modlitwy - tak można Franciszka nazwać już dzisiaj. Nie tylko mówi, ale modli się z ludźmi, do któych Bóg właśnie go posłał, a których symbolicznie reprezentuje diecezja rzymska. Najpierw za swojego poprzednika - pamięta o nim, choć to także sytuacja raczej w kategorii novum. Nie błogosławi potem wiernych - wykonuje gest dla Europejczyków niezrozumiały, ale powszechny w jego rodzinnych stronach: prosi najpierw o błogosławieństwo w cichej modlitwie dla siebie, a dopiero następnie sam udziela urbi et orbi, miastu i światu apostolskiego błogosławieństwa.

Na tym nie koniec zadziwiania. Wieczorem po wyborze papieża dzwonił jeszcze prywatnie do swoich znajomych z Rzymu, by z nimi porozmawiać.

Nie wprowadza się do Pałacu Apostolskiego - jego apartament papieski będzie w najbliższym czasie remontowany. Pozostaje w Domu św. Marty, czyli miejscu zakwaterowania elektorów, który wybudował w swojej przezorności jeszcze bł. Jan Paweł II. Zajmie pokój nr 201. Gdy przyjeżdżał do Rzymu, jak wspomina ks. Arkadiusz Nocoń, zatrzymywał się w międzynarodowym domu księży koło Panteonu - dokąd również udał się po wyborze, do pokoju nr 203, po swoje bagaże, których nie zabrał na konklawe. Żadna limuzyna - zwykły watykański samochód. Wszedł sam, zabrał wszystko sam... i zapłacił.

W piątek odwiedził w Klinice Piusa XI, przebywającego tam po zawale, 90-letniego kard. Ivana Diasa - gest bardzo podobny do tego, gdy w 1978 r. Jan Paweł II od razu odwiedził w szpitalu krakowskiego kolegę abp. Andrzeja Dsekura, sparaliżowanego w trakcie konklawe. Rozmawiał z chorym i jego lekarzem, błogosławił pacjentów, w kaplicy szpitalnej pozdrowił całą wspólnotę.

Wprost zaapelował, aby ludzie dali sobie spokój z pielgrzymko-wycieczkami na wtorkową inaugurację pontyfikatu, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze spożytkowali na dzieła miłosierdzia na rzecz ubogich i potrzebujących (co, jak zwykle, nasz metropolita miał najwyraźniej w głębokim poważaniu, ponieważ jeszcze 13 marca zaczęło się huczne przygotowywanie wypadu do Rzymu, co uznać należy za dość dziwne i niezrozumiałe, biorąc pod uwagę powszechnie opiswane w mediach zadłużenie diecezji; nic dziwnego - chyba trudniej między nim a papieżem o większą skrajność i odmienność...)

Z kardynałami przemieszczał się normalnie dalej autobusem. Również z nimi jada posiłki. Nie wiadomo, czy powoła kogoś na stanowisko swojego sekterarza - czy też uzna, iż wystarczająca jest funkcja prefekta domu papieskiego (abp Georg Gaenswein).

herb papieski Franciszka I

Nie podjął dotąd decyzji odnośnie swojego zawołania (dotychczasowe: Miserando atque eligendo, Z miłosierdziem i wybraniem). Dopiero też dzisiaj zostali też przywróceni do urzędu szefowie dykasterii Kurii Rzymskiej, którzy ustąpili ze swych funkcji w chwili zakończenia poprzedniego pontyfikatu - co wydaje się być formalnością, ponieważ mało kto ma wątpliwości co do tego, iż nastąpią duże zmiany na kluczowych stanowiskach Kurii Rzymskiej, w tym stanowisku sekretarza stanu; nie bez powodu papież zatwierdził ich tymczasowo. Natomiast wydaje mi się, że stanowisko zachowa ks. Federico Lombardi SI, również jezuita, który w powszechnym mniemaniu bardzo dobrze poradził sobie z informowaniem o sytuacji w Watykanie w czasie sede vacante i konklawe. Prawdopodobnie pierwszy raz ingres do katedry biskupa Rzymu - tak, nie bazyliki św. Piotra, a bazyliki św. Jana na Lateranie - odbędzie się dopiero po uroczystości Zmartwychwstania, przez co Msza Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek będzie miała miejsce wyjątkowo w bazylice św. Piotra.

Dzisiaj papież spotkał się w Aulii Pawła VI z dziennikarzami. Podkreślił, że Chrystus jest centrum Kościoła, zaś Ojciec Święty jest jedynie Jego sługą, Wikariuszem, Następcą Apostoła Piotra. Wskazał również, iż ma marzenie - "Och, jakże bardzo chciałbym Kościoła ubogiego i dla ubogich!" - nie pozostawiające złudzenia co do tego, nad jaką grupą społeczną niewątpliwie szczególnie się pochyli, ale także jaki w jego ocenie Kościół być powinien (albo inaczej - jaki być nie powinien), w jaki sposób Kościół powinienb być bogaty. Zaznaczył, iż o wydarzeniach z historii Kościoła powinno się mówić z perspektywy wiary, wskazywał też, jak ową perspektywę wiary należy rozumieć. Posłużył się pod adresem dziennikarzy słowami: "Abyście usiłowali jak najpełniej poznać prawdziwą naturę Kościoła, a także jego drogę w świecie, z jego zaletami i grzechami oraz poznawali motywacje duchowe, które go prowadzą i są najbardziej właściwe dla jego zrozumienia". Czyli zwrócił uwagę na to, że wskazał też pewne wprost wymagania adresowane do dziennikarzy. Zakończył zaś pięknym błogosławieństwem, skierowanym nie tylko do wierzących: "Biorąc pod uwagę, że wielu z was nie należy do Kościoła katolickiego, że są też osoby niewierzące, udzielam z serca tego błogosławieństwa w ciszy, każdemu z was, szanując sumienie każdego, wiedząc jednak, że każdy z was jest Bożym dzieckiem. Niech Bóg wam błogosławi".

Jak jest odbierany nowy papież? Niewątpliwie bardziej niż pozytywnie - i to nie tylko przez pobożnych katolików. Jeden z publicystów portalu gazeta.pl w wieczór wyboru Franciszka napisał o nim: „Mówi prosto, z wielką pewnością treści, a małą pewnością formy. Jest silny w swojej słabości. Jest chyba dobrym człowiekiem. Przede mną, który wszystko, co uważam za wiarę, przeżywam poza jakimkolwiek Kościołem, otwiera jakąś furtkę, za którą migoce zbliżenie. Obiecuje mi skromność, prostotę, chwile świeżego natchnienia. Wszystko, czego oczekuję od papieża, to niezasłanianie. Mam wrażenie, że ten papież nie będzie zasłaniał mi Boga. A nawet, że czasami będziemy patrzeć w stronę Boga stojąc obok siebie. Nie spodziewam się po Kościele, że będzie akceptował moje wybory etyczne czy seksualne. Już wiem, że w tych wyborach pozostanę sam. Jego nieprzejednanie sprawia, że czuję się poza Kościołem, i wolę to przyznać, niż zarzucać Kościołowi, że nie chce być na mój obraz i podobieństwo. We Franciszku widzę więc towarzysza drogi, z którym jestem związany tylko dobrą wolą. Niczego więcej nie chcę. Nie spodziewam się po nim słów nienawiści do nikogo. Tego oczekiwałem, to mam".

Dlaczego? Ponieważ daje nadzieję na odmitologizowanie struktów i urzędów Kościoła, przybliżenie biskupów do ludzi i przypomnienie im, do czego tak naprawdę są powołani i komu mają służyć, przypomina o świeckich i ich roli w Kościele, czyli akcentuje treść, a nie najpiękniejszą nawet formę. Reforma Kurii Rzymskiej i porządkowani problemów pedofilii w Kościele to tylko jeden z wielu aspektów i zadań przed papieżem. Bóg, na szczęście, zrobił wszystkim - wierzącym i nie, kalkulującym wybory i typującym papabili na konklawe - prezent, a zarazem psikusa, powołując na Stolicę Piotrową tego właśnie Jorge Mario - Franciszka, który najwyraźniej nie zamierza ani trochę zmieniać swoich przyzwyczajeń, sposobu bycia, priorytetów, a wręcz przeciwnie: biorąc sobie do serca to, jakim człowiekiem był jego imiennik z Asyżu, najwyraźniej zamierza (w dobrym tego słowa znaczeniu) namieszać w Kościele co najmniej tyle, co tamten.

I bardzo dobrze, może dzięki niemu skostniały i po prostu popadający w ruinę Kościół w Europie, w nim także  polski Kościół, od odejścia bł. Jana Pawła II nie umiejący sobie chyba poradzić z żadnym problemem w jego dotyczącym, zaczerpnie nieco z bogactwa i charyzmatyczności, prostoty, autentyczności i priorytetów, a także (może głównie) żywiołu Kościoła w Ameryce Łacińskiej - tak bardzo dla nas nowatorskiej i niezrozumiałej.

Czas na wietrzenie!

środa, 13 marca 2013

Habemus

No i mamy.

Nie wiemy, kogo, bo nowy papież pewnie w tej chwili przyjmuje homagium kolegium kardynalskiego lub ubiera się w białą sutannę (ciekawe, czy "trafi" w któryś z 3 przygotowanych rozmiarów), można się domyślać. W TVN24 mówili o kard. Angelo Comastrim, bp. Pieronek wspomniał coś o jednym z dwóch faworytów - kard. Angelo Scoli. Ja dzisiaj przypomniałem sobie, w kontekście mojego "typowania" kandydatów 2 wpisy wstecz, o pominiętym nieopatrznie bardzo dobrym kandydacie - kard. Seanie Patricku O'Malleyu OFMCap., metropolicie Bostonu. Szybkość dokonania wyboru sugerować może jedno z dwóch:  jeden z faworytów, albo bardzo szybki kompromis co do innej osoby. 

Niewątpliwie modlitwy całego Kościoła zostały wysłuchane i pewnie ok. godz. 20:00 dowiemy się, kim jest 266 następca św. Piotra. To człowiek, kimkolwiek by był, któremu modlitwy wszystkich ludzi dobrej woli w jego misji niewątpliwie w dzisiejszych realiach świata i Kościoła będą bardzo potrzebne. 

piątek, 8 marca 2013

Na miarę naszych czasów

Czas zmierzyć się z tematem, który jest wypadkową, a może i początkiem rozważań wielu (wszystkich?) z nas, pewnie nie tylko katolików. A przede wszystkim - tematem, który stanowi swego rodzaju zadanie, stojące obecnie przed kolegium kardynalskim. 

Nie kim personalnie, bo to jest kwestia następcza, drugorzędna. Jakim człowiekiem powinien być ten, który - jak wierzymy - niebawem zasiądzie na Stolicy Piotrowej? Jakimi przymiotami powinien się odznaczać? 

Poniżej moja prywatna, zupełnie subiektywna lista.
  1. Powinien być ewangeliczny - w tym sensie, że w swojej posłudze powinien nawiązywać do początków tego, kim był Piotr i jego następcy dla Kościoła jak ojciec i ten, który prowadzi, a nie buduje okowy, zasieki i zamyka się w zakrystii jak twierdzy (co pięknie rozpoczął bł. Jan XXIII i jego soborowe aggiornamento, a następni starali się kontynuować).
  2. Musi być człowiekiem młodym i silnym fizycznie - bo pewnie trudno oczekiwać od osoby np. 75-letniej wyjątkowej sprawności i hartu ciała, który fakt bycia głową Kościoła po prostu narzuca - tu nie chodzi o to, czy papież pojedzie rocznie w 2 czy 10 podróży apostolskich, ale o to, że tak czy siak jego tryb życia wymaga bardzo dużych sił fizycznych - bycie globalnym katechetą, ojcem Kościoła który chce być dla tego Kościoła i z nim w najróżniejszych Jego zakątkach po prostu w mojej ocenie dyskredytuje dzisiaj do tej roli osobę o wątłym stanie zdrowia lub po prostu schorowaną (co w sposób piękny w swej dramaturgii ukazał króciutki pontyfikat Jana Pawła I). Młody - w gronie kardynalskim za taką osobę pewnie należało by uznać wiek 60-kilku lat.
  3. Papież musi umieć trafić do ludzi. Skoro ma utwierdzać w wierze, powinien te prawdy w mało może katechizmowy sposób - bardziej dla ludzi zrozumiały (chodzi o formę, nie o zmianę jakiegokolwiek nauczania). W pewien sposób medialność i umiejętność zachowania przed kamerą czy mikrofonem mogą być tutaj pomocne, choć nie traktował bym ich jako wymóg - skromny i nieśmiały naukowiec Joseph Ratzinger nauczył się występować przed tłumami, choć przecież do końca posiłki spożywał tylko ze swoim sekretarzem. Jednocześnie to wszystko, co mówi, musi wypływać z jego własnego doświadczenia wiary - tylko taka postawa pozwoli mu być odbieranym jako autentyczny. Zdecydowanie ułatwi mu to znajomość języków. 
  4. Nowy papież musi być człowiekiem zawierzenia, potrafiącym wsłuchać się w delikatny głos Boga w każdej sytuacji, w jakiej się znajdzie - a niewątpliwie bardzo często będzie musiał podejmować decyzje o znaczeniu strategicznym dla Kościoła, i tylko w Bożej łasce można upatrywać. W tej właśnie postawie musi bić od niego jednoznaczność, zdecydowanie i przekonanie do tego, o czym w danej chwili mówi i naucza - trudno przecież oczekiwać wysłuchania i uwierzenia w słowa kogoś, kto brzmi, jakby sam w to, co mówi nie wierzył. A jednocześnie - musi potrafić swoim nauczaniem trafić tak do tych, którzy nie tylko słuchają go z ufnością, ale także wrogów Kościoła i chrześcijaństwa, czy też wszystkich pomiędzy tymi dwiema grupami: letnich, niewierzących, zdystansowanych, nie zainteresowanych. 
  5. To wręcz nie może być kurialista albo naukowiec, człowiek bez doświadczenia duszpasterskiego. Skutki dość opłakane postawienia takiej osoby na czele dużej diecezji widać choćby w wypadku kard. Stanisława Dziwisza - świetnego sekretarza i powiernika Jana Pawła II, ale miernego biskupa diecezjalnego. Musi mieć własne doświadczenie duszpasterstwa i pomysł na nie - jak pracować z młodzieżą, jak mówić do młodych rodziców, w jaki sposób zwracać się do seniorów. 
  6. Powinien mieć swego rodzau wizję Kościoła i tego, co w ramach swojego pontyfikatu chciałby uczynić. Nie powinien ograniczać się jedynie do doraźnego reagowania i rozwiązywania bieżących problemów, które są jedną stroną medalu, drugą zaś możliwość rozwoju, wzrostu, wychodzenia do człowieka, a nie tylko pozycji defensywnej. Wydaje się, że można mówić o 3 polach działania: aktywizacja śpiącej i coraz bardziej nijakiej Europy, nowe formy w dynamicznym Kościele Trzeciego Świata oraz relacja z islamem. To w pewnym sensie, biorąc pod uwagę kierunek rozwoju Kościoła, może sugerować szukanie kandydatów w gronie purpuratów mających doświadczenie w duszpasterstwie w Trzecim Świecie, wywodzących się stamtąd. 
  7. Musi mieć zmysł w zakresie podejmowania decyzji personalnych, albo umieć dobrać odpowiednich ludzi, którzy tą kwestią się zajmą. Z całym szacunkiem dla Benedykta XVI, proces wyłaniania kandydatów na stolice biskupie chyba jednak nie działał, skoro doszło do masakry w postaci nominacji do Warszawy bp. Stanisława Wielgusa, któremu wyciągnięto brudy współpracy ze służbami komunistycznymi, co powinno zostać przewidziane przez tych, którzy zdecydowali się na taką kandydaturę w ramach nuncjatury. Jan Paweł II miał więcej wyczucia, stykał się z ludźmi, pewne sprawy wiedział z pierwszej ręki poza oficjalnymi kanałami - to chyba dobra droga, np. dopytywanie choćby w ramach wizyt biskupów ad limina apostolorum, nie z Watykanu, kurialistów czy oficjeli z nuncjatur, a właśnie "pracowników terenowych". To ci, mianowani przez niego, biskupi będą tworzyli obraz Kościoła w diecezjach, docelowo przez wiele lat. Oczywiście, nie każdy ksiądz jest Karolem Wojtyłą i trzeba w tym wszystkim brać pod uwagę kadry Kościoła - nie zawsze tytani, a czasami grzesznicy więksi od świeckich. To pole nie tyle może do przemyślenia, choć także, co do zawierzenia (o którym pisałem w punkcie 4) i przemadlania tych nominacji z Bogiem. W kontekście nominacji warto zwrócić uwagę na to, kogo kreował kardynałem Benedykt XVI - szczególnie w 2012 r., m.in. na zdecydowanie nadprogramowym październikowym konsystorzu. 
  8. Następca Benedykta XVI powinien - choć, oczywiście, nikt go nie zmusi - podjąć dzieło reformy Kurii Rzymskiej. Kto sprawy obserwuje, widział w tym zakresie delikatne ruchy Benedykta XVI, znającego przecież Kurię od środka przez 30 lat. Pewnie zabrakło sił do kroków bardziej radykalnych. Wystarczy posłuchać jednak to, o czym media donoszą w kontekście tematów rozmów na kongregacjach generalnych przed konklawe - okazuje się, że nawet niektórzy kardynałowie nie rozumieją tych struktur oraz celu ich istnienia. A jasno trzeba powiedzieć - celem samym w sobie Kuria nigdy nie była i być nie może. W dużej mierze potrzebne może się okazać jej wietrzenie i reorganizacja, refleksja nad tym, co jest potrzebne, a co zbędne; na co położyć akcent, a gdzie odpuścić. Zadanie to może być tym bardziej trudne, jeśli kandydat zostanie wybrany dzięki poparciu kardynałów kurialnych. 
Nie ma się co łudzić. Bardzo lubię wypowiedź papieża-seniora Benedykta XVI (trzeba się przyzwyczaić do tego pojęcia) odnośnie tego, jak działa konklawe: nie wybiera się Bożego herosa, atlety duchowego i supermena w sutannie, a raczej nie dopuszcza się do wyboru tego, kto by mógł Kościół rozwalić i Mu zaszkodzić. Tym bardziej, że - patrząc na to z perspektywy wiary - Bóg już dobrze wie, kto będzie kolejnym papieżem, a rola kardynałów sprowadza się do zasłuchania się w Niego i dokonanie formalnie powyższego wyboru. 

Niewątpliwie, i ja mam swoich faworytów. Ale o tym, kto i dlaczego, następnym razem.

czwartek, 28 lutego 2013

Odejście pielgrzyma

Pewnie każdy w jakiś tam sposób obserwował w tych dniach Benedykta XVI - teraz już (jak to dziwnie brzmi! emerytowanego papieża). Kogo ja widziałem? Wielkiego człowieka zawierzenia, pełnego ufności w zasadność i słuszność tego, co w sercu już dawno postanowił, a teraz wypełniał - a przy tym człowieka po ludzku po prostu przytłoczonego wiekiem i słabością ciała. A przede wszystkim - człowieka szczęśliwego, który promieniał, widząc jak realizuje swoje zamierzenie. Chyba jednym z najpiękniejszych spostrzeżeń jest to, że - im dalej od ogłoszenia decyzji - tym bardziej papież był, jest rozumiany w tym, czego dokonał, co zamierzał zrobić i dzisiaj zrobił. Coraz więcej ludzi - lepiej późno niż wcale - uświadomiło sobie, jak wielkiego formatu człowiek po prostu odchodzi. 

Wczoraj na placu św. Piotra padły bardzo piękne słowa, a jednocześnie znamienne. Papież jakby nie wprost, a jednak podkreślił, że biskup Rzymu jest jedynie depozytariuszem tego, co Chrystus pozostawił ludziom na ziemi w Kościele: "Pan dał nam wiele dni słonecznych i łagodnego wiatru, dni, kiedy połów był obfity. Były też jednak chwile, kiedy wody były wzburzone, jak w całej historii Kościoła, a Pan zdawał się spać. Ale zawsze wiedziałem, że w tej Łodzi jest Pan i zawsze wiedziałem, że łódź Kościoła nie jest moja, nie jest nasza, lecz Jego. To On ją prowadzi, rzecz jasna także poprzez ludzi, których wybrał, bo tak zechciał". Już napisałem, że podjęta decyzja to wielki dowód na nowoczesność i liberalizm z jednej, a po prostu wielką miłość i troskę o Kościół z drugiej strony - papież nie posiadający już sił do dalszego stania na czele Kościoła podejmuje krok, którego efektem końcowym będzie wyłonienie kolejnego papieża. Nie wycofał się, nie wraca ze Stolicy Piotrowej do dotychczasowego życia - usuwa się w cień, zmieniając miejsce, pragnąc w spokoju ducha dożyć swoich dni na modlitwie za Kościół i cichej, prawdopodobnie dla nas niewidocznej już posłudze. Należąc jako emerytowany papież do Kościoła, ciągle ten sam, a jednak inaczej. Tak, niewątpliwie ujęcie odchodzącego Benedykta XVI na balkonie w Castel Gandolfo było pewnie ostatnim jego oficjalnym zdjęciem. Pielgrzym na pierwszym etapie ostatniej części swojego ziemskiego życia.

Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że z kurią rzymską coś jednak jest nie tak. Świadczą o tym słowa samego papieża, w których nietrudno znaleźć pewne sugestie. Dzisiaj rano kardynałowie usłyszeli życzenie: "niech Kolegium Kardynalskie będzie jak orkiestra, w której różnorodność może przynieść wielką harmonię" - niby przypadkowe porównanie, jednakże sugerujące, że jednak ta orkiestra nie gra ostatnio zbyt równo, zbyt wielu solistów, za wiele gwiazd, a w zapomnienie idzie wspólny cel. I kawałek dalej słowa o tym, że "Kościół jest żywym ciałem, ożywianym przez Ducha Świętego i żyje rzeczywiście z mocy Bożej. Jest na świecie, ale nie ze świata: należy do Boga, Chrystusa, Ducha" - czyli zwrócenie uwagi na to, czym Kościół winien być dla świata - znakiem Boga, Jego uosobieniem - podczas gdy obecnie coraz częściej musi tłumaczyć się z powodu brudu i syfu swoich kapłanów, na dodatek zdecydowanie niezrozumiałego zachowania hierarchów w sytuacjach jednoznacznie wymagających reakcji. Czyli zamiast Boga przybliżać - zasłania Go i zniechęca do Niego. Przykład musi iść z góry, a bardzo wiele wskazuje na to, że owa góra - kolegium kardynalskie właśnie - a obecnie sama góra w okresie sede vacante, po prostu jest pogubiona wzajemnie, poplątana w jakiś swoich rozgrywkach i sprawach. Mam nadzieję, że to się zmieni, że te życzenia papieża do kardynałów odniosą efekt. Sam Benedykt XVI dał najlepszy przykład swoją decyzją - pozostawiając to, co po ludzku (i kardynalsku) mogło by być szczytem marzeń i kariery - dla samotności tylko (aż?) z Bogiem. 

Co będzie z Kościołem? Pójdzie dalej. Dokładnie tak, jak papież to powiedział dzisiaj rano do kolegium kardynalskiego: "Chciałbym wam zostawić prostą myśl, która bardzo leży mi na sercu. Jest to myśl o Kościele, o jego tajemnicy, która stanowi dla nas wszystkich, możemy tak powiedzieć, rację i pasję życia. Pomogę sobie wyrażeniem Romano Guardiniego, napisaną właśnie w roku, w którym ojcowie Soboru Watykańskiego II przyjęli konstytucję Lumen Gentium. W swojej ostatniej książce – z osobistą dedykacją także dla mnie, zatem jej słowa są mi szczególnie drogie – Guardini stwierdza: Kościół «nie jest instytucją wymyśloną i skonstruowaną przy stoliku, ale rzeczywistością żywą. Żyje w ciągu czasu, rozwijając się, jak każda istota żywa, przekształcając się. Jednak jego natura pozostaje wciąż ta sama i jego sercem jest Chrystus». Doświadczyliśmy tego, jak sądzę, na placu św. Piotra: zobaczyć, że Kościół jest żywym ciałem, ożywianym przez Ducha Świętego i żyje rzeczywiście z mocy Bożej. Jest na świecie, ale nie ze świata: należy do Boga, Chrystusa, Ducha. Widzieliśmy to wczoraj. Dlatego prawdziwe jest też inne słynne wyrażenie Guardiniego: «Kościół rozbudza się w duszach». Kościół żyje, rośnie i rozwija się w duszach, które jak Maryja Panna przyjmują Słowo Boże i je poczynają z Ducha Świętego, oddają Bogu własne ciało i właśnie w swym ubóstwie i pokorze stają się zdolne rodzić Chrystusa dzisiaj w świecie. Przez Kościół tajemnica Wcielenia pozostaje obecna na zawsze, Chrystus nadal idzie przez czasy i wszystkie miejsca”. Kościół właśnie tak się przekształca - casus Benedykta XVI zapoczątkował wyrażoną wprost, choć niejako od Soboru Watykańskiego II dorozumianą i istniejącą w KPK, możliwość zrzeczenia się godności papieskiej, (Na marginesie - ani to abdykacja, bo nie na niczyją rzecz, ani nie rezygnacja, bo nie przyjmowana przez żadnego rodzaju zwierzchnika). Oby te wydarzenia ostatnich dni stanowiły bodziec właśnie dla dalszego rozwoju Kościoła, w dobrym kierunku. 

Bo to, że Jezus Kościoła nie opuści wszędzie tam, dokąd odejście Benedykta XVI Go popchnie, jest bardziej niż pewne. A sam (emerytowany już) papież pokazuje, że są rzeczy ważniejsze niż najbardziej doniosła misja - gotowość do postawienia się w Bożej obecności i umiejętność powiedzenia wprost, kiedy brakuje sił, kiedy pozostawać może tylko (aż) modlitwa. 

poniedziałek, 11 lutego 2013

W duchu miłującej odpowiedzialności

Teraz nieco bardziej na spokojnie, po paru godzinach z tą sprawą w tyle głowy.

Benedykt XVI tak naprawdę zakpił z wszystkich, którzy nazywali go konserwatystą pancernym - czy tak postąpił by człowiek o takich cechach? Nie. Wykazał się wielką odwagą, dokonując czegoś, co nie miało miejsca od przeszło 700 lat, a przy tym tak naprawdę to chyba ze 2 razy dotychczas miało miejsce. 

Kluczowe w tekście papieża jest jedno zdanie: z powodu podeszłego wieku moje siły nie są już wystarczające, aby w sposób należyty sprawować posługę Piotrową (...) aby kierować łodzią św. Piotra i głosić Ewangelię w dzisiejszym świecie, podlegającym szybkim przemianom i wzburzanym przez kwestie o wielkim znaczeniu dla życia wiary, niezbędna jest siła zarówno ciała, jak i ducha, która w ostatnich miesiącach osłabła we mnie na tyle, że muszę uznać moją niezdolność do dobrego wykonywania powierzonej mi posługi. Co najbardziej pokazuje, że papież - po długim okresie zmagania (mowa jest o tym, że planował odejście już rok temu po pielgrzymkach do Meksyku i na Kubę - odstąpił od tego jednak po aferze ze swoim kamerdynerem, nie chcąc, aby utożsamiano to z ucieczką) i przemadlania swojej decyzji podjął ją w trosce o Kościół i stając w Bożej obecności wobec słabości swojego ciała, a także świadomości, iż jako osoba podeszła już wiekiem posiada pewne ograniczenia. Dzisiaj nie raz przecież wypowiadają się osoby znające papieża, które przewidywały takie wydarzenie (abp Alfons Nossol, kard. Miroslav Vlk). 

To bardzo odważny krok - tym bardziej, że przecież zupełnie inny od postawy jego poprzednika, bł. Jana Pawła II (na marginesie - po co w Faktach TVN pokazywali przez 5 minut starszych państwa, których pointą wypowiedzi był wyrzut: no, miał kanonizować NASZEGO papieża, a teraz co!). Cóż, dwóch różnych ludzi, inne rodzaje duchowości, inne charaktery, inne charyzmaty. Dzisiaj powtarzał cytat z błogosławionego papieża z Polski, jaki miał wypowiedzieć odnośnie swojego pontyfikatu: że z krzyża się nie schodzi; do końca, do śmierci. Oczywiście miał prawo tak uważać i wytrwać w tym postanowieniu do końca. Tak samo jak Benedykt XVI miał prawo zrobić to, co - jakby do końca się wahając - uczynił, w poczuciu odpowiedzialności za Kościół, któremu ze względu na ograniczenia związane z po prostu starością w swojej ocenie nie jest w stanie już w sposób odpowiedni kierować. Zrzeczenia się tiary, co warto wskazać wprost, dokonał w sposób przewidziany przez Kodeks Prawa Kanonicznego - publicznie, wskazując przyczyny oraz powołując się na dobrowolność działania. 

Jan Paweł II przyzwyczaił nas do papieża-sportowca, śpiącego po 5 godzin, tryskającego zdrowiem, zawsze z dobrym słowem i zasłuchanym w ludzi, których miał wokół. Nie każdy jest góralem z Wadowic. Nic dziwnego, że 86-letni człowiek dochodzi do wniosku, że - jak wskazują lekarze - nie może już latać po całym świecie, ma coraz większe problemy z chodzeniem, mam nadzieję że na tym się kończy. Tu nie chodzi o papieża-gwiazdę, ale o papieża, któy od 1978 r. nie jest woskową figugą w Watykanie, hen, gdzieś tam - tylko wielkim podróżnikiem, który jako głowa Kościoła stara się pielgrzymować i być z wiernymi we wszystkich jego zakątkach, wychodzi do ludzi, szuka z nimi kontaktu, pragnie ich przekonać, zdobyć dla Boga. Czy można dziwić się decyzji 86-letniego człowieka, który przez blisko 8 lat sprawował ten urząd - mimo, iż przed konklawe, nigdy nie pragnąc papieskiej tiary, liczył na rychła (i zasłużoną) kardynalską emeryturę? Co jest niewłaściwego w tym, że człowiek otwarcie, szczerze i świadomie stwierdza - nie dam rady i mówię to otwarcie? 

Słowa kard. Angelo Sodano o tym "gromie z jasnego nieba" pasują do sytuacji (natomiast same słowa przemówienia, wybacz, po prostu przesadzone) - stąd też taki a nie inny mój poprzedni, przecież też dzisiejszy, tekst. Szok. Zdziwienie. Jak to? Ano tak. Nigdzie nie jest powiedziane, że papieżem jest się do śmierci. Owszem, przez wieki tak przyjmowano, jednakże trzeba wziąć pod uwagę kontekst - ludzie jeszcze nie tak dawno żyli o wiele krócej (choć oczywiście nie brakuje pontyfikatów osób w podeszłym wieku - choćby Leona XIII z przełomu XIX i XX wieku), poza tym od papieża świat nie oczekiwał tak dynamicznej aktywności, a raczej bycia, nauczania, pisania. Świat się zmienia, ludzie się zmieniają - zmieniają się także wyzwania przed papieżem, który do ich realizacji potrzebuje coraz więcej sił. Czy tym gestem Benedykt XVI wskazuje: szukajcie mojego następcy wśród młodych? W kontekście kolegium kardynalskiego - oznaczało by to osoby w wieku pewnie ok. 65 lat :) 

Papież jest realistą. Zdaje sobie z pewnością sprawę, że mógł by kontynuować pontyfikat do kresu swoich dni - oby jak najdłużej. Że tworzy precedens. I co z tego? Nie bez powodu Kościół wprowadził wiek emerytalny (75 lat co do zasady) dla biskupów i kapłanów. Papież jest przecież biskupem, czemu więc szukać tutaj wyjątku? Tak dotąd nie było, owszem - ale czy to rozwiązanie jedynie z takiego powodu jest w jakiś sposób niewłaściwe? Jan Paweł II również to rozważał - choć podjął inną decyzję ostatecznie. Jak to zgrabnie ujął kard. Kazimierz Nycz - w pewnym sensie papież dał dobry przykład, jak trzeba podchodzić do pełnienia misji w Kościele. Nie trzeba do grobowej deski - wystarczy dotąd, kiedy Bóg daje siły do działania w sposób samego człowieka satysfakcjonujący i pozwalający mu obiektywnie dobrze ocenić jego posługę. Papież chciał wypełniać misję swojego pontyfikatu w sposób jak najdoskonalszy - stąd też odejście w sytuacji, gdy zrozumiał, iż siły fizyczne i ograniczenia wieku już na to nie pozwalają. 

Bardzo spodobał mi się, jeden z wielu, komentarz o. Pawła Gużyńskiego OP, który powiedział: "Jeżeli w Kościele dzieje się coś nietypowego, to najczęściej oznacza to interwencję z góry z ważnym pomysłem dla Kościoła. Spodziewam się czegoś bardzo dobrego dla Kościoła. Rzeczy nietypowe, nadzwyczajne, niestandardowe, to znaczy, że Pan Bóg chce coś pospieszyć (...) Wprowadziliśmy ograniczenie wieku jeśli chodzi o proboszczów i  biskupów. Ta dożywotność od dołu znika w Kościele. Można powiedzieć, że jest to zamknięcie całego procesu jeśli także pojawia się ten precedens, który pojawia się z papieżem. Nikt nie jest niezastąpiony i to generalnie dobrze. Nikt nikomu nie ujmuje, ale do tego (do pełnienia funkcji papieża - red.) trzeba mieć końskie zdrowie.  Papież sam daje sygnały, że panowanie nad tym wszystkim już go przekracza w tym momencie. I to jest zupełnie ludzkie, to jest normalne". Od siebie dodam - w jego sytuacji to dowód odwagi i heroizmu, gdy podjął decyzję o rezygnacji, jakby wbrew tradycji i pewnie oczekiwaniom wielu, ale mam wrażenie w pełni wewnętrznej wolności. W podobnym tonie wypowiedział się ks. Adam Boniecki MIC, mówiąc, żę: "To decyzja bardzo ważna dla Kościoła, dlatego że otwiera precedens, iż także urząd papieski może być przekazany za życia poprzednika. Trzeba być wdzięcznym Benedyktowi, że pokazał, jak można rozwiązać problem urzędu, starości i słabości z wielką wiarą".  

Pewnie można by tu jeszcze wiele napisać... Co będzie dalej? Jak to będzie formalnie - papież-senior? Nadal Benedykt XVI, czy może znowu Joseph Ratzinger? 

Krótko jeszcze o symbolice, w mojej ocenie nie przypadkowej, dnia w którym świat dowiedział się o decyzji Benedykta XVI - o Światowym Dniu Chorego, z którymi to chorymi Ojciec Święty z pewnością chciał się w ten sposób szczególnie zidentyfikować i utożsamić. Oddaję głos komuś, kto napisa to pięknie - Jotce. 

Nie ogarniam

Chciałem dzisiaj napisać coś związanego ze Światowym Dniem Chorego...

Ale właśnie przeczytałem te słowa:

Najdrożsi Bracia,

zawezwałem was na ten Konsystorz nie tylko z powodu trzech kanonizacji, ale także, aby zakomunikować wam decyzję o wielkiej wadze dla życia Kościoła. Rozważywszy po wielokroć rzecz w sumieniu przed Bogiem, zyskałem pewność, że z powodu podeszłego wieku moje siły nie są już wystarczające, aby w sposób należyty sprawować posługę Piotrową. Jestem w pełni świadom, że ta posługa, w jej duchowej istocie powinna być spełniana nie tylko przez czyny i słowa, ale w nie mniejszym stopniu także przez cierpienie i modlitwę. Tym niemniej, aby kierować łodzią św. Piotra i głosić Ewangelię w dzisiejszym świecie, podlegającym szybkim przemianom i wzburzanym przez kwestie o wielkim znaczeniu dla życia wiary, niezbędna jest siła zarówno ciała, jak i ducha, która w ostatnich miesiącach osłabła we mnie na tyle, że muszę uznać moją niezdolność do dobrego wykonywania powierzonej mi posługi. Dlatego, w pełni świadom powagi tego aktu, z pełną wolnością, oświadczam, że rezygnuję z posługi Biskupa Rzymu, Następcy Piotra, powierzonej mi przez Kardynałów 19 kwietnia 2005 roku, tak, że od 28 lutego 2013 roku, od godziny 20.00, rzymska stolica, Stolica św. Piotra, będzie zwolniona (sede vacante) i będzie konieczne, aby ci, którzy do tego posiadają kompetencje, zwołali Konklawe dla wyboru nowego Papieża.

Najdrożsi Bracia, dziękuję wam ze szczerego serca za całą miłość i pracę, przez którą nieśliście ze mną ciężar mojej posługi, i proszę o wybaczenie wszelkich moich niedoskonałości. Teraz zawierzamy Kościół święty opiece Najwyższego Pasterza, naszego Pana Jezusa Chrystusa, i błagamy Jego najświętszą Matkę Maryję, aby wspomagała swoją matczyną dobrocią Ojców Kardynałów w wyborze nowego Papieża. Jeśli o mnie chodzi, również w przyszłości będę chciał służyć całym sercem, całym oddanym modlitwie życiem, świętemu Kościołowi Bożemu.

W Watykanie, 10 lutego 2013 r.
Benedykt XVI, papież

Nie ogarniam. Po prostu. Syfu w Kościele jest bardzo dużo, te ciągłe brudy związane z molestowaniem seksualnym, sekularyzacja, ataki na Kościół i wiarę... Papież był i jest w sercu tego - czym się kieruje, podejmując taką decyzję? Chorobą, o której nie wiemy? Po prostu świadomością swojej słabości fizycznej związanej z wiekiem i spadającymi z tego powodu ograniczeniami? Przedkłada możliwość wyboru człowieka młodszego, obdarzonego większymi siłami, lepiej rozumiejącego dzisiejszy świat nad wytrwanie na urzędzie do śmierci?

Tak naprawdę coś takiego zdarzyło się w historii Kościoła raz - 13 grudnia 1294 r., gdy składał urząd papieski św. Celestyn V (Piotr Morrone OSB). A teraz doświadczymy tego za niespełna 3 tygodnie. 

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Rozważania Drogi Krzyżowej podczas ŚDM w Madrycie

Teksty rozważań przygotowały Siostry od Krzyża, które zajmują się troską o najuboższych.

Stacja 1
Ostatnia Wieczerza Jezusa ze swymi uczniami


- Następnie wziął chleb, odmówiwszy dziękczynienie połamał go i podał mówiąc: „To jest Ciało moje, które za was będzie wydane: to czyńcie na moją pamiątkę!” Tak samo i kielich po wieczerzy, mówiąc: „Ten kielich to Nowe Przymierze we Krwi mojej, która za was będzie wylana” (Łk 22, 19-20).

Jezus, zanim weźmie chleb w swoje ręce, przygarnia z miłością wszystkich zasiadających przy Jego stole. Nie wyklucza nikogo: ani zdrajcy, ani tego, który się Go zaprze, ani tych, którzy uciekną. Wybrał ich jako nowy lud Boży, Kościół, wezwany do bycia jednością.

Jezus umiera, aby rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno (J 11, 52). Nie tylko za Nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno (J 17, 20-21). Miłość umacnia jedność. Przeto mówi im: Abyście się wzajemnie miłowali (J 13, 34).

Miłość wierna jest pokorna. I wy powinniście sobie nawzajem umywać nogi (J 13, 14).

Zjednoczeni w modlitwie Chrystusa prośmy, aby Kościół w Ziemi Świętej żył w jedności i pokoju, aby ustały wszelkie prześladowania i dyskryminacja z powodu wiary, a wszyscy, którzy wierzą w jednego Boga żyli w braterskiej sprawiedliwości aż do czasu, kiedy Pan pozwoli nam wspólnie zasiąść przy swoim jednym stole.

Stacja 2
Pocałunek Judasz


- Umoczywszy więc kawałek chleba, wziął i podał Judaszowi, synowi Szymona Iskarioty. A po spożyciu kawałka chleba wszedł w niego szatan (J 13, 26-27).
- Zaraz też przystąpił do Jezusa... i pocałował Go. A Jezus rzekł do niego: „Przyjacielu, po coś przyszedł?” (Mt 26, 49-50).

Podczas wieczerzy wyczuwa się atmosferę świętego Misterium. Chrystus jest spokojny, zamyślony, cierpiący. Mówi: Gorąco pragnąłem spożyć tę Paschę z wami, zanim będę cierpiał (Łk 22, 15).

I właśnie teraz, dogłębnie wzruszony, półgłosem oświadcza: Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: jeden z was Mnie wyda (J 13, 21).

Judasz czuje się źle, cel jego dotychczasowych pragnień za „cenę zdrady” zmienia się z Boga Miłości na bożka pieniędzy. Jezus patrzy na niego lecz on ucieka od tego spojrzenia. Odrywając wzrok Jezus podaje mu chleb umoczony w sosie i mówi: Co chcesz czynić, czyń prędzej! (J 13, 27). Serce Judasza zamyka się, i wychodzi, aby przeliczyć swoje pieniądze, a następnie wydać Jezusa przez pocałunek. A Chrystus, odczuwając chłód pocałunku zdrajcy, nie upomina go, lecz mówi: Przyjacielu.

Jeśli czujesz na swojej twarzy zimny pocałunek zdrady albo cierpisz z powodu podziałów między braćmi czy walk toczonych między nimi, pójdź za Chrystusem, który przez pocałunek Judasza uczynił swoimi wszystkie bolesne zdrady.
 
 Rozważania Drogi Krzyżowej podczas ŚDM   Roman Koszowski/Agencja GN Poszczególne stacje zostały zobrazowane za pomocą charakterystycznych dla Hiszpanii pasos - figur-scen przedstawiających Mękę Chrystusa.

Stacja 3
Zaparcie się Piotra


- Życie swoje oddasz za Mnie? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się Mnie wyprzesz (J 13, 38).
- I wyszedłszy na zewnątrz, gorzko zapłakał (Łk 22, 62).

Chrześcijanin musi być mężny. A być mężnym nie oznacza nie bać się, ale umieć przezwyciężać strach. Chrześcijanin mężny ni wstydzi się publicznie zamanifestować swojej wiary. Jezus ostrzegał Piotra: Oto szatan domagał się, żeby was przesiać jak pszenicę, ale Ja prosiłem za Tobą (Łk 22, 31-32). Powiadam ci, Piotrze, nie zapieje kogut, a ty trzy razy wyprzesz się tego, że Mnie znasz (Łk 22, 34). I apostoł, bojąc się kilku służących, powiedział im: Nie znam Go (Łk 22, 57). Jezus przechodząc obok Piotra, spojrzał na niego... on zadrżał, bo przypomniał sobie Jego słowa i gorzko zapłakał z powodu swojej zdrady. Spojrzenie Boga zmienia serce. Tylko trzeba Mu pozwolić na siebie spojrzeć.

Patrząc na Piotra Jezus kieruje swój wzrok na chrześcijan, którzy wstydzą się swojej wiary, którzy nie przestrzegają praw człowieka, którym brakuje odwagi, by bronić życie od poczęcia aż do naturalnej śmierci oraz na tych, którzy nie żyją według ewangelicznych kryteriów... aby, jak Piotr, napełnili się odwagą i byli świadkami utwierdzonymi w wierze.

Stacja 4
Jezus na śmierć skazany


- Winien jest śmierci (Mt 26, 66)
- Wtedy więc wydał Go im, aby Go ukrzyżowano (J 19, 16).

Największą niesprawiedliwością, jest skazać niewinnego i bezbronnego. I pewnego dnia złość oskarżyła i skazała na śmierć niewinność. Dlaczego skazali Jezusa? Ponieważ Jezus wziął na siebie cały ból świata.

Stając się jednym z nas, wziął nasz człowieczeństwo, a razem z nim bolesne rany grzechu. Ich nieprawości On sam dźwigać będzie (Iz 53, 11), aby uzdrowić nas przez ofiarę krzyża. Mąż boleści oswojony z cierpieniem (Iz 53, 3). Siebie na śmierć ofiarował (Iz 53, 12). To, co najbardziej zadziwia, to milczenie Jezusa. Nie tłumaczy się, On jest Barankiem Bożym, który gładzi grzechy świata (J 1, 29). Chłostany, umęczony, cierpiący, nawet nie otworzył ust swoich (Iz 53, 7).

W milczeniu Boga są obecne wszystkie niewinne ofiary wojen, które wyniszczają miasta i narody, zaszczepiając nienawiść trudną do uleczenia. Jezus milczy w sercach wielu osób, które w milczeniu czekają na Boże zbawienie.
 
Stacja 5
Jezus bierze krzyż


- A gdy Go wyszydzili, zdjęli z Niego purpurę i włożyli na Niego własne Jego szaty. Następnie wyprowadzili Go, aby Go ukrzyżować (Mk 15, 20).
- Wyszedł na miejsce zwane Miejscem Czaszki (J 19, 17).

Krzyż to nie tylko kawałek drewna. Krzyżem jest wszystko to, co czyni życie trudnym. Spośród krzyży, najbardziej głęboki i bolesny jest ten, który zakorzeni się we wnętrzu człowieka. To grzech sprawia, że serce staje się zatwardziałe, a relacje między ludźmi wrogie. Z serca bowiem pochodzą złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, czynie nierządne, kradzieże, fałszywe świadectwa, przekleństwa (Mt 15, 19).

Krzyż, który Jezus wziął na swoje ramiona, aby na nim umrzeć, to ciężar wszystkich grzechów wszystkich ludzi. Także i moich. On sam, w swoim ciele, poniósł nasze grzechy (1P 2, 24). Jezus umiera, aby pojednać ludzi z Bogiem. Krzyż staje się :Odkupicielem”. Ale sam krzyż nas nie zbawi. Zbawia nas „Ukrzyżowany”.

On swoim uczynił zmęczenie, wyczerpanie, zniechęcenie tych wszystkich, którzy nie znajdują pracy, imigrantów przyjmujących niegodne i nieludzkie oferty pracy, cierpiących prześladowania z powodu swojej rasy czy umierających w drodze do osiągnięcia życia bardziej sprawiedliwego i ludzkiego.

Stacja 6
Jezus upada pod ciężarem krzyża

 
- Zdruzgotany za nasze winy (Iz 53, 5).
- Jezus wielokrotnie upadł pod ciężarem Krzyża na kalwaryjskiej drodze (Tradycja Kościoła Jerozolimskiego).

Pismo Święte nic nie wspomina o upadkach Jezusa, ale oczywistym jest, że tracił równowagę wielokrotnie. Utrata krwi od ran po biczowaniu, nieludzkie bóle mięśni. Cierpienie spowodowane koroną cierniową, ciężar krzyża... nie ma na to słów! Wszyscy na pewno doświadczyliśmy jakichś potknięć i upadków na ziemię. Jak szybko się podnosiliśmy, aby nie stać się powodem do żartów! Pochyl się nad Jezusem na ziemi; wokół Niego tłum pełen sarkazmu popycha Go, żeby się nie podniósł. Co za ośmieszenie, cóż za upokorzenie, mój Boże! Psalm mówi: Ja zaś jestem robak, a nie człowiek, pośmiewisko ludzkie i wzgarda pospólstwa. Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą, rozwierają wargi, potrząsają głowami (Ps 22, 7-8).

Jezus cierpi ze wszystkimi, którzy potykają się wziąć o te same skały i upadają bezsilnie jako ofiary alkoholu, narkotyków i innych uzależnień, które czynią ich niewolnikami, aby oparci o Niego i o tych, którzy im pomagają, wreszcie powstali.

Stacja 7
Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż


- Gdy Go wyprowadzili, zatrzymali niejakiego Szymona z Cyreny, który wracał z pola (Łk 23, 26).
- Przymusili, żeby niósł krzyż Jego (Mt 27,32).

Szymon był młodym i silnym rolnikiem, który wracał z pracy na polu. Przymusili go, aby poniósł krzyż naszego Pana; uczynili to nie ze współczucia, ale z lęku, aby nie umarł w czasie drogi. Szymon odmawia lecz nakaz żołnierzy jest nieprzejednany. Musi pogodzić się z nim wbrew sobie. Spotkanie z Jezusem zmienia nastawienie jego serca i z czasem zaczyna współczuć sytuacji nieznajomego osądzonego, który w milczeniu dźwiga ciężar przewyższający jego słabe siły. Jakże ważne dla chrześcijan jest odkrywanie tego, co dzieje się wokół nas, uświadamianie sobie, że są osoby, które potrzebują naszej pomocy!

Jezus dzięki pomocy Cyrenejczyka poczuł ulgę. Tysiące młodych osób wszelkich ras, wyznań, różnych sytuacji życiowych, wykluczonych ze społeczeństwa każdego dnia spotyka Cyrenejczyków, którzy z hojnością ofiarowują swoją pomoc, obejmując ich krzyż z oddaniem, pragnących podążać razem z nimi.

Stacja 8
Weronika ociera twarz Jezusa


- Jezus zwrócił się do nich i rzekł: „Córki Jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą, i nad waszymi dziećmi!” (Łk 23, 28).
- Pan go ustrzeże, zachowa przy życiu, uczyni szczęśliwymi na ziemi i nie wyda go wściekłości jego wrogów (Ps 41, 3).

Podążał za nim tłum, a w nim grupa kobiet, które uderzały się w piersi i lamentowały, płacząc. Jezus odwrócił się do nich i rzekł: Nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą, i nad waszymi dziećmi! Płaczcie, nie płaczem pełnym smutku, który zatwardza serce i usposabia je do nowych zbrodni... płaczcie, płaczem delikatnym, kierującym błagania do nieba, proszącym o miłosierdzie i przebaczenie grzechów.

Jedna z niewiast, wzruszona widokiem oblicza Pana, pełnego krwi, błota i śliny, odważnie przeszła między żołnierzami i podeszłą do Niego. Zdjęła chustę i delikatnie oczyściła Jego twarz. Jeden z żołnierzy odepchnął ją gwałtownie, ale gdy spojrzał na chustę, ujrzał, że była odciśnięta na niej zakrwawiona i cierpiąca twarz Chrystusa.

Jezus współczuje kobietom Jerozolimskim i na chuście Weroniki pozostawia swoje odbite oblicze, utożsamiając je z obliczem wielu osób zniekształconych przez ateistyczne reżimy, które niszczą ludzi, pozbawiając ich własnej godności.

Stacja 9
Jezus z szat obnażony

 
- Ukrzyżowali Go i rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając o nie losy (Mk 15, 24).
- Od stopy nogi do szczytu głowy nie ma w nim części nietkniętej (Iz 1, 6).

Kiedy przygotowywali gwoździe i liny, aby Go ukrzyżować, On stał obok. Jakiś nielitościwy żołnierz przybliżył się i szarpnięciem zerwał z Niego tunikę. Rany zaczęły krwawić na nowo, sprawiając straszny ból. Następnie podzielili między siebie Jego szaty. Jezus pozostał nagi wobec tłumu. Jak obiekt żartów, ograbili Go ze wszystkiego. Nie ma większego upokorzenia i wzgardy. Pozostawili Go bezbronnego. Szaty nie okrywają tylko naszego ciała, ale również nasze wnętrze, to co nosimy w środku, naszą godność, intymność. Jezus wziął na siebie to uczucie wstydu, ponieważ przyjął na siebie wszystkie grzechy przeciwko integralności i czystości, umarł raz, aby zgładzić grzechy wielu (Hbr 9, 28).

Jezus cierpi ze wszystkimi ofiarami okrutnych ludobójstw, w czasie których miała miejsce brutalna przemoc, gwałty i nadużycia seksualne, zbrodnie przeciwko dzieciom i dorosłym. Jak wiele jest osób odartych ze swojej godności, ze swojej niewinności, pozbawionych zaufania do człowieka.

Stacja 10
Jezus przybity do krzyża


- Gdy przyszli na miejsce zwane “Czaszką”, ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie (Łk 23, 33).

Zaprowadzili Jezusa aż na Golgotę. Nie był tam sam, towarzyszyło mu dwóch złoczyńców, którzy również mieli być ukrzyżowani. Tam Go ukrzyżowano, a z Nim dwóch innych, z jednej i z drugiej strony, pośrodku zaś Jezusa (J 19, 18). Co za wymowny obraz! Baranek, który gładzi grzechy świata, sam staje się grzechem i spłaca dług za innych. Wielkim grzechem świata staje się kłamstwo Szatana. Jezus zostaje skazany za to, że powiedział prawdę, iż jest Synem Bożym. Prawda stała się argumentem, aby usprawiedliwić ukrzyżowanie. Niemożliwym jest opisanie tego, jak cierpiało ciało Chrystusa kiedy wisiało na krzyżu, moralnie - widząc siebie nagim zawieszonym pomiędzy dwoma złoczyńcami, i emocjonalnie - czując się totalnie opuszczonym przez swoich.

Jezus na krzyżu przyjmuje cierpienia wszystkich przybitych bolesnymi sytuacjami, wielu ojców i matek rodzin, wielu młodych, którzy z powodu braku pracy żyją w ciężkich warunkach, w biedzie, pozbawieni nadziei, bez środków koniecznych do utrzymania własnych rodzin i godnego życia.

Stacja 11
Jezus umiera na krzyżu

- Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: „Ojcze w Twoje ręce powierzam ducha mego”. Po tych słowach wyzionął ducha (Łk 23, 46).
- Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni (J 19, 33).

Był szabat, dzień przygotowania do święta Paschy. Piłat nakazał, aby połamano im golenie, by przyspieszyć śmierć i aby ich ciała nie pozostały na krzyżu na czas święta. Jezus już nie żył. Jeden z żołnierzy, aby się upewnić, że nie żyje włócznią przebił Mu bok. Tak spełniły się słowa Pisma. Wtedy więc wydał Go im, aby Go ukrzyżowano (J 19, 16). Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek. Zatrzęsła się ziemia… To święty czas kontemplacji. To czas adoracji… stańmy naprzeciw ciała naszego Odkupiciela: bez życia, umęczony, torturowany, zawieszony… spłacający ciężar naszych niegodziwości, moich niegodziwości. Panie, zgrzeszyłem, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem! Amen.

Jezus umiera za mnie. Jezus ofiaruje mi miłosierdzie Ojca. Jezus spłaca wszystko to, co ja powinienem spłacić. Co więc zrobię dla Niego? Czy w obliczu dramatu tak wielu osób przytłoczonych krzyżem różnych niezdolności będę walczył, by szerzyć i głosić godność osoby i ewangelię życia?

Stacja 12
Jezus zdjęty z krzyża


- Wówczas Piłat kazał je wydać (Mt 27, 57).
- Józef zabrał ciało i owinął je w czyste płótno (Mt 27, 59).

Przybliżmy się do Dziewicy Maryi i uczestniczmy w Jej bólu. Chrystus umarł i trzeba Go zdjąć z krzyża. O czym mogła wówczas myśleć? Kto zdejmie Jego ciało? Gdzie je położę? Powtarzała, na nowo, jak kiedyś w Nazaret: Niech mi się stanie według Twojej woli! Tylko teraz, bardziej zjednoczona z bezwarunkową ofiarą swojego Syna, mówiła: Wykonało się! I pojawili się Józef z Arymatei oraz Nikodem, którzy chociaż należeli do Sanhedrynu nie przyczynili się do śmierci Pana lecz poprosili Piłata o ciało Mistrza, aby złożyć je w ich nowym grobie, który znajdował się w pobliżu Kalwarii.

Chrystus przegrał, czyniąc swoimi wszystkie przegrane ludzkości: Syn Człowieczy został odrzucony, współdzieląc los tych, którzy z różnych powodów zostali uznani za wzgardę ludzkości, gdyż …nie umieją, nie mogą, nic nie znaczą. Wśród nich, między innymi, ofiary AIDS, którzy pełni ran od swoich krzyży, czekają aż ktoś się nimi zaopiekuje.

Stacja 13
Jezus w ramionach swojej matki


- A Twoją duszę miecz przeniknie (Łk 2, 35).
- Patrzcie, czy jest boleść podobna do tej, co mnie przytłacza (Lm 1, 12).

Chociaż wszyscy jesteśmy winni śmierci Jezusa, to w tych jakże bolesnych chwilach Dziewica Matka potrzebuje naszej miłości i naszej bliskości. Uznanie siebie za skruszonych grzeszników jest dla Niej pewnym pocieszeniem. W dziecięcej postawie stańmy obok Niej i uczymy się przyjmować Jezusa z czułością, z jaką Ona przyjęła w swoje ramiona zmaltretowane i pozbawione życia ciało swojego Syna. Czy jest boleść podobna do tej, co mnie przytłacza? (Lm 1, 12). A kiedy według żydowskiego sposobu grzebania (J 19, 40) przygotowywali ciało Pana, aby je pochować, Maryja, adorując Tajemnicę, którą miała ukrytą w sercu i nie rozumiejąc jej jeszcze, powtarzała wzruszona za prorokiem: Ludu mój, cóżem ci uczynił? Czym ci się uprzykrzyłem? Odpowiedz Mi! (Mi 6, 3).

Rozważając boleść Maryi Dziewicy wspomnijmy ból i samotność tych rodziców, którzy stracili swoje dzieci z powodu głodu, kiedy w tym samym czasie bogate społeczeństwa, zdominowane postawą konsumizmu i materializmu, pogrążone są w pustce próżnego życia.

Stacja 14
Pan Jezus złożony do grobu


- Tam to więc, ze względu na żydowski dzień Przygotowania, złożono Jezusa, bo grób znajdował się w pobliżu (J 19, 42).
- Józef z Arymatei, przed wejściem do grobu zatoczył duży kamień i odszedł (Mt 27, 60).

Ze względu na zbliżające się święto pośpiesznie przygotowali ciało Jezusa, aby złożyć je w grobie ofiarowanym przez Józefa i Nikodema. Grób był nowy i nikt wcześniej nie był w nim pochowany. Złożywszy ciało na skale, Józef zatoczył kamień u drzwi, zamykając zupełnie wejście. Jeśli ziarno pszenicy nie obumrze... Lecz zaraz kiedy ustał odgłos trzasku kamienia zamykającego wejście do grobu, Maryja w ciszy osamotnienia ściska już kłos, który w Jej sercu staje się zaczątkiem zmartwychwstania.

W tym znaku pszenicznego kłosu wspominamy pokorną i ofiarną pracę tylu osób, które całkowicie poświęciły się na służbę Bogu i bliźniemu, i oczekują teraz błogosławionych owoców śmierci Jezusa. To dobrzy Samarytanie, którzy w każdym zakątku ziemi, gotowi są dzielić skutki złowrogich sił natury: trzęsień ziemi, huraganów, tsunami...
 
>>>
 
Z Madrytu warto przeczytać choćby tylko te słowa.

poniedziałek, 8 listopada 2010

Papież na Camino i nie tylko - wspólny mianownik, o którym nie można zapomnieć

Papież Benedykt XVI miał pracowity mocno weekend - w ramach swej 18 podróży apostolskiej odwiedził kraj bardzo ciekawy, jakim jest Hiszpania. Ciekawy, bo historycznie z jednej strony budujący przykład tego, jak przez długi czas współistnieć umiały ze sobą kultura chrześcijańska i muzułmańska (Grenada); z drugiej - kraj, którego władcy przez wiele lat nosili tytuły Arcychrześcijańskich co wskazywało na ważną rolę, jaką wiara dla nich odgrywała... a dzisiaj kraj wybitnie zlaicyzowany, zsekularyzowany, ateistyczny prawie, a z pewnością o mocno antyklerykalnym nastawieniu. 

Papież zwrócił na to uwagę już w samolocie, którym 06.11.2010 przyleciał do pierwszego przystanku na swojej drodze - słynnego miasta św. Jakuba Starszego, czyli Santiago de Compostela. Nic dziwnego, że do pielgrzymki i drogi życia człowieka w takim właśnie miejscu papież nawiązał - od jakiegoś czasu jesteśmy przecież świadkami wręcz renesansu popularności wędrowania szlakiem Camino do grobu św. Jakuba (sam mam znajomych, którzy szlak ten nie tyle przeszli, co... przejechali rowerami). Następca św. Piotra mówił o tym, że Kościół towarzyszy człowiekowi, który „gorąco pragnie osiągnąć pełnię własnego istnienia” i sam „kroczy własną drogą wewnętrzną, tą, która prowadzi go przez wiarę, nadzieję i miłość, do tego, aby ukazywał sobą Chrystusa światu”. Cały ruch pielgrzymkowy wokół Camino nie tylko pozostawił po sobie piękne zabytki, ale budował zaplecze duchowe kraju i kontynentu, wpisując się na trwałe w obraz Europy. 

Ciepłe powitanie papieżowi zgotowały także władze w osobach członków rodziny książęcej, następcy tronu Filipa, księcia Asturii:
My, Hiszpanie, jesteśmy wdzięczni Waszej Świątobliwości za jego miłość do Hiszpanii, okazywaną przy tak wielu okazjach. Wiemy o Twoich planach poznania cudownego miasta Santiago de Compostela, aby modlić się przed grobem Apostoła. Miasta, które czeka na Ciebie z otwartymi ramionami, jak to już było przy dwóch niezapomnianych okazjach z Twoim poprzednikiem, Jego Świątobliwością Janem Pawłem II, który pozostawił nam swe głęboki ślad w postaci swego przesłania i miłości. Wasza Świątobliwość, przybywasz jako pielgrzym, aby przekazać nam orędzie wiary, pokoju i nadziei.
Po spotkaniu z przedstawicielami rodziny królewskiej, papież udał się na modlitwę do grobu św. Jakuba, do bazyliki w Santiago. W swoim słowie przypomniał znaczenie pielgrzymowania, które nie jest odwiedzeniem jakiegoś miejsca, by „podziwiać skarby jego przyrody, sztuki czy historii”, lecz oznacza „opuszczenie samych siebie, aby wyjść na spotkanie z Bogiem”. Papież wskazał jednoznacznie - przybył jak jeden z wielu pielgrzymów, aby modlić się o łaski dla Kościoła w Roku Świętym Kompostelańskim. 

Podczas tego przemówienia padły bardzo piękne słowa o Kościele właśnie. Benedykt XVI nazwał go „uściskiem Boga”, w którym „ludzie uczą się również obejmować swoich braci, odkrywając w nich obraz i podobieństwo Boga, stanowiące najgłębszą prawdę ich istnienia, będące źródłem prawdziwej wolności”. Wskazywał także na to, iż prawda musi współistnieć z wolnością, że są one nierozerwalnie złączone:
Nie można żyć jedną bez drugiej. Kościół, który chce służyć ze wszystkich swych sił osobie ludzkiej i jej godności, służy obydwu, prawdzie i wolności” – powiedział Ojciec Święty i przestrzegł, że bez dążenia do prawdy, sprawiedliwości i wolności, człowiek sam by się zagubi. (...) Pozwólcie, że z Composteli, duchowego serca Galicji, a jednocześnie szkoły powszechności bez granic zachęcę wszystkich wiernych tej drogiej archidiecezji oraz wszystkich wiernych Kościoła w Hiszpanii do życia w świetle prawdy Chrystusa, wyznawania wiary z radością, konsekwentnie i z prostotą, w domu, pracy i zaangażowaniu obywatelskim.
Miała miejsce również krótka rozmowa pomiędzy Następcą Chrystusa a hiszpańskim wicepremierem Alfredo Perez Rubalcabą - poświęcone analizie złej sytuacji gospodarczej w Hiszpanii, gdzie rozmówcy sformułowali wspólne zaniepokojenie jej skutkami dla najuboższych warstw ludności.
Kulminacyjnym punktem wizyty papieża w Santiago była Msza Święta, jaką przed katedrą tego miasta odprawił 06.11.2010 na placu Obradoiro. Na jej początku, piękną deklarację w imieniu diecezji złożyć jej metropolita abp Julián Barrio, mówiąc:
Kiedy wypłyniesz łodzią ku innym częściom świata, pamiętaj Ojcze Święty, że w Santiago jest mała łódź, która gotowa jest na każdy Twój znak, aby zarzucić sieci tam, gdzie wskażesz.  
W homilii papież mówił o Hiszpanii, ale także w szerszym kontekście całej Europy i jej tożsamości:
Z tego miejsca, jako posłaniec Ewangelii, którą Piotr i Jakub przypieczętowali własną krwią, pragnę skierować spojrzenie ku Europie, która udała się z pielgrzymką do Composteli. Jakie są jej wielkie potrzeby, obawy i nadzieje? Jaki jest specyficzny i podstawowy wkład Kościoła do tej Europy, która w ciągu ostatniego półwiecza przebyła drogę ku nowym układom i projektom? Jego wkład skupia się na tym, co jest tak proste i rozstrzygające, jak to: że Bóg istnieje i że to On dał nam życie. Tylko On jest absolutem, miłością wierną i niezachwianą, nieskończonym celem, który przebija ze wszystkich wspaniałych dóbr, prawd i cudownego piękna tego świata; cudownych, lecz nie wystarczających dla ludzkiego serca. Dobrze to rozumiała św. Teresa od Jezusa, gdy pisała: „Bóg sam wystarczy”. (...) Europa musi otworzyć się na Boga, wyjść Mu na spotkanie bez lęku, współpracować z Jego łaską na rzecz tej godności człowieka, jaką odkryły najlepsze tradycje: obok biblijnej, mającej pod tym względem znaczenie podstawowe, również tradycje czasów klasycznych, średniowiecznych i nowożytnych, z których zrodziły się wielkie dzieła filozoficzne i literackie, kulturalne i społeczne Europy. (...) Europa nauki i technologii, Europa cywilizacji i kultury powinna być jednocześnie Europą otwartą na transcendencję i na braterstwo z innymi kontynentami, na Boga żywego i prawdziwego, poczynając od człowieka żywego i prawdziwego”. Kościół zaś pragnie przynieść Europie „troskę o Boga i troskę o człowieka, począwszy od zrozumienia, że zarówno jedna jak i druga jest nam dana w Jezusie Chrystusie.
Benedykt XVI wskazał na konieczność radykalnego podejścia do wezwania Chrystusa do pójścia za Nim - dla  uczniów, którzy pragną pójść za Chrystusem i naśladować Go, służba braciom nie jest już jedynie opcją, ale istotną częścią ich bytu. Służbę tę mierzy się nie na podstawie świeckich kryteriów tego, co natychmiastowe, materialne i widzialne, ale tym, że uobecnia ona miłość Boga do wszystkich ludzi i we wszystkich ich wymiarach, świadcząc o Nim, nawet przez najprostsze gesty. Te słowa papież kierował przede wszystkim do młodych:
I chciałbym, żeby to przesłanie dotarło przede wszystkim do ludzi młodych: właśnie wam ta istotna treść Ewangelii wskazuje drogę, abyście odrzucając egoistyczny sposób myślenia, na krótką metę, jak częstokroć wam się proponuje, a przyjmując sposób myślenia Jezusa, mogli osiągnąć pełną samorealizację i być ziarnem nadziei.
Mnie szczególnie urzekły słowa z końca tej homilii, jakby prośba papieża do Hiszpanów:
Pozwólcie, by stąd głosił on chwałę człowieka, by przestrzegał przed zagrożeniami dla jego godności z powodu utraty jego pierwotnych wartości i bogactw, wykluczenia lub śmierci zadawanej najsłabszym i najuboższym. Nie można czcić Boga, nie chroniąc człowieka, Jego dziecka i nie służy się człowiekowi bez zastanowienia się, kto jest jego Ojcem i bez odpowiedzi na pytanie o Niego. Europa nauki i technologii, Europa cywilizacji i kultury musi być jednocześnie Europą otwartą na transcendencję i na braterstwo z innymi kontynentami, na Boga żywego i prawdziwego, poczynając od człowieka żywego i prawdziwego. Właśnie to Kościół pragnie przynieść Europie: troskę o Boga i troskę o człowieka, począwszy od zrozumienia, że zarówno jedna, jak i druga jest nam dana w Jezusie Chrystusie.
Prasa również pisała na temat papieskiej wizyty, oczywiście w różnym tonie. La Vanguardia napisała, że Benedykt XVI wskazał na historyczną ciągłość między hiszpańskim agresywnym antyklerykalizmem z lat trzydziestych ubiegłego stulecia i obecnym sekularyzmem, który w wydaniu hiszpańskim miałby być jednym z najbardziej niepokojących przykładów na zachodzie laicyzującej się Europy. Gazeta, wydaje się, że słusznie, wskazała, że nowo powstała watykańska Rada ds. Nowe Ewangelizacji powstała w dużej mierze mając na uwadze sytuację Kościoła, wierzących i całokształt tego, co dzieje się właśnie w Hiszpanii. 

Tytuł ten zwrócił również uwagę, iż czytelnym znakiem jest trasa, jaką przebiegała ta pielgrzymka. Zabrakło w niej stołecznego Madrytu - od lat rywalizującego z Barceloną. Madryt jest symbolem ośrodka władzy rządzących w Hiszpanii laickich socjalistów, zaś Barcelona oraz Santiago de Compostela to miasta historycznie związane z katolicyzmem, wiarą i chrześcijaństwem. Gest pominięcia stolicy jest tutaj dyplomatycznie i politycznie wymowny. Rząd premiera Zapatero bowiem, po dojściu do władzy, jednoznacznie deklarował dążenie do stworzenia w Hiszpanii państwa laickiego - postulował usunięcie symboli religijnych z miejsc publicznych, uchwalenie ustawy o samofinansowaniu się Kościoła, i nie tylko. Owszem - obecnie rząd się z tego wycofał, jednakże po pierwsze na skutek protestów całego hiszpańskiego episkopatu, ale po drugie - przede wszystkim - z uwagi na zbliżające się wybory i konieczność zjednania sobie bardziej utożsamiającego się z Kościołem elektoratu. 

W sobotę 06.11.2010 Benedykt XVI wieczorem przybył do Barcelony. Rano w niedzielę 07.11.2010 przewidziano prywatne spotkanie Następcy Piotra z królem Hiszpanii Juanem Carlosem i jego małżonką królową Zofią w sali muzealnej kościoła Świętej Rodziny. Sam papież powiedział później, iż nie poruszano kwestii politycznych, zaś atmosferę spotkania określił jako rodzinną.

Mszę Świętą papież odprawił w słynnym kościele Sagrada Familia w Barcelonie, podczas której dokonał konsekracji tej niesamowitej świątyni, podnosząc ją jednocześnie do rangi bazyliki mniejszej (miałem okazję odwiedzić ją w 1998). Kościół Świętej Rodziny wznoszony jest od 128 lat i jest jedną z najbardziej niezwykłych świątyń na świecie. Zgodnie z założeniami miał być to neogotycki kościół na planie krzyża. W 1882 r. rozpoczęto budowę, którą początkowo kierował architekt Francisco de Paula del Villar; po nim ierownictwo objął Antonio Gaudí. Porzucił dotychczasowe plany i rozpoczął budowę według własnej wizji. Zamiast tego, co było w pierwotnych założeniach, budowla przybrała szalone wręcz futurystyczne kształty. Gaudi zmarł tragicznie w 1926 r. pod kołami tramwaju, pochowano go w krypcie, w której odprawia się Msze św. Dzisiaj jest kandydatem na ołtarze, (proces beatyfikacyjny toczy się od 1992) a Sagrada Familia stanowi niedokończone (planowe zakończenie - bodajże 2026 r.) dzieło, z którym jest utożsamiany. 

W homilii podczas tej uroczystości papież poświęcił sporo miejsca problemom współczesnej rodziny:
Warunki życia bardzo się zmieniły a wraz z nimi dokonał się ogromny postęp w dziedzinie techniki, na płaszczyźnie społecznej i kulturalnej. Nie możemy zadowalać się tym postępem. Razem z nim winien dokonywać się zawsze postęp moralny, jak uwaga, ochrona i pomoc, okazywane rodzinie, gdyż wielkoduszna i nierozerwalna miłość mężczyzny i kobiety jest skuteczną ramą i podstawą życia ludzkiego w okresie jego ciąży, narodzin, wzrastania i naturalnego kresu. Tylko tam, gdzie istnieją miłość i wierność, rodzi się i trwa prawdziwa wolność. Dlatego też Kościół opowiada się za odpowiednimi środkami gospodarczymi i społecznymi, aby kobieta znajdowała w ognisku domowym i w pracy swe pełne urzeczywistnienie; aby mężczyzna i kobieta, zawierający małżeństwo i tworzący rodzinę, byli zdecydowanie wspierani przez państwo; aby bronić życia dzieci jako świętego i nienaruszalnego od chwili jego poczęcia; aby rozrodczość cieszyła się godnością, była doceniana i wspierana prawnie, społecznie i ustawodawczo. Dlatego Kościół sprzeciwia się wszelkim formom odrzucania życia ludzkiego i popiera to wszystko, co wspiera porządek naturalny w środowisku instytucji rodzinnej.
Ostatnim punktem papieskiej wędrówki na hiszpańskiej ziemi podczas tej podróży apostolskiej była wizyta w domu Dzieła Dobroczynno-Społecznego Nen Déu (Dzieciątka Jezus) w Barcelonie, podczas której spotkał się z tam osobami niepełnosprawnymi, w tym dziećmi z zespołem Downa, ich rodzinami i opiekunami. Mówił wówczas o konieczności troski o drugiego człowieka i dobrym wykorzystywaniu zdobyczy nauki i technologii:
Teraz pragnę podkreślić, że wraz z wysiłkiem tej instytucji podobnie jak, innych analogicznych instytucji Kościoła - do których dołączy się nowa rezydencja, która jak tego chcecie będzie nosiła imię papieża - wyraźnie widać, że dla chrześcijan, każdy człowiek jest prawdziwym sanktuarium Boga; powinno być ono traktowane z najwyższym szacunkiem i miłością, zwłaszcza gdy znajduje się w potrzebie. Kościół pragnie w ten sposób realizować słowa Pana Jezusa z Ewangelii: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). Na tej ziemi, te słowa Chrystusa skłoniły wiele dzieci Kościoła do poświęcenia swego życia nauczaniu, działalności dobroczynnej lub opiece nad chorymi i niepełnosprawnymi. Proszę was, abyście zainspirowani ich przykładem kontynuowali pomoc najmniejszym i potrzebującym, dając im to, co w was najlepszego. Wielki wkład w troskę o najsłabszych wniosły olbrzymie postępy służby zdrowia w ostatnich dziesięcioleciach, którym towarzyszyło rosnące przekonanie o znaczeniu dla dobrego wyniku procesu terapeutycznego głęboko humanistycznego podejścia do pacjenta. Istota ludzka wymaga więc, aby nowe osiągnięcia technologiczne w dziedzinie medycyny nigdy nie były osiągane kosztem poszanowania życia i godności człowieka, tak aby ci, którzy cierpią na choroby czy zaburzenia umysłowe lub fizycznie mogli zawsze otrzymać tę miłość i troskę, które pozwalają im czuć się docenianymi jako ludzie w ich konkretnych potrzebach.
Benedykt XVI w ciągu pierwszych pięciu lat swego pontyfikatu już po raz drugi odwiedził Hiszpanię (po raz pierwszy był tam w dniach 8-9 lipca 2006 r. z okazji V Światowego Spotkania Rodzin w Walencji), w sierpniu przyszłego roku przybędzie na obchody kolejnego Światowego Dnia Młodzieży.