Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 lutego 2015

Tylko

Gdy Jezus przeprawił się z powrotem w łodzi na drugi brzeg, zebrał się wielki tłum wokół Niego, a On był jeszcze nad jeziorem. Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg i prosił usilnie: Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła. Poszedł więc z nim, a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd na Niego napierał. A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Słyszała ona o Jezusie, więc przyszła od tyłu, między tłumem, i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości. A Jezus natychmiast uświadomił sobie, że moc wyszła od Niego. Obrócił się w tłumie i zapytał: Kto się dotknął mojego płaszcza? Odpowiedzieli Mu uczniowie: Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: Kto się Mnie dotknął. On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła. Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę. On zaś rzekł do niej: Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości! Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela? Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi: Nie bój się, wierz tylko! I nie pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakubowego. Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Wobec zamieszania, płaczu i głośnego zawodzenia, wszedł i rzekł do nich: Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi. I wyśmiewali Go. Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca, matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: Talitha kum, to znaczy: Dziewczynko, mówię ci, wstań! Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. Przykazał im też z naciskiem, żeby nikt o tym nie wiedział, i polecił, aby jej dano jeść. (Mk 5,21-43)
Bóg widzi, jak bardzo człowiek potrzebuje Jego miłosierdzia, Jego uzdrawiającej miłości - która działa i czyni cuda w tej sytuacji także jakby przypadkowo, jak z tą kobietą. Czy jednak był to przypadek? Nie. Tak samo jak to, że Jezus dobrze wiedział, kogo Jego moc uzdrowiła - pewnie chciał zobaczyć, co powie uzdrowiona kobieta. Powiedziała prawdę - i zstąpił na nią Jego pokój, ten jedyny i prawdziwy, drugi dar obok uzdrowienia z krwotoku. 

Trudna była sytuacja drugiej osoby z tego obrazka, Jaira. Szedł po Jezusa z wiarą - córka choruje, ale On może ją uleczyć. W drodze jednak dowiedział się, że zmarła. Co dalej? Rozpacz? Pocieszenie przynosi sam Zbawiciel - nie bój się, wierz tylko! Dlatego idą dalej, z sercami przepełnionymi... no właśnie, czym? Chyba jednak wiarą, że On może to poskładać i zaradzić sytuacji, z nadzieją. Nie robi show z ludzkiego dramatu, spektaklu dla rodziny i przybyłych do domu Jaira. Cud dokonuje się w skrytości, w obecności najbliższych - i apostołów. Śmierć nie ma władzy nad tym, komu rozkazuje Pan Zastępów. Tak, jak później każe Łazarzowi wyjść z grobu po kilku dniach od złożenia go tam, tak i tutaj każe dziecku wstać - i dziecko wstaje. Łaska Boża tryumfuje, a w sercu ludzkim kiełkuje kolejne nasionko wiary. 

Dlatego dzisiaj pod koniec Mszy Świętej - ku zdziwieniu niektórych - zaśpiewaliśmy "Zwycięzcę śmierci". Pasuje, jak rzadko. 

Bóg działa i to bardzo mocno - jeżeli tylko człowiek chce tego działania i o Jego pomoc prosi. Nie bój się, wierz tylko!

niedziela, 17 sierpnia 2014

Upór w opresji

Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: Odpraw ją, bo krzyczy za nami! Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi! On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom. A ona odrzekła: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów. Wtedy Jezus jej odpowiedział: O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! Od tej chwili jej córka została uzdrowiona. (Mt 15,21-28)
Gdyby się tak zastanowić - Jezus nieco "pojechał po bandzie", rozmawiając z tą kobietą. Niezbyt pięknie się z nią obszedł, kiedy przyszła prosić o pomoc dla córki - porównując ją do psa. Czemu takich słów użył? Nie wiem. Czy takie słowa padły? Pewnie tak - wielu twierdzi, że Pismo Święte x razy preparowano, wycinając niewygodne kawałki - a ten? Po prostu dowód na ludzką naturę Jezusa. 

Ale ten tekst czyta się dzisiaj w kościołach nie dlatego, że Jezus to powiedział - ale dlatego, co się stało dalej, albo z powodu tego, co się stało później. Z powodu uporu i wytrwałości kobiety. Przy całej jej wierze w moc Jezusa - musiało tak być, skoro do Niego przyszła - nie była ani onieśmielona, ani nie zachowywała się w jakikolwiek uniżony sposób. Była zdecydowana walczyć o to, co było dla niej najważniejsze - zdrowie dziecka.

Apostołowie zareagowali mało wyrozumiale - podobnie jak w zbliżonej sytuacji ze ślepcem - i po prostu chcieli się jej pozbyć, no bo co, tylko krzyczy za nimi. I wtedy nastąpił ten niesamowity dialog. Z jednej strony Jezus mówiący o posłaniu Go do Narodu Wybranego (do którego tamta - Kananejka - nie należała), z drugiej zaś strony wielka wiara i wola walki kobiety. Nie uniosła się gniewem, nie wstała i odeszła obrażona, nie złorzeczyła. Tak - może i szkoda jedzenia dla dzieci dla psów, ale także szczenięta tych psów posilają się przecież resztkami ze stołu. Ty możesz pomóc także i mnie, mojej córce - ponieważ ja w to wierzę. 

Nie dała za wygraną - coś, od czego bardzo często dzieli nas bardzo niewiele, szczególnie w najtrudniejszych momentach: choroba, śmierć, utrata osoby najbliższej, strata pracy, wypadek. Tak, uzyskała to, o co prosiła - bo działała dalej, nie poddała się, podjęła dialog. Szorstka forma Jezusa jej nie zniechęciła, wiedziała dokładnie czego chce. 

A ty wiesz? Co z tego, że Jezus i tobie powie "niech ci się stanie, jak chcesz" - o ile zobaczy wiarę - ale czy ty wiesz, czego właściwie naprawdę chcesz. 

niedziela, 17 marca 2013

Zmęczeni kombinowaniem

Jezus udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Cały lud schodził się do Niego, a On usiadłszy nauczał ich. Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz? Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień. I powtórnie nachyliwszy się pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. Wówczas Jezus podniósłszy się rzekł do niej: Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił? A ona odrzekła: Nikt, Panie! Rzekł do niej Jezus: I Ja ciebie nie potępiam. - Idź, a od tej chwili już nie grzesz. (J 8,1-11)
Wiedzieli, że będzie Mu trudno wybrnąć z tej sytuacji. Jeśli opowiedział by się za literą prawa Mojżeszowego - wydał by wyrok na kobietę. Gdyby stanął wprost w jej obronie - wystąpił by przeciwko prawu, złamał je. Mieli Go w garści - a przynajmniej tak im się wydawało. Tu nie chodziło o sprawiedliwość,  o moralną ocenę cudzołóstwa, ale okazję do przyłapania, znalezienia haka na Jezusa. 

Tradycja mówi - Jezus pisał na piasku ich grzechy (więc pewnie tego pisania było sporo). Nie dawali za wygraną - a Ty co mówisz? Wystarczyło jedno zdanie - kto jest bez grzechu. Tylko prawdziwa świętość dawała prawo do dokonywania tak surowej oceny innych, która miała prowadzić do poważnych, wręcz życiowych konsekwencji - w innym obrocie wydarzeń kobietę pewnie by ukamienowano. Jezus powiedział, że kto jest bez grzechu, ten może rzucić kamień. Zabrzmiało to jednak w pewnym sensie jak pytanie - kto? No właśnie - z tego towarzystwa nikt, a z całej sytuacji zapewne tylko On sam jeden. 

To nie jest tak, że my nie mamy prawa do oceniania innych - mamy. Tylko że najpierw musimy dokonać swojej oceny, zestawić oceniany czyn czy zachowanie ze swoją osobą - i w przypadku pozytywnej weryfikacji (ja w tym zakresie jestem w porządku wobec Boga i ludzi) dopiero możemy napominać, oceniać, wyrokować. A najczęściej jest tak, że w gębie to każdy jest najmocniejszy, oskarżać, plotkować, oczerniać przychodzi łatwo - po czym, jak przychodzi co do czego, to sam okazuje się mieć za uszami dwa razy tyle co nieszczęśnik, na którym przed chwilą jeszcze psy wieszał. 

Piękne słowa w tym kontekście wypowiedział dzisiaj papież Franciszek: - Gdy tylko zostałem biskupem w 1992 r., do Buenos Aires przybył obraz Matki Boskiej Fatminskiej. Odbyła się wtedy msza dla chorych, w czasie której spowiadałem. Podeszła do mnie skromna, pokorna kobieta, ponad 80-letnia. Powiedziałem do niej: "Babciu, czy masz dużo grzechów?". "Wszyscy mamy dużo grzechów" - odpowiedziała. Zapytałem: "Skąd ta pewność?", a ona pewna odpowiedziała: "Gdyby Bóg wszystkiego nie wybaczał, świat już by nie istniał". To była mądrość Ducha Świętego. Bóg nigdy nie męczy się wybaczaniem nam. Problem polega na tym, że my męczymy się proszeniem o łaskę. (...) W tych dniach mogłem przeczytać ksiązkę kard. Caspera. (...) Bardzo dobrze mi ona zrobiła. Kardynał mówi w niej, że miłosierdzie wszystko zmienia. Odrobina miłosierdzia ociepla świat i dodaje mu sprawiedliwości. 

Tego właśnie miłosierdzia zabrakło wtedy faryzeuszom, jego także brakuje nam dzisiaj. Dlatego też tak trudno przychodzi nam wybaczanie innym, dlatego też - w cichości serca - nie potrafimy bardzo często wybaczać samemu sobie sytuacji nawet sprzed wielu lat. Zapędzamy się w tym swoim wyrokowaniu i ocenianiu, a potem jakoś tak głupio prosić o wybaczenie Boga, skoro samemu potępiło się właśnie wszystkich ludzi, którzy przyszli do głowy. Nie ma się jednak czego obawiać - na szczęście Bóg działa zupełnie inaczej, a Jego specjalnością jest właśnie miłosierdzie. 

Idź i nie grzesz więcej - to słowa, które usłyszeć może każdy, które mogą rozradować także twoje serce. O ile przyjdziesz i o to miłosierdzie poprosić. Wielki Post, za chwilę Niedziela Palmowa - to bardzo dobry czas, aby tę prawdę zrozumieć.  

środa, 26 października 2011

Kolejna nadinterpretacja

Jezus nauczał w szabat w jednej z synagog. A była tam kobieta, która od osiemnastu lat miała ducha niemocy: była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować. Gdy Jezus ją zobaczył, przywołał ją i rzekł do niej: Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy. Włożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga. Lecz przełożony synagogi, oburzony tym, że Jezus w szabat uzdrowił, rzekł do ludu: Jest sześć dni, w których należy pracować. W te więc przychodźcie i leczcie się, a nie w dzień szabatu! Pan mu odpowiedział: Obłudnicy, czyż każdy z was nie odwiązuje w szabat wołu lub osła od żłobu i nie prowadzi, by go napoić? A tej córki Abrahama, którą szatan osiemnaście lat trzymał na uwięzi, nie należało uwolnić od tych więzów w dzień szabatu? Na te słowa wstyd ogarnął wszystkich Jego przeciwników, a lud cały cieszył się ze wszystkich wspaniałych czynów, dokonywanych przez Niego. (Łk 13,10-17)
Tylko człowiek naprawdę bez serca podejdzie do opisywanej sytuacji tak, jak tamten przełożony synagogi. Bo to nawet nie jest restrykcyjne przestrzeganie prawa - a nadinterpretacja prawa, w duchu złej woli, celem tylko i zdyskredytowania Jezusa. Który przecież uczynił coś dobrego - chory człowiek odzyskał dzięki Jego cudowi zdrowie. Nie patrząc na to, że powinno się - Jemu i Bogu - dziękować za cud uleczenia, zamiast piętnować za moment, w którym uleczył.

Prawo żydowskie, do dzisiaj przecież obowiązujące, nakazuje czcić Boga w dniu szabatu i zakazuje w tym dniu (od wieczora dnia poprzedzającego do wieczora szabatu) podejmowania jakichkolwiek prac, nawet lekkich. Cel takiego zapisu? Taki sam, jak dzisiejsze przykazanie Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. Przypomnieć człowiekowi, że 6 dni w tygodniu to w zupełności wystarczająco, aby zarobić na życie, napracować się. Ostatni dzień to czas dla Boga, aby podziękować Mu za ten tydzień, za dobro, które stało się moim udziałem, za dobro które mogłem czynić, przeprosić za wszelkie zło - i moment na powierzenie Bogu nadchodzących, kolejnych dni, następnego tygodnia. 

Nic więc dziwnego, że Jezus posługuje się tak prostym przykładem. Dobrze, skoro do mnie masz pretensje, że uzdrowiłem chorą - to czemu nie reagujesz, kiedy tak wiele osób wykonuje prozaiczne, a jednak rozumiane (w ten sposób) jako praca, czynności typu właśnie napojenie bydła. Fakt, krowa nie zrozumie, że jest szabat, i z powodu szabatu nie przestanie jej się chcieć pić czy jeść. Karmicie więc zwierzęta - czyli jakby wykonujecie pracę, prowadząc je do wodopoju. Jednorazowe i to cudowne uleczenie przeszkadza, a regularne prowadzenie zwierząt do wodopoju już nie? W najlepszym razie - brak konsekwencji. Żeby nie powiedzieć, że zwykłe szukanie dziury w całym. 

Bóg jest Bogiem miłości, Bogiem miłosiernym. Uwierzysz, że przeszkadzało Mu uleczenie człowieka w dniu szabatu, że naruszyło to spoczynek szabatu? Ja - nie.

środa, 13 lipca 2011

Przyjdź, bo... Daj się dotknąć, bo... Trudno bez Niego.

Gdy Jezus mówił, pewien zwierzchnik synagogi przyszedł do Niego i, oddając pokłon, prosił: Panie, moja córka dopiero co skonała, lecz przyjdź i włóż na nią rękę, a żyć będzie. Jezus wstał i wraz z uczniami poszedł za nim. Wtem jakaś kobieta, która dwanaście lat cierpiała na krwotok, podeszła z tyłu i dotknęła się frędzli Jego płaszcza. Bo sobie mówiła: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. Jezus obrócił się, i widząc ją, rzekł: Ufaj, córko! Twoja wiara cię ocaliła. I od tej chwili kobieta była zdrowa. Gdy Jezus przyszedł do domu zwierzchnika i zobaczył fletnistów oraz tłum zgiełkliwy, rzekł: Usuńcie się, bo dziewczynka nie umarła, tylko śpi. A oni wyśmiewali Go. Skoro jednak usunięto tłum, wszedł i ujął ją za rękę, a dziewczynka wstała. Wieść o tym rozeszła się po całej tamtejszej okolicy. (Mt 9,18-26)
Podobny obrazek mieliśmy nie tak dawno, z setnikiem rzymskim. Tamten przyszedł do Jezusa, aby prosić o uleczenie dla sługi, którego traktował nie jako pod-człowieka, rzecz, siłę roboczą, a po prostu przejmował się jego cierpieniem. Można powiedzieć, że ów dzisiejszy zwierzchnik synagogi chciał więcej - setnik prosił tylko o uzdrowienie i wręcz bronił się przed przyjściem Jezusa do niego do domu, wierząc w to, że On po prostu może uzdrowić i żadna wycieczka nie jest do tego potrzebna, bo Bóg działa bez względu na czas i miejsce. Wielka wiara. 

Czy wiara zwierzchnika była mniejsza? Nie mnie to oceniać. Przyszedł, błagał - Panie, przyjdź. Może po prostu nie wyobrażał sobie, jak ów Jezus miałby zadziałać na odległość (mimo, że mógł). To był człowiek pozbawiony praktycznie całej nadziei, któremu pewnie ktoś gdzieś powiedział - o, tu wędruje taki, co to leczy ludzi i uzdrawia, idź do niego. No to poszedł, bo co miał do stracenia? Lekarze - i pewnie słusznie - stwierdzili zgon dziecka, ale on się nie poddawał. Może i nie padają tutaj żadne wielkie słowa - ewangelista nie przytacza wypowiedzianego wprost wierzę - ale czym innym jest cała zaprezentowana tu postawa owego człowieka? Jednym wielkim dowodem wiary. 

Wyobrażam sobie, jak się mógł czuć, gdy dotarli do domu - i wszyscy czekali: co ów człowiek zrobi. Śpi? Bez żartów, lekarze orzekli śmierć. Żarty sobie stroi? Jednak nie. Inni, postronni, mogli Jezusa wyśmiewać - co czuł zrozpaczony ojciec? Wściekłość? Złość? Bezradność? To jednak nie miało znaczenia. O ile na pewno, gdy Jezus wszedł do domu, dziecko nie spało, a po prostu leżało martwe - o tyle w tym momencie Bóg zadziałał, i doszło do wskrzeszenia owego dziecka. Moc w słabości się doskonali, łaska Boża uderza tym mocniej, im bardziej beznadziejna sytuacja. Gdy człowiek, mimo wszystko (a może - właśnie dlatego?) nie przestaje wierzyć. 

A w tym wszystkim - jakby cud przy okazji. Kolejna chora osoba, która miała szczęście stać w miejscu, gdzie zwierzchnik synagogi rozmawiał z Jezusem. Czym się kierowała? Nie wiemy. Wierzyła - jak wierzył tamten setnik, że Bóg nie musi iść do jego domu, aby uzdrowić sługę - że wystarczy dotknąć ubrania Pana. Inna ewangelia, o ile pamiętam, opowiada tę historię w nieco odmienny sposób - Jezus miał zapytać wprost, kto Mnie dotknął. W sumie - detal, bo z pewnością to wiedział. I znowu - tym razem mamy wprost słowa Jezusa - wszystko rozbija się o wiarę, o ufność. Ufaj, córko! Twoja wiara cię ocaliła! 

Bóg uzdrawia, ale gdy człowiek po pierwsze tego uzdrowienia zapragnie, ale przede wszystkim - gdy uwierzy w to, że ten właśnie Bóg może go uzdrowić.

środa, 2 lutego 2011

Najpierw do Boga. Nie bój się, wierz tylko!

Gdy Jezus przeprawił się z powrotem w łodzi na drugi brzeg, zebrał się wielki tłum wokół Niego, a On był jeszcze nad jeziorem. Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg i prosił usilnie: Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła. Poszedł więc z nim, a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd na Niego napierał. A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Słyszała ona o Jezusie, więc przyszła od tyłu, między tłumem, i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości. A Jezus natychmiast uświadomił sobie, że moc wyszła od Niego. Obrócił się w tłumie i zapytał: Kto się dotknął mojego płaszcza? Odpowiedzieli Mu uczniowie: Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: Kto się Mnie dotknął. On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła. Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę. On zaś rzekł do niej: Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości! Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela? Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi: Nie bój się, wierz tylko! I nie pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakubowego. Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Wobec zamieszania, płaczu i głośnego zawodzenia, wszedł i rzekł do nich: Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi. I wyśmiewali Go. Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca, matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: Talitha kum, to znaczy: Dziewczynko, mówię ci, wstań! Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. Przykazał im też z naciskiem, żeby nikt o tym nie wiedział, i polecił, aby jej dano jeść. (Mk 5,21-43)
Wczoraj, pierwszy raz od dłuższego czasu, poszedłem rano na mszę. Po części mało czasu, a po części - po ostatnich, właściwie niezakończonych do dziś perypetiach zdrowotnych, jakoś wolałem nie chodzić do zimnego wnętrza, żeby się znowu nie załatwić. No i w trakcie homilii - zamyśliłem się. Pojęcia nie mam, o czym ten ksiądz mówił. Może właśnie tak łatwo się wyłączyłem, ze względu na jego osobę i sposób mówienia... Nie wiem.

Ten tekst jest ciekawy chociażby z powodu tego, że pokazuje pewną dwutorowość. Z jednej strony - Jezus czeka na człowieka i gdy człowiek do Niego przychodzi, aby prosić, a wierzy w Niego, Pan idzie z nim, aby uczynić zadość jego prośbie. Tak jak z tym przełożonym synagogi. Z drugiej strony - Jezus pozostaje otwarty i czeka na tych, którzy są na tyle odważni, aby sami przyjść i szukać w Nim ratunku dla siebie. Tak jak z tą kobietą cierpiącą na krwotok. Co ich łączyło? Dramaty - u jednego w rodzinie, u drugiego bezpośrednio jego (jej) dotyczący krzyż choroby. I wielka wiara w Jezusa. 

No właśnie... Czy to była wiara w Jezusa? A może po prostu wiara w to, że On jest cudotwórcą? Z tekstu nie wynika to jednoznacznie - przełożony synagogi przychodzi, by prosić o włożenie rąk Pana na swoją córkę; kobieta idzie za Jezusem z głębokim pragnieniem i gotowością, aby za wszelką cenę dotknąć nawet nie samego Jezusowego ciała, a tylko choćby kawałka szaty, jaką miał na sobie. Być może ich wiara miała dopiero dojrzeć, być jakby następstwem i wynikiem tego, co dokonało się tak z gruntu bardziej namacalnie w ich życiu - uzdrowienia najbliższej osoby lub siebie samego. Na pewno wierzyli w to, że Jezus może zaradzić ich dramatom, dokonać czegoś niemożliwego z ludzkiego punktu widzenia, dać nadzieję której bez Niego byli pozbawienie - uzdrowić czy to córkę proszącego, czy samą proszącą. 

Bóg mógłby powiedzieć - nie wierzą we Mnie, w mojego Syna - więc czemu im pomóc i wysłuchać ich próśb? Tak, wiary prawdziwej w Boga jako takiego chyba tam nie było jeszcze. Ale była podatna na tę wiarę gleba i sytuacja dogodna, aby okazać boską moc, i serca proszących - a przy tym wszystkich, którzy te wydarzenia widzieli - pobudzić do wiary i dać do niej powody, a wręcz dowody. Poza tym - Bóg człowieka kocha, i szczerej prośbie nigdy nie odmówi, gdy to o co człowiek prosi, jest mu (temu, kogo prośba dotyczy) naprawdę potrzebne. Jeśli wola Boża jest inna - nigdy nie należy Bogu wtedy złorzeczyć, ale spróbować tę wolę przemodlić, schować w sercu i spróbować, choćby z perspektywy czasu, zrozumieć. Może nie tyle czas leczy rany - ale zmienia perspektywę, optykę, pomaga wiele spraw ocenić w sposób bardziej trzeźwy i przemyślany. 

Morały tej historii? Dwa na pewno. Przede wszystkim - człowiek bardzo często szuka pomocy i uleczenia nie tam, gdzie trzeba. Oczywiście, nie kwestionuję tutaj medycyny jako takiej - lekarze są op to, aby leczyć - ale nie należy zapominać, że jest zawsze Ten, który jest lekarzem nie tylko ciał, ale i dusz, i On może o wiele więcej. Cuda nie zdarzają się na każdym kroku - nie dlatego, że Bóg sobie wybiera czy losuje, ale dlatego, że w nas jest za mało wiary w to, że cud może się dokonać, i pragnienia tego cudu. 

Druga sprawa - właśnie wiara. Wiara, którą Jezus jakby wprost przeciwstawia strachowi - Nie bój się, wierz tylko! Bo strach osłabia, powoduje powątpiewanie. Można być najbardziej wierzącym, zakorzenionym w Bogu - a pod wpływem impulsu, zasłyszenia jakieś opinii czy po prostu sytuacji nieprzewidzianej, w której się gubimy i nie potrafimy odnaleźć, zareagować... po prostu przestraszyć się. Wtedy zapominamy o Bogu - do momentu tzw. jak trwoga - to do Boga, czyli ostateczności, kiedy zwracamy się do Boga, kiedy nic innego nie jest w stanie pomóc. A rozwiązanie może być proste - zła kolejność. Najpierw do Boga - do tego, który jest źródłem wszystkich odpowiedzi, rozwiązaniem wszelkich problemów.

>>>
Po co to całe zalatanie, te nerwy, te walki, ta cała gmatwanina spraw, problemów, te okoliczności, wypadki, sytuacje, te codzienne krzątaniny wokół małych i dużych spraw - po co to wszystko? A może tylko po to, by się "wygotowało" nasze człowieczeństwo. By się oczyszczało, hartowało, rosło. (o. Andrzej Madej OMI, Dziennik wiejskiego wikarego)
 >>>

Dwa ciekawe znalezione wczoraj teksty:

środa, 4 sierpnia 2010

Z uporem maniaka i rzucania krzyżem cd.

Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: Odpraw ją, bo krzyczy za nami! Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi! On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom. A ona odrzekła: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów. Wtedy Jezus jej odpowiedział: O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! Od tej chwili jej córka została uzdrowiona. (Mt 15,21-28)
Jezus uzdrawia kobietę - nie inaczej, ale z powodu jej uporu. Tak, nie odpuściła. Nie chciała ich zostawić w spokoju, wytrwale szukała odpowiedzi, łaski dla swojego dziecka. Do tego stopnia, że - jako kobieta, pewnie prosta (ale w ogóle - kobieta, w tamtych czasach) zdobyła się na odwagę, aby odpowiedzieć bardzo pewnie Jemu, nauczycielowi, uzdrowicielowi. 

Niektórym wydaje się, że Bogu nie wypada mówić, prosić, zawracać głowę pewnymi sprawami, błahostkami. Przecież tyle tych ludzi ma na świecie, każdy coś od Niego chce, to co ja Mu tam będę... Ale to nie tak. On szuka pogubionych owiec. A do tych chyba najłatwiej dotrzeć właśnie, gdy będą pytały. Jak się człowiek buntuje, to i nawet krzyczeć na Bogach - dosłownie, albo w sercu - zacznie, pytać, żądać odpowiedzi. I wiesz co? To też jest droga. To też jest sposób. Szukanie wyjaśnienia, dociekanie, próba zrozumienia. Bóg tego nie lekceważy. Tak jak dzisiaj nie zlekceważył kobiety, która nie chciała dać się zbyć. 

Czy to jest jakaś pochwała robienia rzeczy na odczepne, żeby mieć święty spokój przysłowiowy? Nie. Ale dowód na to, że Bóg nigdy nie pozostaje głuchy na prośby, o ile człowiek w ich kierowaniu wykazuje się wytrwałością. Niektórzy powiedzą - akurat, tyle się modliłem o coś, i nic. Nic? A może była odpowiedź, tylko nie taka, jakiej byś chciał, jaką sobie wyobrażałeś - więc żeś się obraził? Może, z innej strony, domyślałeś się - taka będzie odpowiedź - ale jakby u Boga szukałeś zanegowania tego, że jednak może być inaczej, i zawiodłeś się, że On tylko potwierdził... Gdzie jednak w tym Jego wina? 

Można być człowiekiem wielkiej wiary - i nie zdawać sobie z tego sprawy. Tak jak ta kobieta - pewnie się zdziwiła, na chłodno analizując, już po uzdrowieniu dziecka, te słowa do niej skierowane przez Jezusa. Ale można też być pewnym siebie i zapatrzonym w lustro małym biednym łajdakiem - któremu wydaje się, że osiąga Himalaje w kroczeniu drogą Boga. Oj, można się zdziwić... Grunt, aby się nie poddawać, nie słuchać wszystkich tych lekceważących docinek czy rad - po co, daj spokój, nie warto, nic nie zdziałasz. Jak odpuścisz - nawet na pewno, samo się nie zrobi. Ale kiedy nie odpuścisz, będziesz pukać do skutku, zadawać pytania i dociekać - wiele możesz zdziałać. I to nie tylko w odniesieniu do relacji z Bogiem - ale w życiu też. Zresztą, za czas niezbyt długi sam będę miał co najmniej 3 płaszczyzny przekonania się, że tak jest (obym przygotował się wystarczająco, aby dać radę).

>>>

No i stało się. A inaczej - postawili na swoim. Krzyż został - bo co, przepraszam, księża i harcerze mieli się bić o niego z dość sporym tłumem ludzi (mylnie - acz święcie) przekonanych, że bronią wolności, polskości, katolicyzmu i Bóg wie czego jeszcze? 

Krzyż został tam, na Placu Zwycięstwa, sprofanowany - i taka jest prawda, bez względu na to, jak bardzo owijać to w przysłowiową bawełnę pewne osoby czy niektóre media chcą. To boli najbardziej - poza tym, że ci, którzy się czynu tego dopuścili w ogóle tego nie rozumieją... 

Nie ma co przelewać z pustego w próżne. Zacytuję kilka wypowiedzi osób pewnie sporo mądrzejszych ode mnie, z którymi się utożsamiam. Pogrubienia własne.
Ci rozhisteryzowani fanatycy odgrywający spektakl nienawiści w imię obrony krzyża - to moi "bracia i siostry"? Oni są tam gdzie ja? Czy oni jeszcze pamietają że na krzyżu umarł Jezus? I że krzyż jest symbolem miłości , pokory, uniżenia, oddania ? Myślę, że nikt w ostatnich czasach bardziej nie sprofanował tego znaku jak dzisiejsi "obrońcy" i ich poplecznicy. Nie wiem ile osób po dzisiejszych wydarzenia odejdzie od Kościoła. Myślę , że będzie ich trochę. To jest antyewangalizacja w czystym wydaniu.
(Dudi na swoim drugim mniej prywatnym blogu, a bardziej poświęconym sprawom bieżącym kraju i nie tylko)

W tłumie pod Pałacem Prezydenckim, w którym stałem, by na własne uszy usłyszeć ten kawałek Polski, padały słowa najróżniejsze. Ludzie folgowali sobie, mamy przecież wolność. Jedno słowo jednak opisuje dobrze sytuację: ”Hańba”. Rzeczywiście.
Można pocieszać się, że krzyż milion razy znaczył coś wręcz przeciwnego niż zamiar Tego, który na nim poniósł śmierć. Różnych Krzyżaków nie brakowało nie tylko na Pomorzu pod koniec średniowiecza.
Mamy jednak - zdawałoby się - inne czasy. Wydawałoby się: no właśnie.
Mnie się też wydawało wczoraj rano, że ludzie pokrzyczą, poobrażają prezydenta elekta wolnej Polski, jak żadnego dotąd - i ustąpią delegacji z księżmi na czele.
Czy ustąpiliby, gdyby przemówił do nich arcybiskup metropolita warszawski? Nie wiem, czują się silni, mają za sobą potężną partię polityczną i mocną rozgłośnię mieniącą się katolicką. Pewnie uważają, że tych paru księży, którzy do nich przyszli, to nie żadna władza kościelna. Harcerze to też dla nich Żydzi... Ale należało spróbować.
Problem jest oczywiście także państwowy, nawet przede wszystkim. Krzyżem walczy się przecież z demokracją. I walczy się twardo, pierwsza bitwa została przegrana. Jeszcze dotąd tak nigdy nie było.
Sytuacja jest bardzo poważna. Demokracja jest młoda i słaba, Kościół stary i potężny tradycją. Jeśli nawet lokalizacja krzyża w mieście to raczej nie sprawa kościelna, jeśli nawet demokracja powinna raczej bronić się sama, to o sens krzyża powinien zadbać Kościół. Prezydium Episkopatu, prymas Polski, kardynał krakowski. Choćby tylko o to.
Muszą wziąć odpowiedzialność, rzucić na szalę swój autorytet. W interesie Kościoła, w interesie Polski. Nie ma Papieża, który uważał, że krzyża w Auschwitz być nie powinno i w ten sposób sensu krzyża bronił.
(Jan Turnau na swoim blogu)

To, co się 3 sierpnia 2010 roku stało pod Pałacem Prezydenckim, pokazuje nie tylko słabość instytucji Kościoła katolickiego w Polsce. Dowodzi czegoś znacznie gorszego - słabości wiary ogromnej rzeszy polskich katolików. Gdybyśmy bowiem mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, nie byłoby w ogóle problemu krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Nikt by się nie odważył. To, co tam się dzieje od wielu tygodni jest możliwe dlatego, że w Kościele katolickim w Polsce nie tylko nie ma zdecydowanego sprzeciwu, przeciwko instrumentalnemu traktowania świętego znaku zbawienia do celów całkowicie sprzecznych z jego treścią, ale jest szerokie przyzwolenie. Jest aprobata nie tylko w jakichś marginalnych grupach, ale w dużej części tych, którzy powinni bronic krzyża przed zmanipulowaniem ze szczególnym zaangażowaniem - wśród duchownych.

Dzisiaj również pod Pałacem Prezydenckim można było usłyszeć głosy negujące ważność kapłaństwa duchownych, którzy tam się pojawili. Dziś po raz kolejny zostały wykrzyczane. Ale od lat istnieją przecież w polskim Kościele bardzo aktywne środowiska ponad głowami biskupów dzielące księży na "prawdziwych" i "nieprawdziwych". W imię fałszywie pojmowanej troski o jedność Kościoła nie spotyka ich za to nawet nagana. Tymczasem jest to jedna z bardziej ropiejących ran faktycznych podziałów, a nawet rozbicia wspólnoty polskich katolików. Wszystko wskazuje na to, że kryzys autorytetu w naszym Kościele będzie się pogłębiał w bardzo szybkim tempie.

Gołym okiem widać, że koczujący pod warszawskim krzyżem "obrońcy" pilnie potrzebują ewangelizacji. Po to, żeby wiedzieli, iż za Mickiewiczowskim "Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem - Polska jest Polską, a Polak Polakiem" kryje się nie treść polityczna, ale głęboko religijna. Czy w ciągu ostatnich tygodni ktokolwiek podjął wobec tych zagubionych i przekonanych o tym, iż działają w dobrej wierze, jakąkolwiek misję pozwalającą im zrozumieć, co naprawdę w chrześcijaństwie oznacza krzyż? Nie słyszałem o czymś takim.
 (ks. Artur Stopka na swoim blogu)

3 sierpnia 2010 to smutny dzień dla Polski. Tego dnia Polska ugięła się przed mieszaniną religijnego fanatyzmu i politycznego cynizmu, który łączy garstkę nawiedzonych na ulicy z grupą cwanych polityków w ich gabinetach, a wszystkiemu przyglądają się podekscytowane media.

To, co się stało - rezygnacja z przeniesienia krzyża, umycie rąk przez Metropolitę Warszawskiego, który stwierdził, że Kościół nie jest stroną w tym sporze, chwały Kościołowi hierarchicznemu nie przynosi. Przegrany jest Kościół, przegrane jest państwo polskie, przegrany jest rząd, przegrany jest zdrowy rozsądek, przegrani są wszyscy, ci, którzy łudzili się, że żyjemy w normalnym europejskim kraju, ba, w kraju, który rości sobie prawo do pouczania innych na czym polega demokracja. Wygrał PiS, prezes Kaczyński, ojciec Rydzyk, Gazeta Polska – teraz oni będą dyktować warunki. Cieszyć może się lewica – dostała prezent, ciekawe, co z nim pocznie. Ciekawe, co zrobi Platforma, co zrobią partia i rząd, bo dobrego wyjścia już nie ma. Pozostaje mniejsze zło.
(Daniel Passent na swoim blogu)

Krzyż pod Pałacem jest symbolem protestu politycznego wymierzonego w obecny obóz rządzący i podsycanego przez PiS. Posłuży jako punkt zbiórek przeciwnikom prezydenta Komorowskiego.
Ale pozostanie krzyża jest też klęską Kościoła. Oto, jaki ma posłuch i respekt wśród rozmodlonych obrońców krzyża. Księży mających asystować przeniesieniu obrzucono wyzwiskami, tak samo jak władze świeckie.

Tłum pod krzyżem przypomniał mi sceny z ,,Śmierci prezydenta”", kiedy podżegano do obalenia demokratycznie wybranego prezydenta Gabriela Narutowicza, co skończyło się śmiertelnymi strzałami na schodach Zachęty. Strzelał ówczesny wzmożony patriota.

Podobne ciarki przeszły mi po plecach, kiedy patrzyłem, jak dwóch niezrównoważonych mężczyzn przerywa posiedzenie Sądu Najwyższego. I znów funkcjonariusze nie są w stanie zapanować nad sytuacją. Krzykacze nie wychodzą, wychodzą sędziowie.  

Krzyżowym tłumom nie ma co tłumaczyć, gdzie jest linia graniczna  między obywatelskim nieposłuszeństwem a szacunkiem dla instytucji i procedur demokratycznego państwa. Ale ja do tych tłumów mam mniej pretensji niż do Kaczyńskiego, który tę agresję podsyca.  PiS zwycięża, ale ceną tego zwycięstwa jest anarchizacja polityki i kierowanie jej na manowce.        
(Andrzej Szostkiewicz na swoim blogu)

Bogu to nie zaszkodzi. Może - a nawet na pewno - przykro Mu z powodu tego wszystkiego, tego z rozmysłem i absolutnie celowo kreowanego przez jedną opcję polityczną (PiS) z pomocą kilku medialnych sprzyjających jej tytułów przedstawia, a druga jednocześnie nie bardzo wie, co z tym fantem zrobić; no i pośrodku tego hierarchowie Kościoła, którym znowu brakuje woli? chęci? umiejętności? jednoznacznego zajęcia stanowiska, używając swoje autorytetu, póki go jeszcze mają. 

Kościół też to wytrzyma. Większości księżom jest wstyd, współczują współbratom w  kapłaństwie, których ludzie tam wczoraj tak a nie inaczej potraktowali. Może co najwyżej jeden czy drugi biskup podrapie się po głowie, zastanowi nieco, ale pewnie wewnątrz KEP nie wysilą się na coś wspólnego, konstruktywnego, autorytarnego. Bo po co. Przecież ci, co tam te burdy urządzają - no chodzą do  kościoła, na tacę dają, to co sobie człowiek będzie w stopę strzelał... 

Dzisiaj Kościół stawia właśnie przed  pewnie nimi - duchownymi - św. Jana Marię Vianneya, patrona proboszczów. Czy to proboszcz, czy biskup - przecież też proboszcz, tylko że parafia większa. Trafił na zabitą dechami dziurę we Francji w czasach, którym do świętości gdy chodzi o sposób życia bardzo dużo brakowało. I co? I nic. Usiadł i zabrał się do roboty. Jak się zabrał, to po kilkanaście godzin spowiadać potrafił - taki był jego charyzmat. Nie siedział cicho, nie udawał że nie ma problemów, nie starał się dobrze z ludźmi żyć, kosztem mówienia prosto w oczy tego co źle robią. A jaki jest charyzmat dzisiejszych biskupów? W czym się wykazują, poza pisaniem przydługawych listów, najczęściej niezrozumiałych dla słuchaczy z powodu formy, albo powtarzających w kółko te same slogany? Teraz, właśnie w takich sytuacjach, biskup powinien umieć zająć jasne stanowisko, użyć swego autorytetu. Sam przyjść pod krzyż. Tak jak Jezus przyszedł - wiedząc, co Go na nim czekało.

A co z ludźmi, którzy to wszystko - z bliska, daleka - obserwowali? Dla ilu będzie to zgorszenie?

piątek, 23 lipca 2010

Apostołka apostołów przy pustym grobie

Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Maria Magdalena natomiast stała przed grobem płacząc. A kiedy /tak/ płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa - jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg. I rzekli do niej: Niewiasto, czemu płaczesz? Odpowiedziała im: Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono. Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz? Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę. Jezus rzekł do niej: Mario! A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: Rabbuni, to znaczy: Nauczycielu. Rzekł do niej Jezus: Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich bracii powiedz im: Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego. Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: Widziałam Pana i to mi powiedział. (J 20,1.11-18)
Tym razem to nie dzisiejszy tekst - ale z wczoraj. Bo wczoraj Kościół wspominał jedną z najciekawszych postaci związanych z osobą Jezusa. I nie tylko dlatego, że na kanwie kilku mniej lub bardziej spiskowych teorii wokół niej napisano ostatnimi czasy, począwszy od Kodu Leonarda da Vinci Dana Browna sporo dobrze sprzedających się powieści. 

Może przede wszystkim dlatego, że była kobietą. Chodzi o Marię z Magdali, zwaną popularnie Marią Magdaleną. Tę właśnie, której jedną z historii opowiada powyższy obrazek ewangeliczny. Nie wystarczyło jej to, że była z innymi kobietami i Janem pod krzyżem, widziała ostatnie stadium, apogeum męki Zbawiciela, Jego śmierć, to jak żołnierz przebijał Mu bok. Może słyszała w tym wszystkim krótką wymianę zdań - a raczej obronę Jezusa przez Dyzmę (pierwszego świętego? sam Jezus obiecał mu niebo), który później wyznaje wiarę i prosi o miłosierdzie. 

Już w tym fragmencie jej postawa jest inna. Bo co zrobili uczniowie? Niektórzy pouciekali z miasta - jak tych dwóch, których sam Zmartwychwstały musiał przekonywać i zawracać, gdy już prawie do Emaus doszli. Inni - zaszyli się w wieczerniku, tym niedawnym miejscu wspólnego z Nim ucztowania, bo.. bali się. Sytuacja ich przerosła, nie wiedzieli - co dalej, co zrobić, czy przegrupować się, a może rzucić to wszystko i wrócić do swoich domów, do swoich zajęć, które 3 lata wcześniej porzucili, idąc za Nim? 

Nie wiemy, co było w sercu Marii z Magdali. Na pewno wielki ból i smutek. Czy się bała? Ewangelista o tym nie wspomina. Nie sądzę. Bolała, bo straciła kogoś, kto był dla niej najważniejszy - nie jako kochanek, potajemny partner, ojciec ukrytych dzieci (co niektórzy autorzy spekulują). Zresztą - czy ona sama nie mogła Go kochać jako człowieka? Mogła. Co nie znaczyło wzajemności. Był człowiekiem, ale i Bogiem, któremu uwierzyła, który był jej punktem odniesienia. I już po tych niespełna 3 dniach przyszła, aby pobyć choćby z tą cielesną powłoką, jaka została po Jego śmierci. Chciała w ten sposób oddać mu hołd. Nie zważała na to, co powiedzą ludzie, na ewentualne problemy gdyby napotkała strażników, których przecież Piłat mógł zostawić przy grobie wichrzyciela za jakiego w oczach Żydów uchodził Jezus. 

Stąd jej łzy, które były na pewno łzami szczerej tęsknoty za kimś, kto wskazał jej drogę, a dopiero co został brutalnie zabity. Maria otrzymuje pierwszy po śmierci Jezusa znak od Boga - widzi aniołów. Gdzie jest ciało? Co się stało? Ukradli je? Jeszcze nie rozumiała, co się stało - nie oczekiwała nic, po prostu chciała ostatni raz oddać Panu hołd, namaszczając Jego ciało. Nawet tego nie może zrobić... Nie rozpoznaje Jezusa, gdy ten odzywa się tuż za jej plecami. Ale nie poddaje się - jeśli to  ty Go zabrałeś, powiedz mi, gdzie Go położono. Ma swój cel i nie zamierza odpuścić. 

To, co usłyszała później, musiało w jakiś sposób przypominać wcześniejsze zdarzenie. Kiedyś musiała być sytuacja, gdy Maria pierwszy raz o Nim usłyszała. Od ludzi? Z plotek o uzdrowieniach, o wyrzucaniu demonów przez Niego? Ktoś opowiedział kawałek z Jego nauki? Może sama Go gdzieś usłyszała? Na pewno wtedy Bóg zapukał do jej serca. Zwrócił się do niej tak, jak Bóg zwraca się do każdego - wprost, po imieniu. Mario. Mówię właśnie do ciebie. Zwracam się do wszystkich, każdemu proponuję zbawienie. Ale mówię też konkretnie do ciebie. Tak, jak Zmartwychwstały mówiący w tej chwili do niej. To On. Żyje! 
Także pierwsze posłanie po zmartwychwstaniu Jezus kieruje do niej. Właśnie jej się pierwszy objawia. To ona ma zanieść radosną nowinę do apostołów. Nie Piotr, nie Jan - ona, kobieta, Maria. Pusty grób rozpromienia historię chrześcijaństwa i ogłasza zwycięstwo Zbawiciela nad śmiercią właśnie dzięki Marii, przez nią. jako pierwszą W świetle ówczesnych konwenansów, niskiej pozycji  kobiet w społeczeństwie - paradoks. Znali ją, to prawda, ale mogli pomyśleć, ze zwariowała. Zresztą, najpewniej - co można odczuć, czytając ewangelie - Piotr nie pobiegł do grobu dlatego, że się ucieszył, ale dlatego że po prostu nie uwierzył. Eh, mała wiara...

Wschodnia tradycja Kościoła przypisuje Marii z Magdali tytuł apostołki apostołów. Gra słów z jednej strony, ale jakże prawdziwa. Pozostają pytania co do jej wcześniejszych dziejów, zanim dołączyła do grupy idących za Jezusem. Pewne jest, że Jezus wyrzucił z niej bodajże 7 złych duchów, o czym wspomina ewangelia Łukasza. Tak samo jak to, że jest o niej mowa w każdym miejscu, gdy autor wymienia podążających za Panem (Marii było tam kilka - ale o tej zawsze jest mowa). Z czego wynika to, że utożsamia się ją z jawnogrzesznicą, którą Jezus uratował od ukamienowania, cudzołożnicą? Nie wiem i nie rozumiem - chociaż nie wykluczam, bo nie takie pokręcone życiorysy Jezus rozprostowywał. Jakoś mi się w to wierzyć nie chce. Może przemawia przez to jakaś próba zdyskredytowania przez wczesnochrześcijańskich pisarzy jej osoby? No bo kto by pomyślał, nie wypada - żeby  k o b i e t a ... 

Dla mnie to świetna postać. Która na szacunek zasługuje nie ze względu na parytety czy tego typu bzdury, czy fakt bycia kobietą. Ona zasługuje na szacunek, bo nie zabiegała o pierwszeństwo o którym napisałem (często niezauważane), a jednak Jezus ją nim obdarzył: pierwsza zaniosła radosną nowinę od grobu. Zasługuje na szacunek ze względu na swoją postawę po śmierci Pana - to, że nie uciekła, nie bała się, ale ukojenia szukała przy Nim, szła oddawać Mu hołd. Wspaniała patronka ludzi, którzy wierzą nadziei wbrew nadziei. 

>>>

GN opublikował ciekawy tekst na temat blogów księży. Bardzo cieszę się, że zwrócili uwagę np. na blog ks. Andrzeja Przybylskiego, który często i chętnie czytam. Napisali o ks. Arturze Stopce - bo aktywnie pisze na wielu frontach. Dziwię się, że pominęli blog ks. Tomasza Sękowskiego (może dlatego, że ostatnio rzadziej pisze?). Trochę nie rozumiem reklamowania tego bloga - artykuł wychodzi pod koniec lipca 2010, zaś ostatni wpis... z listopada 2009.

W ogóle - jak ktoś zainteresowany jest księżowskimi blogami - spora lista (jedyna w swoim rodzaju) jest w serwisie kaplani.com.pl.

>>>

Jakoś nie chciało mi się pisać... Przelewanie z pustego w próżne... Chodziło o przepychanki odnośnie krzyża, który po katastrofie w Smoleńsku stanął przed pałacem prezydenckim. Przecież to jest oczywiste. Teren państwa, kancelaria decyduje. Tam ma i powinien być pomnik. A krzyż jako symbol może zaistnieć w innym, lepszym miejscu. Bardzo dobry tekst o przeciąganiu krzyża.

>>>

Kilka świetnych myśli z tekstu o pracujących w Bronxie franciszkanach ze wspólnowy Renewal (Odnowa), o tym że życie to jak stołek o 3 nogach i o skakaniu w ciemno ze schodów ufając Bogu:
Benedykt XVI powiedział, że serce misjonarza to serce, które jest przebite. Bardzo mnie to dotknęło. Zmagałem się długo z tym, o co pytasz. Przebicie serca jest częścią nawrócenia. Uczę się kochać tych, którzy ze mnie szydzą. Sam byłem kiedyś pierwszym, który kpił z chrześcijan. Często czuję strach. To dobrze, bo mam możliwość wyboru: wyjść na ulicę czy zostać w celi. Ewangelizacja to mieszanka strachu i „Jezu, ufam Tobie”. Zastanawiałeś się, dlaczego Bóg w ogrodzie Eden postawił drzewo? Po to, by Adam miał możliwość wyboru. Zmaganie się z możliwością odrzucenia jest codziennym chlebem apostoła. Umieram, by dać życie innym.

– Bóg nie wchodzi z butami w twoje życie – wyjaśnia o. Agustino. – On delikatnie pyta. Tak rodziło się moje powołanie. Tuż po nawróceniu mówiłem: „Panie, dla Ciebie wszystko! Co mam robić?”. Usłyszałem cichy głos: „Chcę, byś został kapłanem”. „Panie, spraw, bym został milionerem, a ja rozdam pieniądze ubogim” – krzyczałem. A w sercu słyszałem: „Chcę, byś został kapłanem”. „Panie, założę liczną rodzinę, a moje dzieci wychowam na prawdziwych chrześcijan”. „Chcę, byś został…”. „Panie – nie dawałem za wygraną – dla Ciebie wejdę na Mount Everest!”. „Chcę...”. Co było robić? Skapitulowałem – śmieje się zakonnik z Teksasu. – Nie żałowałem tego ani przez chwilę. Dziś wiem, że jedyną rzeczą, która może mnie uszczęśliwić, jest wypełnienie Jego woli. 

Chcę być dzieckiem. Dziecko jest wolne. Nie wstydzę się okazania słabości. Dziś rano czytałem słowa Faustyny i zacząłem płakać. Dar łez – czułem to wyraźne – był głosem Jezusa mówiącego: Zobaczcie, jak bardzo was kocham! 

Chciałem grać jedynie dla Pana, ale nie potrafiłem. Spowiednik zalecił, bym codziennie przez pół godziny grał jedynie dla Boga. Bez świadków. Grałem, ale czułem, że wciąż się popisuję. „Jezu, daj mi czyste serce! – wyłem. – Zabierz mą ogromną pychę!”. Grałem tak samotnie przez pół roku. Robiło mi się już niedobrze. Spowiednik powiedział, że może to potrwać nawet 4 lata. Zdobywanie cnoty to długi dystans. Budujemy solidny dom, a nie domek z kart. Po miesiącach codziennej walki odetchnąłem. Poczułem, że modlę się grą i przestaję się popisywać. Dziś niczego już nie chcę, jedynie grać dla Niego. Jeśli przestanę, zaczną wołać kamienie. – A czego bardziej boicie się, wychodząc na ulice Bronksu: agresji czy szyderstwa? – pytam, żegnając się z zakonnikami w szarych habitach. – Odrzucenia – odpowiada o. Agustino. – Boję się starego człowieka, który we mnie drzemie. Dlatego każdego dnia staję na szczycie schodów i błagam: „Łap mnie!”.
O co chodzi z tymi schodami? Przeczytaj całość :)