Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odejście. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odejście. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 grudnia 2015

Zmarł o. Jan Góra OP

W dobie internetu informacje rozchodzą się bardziej niż szybko - wiedziałem już wczoraj. Mniej więcej o tej porze podano publicznie informację o śmierci o. Jana Góry OP (1948-2015). Parafrazując ks. Adama Bonieckiego w kontekście jego książki "Abonent czasowo niedostępny" - do listy takich abonentów, którzy przeszli już na drugą stronę, doszedł kolejny - w mojej ocenie wielki - człowiek. Zmarł - i "umarła" na jakiś czas dominikańska www, serwer kaznodziejów nie wytrzymał ilości wejść... 


Nazwisko pewnie gdzieś tam każdemu się kołacze w głowie, szczególnie jeśli zestawić je z jowialną i dobrotliwą twarzą, opatrzoną siwą czupryną - a całość w białym habicie. "Człowiek od Lednicy". 

Rocznik 1948, w Zakonie Kaznodziejskim już od 1966 r., śluby wieczyste złożył w 1972 r., święcony 2 lata później. Z 41 lat kapłaństwa jakieś 39 spędził w Poznaniu, właściwie jako duszpasterz akademicki przez całe życie (wcześniej lata 1974-1976 spędził w Tarnobrzegu). "Człowiek od młodych". 

Polska poznała go szerzej i zaistniał medialnie, gdy w 1997 r. zaangażował się w dzieło swojego życia: nad Jeziorem Lednickim wybudował stalową bramę w kształcie ryby – znaku pierwszych chrześcijan. Obrazek, jaki zna dzisiaj pewnie większość, niewierzących i wierzących. Wydarzenie, event, które od kilkunastu lat gromadzi całe rzesze młodych ludzi w I sobotę czerwca na wspólnej modlitwie i uwielbieniu Boga (od jakiegoś czasu także mające odpowiednik dla starszych - Lednicę Seniora). Całkowicie oddany w organizację Lednicy, twórca ośrodka duszpasterstwa młodzieży Dom św. Jacka w Jamnej. Stworzył tam również... pustelnię św. Marii Magdaleny, którą bardzo cenił (dla mnie - wow! - człowiek, który również interesował się św. Charbelem! - napiszę o nim, postaram się niedługo, zbieram się już od jakiegoś czasu, ale nie wychodzi). 

Co jest ciekawe - a o czym nie wszyscy wiedzą i nawet teraz nie wszędzie się mówi - nie zawsze było o. Janowi po drodze z hierarchią kościelną w naszym kraju. Początkowo jego inicjatywa wcale nie budziła zachwytu, o czym napisał ks. Adam Boniecki MIC. Jak wspomina bp Edward Dajczak:
Ceniłem w tym człowieku coś bardzo ważnego. On miał odwagę  robić rzeczy, których wielu ludzi robić się bało. Tworzył niepowtarzalną historię Kościoła, dlatego w Kościele w Polsce nie zawsze było mu łatwo znaleźć się z tym wszystkim. 
Duże znaczenie miała osoba ówczesnego ordynariusza - abp. Henryka Muszyńskiego - który najwyraźniej aprobował działania dominikanina. Pewną, hm, słabość, a na pewno estymą darzył o. Jana św. Jan Paweł II, który zaaprobował tę inicjatywę, błogosławił Lednicę z lotu ptaka. Efekt? Zaczęli się tam pojawiać hierarchowie kościelni, z młodymi jeździ tam tłum księży. Wydarzenie opisywały media katolickie z każdej możliwej "strony" - teksty w Tygodniku Powszechnym, reportaże i relacje w TV Trwam. Uniwersalność, która docierała wszędzie. 

O jego skromności i dystansie do samego siebie świadczyły pięknie te słowa:
Zapytano Go kiedyś, jaki byłby Kościół, gdyby każdy duchowny był na miarę Jana Góry? „Byłby nie do zniesienia i nie do wytrzymania. Jeżeli mnie samemu ze sobą jest tak ciężko, to aż strach pomyśleć, co by było, gdyby wszyscy byli tacy sami” – odparł.
Niesamowicie bezpośredni, skuteczny po prostu w tym co robił, jak pisze Marcin Jakimowicz:
Był bezczelny. Pamiętam, jak wparzył kiedyś bez zapowiedzi do Wydawnictwa św. Jacka i od drzwi wypalił: „Ile książek dacie mi dla mojej młodzieży?”. Na tak postawione pytanie trudno było dać odmowną odpowiedź. Bez tej bezczelności nie byłoby jednak Hermanic, Jamnej i wielotysięcznych spotkań pod Rybą…

Zresztą cały powyższy tekst daje konkretny obraz zmarłego, bo autor sporo miejsca oddał na wypowiedzi samego o. Jana. 

Paradoks - dzień przed śmiercią wygłosił homilię na Mszy Świętej z okazji 50-lecia święceń kapłańskich o. Karola Meissnera OSB, zarejestrowaną w całości. Czy wiedział, że zbliża się jego czas? Że przed nim ostatnia noc na tym świecie? Zakończył ją bardzo krótko, ale jak wymownym cytatem: Jestem Twój. Więc zbaw mnie. Amen! U Boga nie ma przypadków. Wierzę, że go wysłuchał. 

O. Jan Góra zmarł 21 grudnia o godz. 19.33 w Poznaniu. Zasłabł w trakcie odprawiania Mszy Świętej  a podjęta reanimacja nie przyniosła efektu. Przyczyną śmierci było ustanie akcji serca i obrzęk płuc. Umarł "na służbie" - dosłownie, przy ołtarzu. Trudno o piękniejsze odejście dla kapłana. I to jeszcze u zwieńczenia czasu Adwentu. 

Co będzie dalej? Życie się potoczy. Mam nadzieję, że dzieło związane z Lednicą i Jamną przetrwa wraz z duchem o. Góry i będzie pięknie kontynuowane. Oby. 

Pewnie w internecie milion zdjęć o. Góry można znaleźć. To jakoś mi pasuje do jego odejścia, nie wiem, czemu. 


Dzisiaj modlę się za o. Jana i każdego czytającego te słowa o to proszę. Ale jestem dziwnie spokojny, że to bardziej on z góry modli się ze mną, i za mnie. 

piątek, 15 maja 2015

Przyzwoity

Już jakiś czas chciałem napisać coś o Władysławie Bartoszewskim - trudno było, bo przez pewnie 2 tygodnie od jego odejścia każdy o tym mówił i pisał. "Wielkim człowiekiem był", jak to mówi poeta, i co do tego wątpliwości nie mam. Może i budził kontrowersje w ostatnich latach, szczególnie ze strony antagonistów Platformy Obywatelskiej. Na pewno natomiast był niezmordowanym człowiekiem, który poświęcił życie na propagowanie i dbałości pamięci o tym, co działo się w dramatycznych czasach II wojny światowej: to, czego on sam doświadczył na własnej skórze, co widział wśród najbliższych i tych obcych, a także może przede wszystkim postawy człowieka, który wyciąga prawidłowe wnioski i idzie dalej, będąc czytelnym świadkiem tej wyjątkowej karty historii.

Mnie urzekł - dosłownie - tekst Marka Zająca z TP pt. Zawody z historią (za darmo się rejestrujesz i bodajże 3 teksty w miesiącu można czytać w całości; ja polecam czytać całość TP, czy to na papierze czy na Kindle'u). Te cytaty poniżej to właśnie z tego wspomnienia. 
Lato 1942 r. Do mieszkania na Żoliborzu puka dwudziestokilkuletni mężczyzna. Sprężysty krok, wyprostowany jak struna, rozkazujący ton. To musi być przedwojenny oficer. Nie chce usiąść przy stole. Siada na parapecie, żeby z okna cały czas obserwować, co dzieje się na ulicy Słowackiego.
Jego rozmówca jest chudy jak przecinek. Nosi okulary z okrągłymi szkłami. Szybko i precyzyjnie odpowiada na pytania o rozplanowanie obozu Auschwitz. To ważny test. Potwierdzi, że chłopakowi można zaufać i dopuścić do konspiracyjnych tajemnic.
Ten starszy to Jan Karski. Emisariusz Polskiego Państwa Podziemnego, szykujący się do przerzutu do Londynu. Urodził się 24 kwietnia 1914 r.
Ten młodszy umrze 24 kwietnia 2015 r. Dokładnie w setną rocznicę początku rzezi Ormian, pierwszego z serii ludobójstw w koszmarnym XX wieku. Ludobójstwa, o którym wielu wciąż nie chce pamiętać. To Władysław Bartoszewski.  
Wiele osób - nie ukrywam, w tym ja sam - kojarzyłem go z hasłem "warto być przyzwoitym" (na swoją obronę dodam, że książkę pod tym właśnie tytułem kupiłem i już dość dawno przeczytałem). Tłumaczył i pokazywał swoim życiem, że to, co warto, nie znaczy, że będzie się opłacało. Doceniany w tej przyzwoitości - paradoksalnie - nawet w czasie uwięzienia, kiedy otrzymał 100% głosów w wyborach na tzw. starszego celi, pomimo wręcz kalejdoskopu ludzi, którzy w niej z nim siedzieli. 
Zanim na następnych kilkanaście dni straci przytomność, numer 4427 usłyszy jeszcze, jak lekarze naradzają się między sobą: – Weźmy go. Młody, może przeżyje. – Nie, nie mamy miejsc. – Mówię ci, bierzmy go. Jak przeżyje, to opowie.
I opowiadał. Aż do ostatnich dni Władysław Bartoszewski opętany był myślą o ocaleniu od zapomnienia wszystkiego, co tylko się da: wydarzeń, faktów, dat, adresów, nazwisk, rozmów. Przede wszystkim ludzi. Swą fenomenalną pamięć zamienił w gigantyczny serwer historii XX wieku. Jego dom na Mokotowie od piwnic po dach wypełniały książki, gazety, wycinki, dokumenty i fotografie. Gdy w październiku 1970 r. wkroczyło tam 18 funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, szukając dowodów jego współpracy z Radiem Wolna Europa, rewizja trwała… 27 godzin. Bezpieka wywiozła kilkaset kilogramów publikacji, maszynopisów, czasopism i notatek.
Kiedy po zwolnieniu z Auschwitz leży wycieńczony w łóżku, z obandażowanymi dłońmi, obozowe wspomnienia zaczyna dyktować harcerce Hance Czaki. Na podstawie jego relacji powstanie konspiracyjna broszura „Oświęcim. Pamiętnik więźnia”, pierwsza w historii relacja z miejsca, które zwać będą anus mundi. W następnych miesiącach, już jako pracownik Delegatury Rządu, Bartoszewski będzie skrupulatnie dokumentował okupacyjną codzienność i niemieckie zbrodnie. Po wojnie każdą chwilę na wolności, a potem każdy moment, gdy cenzura nieco popuści cugli – wykorzysta, żeby pisać o Polskim Państwie Podziemnym, o AK, o Zagładzie i pomocy Żydom, o Powstaniu Warszawskim. Przez wiele lat m.in. na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Zawsze zgodnie z maksymą jednego z jego mistrzów, prof. Stanisława Płoskiego: „Robić wszystko, co tylko się da, byle uczciwie”. Do legendy przejdą jego wykłady w opozycyjnym Towarzystwie Kursów Naukowych i na KUL, w latach 80. zaś na uniwersytetach w Monachium, Eichstätt i Augsburgu. Kisiel pół żartem, ale i pół serio napisze: „W Polsce wszyscy prócz Władka Bartoszewskiego wszystko zapominają”.
Jego książki to fundament wiedzy o wojnie i okupacji: „Ten jest z ojczyzny mojej” (wspólnie z Zofią Lewinówną), „Warszawski pierścień śmierci”, „1859 dni Warszawy”… Kolejną serię bestsellerowych publikacji zainicjuje, przede wszystkim we współpracy z redaktorką Małgorzatą Maruszkin i Michałem Komarem, u schyłku życia. Z pozoru to w większości przymiarki autobiograficzne – w istocie nieocenione źródło wiedzy o czasach i ludziach, którzy bez Bartoszewskiego rozpłynęliby się we mgle niepamięci.
Nie o wszystkich zdążył napisać. Pracował jeszcze nad jedną, dwiema książkami o bliskich sobie ludziach. Mówił, że po ich wydaniu może wreszcie umrzeć. Zresztą na śmierć szykował się od kilku lat. Krok po kroku porządkował archiwum. Co kilka dni, tygodni posyłał do Ossolineum we Wrocławiu kartony z dokumentami, książkami, listami, zdjęciami, obrazami, medalami, dyplomami, nagrodami… Kiedyś wiecznie tonął w papierach, ostatnio przyzwyczaił się do pustki.
Uznając za łaskę to, że dane mu było przeżyć obóz koncentracyjny, nie przestawał mówić o tych, którzy tyle, co on, szczęścia nie mieli, albo których bliscy tam zginęli. Nie potrafił pozwolić sobie na obojętność wobec dramatu wojny, który był jego udziałem. 
Przez ostatnie lata i miesiące powtarzał, że chciałby umrzeć w biegu, w pędzie. Jego życzeniu stało się zadość. Jeszcze w piątek przed południem pracował u siebie w gabinecie, w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Przygotowywał się do otwierających następny tydzień polsko-niemieckich konsultacji międzyrządowych. Miał wygłosić przemówienie podsumowujące. Po południu wrócił do domu. Zmarł wieczorem.
Kiedyś powiedział synowi: – Masz dopiero czterdzieści lat i możesz chodzić. Ja już nie mam tyle czasu. Dlatego muszę biec.
Jego pęd wszyscy widzieli, znali i zapamiętali. Ale właściwie nikt się nie zastanawiał, dokąd i po co Władysław Bartoszewski tak się spieszy? 
I tak gonił, co było widać w mediach, gdzie co rusz pokazywano go w kontekście zbliżeń a to z Niemcami, a to z Żydami - ciągle z poczuciem misji, ciągle wierząc w sens mówienia o tym, czemu poświęcił 70 z 90 lat swojego życia. Myślę, że to jeden z takich, o których można bez przesady powiedzieć: człowiek-instytucja. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. Człowiek, który sam sobą - sposobem życia, tego, czemu życie poświęcił - był znakiem pamięci dla jednych, a wyrzutem sumienia dla innych.
Czuł, że musi zwolnić, ale nie potrafił. Książka do zredagowania, obrady kapituły Orderu Orła Białego, konsultacje polsko-niemieckie, obchody zakończenia II wojny na Westerplatte…
Dopiero Bóg musiał powiedzieć: dość.
Dość? Czy to właściwe słowo? Chyba tak - biorąc pod uwagę, ile Bartoszewski za życia zrobił - a starczyło by tego na kilka życiorysów. I pewnie robił by dalej, gdyby Bóg go do siebie nie przytulił. 

Nie napiszę nic więcej na ten temat - bo nie potrafię. Oddaję głos bp. Grzegorzowi i jego pięknym słowom pożegnania.  

wtorek, 15 lipca 2014

Boży tytan

Wydarzenie niby niewiele znaczące, ale mną mocno wstrząsnęło. 

30 czerwca tego roku zmarł w Płocku ks. Piotr Błeński, 25-letni wikariusz tamtejszej parafii katedralnej. Śmiertelnie chory młody człowiek - tak, kilka lat młodszy ode mnie (rocznik 1989) - którego kapłaństwo, jak tak patrzę i czytam o tłumach na jego pogrzebie, dało lepsze owoce od tylu innych trwających latami. 


Pewnie w normalnych warunkach święceń mógłby nie dożyć - normalnie udziela się ich przecież w okolicy czerwca. Wyrozumiały biskup Piotr Libera dyspensował go od wymaganego wieku i wyświęcił w I dzień świąt Narodzenia Pańskiego AD 2013. Już wtedy ten biskup mówił w homilii: "Boże Narodzenie dokonało się w kruchości, w niepewności, w strachu... W kruchości ciała rodzisz się – Piotrze - do kapłaństwa... Zdałeś, wciąż zdajesz swoim cierpieniem, swoim STYLEM PRZEŻYWANIA CIERPIENIA,  wszystkie brakujące Ci jeszcze egzaminy. Nawet najbardziej wymagający profesor postawiłby Ci za ten styl „summa cum laude”. Ba, w ciszy serca przyznałby nawet: „Nie wiem, czy tak bym potrafił! Czy umiałbym tak zdać ten egzamin?”Boże Narodzenie dokonało się w kruchości, w niepewności, w strachu... W kruchości ciała rodzisz się – Piotrze - do kapłaństwa... Zdałeś, wciąż zdajesz swoim cierpieniem, swoim STYLEM PRZEŻYWANIA CIERPIENIA,  wszystkie brakujące Ci jeszcze egzaminy. Nawet najbardziej wymagający profesor postawiłby Ci za ten styl „summa cum laude”. Ba, w ciszy serca przyznałby nawet: „Nie wiem, czy tak bym potrafił! Czy umiałbym tak zdać ten egzamin? (...) Naszą największą radością jest: iść,  głosić zbawienie, służyć zbawieniu! Pragnę, Piotrze, abyś tej radości zaznał, abyś – jeśli taka będzie święta wola Boża - usłużył ludowi Bożemu swoim kapłaństwem przy ołtarzu, w konfesjonale, tam, gdzie będziesz mógł. I dlatego na koniec tej Eucharystii, jak każdy neoprezbiter, otrzymasz misję, zostaniesz posłany do konkretnej wspólnoty. Chcę bowiem, żebyś – jak już mówiłem na Pasterce - PRACOWAŁ SWOIM CIERPIENIEM PO KAPŁAŃSKU. Żebyś pomagał wzrastać swojemu Biskupowi, swoim braciom kapłanom, ludowi Bożemu". 

Padły tam także jakże mocne słowa - że "Pełnia sił, władza może odstraszać, kruchość, cierpienie – budzi zaufanie. Zdrowie może niekiedy służyć utwierdzaniu własnego „ja”. Cierpienie, kruchość, brak sił może porywać bezinteresownością". Z przepięknym zakończeniem: "Piotrze,Kościół Syna – udzielając Ci z wielka radością święceń kapłańskich - przytula Cię dzisiaj jak najgoręcej do swego serca...". 

Niedługie to kapłaństwo było - nieco ponad pół roku. Ten człowiek z pewnością wiedział, że zbliża się do końca - dlatego chciał tak bardzo zdążyć przyjąć święcenia; choć, paradoksalnie, do seminarium wstępował jako człowiek zdrowy. Dlatego, chcąc jak najlepiej przeżyć ten króciutki czas, odmówił nowatorskiej czasochłonnej terapii, której podjęcie musiało by odizolować go od ludzi. 

I znowu piękne słowa bp. Libery nad trumną: "I nie powiedziałeś zbyt wielu tych kazań, a księdzem byłeś zaledwie pół roku. Ale Twoje „kazanie życia” zna dzisiaj cały Płock! (...) Nie musimy być wielcy. Nie musimy być mocni ani wpływowi. Nie musimy nawet być inteligentni. Musimy tylko pozwolić działać Zmartwychwstałemu Panu i Jego Duchowi. Być miłosiernymi. Stawać się małymi i służyć. Byłeś, jesteś, Piotrze, świadkiem, wymownym świadkiem tej prawdy pośród nas... (...) Wielu poznało Cię, Piotrze, po śladach gwoździ Twojego cierpienia, gdy przyszli tu do katedry i - może nawet przypadkowo – natrafili na Twoją z trudem odprawianą Mszę, na świadectwo podczas rekolekcji dla chorych, prowadzonych przez ks. profesora Ireneusza, albo na dziękczynienie za kanonizację Ja­na Pawia II i Jana XXIII. Mówiłeś tu wtedy, że w chorobie uczyłeś się powtarzać: „Bądź wola Twoja, bądź wola Twoja, Panie”! To stało się mottem Twojego kapłaństwa. „Ale przy­szła operacja – opowiadałeś - przyszedł ból. I wtedy cięż­ko było powiedzieć <Bądź wola Twoja>. Kiedy człowiek leżał w szpitalnej sali i nie mógł przewró­cić się z boku na bok, bo wszystko bolało, cięż­ko było powiedzieć <Bądź wola Twoja>”. „Jeśli nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”... Straszny realizm krzyża... Jego, Jezusa, Twój, Piotrze, i tylu milionów wędrowców przez ziemię. My, chrześcijanie, nie szukamy cierpienia... Ty też go nie szukałeś... Ale uczyłeś się i nauczyłeś się mówić z prostotą: „Bądź wola Twoja, Panie!”

"Ilu ludzi doznało łaski Bożego Miłosierdzia, klękając przy Twoim konfesjonale? Wdrapując się po stromych seminaryjnych schodach na Golgotę Jego cierpienia? Spotykając Cię na korytarzu „Caritasu” czy na Winiarach, żegnając się z Tobą w Szpitalu Świętej Trójcy? Ilu potrafi dzięki temu na nowo wyznać: „Pan Bóg i mój”? (...) Piotrze, wierzę, że jesteś w gronie błogosławionych w niebie. Mówiłeś mi: ofiaruję moje cierpienia za to, żeby z naszego seminarium wychodzili święci kapłani. Ofiaruję za jedność kapłanów. Pamiętaj o nas, Piotrze". Piękna intencja i jakże potrzebna w naszych czasach. 

To był wielki człowiek. To jest piękne, że trafił do diecezji i na biskupa, który tę wielkość zrozumiał i pozwolił mu choć te pół roku z jednej strony cieszyć się, z drugiej zaś służyć swoim kapłaństwem w cierpieniu. Szkoda, że są takie miejsca w Polsce, gdzie dzisiaj to właśnie sposób bycia księży i biskupów odstrasza tych, którzy zastanawiają się nad wyborem takiej drogi...

Tak, są wśród duchowieństwa tacy właśnie arcybiskupi Wesołowscy - ale są przede wszystkim księża tacy, jak Piotr Błeński, dzisiaj mały święty. Dlatego właśnie jest nadzieja. Dlatego nikt mi nie wmówi, że wszystkich księży - jako z założenia pedofili, złodzieji, materialistów i leniuchów - należy wrzucać do jednego wora i za jednym zamachem potępić. 

Taki człowiek przywraca wiarę w ludzi. 

środa, 21 maja 2014

Pokój, który niszczy lęk

Kto by pomyślał? 17 maja minęły 4 lata tego bloga. Czas niesamowicie leci.

>>>
Jezus powiedział do swoich uczniów: Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka. Słyszeliście, że wam powiedziałem: Odchodzę i przyjdę znów do was. Gdybyście Mnie miłowali, rozradowalibyście się, że idę do Ojca, bo Ojciec większy jest ode Mnie. A teraz powiedziałem wam o tym, zanim to nastąpi, abyście uwierzyli, gdy się to stanie. Już nie będę z wami wiele mówił, nadchodzi bowiem władca tego świata. Nie ma on jednak nic swego we Mnie. Ale niech świat się dowie, że Ja miłuję Ojca, i że tak czynię, jak Mi Ojciec nakazał. (J 14,27-31a)
Ten obrazek może wielu osobom kojarzyć się z momentem pożegnania, odejścia ukochanej osoby - po prostu śmierci. Tym bardziej po 02 kwietnia 2005 r., kiedy właśnie w słowach "Ojciec Święty odszedł do domu Ojca" abp Leonardo Sandri obwieścił śmierć Jana Pawła II, dzisiaj już świętego. Po ludzku to moment smutku, żałoby - dla człowieka wiary, przeciwnie, powód do radości i dziękczynienia. Ten, który odszedł, osiągnął cel - dotarł do domu. 

To są rzeczy i sytuacje zupełnie nieprzewidywalne, których nie da się zaplanować, do których nie sposób się przygotować (może wyjątek - gdy ktoś choruje, ciężko, długo, wiadomo że odejście to kwestia czasu). Od czasu odejścia Mamy - za miesiąc będzie rok... - kilka razy powiedziałem do osoby, która wiem, że ma pod opieką bardzo (nieuleczalnie) chorą babcię: zazdroszczę ci, bo ty wiesz, co się stanie, możesz się przygotować, powiedzieć wiele rzeczy; ja nie miałem takiej możliwości. Dygresja, ad rem. To są sytuacje, kiedy najbardziej sprawdza się ta nasza wiara, jaka by to na nie była - nie deklaracje, różańce, pobożne spojrzenia, czas spędzony w kościele. Praktyka. Każdy potrafi być królem świata, kiedy jest fajnie, wszystko się układa, wszystkiego jest z bród. Tego, ile jest warta nasza wiara, możemy się przekonać właśnie wtedy, kiedy życie daje nam przysłowiowego kopa, kiedy różne rzeczy (często naraz) się sypią. 

Nie jestem w tym sam. On jest przy mnie - stąd te słowa: niech się nie trwoży serce! Tak podobne do tych słów w wieczerniku, kiedy Zmartwychwstały właśnie od "pokój wam!" rozpoczyna spotkanie z uczniami, którzy tam właśnie pochowali się przed Żydami. Strach jest stąd, nasz, ludzki, ziemski - a my mamy pamiętać, że to wszystko tutaj nas nie krępuje, że to tylko na chwilę, a potem jest Wszystko i jest On, który także dzisiaj czuwa. 

Pokój to chyba najpiękniejszy z Bożych darów. Ukojenie, ufna pewność, że jestem w dobrych rękach. Ten jedyny i prawdziwy - nie żaden święty spokój, zagłuszający sumienie i karzący iść na skróty. To nie jest gwarancja bezstresowego życia i zera problemów - tylko dar, który pozwala przez te wszystkie trudne momenty przejść i je przetrwać. Pokój przez Ojca dany Synowi, który Syn ofiarowuje dalej, konkretnemu człowiekowi, aby pielęgnując go w sobie, równocześnie nim zarażał i dzielił się z innymi. Pokój czystego serca, pełnego przebaczenia i miłosierdzia. Nic dziwnego, że słowa te wracają dosłownie w każdej liturgii Mszy Świętej, na rozpoczęcie modlitwy, po której następuje przekazanie znaku pokoju. Niech to nie będzie tylko znak - żebym to ja sam był znakiem, stawał się nim dla innych. 

środa, 18 grudnia 2013

Puste miejsca przy stole


Niesamowite. Moje małe odkrycie ostatnich kilku dni, kiedy wrzuciłem na mp3 i słucham sobie repertuaru związanego już z Bożym Narodzeniem. Piosenka tkwiła tam, lekko licząc, od jakiś 5 lat - i chyba ani razu jej nie przesłuchałem. 
A nadzieja znów wstąpi w nas.
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie.
I choć przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,
Wbrew tak zwanej ironii losu.
Daj nam wiarę, że to ma sens.
Że nie trzeba żałować przyjaciół.
Że gdziekolwiek są - dobrze im jest,
Bo są z nami choć w innej postaci.
I przekonaj, że tak ma być,
Że po głosach tych wciąż drży powietrze.
Że odeszli po to by żyć,
I tym razem będą żyć wiecznie 
Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat,
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.
A nadzieja znów wstąpi w nas.
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie.
I choć przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,
Wbrew tak zwanej ironii losu. 
Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat,
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.
Nie wstydzę się tego - kiedy pierwszy raz ją słuchałem, a było to pewnie niewiele po 6:00, kiedy stałem na ciemnym peronie, czekając na transport, łza zakręciła się w oku. Dokładnie oddaje to, co czuję ja i co pewnie odczuwa każdy, kto stracił kogoś bliskiego w tych wyjątkowych dniach - kiedy, jak śpiewa Beata Rybotycka, stawić będzie trzeba czoła cieniom osób nieobecnych, po których tak wiele zostało: wspomnienie głosu, po którym ciągle jakby dosłownie drżało powietrze, puste miejsce przy stole (i wcale nie w tym sensie, że tradycyjnie przygotowane dla gościa, który może nadejść).

Są też optymistyczne akcenty - prawda o tym, że choć odeszli, to jednak tym razem żyją wiecznie, bo (jak mówi 1 prefacja o zmarłych w Mszale Rzymskim) "W Nim [Jezusie] zabłysła dla nas nadzieja chwalebnego zmartwychwstania i choć nas zasmuca nieunikniona konieczność śmierci, znajdujemy pociechę w obietnicy przyszłej nieśmiertelności. Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy, i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie". Zmienia się po ludzku, ale się nie kończy. 

Ale my mimo wszystko wierzymy nadal - w to kolejne, choć przecież to samo, Boże Narodzenie. Wbrew czemuś, co faktycznie może być uznane za ironię losu - a co ja przez pewien okres po odejściu Mamy w czerwcu nazywałem niesprawiedliwością: jak to, pijaczki, wyrzutki, złodzieje żyją dobrze i dożywają starości, a Mama odeszła przed sześćdziesiątką... Teraz, z perspektywy tego pół roku odbieram to w pewnym sensie jako właśnie ironię losu - wierząc głęboko w sercu, że Bóg miał w tym jakiś plan, a ona żyje w Nim wiecznie już bez tego cierpienia, którego tutaj doznawała w ostatnim czasie w związku z chorobą. 

Bo Bóg daje wiarę, że to ma sens - my nadal tutaj, oni (ci, którzy już odeszli, w tym Mama) tam, u Niego, na wiecznej wigilii i świętowaniu. Bóg ich, zmarłych, przytula już do swojego serca - a do nas jako Syn Boży przychodzi i trwa, przynosząc radość betlejemskiej szopki, także widząc cierpienie z powodu tego, że kogoś bliskiego, kochanego, nie ma już przy wspólnym stole. Jezus przynosi wiarę i nadzieję, że ta nasza rozłąka - my tutaj, oni tam - ma sens i zmierzamy w tym samym celu, gdzie się spotkamy, a gdzie dzisiaj oni na nas czekają. Maleńka Miłość przychodzi, aby wyrównać rachunki strat - nie zastąpi Mamy ani nikogo innego, ale przychodzi z tą samą wiarą, uczyć nadziei i podzielić się miłością. 

Paradoksalnie - nie tylko zmarła Mama, ale i Tata obchodzą w Wigilię swoje imieniny. Odwiedzimy ją na cmentarzu, złożymy życzenia - a potem, wieczorem, pewnie gdzieś tam popłynie niejedna łza, że jej tak po ludzku już z nami nie ma. I będziemy prosić, aby nadzieja przychodzącego Jezusa ukoiła ból i pozwoliła cieszyć się tymi świętami, tym co Jezus przynosi dla każdego z nas. 

środa, 6 listopada 2013

Moi błogosławieni

Dzisiaj zamiast tekstu - moja ulubiona interpretacja:


Ja te słowa przyrównuję sobie do 10 przykazań Bożych. Takie same, choć może nie zrównane "rangą". Drogowskazy, wskazówki, dobre rady. Ubóstwo, umiejętny smutek, cichość, pragnienie i umiłowanie sprawiedliwości, miłosierdzie, czyste serce, wprowadzanie pokoju, cierpienie prześladowania - klucze do zdobycia Królestwa. I jak się tak tych słów słucha - aż dziw człowieka bierze. Przecież dzisiaj lansuje się i promuje postawy zupełnie inne, które skupiają się tylko na jednym, i czymś zupełnie innym: na mnie, na sobie. Boga wyrzucamy w kąt, zagłuszamy, wyłączamy. Takie tam, staroświeckie... 

A jednocześnie - uroczystość Wszystkich Świętych, nie da się ukryć, świętujemy i to mocno (nie mówię o Halloween). Korki na ulicach (a w nich ludzie bynajmniej nie życzący sobie błogosławieństwa...), tłumy płynące na cmentarze, wieńce, kwiaty, znicze. Nie odmawiam szczerości temu, że większość z tych ludzi autentycznie chce w ten sposób oddać hołd i wspomnieć, uhonorować swoich zmarłych, choć mam wrażenie że wiele osób robi to dla przysłowiowego uspokojenia wyrzutów sumienia, że jakoś przez cały pozostały rok, pomiędzy jednym listopadem a drugim, nie znajdują czasu żeby zatroszczyć się o odwiedzenie grobu (mam na myśli te w tym samym mieście, nie np. na drugim końcu Polski). Dla mnie od czasu odejścia Mamy to jest trudne, kiedy idę na cmentarz - staram się tam być co miesiąc. Stanąć nad grobem osoby, która była przy mnie od maleńkości... a dzisiaj mogę tylko (aż?) się za nią modlić i prosić o wstawiennictwo u Boga Ojca, mając nadzieję, że nie jest jej wstyd za bardzo za to, jaki jestem. 

Te błogosławieństwa mają się w nas zrealizować właśnie najpełniej wtedy, kiedy dojdziemy do kresu - tam, gdzie w dotarł kilka dni temu m.in. premier Tadeusz Mazowiecki. Mają nas inspirować i pobudzić do pragnienia nieba już dzisiaj, już tutaj. Żyć tak, aby na niebo być gotowym, a jednocześnie swój czas tutaj wykorzystywać jak najlepiej, najbardziej kreatywnie, robiąc użytek z Bożych darów. 

Kościół w liturgii rozróżnia uroczystość Wszystkich Świętych od wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych, także kolorem (biały a fioletowy). Niemniej jednak ja wierzę, że większość z tych, z którymi miałem do czynienia, a którzy o miłosierdziu Boga Ojca przekonali się już na własnej skórze w dniu śmierci, będąc wiernymi zmarłymi, należą także do grona wszystkich świętych, balujących w niebie (skoro ma to być kraina szczęśliwości, tak - inna, to chyba nie do końca będzie to tylko pobożne wznoszenie hymnów na cześć Boga, jak taki jeden wielki chór gospel). I liczę, że ku tej świętości zmierzają, często po cichu, nie zauważani, ludzie z pozoru zwykli: matka przez całe życie pielęgnująca niepełnosprawne dziecko, samotny człowiek z zamiłowaniem pracujący jako wolontariusz z chorymi dziećmi i starający się utrzymać z pracy ochroniarza (mimo 2 fakultetów i dużych perspektyw), małżonek który pomimo problemów nie idzie na łatwiznę i nie zostawia drugiego także czasami pomimo zdrady czy nieuczciwości, rodzic który czasami nieprzytomny ze zmęczenia nie spławia dziecka pieniędzmi na kino, ale rozmawia z nim, pomaga odrobić lekcje, bawi się, uczy, rozwiązuje problemy, jest z nim, misjonarz który siedzi gdzieś na końcu świata żeby być z ludźmi którzy tak naprawdę nigdy do końca nie zrozumieją Dobrej Nowiny ale chce im towarzyszyć, siostra klauzurowa która wyrzekła się świata tylko po to, aby cały świat ogarnąć swoją modlitwą. 

Można wymieniać długo. Świętość to postaci takie jak Jan Paweł II, Jerzy Popiełuszko, Pier Giorgio Frasati, zapaleńcy tacy jak Inigo de Loyola czy Franciszek z Asyżu, matka Teresa i jej siostry miłosierdzia, brat Roger - ale także s,. Małgorzata Chmielewska, Anna Dymna, brat Morris i  mali bracia, John Henry Newmann, G. K. Chesterton i tylu, tylu innych. Ostatnio wyniesionych na ołtarze 522 męczenników z praktycznie współczesnej nam wojny domowej w Hiszpanii. Recepta na świętość? Nie ma jednej jedynej. Są słowa Pisma Świętego i jest cała masa - nie tylko w hagiografiach - przykładów, jak ludzie odkrywali na przestrzeni tych 2000 lat swoje równanie, swój kod i sposób na osiąganie świętości. My z perspektywy czasu możemy powiedzieć - wiemy (co do tych wyniesionych na ołtarze) lub możemy zakładać i przyjąć (co do tak wielu innych), że im się udało. 

Nie wiemym, ile czasu nam zostało. Ile osóbh pożegnamy i będziemy wspominać w pierwszych dniach przyszłorocznego listopada. Starajmy się iść drogą błogosławieństw. Uczynić je swoją drogą. 

poniedziałek, 28 października 2013

Pan Tadeusz

Dzisiaj odszedł - po niewątpliwie długim, pięknym i zasłużonym życiu po wieczną nagrodę - Tadeusz Mazowiecki. 

Ja oddaję głos Zbigniewowi Nosowskiemu:
Odszedł mądry i dobry człowiek, głęboko wierzący chrześcijanin, wielki Polak, przenikliwy intelektualista, wybitny polityk, mąż stanu. O Tadeuszu Mazowieckim myślę w takiej właśnie kolejności.
Jego życie osobiste naznaczone było wielkim dramatem. Dwukrotnie był żonaty i dwukrotnie przyszło mu przeżywać śmierć żony. Pierwsza żona Krystyna zmarła na gruźlicę już rok po ślubie. Druga żona Ewa zmarła, gdy najstarszy z ich trzech synów miał zaledwie 10 lat. Tadeusz sam później wychowywał Wojtka, Michała i Adama. Wychował ich na porządnych, dobrych ludzi. Relacje wzajemne panujące w rodzinie Mazowieckich można uznać za wzorowe. 
Zawsze myślał i żył według wartości. Miał ten „dyszel w głowie” – jak mawiali Jerzy Turowicz i Stefan Swieżawski – że decyzje w swoim życiu podejmował w imię niezmiennych wartości, a nie doraźnych interesów. Nawet gdy ktoś się z nim nie zgadzał (na co się nie oburzał), w argumentacji też trzeba było odwoływać się do wartości. To cecha mężów stanu. 
Był założycielem „Więzi” i wieloletnim redaktorem naczelnym naszego pisma. Gdy w 1981 roku przeszedł do innych zadań – najpierw redagując „Tygodnik Solidarność”, potem działając w podziemiu, później jako premier Niepodległej i wpływowy polityk – pozostawiał swoim następcom swobodę w redagowaniu pisma. Czasem coś mu się nie podobało, ale nie narzucał swojej wizji, powtarzał: „To wy decydujecie”. 
Nie lubił mówić o historii – dlatego nie pozostawił po sobie dzienników ani wspomnień. Pociągały go za to wciąż nowe wyzwania przyszłości. Tak też patrzył na swoją wiarę. Gdy go pytano, co jest najważniejsze w wierze, Tadeusz mówił albo o odpowiedzialności, albo o nadziei. Czyli zawsze o przyszłości. Gdy Jerzy Turowicz spytał go w 1990 roku o sposób pojmowania chrześcijaństwa, jako urzędujący premier odpowiedział: „Dla mnie jest ono ciągle czymś, co jest przede mną”. 
Dziś już za nim jest ziemskie życie. Za to rozciąga się przed nim wieczność – piękna, fascynująca przyszłość, która jest teraźniejszością.
Paradoks - odszedł w dniu swoich imienin. Szkoda, że nie dożył 25-lecia tych przemian, u których stanął początku.

Dla mnie - niech to nikogo nie urazi - taki żółwik z słynnego w latach 90. "Polskiego zoo", w którym poszczególni politycy ze względu na ich cechy przedstawiani byli w postaciach zwierząt. Sam wtedy byłem za mały, aby go z kimkolwiek innym kojarzyć - ale z upływem lat, dzięki temu, co przekazali mi rodzice, dowiedziałem się wiele o jego roli w przełomowych okresie transformacji w naszym kraju. To on uczył tych, którzy wtedy byli opozycjonistami - zatem pokolenie moich rodziców - tego, co i jak robić, jak się "bawić w opozycję" (jak to mówiła moja śp. Mama), żeby to miało sens, żeby to było w duchu odpowiedzialności za życie publiczne w kraju, że strajk ma sens tylko wtedy, gdy walka następuje w imię konkretnych (nie byle jakich) wartości. Potrafił w ramach swojego rządu zjednoczyć ludzi bardzo różnych. Umiał nie tylko być twardym - ale przede wszystkim: mądrym, szukając porozumienia bo widząc wyższe dobro niż własne partykularne interesy.


Kolejna osoba, której możemy powiedzieć - a'Dieu - do zobaczenia w Bogu! Wszyscy się tak spotkamy. 

sobota, 5 października 2013

Porzucone sutanny

Ten genialny wywiad czytałem już dość dawno, ale dopiero mam czas o nim napisać. Chodzi o rozmowę dziennikarza TP z biskupem opolskim Andrzejem Czają na temat narastającego zjawiska odejść kapłanów. 

Biskup Czaja bardzo mądrze mówi o przyczynach zjawiska - rozluźnieniu życia duchowego, osłabienia więzi z Jezusem - co powoduje, że zaczyna w kapłanie przeważać to, co ludzkie, a z  którymi nie potrafi sobie poradzić. Pięknie powiedział, bowiem użył sformułowania, że chyli czoło przed tymi, którzy odeszli z kapłaństwa - bo nie żyją na dwa fronty, bo nie obwiniali za odejście Kościoła i potrafili się przyznać do błędu. Stwierdził również, iż biedni są nie tacy, a księża żyjący podwójnym życiem - tkwi w grzechu, nie podejmuje trudu nawrócenia, i w ten sposób pozostaje z daleka od Boga. Co ciekawe, mowa jest o 6 przypadkach - w dwóch ksiądz odchodził z powodu poczętego dziecka, w 4 pozostałych z powodu miłości do kobiety. Rozmowa jest tym bardziej osobista dla biskupa, że opowiada m.in. o człowieku który go ochrzcił, po czym porzucił kapłaństwo. 

Rozmówca bardzo mi zaimponował, przedstawiając swoje zdanie na temat tego, co sam radził przychodzącym do niego z problemem i wątpliwościami księżom. Gdy poczęto dziecko - powinieneś odejść; na ile mogę, to jako biskup pomogę, ale weź odpowiedzialność za dziecko. Dwa święte dary - kapłaństwo i życie, ale gdy pojawia się dziecko, człowiek winien być odpowiedzialny za nie i za jego matkę. Gdy nie ma dziecka... No właśnie. Nie zostało to powiedziane wprost - jednak z kontekstu wynika, iż poza kobietami (pierwsza opcja) oraz poczęciem dziecka (druga opcja) właściwie inne przyczyny odejść kapłanów się nie zdarzają. W każdym razie w wypadku, gdy danemu księdzu chodzić o kobietę, bp Andrzej radzi przemyśleć wszystko w odosobnieniu. 

Bardzo zdecydowanie też biskup wypowiedział się o przypadkach medialnych odejść - można przypomnieć ks. Tomasza Węcławskiego, o. Stanisława Obirka SI, o. Tadeusza Bartosia SI czy o. Jacka Krzysztofowicza OP (najnowszy przykład, zeszłoroczny, bliski mi w tym sercu, że pracował w okolicy i wiem, że był bardzo szanowany) - które nazwał niedojrzałymi zachowaniami, tylko szkodzącymi. Bardzo pięknie powiedział też o konieczności otwarcia się na tych kapłanów, którzy odeszli, którzy nie mogą stać na bocznym torze Kościoła. Podlegają w pewnych sytuacjach suspensie, owszem, ale po uzyskaniu dyspensy są przecież dopuszczani do małżeństwa - zatem zdaniem biskupa Andrzeja wszelki dystans jest nie na miejscu, skoro uporządkowali swoje sprawy z Kościołem. 

Poruszono także interesujący temat wykorzystania przez Kościół ex-księży. Chyba trafnie biskup stwierdził, że nie powinni nauczać - skoro naruszyli ład i dyscyplinę Kościoła. Mogli by za to być doradcami biskupów, prowadzić ośrodki terapeutyczne i wychowawcze. Trzeba umieć dostrzec - ludzie ze zmysłem Kościoła, a jednocześnie żyjący w rodzinie i znający jej problemy w praktyce. Zwrócił także na punkty opieki paliatywnej - hospicja - gdzie w sytuacji nadzwyczajnej, w braku księdza, osoba taka jest uprawniona do udzielenia rozgrzeszenia (o czym niewiele osób wie). Biskup Andrzej w bardzo mądry sposób uzasadnił potrzebę wykorzystania takich osób - mówiąc, że od momentu uzyskania dyspensy są to osoby niezmiernie wdzięczne Kościołowi, który na nowo ich zaakceptował i daje szansę, którzy w Kościele chcą działać. 

A dla mnie? Cóż, jako osoba blisko znająca wielu duchownych diecezji, znam sporo takich, którzy odeszli. Jednego np. widziałem jakiś czas temu w komunikacji miejskiej - z uśmiechniętą kobietą i dwójką fajnych dzieci. Innych kilku - nie znam - zwróciło moją uwagę, jakby nieco tajniacząc się w autobusie z brewiarzem (dzisiaj jest już w komórce). W sąsiedniej parafii na przestrzeni kilku lat odeszło już 2 księży - bynajmniej nie z powodu jakiejś patologii, proboszcza wariata - po prostu. Co ciekawe, najczęściej są to osoby, które miały pewne wątpliwości już w seminarium - brały urlopy dziekańskie na własną prośbę (jeden już po diakonacie). W tym - niedawno dowiedziałem się, że odszedł kolega, swego czasu trzymaliśmy się razem; miał być nieopodal w parafii - nie dotarł, widzę że nie widnieje już na liście księży diecezjalnych...

Zainteresowanym szerzej tematem polecam książkę ks. Piotra Dzezeja "Porzucone sutanny", momentami drastyczną mocno. Ale prawdziwą. 

Módlmy się - za tych, którzy odeszli, aby potrafili przebaczyć sami sobie i odnaleźć szczęście poza kapłaństwem, a przy tym nie stracić z oczu Boga; ale i za tych, którzy ciągle pozostają dwulicowi, nie mając odwagi na konkretną decyzję, i miotając się pomiędzy kapłaństwem a korzystaniem z przywilejów małżeńskich, o odwagę do wybrania jednej albo drugiej drogi, o łaskę autentyczności a nie odgrywania roli. 

wtorek, 24 września 2013

Piękne pożegnanie

Pogrzeb Janka był piękną uroczystością, o ile pogrzeb może być piękny.

Piękny nowy i nie kiczowaty (co jest rzadkością) kościół, a tym piękniejszy, bo pełen ludzi, dla których Janek był ważny i chcieli go odprowadzić w ostatnią drogę. 

Bardzo zróżnicowana oprawa muzyczna - organista, solista wokalny, a i 2 pieśni na gitarze (w tym przepiękna i nieznana mi jedna, na uwielbienie). 

Tak, jak się spodziewałem, przyjechał ks. Darek - nasz katecheta ze szkoły. Chyba znał podłoże problemu, bo niewiele mówił. 

Ale powiedział piękną krótką homilię, w której nawiązał do tekstów czytań (Mdr 4, 7-15 i któraś wersja przypowieści o gospodarzu, który wraca niespodziewanie, ale zastawszy sługę gotowego, "przepasze się i będzie mu usługiwał" - Łk 12, 35-40?). Mówił, że w takiej sytuacji wydaje się, że najlepiej jest zamilknąć i rozważać w sercu, że słowa to za mało albo za dużo - ale z drugiej strony trzeba wyraźnie i mocno podkreślić, jaką należy wyciągnąć z odejścia - w tym wypadku Janka - naukę, szczególnie kierując te słowa do młodych. Nie ma śmierci zbyt wczesnej, nie ma śmierci zbyt późnej - każda jest dokładnie w sam raz, o czasie, o ile tylko człowiek jest na nią gotowy (to myśl ze zmarłego ks. Kazimierza Kloskowskiego, który też bardzo młodo odszedł, a miał wypowiedzieć ją nad grobem swojego brata). I w tym wszystkim taka nasza bezmyślna lekkomyślność, brak umiejętności wyciągania wniosków - stąd te gorzkie słowa "a ludzie patrzyli i nie pojmowali, ani sobie tego nie wzięli do serca, że łaska i miłosierdzie nad Jego wybranymi i nad świętymi Jego opatrzność" - i te słowa trzeba umieć odnieść do nas, którym tak bardzo często się wydaje - także w sytuacji konfrontacji z czyimś odejściem - że ja mam czas, ja zdążę, przecież mam życie przed sobą... No właśnie - mam albo nie mam. Tylko że tego nie wiem i nie dowiem się nijak (stąd Jezus mówi o "chwili, której się nie domyślacie"). Mam tylko jedną szansę, aby być gotowym. Jezus ciągle przychodzi, stuka i kołacze - a nadejdzie moment, kiedy będzie to zaproszenie nie do odrzucenia, na takie podsumowanie życia, które w tym momencie dobiegnie końca. 

I ja bardzo wierzę - bez względu na to, co doprowadziło Janka do śmierci - że nawet w swojej rozpaczy wierzył i wiedział, że Jezus był koło niego... choćby po to, aby go przeprowadzić dalej, na drugą stronę. Może niekoniecznie jako wzór człowieka wiary, "dobrego katolika" - Janek poprzedził nas w drodze tam, dokąd wszyscy zmierzamy i mniej lub bardziej świadomie pragniemy dotrzeć. On już nie ma wątpliwości - Bóg przytulił go do swego serca.

Adieu, Jasiu - do zobaczenia z Bogiem i w Bogu. Pilnuj nas z góry. 

Palec Boży? Tak, tym razem również. W poprzednim tekście wkleiłem linka do "Zdumienia" z oratorium Rubika. Które później usłyszeli wszyscy na zakończenie liturgii pogrzebowej, w bardzo pięknej aranżacji. To wszystko miało sens. Ma sens...

niedziela, 22 września 2013

Boży uciekinier

W dość ciężkim okresie nauki do poprzedniego kolokwium sięgnąłem po książkę, którą kupiłem już kilka lat temu, a jednak jakoś jej nie czytałem - "Dziurawy kajak i Boże Miłosierdzie" Jana Grzegorczyka. Książka jakby składająca się z 2 części: najpierw "Każda dusza to inny świat" czyli świetnie napisana opowieść o św. Faustynie Kowalskiej i bł. Michale Sopoćce. I wreszcie "Dziurawy kajak" czyli kontynuacja zgłębiania tematu do części pierwszej książki przez autora, jego poszukiwania "miłosierdziowe" i rozmowy z ludźmi w pewien sposób z dziełem Miłosierdzia Bożego powiązanych, ale też historie o tym, jak Jezus Miłosierny działa i zaskakuje - dzisiaj, ale także przez szereg lat, po kolei realizując to, co obiecał w latach 30. XX wieku Faustynie. Bardzo ciekawie jest też opisany sam kult Miłosierdzia - trudny, torpedowany na początkowo przez hierarchów Kościoła, wręcz przez szereg lat zakazany, a także historia obrazu, a raczej obrazów (bo są 2) Jezusa Miłosiernego i związanych z nimi nieporozumień.

Kto już cokolwiek Grzegorczyka czytał - tego zachęcać nie trzeba. Kto nie czytał - warto tę książkę przeczytać, choćby dlatego, że może przekonać do zgłębienia Dzienniczka s. Faustyny Kowalskiej, lektury na pewno trudniejszej. Wreszcie, bo jest to książka napisana nie w jakiś górnolotny sposób, epatująca pustymi frazesami - ale konkretnymi doświadczeniami, tak autora jak i innych osób, działania Jezusa miłosiernego.

Kilka co lepszych cytatów (choć świetnych myśli jest tam o wiele więcej), z drugiej części książki:

Pan Jezus w Kazaniu na Górze beatyfikował całe rzesze ludzkie. Beatyfikował człowieka dla jednej cechy, którą nosi. Błogosławiony miłosierny, cierpiący dla sprawiedliwości, prześladowany, cichy. Pan Jezus nie powiedział: błogosławiony nieskazitelny. Dzięki Jego słowom widzimy świętość człowieka niezależnie od żmudnych procesów beatyfikacyjnych. 

Potrzebujemy świadectw o ludziach, którzy żyją pośród nas i dają wiarę w świętość życia. Jakże wielu :ubogich ewangelicznych" nie doczeka się promotorów beatyfikacji. Nie zostaną błogosławionymi, bo ich życie nie jest "nieskazitelne". Ale poprzez te "szczeliny dobra" w nich prześwituje niebo - spogląda Pan Bóg. Błogosławione witraże. 

Mesjaszowi własna rana nie przeszkadza opatrywać ran bliźnich. Zajmuje się nią tak, aby nie przegapić chwili. Wznieść się ponad swoje rany i opatrzyć rany bliźniego, choćby był katem i oprawcą. Czy na tym polega wszechmoc? Miłosierdzie Boga?

Uwierzyć w miłosierną naturę człowieka jest tak samo trudno jak w to, że człowiek jest stworzony na obraz Boga. W jaki sposób morderca, oszust, bezlitosny wyzyskiwacz ma być obrazem Boga? Na początku pontyfikatu Jan Paweł II powiedział: "Nie może człowiek zrozumieć siebie bez Chrystusa". Nie może dostrzec i zrozumieć swej miłosiernej natury, nie wpatrzywszy się w Jezusa - Zranionego Uzdrowiciela. Ilu ludzi przechodzi przez życie, nie ujrzawszy w sobie tego miejsca, w którym czeka na nich miłosierny Bóg? Świat dzieli się na tych, którzy pragną do tego miejsca w sobie dotrzeć, i takich, którzy od niego uciekają. Jezus powiada, że ściga swoim miłosierdziem wszystkich ludzi. Bóg szuka wszystkich i nikogo nie skreśla. Bogu zależy na "uciekinierach". Chrystus chce mieszkać w każdym człowieku, także w tym, który zdaje się od Niego odwracać. W Bożym uciekinierze. 

Bóg jest zazdrosny o każdego, którego stworzył. To jest taniec Bożej miłości. 

Nie potrafię [się buntować]. Mam taką wrodzoną cechę, że raczej się dziwię niż buntuję. Zdziwienie - to jest moja droga do wiary. Jeśli ktoś umiera, to ja nie przestaję od razu wierzyć w Boga, tylko najwyżej mogę tego nie zrozumieć. Zdumienie, zdziwienie. Świat naprawdę jest bardzo dziwny, ale we wszystkim jest sens, który nie zawsze widzimy. Człowieka spotka coś okropnego, a po latach widzi, że to było mądre. Dziewczyna mówiła mi, że się otruje, bo ją rzucił chłopak, a za rok powiada: "Dzięki Bogu, że odszedł...". Zaufanie... Wiara to jest zaufanie. Wiara nie polega na tym, że ja powiem, że Bóg jest. Dla człowieka wierzącego nie ma nieszczęść, są tylko cierpienia, doświadczenia. Cierpienie jest dziwne, ale Pan Bóg jest tak mądry, że kiedyś to wyjaśni. Bóg nie powiedział wszystkiego. Bóg, jak wielki artysta, nie dopowiada wszystkiego do końca. Ciekawe, że Pan Jezus niczego do końca nie tłumaczył. (śp. ks. Jan Twardowski)

>>>

I jeszcze ten tydzień temu - kiedy skończyłem czytać tę książkę - zastanawiałem się, czemu akurat wtedy, w tym czasie po nią sięgnąłem. Dzisiaj już wiem. 

W czwartek dowiedziałem się, że w środę samobójstwo popełnił kolega z klasy z liceum. 

Nigdy nie byliśmy blisko, nie widziałem człowieka od końca szkoły, czyli ok. 10 lat. Był mocno specyficzny. Widać było, że z majętnej rodziny (ubrania, gadżety), zresztą i niegłupi był, kiedy (rzadko) się do czegoś przyłożył i np. sensownie odpowiadał na jakiejś lekcji. Niestety, najczęściej robił z siebie przygłupa, takiego błazna klasowego - na dodatek nie bardzo widząc pewne granice czy umiar, co nie raz mu wyszło przysłowiowym bokiem. Nie zapomnę, jak kiedyś łaził po szkole z różańcem na szyi. No głupota, bo co innego? Paradoksalnie - nosił imię i nazwisko identyczne z tymi danymi osobowymi bardzo znanego świętego, zresztą patrona młodzieży. Psychologiem nie jestem, ale mam wrażenie, że brało się to z przemożnej potrzeby zwrócenia na siebie uwagi pozostałych - od rodziców chyba poczynając, żeby zyskać i przyciągnąć te uwagę, aby nie być samym, żeby poczuć się potrzebnym. A z drugiej strony, kiedy kilka razy rozmawialiśmy, chyba mocno szukał - może bardzo po omacku? - bo można było gdzieś tam pod warstwą tego wszystkiego, tych wygłupów, odczuć, że nie umie tego nazwać, ale brakuje mu czegoś, że robi dobrą minę do złej gry. 

Nie mam pojęcia, co się stało. Zszokowani są też ludzie, którzy byli z nim blisko - czemu w tych dniach dają wyraz na pewnym popularnym portalu społecznościowym. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak wielka rozpacz i pustka musiała popchnąć człowieka do targnięcia się na swoje życie. Podobno jakiś czas temu odnalazł w życiu Boga... Dlaczego więc tak się stało?  Nie wiem. Strasznie współczuję jego rodzicom - bez względu na to, jakie były ich relacje, czy dobrze wywiązali się ze swojej roli czy nie - większego dramatu niż konieczności chowania własnego dziecka nie potrafię sobie wyobrazić. 

To wszystko pozostanie tajemnicą i gdybanie nie ma sensu, strata czasu. Jest w tym sens, dla nas zakryty. Pozostaje niezmierzone Boże Miłosierdzie i prawda o tym, że to właśnie Janek przekonał się już na własnej skórze, jak wielkie ono jest - bo on jest już tam, po drugiej stronie, z tym Jezusem, który nie dopowiadał swoich myśli, ale każdego pragnął przytulić do swojego serca (co światu przypomniał duet Kowalska & Sopoćko). Nie mam żadnych wątpliwości, że on znalazł ukojenie w tym, który jest odpowiedzią na wszystko. Na pewno nie był nieskazitelny, ale wierzę że w choćby w ostatniej chwili życia, także w tak wielkiej rozpaczy, potrafił zaufać Temu, którego właśnie w tym momencie odnalazł naprawdę - i który na pewno po drugiej stronie się od Janka nie odwrócił. 

Jezus na pewno doścignął i tego Bożego uciekiniera. 

Dlatego bardzo proszę wszystkich, którzy to czytają, o modlitwę za Janka - o spokój jego duszy i za wszystkich, którzy przez jego odejście są pogrążeni w żałobie. 

Tak mi się to z powyższym zdumieniem ks. Jana Twardowskiego skojarzyło... 

Co też powiedzieć chcesz strumieniu
Kiedy spragnieni wodę piją
Kiedy z nazwiska i imienia
Mijają tak jak świat przemija 
Jak łza spod rzęs
Wypłakana skrycie
Tak śmierć ma sens
I ma sens życie 

środa, 28 sierpnia 2013

Zmruż oczy

Niesamowite to było. Czy w tym jest palec Boży? A może Mama o sobie przypomina tam, z góry, we właściwy sobie oryginalny sposób?

Siedzę dość już zmęczony w pracy, piszę, a tu nagle wpada mail od jednej z koleżanek Mamy. Pani bardzo emocjonalnie napisała, że znalazła maila od Mamy, którego dostała jakieś 2 lata temu po śmierci jej taty. I Mama, i jej koleżanka jedna były na pogrzebie. I pani ta stwierdziła, że o ile czas nie leczy ran, a oswaja - to chciała, żebyśmy to przeczytali. Mama napisała do niej tak (pisownia oryginalna):
(...) Mam nadzieję, że ból życia jest do zniesienia.
Serdecznie dziękuję za to wzruszające spotkanie. Mam nadzieję, że jeżeli nie pomogło Ci za bardzo, to i nie dobiło.
Zobacz jak to sie plecie. Poprzednie takie było jak X chowała mamę.
Od naszego spotkanie chodzi a mną motyw przewodni "Zmruż oczy" , przesyłam, może będzie lżej.
ściskam całe osierocone stadko
Film "Zmruż oczy" z genialną rolą Zamachowskiego widziałem kilka razy, w tym raz u dominikanów w Mikołaju w ramach, zaniechanego już, kina pod gwiazdami. Niby dziwny, niby monotonny, a jednak jak bardzo prawdziwy. Polecam, kto nie widział, a sam sobie go pewnie odświeżę.

Ad rem. Tekst, który Mama tej koleżance wtedy przesłała, a który sam chyba gdzieś już sobie wynotowywałem:
Jest czas by mieć. Jest czas by tracić.
Jest czas by szukać. Jest czas zobaczyć.
Mieć w górze niebo, w sobie spokój.
Pod sobą krzesło, świat gdzieś z boku.
 Jest czas na słowa. Jest czas milczenia.
Jest czas być w słońcu. Jest czas być w cieniu.
Mieć ręce pod głową, zmrużone oczy, patrzeć jak życie się toczy.
 Jest czas by pytać. Jest czas by wiedzieć.
Jest czas by śnić. Jest czas dla ciebie.
Jest czas by widzieć, między chwilami, to czego nie ma - a jest. 

Ta końcówka trochę ks. Twardowskiego przypomina, prawda? Pamiętam, że główny bohater w filmie mówił mniej więcej: "Zmruż oczy, tak widać lepiej". Że mało tam było akcji, a sporo patrzenia w przestrzeń, obserwowania pustego podwórza, zapatrzenia, zamyślenia... Zamiast lecieć bez sensu - przystanąć, zamarudzić nad byle czym, zatrzymać się i zmrużyć te oczy.

I umieć je zmrużyć tak samo właśnie, kiedy serce najbardziej boli, gdy odchodzi lub odszedł już ktoś najbliższy, kogo kochamy, bez którego świat wydaje się walić i niszczeć. To po prostu taki czas, jak inny - tylko bardziej bolesny dla tych, co zostają i żyją dalej, w przeciwieństwie do tych, których czas nadszedł. My tutaj ciągle tracimy i szukamy - oni już mają i widzą, zobaczyli. My nad sobą mamy niebo - oni już w sobie spokój, bo połączyli się ze źródłem pokoju. Nam świat ciągle przesłania wszystko - oni już mają odpowiedni dystans, bo są poza nim. Wspominamy słowa i milczymy, wspólne chwile na słońcu ukrywając rozpacz w cieniu serca. I tak nagle, wyjątkowo, jakby wyjęci z czasu montujemy piękną retrospekcję z życia tego, kogo właśnie tak bardzo i nagle zabrakło. My tutaj ciągle pytamy - oni już wiedzą. A co najpiękniejsze - z tym wszystkim czekają tam na nas. 

sobota, 29 czerwca 2013

Święta Mama

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić. Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie». (Mt 11, 25-30)
Nigdy bym nie wpadł na to, aby te słowa odnieść do uroczystości pogrzebowej, czyjejkolwiek. A w środę to właśnie je odczytał ks. Tomek, a na ich temat mówił w homilii pogrzebowej Mszy Świętej za Mamę ks. Krzysiek. Tym bardziej z perspektywy czasu zaskakujące jest dla mnie to, co i jak powiedział - ok. 10 minut przed Mszą, kiedy składał mi w zakrystii kondolencje i witaliśmy się, pytał, czy są jakieś teksty, które chcielibyśmy usłyszeć w liturgii - odpowiedziałem, że nie, że pozostawiam to celebransom. 

Do dzisiaj nie wiem, skąd wziął się w kościele ks. Tomek. Ks. Krzyśka poprosiłem w naszym imieniu, bo Mama zawsze uwielbiała go słuchać w Jakubku, w latach jego "duszpastuchowania" akademickiego - jeśli kogoś by chciała posłuchać, to właśnie jego. Sam tego nie pamiętam, ale podobno kościół był pełen ludzi - m.in. nasza (moja i brata) wychowawczyni z podstawówki, mieszkająca blok dalej od rodziców, i bardzo wiele życzliwych osób. 

Maślak zaczął od tego, że nie jest niczym złym bycie prostaczkiem przed Bogiem - bo mądrością i roztropnością przed Nim tak naprawdę mało kto, żeby nie powiedzieć: nikt nie może się pochwalić (nie przypadkiem gdzie indziej jest mowa o prostocie dziecka, potrzebnej do wejścia do Królestwa). To wręcz pewnego rodzaju łaska i błogosławieństwo. I tych właśnie prostaczków - każdego z nas - Dobry Bóg woła i zaprasza od momentu Chrztu przez całe życie, właśnie tymi słowami: Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Nie kto inny, nie inaczej - Ja jestem odpowiedzią, finiszem, wielkim finałem i ostateczną nagrodą dla wytrwałych. Bóg zaprasza nas do wspólnego wędrowania drogami życia - przy czym wcale nie jest tak, że musi być lekko, łatwo i przyjemnie. Każdy ma swoje jarzma, krzyże, grzechy, wady i problemy - sztuką jest nie zwalać ich na innych, a umieć dobrze zagospodarować i znieść. 

Boże zaproszenie w życiu i jego przyjęcie nie stanowi jakiegoś klucza, kamienia filozoficznego, który rozwiązuje wszystkie problemy i czyni wszystko prostym jak przysłowiowy drut. To przestrzeń i płaszczyzna, która właśnie temu, co trudne, męczące i bolesne pozwala nadać piękny sens i wymiar wykraczający poza to, co doczesne. Jezus wprost wskazuje na siebie, każe uczyć się właśnie od Niego cichości i pokory serca, w codziennych problemach, trudach, czasami dramatach, takim niejednokrotnym krzyżowaniu. Tylko On jest ukojeniem, tylko On sam stanowi odpowiedź i nagrodę dla wytrwałych. To tylko z Nim wszystkie te brzemiona i krzyże otrzymują nowy sens - stając się, jak mówi ewangelista, słodkimi czy też lekkimi; do udźwignięcia, do zniesienia, do wypełnienia. 

W kontekście odchodzenia słowa te nabierają zupełnie nowego wymiaru - wielka obietnica i zapowiedź dla tych, których "życie zmienia się, ale się nie kończy" (jedna z prefacji z Mszy za zmarłych), którzy po ludzku dochodzą do swojego ziemskiego końca. Zresztą, tak naprawdę - to obietnica jest głównie dla tych, którzy po nich pozostają - rodziny, bliskich, krewnych, przyjaciół. Ten, kto umarł i przeszedł dalej - ta osoba już wie, dla niej wiara przemienia się w wiedzę i poznanie dosłownie twarzą w twarz Boga Ojca, który, jak wierzymy, zaprasza do swojego domu. Ta nadzieja jest głównie dla nas, którzy pozostajemy tutaj, pogrążeni w żałobie, żalu i smutku po odejściu kochanej Mamy. Mama już w Bogu znalazła ukojenie swojej duszy - a teraz to ukojenie po jej odejściu ma stać się naszym udziałem; w tych szczególnie trudnych dniach, kiedy Bóg zaprasza i przytula, ot tak, jak Ojciec, i prosi, aby pozwolić Jemu samemu być ukojeniem tego wszystkiego, co targa pełnym żalu i bólu sercem. To jest nadzieja dla nas i, jak wierzymy, stało się udziałem Mamy w godzinie jej śmierci. A do tego taka piękna rzeczywistość wymiany - Mama już nie musi dźwigać tego, co było trudne po ludzku za życia na ziemi, a będąc w bliskości Boga staje się naszym orędownikiem, który może podpowiadać i prowadzić, pomagać z tymi naszymi sprawami. Wierzę w to bardzo mocno. Kto może bardziej i więcej pomóc, niż święta Mama?

Msza Święta była piękna i prosta. Na cmentarzu dosłownie tłum ludzi - koleżanki i koledzy Mamy bardzo się zorganizowali (rodzina pozostała niewielka), sporo znajomych brata, kilku moich. Po fakcie - także ludzie ode mnie z pracy, jak się dowiedziałem, kolejne miłe zaskoczenie. Prosta, cicha kaplica z prostą kamienną jasną urną, prosty krzyż - takie, jak by to chciała Mama; zawsze podkreślała, że chce być skremowana. Odprowadzenie Mamy do grobu - spotkała się i spoczęła obok babci, a grób dalej prababcia. Króciutka ceremonia - Mama pośmiertnie została przez Prezydenta RP odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, odznaczenie odebrał brat. Płakałem kilka razy, najgorzej było, kiedy - na prośbę taty - dziękowałem wszystkim w naszym imieniu (przygotowałem tekst na kartce wieczorem, ale jak się rozkleiłem, to mówiłem zupełnie z głowy, bo nic nie widziałem...). A potem tylko rosnące morze kwiatów na grobie. Zupełnie przypadkiem zauważyłem - wieniec od nas był dokładnie taki, jakie Mama (zawsze sama) przygotowywała: dużo gałązek z igłami, zielonego, i jakieś proste kwiaty. 

Jest bardzo ciężko. W czwartek, trzecie w ogóle i ostatnie przed wakacjami i jesienią kolokwium, ustne i najtrudniejsze. Trzeba jakoś spróbować chociaż ogarnąć materiał. Pełno formalności do załatwienia związanych z odejściem Mamy - ale to chyba dobrze, bo jest się czym zająć. Sprawa w sądzie z pracodawcą - pociągniemy ją z bratem dalej, chodzi o zasadę a nie pieniądze. I taki straszny żal, który po prostu czasami się odzywa w sercu - dzisiaj np. kiedy spojrzałem na pralkę, bo przypomniała dzień, kiedy przed ślubem właśnie z Mamą łaziliśmy po sklepie, żeby ją wybrać i kupić... Momentami wydaje mi się, że jest ok, a momentami się rozsypuję... 

wtorek, 2 kwietnia 2013

Rocznicowy bezmyślny zachwyt

Dzisiaj mija 8 lat od śmierci bł. Jana Pawła II. Tak naprawdę, gdyby nie nagłówki gazet, ten fakt by mi przeleciał, nie zauważył bym tego. 

Mimo, że wiele w moim życiu się przez ten czas zmieniło, chyba nigdy nie zapomnę tamtych dni, kiedy cały świat wstrzymał oddech, bo Wielki Człowiek odchodził? Nie, on tylko wracał do domu Ojca, jak to ujął abp. (dzisiaj kardynał) Leonardo Sandri. Ludzie łączyli się w modlitwie, choć teoretycznie nie działo się nic nadzwyczajnego - ot, naturalna kolej rzeczy (zespół Pin w piosence "2 kwietnia 2005" śpiewał, że "wciąż po twarzy płynie czas, krok po kroku zmienia nas"). My, ludzie, mamy jednak taką tendencję, że o osobach naprawdę wielkich przypominamy sobie albo zauważamy ich w najlepszym wypadku na łożu śmierci, najczęściej po śmierci. 

Przeżywaliśmy te 8 lat temu nawet nie narodowe, ale światowe rekolekcje - wszyscy "na hurra" zaczęli sobie przypominać, że papież z Polski nie tylko był, uśmiechał się, czynił piękne spontaniczne gesty - ale także, a nawet przede wszystkim mówił, upominał, nauczał, wyjaśniał prawdy wiary, próbując przybliżać Boga ludziom i ludzi prowadzić ku Bogu. To było dobre - może niektórym coś to dało. Równocześnie - było tak samo beznadziejne medialnie, jak po rezygnacji Benedykta XVI niedawno, kiedy większość mediów skupiła się na "bilansie plusów dodatnich i ujemnych" oczywiście głównie wyrokując z pewnością ekspertów, co papież zrobił źle; czyli prawie wszystko. Przy czym nie przejawiała się w ten sposób bynajmniej troska o Kościół - ale po prostu wola zaistnienia, dołożenia swoich kilku groszy, bardzo często mając nikłe pojęcie o tym, kim był i co prezentował sobą Karol Wojtyła.  

Pamiętam dokładnie, to była sobota. Paradoksalnie, dla mojej rodzinnej archidiecezji gdańskiej do tej 21:37 było to święto radosne - dzień konsekracji, święceń biskupich ks. Ryszarda Kasyny, mianowanego 24 stycznia tamtego roku nowego sufragana. Rano wielka uroczystość w gdańskiej Bazylice Mariackiej - tłumy świeckich, księży, biskupów, lekko zestresowany sytuacją sam nowy biskup, paradoksalnie (mimo innego charakteru) bardzo podobny w prostocie sposobu bycia właśnie do Jana Pawła II; Bogu dzięki, pozostało mu to do dziś, kiedy służy już diecezji pelplińskiej jako ordynariusz. Mimo wszystko, kiedy ludzie wysypywali się z kościoła po uroczystości - padały pytania o zdrowie Jana Pawła II, włączano radia w telefonach komórkowych. 

Po południu - podświadomie? - większość z nas chyba już wiedziała, że zbliża się koniec. Zmieniły się ramówki stacji telewizyjnych. Mam wrażenie, że w pewnym sensie - poza odwołanie do woli Bożej - była to bardziej modlitwa już o spokojne odejście, choć wtedy jeszcze tego nie rozumieliśmy. Bardzo spontanicznie skrzyknęliśmy się jakoś ok. 21:00 właśnie na plac przed katedrą oliwską, mieli być młodzi ludzie. Pojawił się wielki tłum, nie tylko młodych, morze ludzi. Różaniec, osobiste świadectwa, śpiew - w pewnym sensie spontanicznie, niewątpliwie z potrzeby serca. Miałem wielki zaszczyt współorganizować to przedsięwzięcie.  Kątem oka dostrzegłem w pewnym momencie metropolitę - abp. Gocłowskiego. Wyszedł z domu, tuż obok, w prostej czarnej sutannie, przystanął z boku, modlił się w ciszy, także na klęczkach. 

Nadszedł ten moment - po ludziach rozeszła się informacja: papież odszedł. Zapadła przejmująca cisza, wszyscy uklękli. Słowa były niepotrzebne, a wręcz zbędne wobec wielkiego dziedzictwa człowieka, który - poświęciwszy Bogu całe życie - oddał w tej chwili ducha temu właśnie Bogu, "totus tuus". Nagle cała katedra zaczęła zapełniać się ludźmi, w ciągu 15 minut przygotowano Mszę Świętą, przewodniczył abp. Gocłowski w asyście tłumu księży i kościele nabitym chyba jedynie w sposób porównywalny z pasterką i rezurekcją. Chyba nigdy nie słyszałem tak przejmującą osobistego i emocjonalnego kazania, choć ówczesnego metropolitę słuchałem (z przyjemnością) setki razy. 

A dzisiaj, 8 lat później? Na dwóch największych polskich portalach internetowych zero informacji - z tym zastrzeżeniem, że na jednym z nich zajawka o spiskowej dziennikarskiej teorii nt. obecnego papieża Franciszka. Po najpopularniejszym portalu społecznościowym wędrują, linkowane przez kolejne osoby, zdjęcia błogosławionego papieża z Polski z apelem, aby udostępnić zdjęcie, "oddając Mu cześć". 

Czy to ma sens? Według mnie niekoniecznie trzeba wklejać dzisiaj gdziekolwiek, w jakimkolwiek portalu społecznościowym, zdjęcia papieża - warto jednak o nim pamiętać i czasami po prostu pomyśleć nie tylko o zdjęciach i filmach, ale co on miał do powiedzenia i przez 27 lat mówił. Był bezpośredni - choć mówił i pisał z zacięciem filozofa, dla mnie w sposób trudniejszy od Benedykta XVI. Stawiał akcent na człowieka - ale zarazem nie wahał się człowieka przywoływać do porządku - jak wtedy, gdy w latach 90. grzmiał (dosłownie) w Polsce o źle wykorzystywanej i marnowanej wolności. Jan Paweł II powiedział dosłownie całe morze pereł, złotych myśli i zasad, którymi człowiek powinien kierować się w życiu - pewnie nie będzie przesadą stwierdzenie, że życia by nie starczyło, aby każdego dnia rozważać jedną z nich.

A warto - zamiast w pustym uniesieniu westchnąć i bezmyślnie lajkować coś na FB jako jedną z miliona stron - po prostu otworzyć cokolwiek z Karola Wojtyły, przeczytać choćby zdanie z jakiegokolwiek jego tekstu. Nie dla samego czytania, ale dla pochylenia się nad nim, zastanowienia, rozważenia. Taki miniaturowy kroczek do Boga - za pośrednictwem tego, który, jak wierzę, od 8 lat jest naszym współczesnym u Niego orędownikiem. 

czwartek, 28 lutego 2013

Odejście pielgrzyma

Pewnie każdy w jakiś tam sposób obserwował w tych dniach Benedykta XVI - teraz już (jak to dziwnie brzmi! emerytowanego papieża). Kogo ja widziałem? Wielkiego człowieka zawierzenia, pełnego ufności w zasadność i słuszność tego, co w sercu już dawno postanowił, a teraz wypełniał - a przy tym człowieka po ludzku po prostu przytłoczonego wiekiem i słabością ciała. A przede wszystkim - człowieka szczęśliwego, który promieniał, widząc jak realizuje swoje zamierzenie. Chyba jednym z najpiękniejszych spostrzeżeń jest to, że - im dalej od ogłoszenia decyzji - tym bardziej papież był, jest rozumiany w tym, czego dokonał, co zamierzał zrobić i dzisiaj zrobił. Coraz więcej ludzi - lepiej późno niż wcale - uświadomiło sobie, jak wielkiego formatu człowiek po prostu odchodzi. 

Wczoraj na placu św. Piotra padły bardzo piękne słowa, a jednocześnie znamienne. Papież jakby nie wprost, a jednak podkreślił, że biskup Rzymu jest jedynie depozytariuszem tego, co Chrystus pozostawił ludziom na ziemi w Kościele: "Pan dał nam wiele dni słonecznych i łagodnego wiatru, dni, kiedy połów był obfity. Były też jednak chwile, kiedy wody były wzburzone, jak w całej historii Kościoła, a Pan zdawał się spać. Ale zawsze wiedziałem, że w tej Łodzi jest Pan i zawsze wiedziałem, że łódź Kościoła nie jest moja, nie jest nasza, lecz Jego. To On ją prowadzi, rzecz jasna także poprzez ludzi, których wybrał, bo tak zechciał". Już napisałem, że podjęta decyzja to wielki dowód na nowoczesność i liberalizm z jednej, a po prostu wielką miłość i troskę o Kościół z drugiej strony - papież nie posiadający już sił do dalszego stania na czele Kościoła podejmuje krok, którego efektem końcowym będzie wyłonienie kolejnego papieża. Nie wycofał się, nie wraca ze Stolicy Piotrowej do dotychczasowego życia - usuwa się w cień, zmieniając miejsce, pragnąc w spokoju ducha dożyć swoich dni na modlitwie za Kościół i cichej, prawdopodobnie dla nas niewidocznej już posłudze. Należąc jako emerytowany papież do Kościoła, ciągle ten sam, a jednak inaczej. Tak, niewątpliwie ujęcie odchodzącego Benedykta XVI na balkonie w Castel Gandolfo było pewnie ostatnim jego oficjalnym zdjęciem. Pielgrzym na pierwszym etapie ostatniej części swojego ziemskiego życia.

Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że z kurią rzymską coś jednak jest nie tak. Świadczą o tym słowa samego papieża, w których nietrudno znaleźć pewne sugestie. Dzisiaj rano kardynałowie usłyszeli życzenie: "niech Kolegium Kardynalskie będzie jak orkiestra, w której różnorodność może przynieść wielką harmonię" - niby przypadkowe porównanie, jednakże sugerujące, że jednak ta orkiestra nie gra ostatnio zbyt równo, zbyt wielu solistów, za wiele gwiazd, a w zapomnienie idzie wspólny cel. I kawałek dalej słowa o tym, że "Kościół jest żywym ciałem, ożywianym przez Ducha Świętego i żyje rzeczywiście z mocy Bożej. Jest na świecie, ale nie ze świata: należy do Boga, Chrystusa, Ducha" - czyli zwrócenie uwagi na to, czym Kościół winien być dla świata - znakiem Boga, Jego uosobieniem - podczas gdy obecnie coraz częściej musi tłumaczyć się z powodu brudu i syfu swoich kapłanów, na dodatek zdecydowanie niezrozumiałego zachowania hierarchów w sytuacjach jednoznacznie wymagających reakcji. Czyli zamiast Boga przybliżać - zasłania Go i zniechęca do Niego. Przykład musi iść z góry, a bardzo wiele wskazuje na to, że owa góra - kolegium kardynalskie właśnie - a obecnie sama góra w okresie sede vacante, po prostu jest pogubiona wzajemnie, poplątana w jakiś swoich rozgrywkach i sprawach. Mam nadzieję, że to się zmieni, że te życzenia papieża do kardynałów odniosą efekt. Sam Benedykt XVI dał najlepszy przykład swoją decyzją - pozostawiając to, co po ludzku (i kardynalsku) mogło by być szczytem marzeń i kariery - dla samotności tylko (aż?) z Bogiem. 

Co będzie z Kościołem? Pójdzie dalej. Dokładnie tak, jak papież to powiedział dzisiaj rano do kolegium kardynalskiego: "Chciałbym wam zostawić prostą myśl, która bardzo leży mi na sercu. Jest to myśl o Kościele, o jego tajemnicy, która stanowi dla nas wszystkich, możemy tak powiedzieć, rację i pasję życia. Pomogę sobie wyrażeniem Romano Guardiniego, napisaną właśnie w roku, w którym ojcowie Soboru Watykańskiego II przyjęli konstytucję Lumen Gentium. W swojej ostatniej książce – z osobistą dedykacją także dla mnie, zatem jej słowa są mi szczególnie drogie – Guardini stwierdza: Kościół «nie jest instytucją wymyśloną i skonstruowaną przy stoliku, ale rzeczywistością żywą. Żyje w ciągu czasu, rozwijając się, jak każda istota żywa, przekształcając się. Jednak jego natura pozostaje wciąż ta sama i jego sercem jest Chrystus». Doświadczyliśmy tego, jak sądzę, na placu św. Piotra: zobaczyć, że Kościół jest żywym ciałem, ożywianym przez Ducha Świętego i żyje rzeczywiście z mocy Bożej. Jest na świecie, ale nie ze świata: należy do Boga, Chrystusa, Ducha. Widzieliśmy to wczoraj. Dlatego prawdziwe jest też inne słynne wyrażenie Guardiniego: «Kościół rozbudza się w duszach». Kościół żyje, rośnie i rozwija się w duszach, które jak Maryja Panna przyjmują Słowo Boże i je poczynają z Ducha Świętego, oddają Bogu własne ciało i właśnie w swym ubóstwie i pokorze stają się zdolne rodzić Chrystusa dzisiaj w świecie. Przez Kościół tajemnica Wcielenia pozostaje obecna na zawsze, Chrystus nadal idzie przez czasy i wszystkie miejsca”. Kościół właśnie tak się przekształca - casus Benedykta XVI zapoczątkował wyrażoną wprost, choć niejako od Soboru Watykańskiego II dorozumianą i istniejącą w KPK, możliwość zrzeczenia się godności papieskiej, (Na marginesie - ani to abdykacja, bo nie na niczyją rzecz, ani nie rezygnacja, bo nie przyjmowana przez żadnego rodzaju zwierzchnika). Oby te wydarzenia ostatnich dni stanowiły bodziec właśnie dla dalszego rozwoju Kościoła, w dobrym kierunku. 

Bo to, że Jezus Kościoła nie opuści wszędzie tam, dokąd odejście Benedykta XVI Go popchnie, jest bardziej niż pewne. A sam (emerytowany już) papież pokazuje, że są rzeczy ważniejsze niż najbardziej doniosła misja - gotowość do postawienia się w Bożej obecności i umiejętność powiedzenia wprost, kiedy brakuje sił, kiedy pozostawać może tylko (aż) modlitwa. 

czwartek, 24 stycznia 2013

Owocujące stągwie

W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: Nie mają już wina. Jezus Jej odpowiedział: Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja? Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: Napełnijcie stągwie wodą! I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu! Oni zaś zanieśli. A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem - nie wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli - przywołał pana młodego i powiedział do niego: Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory. Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie. Następnie On, Jego Matka, bracia i uczniowie Jego udali się do Kafarnaum, gdzie pozostali kilka dni. (J 2,1-12)
W zeszłym tygodniu pisałem o Janie Chrzcicielu i cudzie, kiedy Bóg Ojciec wskazuje w momencie chrztu na Jezusa jako wybranego i umiłowanego Syna. Napomknąłem też o tym tekście - uważanym za pierwszy cud Jezusa przemienieniu wody w wino podczas wesela w Kanie - mówisz, masz: Kościół w swojej mądrości właśnie tym fragmentem w ramach II niedzieli zwykłej otwiera okres zwykły AD 2013.

Nie powiem nic odkrywczego stwierdzając, że kluczowa rola należy tu do Maryi. Obserwuje, widzi, reaguje - uderza do Syna. Nie ma wina - zaraz będzie draka. Wielu duchownych na wiele sposobów tłumaczyło te słowa, które padły w odpowiedzi ze strony Pana - droczył się? Chyba bardziej nie chciał działać spektakularnie, robić show. Stąd to jakby "temperowanie" Matki. Ona jednak w głębi serca wiedziała - Jezus zadziała, gdy przyjdzie pora. Stąd polecenie do sług - którzy jednak specjalnie pewnie nie mieli powodu do zdziwienia: skoro stągwie miały służyć do oczyszczeń, to logicznym było, iż powinna się w nich znajdować woda. Co innego - gdyby ktoś później zauważył, że ze stągwi pełnych wody nalewa się gościom weselnym wino... Oczywiście, wino - ten specyficzny prezent weselny Jezusa - okazało się o wiele lepsze od uprzednio przygotowanego. Cud? Pewnie tak. Być może nie głośno opiewany, ale słudzy na pewno podali dalej informację o tym, że wino prawie dosłownie "spadło z nieba".

Tak naprawdę dla człowieka wierzącego, poza ciekawym tłem, wątkiem i zbożną opowieścią, kluczowe wydaje się jedno proste zdanie, i to nawet nie Jezusa, a Maryi. Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Kościół przytacza je nie inaczej, a właśnie dlatego, że to dobra rada dla każdego z nas. Mamy w życiu wybór. Możemy stać jak te kruche naczynia gliniane (o których mowa w jednym z listów Pawła), albo możemy współpracować z łaską i pozwolić się wykorzystać jak te masywne stągwie kamienne, napełnione przez Boga - czym? Łaską właśnie, błogosławieństwem - tutaj przybrało ono postać wina, bo w chwili niewątpliwej radości było ono być może jedynym, czego brakowało. Może nie brzmi to zbyt zachęcająco, ale co może być lepsze nad niesienie Boga innym? W Jego bezpośredniej bliskości, dotykając Go na ile to możliwe - iść, nieść i głosić.

Bardzo dobrym uzupełnieniem jest tutaj II czytanie (1 Kor 12,4-11), gdzie Paweł mówi o różnych darach łaski właśnie, ale o jednym motorze napędowym tego wszystkiego - o Duchu. Czytanie, które można by streścić słowem - piękno w różnorodności. Po prostu nasze, ludzkie powołanie. Nie do mierzenia się nawzajem, porównywania, oceniania - ale możliwość, siły i umiejętności do bycia wyjątkowym będąc po prostu sobą i robiąc użytek z tego, co On mi dał. Nie lepszym, nie gorszym od tego czy tamtego - normalnym, własnym, wyjątkowym. I tą właśnie drogą, będąc na swój wyjątkowy sposób stągwią kamienną wypełnioną po brzegi Bogiem, owocować.

>>>

Wczoraj wieczorem Pan odwołał do siebie kard. Józefa Glempa, wieloletniego Prymasa Polski i metropolitę warszawsko-gnieźnieńskiego, wcześniej biskupa warmińskiego. Kiedy teraz o tym myślę - pewnie dochodził do kresu życia mniej więcej wtedy, kiedy w mediach były podane informacje o pogorszeniu się jego stanu zdrowia i prośbie e strony następcy - kard. Kazimierza Nycza - o modlitwę za chorego.

Mój sposób postrzegania zmarłego ewoluował. Dziś myślę, że to był człowiek, który lepiej niż to się na pierwszy rzut oka wydaje odegrał swoją rolę, bądź co bądź, w bardzo trudnych dla Polski i polskiego Kościoła latach. Miał prawo być przytłoczony poprzednikiem - Prymasem Tysiąclecia i jego przeszło 30-letnią posługą, a równocześnie czuł wsparcie z Watykanu, dzisiaj błogosławionego już, Jana Pawła II. A jednocześnie - musiał sprostać nowej rzeczywistości, kiedy po obaleniu komunizmu siły wrogie Kościołowi nie dały się już tak jednoznacznie wskazać i nazwać, kiedy człowiek miał coraz większe problemy z mądrym zagospodarowaniem wolności. Do tego - z pewnością trauma i rana związana z historią, również błogosławionego dziś, ks. Jerzego Popiełuszki, księdza z jego diecezji. Kiedyś można mu było zarzucić zbytni konserwatyzm - czy jednak słusznie?

Dzisiaj odpoczywa w Bogu.

>>>

Jakoś mnie wzięło - czytam od początku trylogię Grosera. Najnowszą, czwartą książkę "Jezus z Judenfeldu" już przeczytałem. Normalnie jak Gwiezdne Wojny - najwcześniejsza część pojawia się ostatnia. I pięknie wpisuje się w całość - tylko że doświadczenia tym razem niemieckie, dość ekumeniczne. Nie znoszę tylko tych grzegorczykowych zakończeń. Bardziej wieloznaczne by być nie mogły.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Czytanie i odchodzenie

Od przeszło tygodnia - powiedzmy, nowego roku, nadrabiam zaległości czytelnicze. Dotychczas mogę polecić. Linki są z boku na blogu. 

Jan Grzegorczyk, "Pieśń słoneczna Róży Bluszcz" (W drodze)

Zbiorek kilku opowiadań, bardzo grzegorczykowych, o ile mogę tak powiedzieć - czyli...? „Kolczyki”, „Kapliczka”, „Szczerbate stopy”, „Piekło i niebo”, „Pieśń słoneczna Róży Bluszcz”, „Posłaniec”. Tytuł - przypadkowy, czy jakiś wybór autora? Dla mnie najlepsze - dwa pierwsze. Tak bardzo właśnie grzegorczykowe - nasze, polskie, ludzkie, z problemem, realne, zwyczajne, z dylematem wiary nawet nie koniecznie na pierwszym planie. Sięgnąłem po niego przy trylogii (ha! już nie, mam czwartą część - o tym kiedy indziej, kiedy przeczytam) Grosera, i ani razu się nie zawiodłem jeszcze. 

Te słowa można znaleźć na okładce: "Charles Péguy pisał, że grzesznik stoi w samym centrum chrześcijaństwa i nikt tak jak on nie rozumie, czym chrześcijaństwo jest — chyba że święty. Te słowa zawsze mnie fascynowały. I dlatego z pasją tropię jednych i drugich. Niektórzy nazywają mnie skandalistą i gorszycielem. No cóż, dla mnie świętość to nie pielęgnacja cnót heroicznych, ale sokole oczy, które potrafią rozpoznać Boga przebranego w najbardziej liche i słabe istoty. Człowiek uwierzył w Boga, dotykając Jego ran. Bóg także pragnie dotknąć naszych okaleczeń, choć pewnie nie jest Mu to potrzebne, by w nas uwierzyć". 

Dominik Duka OP, Tomasz Dostatni OP i Jaroslav Šubrt, "Tradycja jest wyzwaniem" (W drodze)

Powiem tak - liczyłem na coś innego. Myślałem, że to bęzdzie więcej o wierze, a mniej o historii, kulturze i także wierze w kontekście Czechów, Słowaków, Moraw i tych pięknych terenów, z których praski kardynał pochodzi, w których pracował. Można się np. dowiedzieć o tym, czym było państwowe pozwolenie na oficjalne pełnienie posługi kapłańskiej, jak trudno było je dostać, a także w masie przypisów (co jeszcze bardziej, wydaje mi się, podkreśla historyczny i naukowy wymiar książki, choć pisanej w formie dialogów, wywiadu-rzeki) odnaleźć np. informacje o podziemnych czeskich biskupach, konsekrowanych w wieku lat dosłownie 30, albo takich, którzy lwią część życia posługiwali w ukryciu, aby być oficjalnie uznanymi u kresu życia. Niesamowita historia naszych przecież sąsiadów, w pewnym sensie tragicznie podobna do polskiej w czasach najnowszych. W mojej ocenie - warto. 

Krzysztof Pałys OP, "Ludzie 8 dnia. Autostopem do Matki Teresy"

Bardzo... dominikańska. Świetnie trafiający do mnie lekki i prosty sposób pisania, zarazem przeplatany wieloma złotymi myślami i spostrzeżeniami z wędrówki, cytatami. Dwóch ojców wyrusza w ośmiodniową wyprawę do Skopje w Bułgarii jako miejsca urodzenia bł. Matki Teresy z Kalkuty, i nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że wyruszają autostopem. Spotykają przeróżnych ludzi, niekoniecznie katolików, różnie nastawionych - i odkrywają piękno zdania się na Opatrzność, która im właśnie podsyłała tak różnych kierowców i ludzi stawiała na drodze tej podróży. No i smaczek - na jednej z okładek wtręcik mały, ot, w ramach przepychanek dominikańsko-jezuickich :) Heh, długo się zastanawiałem - skąd ten tytuł. A to o 8 dni podróży chodziło. 

>>>

I do tego sprawa zdecydowanie przykra. Jedn z gdańskich dominikanów, dr Jacek Krzysztofowicz OP, mylnie nazywany przeorem gdańskiego klasztoru (którym nie jest od 2008 r.) poinformował wczoraj publicznie o fakcie porzucenia zakonu i kapłaństwa. Fakt, postąpił fair wobec współbraci i ludzi, którzy w św. Mikołaju dość chętnie go słuchali, informując o tym wprost i pozostawiając swego rodzaju pożegnalny list... Ale jednak. 

Urywki do poczytania w Wyborczej (tu i tu) - ale nagranie z całości słów o. Jacka widzę jest tutaj. 

Przyczyny? Można się domyślać. Tylko czy to jest ważne? Załamywać ręce czy złorzeczyć? Ani to, ani to. Po prostu pamiętać i modlić się za człowieka. 

poniedziałek, 12 września 2011

Przebaczenie z dwóch stron

Czasu nie było, a chciałem o tym napisać. W tygodniu zmarł pierwszy proboszcz parafii, w której od niedawna mieszkam. Człowiek w sumie wcale nie jakoś specjalnie stary - pod siedemdziesiątką. W parafii był od początku (wczesne lata 80.), zbudował kaplicę, plebanię i kościół. Proboszczował do 2001 r., jednak pozostał w parafii do końca, jako rezydent. 

Postać co najmniej niejednoznaczna. Dlaczego? Bo nie bez powodu przestał być proboszczem. Nikt nie negował jego zasług w parafii na polu wnoszenia czy to kościoła (osobna historia - nie było tajemnicą, że "ścigał się" z innym księdzem z okolicy w zakresie tej budowy, czego efekty widać do dzisiaj, niestety, bo kościół jest ze 2 razy za duży, przez koszty jego eksploatacji są ogromne, bez szans na ogrzanie, dach przecieka, dzwon działa 1 na 3, instalacje co chwile nie działają - generalnie do zmniejszenia [boczne nawy do zamknięcia i zamienienia w osobne kaplice] i remontu prawie generalnego), kaplicy, zaplecza (w plebanii co sezon coś jest do wymiany - a to całe instalacje, a to podłoga, a to dach...). Problem polegał na charakterze. Jedyna parafia w diecezji, gdzie co roku była wymiana wikariusza prawie. A czasami nie jednego. Żaden nie był dość dobry. Każdemu zarzucał najprzeróżniejsze, wyimaginowane przewinienia, włącznie z podtekstami odnośnie nieprawidłowych relacji z parafiankami. Snuł przeróżne intrygi, oczerniając współpracowników - wikariuszy, ale i świeckich - w oczach innych parafian. Ja rozumiem - mógł trafić raz na jakiegoś wikarego lenia, ale przez naście lat każdy? Coś musiało być nie tak. Stąd też kuria zaczęła się przyglądać i jemu, i parafii - bo nie brakowało skarg, zarówno ze strony księży, jak i parafian, na proboszcza. Były rozmowy, prośby. Nic to nie dało.

Kościół konsekrowano, nic się nie zmieniało, więc w końcu został usunięty ze stanowiska. Też wyglądało to dziwnie - na gwałt przebudowywał spory kawał plebanii, gdzie zamiast 2 salek urządził sobie mieszkanie (o wiele większe niż pozostałych księży). Co ciekawsze, ludziom wpierał, że buduje pomieszczenie dla gości. Po czym absolutnie odciął się od parafii. Mieszkał na jej terenie, podłączone od parafii miał media, i nie brał udziału w niczym. W tygodniu czasem odprawiał Msze, zawsze sam, czasem nie. W niedzielę na 5 Mszy odprawił jedną, spowiadał prawie wcale. Zaznaczam - przechodząc na emeryturę w wieku lat niewiele ponad 50, nie będąc wcale obłożnie nijak chorym. Mógł się zaangażować, wspierać nowego proboszcza (i kolejnego, obecnego), gdyby chciał. Ale nie chciał. Nienawidził, niestety, pierwszego proboszcza - tego "uzurpatora", przez którego (...) usunięto go ze stanowiska. Powróciło obmawianie, oczernianie, wymyślane oszczerstwa (na proboszcza, księży, na współpracowników parafii którzy [zamiast na znak "solidarności" z nim odejść] "śmieli" działać dalej w parafii...) - włącznie z donosami do kurii, jako by nie miał z czego żyć, bo proboszcz mu nie płaci. Ciekawe - bo równocześnie miał nowy samochód dość wysokiej klasy, który - rzekomo przymierając głodem - wymieniał będąc już na emeryturze. Uroczystości - pasterka, Triduum Paschalne, bierzmowania, komunie, wizytacje - zawsze go nie było. Zawsze był gdzieś, wyjeżdżał, albo symulował chorobę. Powtórzę - jak na człowieka w tym wieku nie był może siłaczem, ale nie chorował na nic. Dochodziło do tego, że biskup na wizytacji czy bierzmowaniu musiał zwracać uwagę na temat jego nieobecność. Ostentacyjnie, na znak protestu, zawsze obok.

Dlatego bardzo mnie ciekawiło, jak będzie wyglądało niedzielne kazanie. Obecny proboszcz także miał przez niego wiele krwi napsute, zupełnie niesłusznie. Natomiast "po dzielnicy" już chodziły plotki tego typu, że zmarły zażyczył sobie pochowania w kościele, a w ogóle to on... ziemię kupił za własne pieniądze i za swoje większość kościoła postawił. Co, delikatnie mówiąc, całkowicie się mijało z prawdą (ziemia od miasta i w darowiźnie kawałek od prywatnego właściciela, budowa systemem gospodarczym ze środków zbieranych na bieżąco - co  jest powszechnie wiadome). Zostałem mile zaskoczony - bo kwestia śmierci byłego proboszcza była wątkiem pobocznym. Bez oceniania, z naciskiem na to, że teraz on już sam nic dla siebie nie zrobi, i wszystko jest w naszych rękach, teraz można się za niego tylko modlić. Co bardzo ładnie wpasowało się w temat wczorajszej niedzielnej ewangelii:

Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał rozliczyć się ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam. Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: Oddaj, coś winien! Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu. (Mt 18,21-35)
Bo przebaczać trzeba zawsze. Tu nie chodzi o liczby - to tylko przenośnia. 7 miało znaczyć niewiele, kilka razy - a 77 wiele razy. W tym sensie - tak, 77 razy. A tak naprawdę, to i 78, 79, ile wlezie. Uraz, jaki masz do drugiego człowieka, zatruwa cię od środka. To tak naprawdę zniewala, nie ta krzywda, jeśli została ci uczyniona. To ten brak przebaczenia jątrzy, boli, piecze i prowadzi do nienawiści. Nie bez powodu mówi się - zło dobrem zwyciężaj. Prawdziwa wolność, pozbycie się, wyrzucenie się tego, że było źle, że ktoś mi zaszkodził, skrzywdził - może nastąpić dopiero, gdy z mojej strony nie będzie urazy, gdy znajdę siłę na przebaczenie. Bo czy ja sam jestem bez winy? Może w tej sprawie tak, może tutaj zawalił ten drugi. A tak w ogóle, szerzej? Oj, jest pewnie sporo rzeczy, które ludzie naokoło musieli by mi przebaczyć.

Chyba nikt z nas by nie chciał, aby ktokolwiek postąpił z nim tak, jak zdenerwowany król z niewdzięcznym sługą, który nie umiał docenić darowania długu? Nam pewnie nie raz się zdarzyła taka postawa, jak tamtego niewdzięcznika. Bo jak ktoś wobec mnie uczyni gest bezinteresowny, niespodziewany i nieoczekiwany - jest fajnie, jest euforia, ale bardzo szybko przechodzi się nad tym do porządku dziennego. A potem prawie - "bo mi się przecież należy", na pozycję roszczeniową. Przy czym samemu - a po co? Taka mentalność Kalego, z innej strony ugryziona. Mnie niech przebaczają - ale ja innym? No bez przesady. Przecież mi się należy! Ma dług? Ma. To niech płaci! A że mnie darowali? No chciał, to darował. Przecież ja nie muszę.

Umiejętność przebaczania to wielki dar. Dar zarówno dla tego, który umie przebaczyć, ale i dla tego, czyim udziałem to przebaczenie się staje, do kogo jest skierowane. Dla kogo jest to ważniejsze? Nie wiem. Komu więcej daje - przebaczającemu, czy temu, któremu zostaje przebaczone? Nie wiem. Ale każdemu życzę, aby miał okazję się przekonać. W obie strony.

I polecam zmarłego księdza modlitwom tych, którzy te słowa czytają. Modlitwy nigdy za wiele, a ten człowiek na pewno jej potrzebuje.