Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą faryzeusze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą faryzeusze. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 grudnia 2015

Radość pytania i szukania odpowiedzi

Gdy Jezus przyszedł do świątyni i nauczał, przystąpili do Niego arcykapłani i starsi ludu z pytaniem: Jakim prawem to czynisz? I kto Ci dał tę władzę? Jezus im odpowiedział: Ja też zadam wam jedno pytanie; jeśli odpowiecie Mi na nie, i Ja powiem wam, jakim prawem to czynię. Skąd pochodził chrzest Janowy: z nieba czy od ludzi? Oni zastanawiali się między sobą: Jeśli powiemy: z nieba, to nam zarzuci: Dlaczego więc nie uwierzyliście mu? A jeśli powiemy: od ludzi - boimy się tłumu, bo wszyscy uważają Jana za proroka. Odpowiedzieli więc Jezusowi: Nie wiemy. On również im odpowiedział: Więc i Ja wam nie powiem, jakim prawem to czynię. (Mt 21,23-27)
Trudny tekst i dość mało popularny. Trzeba się z nim zmierzyć.

Chyba nie można z gruntu zakładać, że ci, którzy "przystąpili" do Jezusa to ludzie źli. Pewnie, w tym gronie raczej mogli znaleźć się również tacy, którzy chcieli przyłapać Zbawiciela na jakimś potknięciu, niezgodności nauczania z tradycją czy Pismem Świętym, proroctwami; znaleźć przysłowiowego "haka" na Niego. Bo i to, co Jezus mówił, pomimo popularności - jak by nie patrzeć - stało w sprzeczności z tym, co głosili faryzeusze. Ich literze prawa nade wszystko Mesjasz przeciwstawiał działanie z Duchem Bożym. Raczej można zaryzykować tezę, że ludzie ci byli na swój sposób - a może i autentycznie - pobożni i zatroskani, pytając dlatego właśnie, że pojawił się jakiś facet, ot tak sobie, i zaczyna nauczać. Poza świątynią mógł - tutaj w środku musiał już udowodnić, skąd czerpie do tego prawo. Pomijając już kwestię zwykłej ludzkiej ciekawości jako przyczyny do zadania pytania. 

Kto mieczem wojuje... Znamy to. Tak było w tym właśnie przypadku. Człowiek jest po prostu za malutki, aby przechytrzyć Boga. To się nie mogło udać. Wystarczyło jedno pytanie i to kwestię podstawową - skąd pochodzi, z nieba czy od ludzi, chrzest. Przyznanie pochodzenia niebieskiego stawiało by pytających wobec krępującej konieczności uzasadnienia, czemu w takim razie go nie przyjmują? A z kolei uznanie go jako pochodzącego od ludzi, narażali się tłumowi wręcz zwolenników i słuchaczy Jana Chrzciciela. 

My tak mamy bardzo często i na własnej skórze "testujemy" Pana Boga. A jakby Go tu... Pan Bóg - tak jak na tym obrazku - nie wścieka się o to, bo to nie w Jego stylu, ale potrafi tak celnie i zmyślnie ripostować, że stawia nas wobec potrzeby konkretnego zadeklarowania, opowiedzenia po jednej konkretnej stronie. Tamci z Ewangelii się tego bali i unikali - bo tutaj kończy się mentalność tłumu, w kupie raźniej itp. Trzeba odpowiedzieć na pytanie samemu - konkretny jeden ja. A jeśli, nie daj Bóg, uznać, że właściwie ten Bóg ma rację? Olaboga... 

Jezus Chrystus nigdy nie unika odpowiedzi na pytanie człowieka. On sam jest właściwie pełnią tej odpowiedzi, odpowiedzią samą w sobie. Tylko bardzo często jest tak, żeby usłyszeć Jego odpowiedź - trzeba najpierw odpowiedzieć na inne pytania, które gdzieś tam na dnie serca się rodzą, kiełkują, albo nagle uświadamiam sobie, że właściwie to one są tam od zawsze albo od dość dawna, tylko jakoś nie wychodziło mi/nie chciało mi się ich zauważyć, albo udawanie że ich nie ma było po prostu bardziej na rękę. 

To nie będzie łatwe, a czasem może być bolesne. Ale prowadzi ku radości wyzwolonego serca, w którym jest bardzo dużo miejsca na autentyczną radość z tego, że On jest i znowu przychodzi. Nie uciekaj od Boga, który pyta o sprawy trudne - ale spróbuj właśnie w Nim i z Nim znaleźć odpowiedzi. Na te pytania, które już padły. I wszystkie inne, które się pojawią. 

wtorek, 8 grudnia 2015

Przychodzi i leczy

Pewnego dnia, gdy Jezus nauczał, siedzieli przy tym faryzeusze i uczeni w Prawie, którzy przyszli ze wszystkich miejscowości Galilei, Judei i Jerozolimy. A była w Nim moc Pańska, że mógł uzdrawiać. Wtem jacyś ludzie niosąc na łożu człowieka, który był sparaliżowany, starali się go wnieść i położyć przed Nim. Nie mogąc z powodu tłumu w żaden sposób go przynieść, wyszli na płaski dach i przez powałę spuścili go wraz z łożem w sam środek przed Jezusa. On widząc ich wiarę rzekł: Człowieku, odpuszczają ci się twoje grzechy. Na to uczeni w Piśmie i faryzeusze poczęli się zastanawiać i mówić. Któż On jest, że śmie mówić bluźnierstwa? Któż może odpuszczać grzechy prócz samego Boga? Lecz Jezus przejrzał ich myśli i rzekł do nich: Co za myśli nurtują w sercach waszych? Cóż jest łatwiej powiedzieć: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy powiedzieć: Wstań i chodź? Lecz abyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów - rzekł do sparaliżowanego: Mówię ci, wstań, weź swoje łoże i idź do domu! I natychmiast wstał wobec nich, wziął łoże, na którym leżał, i poszedł do domu, wielbiąc Boga. Wtedy zdumienie ogarnęło wszystkich; wielbili Boga i pełni bojaźni mówili: przedziwne rzeczy widzieliśmy dzisiaj. (Łk 5,17-26)
Ta sytuacja przede wszystkim pokazuje pewien bardzo ważny kontrast. Przychodzi Bóg, Mesjasz, Zbawiciel, i od razu jest wokół Niego pełno ludzi. Ale dlaczego, po co, czego szukają? Tu różnią się zupełnie od siebie, można ich podzielić co najmniej na 2 grupy. Są ci, którzy - jak tamci z paralitykiem - poszukują ratunku dla nieuleczalnie po ludzku chorego, szukają Boga Ojca Miłosierdzia, Boga bogatego Miłosierdziem. Ale są też inni - ci, którzy szukali na Jezusa przysłowiowego "haka", chcieli znaleźć jakąś sprzeczność w Jego słowach, gestach, uczynkach; czegoś, co pozwoli im Go zdyskredytować przed ludźmi. Pozbyć się wichrzyciela. 

Co robi Jezus? Uzdrawia, a jak. No właśnie - ale jak? Po kolei - najpierw odpuszcza grzechy, czyli wnika w tę najdelikatniejszą sferę ludzką, sferę sumienia, rozeznania dobra i zła. Bardzo często my sami robimy z siebie, uzurpujemy sobie prawo do bycia specjalistami, sędziami innych - ten jest taki, a tamta owaka. Nikt nam nie dał do tego prawa - a On jeden ma do sądzenia pełne prawo... i nie robi tego, a odpuszcza grzechy. Ulecza duszę człowieka, aby człowiek mógł przyjąć uzdrowienie ciała, które następuje potem, w drugiej kolejności. 

Zawsze mnie zastanawia w takiej sytuacji - na ile było tak, że człowieka napełniał niemocą i słabością właśnie ten grzech, który Bóg mu odpuścił. Na ile uleczenie ciała jest pochodną i dokonało się dzięki temu, przez to, że Jezus Chrystus oczyścił duszę. Jezus - jak wskazuje ewangelista - siedział i nauczał, czekając na ludzi spragnionych Jego obecności, Jego miłości, Bożego przebaczenia. Czekał na tych, którzy do Niego przyjdą, aby słuchać - świadomie, albo nieświadomie znajdujący w Nim własnie odpowiedzi na swoje pragnienia i wątpliwości. Poszukując Jego obecności w tym, co się - czasami bardzo niepoukładanie - dzieje w ich życiu, piętrzy i przytłacza. 

Dlatego tak ważne i pokrzepiające są słowa z I czytania (liturgia w ogóle jest z poniedziałku, z wczoraj): Odwagi! Nie bójcie się! Oto wasz Bóg, oto - pomsta; przychodzi Boża odpłata; On sam przychodzi, by zbawić was (Iz 35, 4). Krótkie zdanie, a jak wiele treści! Bóg mówi wyraźnie - nie bój się. nie lękaj się! Ze Mną nie ma rzeczy niemożliwych - w Tym, który jest prawdziwym Bogiem. Bóg nie przychodzi dla picu, przypadkiem, właściwie nie wiadomo po co - ale konkretnie, do każdego człowieka w jego indywidualnych potrzebach, problemach, wzlotach i upadkach. Tamten cierpiał i duchowo, i fizycznie - więc Jezus uzdrowił obydwie te sfery. To nie znaczy, że stajemy się nagle duchowymi supermanami i tytanami wiary (czego, swoją drogą, każdemu życzę) - ale tłumaczy: ze Mną nie musisz się bać, Ja to wszystko ogarniam, Ja zwyciężyłem już ten świat. 

To nie jest łaska i siła dana na chwilę euforii, przebłysk światła - a potem powrót do brutalnej rzeczywistości. Stąd we wspomnianym czytaniu też słowa "pokrzepcie ręce osłabłe, wzmocnijcie kolana omdlałe!". To nie jest pokaz Boga, największego showmana świata. To są pełne miłości słowa Boga Stworzyciela i Zbawiciela. Wystarczy ci Mojej łaski - bądź odważny. On przyszedł i ciągle przychodzi, aby zbawić każdego. Bez wyjątku. Czego więcej trzeba? 

sobota, 23 marca 2013

Radość bez końca

Jezus powiedział do Żydów: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli kto zachowa moją naukę, nie zazna śmierci na wieki. Rzekli do Niego Żydzi: Teraz wiemy, że jesteś opętany. Abraham umarł i prorocy - a Ty mówisz: Jeśli kto zachowa moją naukę, ten śmierci nie zazna na wieki. Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Abrahama, który przecież umarł? I prorocy pomarli. Kim Ty siebie czynisz? Odpowiedział Jezus: Jeżeli Ja sam siebie otaczam chwałą, chwała moja jest niczym. Ale jest Ojciec mój, który Mnie chwałą otacza, o którym wy mówicie: Jest naszym Bogiem, ale wy Go nie znacie. Ja Go jednak znam. Gdybym powiedział, że Go nie znam, byłbym podobnie jak wy - kłamcą. Ale Ja Go znam i słowa Jego zachowuję. Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień - ujrzał /go/ i ucieszył się. Na to rzekli do Niego Żydzi: Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś? Rzekł do nich Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham stał się, Ja jestem. Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni. (J 8,51-59)
To takie bardzo nasze, ludzkie. Kiedy ktoś mówi coś, czego na pierwszy rzut oka nie rozumiemy, co się nam w małych głowach nie mieści - czujemy się zagrożeni, odczuwamy potrzebę zaatakowania. Zaczęło się od słów o opętaniu, potem zdziwienie po słowach na temat Abrahama, wreszcie najlepszy argument - rękoczyny, kamienie. 

Mieli rację - Abraham jako człowiek umarł, i oczekiwał na zmartwychwstanie, które przyniósł światu ten właśnie wyśmiewany i wyszydzany Jezus. To była jego obietnica - życia bez końca, nie po ludzku, ale w Bogu. Ich rozumowanie było proste - Bóg jest Bogiem, po Bogu zaś pierwszy był Abraham, który jako człowiek umarł - więc jak jakiś cieśla z Nazaretu może mówić i oferować życie bez końca? 

Tylko że tych słów nie mówił prosty cieśla, byle kto że tak powiem - ale Syn Boży, współistotny Ojcu, obdarzony tą samą mocą i potęgą, przed którym stało zadanie odkupienia rodzaju ludzkiego. Mógł to obiecywać, ponieważ był władny obdarować życiem wiecznym każdego, kto tego zapragnął. To nie były słowa na wiatr rzucane, czcze i bez pokrycia obietnice szarlatana - ale pełne miłości zaproszenie Boga: pójdź za Mną. Chwała, którą miał zostać otoczony, nie pochodziła od niego - ale od Boga Ojca, którego tak naprawdę mógł poznać tylko ten, który otworzył się na Jezusa. Tego Jezusa, na którego widok rozradował się Abraham i wszyscy sprawiedliwi, którzy odeszli wcześniej i oczekiwali odkupienia. Cóż bardziej mogło ich rozradować? On nadchodził. 

Nie jest sztuką Boga ukamienować - wspominamy to wydarzenie co roku. W tradycji mojej diecezji wczoraj drogi krzyżowe przechodziły na pamiątkę tego wydarzenia ulicami miast i wsi. Za tydzień, w Piątek Wywyższenia będziemy wspominali rocznicę tamtego dnia, kiedy Miłość Boga do ludzi umarła na krzyżu. Po to, abyśmy mogli się rozradować, i aby tej naszej radości nie było końca.

niedziela, 17 marca 2013

Zmęczeni kombinowaniem

Jezus udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Cały lud schodził się do Niego, a On usiadłszy nauczał ich. Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz? Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień. I powtórnie nachyliwszy się pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. Wówczas Jezus podniósłszy się rzekł do niej: Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił? A ona odrzekła: Nikt, Panie! Rzekł do niej Jezus: I Ja ciebie nie potępiam. - Idź, a od tej chwili już nie grzesz. (J 8,1-11)
Wiedzieli, że będzie Mu trudno wybrnąć z tej sytuacji. Jeśli opowiedział by się za literą prawa Mojżeszowego - wydał by wyrok na kobietę. Gdyby stanął wprost w jej obronie - wystąpił by przeciwko prawu, złamał je. Mieli Go w garści - a przynajmniej tak im się wydawało. Tu nie chodziło o sprawiedliwość,  o moralną ocenę cudzołóstwa, ale okazję do przyłapania, znalezienia haka na Jezusa. 

Tradycja mówi - Jezus pisał na piasku ich grzechy (więc pewnie tego pisania było sporo). Nie dawali za wygraną - a Ty co mówisz? Wystarczyło jedno zdanie - kto jest bez grzechu. Tylko prawdziwa świętość dawała prawo do dokonywania tak surowej oceny innych, która miała prowadzić do poważnych, wręcz życiowych konsekwencji - w innym obrocie wydarzeń kobietę pewnie by ukamienowano. Jezus powiedział, że kto jest bez grzechu, ten może rzucić kamień. Zabrzmiało to jednak w pewnym sensie jak pytanie - kto? No właśnie - z tego towarzystwa nikt, a z całej sytuacji zapewne tylko On sam jeden. 

To nie jest tak, że my nie mamy prawa do oceniania innych - mamy. Tylko że najpierw musimy dokonać swojej oceny, zestawić oceniany czyn czy zachowanie ze swoją osobą - i w przypadku pozytywnej weryfikacji (ja w tym zakresie jestem w porządku wobec Boga i ludzi) dopiero możemy napominać, oceniać, wyrokować. A najczęściej jest tak, że w gębie to każdy jest najmocniejszy, oskarżać, plotkować, oczerniać przychodzi łatwo - po czym, jak przychodzi co do czego, to sam okazuje się mieć za uszami dwa razy tyle co nieszczęśnik, na którym przed chwilą jeszcze psy wieszał. 

Piękne słowa w tym kontekście wypowiedział dzisiaj papież Franciszek: - Gdy tylko zostałem biskupem w 1992 r., do Buenos Aires przybył obraz Matki Boskiej Fatminskiej. Odbyła się wtedy msza dla chorych, w czasie której spowiadałem. Podeszła do mnie skromna, pokorna kobieta, ponad 80-letnia. Powiedziałem do niej: "Babciu, czy masz dużo grzechów?". "Wszyscy mamy dużo grzechów" - odpowiedziała. Zapytałem: "Skąd ta pewność?", a ona pewna odpowiedziała: "Gdyby Bóg wszystkiego nie wybaczał, świat już by nie istniał". To była mądrość Ducha Świętego. Bóg nigdy nie męczy się wybaczaniem nam. Problem polega na tym, że my męczymy się proszeniem o łaskę. (...) W tych dniach mogłem przeczytać ksiązkę kard. Caspera. (...) Bardzo dobrze mi ona zrobiła. Kardynał mówi w niej, że miłosierdzie wszystko zmienia. Odrobina miłosierdzia ociepla świat i dodaje mu sprawiedliwości. 

Tego właśnie miłosierdzia zabrakło wtedy faryzeuszom, jego także brakuje nam dzisiaj. Dlatego też tak trudno przychodzi nam wybaczanie innym, dlatego też - w cichości serca - nie potrafimy bardzo często wybaczać samemu sobie sytuacji nawet sprzed wielu lat. Zapędzamy się w tym swoim wyrokowaniu i ocenianiu, a potem jakoś tak głupio prosić o wybaczenie Boga, skoro samemu potępiło się właśnie wszystkich ludzi, którzy przyszli do głowy. Nie ma się jednak czego obawiać - na szczęście Bóg działa zupełnie inaczej, a Jego specjalnością jest właśnie miłosierdzie. 

Idź i nie grzesz więcej - to słowa, które usłyszeć może każdy, które mogą rozradować także twoje serce. O ile przyjdziesz i o to miłosierdzie poprosić. Wielki Post, za chwilę Niedziela Palmowa - to bardzo dobry czas, aby tę prawdę zrozumieć.  

niedziela, 6 listopada 2011

Daj się Bogu odnaleźć - jak owca i drachma

Zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie. Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi. Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie? A gdy ją znajdzie, bierze z radością na ramiona i wraca do domu; sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła. Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia. Albo jeśli jakaś kobieta, mając dziesięć drachm, zgubi jedną drachmę, czyż nie zapala światła, nie wymiata z domu i nie szuka staranne, aż ją znajdzie. A znalazłszy ją, sprasza przyjaciółki i sąsiadki i mówi: Cieszcie się ze mną, bo znalazłam drachmę, którą zgubiłam. Tak samo, powiadam wam, radość powstaje u aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca. (Łk 15,1-10)
Taka refleksja natury liturgicznej.

Jezus, kolejny raz "odbijając piłeczkę" ze strony faryzeuszy, przedstawia jedną z wielu przypowieści. Powszechnie znaną pod nazwą przypowieści o zagubionej drachmie czy zagubionej owcy. Motyw znany każdemu, kto do kościoła zagląda i cokolwiek pamięta z katechezy szkolnej. Tylko że tak naprawdę ten tekst mówi przede wszystkim o autentycznej radości. 

Bardzo umiejętnie do Jezus zestawił. Mówił do osób, rzekomo, bardzo bogobojnych, skromnych, wzorów cnót wszelkich, etc. A jednak celowo, znając ich prawdziwe zamiary i fałsz postępowania, posłużył się przykładem jak bardzo materialnym. Bo mówi o własności w obydwu przypadkach. Jakby taki pasterz czy właściciel stada gubił co rusz po jednej owcy, to by zbyt wiele na życie nie zarobił. Zarobi tyle, ile uda mu się sprzedać - a to z przetworów mleka owczego, a to skór z samych owiec, a to mięsa z ubitych zwierząt. Dlatego powinien się o owce troszczyć i nic dziwnego, że raduje się, kiedy znajdzie owcę zagubioną, chce świętować z przyjaciółmi. 

Tak samo kobieta, w tamtych czasach na pewno zajmująca się domem i dbająca o jego budżet - od jej gospodarności (fakt, najpewniej tym, co w ramach wypłaty przyniósł do domu mąż) zależało, czy będzie co zjeść, czy będzie na zaspokojenie potrzeb małżonka i dzieci. Dzisiaj, w czasie kiedy pojęcie drachmy kojarzy się głównie źle i z Grecją, grożącą wszystkim, że opuści strefę euro i powróci do tej waluty, możemy nie wiedzieć, o jaką dokładnie sumę chodziło - można jednak założyć, że dla niezbyt zamożnego domu dość znaczną. Stąd także tutaj - najpierw smutek z powodu zguby, potem wielka radość z odnalezienia - kończąca się, po prostu, dzisiaj byśmy powiedzieli "babską imprezą". 

Jezus posłużył się tak bardzo materialnymi, przeliczalnymi i prostymi do zrozumienia przykładami. Pewnie nie tylko dlatego, że wiedział, do kogo wtedy mówił - ale domyślał się, że późniejsi słuchacze Jego słów, więc i my dzisiaj, będą najczęściej mieli te same priorytety. Mieć, posiadać. Więc obrazek przypowieści trafia. I przekłada to na radość metafizyczną, jaką sprawiał Bogu Ojcu tym właśnie, co tak bardzo się nie podobało faryzeuszom. W ich mniemaniu - taki nauczyciel, prorok, cudotwórca, to powinien otaczać się najlepiej "tymi lepszymi", czyli nimi, uczonymi w Piśmie i faryzeuszami (nie mówiąc o tym, że powinien się od nich odczepić - skoro z uporem demaskował ich obłudę). A Ten, co? Szło za Nim coraz więcej "podejrzanych typów" - prostytutki, celnicy, prostactwo. 

Ale Jezus miał rację, że do nich szedł. Bo oni chcieli Go słuchać. Może dlatego, że nie mieli nic do stracenia? Może (ale przecież i Józef z Arymatei, i Łazarz, i Nikodem, i Zacheusz i tylu innych, dobrze sytuowanych, także lgnęło do Pana). Bo oni potrafili się z Niego zasłuchać, i z tego zasłuchania wyciągnąć wnioski, i dalej wydać dobre owoce tego, co Jezus zasiał w ich serca. Dali się Bogu na nowo odnaleźć. 

I taka dygresja, może w formie wyrzutu. Sporo ludzi przychodzi do kościoła, nawet w tygodniu. Czy jesteśmy wtedy radośni? Czy tą radość okazujemy? Czy ją po nas widać? Skoro ludzie potrafią cieszyć się autentycznie ze zwykłego znalezienia owcy czy jakiejś monety - to o ile większa powinna być radość, gdy odpowiadam na zaproszenie żywego Boga i przychodzę na spotkanie z Nim? A różnie to bywa. A przecież On, jak sam powiedział, chce aby radość Jego w nas była, i aby radość nasza była pełna (J 15, 11). 

sobota, 29 października 2011

Jezusowa kontra - teoria a praktyka

Jezus przemówił do tłumów i do swych uczniów tymi słowami: Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi. Otóż wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. (Mt 23,1-12) 
Absolutny majstersztyk w zakresie punktowania faryzeuszów, coś, czym Jezus podpadł im bardziej niż czymkolwiek innym. Jakby taka Jego kontra. Dość czekania na kolejne zaczepki, próby podpuszczania i złapania za słowo. Teraz ja wam kilka słów powiem do rozumu. O żadną zemstę czy cokolwiek w tym guście tutaj nie chodzi, Boże broń. Ale o prawdę. Prawdę o ludziach, którzy - zupełnie niesłusznie - uzurpowali sobie prawo do bycia wyrocznią w sprawach wiary, jedynymi słusznymi interpretatorami bożych praw i nakazów. 

Jedno Jezus mówi wprost - rozgranicza, odróżnia 2 kwestie. Jedno to słowa Prawa, jakiego faryzeusze i uczeni w Piśmie nauczają. Tu należy dać im posłuch. Drugie to ich sposób bycia, czyli (w teorii przynajmniej) odzwierciedlenie osobiste realizacji tego Prawa. Jedno mówią, co innego robią. Innych, moralizując,  obciążają - sami od siebie nic nie wymagając. Odgrywają, pozorują role pobożnych i prawych - niby to w imię Boga, który przecież nade wszystko miłuje prawdę, autentyczność. Lubują się w dywagacjach nad Pismem - a jednocześnie nic nie rozumieją z tego, o czym ono mówi, z jego ducha, zamysłu i celu. Chełpią się posłuchem i uznaniem, z zadowoleniem przyjmując nienależące im się pierwszeństwo, czy to na modlitwie, czy przy stole. 

Proste, prawda? Bardzo. Jednoznacznie niewłaściwe, co pewnie każdy wie. Dobrze im tak, można by sobie pomyśleć, niech mają. Brzmi znajomo? Jakby nie. A jednak, faryzeuszy współczesnych nie brakuje naokoło. Spójrz w lustro. Nie widzisz niczego niepokojącego w tym odbiciu? Nic z tego, w co dzisiaj Jezus bije, nie odnajdujesz w swoim obliczu? W końcu tak naprawdę takie kryształowe to ono nie jest, co? Nic się przez te wieki nie zmieniło, więcej, dzisiaj takie odgrywanie ról to swego rodzaju sztuka, i jakby się tak rozejrzeć, to wielu opanowało ją do perfekcji - w życiu prywatnym, w domu, w relacjach, w sprawach zawodowych, a nierzadko w tym wszystkim naraz - i nawet są z tego dumni. Problem polega na tym, że coraz więcej osób tego nie widzi. To znaczy widzi, ale nie rozumie - widzi postawę, ale nie potrafi zrozumieć, że jest to tylko poza, która z autentycznością ma wspólnego tyle, co faryzeusz z wierzącym. 

Jeśli do tego dodać polityczną poprawność, w imię której nawet ludzie, których człowiek szanował, opowiadają takie głupoty, że włos się jeży na głowie, stając na tejże samej (tylko swojej) głowie, żeby udowodnić coś, co po chwili zastanowienia jest po prostu absurdalne... Jedyne, co się zmieniło, to może to, że o ile tamci faryzeusze odstawiali cyrki pod płaszczykiem wiary wszem i wobec celebrowanej - to dzisiaj można odnieść wrażenie, że większość ludzi na jakiekolwiek hasło: wiara, Bóg, Kościół, godność człowieka, jakby albo z niesmakiem kręciła nosem, albo patrzyła z politowaniem. 

Trzeba, niestety, powiedzieć też jasno. Problem faryzeizmu może też dotykać Kościoła - diecezji, parafii. Nie ma to nic wspólnego ani nie stanowi podstawy do poddawania w wątpliwość Jego misji, Jego zbawczej roli, oczywiście. Ale może mieć miejsce także w Kościele. Biskup, ksiądz - też człowiek, pobłądzić może tak samo, a i okazji ku temu niekiedy może mieć dużo więcej od świeckiego, bo na wiele pokus jest wystawiony. Co wtedy? To samo. Słuchaj głosu Kościoła - jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości co do tego, co wypowiada konkretny Jego przedstawiciel, gdy tym co robi szokuje czy wręcz bulwersuje, gdy się zagubił. Słuchaj w Kościele Tego, do którego ten Kościół należy. 

Mało to wszystko optymistyczne? Nikt nie mówił, że będzie łatwo. A rozwiązanie całkiem proste. Ostatnie zdania niedzielnej Ewangelii. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. Gdy nie zabraknie ducha służby z jednej strony, a z drugiej pamięci o tym, kogo jaki los czeka - będzie dobrze. Bóg zadba o resztę. 

czwartek, 13 października 2011

Znowu biada

Jezus powiedział do faryzeuszów i uczonych w Prawie: Biada wam, faryzeuszom, bo dajecie dziesięcinę z mięty i ruty, i z wszelkiego rodzaju jarzyny, a pomijacie sprawiedliwość i miłość Bożą. Tymczasem to należało czynić, i tamtego nie opuszczać. Biada wam, faryzeuszom, bo lubicie pierwsze miejsce w synagogach i pozdrowienia na rynku. Biada wam, bo jesteście jak groby niewidoczne, po których ludzie bezwiednie przechodzą. Wtedy odezwał się do Niego jeden z uczonych w Prawie: Nauczycielu, tymi słowami nam też ubliżasz. On odparł: I wam, uczonym w Prawie, biada! Bo wkładacie na ludzi ciężary nie do uniesienia, a sami jednym palcem ciężarów tych nie dotykacie. Biada wam, ponieważ budujecie grobowce prorokom, a wasi ojcowie ich zamordowali. A tak jesteście świadkami i przytakujecie uczynkom waszych ojców, gdyż oni ich pomordowali, a wy im wznosicie grobowce. Dlatego też powiedziała Mądrość Boża: Poślę do nich proroków i apostołów, a z nich niektórych zabiją i prześladować będą. Tak na tym plemieniu będzie pomszczona krew wszystkich proroków, która została przelana od stworzenia świata, od krwi Abla aż do krwi Zachariasza, który zginął między ołtarzem a przybytkiem. Tak, mówię wam, na tym plemieniu będzie pomszczona. Biada wam, uczonym w Prawie, bo wzięliście klucze poznania; samiście nie weszli, a przeszkodziliście tym, którzy wejść chcieli. Gdy wyszedł stamtąd, uczeni w Piśmie i faryzeusze poczęli gwałtownie nastawać na Niego i wypytywać Go o wiele rzeczy. Czyhali przy tym, żeby go podchwycić na jakimś słowie. (Łk 11,42-54)
Taka zbitka, z wczoraj i dzisiaj - bo jedno jest kontynuacją drugiego.

Dla mnie to bardzo wymowny przykład przeciwieństwa słynnego kazania na górze, ośmiu błogosławieństw. Tam drogowskazy - jak żyć, jak postępować, aby być błogosławiony, pełnym Boga. Tutaj - przeciwieństwo - słowa przestrogi i jakby ostrzeżenia. Co więcej - nie tylko do faryzeuszów i uczonych w Piśmie kierowane. Oni byli bezpośrednimi odbiorcami, im się oberwało wprost. Jezus nigdy jednak nie potępia człowieka, a postępowanie i czyny. Te słowa pozostają aktualne także dzisiaj, w stosunku do wszystkich, którzy tak postępują. 

Biada tym, którzy czyniąc rygorystycznie zadość przepisom - pomijają sprawiedliwość Bożą i miłość. Bóg mówi wprost - to ważniejsze, nie tamto. Biada tym, którzy puszą się swoją pozycją, domagają się czci i szacunku - podczas gdy na żadne z powyższych nie zasługują. Biada tym, którzy innych pouczają, wymagając rzeczy przekraczających ludzkie możliwości, równocześnie siebie samych traktując z przymrużeniem oka, z każdą możliwą taryfą ulgową, po najmniejszej linii oporu. Biada tym, którzy wnoszą grobowce prorokom - których ich właśni ojcowie pozabijali. Biada wszystkim, którzy sobie uzurpują prawo do wskazywania, kto postępuje sprawiedliwie i zmierza do zbawienia - a jednocześnie sami siebie potępiają i z właściwej drogi zawracają innych.

Szczególnie pobrzmiewać te przestrogi powinny w uszach autorytetów moralnych, a przede wszystkim - osób duchownych. Spadkobierców tej wielkiej misji, jaką wtedy zapoczątkował Jezus. Posłanych, aby prostować to, co kręte i połamane; przynosić nadzieję tam, gdzie króluje rozpacz, ukojenie tym, których serca dręczą problemy i dramaty. 

Faryzeusz w tym ewangelicznym obrazku to tylko synonim człowieka o pewnej postawie, albo pewnych postaw człowieka. Oby żaden z nas nie odnalazł ich w sobie.

środa, 28 września 2011

Ciągle jest czas na opamiętanie się

Jezus powiedział do arcykapłanów i starszych ludu: Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy! Ten odpowiedział: Idę, panie!, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: Nie chcę. Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca? Mówią Mu: Ten drugi. Wtedy Jezus rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć. (Mt 21,28-32)
Niedzielnie, jak zwykle jestem do tyłu.

Jesteśmy pozorantami. Można to nazwać różnie - pozorami, kłamstwem, deklaracjami bez pokrycia, pustymi obiecankami, demagogią, lizusostwem, nadużywaniem zaufania. Tak, chyba kłamstwo najbardziej jednak pasuje. Nie chodzi o siłę sformułowania - ale o dokładność, precyzyjność. To w końcu tylko słowo, a jednak - rodzi za sobą zobowiązanie do pewnego zachowania, zadośćuczynienia temu, co zostało zadeklarowane, obiecane. 

Pierwszy z tych synów zachował się właśnie tak. Zbył ojca tym, co proste i nie wymagało w sumie niczego - słowami. Po czym postąpił po swojemu, olewając po prostu wolę ojca, i słowo obietnicy poddania się tej woli. Można się domyślać, co było dalej - pewnie, gdy przyszło do spotkania w domu wieczorem, ojciec zapytał, czemu się w tej winnicy nie pojawił, pewnie były tłumaczenia i wykręty. To takie dzisiejsze - zawsze znajdzie się, najbardziej nawet pokrętny, sposób na zwalenie winy za zaistniałą sytuację, na wszystko/wszystkich - tylko nie na siebie. Nawet, a może przede wszystkim, gdy jedynym winnym jestem ja sam, moje lenistwo. 

Drugi pozornie też postąpił niewłaściwie. Tyle, że miał odwagę, aby tę niesubordynację, brak chęci spełnienia woli ojca wyrazić wprost - ojciec prosi, ten odmawia. Nie ma co wnikać w przyczyny, dla których akurat tak postąpił. Bo szybko przyszło mu opamiętanie. Zrobił to, co zrobić był powinien - czynami naprawiając błąd słów. To było takie uniwersalne i najbardziej wymowne przyznanie się do błędu. Wystarczające. Przecież przyznać się do winy przychodzi bardzo ciężko, szczególnie gdy trzeba je wyrazić słowami. Tu nie miało to znaczenia. On tym, co zrobił, jak faktycznie i gdzie - bo w winnicy - spędził ten dzień, wyraził wszystko. 

Co ciekawe, sytuacja tak prosta i jednoznaczna, że nawet zapytani o nią faryzeusze - z natury dość wybiórczy jeśli chodzi o zasady i wymogi - musieli wskazać, że wolę ojca spełnił dobrze ten drugi. Nie ten, który deklarował i na deklaracjach skończył, ale ten, który odmówił, ale w końcu wolę ojca spełnił czynami. Można powiedzieć, że to Jezusowe podsumowanie było zbędne. Myślę, że oni sami to czuli - ile przecież razy sami oceniali innych na podstawie tego, co pozorne, zewnętrzne, zamykając się i odmawiając prawdy ludziom prostym i autentycznym, którzy głosili prawdę. Jan Chrzciciel to przykład pierwszy z brzegu. 

Morał tej historii prosty jak drut. Ciągle jest czas na opamiętanie się. Ojciec czeka i codziennie o coś prosi. O nic nadzwyczajnego. Nigdy o coś, co mnie przerasta. Tak, czasami o coś, co jest trudne, wymagające. I na pewno sensowniejsze niż to, na co zamierzam ten dzień zmarnować. 

piątek, 15 lipca 2011

Konieczność życiowa

Pewnego razu Jezus przechodził w szabat wśród zbóż. Uczniowie Jego, będąc głodni, zaczęli zrywać kłosy i jeść. Gdy to ujrzeli faryzeusze, rzekli Mu: Oto Twoi uczniowie czynią to, czego nie wolno czynić w szabat. A On im odpowiedział: Nie czytaliście, co uczynił Dawid, gdy był głodny, on i jego towarzysze? Jak wszedł do domu Bożego i jadł chleby pokładne, których nie było wolno jeść jemu ani jego towarzyszom, tylko samym kapłanom? Albo nie czytaliście w Prawie, że w dzień szabatu kapłani naruszają w świątyni spoczynek szabatu, a są bez winy? Oto powiadam wam: Tu jest coś większego niż świątynia. Gdybyście zrozumieli, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary, nie potępialibyście niewinnych. Albowiem Syn Człowieczy jest Panem szabatu. (Mt 12,1-8)
Kolejny obrazek z cyklu tych, gdzie praworządni, porządni i ułożeni chcą zdyskredytować - Jezusa docelowo, czepiając się Jego uczniów. I to za pomocą prawa, które być może mieli w małym palcu. A jednak, nie rozumieli jego istoty. 

No właśnie. Co wolno, a czego nie wolno? Nie można na pewno wyjść z anarchicznego założenia - prawo i zasady nie mają znaczenia, żadna władza, chaos tłumaczony jako spontaniczność. Nie tędy droga. Nie po to Bóg dał Mojżeszowi tablice z przykazaniami, aby je lekceważyć. Jezus tłumaczy to, czego tamci nie rozumieli. I to na przykładach. Dawid spożywa chleby pokładne, otrzymane od kapłana Achimeleka z Nob (1 Sm 21,2-7), które prawo pozwala spożywać jedynie kapłanom (Wj 25,30, Kpł 24,5-9). Kapłan, wchodząc do Przybytku aby wykonać swoją posługę, sam narusza szabat - nie ponosząc jednocześnie konsekwencji, jakie prawo z tym wiąże.

Biblia Tysiąclecia w krótkim komentarzu nazywa tą sytuację bardzo życiowo... bo koniecznością życiową. Jak zwykle, trafnie. Czy Bóg chce, aby człowiek był głodny? Na pewno nie. Gdyby tak nie było, Jezus nie martwił by się w innym miejscu o rzesze idące za Nim, gdy kończył się dzień, a zebrani - daleko od domu - nie mieli co jeść. Nie tylko się martwił - dokonał cudu, rozmnożył chleb i ryby, aby najedli się do sytości (ze słynnymi dwunastoma koszami ułomków w roli drugoplanowej, jako pozostałości po posiłku wielkiej masy ludzkiej). Po raz kolejny - Bóg pokazuje, że troszczy się o człowieka. 

Zasady, drogowskazy i przykazania są ważne - nie można jednak powiedzieć, że człowiek ma paść z głodu, aby nie naruszyć zakazu spożywania jakiegoś rodzaju pokarmu. Prawo ma sens tylko wtedy, gdy działa dla dobra człowieka - a nie wtedy, gdy stoi na przeszkodzie zaspokojenia podstawowych i koniecznych, elementarnych potrzeb. Bóg jest miłosierny, kocha człowieka i nie jest to dla Niego problem - czego nie można było powiedzieć o faryzeuszach z tej historii. Całość, na szczęście, nie pozostawia wątpliwości, kto miał rację. Bóg zadba o tych, którzy Mu ufają.

piątek, 15 kwietnia 2011

Nie ma Jezusowego widzimisię

Żydzi porwali kamienie, aby Jezusa ukamienować. Odpowiedział im Jezus: Ukazałem wam wiele dobrych czynów pochodzących od Ojca. Za który z tych czynów chcecie Mnie ukamienować? Odpowiedzieli Mu Żydzi: Nie chcemy Cię kamienować za dobry czyn, ale za bluźnierstwo, za to, że Ty będąc człowiekiem uważasz siebie za Boga. Odpowiedział im Jezus: Czyż nie napisano w waszym Prawie: Ja rzekłem: Bogami jesteście? Jeżeli Pismo nazywa bogami tych, do których skierowano słowo Boże - a Pisma nie można odrzucić to jakżeż wy o Tym, którego Ojciec poświęcił i posłał na świat, mówicie: Bluźnisz, dlatego że powiedziałem: Jestem Synem Bożym? Jeżeli nie dokonuję dzieł mojego Ojca, to Mi nie wierzcie. Jeżeli jednak dokonuję, to choćbyście Mnie nie wierzyli, wierzcie moim dziełom, abyście poznali i wiedzieli, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu. I znowu starali się Go pojmać, ale On uszedł z ich rąk. I powtórnie udał się za Jordan, na miejsce, gdzie Jan poprzednio udzielał chrztu, i tam przebywał. Wielu przybyło do Niego, mówiąc, iż Jan wprawdzie nie uczynił żadnego znaku, ale że wszystko, co Jan o Nim powiedział, było prawdą. I wielu tam w Niego uwierzyło. (J 10, 31-42)
No chociaż raz - powiedzieli wprost i bez owijania w bawełnę przysłowiowego, co im leżało na wątrobie, czego od Jezusa chcieli. Że nie chodziło o to, że im przeszkadzało łuskanie kłosów w szabat. Że nie mieli nic w sumie (poza zazdrością) przeciwko temu, że wielu ludzi różnego pochodzenia, znajdujących się w różnych sytuacjach życiowych, w różnych okolicznościach uzdrawiał, ba, nawet wskrzeszał. Że nie chodziło o to, że choćby dosłownie na głowie stanęli, nie potrafili w żaden sposób złapać Go za słówko, przyłapać Go na niefortunnej czy możliwej do opatrznego zrozumienia wypowiedzi. Był uzurpatorem, fałszywym mesjaszem. 

Problem polega na tym, że w tej prawdziwości swojego oskarżenia i zarzutu przeciwko Jezusowi... byli kompletnie w błędzie. Ani Jezus fałszywy, ani tym bardziej mesjasz przez małe m pisane. Trudno na świecie o kogoś bardziej od Niego prawdziwego; a na pewno nie znajdzie się na świecie - wtedy, dzisiaj, kiedyś w przyszłości - inny Mesjasz. Jeden, jedyny, prawdziwy, Syn Boga żywego, Bóg-Człowiek. Nawet w tej sytuacji Pan potrafi udowodnić faryzeuszom, że ich zarzut jest błędny - wskazuje bowiem na miejsce w Piśmie Świętym, w którym mowa jest o bóstwie Narodu Wybranego (a de facto - wszystkich ludzi, do których Jezus został posłany). Skoro tak mówi Pismo - to gdy każdy z nich był bogiem, jak zatem można bóstwa odmówić Jezusowi, posłanemu przez Boga Ojca? 

Nie kończy jednak na tym. Deklaracje, rodowody nie mają tu znaczenia - bo poza nimi są także czyny. Nie bez powodu Pan nauczał, że po owocach ich poznacie (Mt 7, 16), i nie zamierzał innej miary stosować do Siebie samego. Jeśli nie wierzycie w moje posłanie - uwierzcie, widząc, czego dokonuję. A dokonał bardzo wiele. Nie o wiarę w Jezusa już chodziło, ale zrozumienie, że to Bóg przez Niego działa, i wiarę w Niego - tego prawdziwego Boga miłości, miłosiernego i kochającego Ojca, a nie Boga-krwiopijcę, mściwego, okrutnego (bo tak często w Starym Testamencie mógł się jawić). To, czego dokonał Jezus, dokonał sam Bóg, który w Nim był. 

Kłania się tajemnica Trójcy Świętej - wspólnoty istot Boga Ojca, Syna Bożego i Ducha Świętego. Żydzi wtedy tego nie rozumieli - nic dziwnego, dzisiaj, po 2000 latach istnienia Kościoła wielu ma z tym problem. Jezusa nie można czytać, obserwować i rozumieć w oderwaniu od istoty Boga Ojca. Oni są jednością. Nie ma Jezusowego widzimisię - tylko wypełnianie woli Ojca, aż do krzyża, aż do Ogrodu Oliwnego i dramatycznego Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! (Łk 22, 42) Jezus był tak samo w pełni Bogiem, pozostając w pełni człowiekiem - stąd ludzki strach przed tym, co jako Bóg z pewnością widział i rozumiał. Wiedział, że Bóg tak chce, i nie będzie bardziej czytelnego świadectwa od tego, gdy Jego Syn, nawet jakby wbrew swej ludzkiej naturze, wypełni wszystko do końca. 

Na koniec - ciekawa, może jakby przemycona, wskazówka (zakończenia zdarza się traktować po macoszemu). Jak Go szukać? Jak śledzić losy Jezusa Chrystusa, od początku? Jak je dobrze, prawidłowo odczytywać? Od Jana Chrzciciela. Więzy pokrewieństwa pozostają tu bez znaczenia - liczy się to, że właśnie Jan Go wskazał palcem innym. Dzisiaj te słowa, jako retrospekcja swego rodzaju, powracają. Ludzie, którzy poszli za Nim - mniej lub bardziej świadomie - własnymi, choć anonimowymi, świadectwami potwierdzają. On jest Synem Bożym.

Za chwilę, w Niedzielę Palmową Męki Pańskiej, zacznie się ostatnia prosta Wielkiego Postu. Ostatni, wcale nie najgorszy, moment, aby coś ze sobą zrobić. Ot, choćby uczciwie przyjrzeć się życiorysowi Jezusa. I równie uczciwie wyciągnąć wnioski. To bardzo dobry początek.

środa, 13 kwietnia 2011

Oskarżać to każdy może i potrafi

Na wygnaniu w Babilonie zgromadzenie Izraela skazało na śmierć Zuzannę, fałszywie oskarżoną przez dwóch starców. Wtedy Zuzanna zawołała donośnym głosem: Wiekuisty Boże, który poznajesz to, co jest ukryte, i wiesz wszystko, zanim się stanie. Ty wiesz, że złożyli fałszywe oskarżenie przeciw mnie. Oto umieram, chociaż nie uczyniłam nic z tego, o co mię ci złośliwie obwiniają. A Pan wysłuchał jej głosu. Gdy ją prowadzono na stracenie, wzbudził Bóg świętego ducha w młodzieńcu imieniem Daniel. Zawołał on donośnym głosem: Jestem czysty od jej krwi! Cały zaś lud zwrócił się do niego, mówiąc: Co oznacza to słowo, które wypowiedziałeś? On zaś powstawszy wśród nich powiedział: Czy tak bardzo jesteście nierozumni, synowie Izraela, że skazujecie córkę izraelską bez dochodzenia i pewności? Wróćcie do sądu, bo ci ją fałszywie obwinili. Cały lud powrócił śpiesznie. Starsi zaś powiedzieli: Usiądź tu wśród nas i wyjaśnij nam, bo tobie dał Bóg przywilej starszeństwa. Daniel powiedział do nich: Oddzielcie ich, jednego daleko od drugiego, a osądzę ich. Gdy zaś zostali oddzieleni od siebie, zawołał jednego z nich i powiedział do niego. Zestarzałeś się w przewrotności, a teraz wychodzą na jaw twe grzechy, jakie poprzednio popełniałeś, wydając niesprawiedliwe wyroki. Potępiałeś niewinnych i uwalniałeś winnych, chociaż Pan powiedział: Nie przyczynisz się do śmierci niewinnego i sprawiedliwego. Teraz więc, jeśli ją rzeczywiście widziałeś, powiedz, pod jakim drzewem widziałeś ich obcujących ze sobą? On zaś powiedział: Pod lentyszkiem. Daniel odrzekł: Dobrze! Skłamałeś na swą własną zgubę. Już bowiem anioł Boży otrzymał od Boga wyrok na ciebie, by cię rozedrzeć na dwoje. Odesławszy go rozkazał przyprowadzić drugiego i powiedział do niego: Potomku kananejski a nie judzki, piękność sprowadziła cię na bezdroża, a żądza uczyniła twe serce przewrotnym. Tak postępowaliście z córkami izraelskimi, one zaś bojąc się obcowały z wami. Córka judzka jednak nie zgodziła się na waszą nieprawość. Powiedz mi więc teraz, pod jakim drzewem spotkałeś ich obcujących ze sobą? On zaś powiedział: Pod dębem. Wtedy Daniel powiedział do niego: Dobrze! Skłamałeś i ty na swoją własną zgubę. Czeka bowiem anioł Boży z mieczem w ręku, by rozciąć cię na dwoje, by was wytępić. Całe zgromadzenie zawołało głośno i wychwalało Boga, że ocala tych, co pokładają w Nim nadzieję. Zwrócili się następnie przeciw obu starcom, ponieważ Daniel wykazał na podstawie ich własnych słów nieprawdziwość oskarżenia. Postąpiono z nimi według miary zła, wyrządzonego przez nich bliźnim, zabijając ich według Prawa Mojżeszowego. W dniu tym ocalono krew niewinną. (Dn 13, 41-62)

Jezus natomiast udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Cały lud schodził się do Niego, a On usiadłszy nauczał ich. Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz? Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień. I powtórnie nachyliwszy się pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. Wówczas Jezus podniósłszy się rzekł do niej: Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił? A ona odrzekła: Nikt, Panie! Rzekł do niej Jezus: I Ja ciebie nie potępiam. - Idź, a od tej chwili już nie grzesz. (J 8, 1-11)
Aż dwa teksty, z poniedziałku. Dlaczego oba czytania? Bo bardzo do siebie pasują, choć nie przesadzałbym z tym, jak są do siebie podobne. W obu jest bowiem mowa o oskarżeniach - czymś, co jest ludzką domeną, w których rzucaniu (najczęściej bezpodstawnych) wielu się lubuje, nie bacząc na tego konsekwencje. Różnica zasadnicza polega na tym - o jakich oskarżeniach mowa, jakie widzimy w każdym z tych tekstów. 

Los Zuzanny wydawał się przypieczętowany. Szczególnie bowiem w tamtych czasach - kto uwierzy kobiecie, gdy swoje słowo stawia przeciwko słowu starszych, którzy najpewniej byli do tego sędziami, zatem sami ferowali wyroki, decydując o losie innych? Nikt. Bóg jednak czuwa i widzi, że wszystko to prowadziło by do wielkiej niesprawiedliwości - za chwilę zabito by niewinną kobietę. Pojawia się nagle młody prorok, Daniel, który sprzeciwia się takiemu stanowi rzeczy, zwracając na siebie uwagę zapewne wszystkich, którzy tłumnie szli za tym, dzisiaj można by powiedzieć eventem, widowiskiem, jakim niewątpliwie było publiczne stracenie nierządnicy. 

Samo zwrócenie uwagi nic nie znaczy. Duch Pański podpowiedział jednak Danielowi, jak wykazać fałszywość twierdzeń starców. Na marginesie - piękny przykład także z zakresu techniki prowadzenia śledztwa :) Postanawia, obrazkowo, dokonać ich przesłuchania na osobności, nie jednocześnie, aby uniemożliwić jakiekolwiek ustalenie wspólnej wersji zdarzenia. Wychodzi wówczas na jaw - niby widzieli ten sam czyn nierządu, i rzekomo zgorszeni, donieśli na Zuzannę, jednakże w ich relacjach, wysłuchanych osobno, nie zgadza się rzecz podstawowa - miejsce, gdzie miało do nierządu dojść. 

Z ust Daniela pod adresem jednego i drugiego starca padają bardzo ostre słowa. Natchniony łaską Bożą, jakby wygarniał im wszelkie ich przewinienia, akcentując, jak na swoich stanowiskach, gdzie winni być obywatelami przykładnymi, wzorowymi i prawymi, kłamali, dopuszczali się niegodziwości, świadomie i z rozmysłem szafowali ludzkim życiem, wydając oczywiście niesłuszne wyroki, uwalniając winnych a skazując na ciężkie kary niewinnych. Co więcej - swoje stanowiska wykorzystywać mieli także dla wymuszania... właśnie nierządu, na który tutaj donieśli, czyli zmuszali po prostu młode kobiety do świadczenia usług seksualnych. Można zapytać - po co tak mocne słowa? Aby się opamiętali. Mogli się wówczas wycofać, mogli się ukorzyć, odwołać oskarżenie i prosić o litość. Bóg w tak ostrych słowa, wypowiedzianych przez Daniela, pokazał im, że wie dokładnie, jak naprawdę wyglądało ich życie, i ostrzegał, do jakiego końca ich doprowadzi, o ile nie zmienią postępowania. Oni jednak zdecydowali się na zatwardziałość, w której wytrwali. Do smutnego końca. 

Nieco inaczej wygląda sytuacja z drugiego, ewangelicznego, obrazka. Z opisu, kontekstu i całości wynika jasno - tu nie było mowy o fałszywych oskarżeniach. Tę kobietę faktycznie ktoś przyłapał na cudzołóstwie. Zresztą, jej postawa jakby to potwierdza - postawa smutnej świadomości swojego upadku, i tego, jaki czeka ją niebawem już tragiczny koniec, konsekwencja tego czynu. Jezus nie prosił się o rozstrzyganie tej sprawy - nauczał, a faryzeusze, niestrudzenie szukający na Niego haka, przyprowadzili do Pana właśnie tę nieszczęśnicę, czekając, jak w stosunku do niej postąpi. W prawie było jasno - kamienować; a skoro On taki miłosierny, to jak każe zostawić ją w spokoju, to będzie można Go oskarżyć o łamanie prawa. O to przecież chodzi, o pretekst - a nie o człowieka, o to że ta kobieta by zginęła czy nie. 

Znowu, nie pierwszy i nie ostatni raz, się zawiedli. Jezus kolejny raz mistrzowsko potrafi wybrnąć z sytuacji. Nie każde sprzeciwić się prawu, zakazując kamienowania, ale zmienia optykę całej sytuacji. Zwraca uwagę nie na samą oskarżoną - a na tych, którzy ją oskarżają. Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień. Skoro chcesz oskarżać i interpretować prawo, czasami skazując na najwyższe kary drugiego człowieka, wymierzać tak zwaną sprawiedliwość, sam powinieneś być w porządku (na marginesie - wyzwanie i punkt odniesienia, o jakim winni pamiętać wszyscy prawnicy, a przede wszystkim sędziowie).

Pięknie ta scena została pokazana w Pasji Gibsona. Co Jezus takiego pisał? Tradycja i biblistyka mówi - grzechy tych, którzy oskarżali tę kobietę. Czy oni to wiedzieli? Czy może widzieli, patrząc na piszącego Jezusa, każdy swoje grzechy - czarno na białym, opisane od początku do końca na ziemi, pomiędzy Nim i kobietą, a nimi? Nie wiemy. Pod wpływem tych słów - kto jest bez grzechu - nie został tam nikt z oskarżycieli. Ewangelista, jakby ironicznie, dodał nawet, że kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych - najwięcej za uszami mieli właśnie ci starsi, którzy tu unosili się honorem i moralnością w obliczu cudzołóstwa. Schizofrenia moralna? Chyba tak.

Ta kobieta (mylnie utożsamiana z Marią z Magdali, Marią Magdaleną - nie, to nie ona) nie była bez grzechu. Można się spierać, na co zasługiwała - zgodnie z obowiązującym prawem (uwaga, Jezus w innym miejscu wyraźnie powiedział: nie przyszedłem tego prawa znieść, ale je wypełnić, mówiąc też, że ani jota, ani kreska w tym prawie nie zostanie zmieniona - Mt 5, 14-19) czekała ją kara śmierci. Jezus w tej sytuacji chciał pokazać i zwrócić uwagę - jak łatwo, samokrytyczni wobec siebie, bierzemy się za potępianie, sądzenie i skazywanie od razu innych. Im gorszy jego czyn - tym łatwiej. Szkoda, że jednocześnie, gdy sami zgrzeszymy, na tysiąc sposobów potrafimy się usprawiedliwić, a na pewno przytoczyć multum okoliczności łagodzących, bagatelizujących wszystko. 

Ta kobieta na pewno zasługiwała na miłosierdzie, a opisana sytuacja miała jej pokazać, że tego miłosierdzia Bóg nikomu nigdy nie poskąpił. Co więcej - z tego miłosierdzia wynika, że Bóg sam nigdy nikogo nie potępił ani nie potępi. Jeśli do tego dochodzi - to przez nas, każdy sam to na siebie sprowadza tym, co robi. To my sami siebie - albo siebie nawzajem - potępiamy, nie Bóg. Bóg jest tym, który stoi pomiędzy nami i pokazuje - wszystkich naokoło odsądziłeś od czci i wiary, a ty? Lepszy jesteś od nich? Skoro nie - to po co się bierzesz na potępianie i wyrokowanie? Zacznij od siebie. 

Jest tylko jeden warunek - zmień coś w sobie. Poza tym, że przestaniesz być pierwszym wyrywającym się do osądzania innych - nie grzesz już. Gdy zabraknie grzechu - wtedy też opinie, sądy będą bardziej przejrzyste, dobrze zakorzenione i po prostu sprawiedliwe. Żeby móc dobrze i obiektywnie ocenić, trzeba samemu być wolnym od tego, co złe, małe, słabe. Wtedy taki osąd, opinia mogą być coś warte. Podpowiedź - jeśli nasze osądy są słuszne, nie musimy sami ich wykrzykiwać i zwracać na siebie uwagę; ludzie sami przyjdą, poproszą o radę i pomoc. 

Dwie sytuacje. Dwie kobiety. Bezpodstawne oskarżenie i ewidentna co do winy sytuacja. Jedna prosi głośno Boga o pomoc, bo wie, że jest niewinna; druga milczy, świadoma swojej winy, ale pewnie w tak trudnej sytuacji jej myśli już tylko ku Niemu zmierzają. Bóg jest i w jednej sytuacji, i w drugiej - daje nadzieję. Co dalej? Idź i nie grzesz więcej.

wtorek, 8 marca 2011

Czepianie się słówek

Uczeni w Piśmie i starsi posłali do Jezusa kilku faryzeuszów i zwolenników Heroda, którzy mieli podchwycić Go w mowie. Ci przyszli i rzekli do Niego: „Nauczycielu, wiemy, że jesteś prawdomówny i na nikim Ci nie zależy. Bo nie oglądasz się na osobę ludzką, lecz drogi Bożej w prawdzie nauczasz. Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie? Mamy płacić czy nie płacić?”. Lecz On poznał ich obłudę i rzekł do nich: „Czemu Mnie wystawiacie na próbę? Przynieście Mi denara, chcę zobaczyć”. Przynieśli, a On ich zapytał: „Czyj jest ten obraz i napis?”. Odpowiedzieli Mu: „Cezara”. Wówczas Jezus rzekł do nich: „Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. I byli pełni podziwu dla Niego. (Mk 12,13-17)
Boga nie ma co wystawiać na próbę. Ewangelista zapisał wprost to, co z pewnością kierowało tymi, którzy przyszli do Jezusa i pytali Go. Nie chodziło o uzyskanie odpowiedzi na nurtujące ich pytanie, ale uczepienie się jakiegoś słowa, zwrotu czy sformułowania, aby móc zarzucić Jezusowi niezgodność postępowania w kontekście przepisów prawa żydowskiego. 

Jeśli wierzyć, że dosłownie takie słowa padły z ich ust - już na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo są w błędzie. Czy Jezusowie na nikim nie zależy? Czy Jezus nie ogląda się na osobę ludzką? Przecież dokładnie na odwrót. Prawda - Jezus mówi wprost, że ani kreska, ani jota w prawie nie zostanie zmieniona, aż się wszystko wypełni (Mt 5, 18); że nie przyszedł On sam jako Mesjasz aby prawo znieść, lecz aby je wypełnić (Mt 5, 17). Jezus szanuje prawo i przestrzega go, ale rozumie, że prawo nie jest celem samym w sobie, ale środkiem, który służyć ma człowiekowi. Człowiek powinien je wypełniać, zachowywać, ale nie można - jak to prezentowali i narzucali innym faryzeusze - uznawać prawo de facto jako wartość najwyższą, samą w sobie. Dał temu przykład choćby wtedy, gdy On i Jego uczniowie łuskali kłosy w szabat (Mt 12, 1-8). 

Tam też padają znamienne słowa - chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Nie forma jest najważniejsza, a to, co formę wypełnia, czyli treść. Prawo ma prowadzić człowieka, proponować pewne ramy. Nie na zasadzie ograniczeń bo tak ale aby ułatwić, nakierować - tędy pójdziesz, a dojdziesz do celu. Więc w centrum jest człowiek i troska o jego zbawienie, a nie uczynienie zadość przepisom prawa. Naprawdę, trudno o coś głupszego, niż twierdzenie, że Bogu na nikim nie zależy. To najlepiej pokazuje, jak bardzo człowiek może zbłądzić - i to człowiek, który z założenia wydawał by się wykształcony w materii religijnej, a do tego praktykujący, modlący się, utrzymujący relację z Panem. Czy to tylko kwestia złego rozłożenia akcentów - środek a cel - czy też zła wola? 

Zastanawiające jest - kto był pełen podziwu dla Jezusowej odpowiedzi, i dlaczego? Czy ludzie, którzy pewnie obserwowali sytuację, czy sami faryzeusze? Ci ostatni - z pewnością byli pełni podziwu, ale jeszcze bardziej zirytowani tym, że Ten, którego chcieli przecież zdemaskować jako fałszywego mesjasza, po raz kolejny wymknął im się z rąk. Co więcej - praktycznie publicznie ośmieszył ich wiedzę - skierowany przeciwko niemu podstęp odwracając przeciwko im samym.

Na marginesie już - z tym oddawaniem to też wybiórczy jesteśmy. Jak przychodzi do oddawania cezarowi (fiskus, państwo, ubezpieczenie) czy na swoje zachcianki - to pomarudzimy i oddajemy; w końcu idzie to na konkretny cel, na coś, co wymiernie widzimy, odczuwamy, co ma widoczne efekty w postaci stanu posiadania, miejsca zamieszkania, świadczeniach czy wygodach. Lubimy to, chcemy żeby tak było nadal - więc ciułamy i oddajemy. A Bogu? On jakoś się tak bardzo nie narzuca. I jeszcze tylu mówi, że Go nie ma, że po śmierci to nic nie ma. Więc... Jaki to interes? Wydawało by się - niepewny. E, pomyślę o tym później. Nawet mimo tego, że po ludzku - w przeliczeniu na dobra, środki - utrzymywanie relacji z Bogiem, modlitwa, nic nie kosztuje (pewien skrót myślowy - przekonania religijne mogą prowadzić do tego, że osoba je wyznająca nie podejmie się czegoś opłacalnego, co stoi w sprzeczności z jej przekonaniami; to się nazywa konsekwencja). Skoro więc oddajemy - to oddawajmy uczciwie: każdemu to, co się należy. Bogu też.

piątek, 29 października 2010

Faryzejska mentalność Kalego - a jednak człowiek ważniejszy

Gdy Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek, oni Go śledzili. A oto zjawił się przed Nim pewien człowiek chory na wodną puchlinę. Wtedy Jezus zapytał uczonych w Prawie i faryzeuszów: Czy wolno w szabat uzdrawiać, czy też nie? Lecz oni milczeli. On zaś dotknął go, uzdrowił i odprawił. A do nich rzekł: Któż z was, jeśli jego syn albo wół wpadnie do studni, nie wyciągnie go zaraz, nawet w dzień szabatu? I nie mogli mu na to odpowiedzieć. (Łk 14,1-6)
Dalsze rozważania na kanwie tego, o czym było i w niedzielę, i we wtorek (dwa poprzednie teksty). Wybitnie faryzejski dylemat - wolno, czy nie wolno? Co ma pierwszeństwo - najbardziej słuszne nawet prawo, czy dobro drugiego człowieka, któremu w tej konkretnej chwili można pomóc, skoro właśnie teraz Ten, który może uzdrowić, był koło niego? 

Z punktu widzenia faryzeuszy - nie, nie wolno. Bo narusza to spoczynek szabatu - jak właściwie wszystko.  Litera mówi jasno: nie wolno, i tyle, pracować ani nic z tych rzeczy. Prawo przede wszystkim. Jezus wskazuje im brak konsekwencji. Gdy ktoś ich zapyta - jako uczonych, przedstawicieli stronnictwa - to, oczywiście, taką właśnie otrzyma odpowiedź: nie wolno, i już. Tyle, że sami pytani się do tego nie stosują - co im udowodnił. Świetny obrazek do tej sytuacji to tzw. mentalność Kalego - jak ktoś Kalemu ukraść krowa to zło, ale jak Kali komuś ukraść krowa to dobrze (dla Kalego). Innym nakazują poszanowanie dla tego przepisu prawa, podczas gdy sami nie zwracają nań uwagę, gdy chodzi o którąś z sytuacji, jaką Jezus wymienił. Ja rozumiem - ratowanie syna ze studni, to jeszcze. Ale bydło? Nie da się tego inaczej wytłumaczyć jak tylko stawianiem swoich korzyści (inaczej - potencjalnych strat) przed prawem Bożym. 

Ta sytuacja, wbrew pozorom, nieco różni się - nie wiem, czy zauważyliście - od innych, przytaczanych przez ewangelie, gdy faryzeusze coś przeciwko Jezusowi kombinowali. Czym? Zamianą ról. W większości (o ile nie wszystkich innych - głowy nie dam...) to faryzeusze atakują, podejmują działania i wystawiają Jezusa na próbę, jak to zwykle jest sformułowane. Tutaj - odwrotnie. Zaproszenie na obiad, i pojawia się okazja, aby udowodnić małość tych, którzy się za wielkich uważali wówczas - więc Jezus, powiedzmy, testuje ich zrozumienie prawa.

Rezultat - do przewidzenia. Nie, nie wściekłe wrzaski czy oburzenie. Nawet na to im pary nie starczyło - choć może i dobrze. Cisza. Oni milczeli. Języków w gębach, za przeproszeniem, zabrakło. Nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Może w tym właśnie jest dla nich nadzieja - że nie chodziło tu jedynie o to, że nie chcieli się skompromitować czy pogrążyć, lawirując pomiędzy brzmieniem tamtego przepisu prawa a tym, co sami robili, jak go omijali... ale że w głębi serc czuli, że nie postępują jak trzeba, wstyd i głupio im było, a jednocześnie uświadomili sobie, że ten Jezus z Nazaretu nie pokazuje im właśnie wtedy właśnie tego bez powodu, ale aby się nad tym zastanowili. Chcę wierzyć, że nie miało to być - ze strony Jezusa - tylko takim daniem faryzeuszom nauczki, ale podprogowym jakby wezwaniem do zmiany sposobu życia. 

Człowiek zawsze powinien być w centrum, a wszystko inne, co w społeczeństwie funkcjonuje, wszelkie regulacje sfer życia powinny podporządkowane być temu, aby człowiekowi służyć. Ale oczywiście - nie wszystkim zachciankom (w myśl oczywistej zasady: nie wszystko, co wolno, jest dobre czy w ogóle potrzebne), ale tym faktycznie podstawowym potrzebom, kwestiom mającym decydujące i kapitalne znaczenie dla tego, jak człowiek żyje, jakie jest jego życie. Chyba zgodzicie się, że uzdrowienie to właśnie coś takiego?

Jedno Jezus chciał faryzeuszom pokazać na pewno. Prawo nie ma pierwszeństwa przed człowiekiem. Prawo zawsze ma służyć człowiekowi, być mu pomocą i chronić go. Jak to jest? Cóż, każdy widzi - i nie trzeba mieć do tego studiów prawniczych (choć to pomaga). Coraz częściej i wyraźniej widać, że prawo w bardzo jaskrawy, nieudolnie maskowany sposób, służyć ma partykularnym grupom, celom, nawet interesom konkretnych osób. I to wcale nie tych, którzy tego wsparcia tak naprawdę potrzebują - tylko do napychania kieszeni tych, którzy i tak nie mają pomysłu, co ze swoimi dobrami zrobić, ale dla zasady chcą więcej. Co więcej - nie cofną się wcale przed wciskaniem ludziom kitu w stylu krętactw na temat zalet, jakie dana nowa ustawa tym zwykłym ludziom przyniesie. 

To jest pomysł też dla każdego z nas. Gdy ktoś - nie ważne, w dobrej czy złej woli - wytknie jakiś błąd, mniejsza o formę czy wagę problemu, to zamiast rozedrzeć się na niego czy unieść świętym oburzeniem... zamilknąć. Choćby po to, żeby nie wyrzucić z siebie w gniewie czy złości czegoś, czego człowiek później będzie żałował, a co jednak dotrze już do adresata i być może wiele bólu sprawi. Zamiast tego - policzyć w duszy do dziesięciu, choćby jakimś wezwaniem - np. Jezusie, Synu Dawida, miej litość nade mną, grzesznikiem (tak, to słowa celnika z niedzieli). Zamilknąć i się zastanowić - może on ma rację? I nie zatrzymać się tylko na tym, ale drążyć. I zmieniać to wszystko, co zmiany wymaga. Zawsze jest coś takiego - czasami tylko potrzebujemy ludzi, którzy pomogą nam to zauważyć. 

>>>


>>>
Zmęczony jestem. Do środy włącznie pisałem, po 3-4 h w ciągu tygodnia (w niedzielę też trochę wieczorem) odwołanie, w czwartek je dopracowałem, a dzisiaj zawiozłem i złożyłem. Fakt - termin do wtorku 02.11 miałem, ale przecież 03.11 mam egzamin na prawo jazdy, i trzeba się przygotować, a jeszcze testów się pouczyć, 02.11 wieczorem ostatnia jazda. Za dużo naraz - kwestię odwołania trzeba było zamknąć, żeby przejść do prawka, i do tamtego nie wracać. Zresztą, co miałem napisać, jakie argumenty podnieść - podniosłem, podparłem tezami orzecznictwa i komentarzami, opisałem, 36 stron mi wyszło (aż to zbindowałem wczoraj, żeby nie zgubili nic). Poszło. Jak wyślą, MS ma 30 dni na decyzję w przedmiocie odwołania. Zobaczymy, czy przyjdzie pisać skargę do WSA, czy nie będę musiał.

Ta sytuacja mi uświadomiła, że jest w ludziach coś dobrego. Na jednym z serwisów rozwinęła się bardzo fajna dyskusja (przeszło 700 wypowiedzi - teraz już zwalnia, większość napisała i złożyła odwołania), gdzie ludzie, którym niewiele zabrakło na tym samym egzaminie, z całej Polski, dzielili się pomysłami - co, jak, gdzie, z jakiej strony ugryźć, podważyć. Podsuwaliśmy sobie pomysły, skazywaliśmy na interesujące i pasujące odpowiedzi. Dochodziło nawet do polemik - co tym lepsze - gdy pojawiał się ktoś, kto wskazywał na jakąś lukę w rozumowaniu, albo zbijał jakoś argumenty. Na pewno się to przydało, i jestem tym osobom bardzo wdzięczny - dużo mi pomogli. 

No i wreszcie wszystko jasne - po USG w środę z żonką już wiemy, iż jesteśmy posiadaczami nienarodzonego, ale żyjącego i świetnie, dobrze i zdrowo rozwijającego się w jej brzuszku - synka! Mimo, że większość świata (z tej, która dzieliła się ze mną swoimi typami co do płci) stawiała, że będzie to dziewczynka :) Radocha, duma i wszystko mnie rozpiera! Módlcie się, żeby wszystko dobrze się układało, bo żonka mi się podziębia troszkę... 

środa, 27 października 2010

Zatrzaskiwanie drzwi przed Bogiem

Tak nauczając, szedł przez miasta i wsie i odbywał swą podróż do Jerozolimy. Raz ktoś Go zapytał: Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni? On rzekł do nich: Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli. Skoro Pan domu wstanie i drzwi zamknie, wówczas stojąc na dworze, zaczniecie kołatać do drzwi i wołać: Panie, otwórz nam! lecz On wam odpowie: Nie wiem, skąd jesteście. Wtedy zaczniecie mówić: Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś. Lecz On rzecze: Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście. Odstąpcie ode Mnie wszyscy dopuszczający się niesprawiedliwości! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów, gdy ujrzycie Abrahama, Izaaka i Jakuba, i wszystkich proroków w królestwie Bożym, a siebie samych precz wyrzuconych. Przyjdą ze wschodu i zachodu, z północy i południa i siądą za stołem w królestwie Bożym. Tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi. (Łk 13,22-30)

Dzisiejsze ewangelia - piękna kontynuacja tego, o czym pisałem ostatnio. Pozowanie w modlitwie, które w niedzielę ukazał ewangelista jako przykład zupełnie dwóch różnych póz przez Bogiem - to dobry początek, aby znaleźć się na równi pochyłej, prowadzącej do tego, co opisane powyżej: do utraty szansy na zbawienie, zaprzepaszczenia okazji tej wielkiej łaski.

Jest to dość logiczne - Bóg ciągle i niezmiennie pragnie zbawienia człowieka, otwiera drzwi i zaprasza. Człowiek ma całe życie, aby na to zaproszenie odpowiedzieć. Musi jednak sam podjąć co do tego świadomą decyzję, i konsekwentnie ją realizować - z jednej strony otworzyć przed Bogiem drzwi swojego serca, a z drugiej samemu iść w tym kierunku, tą ścieżką, przez te (ciasne, owszem, czasami) drzwi. Oczywiście, człowiek jest mały, słaby i grzeszny, więc raz po raz psuje coś po drodze - stąd ma sakrament spowiedzi, aby wracać na tę ścieżkę, powracać i znowu stawać przed Dobrym Ojcem w drzwiach Jego Domu, do którego zaprasza. 

Kiedyś to nasze życie się kończy - i wtedy następuje sąd, który podsumowuje to wszystko, co i jak w życiu popełniliśmy; czy więcej było tego otwierania Bogu drzwi do swojego serca, prowadzenia Go do serc innych, zmierzania w kierunku Jego otwartych drzwi - czy raczej skupiliśmy się głównie na trzaskaniu Bogu drzwiami przed nosem i szliśmy wszędzie, tylko nie tam, gdzie On zapraszał.

Tak sobie myślę - przy założeniu, że nie wszystkich czeka zbawienie (tak, znowu teoria o. Hryniewicza OMI - bo mi spokoju nie daje ta idea powszechnego zbawienia) i niestety część ludzi sama skaże (lub skazała już - ci, co umarli) się na potępienie - że to mogą być często nie tylko tacy, którzy raz, konsekwentnie odwrócili się do Boga plecami i tak szli przez życie. Że mogą to być tacy faryzeusze - znowu do niedzieli nawiązując - którzy pod maską bogobojnych i sprawiedliwych, tak naprawdę byli zupełnie inni, skupiając się na detalach i formach, ale nie wkładając w to wszystko żadnej treści. Tacy, w których usta dzisiaj ewangelista wkłada słowa Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś. Nawet się zgadza - ewangelia dokumentuje, że faryzeusze faktycznie chodzili za Nim (choć bynajmniej nie po to, aby się do Jego nauki przekonać, ale by Go na czymś przyłapać, oskarżyć).

Jezus mówi wyraźnie: Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście. Odstąpcie ode Mnie wszyscy dopuszczający się niesprawiedliwości! Nie wystarczy faryzejska kazuistyka odnośnie Tory, pozorna mądrość, czy setki godzin modlitw - o ile to modlitwy takie, jak w obrazku niedzielnym: robienie laurki sobie samemu, tyle że rozpoczynając od słów Boże... Żadna to modlitwa. Jeśli z prawością u niektórych jest podobnie, jak u faryzeuszy z modlitwą - to nie dziwię się ostrym słowom Jezusa pod ich adresem. Przesłanie jest jasne - słowa i czyn muszą ze sobą współgrać, harmonizować. Nie można modlić się, chodzić na msze - a w pracy obmawiać, okradać pracodawcę, zdradzać małżonka. Trzeba być jednoznacznym: tak - tak, nie - nie. Wtedy postawa ma jakieś znaczenie. Jeśli pełna jest sprzeczności - czy coś w człowieku jest prawdziwe? Co? Która jego część? W zależności od sytuacji - mam wybrać? Nie. Wtedy wszystko jest udawane. 

Nie bójmy się być ostatnimi w tym, co po ludzku wydaje się najważniejsze - a tak naprawdę ani samo w sobie szczęścia nie daje, ani tym bardziej nie jest tak wcale ważne. Ludzie, którzy się tylko na tych sprawach skupiają, sami ułatwiają jakby zadanie innym - robią wszystko, by będąc pierwszymi, znaleźć się na samym końcu. Gdzie już nic nie pozostanie, jak tylko - zaprzepaściwszy wszystko, co Bóg w życiu oferował  raz po raz - liczyć na Jego miłosierdzie.

>>>

Nie wiem, czy zauważyliście - ale zmienił się nieco układ GN. Nie wiem, czy dopiero teraz - czy wcześniej (pisałem już, uciekły mi chyba 2 poprzednie numery). Dział poświęcony liturgii niedzielnej zmienił tytuł na Słowa najważniejsze - dobre. Teksty w węższych, ale dłuższych kolumnach - ponoć tak się lepiej czyta. Nie wiem, czy na stałe - ale podoba mi się to - drugie czytanie jest w formie (tytule) punkty - kilka krótkich myśli x Tomasza Jaklewicza. Zmieniło się także położenie felietonów Asy z rękawa - w bieżącym numerze znajduje się w środku numeru, tuż przed dodatkiem diecezjalnym. Nie rozumiem jednak, czemu genialne teksty Franka Kucharczaka z cyklu Tabliczka sumienia zostały przesunięte... na sam koniec, tuż za okładką (w miejsce, gdzie dotychczas były Asy...?).

Prasówka:
Nie wiem, czy już o tym pisałem - dla mnie GN wystarczy. Innej prasy (no, czasami GP - ale to z przyczyn zawodowych) nie czytam. Warto sięgnąć, jedynie 4 zł (w prenumeracie chyba nawet ciut taniej). 

A skoro już o ochronie życia - zacytuję obszerny kawałek ostatniego felietonu Franka Kucharczaka pt. Mrożenie logiki:
Nadchodzą wybory, więc parlamentarzyści wyciągnęli z sejmowej zamrażarki projekty ustaw dotyczących in vitro. Zmajstrowane w próbówce dzieci w zamrażarce pozostają, tyle że prawdziwej. Ale nie ma się co martwić, bo, jak uspokaja nas w „Gazecie Wyborczej” Katarzyna Wiśniewska, „wbrew temu co uważają biskupi, zarodki nie ulegają masowej zagładzie, większość z nich mrożenie przeżywa”. Jaka radość. Co prawda wielu ludzi zginęło, ale za to ilu przeżyło! I wylegują się teraz w lodówkach, aż w końcu ktoś ich rozmrozi i wyleje. Tak lekceważąco o manipulowaniu ludźmi może wyrażać się tylko ktoś, kto ich za ludzi nie uważa. Bo też w tym cała rzecz, że nawet ci, którzy teoretycznie zgadzają się, że zarodek to człowiek, często w praktyce w to nie wierzą. Ach, taki zlepek komórek, to nic nie czuje, nic nie wie. Myśli tak nawet wielu chrześcijan, nie zauważywszy nawet, jak takie „zlepki” zareagowały na siebie, gdy Maryja po zwiastowaniu przyszła do ciężarnej Elżbiety. „Poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie”. Hej, ludzie! Czy „to”, co w chwili poczęcia nosiła Maryja, to nie był Jezus? A Elżbieta – czy nosiła coś nieokreślonego, co dopiero miało stać się Janem Chrzcicielem?
 >>>

I co? Baruch i x. Sylwester zwrócili dyskretnie uwagę na to, że za długie teksty piszę... Pojawiło się mocne postanowienie poprawy żeby sprężać myśli i krócej pisać. Tylko że chyba nie wyszło.

    poniedziałek, 25 października 2010

    Nie bądź faryzeuszem, a z modlitwy nie rób laurki

    Jezus powiedział do niektórych, co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść: Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam. Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika. Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony. (Łk 18,9-14)
    Niektórzy mówią - nie ma znaczenia, jak się człowiek modli, byle się tylko modlił. Czyżby? Jezus wskazuje dzisiaj, a właściwie we wczorajszej liturgii słowa - że bynajmniej. Czyli - można modlić się źle. Czym ma być modlitwa? Ma być rozmową z żywym Bogiem, utrzymywaniem, pielęgnowaniem z Nim relacji przez człowieka. Wtedy jest dobra, miła Jemu i w ogóle ma sens. Ale równie dobrze może być pustą religijnością, formą której nie wypełnia treść, pustym rytuałem. Choć - zewnętrznie - pewnie poważanym i cenionym. 

    Tak właśnie było z tym (i nie tylko) faryzeuszem. Zwróć uwagę - Jezus wobec faryzeuszy zawsze był wyjątkowo ostry i krytyczny. Czy chodziło tylko o krytykę obłudy? Na pewno też. Wydaje mi się, że chodziło o pozorność właśnie ich postaw - piękną zewnętrzną formę, dbałość o detale przestrzegania Tory, wierności literze Prawa Mojżeszowego do przesady. Jakby takie odrzucenie roli łaski Bożej na rzecz zadufania w sobie, swojej doskonałości w wypełnianiu prawa. Jezus był im zdecydowanie nie w smak - nie dość, że krytykował ich fałsz, to jeszcze nijak nie mogli Go zagiąć, złapać na pomyłce czy sprzeczności; sam przecież mówił: Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. (Mt 5, 18-19) Ale co jest ważniejsze - prawo czy drugi człowiek? prawo czy miłość? prawo czy miłosierdzie? Dramat faryzeuszów polegał na tym, że ich zdaniem - prawo, podczas gdy w istocie, co podkreślał Jezus,  zawsze ważniejszy jest człowiek. Pycha - także w materii takiej, jak znajomość prawa, gubi człowieka. Jak każda pycha .

    Ta historia, ten przykład - zestawienie celnika i faryzeusza - pokazuje świetnie, że modlitwa nigdy nie ma istnieć sama dla siebie, jakby w próżni. Modlitwa to postawa, działanie wynikające z czegoś głębszego - żywej wiary, potrzeby serca człowieka wierzącego, który szuka kontaktu ze swoim Bogiem. Forma może być piękną ozdobą, ale nie musi (i może być myląca). Człowiek nie modli się, żeby się modlić - a jeśli tak, to robi to bez sensu, traci czas. Nie jest istotą modlitwy zastanawianie się nad tym, czy daną formułkę wymówiłem ze stosownym pietyzmem, czy nie przekręciłem jakiegoś słowa, zwrotu, czy postawiłem właściwe akcenty. Na tym skupiali się faryzeusz - i wcale na tym dobrze nie wyszli. To rozprasza, odwraca uwagi od istoty modlitwy jako czasu poświęcanego Bogu. 

    Czy w ogóle to, co robił faryzeusz, było modlitwą? Sam nie wiem. Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam. 
    1. Dziękuje Bogu... za to, że jest lepszy od innych.
    2. Sam we własnych oczach - i przed Bogiem - wywyższa się ponad innych.
    3. Jest wobec siebie - i Boga - dumny z tego, jak to wspaniale zachowuje Torę.
    Czego zabrakło? Pokory. Czy była to tak naprawdę modlitwa? Może, ale nie wiem, do kogo skierowana. Bo mi to na laurkę - samemu sobie wystawianą - przy mistrzowskim zachowaniu zewnętrznych pozorów pobożności i bogobojności.

    Oczywiście, można wpaść w inną niż faryzejska skrajność - upojenia z uświadomienia sobie własnej niedoskonałości. Na marginesie, to jest jeden z moich zarzutów pod adresem neokatechumenatu, bazując na obserwacji kilu osób z takich wspólnot, jakie znam. Neokatechumenat wychodzi od uświadomienia sobie przez konkretną osobę swojej grzeszności, małości, słabości - bardzo dobrze, bo to podstawa, dopiero wtedy można przyjąć łaskę jako bezwarunkowy dar miłości Boga. Tylko że mnie to zalatywało niekiedy taką pewnością - no, wiem, że Bóg mnie kocha, ja jestem słaby, więc mogę robić swoje dalej, a jak pójdę na Eucharystię i się wyspowiadam, to będzie dobrze. A, wg mnie, to nie jest tak i takie podejście jest bardzo złe. Podczas spotkań wspólnoty - aniołki, dzielące się doświadczeniami wiary, a później - dalej robiący swoje... Dziwne, dla mnie. 

    Niedoskonałość jest dobra, gdy jestem jej świadomy, ale gdy na świadomości się nie kończy - tylko jest ona początkiem (a nie tylko porywem pojedynczym) systematycznej walki z grzechem. Łatwo osiągnąć jakikolwiek sukces i osiąść na laurach - ale zupełnie nie o to chodzi. Gdy przychodzi sukces - trzeba go umieć docenić, potraktować nie jako koniec i cel, ale motywację do dalszej pracy. Powoli, po kawałku, zmierzać do wyraźnego celu. Raz to wychodzi lepiej, raz gorzej. Ważna jest wytrwałość i determinacja. Jak z ćwiczeniami fizycznymi - przed egzaminem ćwiczyłem przez cały okres diety, codziennie praktycznie, czułem się świetnie. A że ćwiczenia to wieczorem blisko godzina, to przed egzaminem szkoda mi było czasu, no i przestałem ćwiczyć. Kilka kg potem wróciło, i trudno było się zabrać do ćwiczeń znowu - ale się zabrałem, ćwiczę znowu codziennie, i jest lepiej, waga schodzi do poprzedniej. Co było trudne? Przerwanie systematyczności - choć powodem nie było lenistwo. Ale potem ciężko wrócić i podjąć wyzwanie. 

    Czemu celnik był w tej modlitwie lepszy? Nie, to źle zadane pytanie - bo modlitwa to nie zawody. Czemu modlitwa celnika była bardziej Bogu miła? Bo nie było w niej pychy. Bo nie była pewnie tak piękna, składna, wyrażona we wzniosłych tekstach - jak faryzeusza. Ale była z pewnością bardziej od tej faryzejskiej prawdziwa, autentyczna, szczera, oddająca sytuację, uczucia, myśli i pragnienia celnika. A taka ma być modlitwa. Nie ma być oderwaną od rzeczywistości laurką, jaką - jak w konkursie na lekcji plastyki - niesiemy do Bozi, żeby dostać dobrą ocenę. Ma być szczerą kwintesencją tego, kim ja w danym momencie jestem - z trawiącymi mnie emocjami, radościami, smutkami i troskami. Ma być wyrażeniem mnie samego, moim krzykiem do Boga. 

    Ten celnik był pokorny w swojej postawie. Świadomy tego, że ideałem nie był - i nie chodzi tylko o stereotyp celnik = kolaborant (z okupantem rzymskim) i złodziej (bo pobiera na pewno więcej, niż musi okupantowi oddać) - świadomy swoich grzechów (każdy je ma - on też), świadomy niegodności stawania przed Bogiem. Był pokorny. Wiedział, jaki jest - i było mu autentycznie wstyd, że nie potrafił pewnie się zmienić. Ale była w nim wola tej zmiany i świadomość, że jest to cel, jaki Bóg przed nim stawia. Stąd taka a nie inna postawa, i takie a nie inne słowa - Boże, miej litość dla mnie, grzesznika.

    Więc - jak postępować, jak żyć? Bogobojnie, ale tak naprawdę. Jak najlepiej, na miarę swoich możliwości tych prawdziwych (a nie na poziomie zwykłego lenistwa i łatwizny). Nikt sam się nie zbawi - bo zbawić może tylko Bóg, ale tym, jak żyjemy, pokazujemy Bogu, czy nam w ogóle na tym zbawieniu zależy, czy my wierzymy w Niego samego, w Dobrą Nowinę, czy Kościół jest dla nas wspólnotą - czy mamy tylko metryczkę chrztu, więc czasem do kościoła zajrzymy, przed ślubem się wyspowiadamy, czasem mięska w piątek nie zjemy czy rzucimy jakieś resztki na tacę w kościele. Chrześcijaństwo to religia i wyzwanie dla ludzi radykalnych, którzy nie boją się ciągłej pracy nad sobą. Zbawienie jest darem, ale trzeba się wysilić, aby pokazać Bogu, że chcę ten dar przyjąć. Zbytnia pewność własnej sprawiedliwości, pogarda dla innych czy łatwość osądzania - tak, to też są argumenty. Jak myślisz, co wskazują - chęć bycia zbawionym, czy coś zupełnie innego? Bóg usprawiedliwi każdego, kto - poza tym, co sam w życiu robi - osądzanie innych, ich pobudek i motywacji pozostawi Jemu samemu. Tak, jak usprawiedliwił tamtego celnika.

    Ewangelista przytacza wprost - co się rzadko zdarza - do kogo adresował Jezus te słowa: do tych, którzy ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili. Postawa wszechobecnego znawstwa i przypisywania sobie wiedzy i legitymacji do oceniania i sądzenia innych uderza na każdym kroku. Tylko że jakoś zawsze brakuje ochoty i woli, żeby samego siebie podsumować, tymi samymi kryteriami, jakimi przed chwilą podsumowałem tego czy tamtego. Ciekawe dlaczego? Może dlatego, że sam bym wyszedł jeszcze gorzej, gdyby do tej oceny podejść solidnie?

    sobota, 5 czerwca 2010

    TO NIE INTERES

    I nauczając dalej mówił: Strzeżcie się uczonych w Piśmie. Z upodobaniem chodzą oni w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku, pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne miejsca na ucztach. Objadają domy wdów i dla pozoru odprawiają długie modlitwy. Ci tym surowszy dostaną wyrok. Potem usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie. (Mk 12,38-44)
    Jeśli ktoś powie - Kościół innych napomina, a sam ma dużo za uszami, księża czytają na mszach tylko to, co dla nich wygodne - to powyższy tekst jest zaprzeczeniem. Tak, pada nazwa faryzeuszy - a czy tak trudno zastosować analogię do współczesnych kapłanów? Bo to dla nich przestroga. 

    Powołanie samo w sobie nie jest jakimś ubóstwieniem. Człowiek przez to, że Duch Boży spoczywa na nim w momencie włożenia rąk przez biskupa, przez co staje się szafarzem sakramentów, nie staje się przysłowiową świętą krową, której wszyscy winni się kłaniać, zachwycać nad wszystkim co powie (bez względu na jaki temat) i najlepiej spełniać wszelkie, przede wszystkim materialne, zachcianki zanim jeszcze o nich pomyśli. A niestety, obserwując co poniektórych duchownych - mam tu na myśli o. Tadeusza Rydzyka CSsR (któremu cześć za upór, z jakim stworzył Radio Maryja w tego radia założeniach - które są jak najbardziej pozytywne i godne pochwały, bo problemy z tym radiem związane dotyczą kwestii dalszych, drugorzędnych) czy x Henryka Jankowskiego (którego zasług z okresu komunizmu w kwestii wspierania członków Solidarności nie zamierzam kwestionować) - można odnieść wrażenie, że oni na swoim kapłaństwie zrobili dobry interes. 

    Ktoś może poczuć się zgorszony tym porównaniem? Cóż, taki jestem, że piszę wprost. Katolickie ogólnopolskie radio to duży sukces Kościoła i dzieło potrzebne - ale czy potrzebne i w ogóle dopuszczalne były sytuacje, gdy na jego falach dochodziło do wypowiedzi wprost antysemickich, nawołujących do jakiś rewolucji, gdy żonę prezydenta kraju (bez względu na upodobania polityczne) nazywano czarownicą, albo gdy autorytetem Kościoła podpierano kampanię wyborczą na rzecz konkretnej opcji politycznej? I może to duże uproszczenie - ale śmiem twierdzić, że problemy z RM zakończyłyby się, gdyby na jego czele stanął ktoś inny. A prałat Jankowski - cóż, w trudnych czasach wiele robił dla stoczniowców, Solidarności, pomagał, dużo organizował - i chwała za to. Ale paradowanie w strojach kościelnych, do których nie ma żadnego prawa (mantolet - po SW II prałaci papiescy nie mają do nich prawa; biała sutanna - dopuszczalna tylko w konkretnych sytuacjach, związanych z klimatem miejsca - a nie widzimisię księdza), obwieszanie się medalami, zakładanie dziwnych fundacji, które tak dokładnie nie wiadomo co robią (poza produkcją wina imieniem założyciela fundacji), i kilka pomniejszych skandali? 

    I na tym cierpi Kościół. Ludzie to widzą - a często sami nie mogą sobie pozwolić na wiele, żyją w długach, na kredytach ledwo co spłacanych, albo po prostu z ciężkiej pracy cieszą się jako takim poziomem życia.  I z serca, z prawdziwej wiary łożą na Kościół - czy to po prostu na tacę, czy to na kolędę księdzu w kopertę dadzą czasem i sporą sumę (gdy pomnożyć to razy ilość odwiedzin danego dnia), czy wreszcie wspierają różne okolicznościowe zbiórki datków pod patronatem Kościoła. Zgadza się - sam jestem zwolennikiem tego, aby każdy kapłan miał środki na własne cztery kółka - bo mobilny może szybciej dotrzeć do chorego albo umierającego, chociażby. Ale po co komu maybachy czy najnowsze modele mercedesów? Obstawa? Trudno w takiej sytuacji oprzeć się wrażeniu - skąd on to ma? Czy nie jest tak, że o jednym się trąbi, aby wspierać to czy inne zbożne dzieło, po czym pieniądze te nie do końca idą na to, o czym była mowa? 

    Na szczęście - są jeszcze między nami takie wdowy, jak ta z ewangelicznego obrazka. Ludzie, którym wystarczy wiary, aby być ponad to. Może i widzą - a, ten ksiądz coś często (i zwykle akurat po kolejnej większej zbiórce na jakiś cel) zmienia samochody, telefony to conajmniej 2 wypasione ma, gadżeciarz... Ale potrafią widzieć ponad nim - takim duchownym - Kościół z jego potrzebami, który chcą wesprzeć. I te wdowy nie zawsze muszą być ubogie. Oczywiście - ich postawa jest tym bardziej heroiczna, gdy sytuacja materialna szczególne trudno, a mimo to w swoim niedostatku chcą się dzielić i ofiarować coś więcej niż modlitewne wsparcie Kościołowi. Ale bardzo często są to ludzie zwykli, po prostu odpowiedzialni. Wierzę, uważam się za katolika, Kościół jest moją matką i mam obowiązek wspierać Go także finansowo. I robię to. 

    Jestem antyklerykałem? W pewnym, zdrowym bardzo, sensie - tak, na pewno. I uważam, że każdy powinien być. Bo wystarczająco mamy przykładów duchownych żyjących jak pączki w maśle - za pieniądze ludzi, którzy niekiedy naprawdę sobie i swoim bliskim czegoś odmawiają, żeby wesprzeć dzieło Boże... które okazuje się, de facto, być kolejną fanaberią księdza, pod pretekstem jakieś zbiórki. Sami księża powinni być na tyle antyklerykałami, aby potrafić nazwać wprost sytuacje złe i patologie przede wszystkim w ich własnych środowiskach - czego, jak widać, często brakuje. 

    I tu nie chodzi o pieniądze, nie tylko. Tu chodzi o ludzką wiarę, które w przypadku ludzi tacy księża swoją postawą narażają na zachwianie i upadek. Tu chodzi o zaufanie ludzi do Kościoła, w którym cały czas - mimo ciągle, niestety, rosnącej ilości skandali z udziałem duchownych na różnym tle - ci ludzie widzą, Bogu dzięki, Jego wspólnotę, wspólnotę ludzi Jemu wiernych, którzy z Nim chcą iść przez życie. To wszystko zostaniem im podsumowane. Ciekawe, jaką wtedy będą mieli minę, i czy nagle nie przypomną sobie z przerażeniem słów, które całe życie mówili z ambony, a co do których czegoś im zabrakło, aby wcielić we własne życie. 

    Dziękuję Bogu dzisiaj za tych, którzy tak potrafią postąpić - budować materialnie i wspierać Kościół pomimo tego, co niejednokrotnie widzą, ale chcą patrzeć dalej, i widzieć szerszy kontekst. Nie zatrzymać się na słabym człowieku - nawet w koloratce, czy różowej sutannie - i dojrzeć Kościół żyjący, z jego potrzebami, ciągle nowymi i rozwijającymi się dziełami, ludźmi czekającymi na Dobrą Nowinę. Za ludzi, którzy w imię wiary potrafią sobie czegoś odmówić - aby Bóg mógł dzięki tym środkom działać przez Kościół na rzecz kogoś, kto tych - czasami nawet niewielkich kwot, tego wdowiego grosza - bardziej potrzebuje. A takich ludzi jest wiele. Pamiętaj o tym, zanim obruszysz się, że Kościół znowu chce pieniędzy.   

    >>>

    Śliczny tekst - czy dla nowożeńców, czy dla małżonków na rocznicę - x Rafał Sorkowicz TChr.

    >>>

    Prześwietny tekst o. Grzegorza Kramera SI jeszcze o Bożym Ciele (u mnie - poprzedni wpis). 

    O czym? O tym, że chrześcijanin z natury musi być skandalistą, szaleńcem jakby, skoro wierzy w to, że wszechmocny Bóg staje się człowiekiem, umiera za niewdzięcznych ludzi, i zostaje między nimi pod postaciami chleba i wina, które stają się w liturgii Jego Ciałem i Krwią. Mocno polecam. 

    >>>

    Cztery dni wolnego... Człowiek się odzwyczaja. Wczoraj poszaleliśmy po lumpeksach, zrobiliśmy kilka fajnych zakupów za śmieszne pieniądze, zakupy normalne sobotnie do domu, potem na basenie się wyżyłem się nad sobą, a po południu pojechaliśmy do rodziców, żeby wieczorem zlądować u znajomych na ognisku. 

    A dzisiaj - odpoczywamy obecnie po kilkugodzinnym byczeniu się na słonecznej plaży, po której starczyło mi jeszcze sił na umycie podłogi w mieszkaniu i napastowanie jej. Przyjemny czas :)