Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świadectwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świadectwo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 listopada 2015

Uwielbienie tak po prostu, krok po kroku

Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu
na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie,
że  n i e  j e s t e m  s t ą d.
Jakbym był posłany, żeby wchłonąć jak najwięcej
barw, smaków, dźwięków, zapachów, doświadczyć
wszystkiego, co jest
udziałem człowieka, przemienić co doznane
w czarodziejski rejestr i zanieść tam, skąd
przyszedłem.
Rzadko na tym blogu przytaczam wiersze - powyżej to "Gdziekolwiek" Czesława Miłosza z tomiku "To" z 2011 r. Cytuję go nieprzypadkowo - w kontekście źródła, w którym się na te słowa natknąłem - mianowicie książki "Pan Bóg? Uwielbiam" Marcina Jakimowicza, jednego z moich ulubionych autorów z GN (co ciekawe, z wykształcenia, kolegi po fachu bo prawnika). 

Kapitalny wstęp do bardzo dobrej książki, z której kilka co fajniejszych myśli chciałem tu zaproponować dzisiaj. Fakt, jest ich sporo, a to tylko świadczy na korzyść książki - przede wszystkim w sposób kapitalnie prosty rozprawiającej się z mentalnością i schematem "Boga który doświadcza chorobami". Myśli bardzo kreatywne, zmuszające do konfrontacji z własnym podejściem do Boga, zmierzenia się z własnymi lękami nie tyle dotyczącymi przejścia do zbawienia po śmierci - ale z tym, co może być trudne i fizycznie bolesne już tutaj, na ziemi. Stawienia czoła strachowi przed po prostu uwierzeniem Bogu i Jego obietnicom dla tych, którzy Mu naprawdę uwierzą - nie tylko gdzieś coś podpiszą. Z genialnym, zacytowanym co prawda od o. Michała Zioło OCSO, pojęciem "wspólnoty niedowierzania". Bardziej trafnie się nie da. 

Ostrzegam, jest tego całkiem sporo.
  • Znakiem pokory jest przyjęcie woli Bożej - pod warunkiem, że jej szukamy, pytamy, o co naprawę chodziło Najwyższemu.
  • Wertuję karty Ewangelii, starając się pochwycić Jezusa na gorącym uczynku i znaleźć choć jedną sytuację, w której zaproponował cierpiącemu, by zaakceptować chorobę. Nie znajduję. 
  • Duch nigdy nie przychodzi tak samo. Nie zna pojęcia stagnacji. Jego obecność jest niezwykle dynamiczna. Jest jak wiatr, ogień, strumień żywej wody. 
  • Można być osobą bardzo religijną i nie wierzyć w Boga. Wszyscy są w jakiś sposób religijni. Mamy wrodzoną religijność naturalną. Prowadzi ona do błędnego schematu - to ja muszę znaleźć Pana Boga, przypodobać Mu się, ofiarować jakieś dary, a jeśli On będzie zadowolony, będzie mi błogosławił.
  • Jezus, zapytany przez uczniów o to, jak mają się modlić, odpowiedział: "Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi" (dosłownie: Niech Twoja wola spełnia się na ziemi, tak jak w niebie). Jezus modlił się: "Ojcze, niech na ziemi będzie tak jak w niebie" (...) Dopiero teraz widać sens tej wypowiedzi. Bóg zdradził swoje pragnienie: chce, by ten skażony grzechem i przekleństwem świat już teraz zamieniać w królestwo. 
  • Nasze zadanie? Sprowadzanie nieba na ziemię. Chodzenie w Jego obecności. Krótkie pytanie: czy jestem w stanie zrezygnować z własnej chwały, by Jego królestwo wzrastało? czy chcę się zaprzeć samego siebie? Tylko tyle. Cała reszta już jest załatwiona. Jezus zapłacił za wszystko swoją krwią. 
  • Zbyt łatwo wszelkie nasze porażki pieczętujemy dewizą "wola Boża".
  • Wiesz, dlaczego Bóg nie może dać ci raka? Bo rak do Niego nie należy. 
  • Czytam Biblię i widzę, że Bóg jest dobry. Skoro ja, zły, egoistyczny i samolubny człowiek, nie chcę, by moje dzieci były wyniszczone przez chorobę, to dlaczego miałbym sądzić, że On sam tego pragnie? Po co miałby tego chcieć? By wyćwiczyć je w pokorze? Dać solidną lekcję posłuszeństwa? 
  • Jezus dostał to, na co ja zasłużyłem, aby mógł dostać to, na co On zasłużył.
  • Żyjemy w świecie skażonym grzechem, więc pełnię uzdrowienia zobaczymy dopiero wówczas, gdy powróci Ten, "w którego ranach jest nasze zdrowie". Wiem o tym. 
  • "Wszystko, co mam, jest twoje" - to obietnica Najwyższego, który zdaje się podpowiadać: dysponujesz całym pakietem darów, charyzmatów, którymi posługiwał się mój Syn. Otrzymaliśmy tego samego Ducha, który wskrzesił Jezusa z martwych.
  • "Powołałem cię po to, abyś szedł i przynosił owoc". To mocne zdanie. Przez długie lata rozpowiadałem na lewo i prawo: ja jedynie sieję, nie zbieram owoców. To bezpieczny manewr, pobożna wymówka, spełniająca wszelkie wymogi political correctness. Słowa "ie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał - aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje" (J 15, 16) zmieniają tę perspektywę. Powołałem cię - wyjaśnia Najwyższy - abyś przynosił owoc. Co więcej - by owoc twój trwał.
  • Wydajcie rozkaz górze. Czyńcie sobie ziemię poddaną. Obowiązują was reguły panujące w królestwie. Trzy lata chodziliście za mną krok w krok. Widzieliście cuda, znaki, uzdrowienia, wskrzeszenia. Dalej nic nie rozumiecie? 
  • To ja drżę. Boję się wydać rozkaz chorobie, aby nie skompromitować się przy innych. Często nawet dorabiam do tego pseudoideologię, by... nie skompromitował się sam Bóg (doprawdy karkołomna konstrukcja)!. Nie twierdzę, że uzdrowi wszystkich, a sale szpitalne opustoszeją. Nie wylewam dziecka z kąpielą, zapominając o teologii cierpienia, o tym, że nasze rany są kanałami Jego łaski. Nie! Wierzę jednak w to, że zanim "pochylimy się z troską nad zagadnieniem choroby" w życiu osoby, która prosi nas o wstawiennictwo, mamy prawo wołać o cud. On sam nas o to prosi. 
  • Nie znajduję w Ewangelii ani jednej sytuacji, w której Jezus podszedłby do chorego ze słowami: "Zaakceptuj swoją chorobę"! On ich uzdrawiał!
  • Co się, do cholery, stało? - to najbardziej dramatyczne pytanie świata. Krótkie, proste jak schemat linii warszawskiego metra instrukcje usłyszeli apostołowie. Uzdrawiajcie, wskrzeszajcie, wyganiajcie. My???
  • "Przechodząc doliną płaczu, przemieniają ją w źródło" - to kwintesencja chrześcijaństwa, które powinno być, jak chce prawosławny teolog Paul Evdokimov - "marszem życia przez cmentarze świata".
  • To zawsze mocno podejrzane, gdy ktoś zbyt łatwo zgadza się na cierpienie. Bo taka zgoda to ucieczka, po to by nie bolało. Z krzyżem jest trochę jak z tą drogą do Santiago. To nie my pokonujemy drogę, ale ona nas. To nie my radzimy sobie z cierpieniem, tylko ono radzi sobie z nami.
  • Jezus czynił takie cuda, jak wskrzeszenie Łazarza, bo wiedział, że w większości przypadków cuda i znaki potrzebne są nam, byśmy przylgnęli do serca Jego Ojca. Tacy jesteśmy. Nieufni, węszący spisek, odsuwający się na bezpieczną odległość. Na wszelki wypadek. - My, gawiedź. Chytra, kombinująca, szukająca zysku i unikająca ciosu, cyniczna lub może zbyt obolała, żeby wierzyć - opowiada trapista o. Michał Zioło. - Żyjemy, wyczekując. Mamy alibi, zawsze. Boimy się wysokości i jasności zbyt jasnej. Pojednaniu z niskością. Zdaje się, że już na zawsze. Podziwiamy męczenników, gdyż już nam więcej nie zagrażają. My, gawiedź, wspólnota niedowierzania, podobna ludziom przechodzącym od płaczu nad zmarłą dziewczynką do śmiechu i kpin z Jezusa, który odważył się powiedzieć, że dziewczynka nie umarła, lecz śpi. 
  • Chrześcijanie nie gonili za cudami. To cuda goniły za nimi.
  • Ludzie są zmęczeni moralizowaniem, duszpasterskim smrodkiem dydaktycznym. Chcą w Kościele zobaczyć żywego Jezusa, a nie tylko o Nim usłyszeć. Chcą Go dotknąć. I dopóki tego nie zrobią, nie uwierzą. (bp Grzegorz Ryś)
  • Jeżeli jesteśmy ludźmi, dla których wzorem jest życie Jezusa, to założenie, że Bóg "daje chorobę", stanowi pogwałcenie nauczania i praktyki Jezusa. 
  • W Kościele często pielęgnujemy cierpiętnictwo, które utwierdza nas w chorobie, zamiast pielęgnować wieź z Duchem Świętym, w mocy którego Jezus zadawał jej kres. 
  • Jeżeli proszę Pana Boga, to nie po to, aby Go o czymś poinformować (wie o wszystkim, zanim otworzę usta!), ale po to, by dać Mu prawo dostępu do konkretnego obszaru mojego życia. Bóg jest niezwykle dyskretny, nie narzucający się. Szanuje naszą wolność. Prosząc Go o uzdrowienie, dajemy Mu prawo do naszego wnętrza. My w tym momencie nie upraszamy u Boga konkretnej łaski, ale zapraszamy Go z nią do naszego życia. Nie upraszamy, ale zapraszamy.
  • Czy Pan Bóg jest bankomatem? Będę się modlił, aby Bóg mnie otworzył na swoją łaskę. Kiedy to "działa"? Wtedy, gdy po stronie zapraszających Boga jest wiara.
  • Fascynuje mnie sposób, w jaki Jezus patrzył na ludzi. On dostrzegał tych, których inni nie chcieli zauważyć. 
  • Wzorem modlitwy wstawienniczej jest dla mnie jedno krótkie zdanie wypowiedziane przez Maryję. Gdy zobaczyła, że impreza weselna w Kanie "dogorywa", rzuciła krótkie: "nie mają już wina". Koniec, kropka. 
  • Chcę usłyszeć: "jesteś wolny od niemocy". Desperacko szukam Jego obecności. Nie interesuje mnie rozmiękczona, grzeczna, pluszowa Ewangelia zredukowana do poziomu niedzielnych kazań. 
  • Lepiej być grzecznym i uradowanym, czy grzesznym i uratowanym? (o. Wojciech Ziółek SI)
  • To Bóg czyni pierwszy krok, jest źródłem dynamiki. 
  • Naszym największym zagrożeniem jest szary pragmatyzm codziennego życia Kościoła, w którym wszystko toczy się na pozór normalnie, w rzeczywistości jednak wiara zanika i zatraca się w małostkowości. Letniość. Bylejakość. Małostkowość. 
  • Jeśli chrześcijaństwo nie promieniuje, to nie dlatego, że napotyka w świecie opór - ale dlatego, że zabrakło mu gorliwości i świętości.
  • Myślę, że wielokrotnie Jezus puka od środka, abyśmy pozwolili Mu wyjść. Kościół zachowuje się, jakby pragnął zamknąć Jezusa wewnątrz i nie pozwolił Mu wyjść. 
  • Ludzie chcą w Kościele zobaczyć Jezusa, a nie tylko o Nim usłyszeć. Problem nowej ewangelizacji nie polega na tym, jak wyjść na ulice, ale... żeby wyjść (bp Grzegorz Ryś). 
  • Zauważyłem, że gadamy na okrągło o jedności i ekumenizmie, a nie potrafimy spotkać się z ludźmi z tej samej duszpasterskiej bajki. Jak możemy opowiadać o "parafii jako wspólnocie wspólnot", skoro nie znamy swoich imion?
  • Linia podziału przebiega tak głęboko i tak dotkliwie nas rani, że wychodzimy na ewangelizację z hasłem: "Po co mam to robić z kimś, skoro mogę zrobić coś sam?". Absurd! Głęboko podszyty zazdrością duchową i przekonaniem, że jeśli będę o kimś dobrze mówił i kogoś wywyższę, to automatycznie Bóg zabierze tę część z mojej puli, stracę coś. Tak jakby Bóg miał za mało i jeżeli przeleje na czyjeś konto, to ja już na nic się nie załapię... Nic dziwnego, że w Kościele nie czujemy się jak bracia i siostry, tylko partnerzy w konkurencji, rywalizacji. 
  • Coraz częściej czuję się bankrutem. Wiem, że nie mam absolutnie nic do dania. Nie mam czym zapłacić, dlatego załapuję się na gratisy od Pana Boga. Każdego dnia łapię się na tym, że chciałbym Mu dać wiele rzeczy, ale nie mam nic. Cokolwiek dobrego udało mi się zrobić, to zawsze początkiem była prośba: "zrób coś, bo ja jestem pusty" (Robert "Litza" Friedrich).
  • Im dłużej żyję i im częściej czytam Biblię, tym mocniej przekonuję się, że Pan Bóg nie obraża się, słysząc bezczelne a szczere słowa. Większą bezczelnością jest chyba mówienie do Niego w kościele: "Pan mym pasterzem, nie brak mi niczego", a po wyjściu z Mszy narzekanie tu i tam, jak to wiele nam rzeczy brakuje. Większą bezczelnością jest codzienne mówienie: "bądź wola Twoja" i oburzanie się na Boga wtedy, kiedy jest tak, jak On chce, a nie tak, jak my chcemy. Postawmy się trochę na miejscu Boga, który zna serca ludzkie. Czy nie bolała by nas nieszczerość ludzi, którzy zwracaliby się do nas na modlitwie?
  • Kryzysy uzmysławiają nam, że jesteśmy całkowicie zależni od Boga i wbrew temu, co sądzimy na co dzień, On świetnie dałby sobie radę bez nas, a to, że szuka z nami relacji, jest jedynie wyrazem jego przeogromnej tęsknoty.
  • Do momentu gdy nie zrozumiemy, że wszystko, absolutnie wszystko otrzymujemy za darmochę, będziemy siedzieć w czyśćcu, zamkniemy się na niebo.
  • Zobaczmy, kogo wybierał Jezus. Mam wrażenie, że On wybierał świadomie tych, o których wiedział, że do niczego Mu się nie przydadzą. Wybierał i wciąż wybiera tych, którzy sami mówili: "Ja się nie nadaję". Dlaczego? Bo ci ludzie przyjmują za darmochę to, co chce im dać, przyjmują orędzie zbawienia jako dar i nie chcą za to płacić. Nie mają zresztą czym zapłacić. Nie mają wobec Boga żadnych argumentów. 
  • Bóg, który nie cierpi grzechu, godzi się na moje grzechy. Dlaczego? Bo wie, że stawiają mnie one w pozycji dziecka: nie mam nic, nie mam żadnych zasług. Jak mi nie dasz, zdechnę z głodu. 
  • Jesteśmy gruboskórni, zamknięci na odczucie Bożej miłości. Odczuwamy ją przez nasze rany, pęknięcia. To boli. 
  • "Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia". Nie "z Tym" - ale "w Tym".
  • "Klient nasz pan" słyszę na każdym kroku. Na szczęście nasz pan nie traktuje mnie jako klienta.
  • Wyskakuję z tramwaju i mijam setki reklam: chwilówek, pożyczek, kredytów i sklepów typu Tani Armani. Potem wchodzę do kościoła i słyszę o darmowej miłości Najwyższego (żadnych promocji, ofert, zniżek) i zaczynam czuć się nieswojo. "Nie musisz płacić!" - przekonuje mnie kaznodzieja, a ja czuję się zakłopotany. Teoretycznie znam definicję charyzmatu - 5xD - dar darmo dany dla drugiego, ale podświadomie szepczę: przepraszam, ile to kosztuje?
  • Zbliżała się Pascha, gdy Jezus, jedyny Baranek, który gładzi grzechy świata, wszedł do świątyni. Nie zastał w niej ludzi, którzy się modlili. Zastał tych, którzy handlowali. Wygląda to tak, jakby ci ludzie chcieli kupić dary Ducha. Zadawali pytanie: "A ile to kosztuje?". 
  • Ileż w nas jest religijności naturalnej? Zasługiwania na Bożą miłość? Prób kupowania jej litaniami i nowennami? Nie potrafimy przyjąć tego, że jesteśmy zbawieni za darmo. Zachowujemy się tak, jakby przed dwoma tysiącami lat coś poszło nie tak, a krew Jezusa spłynęła niepotrzebnie i zmyła jedynie część grzechów. Odmawiamy kserowaną od sąsiada "koronkę szczęścia", pilnując, by broń Boże, nie uronić żadnej modlitwy, bo inaczej Główny Księgowy nie zaliczy i będziemy musieli powtarzać wszystko od początku. 
  • Choć w głębi nas samych tęsknimy za miłością bez granic, to stajemy przerażeni, kiedy ta miłość się objawia. Z Bogiem sprawiedliwym można ubijać interesy. Można z Nim kupczyć i próbować pozyskać Jego względy. Ale przeciw Bogu, który jest miłością i tylko miłością, nie mamy broni. 
  • Wyciągając różaniec czy odmawiając koronkę, nie wchodzę już w realizowanie teologii bankomatu. Nie zadaję bezczelnego pytania: "ile płacę?". 
  • Boża miłość jest za darmo. Nie można jej kupić. Relacja Boga do nas, Jego darmowa miłość, w Biblii jest określona jednym słowem: "łaska". Bóg ma łaskę. Jakkolwiek się zachowują synowie ojca w przypowieści o synu marnotrawnym, on zawsze kocha. Zawsze "ma łaskę".
  • Jeżeli patrzymy na Jezusa, na Tego, który jest nam dany za darmo, zaczynamy się uczyć logiki Boga. Przestajemy pytać: ile to kosztuje, bo... On jest ceną, On jest zapłatą. W katechizacji, nauczaniu, kazaniach przez wiele, wiele lat zbyt mocno akcentowano moralność. Moralność była centrum nauczania Kościoła. Tłumaczono nam, jak należy żyć, by być "dobrym człowiekiem". Owocem tego jest to, że czasami słyszę takie hasło na kolędzie: "ojcze, ja nie chodzę do kościoła, ale jestem dobrym człowiekiem" (o. Wit). 
  • Ja nie muszę niczego płacić. Nie jestem niczego winien. Ofiara Jezusa jest kompletna, całkowita, doskonała, pełna. Niczego jej nie brakuje. 
  • Grzechy, w które jestem uwikłany, były dla Niego ogromnym problemem przed 2000 lat. Odczuł je boleśnie na własnej skórze, poznał ciężar każdego z nich. Od chwili, gdy zmartwychwstał, nie wraca do nich. Nie prowadzi ewidencji: "winien - ma". 
  • Zmartwychwstały zachowuje się, jakby doznał amnezji. "Zresetowął" nie tylko same grzechy, ale i pamięć o nich! Jezus nie wypomina Rybakowi ucieczki, zdrady, tchórzostwa. Pyta: "Kochasz?". "Ale przecież uciekłem, zwiałem, stchórzyłem...". "Piotrze, kochasz?". "Ale...". "Kochasz?". 
  • Nie wolno głosić etyki w nawet tak istotnych kwestiach jak małżeństwo, jeśli najpierw się nie pokaże człowiekowi Jezusa Chrystusa. Jeśli nie doświadczy tej relacji, to każde przykazanie będzie ciężarem nie do uniesienia. Nawrócenie to spotkanie z Jezusem, w którym doświadczam tego, że jestem przez Niego kochany. 
  • Największą barierą w przyjęciu łaski jest nieprzebaczenie.
  • Nie musisz krzyczeć, skakać ani płakać czy miotać się po podłodze, aby coś od Niego dostać. Powinieneś tylko wierzyć w imię Jezus. Jezus nie musi się modlić za ciebie, tylko z tobą. On jest twoim adwokatem w niebie. Kiedy wypowiadasz Jego imię, mówi: "To jest zbyt ważna sprawa! Ja przelałem swoją krew i dałem mu swoje imię. Ojcze, obiecaliśmy, że jeżeli użyje mego imienia, otrzyma to czego pragnie". "Tak, amen" - mówi Ojciec - "Dajmy mu to". Imię Jezusa nie jest magiczną sztuczką z pieczątką imprimatur. Nie jest rodzajem katolickiego zaklęcia czy wytrychu. Wiara nie ma nic wspólnego z magią (Ulf Ekman). 
  • Jezus nie odpowiada w tej przypowieści [o miłosiernym Samarytaninie] na pytanie, kogo ja mam kochać, ale kto mnie kocha. Przestawienie akcentów. "Kto jest moim bliźnim?"nie znaczy "Komu mam jeszcze pomóc?", ale "Kto mi pomoże?" (o. Wojciech Ziółek SI).
  • Mamy wiele szczęścia, że żyjemy w takich czasach jak teraz. Mamy dziś do czynienia z Kościołem, który się zapada, i jednocześnie z Kościołem, który się odradza. Zapada się wiele starych struktur, które nie wytrzymują nowego tchnienia Ducha. W nowym, odradzającym się Kościele są ludzie, którzy przyjmują do serca Jezusa i rzeczywiście oddają Mu swe życie. Nie z powodów socjologicznych: tradycyjnych, rodzinnych, ale dlatego, że odczuwają taką potrzebę. Bóg podwaja dziś swoją łaskę. Zwyciężymy (o. Joseph-Marie Verlinde OP).
  • Jeśli chcecie apostołować, to proście Ducha Świętego o dar radości. Radość jest tym, co najbardziej przekonuje ludzi. A my mamy przecież pokazać życiem, że Jezus zmartwychwstał i pokonał śmierć (o. Raniero Cantalamessa OFMCap.). 
  • Jeśli opowiadasz o Bogu skrojonym na ludzką miarę, zredukowanym do twoich wyobrażeń i przefiltrowanym przez twe duszpasterskie niepowodzenia i wątpliwości, wiążesz Mu ręce. 
  • To, co my nazywamy przebudzeniem, Nowy Testament nazywa chrześcijaństwem.
  • Bóg błogosławi odważnym gestom. To gwałtownicy zdobywają królestwo!
  • Bóg błogosławi odważnym deklaracjom, w których w Jego imię zapieramy się samych siebie. Błogosławi tym, którzy wbrew wszystkiemu wkraczają na pole bitwy, wierząc, że wojna jest wygrana. 
  • Jezus uderzył w szatana ostatnim swoim tchnieniem na krzyżu. Bitwa jest wygrana, wróg pokonany. On nie jest tak mocny, jak usiłuje być. Jesteśmy dziś zaangażowani w działalność oczyszczającą za linią frontu pokonanego przeciwnika. 
  • Błogosławienie Boga w każdych, nawet najtrudniejszych sytuacjach, to absurd. Z punktu widzenia świata. A wynika to wprost z zachęty: "W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was" (1 Tes 5, 18).
  • Kto jak kto, ale niewinny niesłusznie oskarżony Jezus miałby wszelkie powody do przeklinania swojego losu. Co robił? Łamał chleb i szeptał: "Błogosławię"! 
  • Spójrz w niebo. To naprawdę znakomita perspektywa do oceny twej sytuacji. Zwłaszcza wówczas, gdy twoje położenie wydaje się beznadziejne. 
  • Nie chodzi mi o żadne pobożne czary-mary. Błogosławienie przywraca prawdziwe proporcje: nie ma sytuacji, która wymknęła by się Bogu spod kontroli. 
  • Skąd się w nas to bierze? Może jako naród z natury bardzo religijny dosłownie potraktowaliśmy słowa ewangelisty Mateusza: "Będą narzekać wszystkie narody ziemi" (Mt 24, 30)?
  • Uwielbienie jest okrzykiem zwycięstwa w bitwie, przed którą dopiero stoimy. Jest zawsze na wyrost. Jest rodzajem skoku w nieznane, aktem zaufania, wyznaniem:"To nie moja wojna. Wiem, Kto walczy po mojej stronie". 
  • Gdy zaczynasz uwielbiać Pana Boga, dochodzi do przemiany: On w twych oczach staje się większy, a problem, z którym się mierzyłeś, maleje. 
  • Uwielbienie zmienia rzeczywistość. Jest ono przecież tak konfrontacyjną rzeczywistością, tak inną od tego, co proponuje świat... To jedyna przestrzeń, w której człowiek nie jest w centrum, ale stoi z boku i jest wpatrzony w Boga, oddaje Mu (dosłownie!) chwałę. To jedyna przestrzeń, w której nie jesteśmy najważniejsi (Mate.o).
  • Uwielbienie jest łaknieniem czegoś, za czym wszyscy tęsknimy - bliskiej relacji z Kimś, kto nas bezgranicznie akceptuje (Grzegorz Głuch). 
  • Wiara to 24 godziny na dobę niepewności minus 1 minuta nadziei (Andre Frossard).
  • Ci, którzy rzucają światło Ewangelii, zazwyczaj stoją w mroku. Po drugiej stronie reflektora. Szukają pociechy, a słyszą: "Błogosławiony, kto we Mnie nie zwątpi".
  • Wiara jest pójściem w ciemno. Bez fajerwerków, Bez zabezpieczeń. Z GPSem Słowa Bożego, który jak na złość, zamiast wybrać najkrótszą drogę, nakazuje nam jazdę przez jałową, bezkresną pustynię. 
  • Spektakularność jest potrzebna nam, byśmy zwrócili uwagę na Boga. Bóg chce się z nami skomunikować. Ale to nie jest Jego ulubiony język. On stara się do nas dostosować. Widać to jak na dłoni w rozwoju wielu wspólnot. Po początkowym boomie charyzmatów i wysypie darów następuje czas uspokojenia, wyciszenia. I mam wrażenie, że Pan Bóg lepiej się w takiej rzeczywistości czuje (s. Bogna Młynarz).
  • Więc siedź na miejscu. Nie włócz się. I uwielbiaj. Sprowadzaj królestwo na ziemię. Niech spod twoich stóp wytryskują rzeki. 
  • Istnieje ciągłość między tym światem a tamtym. Tyle, że Pan Bóg przeniesie go do wersji 2.0. Podciągniętej, ulepszonej. Wierzę w to, że Bóg - najbardziej kreatywna trój-osoba wszechświata - będzie nas nieustannie czymś zaskakiwał. Niebo będzie dopełnieniem stworzenia. Skoro ten świat będzie przemieniony, to dlaczego miałby być z niego usunięty aspekt estetyczny? Umieramy w Boga. To jedyne "miejsce", w które można umrzeć. Po śmierci od razu wpadamy w Jego objęcia. Każdemu z nas Jezus obiecuje jednak jeszcze więcej: zmartwychwstanie ciała. Rozbrajająca jest ewangeliczna opowieść o Jezusie spotykającym nad jeziorem uczniów. Nie dowierzają, myślą, że to jakiś duch, a On wypala wprost: macie tu coś do jedzenia? Materialność zmartwychwstania jest dla wielu zgorszeniem. A ten fragment genialnie pokazuje nam, że istnieje niepodważalna ciągłość pomiędzy tym życiem a rzeczywistością zmartwychwstania. Są one - powiedzielibyśmy dziś - kompatybilne. To nie jest tak, że będziemy się musieli wszystkiego wyrzec, że po śmierci stracimy smak, nie będziemy pamiętać, rozpoznawać, rozumieć. Wręcz przeciwnie. Tam ryby będą lepsze! (ks. Grzegorz Strzelczyk)
  • Mam doświadczenie Boga. Nie jakąś wizję, ale poczucie, że zawarliśmy ze sobą konkretną umowę. Jesteśmy razem. Mówię Mu bardzo proste słowa, proszę Go o banalne rzeczy. Nie płaczę Mu w rękaw, tylko mówię, że jest ciężko. I Pan Bóg odpowiada w bardzo precyzyjny sposób. 
  • Przyszedł taki, jakiego się domyślałem już w dzieciństwie. Przyszedł do mnie. Nieśmiały, bezbronny. Nie narzucający się. Bóg przychodzi do mnie takiego, jaki jestem. Przychodzi i mówi: "Czego się smucisz?". "Bo jest smutno" - odpowiadam. I Pan Bóg to szanuje (o. Michał Zioło OCSO).
  • Zaświaty piją z nami herbatę, stoją na przystanku, cieszą się, płaczą. Jezus w łodzi, na weselu, przy kolacji. Pan z szalejącymi dzieciakami na ręku. Zgłodniały Bóg pytający: "macie coś do jedzenia?". Bóg przygotowujący dla mnie miejsce przy stole. Czym sobie zasłużyłem? Niczym. 
  • Pan Bóg ma spore poczucie humory. Potrafi dla naszego dobra zakpić z naszego nadęcia, z tego żałosnego napuszenia "kto my nie som". Ale to nigdy nie jest Bóg-cynik. Chrześcijaństwo nie jest suszeniem zębów, a do jego przykazań nie należy keep smiling. To jest radość na o wiele głębszym poziomie, radość obejmująca również bóle życia. Radość z tego, że śmierć została pokonana.
  • Zostaniemy przytuleni. Tyle że, czuję to nosem, będzie to doświadczenie tak intensywne, że wykroczy poza najszerzej rozumiane pojęcie przyjemności.  

wtorek, 21 lipca 2015

Podziwiam ewangelizatorów

Są wakacje, czas urlopu, w mojej rzeczywistości tak mniej więcej od końcówki marca okres takiego fajnego czasu dla siebie i rodziny, bez konieczności specjalnego napinania się z nauką itp. (poza dużą ilością fuch, przede wszystkim maj-czerwiec). Tak wyszło że w tym czasie miałem okazję wpaść na pewną konstatację - serio, mimochodem, tak sobie, obserwując tu i ówdzie w internetach, fejsbukach i na żywo. 

Jest pełno fajnych - najczęściej młodych, ale nie tylko - ludzi, którzy nie wahają się poświęcić czas na różne inicjatywy, publicznie mówiąc o Bogu, ewangelizując. 

Im bardziej się nad tym zastanawiałem, tym bardziej docierało do mnie - woow, to nie jest pojedynczy przypadek. Tu nie chodzi o jedną grupkę jakąś. Tego jest naprawdę dużo, gdzie by nie spojrzeć. W Gdyni nie tak dawno było plażowe czytanie Pisma Świętego. Różne eventy ewangelizacyjne - w Gdańsku na Długim Targu i nie tylko, w różnych parafiach (ograniczam się do własnego pomorskiego podwórka). Wydaje mi się, że szczególnie płodnie działa dużo różnych inicjatyw mających wspólny mianownik w osobie Grzegorza Kramera SI (albo w których bierze on udział) - takie "comiesięczne Boże Ciało" czyli regularne procesje eucharystyczne, Msze Święte dla mężczyzn. Świetna sprawa, a niedawno choćby spotkanie blogerów. 

Pomijając lekko niefajną kwestię - większość tego dzieje się nie w Trójmieście, więc troszkę dla mnie nieosiągalnie - zachwyca mnie odwaga takich osób, ich bezpośredniość, to że występują publicznie, przedstawiając się,  i niosą tego Boga przed sobą, a właściwie: sobą. Idą z Bogiem do innych, i co ważne, nie zasłaniają Boga sobą, nie gwiazdorzą, nie lansują siebie. Idą między ludzi, żeby im pokazać Boga nie jako jakiegoś staruszka z brodą, kosmiczne oko/trójkąt, ale żywą obecność Tego, który kocha, jest obok bezwzględnie każdego, i nasz największy problem to jest to, że my sami nie potrafimy się pogodzić z tym, co zepsuliśmy, jak zgrzeszyliśmy, i to my się od Niego odsuwamy. 

Ja tak nie potrafię. Ok, pisuję tutaj - staram się dzielić wiarą - może i od kilku już ładnych lat (dekada?!), ale robię to anonimowo (to inna, długa historia: kiedyś mocno się przejechałem i bardzo przeżyłem to, co robiłem, podpisując się, i mam do dzisiaj z tego powodu awersję, stąd brak danych osobowych :D). Nie mam tyle wiary, aby wyjść np. na jakiś plac i mówić do ludzi o Bogu, aby dać świadectwo i otworzyć się - nawet nie już o tym, co było trudne i bolesne, ale nawet tylko o czymś pozytywnym. Zazdroszczę tym, którzy to potrafią - którzy umieją pokazać Boga w taki, najbardziej intymny i najbardziej wiarygodny zarazem sposób. To jest piękne. 

Pamiętam, jak nie tak dawno temu w rodzinnej parafii wspólnota ruchu neokatechumenalnego zwróciła się z prośbą do proboszcza: chcieli iść z Dobrą Nowiną po domach parafii i rozmawiać z ludźmi o Bogu, zapraszając ich do kościoła (nie chodziło bynajmniej o założenie nowej wspólnoty ruchu neo). Proboszcz zgodził się, ruszyli. Reakcja? Pani, którą widać w kościele kilka razy w tygodniu: "Boooże, koniec świata, Jehowi jacyś łażą i ludzi nagabują po domach. U mnie też byli, pogoniłam!". Czyli osoba, która jakby regularnie korzysta z sakramentów, a więc pewnie wierząca, która powinna się na coś takiego otworzyć - w ogóle nie miała świadomości, kogo pogoniła sprzed swoich drzwi. Nie dała im dojść do słowa. Zasugerowała się tym, że po domach to głównie chodzą Świadkowie Jehowy, i pogoniła ich, mimo że to byli jej bracia i siostry, z "jej" Kościoła. Tak działamy - mówię to wprost, ponieważ moja reakcja najpewniej była by taka sama (do mnie do domu nie dotarli). 

Dlatego wydaje mi się, że taka ewangelizacja jest bardzo trudna - nie dlatego, że ewangelizator może oberwać, zostać wyśmiany czy zwyzywany przez jakiegoś niewierzącego, ale że może go pogonić i zmieszać z błotem właśnie... inny katolik. Ten często najmądrzejszy, co wszystko wie, bo chodzi do Kościoła, bo się modli - a więc w jego mniemaniu "wzór cnót wszelakich". Aha, już. Znam to, też tak miałem kiedyś chyba i bardzo mi jest głupio z tego powodu - samozadowolenie i taka głupawa pewność siebie to po prostu głupota, wystarczy zerknąć do ewangelii z opisem modlitwy celnika (Łk 18,9-14). Gra przeciwieństw, zestawienie pokory i świadomości małości celnika - z pychą i zadufaniem faryzeusza. 

Podziwiam tych, którzy wychodzą między ludzi, gadają o Bogu, pokazują Go, ewangelizują. Bo robią bardzo dobrą robotę - ot, choćby dlatego, że mają szansę dotrzeć do tych, którzy Boga sami z siebie nigdy nie przyjdą do kościoła, więc nie ma jak do nich dotrzeć najlepszy nawet miodousty kaznodzieja. Ale za to jeśli kogoś zainteresują, ten ktoś może dalej szukać, drążyć, kombinować - a wtedy Pan Bóg go poprowadzi i pomoże. Oni pomagają zrobić ten pierwszy krok - którego w innych okolicznościach człowiek może nigdy sam nie wykonać. 

piątek, 15 maja 2015

Bóg w wielkim mieście

Czasami dodaję tu na dość przydługawej pewnie liście (po prawo od tekstu) nowe blogi. Pod wpływem tekstu z ostatniego GN dodałem dzisiaj kolejny. Dlaczego o tym piszę? 

Katarzyny Olubińskiej z twarzy nie kojarzę, natomiast z tekstu wynika, iż pracuje w TVN, prowadzi m.in. któreś pasmo śniadaniowe. Z bloga wynika, że pracowała już dla wielu dużych tytułów (kanałów) telewizyjnych. Faktem jest, że łączy "bycie" osobą znaną i kojarzoną z telewizornią, z wykorzystaniem tejże rozpoznawalności do działalności dość mało popularnej - bo do mówienia o Bogu. 

Autorka nie robi z siebie świętoszka - przyznaje się do zachłyśnięcia swego czasu wolnością, sukcesem pracą i tym wszystkim, co bardzo często, bez odpowiedniego punktu odniesienia, prowadzi do różnych życiowych dramatów (ci, którzy sobie z nimi poradzili, potrafią czasami zdobyć się na odwagę i na swoim przykładzie przestrzegać ludzi przed popełnianiem takich błędów - i chwała im za to!). Spodobało mi się, jak nawiązała tytułem bloga do serialu o tytule identycznym z tytułem jej bloga, z różnicą, że słowo "Bóg" należy zastąpić słówkiem "seks" - mówiąc o tym, że serial pokazuje kobiety pogubione i szukające akceptacji, miłości, a jej blog pokazuje, że Boga - odpowiedź na te wszystkie potrzeby i pragnienia ludzkiego serca - można znaleźć także wśród ludzi sukcesu, którzy też wierzą. Moja mała dygresja - szkoda, że tak niewielu decyduje się, ot, choćby w różnych akcjach, przyznać do tego. 

Unika określenia przez rozmówczynię mianem "ewangelizatorki pogranicza", podobnie "katocelebrytki" - skromnie mówi, że wykorzystuje swój warsztat, aby rozmawiać z ludźmi, staje się narzędziem. Dobra sprawa - Bóg działa także (przede wszystkim? o ile na to pozwolą) przez ludzi zdolnych. Komu więcej dano, od tego więcej wymagać będą... Dlatego piękne jest, że autorka chce inspirować ludzi - nie pisze dla samego pisania.   

Mnie urzekł cały sens tego tekstu. To nie jest tak, że Bóg to taka "nagroda pocieszenia" dla tych, którym się nie udało, nie mają pracy, są chorzy, nic im nie wychodzi, to niech się modlą, klepią różańce, przesiadują w kościele itp. Bóg prowadzi każdego i piękną sprawą jest, gdy człowiek - kiedy osiąga sukces, jest znany - potrafi o Nim mówić, przyznać się do Niego i wskazywać na Niego jako swój punkt odniesienia, a nie wypierać i przypisywać cały sukces tylko sobie i swojemu ego. Świetnie, że są takie osoby jak Katarzyna Olubińska, które mówią o tym wprost, otwarcie i nie wstydzą się ani do tego przyznać, ani o Nim mówić. 

Pięknie brzmią też słowa zachęty, jakie napisała na blogu na stronie o sobie: 
Ten blog powstał z potrzeby serca. Postanowiłam podzielić się z Tobą swoim doświadczeniem Boga i doświadczeniem ludzi, którzy spotkali Boga w codzienności swojego życia w wielkim mieście. Bo kiedy Bóg przychodzi do człowieka i robi w jego życiu to, co zrobił w moim, to trudno o tym milczeć i chciałoby się na każdym rogu krzyczeć: On naprawdę jest! Tu i teraz. Bliżej niż myślisz. Kocha nas. Szuka. Chce naszego szczęścia. Nie ma dla Niego rzeczy niemożliwych. Nigdy z nas nie rezygnuje, nawet jeśli my już sami zrezygnowaliśmy. U mnie właśnie tak to się zaczęło. Przyszedł do mojego życia nagle, jak wiatr i zmienił wszystko. Jeśli tu zajrzałeś to uważaj, bo może właśnie dotyka też Ciebie…
Zachęcam do zajrzenia... a może poszukania Boga w wielkim mieście :)

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Strach (na) i wróble

Jezus powiedział do swoich apostołów: Nie bójcie się ludzi. Nie ma bowiem nic zakrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć. Co mówię wam w ciemności, powtarzajcie na świetle, a co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach! Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle. Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli. Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. (Mt 10,26-33)
Żeby zrozumieć te pierwsze słowa - jakby wezwanie do odwagi - trzeba uświadomić sobie, że chrześcijanin z definicji jakby musi być człowiekiem sprzeciwu. Nie dla zasady i wobec wszystkiego - ale w sposób sensowny i uzasadniony, wobec pewnych trendów, mód, kierunków. Szkoda czasu i miejsca na strach - dla Boga to pikuś, mały pikuś. Dzisiaj w sposób najmniej szkodliwy przejawia się to w prześmiewaniu, próbach marginalizowania wartości chrześcijańskich i przedstawiania ludzi wierzących jako kato-talibów, oszołomów i idiotów. Dalej następuje eskalacja, gdzie dochodzi do walki - bardzo często nierównej z wykorzystaniem brudnych i nieuczciwych metod, najczęściej z użyciem manipulacji i kłamstw - z ludźmi i konkretnymi działaniami, mimo że najczęściej są one po prostu dobre, a zarzuty wyssane z palca. Jakie to nasze... Nie mam argumentów, więc swój bunt uzewnętrznię w formie agresji. Bez sensu, ale widowiskowo. 

Z jednej strony jesteśmy tylko jednym z wielu Bożych stworzeń, które chodzą po tym świecie - z drugiej zaś jesteśmy wyjątkowi, bo jesteśmy Jego ukochanymi dziećmi. Dlatego się o nas troszczy - nie o dobrobyt doczesny, ale także o to, żebyśmy wiedzieli i umieli rozróżnić, czego się bać nie warto, a co faktycznie może zagrozić. Jak można takiemu Bogu zarzucić, że się o nas nie troszczy - skoro tu mówi wprost o tym, że dosłownie policzył włosy na naszej głowie? (podchwytliwe - ok, a co z łysymi?). Każdy z nas w swój jedyny i indywidualny sposób jest dla Boga wyjątkowy, najważniejszy. Tu jest nasza prawdziwa wartość i nie ma co tracić czasu i energii na potwierdzenie jej na świecie, uznając działania po prostu bez sensu za przejaw dziwnie rozumianej odwagi. Pewnie, mogę i zdarzy się, że się boję - ale im bardziej, tym bardziej powinienem zrozumieć, że On niczego się nie boi i stoi przy mnie. Więc co mi może zagrozić? 


No właśnie. On się przyznał do Jezusa (obrazek mocno na czasie w kontekście mundialu) - a jak to jest ze mną? Przede wszystkim trzeba zrozumieć - dla każdego to będzie coś innego. Tu nie ma co przykładać jakiejś jednej uniwersalnej miarki. To tak nie działa. Każdy z nas żyje i funkcjonuje w konkretnych swoich warunkach, z własnymi problemami i grzechami, i trudno tutaj wszystkich oceniać w ten sam sposób. Dalej, to zależy - przed kim mam się przyznać. Mama i tata, rodzeństwo? Ludzie ze szkoły czy uczelni? Współpracownicy, kontrahenci? Wreszcie mąż, żona, dzieci? A duchowny - ksiądz, siostra, zakonnik? Ilu nas jest - tyle pewnie jest wariantów. 

Jedno jest pewne - jeśli to nasze "przyznawanie się" ma wymiar stricte i wyłącznie niedzielno-świąteczny (niech stracę, Boże, masz tę godzinkę, jakoś wytrzymam...), odpalam Bogu "Jego" żeby mieć spokój i sumienie nie gryzło, czasami wpadnę do kościoła z okazji ślubu, chrzcin, no i obowiązkowa święconka (bo co by sąsiedzi powiedzieli...) - to nie tędy droga, szkoda zachodu mojego i własnej głupoty, żeby myśleć, że Bogu to jest na cokolwiek potrzebne. Nie jest, nigdy nie było ani nie będzie. 

Nie ma gotowej uniwersalnej formuły - jak dobrze dać świadectwo, jak zaświadczyć o Bogu. Im dłużej chodzę po tym świecie (ok, długo to to może nie jest...), tym bardziej jestem pewien, że takie rzeczy się czuje, że to jest kwestia jakiejś tam wewnętrznej wrażliwości. Po prostu w danej sytuacji wiesz, że powinieneś się zachować - co zaczynasz rozumieć najczęściej tym mocniej i bardziej, jeśli jednak tego nie zrobiłeś, okazałeś się za miękki. Trudno, zdarza się - i zdarzy jeszcze nie raz. Walcz z tym i staraj się, aby następnym razem było lepiej. Wysil się i spróbuj o Nim zaświadczyć. Nie gadaniem - żadna sztuka. Robieniem. Tym, co przemawia najmocniej - przykładem. 

sobota, 21 czerwca 2014

Spacer z Żywym Bogiem

Przedwczoraj było Boże Ciało - uroczystość, której pełnej nazwy pewnie większość katolików nie potrafi podać (uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej), i z którą pewnie prawie tyle samo osób ma jakiś dziwny problem. 
 
 
Najpierw oczywiście problem mają ci, którzy z Kościołem nic wspólnego nie mają. Bo jak, zawłaszczanie przestrzeni publicznej, narzucanie się, wchodzenie ludziom z butami (no właśnie, gdzie?), tamowanie ruchu na ulicach itp. Bełkot, innymi słowy. Potem problem mają wszyscy ci, dla których każdy pretekst jest dobry, aby do kościoła nie iść - a odwrotnie, każdy powód, żeby do niego iść, stanowi właśnie problem: znowu? przecież dzisiaj nie niedziela; co? nie dość, że msza, to jeszcze takie ok. dwugodzinne łażenie, na dodatek ze śpiewem i klękaniem byle gdzie po drodze? 

W tym dniu ucieka bardzo ważna perspektywa - podobieństwo tej procesji do naszej własnej drogi. Bo czym innym jest nasze życie? Droga - ku Niemu dokładnie. Nawet tak samo. Z tym wszystkim, co On pozostawił - a de facto za Nim - i jednocześnie ku Niemu jako Temu, który u końca mojej wędrówki oczekuje mnie z otwartymi ramionami. A przy tym nie jestem pępkiem świata - dla Boga jest bardzo ważne, że w tej drodze nie jesteśmy sami, jesteśmy nawzajem sobie dani i zadani, stąd taka mieszanina ludzi bardzo pięknie oddaje złożoność i różnorodność tych, których Bóg umiłował (szkoda, że On kocha wszystkich, a nie każdy potrafi iść za Nim). Bogaci i biedni, zdrowi i chorzy, młodzi i starzy, obdarzeni przeróżnymi darami i talentami. Razem z Tym, który nas zbawił.

To nie jest tak, że realna obecność Jezusa w Eucharystii jest dla każdego czymś oczywistym. Ja akurat mogę powiedzieć - w tym zakresie nie miałem wątpliwości; żadna przechwałka, tak po prostu się złożyła (mam ich dużo w innych sprawach...). Stąd też historia Kościoła mówi o wielu cudach, które Bóg czynił właśnie, kiedy brakowało wiary. I być może dla wielu ludzi taka czwartkowa procesja to okazja, aby szli za Nim i prosili: pozwól, pomóż uwierzyć. A teraz oktawa - okazja, aby w mniejszym wymiarze iść dalej za Nim. Chcę uwierzyć, chcę Ci zaufać - pomóż mi w tym, wskaż drogę, daj znak. Ja mam te swoje wątpliwości, ale idę za Tobą. Takie moje własne niedowiarstwo, ale któremu nie chcę się poddać.

Bóg nie jest jakimś oderwanym od rzeczywistości bożkiem, który wymaga absurdalnych ofiar czy dziwnych gestów. On w tej naszej pielgrzymce wychodzi - namacalnie jakby potwierdzając słowa papieża Franciszka: Kościół musi wyjść z prezbiterium do człowieka, i szukać Go. Bóg w Chlebie Żywym wychodzi więc w monstrancji i idzie tam, gdzie człowieka znaleźć najłatwiej - do jego, mojej i twojej, codzienności, na nasze osiedla, ulice, pod nasze okna i domy.

Wiem to po sobie - nawet jakby trochę nieświadomy udział w takiej procesji potrafi stać się naprawdę głębokim doświadczeniem duchowym. Jeżeli tylko uwierzysz i oddasz się Temu, który idzie na jej czele. Tak naprawdę z niewielkimi wyjątkami (Msze dla mężczyzn - kolejna świetna inicjatywa krakowska o. Grzegorza Kramera SI - zazdraszczam...) to jest jedyna okazja w roku, aby z Panem Jezusem wyjść na ulicę i po prostu dać świadectwo: Temu ufam, za Tym idę, tylko On zna i jest tą właściwą drogą. Warto to wykorzystać. 

niedziela, 4 maja 2014

Nocny dialog

Jezus powiedział do Nikodema: Kto przychodzi z wysoka, panuje nad wszystkimi, a kto z ziemi pochodzi, należy do ziemi i po ziemsku przemawia. Kto z nieba pochodzi, Ten jest ponad wszystkim. Świadczy On o tym, co widział i słyszał, a świadectwa Jego nikt nie przyjmuje. Kto przyjął Jego świadectwo, wyraźnie potwierdził, że Bóg jest prawdomówny. Ten bowiem, kogo Bóg posłał, mówi słowa Boże: a z niezmierzonej obfitości udziela /mu/ Ducha. Ojciec miłuje Syna i wszystko oddał w Jego ręce. Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne; kto zaś nie wierzy Synowi, nie ujrzy życia, lecz grozi mu gniew Boży. (J 3,31-36)
Tekst mało znany i generalnie niezbyt rozumiany. A prawda bardzo prosta i w sumie oczywista, jak to w życiu. Kiedy masz problem - nie idziesz do byle kogo. Budujesz dom - wynajmiesz architekta i budowlańca. Padł samochód czy komputer - idziesz do mechanika albo informatyka. Szukasz pożyczki - idziesz do doradcy. Mnożyć można daleko. A kiedy szukasz "eksperta od Boga"?

Nie da się ukryć, dla prostych rybaków i cieśli z Galilei nauka Mesjasza mogła być dość trudna - nawet jeśli wziąć pod uwagę, że znali przynajmniej w zarysie proroctwa Starego Testamentu. A jednak - jest to źródło najlepsze z możliwych, słowa Boga samego. Bóg w Trójcy Jedyny mówi o sobie... własnymi ustami, przez Syna Bożego. Czasami jest trudny, czasami nam nie pasuje, bo Bóg nie bardzo daje się zaszufladkować pomiędzy to, co nam odpowiada i akceptujemy, a to czego nie przyjmujemy, bo tak wygodniej, bo się nie chce, bo się przyzwyczailiśmy. Próbujemy sobie skroić Go na własną miarę - taki mój Bóg. Tylko że wtedy to może być co najwyżej bóg (a właściwie bożek), bo na pewno nie ten jedyny Bóg. Tak samo prawdziwym Bogiem nie będzie ten, którego człowiek sprowadza do danej wybranej roli: zły policjant, mściciel. Tylko ten prawdziwy Bóg przynosi sercu radość, wolność i pokój. 

Myślimy naszymi kategoriami - życie, tu i teraz, materializm, zmysłowość. Bóg jednak nie potrafi się sam ograniczyć i wbić w te ramy, ponieważ one nie mogą Go skutecznie ograniczyć, gdyż to On jeden jest stwórcą nas, którzy na własny użytek sobie te ramy produkujemy i zbijamy, w zależności od sytuacji. Bóg po pierwsze widzi dalej i lepiej (co żeby nam zrozumieć czasami trwa lata), po drugie patrzy z perspektywy miłosierdzia - tej najlepszej, najbardziej dla nas niezrozumiałej, a zarazem po ludzku najkorzystniejszej. Ale żeby tego miłosierdzia dostąpić - potrzeba jednego: gotowości, pragnienia, a zarazem woli, aby rozwalić i zburzyć to wszystko, co mnie od Niego oddziela. 

I znowu w tym tekście pojawia się Nikodem - postać bardzo ciekawa. Dostojnik faryzejski, a jednak szczerze poszukujący, drążący, szukający sposobności, aby z Jezusem... pogadać. Cały 3 rozdział Ewangelii Jana (właściwie to J 3, 1-21) to właśnie zapis tej rozmowy. Głodny prawdy człowiek pyta Boga, a Bóg cierpliwie odpowiada. Odpowiada - bo słucha, jest, nie obraża się, nie odwraca się plecami. Działa, tylko nie zawsze tak, jak my byśmy tego chcieli. 

czwartek, 27 lutego 2014

Bóg szyty na miarę, czyli męskie myślenie o Emaus

Kilka wynotowanych najciekawszych myśli z książki - zbitki dialogów z dwoma ciekawymi zakonnikami, benedyktynem i dominikaninem - czyli Męskie myślenie o. Bernarda Sawickiego OSB i o. Krzysztofa Popławskiego OP. Co ciekawe, z perspektywy dnia dzisiejszego, dwaj do niedawna przełożeni na Polskę swoich rodzin zakonnych - Sawicki jako opat tyniecki w latach 2005-2013, Popławski jako prowincjał dominikanów w latach 2006-2013. Do mnie bardziej trafiły przemyślenia o. Bernarda - pewnie kwestia gustu, czyta się jednym tchem (na ile jednym tchem można czytać w drodze, czyli nie jednym tchem). A wszystko umiejętnie prowadzone przez dwie kobiety (jedna dominikanka), z powracającym w tle motywem i odniesieniem do wędrówki dwóch uczniów do Emaus, czyli klasycznej ludzkiej ucieczki. 
  • Jezus idzie z nami do naszego Emaus bezsensu życia i kryzysu wiary. Jesteśmy jak uczniowie, którzy potrzebują przewodnika i świadka, aby nie popaść w to, co św. Augustyn nazwał cor incurvatum in seipsum - sercem zwróconym (zakrzywionym) ku samotnemu sobie. Prawdziwy Jezus prawdziwej Ewangelii jest miejscem spotkania wszystkiego i wszystkich.
  • Pan Bóg szuka różnych dróg do człowieka - do nas. Ktoś wcale nie musi być zdeklarowanym chrześcijaninem, ktoś może być agnostykiem czy ateistą, może obojętnym religijnie. Pan Bóg jeden wie, jak to wszystko sądzić, ale jeśli ktoś bardzo uczciwie chce znaleźć sens życia i do końca szuka, no to niesie jakieś światło.
  • Trzeba zarobić [te talenty] i puścić je w obrót. Nie wiem - włożyć do banku albo jakoś inaczej zainwestować. I tu jest problem, może tak spróbowałbym to przetłumaczyć na nasz użytek: moim talentem jest moja wrażliwość, zdolność w stanie wyjściowym. Pytanie zostaje jednak to samo: jak ja to zainwestuję?
  • To jest ten najważniejszy moment: jeśli ja chcę coś porzucić, to muszę to "wypuścić z ręki", przestać to kontrolować. To jest radykalizm. Ale winna towarzyszyć temu wiara, że jest Pan Bóg, że jest jakaś instancja, która nad nami czuwa, i jej się powierzam. Wierzę, że tą instancją jest Bóg, który poprzez przełożonego chce ze mnie wykrzesać maksimum talentu, z którego - być może - nawet ja sam jeszcze nie zdaję sobie sprawy. 
  • Jest taki moment, że coś zostawia, powierzam to Panu Bogu, bo chcę Jego szukać i chcę, żeby On był moim szczęściem. I nie pozostaje nic innego, jak nadzieja, że On to docenia i nie zawiedzie mnie.
  • To jest ten moment, o którym powiemy przy uczniach idących do Emaus - sprawa kontaktu. Nazwałbym to przedsionkiem ewangelizacji - czy jakiegokolwiek nawrócenia. By miało ono miejsce, musi być kontakt. 
  • Jezus próbuje wprowadzić w rozmowę uczniów nową jakość i rzez to następuje przewartościowanie ich emocji. Dlatego właśnie ich serce zaczyna pałać. Zwróćmy uwagę - oni mieli już jakieś zarzewie pewnej nadziei, która została zawiedziona, a Jezus jakby z tego popiołu rozdmuchuje ją na nowo. I co się dzieje? Pojawia się moment przypomnienia, ukierunkowanie na pożegnanie z Jezusem - to moment łamania chleba. Ono wcześniej Go nie poznali, bo rozstrząsali problem, których ich dotyczył. I Jezus to akceptował. Dopiero po łamaniu chleba poznali Go. To znaczy, że Jezus pokazał im, że nadzieja, którą mieli w sobie - i ta, którą odzyskali - to właśnie On. I wtedy zniknął. Ale uczniowie są gotowi. Już nie mają wątpliwości. Zebrali się i wrócili. Jezus zrobił to tak dyskretnie, w sposób niewidzialny, ale skuteczny - coś jak na tym obrazie, gdzie mamy tylko kontur Jezusa. Może gdyby ich powalił, jak świętego Pawła (być może Paweł jednak powalenia potrzebował, nawet cztery razy to potem wspominał...). W Emaus tak się jednak nie stało. Taki chyba winien być dzisiaj sposób Kościoła na przepowiadanie Dobrej Nowiny - wchodzenie w dyskurs świata, w te najgłębsze, czasami te najbardziej trudne wątki tożsamości, wsłuchanie się i potem próba odniesienia się do nadziei i zaszczepienia tej nadziei. 
  • Tylko gdy nam się coś "obluzuje" (to wielki dylemat teologii moralnej) - pozostaje nadzieja, że Pan Bóg widzi inaczej. My z całej siły winniśmy chcieć dobrze. Co z tego wychodzi - może nie do końca od nas zależy. Dlatego nie wiadomo z kim się spotkamy po drugiej stronie. Być może - nawet, jeśli zabrzmi to szokująco - Pan Bóg to widzi inaczej. Skoro mamy ludzi o "poluzowanych sumieniach", to oni już nie mają pełnego rozeznania. Dlatego, być może, nie są moralnie klasyfikowani, bo nie są w stanie skutecznie rozeznać dobra i zła (...) Pozostaje pewna tajemnica drugiego człowieka. Dopiero po drugiej stronie życia dowiemy się, czy i jak ten człowiek się zmagał, co nim kierowało. Ostateczny osąd należy do Boga.
  • Z Piotrem było tak: on widział, że niektórzy odchodzą, a ponieważ sam się przejmował i był bardzo kreatywny, to chciał Panu Jezusowi... "pomóc". Niestety, nie stać go było, żeby do końca zaufać Jezusowi. Judasza też to zgubiło. Męskie ambicje? Tak można o tym pomyśleć. Judasz po prostu wiedział lepiej: że trzeba wyjść, zawalczyć. A tymczasem tutaj Pan Jezus daje się pojmać i popełnia błędy. To tak jak pytanie Marty w Betanii: czy Ci to nie jest obojętne. Jak ona wystąpiła, to Pan Jezus zaraz ją na swój sposób "ustawił". I ona pozwoliła się ustawić. Z facetami jest gorzej. Marta jest tutaj pokazana jako ta, która szczerze występuje przed Jezusem. Judasz zaczął kombinować w skrytości: sprzedam Go, bo mnie zawiódł... Wcześniej Piotr mówił Jezusowi, kiedy ten wspominał o krzyżu: Nie przyjdzie to na Ciebie. To faktycznie jest takie męskie myślenie. 
  • Gdy komuś zależy na prawdziwej nadziei, winien być gotów utracić nadzieję, która do tej pory była nieprawdziwa. Trzeba odszukać tę nadzieję prawdziwą, która niosła, a jakoś po drodze skarlała, zdeformowała się. I to jest ten moment przyjęcia, otwarcia. To daje łaskę - ale i jest przez nią gwarantowane.
  • Mówiąc szczerze - nie ma czystej bezinteresowności. Jeśli ktoś choć trochę studiuje metafizykę, wie, że w naszej kondycji ludzkiej nie ma czegoś takiego, jak czysta bezinteresowność. Jesteśmy stworzeniem i zawsze powinniśmy być wdzięczni Panu Bogu za to, że jesteśmy. Tylko my chcemy robić to po swojemu. Dlatego też często właśnie tego poczucia wdzięczności nam brakuje. Ludzie mają postawę roszczeniową wobec Pana Boga, wobec Kościoła. Mają wrażenie, że coś im się należy. 
  • To jest problem naszej polskiej rzeczywistości kościelnej - trzeba przejść od ilości do jakości. Niestety, trzeba się skupić na elitach, które potrzebują indywidualnego, pogłębionego kierownictwa duchowego - czy też spotkań biblijnych - a księżom szkoda na to czasu, bo tu jakieś nabożeństwo "ucieka", tu trzeba odprawić nieszpory, wyjechać na jakąś pielgrzymkę... I między innymi dlatego, niestety, nie mamy kultury czytania Pisma Świętego (...) Innymi słowy - chodziło by u nas o trochę inny styl duszpasterstwa niż masowy. Zwyczajnie o solidniejszą formację. 
  • Dziecko obserwuje rodziców - czy są autentyczni. Przecież dziecko doskonale odczuwa miłość rodziców. Jeśli obydwoje dziecko połączy, to w pewnym sensie... oni już Boga odnaleźli, bo tam jest miłość. Dziecko od razu zweryfikuje, czy ktoś autentycznie żyje Bogiem, czy ktoś chodzi do kościoła z przekonania. Jeśli ktoś robi to dyskretnie, a konsekwentnie - dla dziecka jest to przekonywujące. 
  • Na rynku wartości deklaracje przestały się już liczyć. Liczy się świadectwo. Jako chrześcijanie mamy światu dużo do zaoferowania. Jeśli pamiętamy, że jesteśmy teraz najbardziej prześladowaną religią, to znaczy, że na forum świadków - mamy poniekąd najwięcej do powiedzenia. To jest jakaś forma wiarygodności. O tyle istotna, że wartości chrześcijańskie, wiarą są dla wielu osób tak istotne, że nie tylko intensywnie ich szukają, ale nie wahają się też poświęcić dla nich życia. 
  • Zawsze staje mi przed oczyma jedna scena, to jest zakończenie Ewangelii Janowej, z "nieszczęsnym" św. Piotrem, który był, jaki był. Ale Pan Jezus pyta go o miłość. I dla mnie w tym pytaniu zarysowuje się wielkość Piotra. Czy miłujesz mnie bardziej niźli ci? Nie było to pytanie skierowane do Jana - przecież umiłowanego ucznia. Pokazuje to jednak, że Piotr przeszedł zwycięsko swój kryzys wiary. I że był człowiekiem bardzo mocno zaangażowanym. Być może powodem jego kryzysu była porywczość, ale cały czas chciał dobrze. Bardzo przejmujące jest to "bardziej, aniżeli ci", bo rodzi się w nas zaraz pytanie, jak Pan Jezus mógł wartościować miłość. Zobaczmy jednak, jaka jest nagroda za tę wielką miłość. Paś baranki moje. I to jest wezwanie i przedziwna zależność, bo jeśli chcę być blisko Pana Jezusa i faktycznie nawiązuję z Nim relację, czując, że mnie wzywa, to zaraz za tym wezwaniem idzie wezwanie do troski o innych.
  • Jeśli człowiek wyzwoli się z takich swoich różnych oczekiwań i pokornie przyjmuje rozmaite "spotkania z absurdem", to może mieć poczucie, że wszystko ma sens. Nade wszystko może powiedzieć, że nie szukał swego. A czy to było Boże? To zobaczymy.
  • Nie mam kobiety. Jakoś mnie to boli. I wiem, że w to wchodzi Pan Bóg. Może to jest też tak, że swoją obecnością też pomagam tej drugiej osobie. Być może jest to jakiś obopólny dar. Podobnie jest z ludźmi, którzy są w małżeństwie, a jednak czują, że to nie to, co sobie wyobrażali. I też czują się - muszą się czuć - samotni. To taka solidarność pewnego powinowactwa samotności. Dlatego cieszy mnie obietnica Pana Jezusa, że po drugiej stronie "nie będą za mąż wychodzić i nie będą się żenić", bo by pewnie człowiek nie wytrzymał. Nie wiemy, jak to będzie, ale ten element żeński i męski na pewno będzie jakimś ważnym odniesieniem - zapewne do samego Pana Boga. Bo w ciele, choć przemienionym, mamy jednak pozostać. 
  • Jest hierarchizacja, ale jeśli patrzy się na nią w kategorii władzy, a nie służby, wprowadza się silny dysonans. W Kościele jesteśmy wszyscy równi przed Bogiem i nie można o tym zapominać.
  • Od człowieka trzeba zacząć? To jest nadużywane stwierdzenie. Powtarzane do znudzenia: "człowiek jest drogą Kościoła", tylko że ktoś od razu dodał: "po której Kościół spokojnie przebiega". W Kościele trzeba zaczynać od Boga. Najważniejszy w Kościele jest Bóg (...) Powiedzieć, że człowiek jest najważniejszy w Kościele, to skroić ten Kościół tylko na ludzką miarę. Jeśli człowiek jest najważniejszy, to dlaczego Kościół trzyma się takich prawd, które dla wielu są trudne do przyjęcia?
  • [Uczniowie w drodze do Emaus] Spodziewają się czegoś osobistego, to znaczy tego, co jest z nimi związane. Rola Pana Jezusa polega na tym, że On idąc i tłumacząc im Proroków, pokazuje, że to, co się wydarzyło i co jest związane z ich życiem, przekracza daleko ich oczekiwania. Uczniowie zostają wyzwoleni ze spodziewania się Boga na swoją miarę. Potem następuje drugi kluczowy moment: rozpoznanie przy łamaniu chleba. Ale - to bardzo charakterystyczne - gdy Go rozpoznali, Jezus momentalnie się wymknął, znikł. Po tym łamaniu chleba zadają sobie pytanie: jak to możliwe, żeśmy Go nie poznali? Czy serce nam nie pałało, kiedy do nas mówił? I wtedy wrócili do Jerozolimy, czyli zawrócili z drogi ucieczki. 
  • To nie jest żadna teologia. Myślenie typu: Pan Bóg szczególnie błogosławi naszemu krajowi, a Maryja była Polką, nie ma nic wspólnego z teologią. To zwykłe zawłaszczanie wiary, chrześcijaństwa. Niestety tego typu myślenie jest rodzajem antyświadectwa. 
  • Chodzi po prostu o to, że wszystko, co się w życiu dzieje, ma swój sens, i nie uciekając od niczego, wszystko można położyć przed Bogiem. O pewnych etapach historii swojego życia nie trzeba zbyt długo pamiętać czy też czegoś wyciągać, gdy już udało się uporządkować pewne rzeczy. Trzeba pamiętać, że my jako my realizując różne powołania, całą tę historię mamy w sobie z cała ta historia należy do Boga. 

czwartek, 21 lutego 2013

Nie ma na co czekać

Niezastąpiony Franciszek Kucharczak w Tabliczce sumienia z ostatniego GN:
Gdy kilka dni temu wieczorem wsiadałem do samochodu przy supermarkecie, z tyłu podszedł do mnie zaniedbany mężczyzna. Zagadnął metodą „na uczciwego”.


Co będę pana okłamywał, potrzebuję na piwo – powiedział. W pierwszym odruchu chciałem go zignorować, ale przypomniało mi się, że on jest przecież potrzebujący, i to – wbrew deklaracji – niekoniecznie piwa. Wyjaśniłem mu więc, że jestem w Krucjacie Wyzwolenia Człowieka, co oznacza, że nie piję alkoholu w intencji tych, co piją za dużo. I że zobowiązałem się jednocześnie do tego, że nie będę alkoholu kupował, częstował nim i wydawał na niego pieniędzy. – A to rozumiem – powiedział i chciał odejść. Zatrzymałem go. Zaczęliśmy rozmawiać. Opowiadał o sobie, o tragicznych kolejach losu, które doprowadziły go do bezdomności. W trakcie rozmowy uświadomiłem sobie, że on naprawdę rozpaczliwie czegoś potrzebuje. Że jest nawet bardziej samotny niż czytelnik gazety przejętej przez Hajdarowicza. Poczułem się bezradny. W myśli poprosiłem Boga o pomoc. W tym momencie przyszedł mi do głowy fragment z Listu św. Jakuba: „Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta! – a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała – to na co się to przyda?”. 
Ewidentnie temu człowiekowi brakowało codziennego chleba, wybraliśmy się więc do supermarketu. On ładował do wózka chleb, mleko, opiekane śledzie, masło… i przy każdym artykule pytał nieśmiało: mogę jeszcze? Gdy wyszliśmy ze sklepu, on miał zakupy, a ja poczucie, że spotkał mnie zaszczyt i że to ja zostałem obdarowany. Potem podwiozłem go w pobliże miejsca, w którym nocował. Stojąc na ulicy zapytałem go, czy chciałby zmienić swoje życie. 
– No przecież, ale jak? – zdziwił się. 
– Czy wierzy pan, że Jezus Chrystus przyszedł, żeby pana zbawić, i zależy Mu na panu dużo bardziej niż panu? – powiedziałem. 
– Wierzę – odpowiedział po prostu. 
– A chce pan oddać Mu swoje życie? 
– Chcę. 
Pomodliliśmy się, tak jak staliśmy. Powtarzając za mną, powiedział Jezusowi, żeby był jego Panem, że oddaje się Mu bez zastrzeżeń, że przebacza tym, którzy mu zawinili. Potem padliśmy sobie w objęcia. Oczy mu się szkliły (no, mnie też trochę). Wtedy powiedział coś, co mnie prawie powaliło: – Bardzo ci dziękuję. Nawet nie za to, co mi kupiłeś… ale za tę modlitwę. 

 
Wahałem się, czy opowiedzieć tę historię, to ostatnie zdanie jednak przeważyło szalę. Bo w nim doskonale widać odpowiedź na pytanie, o co właściwie chodzi w ewangelizacji: o umożliwienie spotkania z Jezusem. Spotkania – nie swatania Go na odległość. Bo ludzie potrzebują JEZUSA dużo bardziej niż czegokolwiek. On jest „artykułem” ich pierwszej potrzeby, nawet gdy gonią za tym, co ich niszczy. Nie wiedzą, że On naprawdę żyje i działa i że naprawdę Mu na nich zależy. A nie wiedzą, bo się do Niego nie zwrócili. Zapyta ktoś, co takie oddanie życia Jezusowi zmienia. Gdyby oddał, toby nie pytał. 

Po prostu mocne i prawdziwe.

>>>
Gdy tłumy się gromadziły, Jezus zaczął mówić: To plemię jest plemieniem przewrotnym. żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia. Królowa z Południa powstanie na sądzie przeciw ludziom tego plemienia i potępi ich; ponieważ ona przybyła z krańców ziemi słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni dzięki nawoływaniu Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz. (Łk 11,29-32)
Kiedy czytam te słowa, mam wrażenie, że roszczeniowość mamy zaszczepioną w siebie jakby od początku - w tym sensie, że od grzechu pierworodnego, bo Boga Ojca o nią nie posądzam, abyśmy od Niego, na Jego podobieństwo zostali czymś takim obdarzeni. 

Historia w tym zakresie bardziej niż bardzo się powtarza, zatacza koło. Izraelici w swojej głupocie, uporze i "dam-sobie-radę-sam" błąkali się po Ziemi Świętej przez 40 lat, kiedy nie ma wątpliwości, że gdyby Bóg im pomógł, bo by na Niego zwrócili uwagę, przeszli by ten dystans w rok. Żydzi za czasów Jezusa ciągle pragnęli, aby złota rybka w wydaniu cieśli z Nazaretu była atrakcją i udowadniała w myśl "pokaż, na co cię stać". 

Tylko, że nie tędy droga - o czym było bardzo dokładnie i wprost w niedzielę, pisałem o tym ostatnio. Bóg może - pewnie, i nikim żaden z nas nie jest, aby czegokolwiek żądać i rościć. On nic nie musi. A już na pewno nie musi się przed nami wykazywać. Oczywiście, można prosić Pana o znak - tak jak wielu dzisiaj modli się o cud potrzebny do kanonizacji bł. Jana Pawła II. Liczą się pobudki, intencje, to, co jest w sercu. Jeśli z tej perspektywy podejście wygląda - no, skoro chcesz coś od nas, to się wykaż! - to jedyne, na co człowiek ma szanse, to po prostu rozczarowanie. Bóg złotą rybką nie był, nie jest i nie będzie. Wszystko mamy podane jak na tacy - przykazania, historię zbawienia, naukę i tradycję Kościoła. Wystarczy otworzyć swoje oczy, serce i czerpać z tego - a cuda i znaki, jeśli będą naprawdę potrzebne, też przyjdą i to w najmniej oczekiwanym, ale najlepszym momencie. Po to, aby pomóc, a nie, żeby coś się działo.  

Na koniec - nie sposób nie odnieść tej opowieści do bieżącej sytuacji Kościoła w kontekście decyzji Benedykta XVI o rezygnacji. Wielu osobom - mnie także - przewraca i każe zmienić postrzeganie papiestwa jako pewnej stałości, choć pewnie słusznie, bo przecież papież nie podjął decyzji, jaką podjął, pod wpływem impulsu, ale po głębokim jej przemodleniu i, co podkreślał, przede wszystkim wobec Boga i przed Nim. Świat się nie skończy, masoneria nie zaleje Kościoła 28 lutego 2013 r. o godz. 20:00, idziemy dalej - Pan daje siłę swojemu ludowi i wszyscy modlimy się o światło Ducha dla kardynałów na czas konklawe. Nie będzie znaków, nie ma co Bóg wie czego dorabiać do (nota bene, pięknego) zdjęcia błyskawicy nad Bazyliką św. Piotra. Idziemy dalej i Bóg nie będzie ani o krok inny czy gdzie indziej przez to, że papież zrezygnował - tak samo, jak dotychczas, znajdzie Go ten, kto tego pragnie. 

czwartek, 7 lutego 2013

Wirtualna ewangelizacja

Dzisiaj dla odmiany coś zupełnie innego. Mianowicie najciekawsze wg mnie fragmenty orędzia Ojca Świętego Benedykta XVI na 47. Dzień Środków Społecznego Przekazu:

Przestrzenie te [otwarta przestrzeń publiczna, w której ludzie dzielą się swoimi pomysłami, informacjami, opiniami i gdzie mogą również powstawać nowe więzi i formy wspólnoty] kiedy są dowartościowane w sposób właściwy i zrównoważony, przyczyniają się do wspierania form dialogu i debaty. Jeśli dokonują się one z szacunkiem, dbałością o prywatność, odpowiedzialnością i poświęceniem prawdzie, mogą umacniać więzy jedności między ludźmi i skutecznie wspierać zgodę w rodzinie ludzkiej. Wymiana informacji może stać się prawdziwą komunikacją, kontakty mogą dojrzewać do przyjaźni, połączenia mogą ułatwić tworzenie wspólnoty. O ile powołaniem sieci jest realizacja tych wielkich możliwości, to osoby w niej uczestniczące muszą starać się być autentyczne, ponieważ w przestrzeniach tych nie tylko dzielimy się poglądami i informacjami, ale w ostateczności przekazujemy samych siebie.

Kultura sieci społecznościowych oraz zmiany form i stylów komunikacji stanowią poważne wyzwania dla tych, którzy chcą mówić o prawdzie i wartościach (...) Niekiedy dyskretny głos rozsądku może być przytłumiony przez zgiełk zbędnych informacji i nie udaje mu się przyciągnąć uwagi, zastrzeżonej natomiast dla tych, którzy wyrażają się bardziej przekonująco. Media społecznościowe potrzebują zatem zaangażowania wszystkich, którzy są świadomi wartości dialogu, rozsądnej debaty, logicznej argumentacji; osób starających się dbać o te formy wypowiedzi i wyrażania się, które odwołują się do najszlachetniejszych dążeń ludzi zaangażowanych w proces komunikacji. Dialog i debata mogą rozkwitać i wzrastać także wtedy, gdy się rozmawia i traktuje na serio tych, którzy mają poglądy odmienne od naszych.

Wyzwaniem, przed którym muszą stanąć sieci społecznościowe, jest to, aby były one rzeczywiście powszechne: wspomagać je będzie wówczas pełny udział wierzących, którzy pragną dzielić się orędziem Jezusa i wartościami godności ludzkiej, które krzewi Jego nauczanie. Wierzący dostrzegają bowiem coraz bardziej, że jeśli Dobrej Nowiny nie będzie można poznać także w świecie cyfrowym, to może być ona nieobecna w doświadczeniu wielu osób, dla których ta przestrzeń egzystencjalna jest ważna. Świat cyfrowy nie jest światem paralelnym ani czysto wirtualnym, lecz dla wielu ludzi, zwłaszcza najmłodszych, stanowi część codziennej rzeczywistości. Sieci społecznościowe są owocem ludzkiej interakcji, ale same z kolei nadają nowe kształty dynamice komunikacji, tworzącej relacje: uważne zrozumienie tego środowiska jest zatem warunkiem wstępnym znaczącej w nim obecności.

Autentyczność ludzi wierzących w sieciach społecznościowych staje się wyraźna przez dzielenie się głębokim źródłem ich nadziei i radości: wiarą w Boga bogatego w miłosierdzie i miłość objawioną w Chrystusie Jezusie. Takie dzielenie się polega nie tylko na jednoznacznym wyrażaniu wiary, ale również na świadectwie, to znaczy sposobie, w jaki przekazuje się „wybory, preferencje, opinie, które są głęboko spójne z Ewangelią, nawet wtedy, kiedy nie mówi się o niej w sposób wyraźny” (Orędzie na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu, 2011 )


Sieci społecznościowe mogą być nie tylko narzędziem ewangelizacji, ale również czynnikiem ludzkiego rozwoju. Na przykład, w niektórych sytuacjach geograficznych i kulturowych, gdzie chrześcijanie czują się izolowani, mogą one umacniać poczucie ich rzeczywistej jedności z powszechną wspólnotą wierzących. Sieci ułatwiają dzielenie się bogactwem duchowym i liturgicznym, sprawiając, że ludzie mogą modlić się z żywym poczuciem bliskości tych, którzy wyznają tę samą wiarę. Prawdziwe i interaktywne zaangażowanie w pytania i wątpliwości tych, którzy są dalecy od wiary, powinno nam uzmysłowić potrzebę podtrzymywania przez modlitwę i refleksję naszej wiary w obecność Boga, jak i naszej aktywnej dobroczynności: „Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący” (1 Kor 13, 1).

Istnieją sieci społecznościowe, które w świecie cyfrowym stwarzają współczesnemu człowiekowi okazje do modlitwy, medytacji lub dzielenia się Słowem Bożym. Mogą one jednak otworzyć także podwoje na inne wymiary wiary. Wiele osób odkrywa bowiem właśnie dzięki kontaktowi, który początkowo miał miejsce on line, znaczenie kontaktu bezpośredniego, doświadczenia wspólnoty, a nawet pielgrzymki – będących nieustannie ważnymi elementami na drodze wiary. Szukając sposobów uobecnienia Ewangelii w środowisku cyfrowym, możemy zaprosić ludzi do przeżywania spotkań modlitewnych lub celebracji liturgicznych w konkretnych miejscach, takich jak kościoły czy kaplice. Nie powinno brakować nam konsekwencji czy spójności w wyrażaniu naszej wiary i świadectwa o Ewangelii w rzeczywistości, w której przychodzi nam żyć – fizycznej czy cyfrowej. Kiedy jesteśmy w jakikolwiek sposób obecni dla innych, jesteśmy wezwani, by umożliwić poznanie miłości Bożej aż po krańce ziemi.
Całość przeczytać można po polsku tutaj.

Cieszy mnie bardzo to, co i jak papież powiedział. Niestety, można się dzisiaj spotkać z poglądami i opiniami - na szczęście dość rzadkimi - jako by "zaistnienie" w przestrzeni cyfrowej osób wierzących było czymś niewłaściwym, co najmniej podejrzanym i dziwnym, do czego trzeba podchodzić z dużą nieufnością. W myśl dość idiotycznych uproszczeń i haseł w stylu "internet to szatan" (internet jako osoba?) Tymczasem na falach www działa bardzo dobrze i skutecznie w zakresie promowania prawd wiary, głoszenia Dobrej Nowiny bardzo wiele osób, nawet niekoniecznie duchownych. Wystarczy podać przykłady portalu Adonai, Stukam.pl ks. Artura Stopki, działalności o. Adama Szustaka OP w ramach projektu Langusta na palmie, blogów dominikańskich, czy tylu innych. Coraz więcej tych inicjatyw widocznych jest w medium, od którego czytania wielu rozpoczyna dzień - na Facebooku.Coraz częściej poszczególni autorzy sięgają - w mojej ocenie bardzo skutecznie - do różnych metod kontrastów, porównań, prowokując do zastanowienia się nad danym problemem czy myślą - ubierając całość w naprawdę atrakcyjne i profesjonalne szaty graficzne.

Myślę - i na tę myśl się cieszę - że to dobrze, że zaczynamy mieć do czynienia z pewnym nowym prądem działań związanych z propagowaniem wiary: wirtualną Dobrą Nowiną, duszpasterzami czekającymi na ludzi także w świecie cyfrowym (oczywiście nie jako stała forma duszpasterstwa, ale bardziej zachęty, rozbudzenia ciekawości i potem skierowania do właściwej grupy w realu - choć niestety jego jakość w parafiach budzi w ludziach często tęsknotę za czymś lepszym, bardziej dla nich), świeckimi jakby misjonarzami, którzy niosą Pana tym, którzy czasami świata poza komputerem nie widzą, albo przypadkiem mogą w tym cyfrowym świecie natknąć się na Słowo... Oby to Słowo ciałem się w nich stało.

A wirtualnie zaangażowanym w ewangelizację gratuluję i życzę dużo sił - nie ma co się przejmować, Szymona Hołownię do dzisiaj odżegnują niektórzy od czci i wiary, choć (większość?) mam nadzieję rozumie, że facet swoim sposobem pisania (mało popularnym) potrafi zainteresować, przyciągnąć, pomóc zrobić człowiekowi pierwszy krok. Z wirtualną ewangelizacją jest podobnie - dlatego właśnie choćby jest tak potrzebna.

środa, 15 lutego 2012

Świadectwo dla każdego

Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadając na kolana, prosił Go: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: Chcę, bądź oczyszczony! Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony. Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich. Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego. (Mk 1,40-45)
Kolejny, z niedzieli, opis uzdrowienia. Cuda za cudami, cud cudem pogania. Ale zawsze trzeba pamiętać, że nie na pokaz czynił to Jezus, ale - co tutaj mówi wprost - na świadectwo dla nich. Kogo miał na myśli? Na pewno faryzeuszy, uczonych w piśmie, ich przede wszystkim. Tych, którym pycha i pewność (siebie) zasłaniała oczy, czyniła ślepymi na działanie Boga, który chodził między nimi. Ale przecież także Jezus mówił o każdym z nas - wczoraj, dzisiaj, jutro - który czyta te słowa, albo był wręcz wtedy, przed wiekami, ich świadkiem. To świadectwo dla każdego. 

Jezus nie uciekł przed tym biedakiem. Co było w pełni zrozumiałe - tak wtedy, jak i dzisiaj, kiedy skutki tej strasznie wyglądającej choroby można zmniejszać. Widział, że ów człowiek go potrzebował. Nie mógł swojej miłości do ludzi ograniczyć, tej miłości starczyło także dla tamtego. Być może ujęła go także taka a nie inna prośba. Jeśli chcesz. Trędowaty wiedział, wierzył że On może to uczynić. Nie miał wątpliwości. Odwołał się tylko do woli Jezusa - jeśli chcesz. Jezus chciał, tak samo jak chce oczyszczać serce każdego człowieka, pomóc mu uporać się z tym brudem, z którego czasami sam zainteresowany w ogóle nie zdaje sobie sprawy. Pragnie czystości każdego człowieka, bez względu na to, jak ten ubrudził się, zbrukał i poniżył grzechami. 

A potem Jezus wycofał się na pustynię. Nie dlatego, że nie chciał czynić cudów czy uzdrawiać; wiedział, jak wielu na to czekało. Nie chciał żadnej władzy czy królowania ludzkiego, materialnego - chciał zakrólować w sercach ludzi ze względu na to, co im przynosił i ofiarował - zbawienie - a nie tylko uzdrowienie fizyczne, namacalne. Chciał uzdrawiać najpierw to, co zakryte, ale ważniejsze. Serce, ducha.  I jedno się przez te wieki nie zmieniło - ludzie nadal schodzą się do Niego: do kościołów, do kapłanów - szafarzy Jego sakramentów. Szukają i lgną do jedynego prawdziwego Uzdrowiciela, źródła życia tutaj i dalej. On czeka także na ciebie.

piątek, 8 lipca 2011

Baranki i gołębie

Jezus powiedział do swoich apostołów: Oto Ja was posyłam jak owce między wilki. Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie! Miejcie się na baczności przed ludźmi! Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować. Nawet przed namiestników i królów będą was wodzić z mego powodu, na świadectwo im i poganom. Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić, gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was. Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. Gdy was prześladować będą w tym mieście, uciekajcie do innego. Zaprawdę, powiadam wam: Nie zdążycie obejść miast Izraela, nim przyjdzie Syn Człowieczy. (Mt 10,16-23)
Owce i wilki. Jezus posługuje się stereotypem - łowca, myśliwy i ofiara. Chrześcijanin ma być człowiekiem gotowym do poświęceń i walecznym, ale zarazem nieskazitelny i roztropny. Gotowość do dawania świadectwa to jedno, ale chrześcijanin musi pamiętać, że Kościół nigdy by nie rozwinął się tak, jak to miało miejsce, gdyby wszyscy jego pierwotni członkowie wybrali palmę męczeństwa. Kościół musi trwać, aby wypełniać swoją misję, a także po to, by pamięć o męczennikach została zachowana. 

To, co może czekać człowieka wierzącego, który swojej wiary będzie bronił i nie zamierza się jej wypierać, widzimy wyraźnie na podstawie tego, co spotkało Mesjasza. Z jednej strony - podziw, zachwyt, uznanie dla cudów jakie dokonywał. Zachwyt, który osiągnął apogeum w momencie tryumfalnego wjazdu Pana do Jerozolimy, szybko ustąpił miejsca pogardzie, obojętności, a nawet właściwie niczym niezasłużonej wrogości i żądaniu kary śmierci. Jezusa ciągali - od najwyższego kapłana do namiestnika rzymskiego. Biczowano Go na oczach tłumów. Ukrzyżowano i Jego samego, i wielu innych później. Czym zawinił - On i Jego wyznawcy? Tym, że nie chcieli, dla tzw. świętego spokoju wyprzeć się Boga w Trójcy Świętej jedynego, oddać chwały bożkom, uznać boskości cesarza. Przy okazji - nie brali na siebie winy za różne klęski (choćby spalenie Rzymu za [przez] Nerona), których spowodowanie im przypisano. 

Trzeba pamiętać, że chrześcijaństwo w dużym uproszczeniu sprowadza się do dawania świadectwa. Ma nim być codzienne życie, a może niekiedy nim być także szczególne poświęcenie, jakim jest męczeństwo, oddanie życia z powodu wiary. Nie tyle chodzi o szukanie sposobności do męczeństwa, ale o wewnętrzną gotowość na nie - czy to w sensie jakiegoś, mniejszego lub większego, cierpienia, znoszenia upokorzenia, drwin, czy nawet do tego ostatecznego poświęcenia w postaci ofiary z własnego życia. Nie wiemy, czego Bóg od nas oczekuje - wiemy, że doskonałością jest umiejętność przyjęcia Jego woli w pokorze. To jest sedno - kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. Człowiek w tej sytuacji nie potrafi nic poradzić sam, własnymi siłami. Tutaj działa Bóg i Jego łaska, która umożliwia człowiekowi takie, a nie inne, po prostu najlepsze i najbardziej słuszne zachowanie, odpowiednie słowa i reakcje. Wtedy pozostaje otworzyć się na głos Parakleta. 

Intrygujące mogą wydawać się kolejne słowa - to całe cierpienie i męczeństwo może być wymierzone ze strony także najbliższych, rodziców, dzieci. Tu powraca kwestia hierarchii wartości - dopiero wtedy, gdy Bóg będzie na pierwszym miejscu, cała reszta, w tym relacje z rodzicami, rodziną, najbliższymi będą na właściwym miejscu. Prawo Boże w sercu i na pierwszym miejscu, oraz wytrwałość - to klucz do sukcesu, czyli do zbawienia. 

Jesteśmy posłani jak te owce, jak gołębie. Niby najsłabsi, bezbronni, narażeni na ataki z każdej strony. Tak samo, jak On, gdy przyszedł - normalny, ludzki, zwykły. Bo wielkość i potęga po ludzku nijak się ma do wielkości i potęgi Boga, jest wobec niej niczym. A jednak - te przymioty, które potocznie kojarzą się z tak bezbronnymi zwierzętami - to wszystko, co nam potrzeba. Nie ma co dalej kombinować. Gdy tak będziesz żył, Bóg zadba o resztę.

piątek, 15 kwietnia 2011

Nie ma Jezusowego widzimisię

Żydzi porwali kamienie, aby Jezusa ukamienować. Odpowiedział im Jezus: Ukazałem wam wiele dobrych czynów pochodzących od Ojca. Za który z tych czynów chcecie Mnie ukamienować? Odpowiedzieli Mu Żydzi: Nie chcemy Cię kamienować za dobry czyn, ale za bluźnierstwo, za to, że Ty będąc człowiekiem uważasz siebie za Boga. Odpowiedział im Jezus: Czyż nie napisano w waszym Prawie: Ja rzekłem: Bogami jesteście? Jeżeli Pismo nazywa bogami tych, do których skierowano słowo Boże - a Pisma nie można odrzucić to jakżeż wy o Tym, którego Ojciec poświęcił i posłał na świat, mówicie: Bluźnisz, dlatego że powiedziałem: Jestem Synem Bożym? Jeżeli nie dokonuję dzieł mojego Ojca, to Mi nie wierzcie. Jeżeli jednak dokonuję, to choćbyście Mnie nie wierzyli, wierzcie moim dziełom, abyście poznali i wiedzieli, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu. I znowu starali się Go pojmać, ale On uszedł z ich rąk. I powtórnie udał się za Jordan, na miejsce, gdzie Jan poprzednio udzielał chrztu, i tam przebywał. Wielu przybyło do Niego, mówiąc, iż Jan wprawdzie nie uczynił żadnego znaku, ale że wszystko, co Jan o Nim powiedział, było prawdą. I wielu tam w Niego uwierzyło. (J 10, 31-42)
No chociaż raz - powiedzieli wprost i bez owijania w bawełnę przysłowiowego, co im leżało na wątrobie, czego od Jezusa chcieli. Że nie chodziło o to, że im przeszkadzało łuskanie kłosów w szabat. Że nie mieli nic w sumie (poza zazdrością) przeciwko temu, że wielu ludzi różnego pochodzenia, znajdujących się w różnych sytuacjach życiowych, w różnych okolicznościach uzdrawiał, ba, nawet wskrzeszał. Że nie chodziło o to, że choćby dosłownie na głowie stanęli, nie potrafili w żaden sposób złapać Go za słówko, przyłapać Go na niefortunnej czy możliwej do opatrznego zrozumienia wypowiedzi. Był uzurpatorem, fałszywym mesjaszem. 

Problem polega na tym, że w tej prawdziwości swojego oskarżenia i zarzutu przeciwko Jezusowi... byli kompletnie w błędzie. Ani Jezus fałszywy, ani tym bardziej mesjasz przez małe m pisane. Trudno na świecie o kogoś bardziej od Niego prawdziwego; a na pewno nie znajdzie się na świecie - wtedy, dzisiaj, kiedyś w przyszłości - inny Mesjasz. Jeden, jedyny, prawdziwy, Syn Boga żywego, Bóg-Człowiek. Nawet w tej sytuacji Pan potrafi udowodnić faryzeuszom, że ich zarzut jest błędny - wskazuje bowiem na miejsce w Piśmie Świętym, w którym mowa jest o bóstwie Narodu Wybranego (a de facto - wszystkich ludzi, do których Jezus został posłany). Skoro tak mówi Pismo - to gdy każdy z nich był bogiem, jak zatem można bóstwa odmówić Jezusowi, posłanemu przez Boga Ojca? 

Nie kończy jednak na tym. Deklaracje, rodowody nie mają tu znaczenia - bo poza nimi są także czyny. Nie bez powodu Pan nauczał, że po owocach ich poznacie (Mt 7, 16), i nie zamierzał innej miary stosować do Siebie samego. Jeśli nie wierzycie w moje posłanie - uwierzcie, widząc, czego dokonuję. A dokonał bardzo wiele. Nie o wiarę w Jezusa już chodziło, ale zrozumienie, że to Bóg przez Niego działa, i wiarę w Niego - tego prawdziwego Boga miłości, miłosiernego i kochającego Ojca, a nie Boga-krwiopijcę, mściwego, okrutnego (bo tak często w Starym Testamencie mógł się jawić). To, czego dokonał Jezus, dokonał sam Bóg, który w Nim był. 

Kłania się tajemnica Trójcy Świętej - wspólnoty istot Boga Ojca, Syna Bożego i Ducha Świętego. Żydzi wtedy tego nie rozumieli - nic dziwnego, dzisiaj, po 2000 latach istnienia Kościoła wielu ma z tym problem. Jezusa nie można czytać, obserwować i rozumieć w oderwaniu od istoty Boga Ojca. Oni są jednością. Nie ma Jezusowego widzimisię - tylko wypełnianie woli Ojca, aż do krzyża, aż do Ogrodu Oliwnego i dramatycznego Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! (Łk 22, 42) Jezus był tak samo w pełni Bogiem, pozostając w pełni człowiekiem - stąd ludzki strach przed tym, co jako Bóg z pewnością widział i rozumiał. Wiedział, że Bóg tak chce, i nie będzie bardziej czytelnego świadectwa od tego, gdy Jego Syn, nawet jakby wbrew swej ludzkiej naturze, wypełni wszystko do końca. 

Na koniec - ciekawa, może jakby przemycona, wskazówka (zakończenia zdarza się traktować po macoszemu). Jak Go szukać? Jak śledzić losy Jezusa Chrystusa, od początku? Jak je dobrze, prawidłowo odczytywać? Od Jana Chrzciciela. Więzy pokrewieństwa pozostają tu bez znaczenia - liczy się to, że właśnie Jan Go wskazał palcem innym. Dzisiaj te słowa, jako retrospekcja swego rodzaju, powracają. Ludzie, którzy poszli za Nim - mniej lub bardziej świadomie - własnymi, choć anonimowymi, świadectwami potwierdzają. On jest Synem Bożym.

Za chwilę, w Niedzielę Palmową Męki Pańskiej, zacznie się ostatnia prosta Wielkiego Postu. Ostatni, wcale nie najgorszy, moment, aby coś ze sobą zrobić. Ot, choćby uczciwie przyjrzeć się życiorysowi Jezusa. I równie uczciwie wyciągnąć wnioski. To bardzo dobry początek.

czwartek, 31 marca 2011

Męczenniczka AD 2011 - Alina Milan - wiara ważniejsza od zdrowia

Prawdziwa męczenniczka, współczesna nam. Heroizm wiary aż do oddania życia. 
Wybrała Boga ponad wszystko
Nasz Dziennik, 2011-03-28

Po kilkumiesięcznej chorobie w izraelskiej klinice zmarła 23-letnia Alina Milan, chrześcijanka, którą już dziś nazywa się współczesną męczennicą za wiarę. Młoda Rosjanka straciła życie, gdyż odmówiła zrzeczenia się swojej wiary na rzecz judaizmu bądź ateizmu. Gdyby zaparła się chrześcijaństwa, uzyskałaby obywatelstwo izraelskie i tym samym tamtejsi lekarze przeprowadziliby operację, która miała uratować jej życie.

Kilka miesięcy temu Alina Milan, 23-letnia studentka, zapadła na poważną chorobę. Po badaniach okazało się, że dziewczynę uratować może jedynie przeszczep wątroby, ale takich operacji w Rosji się nie wykonuje. Jak opowiada cytowana przez portal Prawda.ru matka Aliny, stan córki pogorszył się do tego stopnia, że zaczęła grozić jej śmierć. Wtedy to w Tel Awiwie, w jednym z najnowocześniejszych szpitali na świecie, pojawiła się szansa na przeszczep. 11 listopada 2010 r. kobiety były na miejscu. Wyniknęły jednak problemy z finansowaniem leczenia oraz samej operacji.

Okazało się, że ze względu na swoje pochodzenie - ojciec dziewczyny był Żydem, babcia obywatelką Izraela - Alina mogła starać się o obywatelstwo izraelskie, co umożliwiłoby jej bezpłatne przeprowadzenie operacji. Ale zgodnie z prawem obywatelem Izraela może być albo żyd, albo ateista i tertium non datur. Alina stanęła więc przed dylematem: określić się jako ateistka lub żydówka i skorzystać z szansy na operację albo pozostać wierną Chrystusowi i zaakceptować śmiertelne konsekwencje takiego wyboru.

Zwróciła się wówczas do o. Aleksandra Naruszewa, dzięki któremu na forum cerkwi św. Serafina z Sarowa w Kuncewie, dzielnicy Moskwy, możemy dziś poznać historię jej trudnej drogi. Kapłan tak opisuje moment, kiedy odwiedził ją w tamtejszym szpitalu: "Kiedy wszedłem do jej sali, ujrzałem młodą, wychudzoną istotę, ledwo przypominającą 22-letnią dziewczynę. Ale jej spojrzenie było jasne, zaskakująco stanowcze i zdecydowane. "My już podjęłyśmy decyzję z mamą" - powiedziała na mój widok. "Nie zdejmę krzyża i nie wyrzeknę się wiary. (...) Bóg nas nie opuści. Będziemy szukać sponsorów"". Ojciec Aleksander zwrócił wtedy uwagę, że przecież zostało jej już mało czasu, na co ona odparła: "Przede mną wieczność".

Wielu ludzi włączyło się w akcję zbierania pieniędzy na operację, jednak nie udało się zgromadzić koniecznych 300 tys. dolarów. Dziewczyna do końca pozostała wierna Chrystusowi, więc nie przyznano jej prawa do nieodpłatnego wykonania przeszczepu. Przez kilka miesięcy leżała podłączona do respiratora w klinice w Tel Awiwie. Jak zauważył jeden z izraelskich lekarzy, do ostatniego dnia była w pełni świadoma.

Zmarła w nocy 14 marca w izraelskim szpitalu. Na wspomnianym forum internetowym w listopadzie ub. r. Rosjanka zamieściła przepiękne świadectwo:

"Mam przed sobą dokument izraelskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, (...) gdzie jest napisane: "Przyjmuję obywatelstwo/prawo/religię kraju". Tylko podpisz. Powiedzcie mi jednak: Czy mam wybór? Najważniejszy wybór to nie ten na papierze, ale w duszy... A w niej ufność Bogu jest silniejsza aniżeli jakiekolwiek dokumenty, prawa, państwa, straszne diagnozy, czas! I nawet w najtrudniejszych chwilach nie opuszcza mnie poczucie, że sam Bóg trzyma mnie za rękę. Decyzja jakiegokolwiek lekarza dotycząca przeprowadzenia operacji, niezależnie od kraju, niesie ze sobą ryzyko, więc każdy dzień i tak może być ostatnim... Jedyny wybór - jakiego dokonałam już dawno i który nie jest związany z obywatelstwem - to wybór wiary w Boga i bezgranicznej wdzięczności za to, co jest mi sądzone (...)".

Małgorzata Pabis (źródło)

wtorek, 8 lutego 2011

Ani za bardzo, ani za mało - ale w sam raz. Zwietrzała sól i niewidoczne światło

Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie. (Mt 5,13-16)
Te słowa to nic innego, jak przypomnienie nam, ludziom wciąż upadającym, taplającym się w błotku naszych grzechów, że choć z naszą świętością tu na ziemi różnie bywa, to jednak to właśnie do niej i ku niej jesteśmy stworzeni. Jesteśmy jakby kwintesencją stworzenia (tutaj piszę o tekście z niedzieli - a o samym stworzeniu, stwarzaniu, w ramach lectio continua można było usłyszeć wczoraj i dzisiaj na Mszy), tymi którzy mają je rozświetlać i decydować o smaku, o walorach. Można soli jako takiej nie lubić, ale nikt nie zaneguje jej podstawowych walorów smakowych - bez soli mało co w ogóle smakuje. Zresztą, jak się coś przesoli - także nie jest dobrze. Sól jest konieczna w odpowiednich proporcjach, ilości, dodana we właściwym momencie. 

Także my sami mamy wolność decydowania o sobie - ale i wskazania, przykazania, naukę Jezusa i Kościoła, które wytyczają trasę, są swego rodzaju przepisem - co, jak, gdzie i kiedy zrobić, czego unikać, co ważne, a co zbędne. Żadne to bezsensowne i nieuzasadnione tylko zakazy i ograniczenia - ale coś, co wynika z całości nauczania Jezusa i jest spójną jego częścią wraz z tym, co Bóg nam proponuje w ramach realizowania i odkrywania swojego powołania, ze wszystkimi możliwościami. Możemy być za bardzo albo za mało, nie zrozumieć przypadkiem przepisu, jaki Bóg daje na szczęśliwe, spełnione i owocne życie, albo zupełnie celowo korzystać z tego przepisu zupełnie na opak, chcąc za wszelką cenę stworzyć coś zupełnie innego, swojego - w myśl nieśmiertelnego róbta, co chceta i ja wiem lepiej. 

To nigdy się nie zmienia z Jego strony - nasze wybranie, umiłowanie i stworzenie człowieka jest raz na zawsze, bezwarunkowo - trwa nadal. Tylko czasami ktoś z nas dochodzi do wniosku, że jest lepszy, mądrzejszy, dokładniej zna swoje potrzeby i sam najlepiej potrafi je zaspokoić, a ten cały Bóg to tylko wymysł, zabobon i w ogóle to przeszkadza. W tym ukochaniu jesteśmy wolni - możemy tak myśleć, możemy do takiego wniosku dojść i nim się kierować. Pół biedy, gdy człowiek sam zrozumie po czasie, że błądził. Wtedy może do Boga wrócić - a On zawsze czeka w tym samym miejscu. Dobrze, gdy sami dojdziemy do tego, że trzeba tam, do Niego wrócić. 

Człowiek, jak sól, może się zepsuć. Się - czyli sam siebie. Błądzenie jest naszą domeną, bo i słusznie mówi się, że człowiek najlepiej na własnych błędach się uczy, bo błędom innych i podanym przez nich na tacy wnioskom najczęściej nie dowierzamy. Może i dobrze - o te swoje doświadczenia jesteśmy bogatsi, bo przecież jesteśmy sumą wszystkiego, nie tylko tego, co nam się przytrafiło dobre, piękne i miłe. I ta konkretna forma, jakiej Jezus używa - jesteście - mówi wprost, że takie jest nasze powołanie. To żadne dążenie, staranie się, dorastanie - tylko stan faktyczny. Tacy po prostu jesteśmy, mniej lub bardziej dobrze. Możemy być zwietrzałą solą albo ledwo widocznym światłem - ale nimi jesteśmy. To, że my czasami nie dajemy rady, kończy się na nieudolnych staraniach - cóż, tak bywa, ale celem nie jest to jako proces, ale samo bycie tą solą i tym światłem. 

Mamy być w sam raz, tak jak trzeba. Punkty odniesienia - Słowo Boże, nauczanie Jezusa i Kościoła - są jasne. My mamy je stosować do tego, co się dzieje w nas i wokół nas, do ludzi z którymi się stykami, do sytuacji w jakich Boża Opatrzność nas stawia, do problemów jakim musimy stawić czoło. Tak jak to światło, które ma sens tylko właściwie ukierunkowane, w dany ciemny kąt - albo jak sól, której musi być mniej więcej określona ilość, aby potrawę poprawiła, a nie zepsuła. Dlaczego? Po co? Bo to jest właśnie świadectwo. Bo dobrze przyprawioną potrawę ma się ochotę próbować raz po raz, bo dobrze oświetloną drogą każdy idzie chętniej nić po omacku w ciemnościach. Niby zwykła potrawa i zwykła droga - ale inna, jedno dzięki soli, drugie dzięki światłu. 

Mamy powodować niedosyt dobra, piękna, miłości i tego wszystkiego, co jest Bożą solą i Bożym światłem. Mamy być tymi, przez których Bóg mówi do tych, którzy sami do Niego zwrócić się nie potrafią, bo nigdy tego nie robili, albo już zapomnieli, jak to zrobić. Mamy być tymi, którzy do Boga przybliżają, ale zarazem sami Go sobą nie zasłaniają. Mamy inspirować tych, co wokół nas, do tego, aby sami stawali się solą i światłem dla innych. Aby ta dobra sól i dobre światło się rozprzestrzeniały, by przez nie Bóg docierał jak najdalej, dodawał ludzkiemu życiu smaku i oświecał je.

Jedna ważna sprawa - jeśli uważam się za chrześcijanina, muszę uważać. To zobowiązuje. Nie wystarczy to, że pójdę do kościoła, noszę krzyżyk, widać czasem u mnie różaniec, albo na ścianie wiszą święte obrazki a na półce widać Biblię czy książeczkę do modlitwy. Dobre świadectwo to autentyczność. Jeśli jej brakuje - nikomu Boga nie przybliżę, a tylko stanę się dla takiego człowieka kolejnym (być może przy wielu niesłusznych i naciąganych, ale zawsze) dowodem na to, że Bóg, wiara i Kościół to pozoranctwo, brak konsekwencji pomiędzy słowami a czynami, i zwykła ściema. 

Jakaś wskazówka? Proszę bardzo - słowami Izajasza z niedzielnego pierwszego czytania: 
Dziel swój chleb z głodnym, wprowadź w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie odwrócić się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pańska iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On [rzeknie]: Oto jestem! Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem. (Iz 58,7-10)
Nie chodzi tu o postawę jakieś wielkiej zewnętrznej pewności siebie, która może zakrawać na pychę, gwiazdorzenia swoją wiarą - nic z tych rzeczy. Paweł w drugim czytaniu mówił: I stanąłem przed wami w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem. (1 Kor 2, 3) Trzeba być wielkim duchem, wielkim Tym, kto mnie posłał, Bogiem, a nie sobą czy swoimi walorami. Wtedy Ten, który jest najważniejszy, może przeze mnie działać. W końcu właśnie o to chodzi, a nie o wywyższanie siebie samego.