Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zbawienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zbawienie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 grudnia 2015

Słowo, które postawiło świat na głowie

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Pojawił się człowiek posłany przez Boga Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości. Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali - łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył. (J 1,1-18)
To może zabrzmieć dziwnie - ale dla mnie liturgia Narodzenia Pańskiego to nie opisy stajenki, samych okoliczności przyjścia Jezusa jako dziecka, czy też pokłonu pasterzy, ale właśnie ten tekst, wstęp do ewangelii Jana, który tak naprawdę w żaden sposób nie opisuje samego wydarzenia, ale mówi bardziej ogólnikowo, ale tajemniczo. Co ciekawe, tekst ten w ramach samej uroczystości Narodzenia odczytywany jest pewnie najczęściej, bo przypisany do tzw. mszy w dzień (czyli każdej poza pasterką czy mszą odprawianą o świcie). 


Skąd ta fascynacja? Z tego, że oto odwieczne marzenia wszystkich ludzi - nie tylko Żydów - zbiegają się i realizują w osobie Jezusa Chrystusa. Bóg przychodzi, aby jednoczyć niebo z ziemią. Przychodzi jako Ten, który zna i rozumie (bo w końcu też stał się człowiekiem) wszystkie ludzkie tęsknoty i pragnienia. Kiedyś, gdzieś tam w Starym Testamencie, można było odnieść wrażenie, że Bóg jest daleko, z boku, jakby ukryty. W tajemnicy Wcielenia przychodzi tak blisko i tak po ludzku, że bardziej się nie da. Oczywiście, mógł tego dokonać na pewnie milion innych sposobów - ale wybrał właśnie ten i Jego ludzka natura to nie chwilowy kaprys, ale fakt, odtąd już na zawsze. 

Paradoks tej całej sytuacji polega na tym, że Bóg w Jezusie w całości oddał się w ręce kruchych ludzi, powierzając Swojego Syna Maryi i Józefowi. Zwykłym grzesznikom (no, poza Maryją), żadnym celebrytom czy bogato ustosunkowanym personom. Cieśli i kilkunastoletniej dziewczynie, którzy "na dzień dobry" musieli uciekać przez kawał ówczesnego świata przed szalonym Herodem i jego strachem o własny stołek. Dali radę - i tak właściwie, jako młody ojciec, to moja rola przede wszystkim, podobnie do Józefa, sprowadza się do zapewnienia bezpieczeństwa mojej rodzinie. Nic się nie zmieniło. 

Maleńka Miłość przychodzi do serc wszystkich ludzi. Wszystkich bez wyjątku. Nie jako spektakularny Król, który robi "wejście smoka", z fanfarami, fajerwerkami i całą spektakularnością. Za to z rozbrajającą i chwytającą za serce bezpośredniością małego dziecka, w pieluszkach, w słomie w żłobie czy też grocie. Biednie nawet jak na ludzkie kryteria. 


Ten cytat z Izajasza jest bardzo ważny. Bóg przychodzi w konkretnym celu - żeby nas zbawić. Nie przez anioła, nie przez posłańca. Sam we własnej Trójjedynej Osobie, która dzięki Maryi zyskała ciało i całą ludzką naturę. Żeby przeżyć wszystko od początku do końca, na własnej skórze. Bóg z miłości do człowieka przekracza samego siebie. I czyni to w sposób, przepraszam za sformułowanie, nawet po ludzku pokręcony: właściwie przedmałżeńska ciąża (teoretycznie zaślubieni, Maryja z Józefem nie mieszkali jeszcze ze sobą), dramat wątpliwości Józefa, jak tę sytuację ugryźć, a potem od razu tyle niebezpieczeństw czyhających na małego Jezusa, pomijając już trudną dla Maryi podróż w zaawansowanej ciąży do Betlejem, zwieńczoną zakwaterowaniem ze zwierzętami, bo "nie było miejsca dla Ciebie", jak mówi tekst pastorałki. Więc czemu tyle osób twierdzi, że Bóg stoi gdzieś obok, daleko, i ma to wszystko w pewnym poważaniu? On od samego początku miał jako człowiek "pod górkę". 

Nic się od tamtej pory nie zmieniło. Bóg nadal w tę betlejemską noc przychodzi i puka do ludzkich serc. Wszystkich i każdego bez wyjątku - nie dlatego, że musi, ma obowiązek, ale dlatego, że chce przytulić do swojego serca każde, nawet najbardziej pokręcone ludzkie życie. Zwróć uwagę, Herod też miał wtedy wybór: Mędrcy powiedzieli mu o Jezusie, mógł wyruszyć z nimi i oddać Zbawicielowi pokłon (i wcale nie musiało się to wiązać z jakimkolwiek oddawaniem faktycznej władzy, zresztą posiadanej z nadania rzymskiego okupanta). Wolał za to wymordować wszystkich małych chłopców, w tym dzieci we własnej rodzinie. Ze strachu. Maleńki Jezus przychodzi i tylko ja w ciszy swojego serca i własnego sumienia decyduję, co z tym zrobię. Mogę Mu oddać pokłon w stajence, mogę się po prostu ucieszyć, a mogę to kompletnie zlekceważyć. On się nie obrazi i nadal będzie czekał. 

Słowo stało się ciałem, et verbum caro factum est. Nie słowo prawa, które już było od czasów Mojżesza, ale słowo łaski i prawdy. Bóg bez końca miłosierny. Ciekawe jest to, co pisze autor natchniony nieco dalej, co jest jakby po prostu stwierdzeniem: "i oglądaliśmy Jego chwałę". Bo to jest pewnik, bo ona, ta chwała się objawiła. Można to uznać i uwielbić Boga, a można trochę bez sensu i właściwie na próżno negować, kwestionować. Tylko po co? 

Kapitalnie fenomen tej sytuacji oddał śp. ks. Jan Twardowski w wierszu "Naucz się dziwić": "I pomyśl--- jakie to dziwne, / że Bóg miał lata dziecinne, / matkę, osiołka, Betlejem". Bo ta sytuacja, szczególnie w kontekście Bóstwa Jezusa, jest dla nas dziwna, bo Król nie taki powinien być. A jednak On przyszedł tak właśnie i nie inaczej, i nic z tym nie możemy zrobić poza jednym: zadumaniem, dlaczego? co chciał nam pokazać? Może po prostu, że nie cała ta otoczka, splendor, się liczą, to co przeliczalne (wersja dla młodszych: wypasione prezenty), ale zupełnie inne kwestie. Miłość, bliskość, troska, relacje, wspólnota, rodzina. To wszystko, co my także w czasie świąt czasami bezmyślnie spychamy na bok na rzecz lekkomyślnego obżerania się przed telewizorem przy oglądanych milionowy raz przygodach chłopca o imieniu na k, który raz został sam w domu, a innym razem w Nowym Jorku... 


Maleńki Jezus przyszedł i ta łaska tu jest, obok, na wyciągnięcie ręki. Dotyka ciebie w Jego pełnym miłości i miłosierdzia spojrzeniu. Przychodzi, aby uczyć dostrzegania tego, co banalne, spotkania w prawdzie, zwykłej wdzięczności za Jego przyjście i codzienne dary (ale też umiejętności ofiarowania i oddania Mu tego, co trudne i bo boli). Co z tym zrobisz? Przychodzący Jezus stworzył most pomiędzy niebem i ziemią. I on już zawsze będzie. 

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Plac budowy

Było to w piętnastym roku rządów Tyberiusza Cezara. Gdy Poncjusz Piłat był namiestnikiem Judei, Herod tetrarchą Galilei, brat jego Filip tetrarchą Iturei i kraju Trachonu, Lizaniasz tetrarchą Abileny; za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni. Obchodził więc całą okolicę nad Jordanem i głosił chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów, jak jest napisane w księdze mów proroka Izajasza: Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego! Każda dolina niech będzie wypełniona, każda góra i pagórek zrównane, drogi kręte niech się staną prostymi, a wyboiste drogami gładkimi! I wszyscy ludzie ujrzą zbawienie Boże. (Łk 3,1-6)
W sumie może dziwić ten przydługawy wstęp - po co ta "metryczka"? Ano nie bez powodu. Bóg pokazuje, że zawsze Jego plan i działanie nie jest abstrakcyjne, gdzieś tam, ale konkretnie osadzone w czasie i miejscu, w precyzyjnych okolicznościach. Jego moc i Jego zbawienie dotykają człowieka w konkretnych okolicznościach - zawsze innych, ale i zawsze wyjątkowych i zaplanowanych. Tu Bóg zadziałał przez Jana Chrzciciela. 

Co jest niesamowitego w Janie? Dla mnie osobiście to, że... głosił w ciemno. Nie znał po ludzku Tego, o którym mówił, Tego, którego zapowiadał. Wiedział, że głosi Mesjasza, i zawierzył Bogu tak dalece, że nie wnikał w to, kim Zbawiciel obiecywany będzie. Wiedział, że Bóg Go objawi - i zamierzał to uczynić jego - Jana - rękami. 

To "prostowanie", o którym traktuje Jan Chrzciciel, to po naszemu właściwie porządkowanie, ogarnianie - tak bardziej zrozumiale. Drepczemy - jedni dłużej, inni krócej - drogami naszego własnego życia, które w różnych dziwnych momentach i konfiguracjach przecinają się z drogami życia innych ludzi, mniej lub bardziej dla nas ważnych, kochanych, lubianych, czy w ogóle zrozumiałych. Zawsze jednak ku celu - temu mojemu, założonemu, gdzieś tu w tym świecie, ale mniej lub bardziej świadomie przede wszystkim ku Bogu, zmierzając do Tego, od którego pochodzimy, i który sam w sobie jest celem i odpowiedzią, choć nie zawsze taką, jak bym chciał. 

Ale uwaga - bardzo ważne - nie dla siebie, dla udowodnienia tylko czegoś samemu sobie, dla sprawdzenia tylko, czy dam radę. Konkretnie, dla Boga, dla Niego - dla Tego, który za chwilę przyjdzie w ciszy i skupieniu betlejemskiej szopki, przez którym uklękną bydło i pasterze, a przez pół ówczesnego świata przyjdą trzej mędrcy z darami symbolizującymi to, co wielkie w świecie: po to, aby je złożyć przez nowonarodzonym i bezbronnym Panem. Zdążamy z jednej strony z Nim, ale i ku Niemu, a z drugiej strony z tymi, których On stawia na naszej drodze (a nas na ich drodze życia). Taka niekończąca się plątanina ludzkich losów, myśli, pragnień, zwycięstw i radości, porażek i łez. 

To, do czego w tej niedzielnej liturgii zaprasza Bóg, to prostowanie tego, co można wyprostować i co ma sens - bo to jest o tyle istotne, że - jak to na drodze - zdarzają się ślepe zaułki, drogi jednokierunkowe. Nie ma pewnie dróg bez wyjścia - są jednak takie, które prowadzą właściwie donikąd, w których tylko traci się czas. Czasami najlepszym bowiem, co można zrobić, to przyznać się do porażki i spróbować skorygować kurs swojego życia. Takie prostowanie dróg na pewno nie jest lekkie, łatwe i przyjemne - ja to mało techniczny jestem, ale widać po tempie i mozole prac na drogach, że najpierw trzeba ileś tam warstw zdzierać, spiłować, potem wyrównać na nowo, coś tam powylewać, rozjechać walcem, odczekać. Kupa pracy. Ale każdy z nas wie, że dopóki się buduje i wznosi cokolwiek, co stoi na lewym, niepewnym, nierównym fundamencie - ryzykujemy, że się to wszystko po wybudowaniu po prostu złoży i rozwali. 

Bóg proponuje nam dzisiaj generalne porządki - w życiu, w sercu, w przywiązaniach, w celach, założeniach, punktach odniesienia. Jak się to w życiu pomiesza, wychodzą straszne serpentyny, ostre zakręty, wyboiste trasy i drogi donikąd. Będzie na pewno dużo roboty, potrzeba zaparcia, wysiłku, kto wie czy nie pojawią się przysłowiowe "krew, pot i łzy" - ale Jego zaproszenie to trasa nie dla idących na łatwiznę, ale dla ambitnych. Uwielbiam cytat z Mateusza: 
od czasów Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je (Mt 11,12)
który wprost odnosi się właśnie do Jana Chrzciciela jako początku. Jezus poszukuje Bożych gwałtowników, ludzi konkretnych, radykalnych! Jeśli myślisz, że pójdziesz raz do spowiedzi, zmówisz "paciorek", jakąś litanijkę i będzie "cacy" - zapomnij, bo Bóg uwielbia zaskakiwać. 

Po co? No właśnie - dla zbawienia. Nagrody, celu tego wszystkiego. Jezus mówi to wprost - dla każdego, dla wszystkich. Dla ciebie. Te doliny do wypełnienia, góry do zrównania, drogi do wyprostowania - to ty i ja. Twoje i moje życie. Plac budowy, a właściwie przebudowy twojego życia. 

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Niebo dla średnio zaawansowanych - część 01

Trochę - naprawdę niewiele - świetnych myśli z kolejnej książki Szymona Hołowni, tym razem wywiadu-rzeki z ks. Grzegorzem Strzelczykiem pt. "Niebo dla średnio zaawansowanych". 

Myślałem przed przeczytaniem tej pozycji, że co nieco wiem na ten temat. Oj, mocno byłem w błędzie. Ale to bez znaczenia. To dosłownie kopalnia niesamowitych myśli, których nigdy bym sam nie wymyślił, a któe wyjątkowo obrazkowo do mnie trafiły. 

Póki co, tylko część :)

To, jak przeżywam swoje życie, decyduje o tym, jak przeżywam swoją śmierć.

- Ludziom często wydaje się, że podstawową sprawą jest wiara w Boga, czyli w to, że On istnieje. A moim zdaniem, popraw mnie jeśli się mylę, najważniejszą rzeczą jest zaufanie. 
- Oczywiście. 
- Szatan też wie, że Bóg istnieje. 
- Jeżeli mówimy o wierze, to mówimy o zaufaniu. To znaczy oni tam są, żyją sobie, ufając Bogu. Przychodzi śmierć. Co robią? Nic nie zmieniają, ufają Bogu. Wchodzenie w śmierć z zaufaniem Bogu jest innym wchodzeniem w śmierć niż po prostu z zaskoczenia, w stanie buntu. 

- Zależy nam na tym, że by iść do sklepu, kupić bułki i nie myśleć wtedy, że są to bułki o znaczeniu ostatecznym.
- Ostatnie bułki. Ostatni jogurt.
- Gorzej. To, że ostatnie, to pół biedy. Że sposób, w jaki przygotuję te bułki swojej żonie, swojemu mężu, swojemu dziecku, to jest sposób ostateczny, czyli że jest to graniczny wyraz mojej miłości. My tak nie żyjemy (...) Nas czasem tylko, w chwilach duchowego olśnienia, dopada taka świadomość: że w ogóle jak wstaję rano, to to ma ostateczne znaczenie.
- Przecież można się zamęczyć takim myśleniem. 
- Albo przeżyć to jako dar. Tu wraca kwestia zaufania. Jeżeli uda mi się odkryć, że grzechy są mi przebaczone - na przykład to, że smarując te ostateczne bułki, pomyślę źle o 5 swoich sąsiadach - że mimo wszystko jestem umiłowany. I że Bóg poradzi sobie z tym moim paskudnym myśleniem. Wtedy sytuacja trochę się zmienia. 

Świat ma się kręcić na miłości, to jest szaleńczy pomysł ze strony Boga, tak, od początku szaleńczy. Ale tak założył. Jeśli świat ma się kręcić na miłości, to człowiek musi być wolny. W związku z tym także zdolny do potwornych rzeczy. Dopiero z perspektywy ostatecznej zobaczymy, na ile to ryzyko się opłaciło. 

- Ludzie czasami proszą, żeby śmierć była nagła i niespodziewana, ponieważ nie chcą leżeć w łóżku i konać. Ty wolisz leżeć w łóżku?
- Niekoniecznie w łóżku. Tak, żebym zdążył się spokojnie pojednać. Bo tu chodzi - moim zdaniem - w dużej mierze o to, żeby zdążyć przebaczyć przed śmiercią. Do mnie zawsze wraca przypowieść o nielitościwym dłużniku. Ja ciągle jeszcze łapię swoich dłużników i duszę, krzycząc: "Oddaj, coś winien!". Chciałbym mieć taką śmierć, żebym zdążył te wszystkie długi darować. Bo potem trzeba stanąć z powrotem przed Tym, który przebaczył pierwszy. 

- Staje przed tobą Bóg, Jezus Chrystus, i wiesz, że to jest Bóg, bo wtedy jesteś w stanie Go już zidentyfikować, i wyobrażasz sobie, że mówisz Mu: "Eee, dziękuję bardzo"?
- Próbuję sobie siebie w takiej sytuacji wyobrazić i trochę się boję. Bo gdy pomyślę o wszystkich tych momentach, w których stawało przede mną maksymalne wyzwanie miłości, na jaką mnie stać, i zrejterowałem, to kiedy sobie wyobrażam, że ma stanąć przede mną wyzwanie ostateczne największej miłości, jaka jest w ogóle możliwa, to wcale nie mam bezpiecznej pewności, czy znowu nie wezmę nóg za pas. Myślę, że to, co nam najbardziej grozi, to przywiązanie do swojej wizji rzeczywistości. 

Kiedyś w jakiejś powieści wyczytałem taki opis, że ludzie w momencie sądu szczegółowego, sądu jednostkowego, mają przed sobą dwa pociągi: na jednym jest napis "niebo" i na drugim jest napis "niebo". Tylko że jeden jest tak naprawdę do nieba i do relacji, a drugi jedzie do tego, co ty tak naprawdę sobie zbudowałeś, wymyśliłeś, co będzie twoim ogródkiem, jeziorkiem przeżywanym przez wieczność. Po tysiącu lat, jeżeli tam byłby czas, zaczniesz wymiotować, bo po prostu będziesz cały czas nad tym cholernym jeziorkiem z tym grillem i z tym wszystkim, co sobie wymyśliłeś. Sam. To jest dramatyczne. Kiedy pierwszy raz to sobie uświadomiłem, to było naprawdę mocne przeżycie: jaka prostoliniowa jest zależność między tarciem sobie oczu brudnymi łapami tutaj, w tym świecie, a stanięciem jak ślepiec przed Chrystusem. 

- Ten wyrok się dzieje. Żyjesz...
- Sąd Ostateczny jest teraz.
- Nawracasz się...
- Tak. Znaczy jesteś już in fieri. Już idziesz w tym kierunku. Nie ma siły. Wszystko, co zrobiłeś, jakoś ustawia twoje życie. Każde nawrócenie lub jego brak. Twoje życie w jakiś sposób uwarunkowuje to, co będzie. Oczywiście, w każdym momencie można się nawrócić. Także w momencie sądu szczegółowego, to znaczy w tej ostatniej decyzji, która jest wobec Boga. 

- Popatrzmy na strukturę naszej modlitwy. Bo w niej ujawnia się trochę dynamika sądu. My się modlimy do Ojca przez Syna w Duchu Świętym, czyli mamy w zasadzie sytuację taką, że jest Ojciec, który stoi na przeciwko nas, do którego ciągle się odnosimy jako do tego najbardziej "zewnętrznego". Potem jest Duch, który jest w nas. Jest po naszej stronie tak bardzo, że go ignorujemy. I jest Syn, który stoi obok nas jak brat, który przeszedł przez historię człowieka. Taka jest struktura sądu. Bóg jest w nas, Bóg jest obok nas, Bóg jest przed nami w sądzie. W związku z tym jest pewna siła, która mnie sądzi od wewnątrz.
- Sądzi od wewnątrz. Czyli jest tak, jak chyba Hans Urs von Balthasar napisał, że sędzia nie musi nic robić, wystarczy, by był. Staję wobec Boga i cała reszta dzieje się we mnie, ponieważ w tym momencie konfrontuję się z Bogiem. Nie ma odczytywani aktu oskarżenia, nie ma przewodu sądowego, po prostu wstaję, patrzę Mu w oczy i wszystko jest jasne. 

- Czyli Chrystus nam powie: "Słuchaj, a Józkowi zrobiłeś tamto", tak?
- Nie wiem, czy to będzie musiał mówić, bo Duch mi to właśnie powiedział. Chrystus staje przy nas jako obecność tych wszystkich ludzi. Bardziej nawet intensywnie, niż gdyby oni sami tam byli. 

Sąd szczegółowy to jest sąd, na którym każdy staje indywidualnie przed Bogiem i mamy to trójwymiarowe wydarzenie wobec Ojca z Chrystusem w Duchu Świętym. Natomiast potem przychodzi Sąd Ostateczny, w którym następuję absolutne ujawnienie prawdy o każdym wobec każdego. Im bardziej ktoś był święty, użyjmy tej kategorii, tym bardziej jego przykład błyszczy w tym momencie. Bo to się wtedy właśnie ujawnia. Czyli wobec świadectwa świętego mnie jest bardziej wstyd. 

- No to jak to jest z tym sędzią, co za dobre wynagradza, a za złe karze?
- Gdyby tak było, tobyśmy mieli zupełnie przerąbane. 
- Czyli to jest nieprawda?
- Tak. 
- To dlaczego tak jest w katechiźmie, którego się uczymy?
- (...) Ten tekst jest słuszny, jeżeli go przyłożymy do rzeczywistości ewangelicznej i powiemy: ten sąd działa tak jak przypowieść o robotnikach z winnicy, to znaczy obojętnie, w którym momencie przyjdzie, to i tak sprawiedliwość będzie, bo wszyscy dostali to, na co się umówili, czyli denara za dzień. Nawet jeżeli pracowali godzinę. Jeśli powiemy, że tak jest sprawiedliwie, to ok. Natomiast jeżeli dokładnie "za dobre wynagradza, a za złe karze" na zasadzie prostej księgowości, to po co był Chrystus?

Jeżeli Bóg, za którym tęsknię, tam będzie na mnie czekać, to trzeba powiedzieć, że na szczęście będziemy osądzeni. Właśnie: na nasze szczęście. Jeżeli ja się całe życie zmagam z tym, że nie potrafię się przełamać do pewnych rzeczy, choć wiem, że są dobre, to na szczęście ktoś to kiedyś we mnie pokona. Myśmy, duszpastersko strasząc sądem, może coś ugrali na gruncie moralności. Ale zabiliśmy pragnienie Boga. 

Czasami sobie myślę, że nawet nie tyle Boże przebaczenie w tym momencie jest problemem, ile przebaczenie sobie. Czyli ja muszę sobie bezwarunkowo przebaczyć. Póki tego nie umiem, to jest czyściec. 

- Metafora oczyszczania złota w tyglu. Ona ma korzenie biblijne, wyrasta stamtąd i jest też bardzo fajna, w tym sensie, że tam są 2 rzeczy jednocześnie. Proces, w który ktoś musi tchnąć energię z zewnątrz, bo złoto samo się nie oczyści. Ktoś musi pod tyglem podpalić, skądś musi iść energia. 
- Pan Bóg podpala?
- Pan Bóg i inni. Ich dobro.
- Swoim spojrzeniem. 
- Modlimy się za tych, którzy są w czyśćcu, prawda? Czyli pompujemy w nich dobro, to znaczy podgrzewamy ich tam. 

Czyściec jest takim miejscem, w którym zbiegają się działania - zbawcze działanie Boga, które w ogóle umożliwia czyściec (człowiek nie ląduje daleko od Boga), zasługi Chrystusa związane z krzyżem i Zmartwychwstanie, czyli początek Kościoła, modlitwa i wstawiennictwo tych wszystkich, którzy już osiągnęli chwałę nieba i modlitwa tych wszystkich, którzy są jeszcze w drodze. 

- Po prostu, [niebo] to jest moment, w którym każdy będzie pełny, niezależnie od tego, jaką miarę sobą przedstawia. 
- Ja też pamiętam z bardzo starych czasów to porównanie, ono jest chyba jednym z najbardziej trafionych, to znaczy moja miara, taka, jaką Bóg przymierzył od początku, będzie wypełniona. 
- Będziesz szczęśliwy. 

- Trzecia koncepcja [odnośnie tego, co się dzieje ze świętymi pomiędzy sądem szczegółowym a Sądem Ostatecznym] jest taka, że człowiek bez ciała żyje w Bogu. Wklejony w Boga na razie.
- Taka wlepka. 
- Jest już szczęśliwy, bo jest w Bogu. Jest po sądzie szczegółowym, czyli to, co pomiędzy nim a Bogiem, zostało wyczyszczone. Natomiast czeka tylko na ciało. 

poniedziałek, 21 lipca 2014

Kobieca czułość, Boskie perspektywy

Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Maria Magdalena natomiast stała przed grobem płacząc. A kiedy /tak/ płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa - jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg. I rzekli do niej: Niewiasto, czemu płaczesz? Odpowiedziała im: Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono. Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz? Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę. Jezus rzekł do niej: Mario! A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: Rabbuni, to znaczy: Nauczycielu. Rzekł do niej Jezus: Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci powiedz im: Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego. Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: Widziałam Pana i to mi powiedział. (J 20,1.11-18)
Wspomnienie liturgiczne św. Marii z Magdali, znanej Marią Magdaleną, jest jednym z moich ulubionych od jakiegoś czasu. Jest to postać bardzo ciekawa, a przy tym - co w ogóle w głowach się ówczesnym nie mieściło - wyróżniona przez Pana Jezusa w sposób jednoznaczny, właśnie w tym tekście powyżej. Nie Piotrowi, Janowi czy któremukolwiek z Apostołów się objawił Zmartwychwstały Jezus - ale właśnie jej, Apostołce Apostołów.

Nie ma tak naprawdę znaczenia, kim była - historycznie utożsamiana z jawnogrzesznicą (czyli prostytutką, nie ma co unikać tego słowa). Jezus - tak widział w niej, jak widzi w każdym z nas - że grzech człowieka bardzo często jest jakimś rozpaczliwym wyrazem pragnienia szczęścia i miłości – tęsknoty, która drzemie w każdym człowieku. Tęsknoty, na którą odpowiedź On sam posiada. 

W pięknych i prostych słowach to spotkanie opisał o. Dariusz Kowalczyk SI: ból śmierci, moc miłości, kobieca czułość, Boskie perspektywy. Przełomowy moment - wspólnota jeszcze załamana po śmierci Mistrza, kobieta przychodzi namaścić i oddać hołd zmarłemu, kiedy Boża miłość w osobie Zmartwychwstałego pozwala Marii na odkrycie i poczucie, że to jest właśnie Pan - co odkrywa, tak przed nią, jak i nami, nowe, właśnie Boskie perspektywy. 

Maria nie miała pojęcia, co ją spotka u grobu. Nigdy pewnie by tego nie przewidziała, że spotka tam Jezusa w tak dosłownym sensie - nie jako martwą skorupę, ciało bez ducha, ale żywego i zwycięskiego. W tym jest też drogowskaz dla nas. Nie ma co gdybać, Boga trzeba po prostu wpuścić do serca, nie zastanawiać się, nie zakładać. Być na niego gotowym i potrafić Go zauważyć w najdziwniejszych, ale i najprostszych momentach życia. 

niedziela, 6 października 2013

Bądź bogaty z głową

Tradycyjnie już jestem "do tyłu", więc dzisiaj o tekstach z poprzedniej niedzieli.
Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień świetnie się bawił. U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany. Gdy w Otchłani, pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. I zawołał: Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu. Lecz Abraham odrzekł: Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać. Tamten rzekł: Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca. Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki. Lecz Abraham odparł: Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają. Nie, ojcze Abrahamie - odrzekł tamten - lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą. Odpowiedział mu: Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą. (Łk 16,19-31)
Obrazek bardzo pasujący do rozdźwięku, jakiego przez większość swojego życia doświadczał i obserwował Jorge Bergoglio czyli obecny Ojciec Święty Franciszek. Tak, bo to sytuacja szczególnie widoczna w krajach Trzeciego Świata - Ameryka Łacińska - ale też na kontynencie afrykańskim. Straszliwa wręcz bieda, życie poniżej jakichkolwiek standardów i norm, potem długo, długo nic - i nieliczna klasa oligarchów, bogaczy, posiadających wszystko, o czym mogą zamarzyć, i nie mający wręcz pomysłu, co z tym zrobić. Stąd taka niebywała papieska wrażliwość na sprawy społeczne, na nierówność i ubóstwo - godna podziwu. 

A przesłanie bardzo proste w tym wszystkim. Tu bynajmniej nie chodzi o potępienie posiadania, bycia majętnym. Miej sobie, człowieku, ile chcesz, jeśli tylko uczciwie na to zapracowałeś i zdobyłeś - twoja sprawa. Ale równocześnie miej otwarte oczy serca i zauważaj tych, których Bóg stawia na twojej drodze może tylko po to, abyś miał okazję do zrobienia dobrego uczynku. Bądź bogaty z głową, ale także miłosiernie. Tylko tyle i aż tyle. To był właśnie błąd owego bogacza - mijał pewnie Łazarza przy każdym wyjściu ze swojej posiadłości - i nic nie potrafił z tym zrobić, nie chciał się pochylić nad nim, opatrzyć rany, wesprzeć, pomóc, okazać miłosierdzie.  

Bogacz nie cierpiał za to, że był bogaty - bo nic w tym złego. Cierpiał za to, jak to bogactwo spożytkował - za to, kogo nie zauważał obok siebie, komu nie przyszedł z pomocą. Za swoją obojętność. Cierpiał za to, na kogo nie miał czasu? ochoty? woli? swoich pieniędzy przeznaczyć, którymi nie umiał się podzielić. 

Opamiętał się za późno, ale chciał jeszcze wymóc, aby Łazarz z zaświatów udał się do jego domu rodzinnego, aby przestrzec ojca i braci bogacza. Zobaczą ducha - to się opamiętają - ciekawe założenie, prawda? Patrzył ze swojej, mocno niekorzystnej perspektywy, pewnie przemawiała przez niego jakaś tam troska o rodzinę. Z tego miejsca wszystko wyglądało inaczej. Domyślał się pewnie, że rodzina postępuje tak, że są na najlepszej drodze, aby do niego dołączyć. 

Odpowiedź, jaką ewangelista wkłada w usta Abrahama, może być uznana za ostrą. mają Mojżesza i proroków, niech ich słuchają; jeśli tych nie usłuchają, to choćby ktoś z umarły - nawet taki Łazarz, pewnie rozpoznawalny - powstał, nie uwierzą. Ale chyba miał rację. Czy człowiek sukcesu, któremu tutaj niczego nie brakuje, który ma wszystko czego po ludzku można zapragnąć, bogactwo, sławę, powodzenie - uwierzy, że na tej swojej drodze w dobrobycie zmierza ku zatraceniu? Mała szansa. Raczej zbagatelizuje każde ostrzeżenie, nie zastanowi się nawet nad swoim postępowaniem. A w duchy to przecież w ogóle nie wierzy - nie jest zabobonny, trzeba być nowoczesnym! - więc o co chodzi... 

Mamy wszystko podane. Owszem, pojawiają się ciągle na świecie, co jakiś czas, nowe znaki - objawienia, cuda. One nie są potrzebne do zbawienia, można w nie wierzyć lub nie. Jednak Objawienie jako to, co Bóg ma nam do przekazania, już dzisiaj i to nie od dzisiaj jest kompletne - mamy Pismo Święte, i wszystko z niego wypływa, na nim jest oparte. Tam jest wszystko wyjaśnione. Tak, tylko trzeba się trochę wykazać, poczytać i próbować zrozumieć. Łatwo jest domagać się, żądać cudów i jakiś szczególnych przejawów, emanacji Boga - tylko że to jest pójście na łatwiznę. Bóg odpowie na pytania, jeśli wykażesz minimum dobrej woli - poznaj to, co od wieków przygotował dla każdego. Tam jest odpowiedź, i to wystarczająca. Bo jeśli to zaproszenie świadomie olewasz - szykuje się powtórka z rozrywki losu tego bogacza. 

sobota, 23 marca 2013

Radość bez końca

Jezus powiedział do Żydów: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli kto zachowa moją naukę, nie zazna śmierci na wieki. Rzekli do Niego Żydzi: Teraz wiemy, że jesteś opętany. Abraham umarł i prorocy - a Ty mówisz: Jeśli kto zachowa moją naukę, ten śmierci nie zazna na wieki. Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Abrahama, który przecież umarł? I prorocy pomarli. Kim Ty siebie czynisz? Odpowiedział Jezus: Jeżeli Ja sam siebie otaczam chwałą, chwała moja jest niczym. Ale jest Ojciec mój, który Mnie chwałą otacza, o którym wy mówicie: Jest naszym Bogiem, ale wy Go nie znacie. Ja Go jednak znam. Gdybym powiedział, że Go nie znam, byłbym podobnie jak wy - kłamcą. Ale Ja Go znam i słowa Jego zachowuję. Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień - ujrzał /go/ i ucieszył się. Na to rzekli do Niego Żydzi: Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś? Rzekł do nich Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham stał się, Ja jestem. Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni. (J 8,51-59)
To takie bardzo nasze, ludzkie. Kiedy ktoś mówi coś, czego na pierwszy rzut oka nie rozumiemy, co się nam w małych głowach nie mieści - czujemy się zagrożeni, odczuwamy potrzebę zaatakowania. Zaczęło się od słów o opętaniu, potem zdziwienie po słowach na temat Abrahama, wreszcie najlepszy argument - rękoczyny, kamienie. 

Mieli rację - Abraham jako człowiek umarł, i oczekiwał na zmartwychwstanie, które przyniósł światu ten właśnie wyśmiewany i wyszydzany Jezus. To była jego obietnica - życia bez końca, nie po ludzku, ale w Bogu. Ich rozumowanie było proste - Bóg jest Bogiem, po Bogu zaś pierwszy był Abraham, który jako człowiek umarł - więc jak jakiś cieśla z Nazaretu może mówić i oferować życie bez końca? 

Tylko że tych słów nie mówił prosty cieśla, byle kto że tak powiem - ale Syn Boży, współistotny Ojcu, obdarzony tą samą mocą i potęgą, przed którym stało zadanie odkupienia rodzaju ludzkiego. Mógł to obiecywać, ponieważ był władny obdarować życiem wiecznym każdego, kto tego zapragnął. To nie były słowa na wiatr rzucane, czcze i bez pokrycia obietnice szarlatana - ale pełne miłości zaproszenie Boga: pójdź za Mną. Chwała, którą miał zostać otoczony, nie pochodziła od niego - ale od Boga Ojca, którego tak naprawdę mógł poznać tylko ten, który otworzył się na Jezusa. Tego Jezusa, na którego widok rozradował się Abraham i wszyscy sprawiedliwi, którzy odeszli wcześniej i oczekiwali odkupienia. Cóż bardziej mogło ich rozradować? On nadchodził. 

Nie jest sztuką Boga ukamienować - wspominamy to wydarzenie co roku. W tradycji mojej diecezji wczoraj drogi krzyżowe przechodziły na pamiątkę tego wydarzenia ulicami miast i wsi. Za tydzień, w Piątek Wywyższenia będziemy wspominali rocznicę tamtego dnia, kiedy Miłość Boga do ludzi umarła na krzyżu. Po to, abyśmy mogli się rozradować, i aby tej naszej radości nie było końca.

piątek, 28 września 2012

Chyba nie o to chodzi

Takie kilka luźnych myśli na kanwie głośnej medialnie sprawy ekshumacji śp. Anny Walentynowicz, której ponowny pochówek rozpocznie się niebawem i to nie tak daleko znowu od miejsca, gdzie piszę te słowa. 

Ja rozumiem rozgoryczenie rodzin tych ludzi, którzy zginęli pod Smoleńskiem i wolałbym nie wyobrażać sobie, jak ja bym na taką sytuację zareagował. To wielka tragedia, i tylko pogłębić ją może fakt, iż po 2 z okładem latach po tamtym dniu okazuje się, że identyfikacja ciał pasażerów samolotu odbywała się w sposób niedbały, nie dochowano w tym zakresie należytej staranności, i na skutek błędów - Polaków, Rosjan, z pewnością władz - okazuje się dzisiaj, że w trumnie pani Walentynowicz złożone były szczątki kogoś innego. Nie sposób tutaj mieć pretensje do rodzin, które niekiedy w strasznym stanie psychicznym stawiały się tam i próbowały identyfikować swoich bliskich, chcąc w możliwości choćby w tych doczesnych szczątkach w jakiś sposób ukoić swój ból, móc na swój sposób pożegnać tych, którzy w tak dramatycznych okolicznościach odeszli. 

Natomiast nie rozumiem medialnej zawieruchy wokół tego, szczególnie w kontekście faktu, iż wiele osób zaangażowanych w te kwestie uważa się za wierzących, chrześcijan i katolików. A dla nas nie tyle ciało, ale dusza jest ważna. Owszem, kiedyś - może i nie tak dawno - zmartwychwstanie ciał rozumiane było bardziej niż dosłownie, pytanie jednak: co wtedy ze zmarłymi, których ciała z jakiegoś powodu po prostu rozłożyły się, zdematerializowały, choćby przez upływ czasu? Nie można jednoznacznie powiedzieć, jak to nastąpi - wydaje mi się, że w tym zakresie Pan Bóg z pewnością szykuje jakąś niespodziankę, która nawet przy najśmielszych rozważaniach nam się w głowach nie mieści. Czym będą nasze nowe, duchowe ciała? Zobaczymy. Czy będzie można mówić w jakikolwiek sposób o materii, ciele, czy będą one miały cokolwiek wspólnego z tym, co my dzisiaj po ludzku jako materię i ciało rozumiemy? 

Bo w tej sytuacji dzisiaj - przy pełnej świadomości błędów popełnionych przy identyfikacjach i tego, że nie dochowano przy tych czynnościach staranności - mam wrażenie, że medialne show robi się dla jakiś bliżej niejasnych powodów, ot, żeby zaistnieć. Żałoba trwa w sercu, tęsknota i pamięć także tam pozostają. Należy uchybienia sygnalizować i domagać się konkretnych działań władz w ich zakresie - czy jednak wracanie do tego w pomysłach typu konieczności dokonania ekshumacji wszystkich ciał ofiar to właściwe działanie? Wydaje mi się, że szacunek dla tych właśnie konkretnych zmarłych - w takich a nie innych okolicznościach - sprowadzać powinien się do przysłowiowego pozostawienia ich w spokoju, złożonych w grobach (nawet w innych trumnach), a skupienia sił na modlitwie w ich intencji i dochodzenia do przyczyn tego, co faktycznie spowodowało tamtą tragedię. Te ekshumacje nikomu nie pomogą, życia zmarłym nie przywrócą. Modląc się - całym Narodem - w różnych miejscach Polski za ofiary smoleńskie w dniach ich pogrzebów nie mam żadnej wątpliwości, że pożegnaliśmy ich godnie i w sposób po prostu dobry. 

Teraz jest czas troski o ich dusze, o ich zbawienie - modlitwy w tej intencji - a nie prób dokopania władzy (nawet w części słusznie) czy zdobywania medialnego kapitału na pomyłkach przy identyfikacji zwłok. To nie tylko moje zdanie. Był taki jeden, Jezus się nazywał, który mówił, żeby pozostawić zmarłym grzebanie umarłych, a Ty idź i głoś Królestwo Boże. Myślę, że pierwszymi, którzy by przyznali rację tym słowom, byli by ci, o których mowa, zmarli - tak naprawdę zanurzeni w Bogu, do końca. 

(tekst jednoznacznie zainspirowany artykułem "Co będzie po śmierci" Jana Turnaua z Metra z 28.09.2012)

niedziela, 8 kwietnia 2012

Ujrzeć i uwierzyć

Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował.  (J 13,1-2)
To nie słowa liturgii Wielkanocnej, ale z Wielkiego Czwartku. A zarazem - sedno i wyjaśnienie tego, co się później wydarzyło, czego konsekwencją jest nasza w tych dniach możliwość świętowania. Syn Boży, sam będący Miłością, wspina się na szczyt poświęcenia i ofiarowuje sam siebie, aby ci, których umiłował, mieli życie nie tylko w perspektywie tych kilkudziesięciu lat na ziemi.
 

Autentycznej radości ze Zmartwychwstania, która napełni nas nie tylko na chwilę, ale pozostanie w sercach i pomoże powstawać z każdego upadku, odnaleźć siłę w każdej trudności, zrozumieć sens w cierpieniu i umiejętnie wykorzystać każdą chwilę. Tej nadziei, która będzie nas przemieniać tak samo, jak odmieniła apostołów. Żeby nasze świętowanie zwycięstwa Pana nie skończyło się w anonimowym tłumie gapiów, być może przypadkowo stojących koło pustego grobu - ale abyśmy potrafili do tego pustego grobu wejść i, jak św. Jan, "ujrzeć i uwierzyć".

poniedziałek, 19 marca 2012

Wywyższenie, światło, umiłowanie

A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu. (J 3,14-21)
Nie wiem, czemu, ale bardzo lubię ten tekst. Może z powodu ogromu nadziei, jaka z niego bije? 

To druga część rozmowy człowieka poszukującego szczerze, jakim niewątpliwie był dostojnik żydowski Nikodem, z Jezusem, który Nikodema niewątpliwie intrygował. Już jej wstęp był bardzo obiecujący - Nikodem wprost przyznał, że wierzy w Boże pochodzenie Jezusa i Jego misji. Pojawił się problem rozumienia ponownego narodzenia jako warunku dotarcia do Królestwa Niebieskiego. Problem nie byle jaki - bo nie o biologiczne narodzenie się na nowo chodziło, a o narodzenie sakramentalne, wejście w otwarte ramiona Boga zapraszającego katechumena do Kościoła. 

I tu jest problem. Problem, jaki mamy także bardzo często my sami. Bo za dużo rozumujemy po ludzku. Bo po ludzku nie da się zrozumieć spraw Bożych, o ile w ogóle człowiek jest w stanie je zgłębić (pewnie może je zrozumieć, gdy Boga zgłębić nie sposób). Do wszystkiego, co Boże, chcemy podejść i rozłożyć na części pierwsze, zaszufladkować wg naszych małych przyziemnych kryteriów. Tylko że tak się nie da.

Natomiast początek jest bardzo dosłowny. Obrazek z miedzianym wężem z historii Narodu Wybranego znamy, Jahwe pokarał buntowników plagą jadowitych węży, które kąsały ludzi; jednak każdy kto ujrzał węża z miedzi ustawionego w obozie przez Mojżesza, doznawał uzdrowienia (Lb 21, 4-9). To samo miało czekać w przyszłości Jezusa - już niebawem zostanie wywyższony na krzyżu. Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Bóg zostanie wywyższony w mękach, aby swoimi cierpieniami ukochać człowieka jeszcze bardziej i ofiarować mu największy i najwspanialszy dar. Człowiek nie musi już robić nic więcej, dosłownie... Tylko i jedynie uwierzyć. Tylko - a może aż? Bóg Ojciec posyła jedynego Syna nie dla swojego widzimisię, ale dla ludzi. 

Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. Ciekawe zdanie. Koronny dowód na to, że decydujemy i dokonujemy wyborów my sami, nikt inny. Bóg kocha nas i szanuje na tyle, że pozostawia wolną rękę. Ale jednocześnie, uprzedza o konsekwencjach. Zrobisz, jak uważasz - ale pamiętaj, czym to się może skończyć. Łatwo i przyjemnie tu i teraz, czy wysiłek, niekiedy cierpienie, wyrzeczenia, ale na pewnej drodze do Boga? 

Światło przychodzi na świat - słowa, porównania takie, jak to Jan opisał wcześniej, w prologu do swojej ewangelii. I znowu - nawiązanie do naszego wyboru, wprost nazwanego sądem - Światło do nas przychodzi, ale zbyt dobrze jest nam babrać się w naszej ciemności, żebyśmy chcieli wyjść z cienia i zwrócić się ku Światłości. Mamy też wprost diagnozę - złe uczynki, tu jest problem. Możemy się uważać za religijnych, porządnych, chodzących może i do kościoła, przyjmujących sakramenty - po czym, odkreślając religijny niedzielno-świąteczny kącik życia religijnego Bogu, postępujemy po swojemu w naszym codziennym życiu. Czyli prawie wszędzie.   

Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu. Musimy pozbyć się, odrzucić to wszystko, co neguje lub odciąga od Światłości. Odejść od tego, co ciemne i złe, i już tym samym - niczym innym - wykonać pierwszy krok ku Światłości. Żeby, zbliżając się do tego Światła, z radością zrozumieć, że im dalej na tej drodze, tym bardziej jest ona spójna, logiczna, piękna i po prostu właściwa, jedyna. Pozwólmy Bogu uczynić dobro, rozbłysnąć Światłem w nas.  

piątek, 17 lutego 2012

Kierunek - zbawienie

Potem Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: Za kogo uważają Mnie ludzie? Oni Mu odpowiedzieli: Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków. On ich zapytał: A wy za kogo mnie uważacie? Odpowiedział Mu Piotr: Ty jesteś Mesjasz. Wtedy surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili. I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa. Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. (Mk 8,27-33)
Chodził, nauczał, działał. Nie siedział w miejscu. Ciekawe mogą być okoliczności, w jakich ta rozmowa, którą opisuje ewangelista, miała miejsce. Szli gdzieś? A może podczas postoju.

Pytanie padło dość proste. Nie tyle - kim jestem, ale - za kogo inni mnie uważają? Jak mnie widzą? Co o mnie sądzą? Różne słowa, ale sedno to samo. Odpowiedzi padło kilka, pewnie ze strony kilku osób. Co ciekawe, nie odnieśli tego pytania do siebie. Przekazali Mistrzowi, za kogo uważają Go inni, nie oni sami.  Dlatego Jezus precyzuje - a wy, co sądzicie? Można się domyślać, że energiczność i spontaniczność Piotra (którą, nota bene, sam Jezus potępił w Ogrójcu, gdy Piotr rzucił się z mieczem na jednego z żołnierzy) spowodowała, że to właśnie od odpowiedział. Ty jesteś Mesjasz. Kawałek dalej, w innym miejscu, dodano jeszcze: Syn Boga żywego. 

Na czym polega piękno tych słów? Na ich prostocie i tym, że podyktowane były porywem serca Piotra. Bez uszczypliwości, trudno posądzać go - prostego rybaka - aby w tym momencie (nie mówię o tym, co działo się po zmartwychwstaniu) zdawał sobie w pełni sprawę z tego, kim był Jezus. Widział cuda, czuł że jest kimś wielkim, słyszał proroctwa i piękne, bo prawdziwe i z sercem głoszone nauczanie. Szedł za Jezusem - czy jednak wiedział, dokąd ta droga zaprowadzi, nie tylko jego, ale i Jezusa? Wówczas chyba jeszcze nie. 

Co innego - Jezus. Rozumiał, dokąd zmierza. Widział cierpienie, widział drogę krzyżową, biczowanie, krzyżowanie. Ale jego wzrok padał dużo dalej - poza krzyż, nawet poza grób. Wiedział, że Jego droga prowadzi dalej, że ta brutalna i straszna śmierć będzie zaczynem, początkiem czegoś co jest jedynym ratunkiem dla pogubionej kompletnie ludzkości. Wiedział, że swoją śmiercią uczyni wszystko nowe - to przecież Jego własne słowa. On sam będzie istniał dalej, jako zmartwychwstały Bóg-człowiek, jednak tym zmartwychwstaniem otworzy drzwi do życia bez końca dla innych, dla ludzi. 

Na koniec... Piotr dostał po uszach. Czemu nic nie mówić głośno? Czemu siedzieć cicho? Bo myślał po ludzku. Bo Jezus miał jeszcze wiele do zrobienia - a jakiekolwiek, dzisiaj byśmy nazwali, PR-owe działania po porostu by Mu zaszkodziły i przyspieszyły to, co miało się stać w odpowiednim momencie. Chociaż pewnie oznaczały by dla tych, którzy z Nim szli - w tym i Piotra - popularność, sławę i uznanie. Przyjemna perspektywa. Dla nas to też nauczka. Jezus nazwał go szatanem - dlaczego? Bo w piotrowym sposobie myślenia górę brały względy ludzkie, a nie boskie. A my przecież, choć żyjemy w świecie, musimy poruszać się w nim z dobrze ustawionym kompasem. Kierunek - niebo, zbawienie. 

piątek, 25 listopada 2011

Wicie gniazda nie tam, gdzie trzeba

Jezus powiedział do swoich uczniów: Skoro ujrzycie Jerozolimę otoczoną przez wojska, wtedy wiedzcie, że jej spustoszenie jest bliskie. Wtedy ci, którzy będą w Judei, niech uciekają w góry; ci, którzy są w mieście, niech z niego uchodzą, a ci po wsiach, niech do niego nie wchodzą! Będzie to bowiem czas pomsty, aby się spełniło wszystko, co jest napisane. Biada brzemiennym i karmiącym w owe dni! Będzie bowiem wielki ucisk na ziemi i gniew na ten naród: jedni polegną od miecza, a drugich zapędzą w niewolę między wszystkie narody. A Jerozolima będzie deptana przez pogan, aż czasy pogan przeminą. Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie. (Łk 21,20-28)
Ciąg dalszy tego, o czym pisałem ostatnio.

Kolejna odsłona strachu człowieka przed tym, co ostateczne. Przyzwyczajamy się do tego, co mamy, czym się otaczamy, czym możemy się zasłaniać przed światem i ludźmi, za czym możemy się chować z naszymi problemami, słabościami i grzechami. Ciepło, miło, wygodnie. Problem polega na tym, że to się kiedyś kończy. Wijemy sobie gniazdko nie tam, gdzie trzeba i nie wtedy, kiedy trzeba. Tutaj nie ma przyszłości. 

Ta przyszłość rysuje się przed nami przez całe życie, nawet jeszcze zanim przez chrzest zostaliśmy włączeniu do Kościoła, i po prostu z biegiem czasu się przybliża. Nieuchronna (co nie znaczy - smutna) perspektywa śmierci, odejścia z tego świata. Pytanie - do czego, i do dalej - to kwestia otwarta, bo mamy wybór. Od nikogo innego, tylko ode mnie zależy, czy czeka mnie zbawienie, czy zatracenie. Nie sam się zbawiam - zbawiam Bóg - ale potępić się mogę tylko swoją głupotę, egoizmem, brakiem woli słuchania, rozumienia i wyciągania wniosków.

I tak sobie idziemy przez życie, raz bardziej radośni i zadowoleni z siebie, a kiedy indziej mdlejący ze strachu (cytując ewangelistę) przed tym, co nieznane, co przed nami, czemu trzeba będzie stawić czoła. Problem polega na tym - jeśli jesteś tym, za kogo się deklarujesz, czyli człowiekiem wierzącym, wyznawcą Jezusa, Boga w Trójcy Świętej jedynego, to nie masz się czego bać. Choćby na twojej drodze życia czekały nie wiem jakie cierpienia, poniżenie czy nawet męczeństwo (dzisiaj męczenników mamy coraz więcej - wystarczy popatrzeć na sytuację na Bliskim Wschodzie). To tylko koniec tego życia, wejście, drzwi do tego, co lepsze i co niezniszczalne, trwałe, wieczne. Nie takie jak wszystko, co mamy tutaj.

Role odwrócą się, gdy stanie się to, o czym mowa na końcu - przyjdzie Syn Człowieczy, jak w opisie z proroka Daniela (Dn 7, 13). Wtedy tym, którzy żyli na całego, nie przejmując się tym, co będzie później, po prostu zrzednie mina. Wtedy prawdziwa radość rozpali serca tych, którzy - a niech i używali życia, bo czy samo w sobie jest to czymś złym? - mieli świadomość swojej kruchości, przemijalności, i pomimo glinianych naczyń swoich ciał swoje życie złożyli w ręce Jedynego, który temu życiu mógł nadać prawdziwy sens i być dla niego perspektywą: Bogu. Wielka moc i chwała. 

Szkoda, że - skoro deklarujemy się jako wierzący - brak jest najczęściej i po prostu nie widać w nas tej radości, która wyznawców Chrystusa powinna cechować. Nie o pustą euforię czy głupawkę chodzi - ale o radość wewnętrzną, która człowieka uskrzydla i promieniuje z niego na tych, którym brak jest nadziei, perspektyw, punktu odniesienia. Nie trzeba czekać do dnia sądu. Nabierz ducha i podnieś głowę już teraz! Z każdą sekundą twoje zbawienie zbliża się do ciebie.

środa, 16 listopada 2011

Pozwól się Bogu odnaleźć i zbawić

Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: Do grzesznika poszedł w gościnę. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło. (Łk 19,1-10)
Ten ewangeliczny obrazek to wielka nadzieja dla wszystkich ludzi, którzy ciągle się wahają, którzy boją się podjąć trudną, ale ważną decyzję o nawróceniu. Dla tych, którzy z uporządkowaniem (albo w ogóle nawiązaniem) swoich relacji z Bogiem czekają.

Ktoś mógłby powiedzieć - Zacheusz był ciekawski. Może. Nic dziwnego - na pewno słyszał o tym cudotwórcy, uzdrowicielu i nauczycielu tłumów. Nie był głupi, więc zauważył od razu, że różnił się bardzo od faryzeuszy i uczonych w Piśmie - nie był pyszny, nie oczekiwał zapłaty, poklasku i szacunku. Obchodził kraj, nauczając o dziwnym, ale jakże pociągającym Bogu miłości, Bogu - Ojcu miłosierdzia, leczył chorych, zdarzyło mu się nawet wskrzeszać, odpuszczał grzechy. Przyciągał tym ludzi, bo widać było, że robi to z miłości do nich, a nie dla własnej korzyści. Trudno to było opisać, ale w głębi serca czuł, że jeśli Bóg ma na ziemi swojego wysłannika, to właśnie Tego człowieka. 

Zabawnie musiało wyglądać, jak znany i szanowany szef celnik wdrapuje się na drzewo, i wypatruje Jezusa. Nie wiedział, że Jezus już wtedy znał go, rozumiał jego potrzeby i pragnienia. Co więcej, zamierzał wyjść im naprzeciw. Stąd takie a nie inne słowa. Chciał zamieszkać na czas pobytu w Jerychu właśnie u Zacheusza. Wielka nobilitacja - a w praktyce, krok, którego brakowało, aby z sumy ciekawości Zacheusza i tego właśnie kroku doszło do efektu końcowego - nawrócenia Zacheusza. Dlatego nie straszna mu była tak konkretna i przeliczalna na niemałe pieniądze deklaracja - pół majątku dla biednych i czterokrotne wynagradzanie każdemu skrzywdzonemu. Fakt, miał środki, ale wielu je miało (vide - bogacz i Łazarz choćby) i wcale nie starali się nimi wspomagać potrzebujących, wręcz przeciwnie. Nawrócony grzesznik, człowiek któremu przebaczono, nie miał tego problemu. Dla niego wszystko było jasne. Jeśli iść za Jezusem - to dosłownie, nie tylko wybierając to, co w danej sytuacji po mojej myśli, wygodne. 

I najważniejsze w tym tekście - ostatnie zdanie. Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło. Bo nie przyszedł do wszystkich "sprawiedliwych". Cudzysłów celowo - sprawiedliwych w ich własnym mniemaniu. Grzech dotyka nas wszystkich, i do nas wszystkich przyszedł i przychodzi Jezus. Tylko że tę grzeszność najpierw trzeba przyjąć, zrozumieć ją i pogodzić się z nią (w tym sensie, że nie negować jej). Pozwolić się Bogu odnaleźć i zbawić.

środa, 7 września 2011

Wskrzeszenie ku Bogu

Jak przejęliście naukę o Chrystusie Jezusie jako Panu, tak w Nim postępujcie: zapuśćcie w Niego korzenie i na Nim dalej się budujcie, i umacniajcie się w wierze, jak was nauczono, pełni wdzięczności. Baczcie, aby kto was nie zagarnął w niewolę przez tę filozofię będącą czczym oszustwem, opartą na ludzkiej tylko tradycji, na żywiołach świata, a nie na Chrystusie. W Nim bowiem mieszka cała Pełnia: Bóstwo, na sposób ciała, bo zostaliście napełnieni w Nim, który jest Głową wszelkiej Zwierzchności i Władzy. I w Nim też otrzymaliście obrzezanie, nie z ręki ludzkiej, lecz Chrystusowe obrzezanie, polegające na zupełnym wyzuciu się z ciała grzesznego, jako razem z Nim pogrzebani w chrzcie, w którym też razem zostaliście wskrzeszeni przez wiarę w moc Boga, który Go wskrzesił. I was, umarłych na skutek występków i nieobrzezania waszego grzesznego ciała, razem z Nim przywrócił do życia. Darował nam wszystkie występki, skreślił zapis dłużny obciążający nas nakazami. To właśnie, co było naszym przeciwnikiem, usunął z drogi, przygwoździwszy do krzyża. Po rozbrojeniu Zwierzchności i Władz, jawnie wystawił je na widowisko, powiódłszy je dzięki Niemu w triumfie. (Kol 2,6-15)
Dziś, dla odmiany, czytanie - wczorajsze. Nota bene, co dowiedziałem się po fakcie dopiero, gdy wypadało liturgiczne wspomnienie współczesnej nam apostołki ubogich, bł. matki Teresy z Kalkuty. Ciekawa zbieżność, biorąc pod uwagę to, o czym mówi tekst.

O czym są te słowa? O drzewie, którym tak naprawdę jest każdy z nas. Drzewie, które przez sakrament chrztu zostaje wszczepione, zasadzone w Chrystusa i Jego Kościół. O drzewie, które - wbrew temu, co można usłyszeć czy wyczytać w mediach - rozwija się dobrze, harmonijnie i perspektywicznie dopiero wtedy, gdy wrośnie w Boga. Owszem, można żyć bez Niego, pozostając w przekonaniu własnej wielkości, uzdolnień, możliwości i że to wszystko zawdzięcza się samemu sobie - natomiast pozostaje to niczym innym jak tylko złudzeniem. Każdy sam wybiera, jak chce żyć.

Żywioły świata - kapitalne sformułowanie. To wszystko, co mamy wokół, i co samo w sobie złym nie jest, jednakże staje się złe, gdy przesłania całą resztę. Praca, sława, pieniądze, tytuły, światowość, blichtr. Nie ma nic złego w tym, gdy człowiek ma dobrą pracę, jest z powodu czegoś co zasługuje na uznanie sławny i rozpoznawalny, zarabia przez to godziwie dobre pieniądze. Zło zaczyna się wtedy, gdy przestajesz widzieć cokolwiek innego - rodzinę, przyjaciół, tych których kochasz. Wtedy zaczyna się niewola, równia pochyła. 

Cały przysłowiowy dowcip polega na uświadomieniu sobie, kim ja jestem, kim my jako ludzie jesteśmy - słabymi i kruchymi naczyniami, ale napełnionymi tym właśnie bóstwem Jezusa. Napełnionymi nie inaczej, jak właśnie przez chrzest, który jest preludium do życia sakramentalnego, które to preludium poszczególne późniejsze etapy podróży z Bogiem mają uzupełniać - sakrament pokuty i pojednania, Eucharystia, małżeństwo czy święcenia/śluby zakonne. Chrzest, paradoksalnie - co uświadamia nam autor natchniony - jest jednocześnie pogrzebaniem starego człowieka i wskrzeszeniem człowieka nowego, żyjącego już w sposób doskonalszy, bo ku Bogu. Nasz dług, ciągnący się przez grzech pierworodny, został unicestwiony na krzyżu - jak również i ten, który jest źródłem i siłą sprawczą złego, czyli sam Zły.

Nic, tylko korzystać, i zapuścić te korzenie.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Zaparcie? A może po prostu wzięcie na serio? Odpowiedzialność? Konsekwencja?

Jezus zaczął wskazywać swoim uczniom na to, że musi iść do Jerozolimy i wiele cierpieć od starszych i arcykapłanów, i uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie. A Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie. Lecz On odwrócił się i rzekł do Piotra: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi, i wtedy odda każdemu według jego postępowania. (Mt 16,21-27)
Zdarzyło mi się usłyszeć kiedyś taki opis tego fragmentu - a, tam, gdzie Jezus opiep... strofuje Piotra. Trudno się z nim w sumie nie zgodzić. Może o tyle, że to nie samo strofowanie, a po prostu - naprowadzanie, kierowanie we właściwą stronę. 

Tak naprawdę, to reakcji Piotra trudno się dziwić. Po ludzku. Od 3 lat chodzi za Jezusem, jest jednym z pierwszych, którzy za Nim poszli, widzi wzrost zainteresowania Ewangelią, osobą Mistrza, rysuje się pewnie przed nim mniej lub bardziej obiecująca przyszłość. Nie wiem, czy w kontekście rewolucji, niepodległości Izraela, wyzwolenia spod panowania Rzymu. On na pewno w Jezusa wierzył i widział, jak wiele dobrego czyni, a jednocześnie - jak szybko rozrasta się liczba tych, którzy decydują się zasłuchać w to, czego Pan naucza. A tu - nagle (bo człowiek z założenia wypiera, nie zauważa tego, co niewygodne i nie pasuje do jego postrzegania sytuacji) dowiaduje się, że właściwie to ten Mesjasz idzie w znanym sobie kierunku, do Jerozolimy, aby... umrzeć? Już nawet nie dochodzi do tego magicznego na końcu "zmartwychwstanie". Pewnie nie rozumiał. Wystarczy, że Jezus powiedział, że idzie, aby umrzeć. Zareagował bardzo po ludzku, z właściwym dla siebie wzburzeniem, ale kierując się przede wszystkim troską. Nigdy! To nigdy nie nastąpi! 

Jezus zdawał sobie sprawę z tego, że czeka Go rzeczywistość bardziej, niż trudna - wielki ból, męka i cierpienie. Rzeczywistość, jakiej nawet ci najwytrwalsi w tej chwili sobie nie wyobrażali - i, jak się miało okazać, nie umieli we właściwym momencie sprostać, bo pouciekali. To było jednak konieczne. Jezus musiał dojść pod krzyż i na nim oddać życie, aby dopiero móc zmartwychwstać. Żyjący, nie mógł by tego zrobić. Nie jest powiedziane, że musiało by dokładnie tak, że Bóg nie dał by sobie rady ze zbawieniem człowieka w inny sposób, w innej formie. Miało się to jednak wykonać właśnie tak. Dlatego tak gwałtowna Jego reakcja i tak ostre słowa. A właściwie - nic innego, jak nazwanie po imieniu stanu faktycznego - tego, że Piotr jeszcze nie potrafił patrzeć i rozumieć w perspektywie szerszej, niż tylko tutaj, dzisiaj, teraz, życie. Zapominał o tym, że sens całego nauczania Jezusa, ostateczna nagroda i cel - jest gdzie indziej, dalej, po śmierci. 

Łatwo było iść za Jezusem, gdy było pięknie, kolorowo, cudownie. Uzdrawiał, nauczał, przywracał nadzieję, wskrzeszał zmarłych, rozmnażał pokarm, odwiedzał tych najmniejszych i najsłabszych. Piotrowi łatwo przyszło wyznanie wiary w Jezusa - niestety, później równie łatwo się jej tyle samo razy zaparł. Łatwo iść do kościoła w niedzielę - ot, żeby tego wyjątkowego dnia tygodnia nie przeleżeć przed telewizorem czy komputerem. Łatwo pośpiewać Serce moje weź czy inny wzniosły tekst. Trudniej, gdy trzeba faktycznie coś z siebie dać. Schody zaczynają się, gdy człowiek zdaje sobie sprawę z rzeczywistości krzyża. Tak, zmartwychwstanie później jest ważniejsze i większe - ale do niego prowadzi droga własnego krzyża, tego samego, który niósł na Golgocie Jezus. Tego mojego. 

Jeśli jestem zbyt ślepy, zbyt zaprawiony w usprawiedliwianiu samego siebie - nic prostszego, w konfesjonale, o ile szczerze opowiem, co i jak, dowiem się, gdzie jest szczególne pole do popisu dla tego mojego zapierania się samego siebie. Przestań kraść. Porzuć tę kobietę/mężczyznę - to konkubinat - albo przysięgnijcie przed Bogiem, ślubujcie. Walcz z nałogiem - nie pal, nie ćpaj, nie onanizuj się. Co wtedy? Wtedy okazuje się, czym ma być moje pójście za Jezusem. A ma być walką, bo Jezus nie szuka bylejakości, usprawiedliwiania samego siebie, beznadziejności i braku motywacji. On sam zainspiruje cię - o ile ty zdecydujesz się na konkretne kroki. I tu nie ma innej drogi. Jeśli ktoś chce iść za Mną - to nie jest jedna z dróg, jakimi człowiek może zmierzać do Królestwa. To ta jedyna - choć dla każdego inna. 

To, że jest trudno, jest zrozumiałe. W końcu - nie będąc z tego świata, posłani z innego i do innego zmierzający - żyjemy tutaj, właśnie w nim, w żadnym innym. To jest klucz - ta optyka: nie to, co ludzkie, ale to, co Boże. Bo, czy chcemy, czy nie, stajemy się bardziej światowi. Nie musi to oznaczać od razu jakiejś tragedii - ale ten świat ze swoimi trendami, przyzwyczajeniami i sposobem bycia po prostu pociąga. Przestajemy myśleć, jak tego uczy Bóg; zaczynamy skupiać się na realizowaniu typowo ludzkich, namacalnych i materialnych pragnień; szczytem marzeń okazuje się ta czy inna zachcianka, tamten czy inny ciuch, a perspektywa kończy się nagle tutaj, w doczesności. Nie, nie chodzi o to, żeby świat zanegować, stanąć do niego bokiem, albo starać się być poza nim. Tak się nie da. Chodzi jednak o to, aby pamiętać - jesteśmy tu po drodze, przejazdem jakby, i nic stąd nie zabierzemy, poza tymi niewidocznymi owocami naszego wędrowania. 

Co ze sobą począć? Świetną radę daje Jeremiasz, z pierwszego czytania: 
Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść; ujarzmiłeś mnie i przemogłeś. (Jr 20,7-9)
Pozwól się Bogu uwieźć. Daj się Bogu ujarzmić. On niczego ci nie zabierze, w żaden sposób nie uczyni cię gorszym - On tylko ubogaca. A gdy Mu pozwolisz, pokaże ci świat pełen prawdziwych możliwości. Tak, ten nasz ludzki, czasami tak obrzydliwy i brudny świat, w którym w piękny sposób można się realizować. Nie jest to, co prawda, życie w formie jednych wielkich wakacji i imprezy - ale życie w ciągłej świadomości krzyża. A jednak - na pewno będzie sensowniejsze. Zresztą - na chłopski rozum - po wakacjach zawsze czeka powrót do brutalnej rzeczywistości. Gdy jednak ta rzeczywistość będzie oswojona, bo i przemodlona, gdy będzie takim, gdy tego potrzeba, traceniem życia dla/z Jezusem, może się okazać - wzięta tak na poważnie, odpowiedzialnie - wcale nie taka straszna. A dobrze przeżyta - na pewno bardziej owocna.

środa, 17 sierpnia 2011

Liczy się każda godzina

Wpis nr 200 :)
Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie? Odpowiedzieli mu: Bo nas nikt nie najął. Rzekł im: Idźcie i wy do winnicy! A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych! Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty. Na to odrzekł jednemu z nich: Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry? Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi. (Mt 20,1-16a)
Klasyczny i jak dobrze znany przejaw ludzkiej zazdrości, typowy przykład postawy czy się stoi, czy się leży, 400 się należy. Ktoś powie - z poprzedniej epoki. Nawet nie, bo to stare jak świat. I ciągle aktualne. Ale tacy właśnie jesteśmy. Bez względu na to, czy w ogóle i ile się napracowaliśmy, oczekujemy wiele; najczęściej w ogóle na to nie zasługując. 

Czy którykolwiek z najętych przez gospodarza robotników został w jakikolwiek sposób pokrzywdzony? Nie. Wiemy, że tamci pierwsi - później tak bardzo roszczeniowi - mieli dostać dniówkę w wysokości denara. Ile obiecał pozostałym, których najmował w ciągu dnia? Nie wiemy. Najwyraźniej uznał, że skoro i oni przyłożyli się do pracy w winnicy, należała im się taka sama wypłata. Mógł tak postąpić? Mógł. Ci pierwsi, z którymi umówił się co do kwoty, nie dostali mniej - a dokładnie tyle, ile dostać mieli. Kłuło ich oczy, że inni, którzy dołączyli do nich przy pracy później, otrzymali tyle samo. Przecież oni właśnie tyrali tam od rana - a gospodarz zrównał ich wynagrodzenie z takimi, którzy zabrali się do roboty późnym popołudniem. 

Tacy już jesteśmy. Zamiast zająć się tym, czy prawidłowo nam odmierzono, i cieszyć się, gdy tak jest - zajmujemy się wszystkimi na około. A czemu ten dostał tyle samo? Ale przecież pracował mniej. Ale przecież mu się nie należy tak wiele. Ale... Same "ale". Taka nasza przewrotność. Jednak czemu w tej sytuacji? Skoro troszczymy się o własne interesy - o co chodzi? Przecież tu nie ma troski o drugiego - a, błędne, poczucie pokrzywdzenia mnie samego. Dostałem tyle, ile miałem. Więc o co chodzi? 

Bóg, na szczęście, patrzy i rozdziela inaczej. Dla Niego nie ma znaczenia, kiedy ktoś Go zauważył, w jakim momencie, w jakiej porze życia odpowiedział na Jego zaproszenie, dzisiaj przykładowo zobrazowane jako praca w winnicy. Tak, On jest dobry - jeśli o kimkolwiek właśnie można tak powiedzieć, to najpierw o Bogu. I właśnie ta dobroć, a przede wszystkim związana z nią miłość bez granic każe wychodzić samemu czy wysyłać swoich posłańców, aby poszukiwali tych, którzy marnują bezproduktywnie, bezczynnie kolejne dni swojego życia, nie zajmując się niczym. On ich szuka i chce ich byciu nadać sens. Pewnie mało kto odmówi wprost, ale zawsze znajdą się malkontenci - tacy, którzy jak ci najęci z samego rana, będą gardłować i dywagować o sprawiedliwości wynagrodzenia za ten sensowny trud, jakiego się podjęli. 

I tu dochodzimy do sedna. Przy pieniądzach te dywagacje mogą mieć sens. Ale przy zbawieniu? Zupełnie. Przychodzisz do Boga, odpowiadasz na Jego wezwanie - wygrałeś, zbawienie staje się twoim udziałem. Nie ma znaczenia moment, pora. Bóg nie może zbawić tylko kawałka człowieka, stosownie do tego, jaką część życia człowiek przeżył dobrze. Liczy się to, że Boga odnalazł, choćby i w jesieni życia. Liczyć się będzie każda godzina przepracowana w Bożej winnicy.

środa, 27 lipca 2011

Gromadzenie śmieci

Jezus powiedział do tłumów: Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Z radości poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją. (Mt 13,44-46)
Przypowieści ciąg dalszy. Dlaczego przypowieści? Bo naszej, ludzkiej tęsknoty do Królestwa Bożego nie sposób inaczej wyrazić. Tak jak starotestamentalny Mojżesz, stajemy zachwyceni, z lśniącą twarzą po spotkaniu z Bogiem, który tak wielką nam złożył obietnicę. Naszej egzystencji tutaj, naszych potrzeb nie da się zestawić z tym, co będzie dalej, później, gdy nastąpi kres naszego życia ziemskiego. Ważne jest, że jesteśmy gotowi wiele - wszystko? - oddać, aby owo Królestwo posiąść. To dobrze, bo większej wartości nie sposób sobie wyobrazić.

I jakby od drugiej strony - nie ma innej wartości, dla której warto się tak starać. Owszem, są sprawy i sfery na pewno także istotne dla każdego z nas, jednak nie aż tak, jak ta, kluczowa - kwestia zbawienia, osiągnięcia Królestwa. To trzeba wyraźnie powiedzieć. Staranie się samo w sobie nie wystarczy - bo pozostaje tylko formą, która jest pusta, dopóki nie wypełni się jej treścią. Treścią jest to wszystko, czego się szuka. Można stracić życie na szukaniu bzdur i gromadzeniu rzeczy bezwartościowych, a można spalić się na pięknym, wytrwałym i szlachetnym poszukiwaniu spraw najważniejszych. 

Nazwij ten cel skarbem, nazwij go perłą - nazwij jak chcesz. To nie ma znaczenia. Liczy się to, że gdy tego największego skarbu szukasz sercem czystym, autentycznym, wolnym od kłamstwa, pozorów i dwuznaczności, wtedy osiągniesz cel. Dojdziesz do Niego, Boga który z otwartymi ramionami czeka na każdego z nas, stanie się dla ciebie skarbem, którego już nie będziesz musiał chować przed innymi. Bo nie jest najważniejsze to, czy opływasz w (ludzkie) skarby za życia - ale co z tym życiem zrobisz: czy wykorzystasz je do poszukiwania tego, co wartościowe, czy na gromadzenie śmieci. 

>>>

Po przeprowadzce, w nowym domu, montowanie kabiny prysznicowej, synek szaleje bo nowe miejsce. Urlop do końca przyszłego tygodnia. Szkoda, że pogoda taka... jak u schyłku lata. Choć do roboty - w porządku. 

piątek, 22 lipca 2011

Egoizm i wybór

Miłość Chrystusa przynagla nas, pomnych na to, że skoro Jeden umarł za wszystkich, to wszyscy pomarli. A właśnie za wszystkich umarł Chrystus po to, aby ci, co żyją, już nie żyli dla siebie, lecz dla Tego, który za nich umarł i zmartwychwstał. Tak więc i my odtąd już nikogo nie znamy według ciała; a jeśli nawet według ciała poznaliśmy Chrystusa, to już więcej nie znamy Go w ten sposób. Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe. (2 Kor 5,14-17)
Mała odmiana, zamiast tekstu ewangelii dzisiaj jedno z czytań, jakie Kościół przygotował na przypadające wspomnienie św. Marii Magdaleny. 

Bóg zwraca uwagę na bardzo ważną sprawę, z którą sam - co w tych dniach szczególnie mocno sobie uświadamiam sam, ale też uświadamiają mi inni - mam spory problem. Bo chodzi o egoizm. Tak, jesteśmy egoistami - w ogóle jako ludzie - a ja jestem tutaj przykładem, niestety, wybitnym. Tymczasem pomiędzy tymi, którzy poszli za Jezusem, nie powinno być egoizmu w ogóle. Tu nie ma miejsca na patrzenie tylko na czubek własnego nosa i realizowanie własnych zachcianek i wymysłów. Bóg oddał za mnie życie na krzyżu nie dla afirmacji i utwierdzenia mnie w pielęgnowaniu swojego ego - ale po to, żebym otworzył oczy i rozejrzał się naokoło. 

Co tam zobaczę? Ano innych ludzi. Ludzi, do których ten - umarły, ale zmartwychwstały i żyjący - Bóg mnie posyła. Nie są oni tylko dekoracją świata, który ma się kręcić wokół mnie, ale są postawieni - oni na mojej, ja na ich - na drodze życia innych ludzi. Nie mamy mijać się nijak, unikając siebie, ale spożytkować siły kreatywnie, dla Jezusa. Jezusa, który przecież uczy nie nic innego tylko tego, że odpowiedź na swoje pytania i pragnienia znajdziesz zawsze w Bogu, i z Jego pomocą najczęściej w drugim człowieku. 

My jesteśmy tymi nowymi stworzeniami. Nowość, jaką otrzymaliśmy, to chrzest święty, i dalsze sakramenty. Nowym stworzeniem jesteś nie tyle, gdy formalnie jesteś (formalnie nie wystąpiłeś) w Kościele - ale wtedy, gdy tak naprawdę czujesz, że jesteś w Nim i robisz coś, aby być w Nim faktycznie. O ile nie zawsze to, co nowe, musi być lepsze - o tyle jednak w tej sytuacji jedno jest pewne: to właśnie, alternatywa jaką daje nam Syn Boży, jest najlepszym, co może nas spotkać w życiu. Warto pamiętać - sam Jezus używa słowa jeżeli. Nic na siłę. Nawet Bóg nic nie zrobi wbrew człowiekowi. Nie warto tracić czasu na to, co dawne. Stoi przed nami świetlana przyszłość, jeśli tylko chcemy dać się Bogu do niej zaprosić.

>>>

Zaczynam dwutygodniowy urlop. Pisać będę na pewno rzadziej, o ile w ogóle będzie czas. Trzeba się zdystansować.

niedziela, 3 kwietnia 2011

Non abbiate paura - 33 lata później

Nie bójcie się, otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi.

Dla Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i politycznych, szerokie dziedziny kultury, cywilizacji, rozwoju! Nie bójcie się! Chrystus wie, co nosi w swoim wnętrzu człowiek. On jeden to wie!

Dzisiaj często człowiek nie wie, co kryje się w jego wnętrzu, w głębokości jego duszy i serca. Tak często niepewny sensu życia na tej ziemi i ogarnięty zwątpieniem, które zamienia się w rozpacz. Pozwólcie więc, proszę was, błagam was z pokorą i zaufaniem! Pozwólcie Chrystusowi mówić do człowieka! On jeden ma słowa życia, tak, życia wiecznego. Właśnie dzisiaj cały Kościół obchodzi dzień misyjny, modli się, rozmyśla, działa, ponieważ Chrystusowe słowa docierają do wszystkich ludzi i są przez nich przyjmowane jako posłanie nadziei, ocalenia, całkowitego wyzwolenia. (Homilia podczas inauguracji pontyfikatu, Plac św. Piotra, 22.10.1978)

To papieskie wołanie, to głośne, wymowne i wyraźne Non abbiate paura Jana Pawła II stało się jakby kluczem, programem jego pontyfikatu. Wypowiedział je, mocno akcentując poszczególne słowa, blisko 33 lata temu - z których następne 27 dzielnie, do kresu swych ziemskich sił wcielał w czyn, niósł światu i ludziom w nim żyjącym, bez względu na pochodzenie, wyznanie, prezentowane poglądy, status majątkowy. 

Kto by pomyślał, że odszedł już 6 lat temu. Dla mnie to jak rok wstecz. Czas bardzo szybko leci - a my z nim, nawet bardzo często jeszcze szybciej. A im szybciej biegniemy, pędzimy, wiecznie zasapani, spóźnieni, zagubieni - tym łatwiej się pogubić, tym łatwiej o lęk i zwątpienie. Goniąc zaś, zdobywając różne dobra, coraz bardziej w nie zapatrzeni, boimy się. Czego? Tego, że nas ich ktoś pozbawi. Że nas ktoś prześcignie i następnej gonitwy nie uda się skończyć na równie dobrej, premiowanej pozycji - czy chodzi o sprawy zawodowe, ambicje, plany, czy nawet kwestie relacji międzyludzkich, więzi rodzinnych przyjacielskich (które przecież tak bardzo inne są - ale zagonieni zrównują sobie ich postrzeganie z tym, jak postrzegają i działają w pracy). 

Chrystus wie, co nosi w swoim wnętrzu człowiek. On jeden to wie! Właśnie. Jezus Chrystus, Bóg-Człowiek, nie jest alternatywą, jedną z wielu równie dobrych dróg. Jest tym, który swoje bóstwo napełnił po brzegi człowieczeństwem, który przez swoje człowieczeństwo dokonał odkupienia wszystkich ludzi, żyjących zarówno przed, jak i po Nim. Człowiek może się prawdziwie i w sposób pełny zrealizować tylko idąc tą drogą, którą On wskazuje. 

Nie bójmy się. Albo inaczej - bo strach jest ludzki: bójmy się tego, czego bać się warto, czego bać się można. Wiele jest takich spraw. Ale nie bójmy się Boga, jedynego który stanowi pełną i dokładną odpowiedź na wszystkie pragnienia, lęki i porywy serca. Tej odpowiedzi często szukamy po omacku, pragniemy - a jesteśmy zbyt zaślepieni albo pewni siebie, aby poszukać jej właśnie u Boga. Wystarczy, choć to czasem trudne, się w Niego zasłuchać. Nie zagłuszyć Go, ale pozwolić Mu przemówić do serca człowieka. Tak jak przez cały swój pontyfikat mówił do ludzi, już niebawem, za niecały miesiąc, błogosławiony - Jan Paweł II.

piątek, 25 marca 2011

Klapki na oczach nie są usprawiedliwieniem

Jezus powiedział do faryzeuszów: Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień świetnie się bawił. U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany. Gdy w Otchłani, pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. I zawołał: Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu. Lecz Abraham odrzekł: Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać. Tamten rzekł: Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca. Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki. Lecz Abraham odparł: Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają. Nie, ojcze Abrahamie - odrzekł tamten - lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą. Odpowiedział mu: Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą. (Łk 16,19-31)
To obrazek bardzo wymowny. Dwoje ludzi - więc teoretycznie tacy sami. Owszem, w tamtych czasach - a niekiedy, niestety, także i dzisiaj, uważało się, że ludzie dzielili się na lepszych, tych dobrze urodzonych, majętnych, z ważnych rodów; i gorszych - pospólstwo, biedotę, wywodzących się z nizin społecznych ludzi zazwyczaj niewykształconych, prostych, ledwo wiążących koniec z końcem. No właśnie - dwaj tacy sami ludzie. A jednocześnie - przepaść między nimi. 
Nie, nie chodzi tu o jakieś odgórne, permanentne potępienie bogactwa jako takiego. Samo to, że ktoś własną ciężką pracą, pomysłowością, wytrwałością i uporem doszedł do wysokiej pozycji, zgromadził dobra i jakiś majątek, nie może być z założenia złe. Złe jest to, gdy taki człowiek przestaje cokolwiek widzieć poza tym majątkiem, skupiając się tylko na sobie samym i pomnażaniu tego, co już ma - czy to zaniedbując rodzinę, najbliższych, czy zapominając o obowiązku wspierania tych, którzy są w gorszej sytuacji, mają mniej, a niekiedy wcale. Jak Łazarz. 

Nie każdy bogacz - jak ten, nie wspomniany z imienia - musi trafić do otchłani (wracając do świetnych tekstów i teorii o. Wacława Hryniewicza OMI [zerknij w tagi] - warto pamiętać, że ta otchłań nie musi oznaczać permanentnego potępienia, a jedynie pewien stan, bliżej nieokreślony i nieopisany w czasie, po którym dusza ludzka dostępuje zbawienia, powszechnego). Trafił tam, bo skutecznie miał klapki na oczach w życiu - opadły dopiero tam, na dole. Najpierw próbuje prosić o ulgę dla siebie - okazuje się, że jest ona niemożliwa. O dobre warunki, lepsze miejsce dla siebie, miał okazję zabiegać i walczyć w życiu. Gdy tu nie udaje mu się nic wskórać, przypomina sobie o żyjących dalej dzieciach - prosi o przestrogę dla nich, aby nie skończyły jak on. 

Tu jest właśnie problem. Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają. Nie błądzimy po omacku. Nie jest tak, że jesteśmy pozbawieni tu, w życiu, punktu odniesienie, drogowskazów i wskazówek - jak żyć, czym się kierować, co wolno, czego należy unikać (nie bo tak, tylko znając uzasadnienie, wiedząc czym jest grzech, zło). Mamy to wszystko pod nosem, pewnie większość w domu. Gdzie? Na szarym końcu zakurzonej półki z tymi najrzadziej używanymi książkami. Taka ładnie wydana, twarda, spora. Biblia się nazywa. Tam jest wszystko. Tylko trzeba ją znać, żeby o tym wiedzieć - a żeby znać, czasami zaglądać, czytać, prosić Boga o słowo na dany dzień, dany moment i sytuację. Ktoś może popukać się w czoło i wyśmiać - ale wystarczająco dużo jest świadectw ludzi, którym nawet takie na chybił-trafił otwieranie Pisma Świętego pomogło, podpowiedziało właściwy wybór. 

Zresztą, na Biblii trop się nie kończy. Biblia to wstęp, takie jakby vademecum. Po nim mamy przeszło 2000 lat świata, pełne ludzi, którzy tą naprawdę dobrą i jedyną niezawodną drogą przeszli. Niektórych Kościół formalnie proklamował świętymi (żyjącymi u Boga), wielu innych - także dzisiaj, znamy ich i podziwiamy - żyje cichą codzienną świętością, przekuwając słowa Pana w swoje własne czyny. Nie trzeba do tego być biedakiem i chorym, jak Łazarz. Można być człowiekiem o stabilnej pozycji, dobrej pracy, jakimś tam dorobku finansowym. Ważna jest optyka - w kierunku czego jestem zwrócony, co jest dla mnie najważniejsze, i czym się w tym życiu kieruję. Jeśli wartościami, o jakich nauczał Jezus - to jestem na dobrej drodze, aby dołączyć do Łazarza. Jeśli kasą, zyskiem i niczym więcej - to nawet sytuacja materialna i położenie takie, jakie miał Łazarz, nic mi nie pomogą. 

Na tym przysłowiowy dowcip polega. Mamy podane na tacy wszystko, co jest potrzebne. To, co dzieje się dalej - wczoraj, dzisiaj, jutro, przez całe moje życie - to kwestia zastosowania tego do siebie. Albo to zrobię, albo odrzucę. Jak odrzucę - to pretensje mogę mieć tylko do siebie, w Piśmie Świętym wyraźnie jest napisane, że los takich ludzi nieciekawym jest. Miał rację Abraham, nieco sarkastycznie może, ale z pewnością trafnie, puentując: Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą. Jeśli ktoś nie wierzy w to wszystko, o czym mówi Kościół, Biblia, Jezus - to niby uwierzyć, jak mu się objawi jakiś święty? Gdzie tam - stwierdzi, że to jakiś omam, przemęczenie, że trzeba zrobić sobie przerwę, żeby później jeszcze efektywniej gromadzić to, co naprawdę nieistotne i zbędne. 

Jesteśmy kowalami swojego losu, i żadne wykrętne tłumaczenie tego nie zmieni. Wiara jest nam dana od Pana jako dar i łaska - które możemy odrzucić. Na nikogo nie można wtedy zwalić winy, jeśli taką decyzję się podejmie. 

piątek, 7 stycznia 2011

Jak ciężko nam zgiąć kolana

Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon . Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela. Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny. (Mt 2,1-12)
Żadne wczoraj Trzech Króli było, a uroczystość Objawienia Pańskiego. Ten przydomek - pod którym większość naszego społeczeństwa identyfikuje ten dzień - to skrót myślowy, uproszczenie (odnośnie tekstu, zawartości wczorajszej Ewangelii). Szkoda, że jakby zapytać o nazwę fachową i prawidłową - Objawienie Pańskie - pewnie niewiele osób by wiedziało, co to. 
Kościół jaki jest, taki jest, i daleko dzisiaj do pierwotnej jedności. Co za tym idzie - w różnych chrześcijańskich wspólnotach i różne rzeczy świętowano - u nas właśnie Objawienie Pańskie, u np. luteran także (tylko że oni nazywają ten dzień Epifanią), a bracia prawosławni dopiero zaczynają świętować Narodzenie Pana (u nich Objawienie świętuje się 19.01 - tak to jest, jak niektórzy jadą wg kalendarza gregoriańskiego, a inni juliańskiego).

Jednak - co dzisiaj tak naprawdę świętujemy? Zafascynował mnie tekst o. Macieja Biskupa OP, który sugeruje, że współczesne rozumienie i oddźwięk wczorajszej uroczystości jakby rozmija się z założeniem i tym, co symbolizowała ona pierwotnie. Cytuje on dwie starożytne antyfony na ten dzień:
W tym dniu tak świętym trzy cuda wysławiamy: dziś gwiazda przywiodła mędrców do żłóbka; dziś podczas godów woda stała się winem; dziś Chrystus dla naszego zbawienia przyjął od Jana chrzest w Jordanie. Alleluja. 

Dzisiaj się Kościół złączył z Chrystusem, swoim Oblubieńcem, który go z grzechów obmył w Jordanie; biegną mędrcy z darami na królewskie gody, a woda przemieniona w wino cieszy biesiadników. Alleluja.
W pierwszej - ani słowa o żadnych królach/magach - za to jednoznacznie o Chrzcie Pańskim (obchodzić będziemy go już w najbliższą niedzielę) oraz o cudzie przemiany wody w wino. Coś świta? Tak! Kana Galilejska, początek publicznej działalności Jezusa. W drugiej - owszem, pojawiają się jacyś mędrcy, ale z kontekstu można wnioskować, że chodzi o gości weselnych (pytanie - czy dosłownie: gości weselników z Kany, czy może gości na zaślubinach nieba z ziemią, jak można interpretować narodzenie się Mesjasza?). Czyżby więc dzisiejsze teksty liturgiczne i główny akcent - osoby królów/magów/mędrców - to jakby opowieść dodana dla zobrazowania, ubogacenia obchodów Narodzenia Pana, a nie relacja kronikarska? Jan Turnau używa tu nawet sformułowania - midrasz. 

W tym klimacie można się zastanowić także - ilu było mędrców? Przyjmuje się - trzech, ochrzczono ich nawet imionami Kacpra, Melchiora i Baltazara - co jest akurat praktycznie na pewno wymysłem - bo po prostu pasuje do KMB pisanego na drzwiach. Ciekawe, czy ktokolwiek z piszących - sam wczoraj widziałem - wie i rozumie, co te litery znaczą. Z apokryfów można się doliczyć ich nawet dwunastu. Nie, nie imiona mędrców - a Christus mansionem benedicat czyli jakby prośbę, a może i swego rodzaju pewność, że Chrystus mieszkanie błogosławi (dopełnienie - kolęda, wizyta duszpasterska, gdy kapłan dokonuje pobłogosławienia mieszkania). Skąd pomysł - akurat trzech, poza tym że pasuje do w/w słów? Skoro przynieśli trzy dary - kadzidło, mirrę i złoto (Mt 2, 11) - to pasuje. 

Ale to wszystko tak naprawdę nie ma znaczenia - ani to, że być może pierwotnie liturgia tego dnia akcentowała coś zupełnie innego, inne były teksty, ani też to, ilu było mędrców, skąd przyszli. Symbolika tego obrazka jest bardzo czytelna - i podkreśla dobitnie, że Bóg nie podlega ograniczeniom, że ani narodzenie Pana jako Bożego Syna, ani Jego działalność, a tym bardziej śmierć i zmartwychwstanie nie dokonały się z myślą o jakimś jednym konkretnym narodzie, kraju, rasie ludzkiej - ale o wszystkich, o ludzkości jako całości, o każdym z osobna i wszystkich razem ludziach. Bóg jest transgraniczny, i bez względu na to, jak bardzo my sami tkwimy w ksenofobicznych uprzedzeniach, On  wyciąga rękę także (a może przede wszystkim) do tych, których ja sam czy ktokolwiek inny z mniej lub bardziej uzasadnionego powodu przekreśla lub dyskredytuje. 

Historycznie na pewno można się dowiedzieć, że owa scena - powszechnie zwana pokłonem mędrców - to nic innego jak dowód na to, że także poza Narodem Wybranym (co z perspektywy czasu wygląda śmiesznie  nieco - na Mesjasza czekali, Mesjasz przyszedł i w ogóle Go nie zauważyli, co więcej, następne 2000 lat czekają i doczekać się nie mogą) poganie przybywają, aby uczcić prawdziwego Króla. Stąd ładnie pasuje nazywanie przybyszów właśnie królami - co można bardzo ładnie zestawić: zły król Herod vs. dobrzy, poświęcający się i podróżujący przez pół świata pogańscy królowie, spieszący z darami do Mesjasza. 

Wyżej wspomniałem - to ciekawostki, zagwozdki historyczne, najpewniej z tej perspektywy nie do rozwikłania, choć interesujące. Tak, lubimy pospekulować. Zestawienie trójki przybyszów z Mesjaszem jest tym bardziej wymowne, że trudno chyba o większy kontrast. Oni - uosabiający rozum, wiedzę, naukę, władzę, bogactwo - i On, leżący w żłobie, w jaskini, w środku nocy, bez żadnych atrybutów władzy, a jednak o ileż od nich wszystkich większy. Można nawet dojść do wniosku - ludzie nauki, a do tego poganie, potrafią uszanować i uhonorować Boga lepiej (bo w ogóle) niż rzekomo wierzący. Mesjasz Pan w ciele noworodka, jakby bezradnym, ufnie wyciągającym dłonie do tych, którzy do Niego przychodzą. Tak bardzo boski, a zarazem najbardziej ludzki - dziecko przecież nie potrafi kłamać, jest otwarte, ufne i szczere. Paradoks niezmierzonego Boga, przychodzącego jako mały człowiek, którego każdy może unicestwić.

Bez względu na to, czy kierowała nimi tylko chęć sprawdzenia, czy przepowiednie i proroctwa są prawdziwe, czy coś na nich czeka tam, gdzie wskazuje gwiazda, czy też prowadziło ich serce i poszukiwanie prawdy - są dla nas wzorami. Dali z siebie bardzo wiele po to, aby tam właśnie dotrzeć. Wykazali się wytrwałością i pasją w dążeniu do celu, który sobie obrali. Można zaryzykować - wyruszali na pewno jako poganie, do Tego, który miał być światłem na oświecenie pogan (Łk 2, 32), ale być może do swoich domów powracali już jako wierzący. W końcu, jak mówi Jan, była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi (J 1, 9) - i oni właśnie ową Światłość odnaleźli, pozwolili jej w sobie zajaśnieć.

Nie wszyscy się jednak cieszyli - Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Stereotypowo przyjmuje się - ten zły Herod. Tak, on miał teoretycznie najwięcej do stracenia - bo władzę w całej prowincji, gdyby zbuntowany naród zdetronizował go, a Mesjasza obwołał królem. Prawda jest taka, że - jak to bywa - w każdym takim miejscu jest sobie jakaś tam miejscowa elita, która posiada odpowiednie koneksje i powiązania z władcą, z którego żyje, i w oparciu o którego wypracowała sobie pozycję i majątek. Tak, oni również mieli wiele do stracenia. Im również ten nowy Mesjasz był nie w smak.

Morał? Bóg przychodzi do człowieka, ale człowiek sam musi się w kierunku Boga także pofatygować. Nie chodzi o to, że musimy Mu naznosić złota, kadzidła, mirry czy różnych innych symboli bogactwa. Mamy iść - tacy, jacy jesteśmy, z tym, co mamy. Tak naprawdę - my nie mamy nic, co godne jest i co mogłoby być wspaniałe wobec wielkości Boga. Możemy próbować oczywiście uhonorować Go na ludzki sposób, ludzkimi przejawami tego, co wartościowe. Ale nie o wyścig prezentów tu chodzi. Sednem i jedynym wartym świeczki celem dążenia do Jezusa jest to, aby oddać Mu hołd. Przyjść w pełni mojego człowieczeństwa - radości i smutków, sukcesów i porażek, nadziei i tęsknot - i złożyć to wszystko w Jego miłosierne ręce, wierząc mocno i ufnie, że On jest odpowiedzią. Na wszystko. 

Nie ma znaczenia status majątkowy, wykształcenie, pozycja społeczna, tytuły i stanowiska. To się liczy tylko u ludzi. Bóg patrzy dalej, głębiej. Bóg czeka na każdego, a Jego słowo i łaska nie docierają do żadnej konkretnej grupy społecznej, narodowości czy klasy - a do każdego, kto z czystym sercem uczciwie Go poszukuje i pragnie. To decyduje o tym, czy podróż i droga mają sens, czy przyniosą efekt - czy jestem na Niego otwarty i naprawdę Go pragnę, czy też idę i niby to szukam Go, a tak naprawdę nie wiem, po co, na co, dokąd i dlaczego zmierzam. Jeśli chcę w sobie pielęgnować i święcić własny obrazek Jezusa - to najpierw muszę pozbyć się wszelkich stereotypów, w które my sami Boga i Jego Syna wtłaczamy, a dopiero potem się w Niego zapatrzeć. 

A gdy już znajdę? Wtedy mam być sobą. Nie zgrywać, nie stwarzać pozorów, nie robić z siebie lepszego, mądrzejszego niż jestem. Oddać cześć - uklęknąć, uznać wyższość. O ile jest to bardzo niewłaściwe, gdy człowiek czci samego siebie, kogoś innego, albo jakąś wartość materialną - o tyle w takich sytuacjach jakoś bardzo łatwo przychodzi nam ustąpić, oddać hołd czemuś takiemu. Tutaj, inaczej, gdy jest jedyny moment, jedyna Osoba tak naprawdę godna tej czci - jakoś nie bardzo się do takiej postawy garniemy. Zbyt dumni jesteśmy, za bardzo pewni siebie, za twarde karki. Nie można jednak przed Bogiem klękać i oddawać Mu pola tylko w wybranych sferach i sprawach życia. Bóg chce przeniknąć mnie całego - ze wszystkim, co we mnie, co mnie dotyczy. 

Skąd wiadomo, że spotkanie doszło do skutku, że się udało, że odnalazłem Boga? Bo człowiek z takiego spotkania powraca odmieniony, z odnowionym sercem, z postanowieniami co do zmiany samego siebie. Bo ze spotkania z Bogiem nie wraca się na dotychczasową drogę błędów i grzechów - ale wchodzi się już na nową drogę. Tak, grzechów się nie ustrzeżemy, nie unikniemy ich. Ale Bóg napełnia siłą i pokazuje, że można żyć inaczej, lepiej, pełniej w ten właściwie rozumiany sposób. Od betlejemskiej stajenki wracamy jakby do domu, niby tacy sami i tą samą drogą - ale odmienieni, na nowo posłani, umocnieni nadzieją. 

Na czym polega sztuka? Żeby te wszystkie łaski, których zaczerpnęliśmy od Maleńkiej Miłości, chcieć i umieć zagospodarować. Żeby ich nie zmarnować.

Piękne podsumowanie - Jan Turnau ułożył nową wersję kolędy Mędrcy świata. Dla mnie - bomba:
Mędrcy, mędrcy, nie królowie,
władzy im nie trzeba.
Korona im nic nie powie
o tym, co jest z nieba.
A jest stamtąd gwiazdka mała,
podobna do krzyża.
A jest krzyża wielka chwała,
że sam się poniża.
Prawdziwy nie przypomina
berła ani miecza.
Betlejemska to nowina,
Boża, nie człowiecza.
>>>

Lekarze uznali cud, dokonany za wstawiennictwem Sługi Bożego Jana Pawła II - uzdrowienia francuskiej zakonnicy Marie Simon-Pierre z zaawansowanej choroby Parkinsona. Duży krok naprzód. Czyżby beatyfikacja jeszcze w tym roku? Dla mnie to w sumie bez znaczenia - wierzę, iż osiągnął świętość, czy to się ogłosi formalnie, czy nie.