Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modlitwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modlitwa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 grudnia 2015

Moje małe przyzwyczajenia

Dwie sprawy, które - niby prozaiczne - a żyć troszku nie dają, jak czasami się nad nimi zastanowić. Kwestia takich dziwnych nawyków i przyzwyczajeń. Ale jednak.

Kościół - najlepiej, gdy pusty

Lubię pusty kościół. Lubię modlitwę w samotności. Jakoś tak sobie do serca wziąłem te słowa:
Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (Mt 6, 6)
Nic na to nie poradzę. Pomijając sytuacje ekstremalne, kiedy idę na Mszę przysłowiowym bladym świtem, ździebko nieprzytomny, i staram się otrzeźwieć i rozbudzić się dość gwałtownie - to np. w niedzielę chciałbym układać to tak, żeby móc po prostu spędzić w ciszy z Nim ten kwadrans. Po prostu, w ławce. Dziesiątka różańca, jakieś tam podsumowanie - dnia, tygodnia. Gorzkie żale moje własne, ale i podziękowanie. Wyciszyć się, zwolnić bieg, wyrównać oddech. 

Tak, wiem: jesteśmy wspólnotą, Kościół ma ludzi jednoczyć i gromadzić razem wokół ołtarza. Nie jako indywidualności, ale w grupie. Uzupełniając się, wspierając. To może jakieś tam natręctwo - ale im ciszej, spokojniej, mniej ludzi, tym ja się czuję lepiej. Może mnie rozpraszają inni? Nie wiem. Obserwuję to od dłuższego już czasu, w sumie sporo lat. Tak chyba po prostu mam i nie chcę tego zmieniać. Pora dnia nie ma znaczenia - czy rano, czy wieczorem. 

Inna rzecz, że przekłada się to na niechęć i unikanie większych uroczystości, nieco pompatycznych, z "uroczystą oprawą" (szczyt, coś czego nie znoszę, to orkiestra na Mszy...), a więc siłą rzeczy pektorałów, infuł, pastorałów i tego złocisza wszelkiego... To pewnie z kolei pochodna tego, że z racji wieloletniego zamieszkiwania tam, gdzie mieszkałem, miałem pod nosem wszystkie prawie ówczesne uroczystości i "główne celebry w wymiarze diecezjalnym". 

Prostota, prostota i jeszcze raz prostota. Im bardziej prosty kościół, tym lepiej się tam czuję. Mniej rzeczy, ozdób odwracających uwagę - więcej przestrzeni dla Boga, żeby się w Niego wtulić, zachłysnąć Nim i zasłuchać. 

Pismo Święte, brewiarz - najlepiej książkowy

Uwielbiam różnej maści aplikacje związane z modlitwami czy wiarą w ogólności - ostatnio korzystam z Modlitwy w drodze czy Mocnego Słowa. Przymierzam się do Brewiarza, z którego dotychczas korzystam czasami przez brewiarz.pl. Od kilku dni testuję aplikację Pismo Święte - dzięki niej znajdę każdy cytat biblijny o wiele szybciej, niż w książce.

No właśnie. Te wszystkie nowinki techniczne ułatwiają życie - żeby zmówić Jutrznię czy Nieszpory nie trzeba taszczyć sporej knigi w twardej oprawie w torbie/plecaku, wystarczy kliknąć na smartfonie. Podobnie z czytaniem Pisma Świętego - zamiast cegiełki pokaźnej, nawet mniejszy format, kolejna aplikacja, jakich milion innych masz w telefonie. 

To nic. Uwielbiam po prostu wziąć to papierowe, moje własne, Pismo Święte i je czytać. Starą dużą Tysiąclatkę, albo odkrywane na nowo najnowsze wydanie paulistów Podobnie, najprzyjemniej odmawia mi się liturgię godzin z własnym tu i ówdzie pogniecionym, starym (1988) kompletnym wydaniem brewiarza (na marginesie: jak zobaczyłem, że nowe kosztują ok. 110 zł za tom - a ja kupowałem ok. 2000 roku stare wydanie za jakieś 150 zł za wszystkie cztery, i to nowe - to się zgarbiłem), z wystrzępionymi wstążkami/zakładkami, powtykanymi tu i ówdzie obrazkami. Intuicyjnie. Własna przestrzeń do modlitwy. 

Do starszych osób trudno mnie zaliczyć - no chyba, że 3 w cyfrze wieku na początku to już starość. A jednak - taaaki tradycyjny. Co zrobić :)

poniedziałek, 19 października 2015

Modlitwa człowieka zmęczonego


Panie Jezu - Ty sam dobrze wiesz, że czasami po prostu nie mam siły. 

Rozumiesz - jako człowiek - jak czasami jest trudno, że nie potrafię dać rady, nie umiem się odnaleźć. Że pewne sprawy tak po ludzku przerastają i pozbawiają sił. Czasami coś znienacka, a czasami kilka na pierwszy rzut oka pojedynczych i prostych kwestii, które nakładają się jedna na drugą. 

Proszę Cię, kierują mną i prowadź szczególnie w tych momentach, kiedy jest trudno, kiedy tracę orientację i Zły próbuje mną kierować. 

Naucz, jak zacisnąć zęby, kiedy na usta ciśnie się złorzeczenie, przekleństwo, kiedy nie tylko tym, co robię, ale i tym, co mówię, chcę uderzyć w drugą osobę.

Pomóż wyciszyć się i znaleźć ukojenie w zalewie myśli, emocji, nerwów i stresu - z Tobą i w Tobie. 

Nie pozwól mi ranić innych i być powodem zgorszenia albo smutku - nie tylko dla bliskich, ale dla każdego, z kim mam styczność. 

Pokaż, jak zawierzyć Tobie nie tylko wtedy, kiedy jest pięknie, radośnie, gdy wszystko się układa - ale przede wszystkim wtedy, kiedy wszystko wydaje się sprzysięgać przeciwko mnie, uderzać, odbierać nadzieję, zaciemniać horyzont. 

Uwielbiam Cię, Jezus, i Tobie oddaję każdy poryw mojego serca. 

czwartek, 1 października 2015

Po prostu. Różaniec.


Ja nie wiem, z czego to wynika, i nie bardzo to rozumiem... Ale co roku od kilku ładnych lat jakoś się cieszę na ten październik. Ten jeden w roku miesiąc, kiedy - gdzie by nie wejść do kościoła - ludzie modlą się na różańcu.

Pewnie kiedyś już o tym (nawet nie raz) pisałem, ale nie wiem, skąd u mnie ta "pobożność maryjna" się wzięła. A cudzysłów? Bo to pojęcie jakoś tak dziwnie brzmi. Po prostu lubię się modlić na różańcu.

Trochę mnie to dziwi, i nie do końca chyba rozumiem, kiedy w słynnych październikowych "czytankach" różańcowych różnej maści autorzy starają się wychwalać Matkę Bożą pod niebiosa. Dlaczego? Bo z jednej strony podkreśla się (z czym się zgadzam) jej prostotę, zawierzenie Bogu, ufność; a z drugiej powstają w tym zakresie takie elaboraty i tak przesycone różnymi frazesami, że się można zastanowić, czy jeszcze jest mowa o człowieku, czy może już nie. Dziwne to. 

Moja Mama już nie żyje - leci trzeci rok bez niej - i może trochę dlatego intuicyjnie szukam kogoś, kto może nią być, nawet nie będąc fizycznie obok. Kogoś, komu - jak Mamie, z którą miałem bardzo dobrą relację - mogę się wyżalić, kto wysłucha, po prostu przytuli i zawsze będę wiedział, że martwi się, czeka, kocha i ponad wszystko chce mojego dobra. Że jest przy mnie dosłownie zawsze - z tym, że dzisiaj już nie muszę łapać za komórkę i dzwonić do Mamy; bo ona wie. 

Nie jestem fanem objawień, sanktuariów (z małymi wyjątkami), przepychu i "przemysłu maryjnego", który dość często fundują różnej maści, niezwiązane z Kościołem, fundacje, próbując naciągnąć na darowiznę a to za medali, a to za różańczyk, uderzając w czułą nutę serca Polaka-katolika (co ciekawe, akurat w takich sytuacjach ludzie się nimi czują i dają naciągać - w takich bardziej wymagających już nie...). 

Ale różaniec mam zawsze przy sobie. Przynajmniej staram się. 

Ten właśnie u góry. Niepełny, mały, drewniany, zwykły do bólu. Bez ozdóbek, żadna masa perłowa czy tam inne świecidła - drewna. Dopiero jak zrobiłem to zdjęcie, uświadomiłem sobie, że już jest taki... dość zużyty. Fakt, ostatnio go niechcący wyprałem :) Przeżył ze mną - ten jeden - całkiem sporo, jako że tradycją już jest, że w najmniej oczekiwanych momentach różańce swoje gubię (jak ktoś znajdzie i się mu przyda, to na zdrowie), bo wypadają z kieszeni itp. Ktoś powie - wybrakowany, bo nie cały. Może i tak - ale przez to bardziej poręczny. Zawsze drewniany. 

Nie, to nie jest żaden amulet, talizman, takie katolickie "hokus-pokus". On mi nic nie daje samym tym, że go mam. Ale jest - kiedy po prostu przychodzi taki moment, że chcę z Nim pogadać, a jakoś tak słów brakuje... Poprosić, podziękować, przeprosić, poprosić o radę. Nawał myśli, huragan emocji, kołaczące serce, wszystko jakieś takie rozbiegane...

... i wtedy przypominam sobie Maryję. W tej jej niesamowitej i nierozgryzionej prostocie. Młodą kobietę, której Bóg przewrócił życie do góry nogami, a ona ten przewrót przyjęła swoim fiat. Pozwoliła Mu na to, zaprosiła Go do siebie w ten jedyny i absolutnie wyjątkowy w historii sposób: rodząc Syna Bożego jako własne dziecko. Nie miała łatwo, nie nosili jej na rękach, nie szło wszystko z płatka. A ona ciągle trwała przy Bogu, umiała wiele dostrzec, Jezus wiele zdziałał dzięki jej delikatnej i cichej, ale uważnej obecności (choćby wesele w Kanie Galilejskiej - początek, jedno proste zdanie, właściwie obserwacja). 

Lubimy wszystko komplikować, utrudniać, gmatwać. A ja, im dłużej tak myślę, to z Nim, w relacji z Bogiem, chciałbym być prosty jak drut; przezroczysty, autentyczny, normalny i potrafiący ogarnąć to, co w tej dziwnej historii, którą jest życie, On mi daje, nie będąc przy tym tylko tępym egoistą (którym jestem z natury), ale będąc bardziej dla innych. Tak jak Maryja.  

wtorek, 11 sierpnia 2015

Co to za lato bez opalania


Pierwsze wrażenie - wow! Świetny pomysł, ładna dziewczyna, słoneczne okulary i... Opalajcie się? Jakaś reklama Coli czy emulsji do opalania? Potem kolejna myśl, jak doczytałem - ha! na pewno znowu mój ulubiony bp Grzegorz Ryś! I znowu pudło. Papieski jałmużnik abp Konrad Krajewski. 

Wszystko miało miejsce w rodzinnej Łodzi byłego ceremoniarza Jana Pawła II, Benedykta XVI i Franciszka, w ramach Wieczoru Uwielbienia za dar Eucharystii 14 czerwca 2015 r.  Piękna i bardzo lubiana przeze mnie forma - koncert Deus Meus, przeplatany świadectwami wokalistów, no i sama adoracja Najświętszego Sakramentu.

Abp Krajewski mówił tak (filmik tutaj):
Jan Paweł II non stop chodził „opalać się” przed Najświętszym Sakramentem, tam nabierał rumieńców. Jeśli będzie wam źle, życie was sponiewiera, idźcie przed Najświętszy Sakrament (...) Byłem na Lednicy. Tam wspólnie z młodzieżą z całej Polski, opalaliśmy się przed Najświętszym Sakramentem. Każdy z nich wyspowiadał się, bo chciał podobać się Bogu (…) Życzę, byśmy dalej byli żywym dowodem na istnienie Boga. Święty Jan Paweł II nie zasłaniał sobą Boga, on się Bogu po prostu podobał!
Piękna prostota. Dawno nie słyszałem tak kapitalnej myśli - opalać się w blasku Największego, który przychodzi ukryty w małym, prostym kawałku delikatnego chleba. A jednak, w tej delikatnej i bezbronnej po ludzku postaci i tak świeci, błyszczy, obdarza łaską każdego, kto do Niego przychodzi. Człowiek, który odchodzi od Niego naładowany, "opalony" Panem Bogiem (i to nie tylko latem!), jest dla świata czytelnym Jego świadkiem.

I ta druga, genialna myśl, którą ja akurat kojarzę z x Janem Twardowskim. Żeby Pana Boga swoją wiarą, sobą, swoim ego nie zasłaniać i bardziej nie o Nim mówić, co fascynować sobą tak, aby ci, którzy Go szukają, sami Go we mnie widzieli. 

niedziela, 3 maja 2015

Autentyczność a nie bezmyślny barok

Generalnie bardzo mi się podobał GN nr 16/2015, ale w szczególności rozmowa Marcina Jakimowicza z x Wojciechem Węgrzyniakiem pt. "Szczerze mówiąc" (link do zajawki - niestety, od jakiegoś czasu w GN tylko to, kiedyś były teksty w całości, co w kontekście archiwum, nie mówię o numerze bieżącym, było fajne). A skoro jest tylko zajawka, a nie można skopiować, to opiszę po swojemu to, co mnie zaciekawiło w tej rozmowie. 

A mianowicie, x Węgrzyniak podaje fajne z życia przykłady tego, jak to ludzie pokazują, że im zależy na relacji z Bogiem, że się w tę relację angażują, często emocjonalnie, także wtedy, kiedy w sposób autentyczny, szczery... się z Nim wykłócają, czy nawet czasem wściekają. Co rozmówca zestawił z postawą "Pan moim światłem, nie brak mi niczego" podczas Mszy, a potem jednym wielkim narzekaniem na brak w życiu w sumie wszystkiego. Albo takie "Bądź wola Twoja" na Mszy czy w modlitwie, i znowu, oburzanie się w sytuacji, kiedy idzie nie po mojej myśli (czyli zazwyczaj, znając szczególnie malkontentów, ale nie tylko). Te dwie postawy, niby rozmodlenia, cytowania i modlitwy słowami Biblii, to w ocenie x Węgrzyniaka większa bezczelność wobec Boga niż płynąca z serca prosta złość na coś, co mi u Niego nie pasuje - ale bez tej, hm, dwulicowości?

Biblista bardzo trafnie, w mojej ocenie, odniósł się do takiej naszej polskiej mentalności - a to, że z Bogiem to właściwie się nie wypada kłócić, no bo jak... Zestawił to z nauką na pamięć słów modlitwy przez małe dziecko, powtarzanie (pewnie mało zrozumiałe na początku), wyrabiające pewien nawyk modlitwy i rozmowy z Bogiem, ale w konkretnych ustalonych odgórnie formułach i słowach. 

Teraz trochę, a propos tego, ode mnie, dygresyjka - ok, to jest dobre na początek. Tak jak w tej anegdocie, a właściwie przykładzie z reala - kiedy dorosły człowiek klęka przy kratkach konfesjonału i mówi: nie zmówiłem paciorka, kłóciłem się z żoną, powiedziałem brzydkie słowo, na co spowiednik pyta: dobrze, a teraz wymień grzechy. To jest infantylność i płytkość - ale przede wszystkim dramat tej osoby, która sobie z tego sprawy nie daje. Myślę, że w tym kraju jest nas całkiem sporo takich, którzy żyją w błogiej nieświadomości, mniej więcej tak się spowiadając od pewnie tego 7 roku życia, kiedy pierwszy raz do spowiedzi poszli, uznając, że tak właśnie powinno się to robić dalej w dorosłym życiu. Formułki, paciorki, litanijki (żeby nie było - sam lubię nabożeństwa majowe, natomiast lekko odrzucają mnie ludzie, którzy siedzą w kościele i "idą na rekord" z książeczkami w stylu "100 litanii", odmawiając, mam wrażenie, każdą po kolei...). To jest wygodne, to jest dobre na początek - i to jest kompletnie bez sensu w przypadku człowieka dojrzałego. Bo świadczy o wyuczeniu pewnych spraw (choć nie mam prawa oceniać wiary lub jej braku u kogoś), ale nie o prawdziwej relacji z Tym, do którego te słowa płyną. Staram się często uczestniczyć we Mszy Świętej, zdarza się także w nabożeństwach, odmawiać od czasu do czasu coś z liturgii godzin - ale tak na codzień, poza nieodzownym różańcem, to modlę się po swojemu. Bo to jest moje - prośba, marudzenie, tęsknota, poszukiwanie, złość, żal, pustka, dziękczynienie, radość. Wszystko potrafię - i tak samo każdy inny - przedstawić Bogu po swojemu, tylko trzeba chcieć, a nie "odliczyć" Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo i Chwała Ojcu, i z głowy. Kiedyś się nad tym zastanawiałem, a dzisiaj podpisuję się obiema rękami: jak masz poświęcać Bogu czas na odwal, recytować bezmyślnie na odczepne albo z przyzwyczajenia - to nie marnuj czasu, swojego i Jego. Ostro? Może. Ale to ważne sprawy - a niektórzy ludzie w tej materii są kompletnie niepoważni, choć czasami nieświadomie. 

Wracając do rozmowy z x Węgrzyniakiem. Powołując się na Mt 10,14 wskazuje na to, że Jezus kieruje uczniów do tych, którzy chcą ich słuchać - czyli gdy chęci tej nie ma, szkoda czasu na gadanie. Idzie nawet dalej - jeśli nawracanie ci szkodzi, odpuść sam. Gdy zaczynasz się użalać nad swoją bezradnością i bezowocnością w ewangelizowaniu. Kiedy, pomimo najlepszej argumentacji, druga strona jest nieprzemakalna i wydaje ci się przez to, że sam jesteś cieniasem i się nie nadajesz. Bo to jest nie tyle ewangelizacja mniej lub bardziej udana, co dechrystianizacja siebie samego - co jest na rękę Złemu. Prawda rzucona w twarz nic nie da, kiedy przez kontekst sytuacji sam zaczynasz tę osobę nienawidzić - kiedy ja sam się staję przez to gorszy, kiedy nie tyle jestem mało efektywny, co szkodzę (choćby sam sobie). 

Kilka ciekawych myśli, ot, do zastanowienia. 

wtorek, 27 stycznia 2015

Pomódlcie się za aplikantów

Nie podejrzewam, aby tego bloga czytało zbyt wielu prawników.

Faktem jest, że ja sam - jak również sporo Koleżanek i Kolegów tak w Gdańsku, jak i wielu miejscach Polski, zarówno aplikantów radcowskich, jak i adwokackich - przygotowujemy się do egzaminu zawodowego (radcowskiego, adwokackiego), który będziemy zdawać w dniach 11-13 marca 2015 r.

Nie wchodząc w szczegóły - baaardzo duża ilość materiału, każdy prawie pracuje zawodowo, a czasu nie ma zbyt wiele. Stąd pomysł - pomóżcie modlitwą! 

Ja już jestem na urlopie od poniedziałku - staram się ogarną gigabajty skryptów, komentarzy i innych pomocnych rzeczy, powtórzyć przepisy i wprawić się w rozwiązywaniu kazusów. Z jednej strony - sporo czasu, z drugiej strony - wcale nie tak dużo. Staram się dzień zaczynać Mszą Świętą - póki co się udaje. Za to jakoś weny do nauki brak... 

Dlatego - i ja, i inni, prosimy o wsparcie. Żebyśmy ten czas na naukę dobrze wykorzystali, uczyli się tego z czego kazusy dadzą nam do rozwiązywania, żeby komisje egzaminacyjne były życzliwie i aby się po prostu udało zdać - co stanowi ukoronowanie nie tylko 5 lat studiów, ale i kolejnych 3 lat aplikacji (nauka, praktyki, występowanie w sądzie itp).

Nie wiem, ile osób deklaruje się jako wierzący (ale znam takich w swoim środowisku, jest ich całkiem sporo) - ale na pewno każda taka osoba, a nawet nie identyfikująca się specjalnie z Kościołem, wiarą i Bogiem będzie wdzięczna za życzliwe wsparcie i pamięć.

W imieniu wszystkich zdających - dzięki!

Żeby ta intencja była widoczna - wrzuciłem ją też w moduł w menu po prawej stronie.

niedziela, 28 grudnia 2014

Modlitwa za związki niesakramentalne

Najpierw chciałem napisać - w kontekście Niedzieli Świętej Rodziny - coś na temat listu pasterskiego polskich biskupów, ponoć bardzo dobrego jak na teksty biskupów. Niestety, ani czas nie pozwolił samemu przeczytać, ani nie było dane mi posłuchać go w całości w kościele - ksiądz wplatał tylko w homilię pewne jego myśli (na pewno sensowniejsze niż odczytywanie w całości listów naprawdę miernych i nie na temat, czego chyba każdy polski katolik doświadczył na własnej skórze nie raz). Natomiast do przeczytania zachęcam i postaram się też to zrobić.

Jak już siedziałem w kościele - tak mi przyszło do głowy: jak niewiele w kontekście rodzin mówi się tutaj o związkach niesakramentalnych. Nie mam tutaj na myśli takich, co to im się po prostu nie chce ślubu w kościele - "bo drogo", "bo nie ma kiedy", "bo chcemy poczekać" i "bo..." milion innych rzeczy, czyli osób które nie mają żadnych przeszkód do zawarcia sakramentalnego związku. Bardziej mówię o tych, którzy taki związek sakramentalny zawarli, rozpadł się i obecnie żyją w związkach czy to w ogóle nieformalnych, czy to cywilnych - i nie mają na ten moment możliwości czerpania z sakramentów. 

No bo popatrzcie - przykład schematu choćby modlitwy powszechnej. Za rodziny w ogóle. Za rodziny rozbite i doświadczane (przemoc, alkohol, używki, uzależnienia, niewierność etc.). Za małżonków w ogóle. Za narzeczonych. A słyszał ktoś wezwanie za rodziny może nie formalne, ale przecież będące tak samo rodzinami - rodzice, bardzo często dzieci - niesakramentalne? Ja nie. Jeśli ktoś słyszał - cieszę się. To jest problem, bo tak być nie powinno - osoby te jak najbardziej, o ile chcą, są w Kościele i nie są gorsi. Są pozbawieni na skutek wyborów życiowych dostępu do sakramentów, ale nie są jakkolwiek odrzuceni - a bardzo często tak się czują. Za takich ludzi, za te wspólnoty trzeba się modlić, bo oni tej modlitwy bardzo potrzebują. 

Nie tak dawno, o dość dziwnej porze, w rodzinnej parafii był ślub. Dość nietypowy, bez pompy, tłumu gości. Ślubowali sobie przed Bogiem ludzie, którzy żyli razem już wiele lat, mają dzieci. To dobrze, że ludzie dojrzewają do takich decyzji - i przychodzą po to błogosławieństwo, które z betlejemskiej stajenki rozlewa się po świecie. 

piątek, 7 marca 2014

Owocne poszukiwanie

Kościół powszechny - w tym sensie rzymski. My wszyscy, chrześcijanie, denominacje (nie osobne kościoły, bo Kościół jest jeden) bez podziałów? A może po prostu ponad nimi? Razem, jedno. 

Niesamowite stwierdzenia protestanckiego biskupa Tony'ego Palmera o tym, że w 1999 r. wraz z podpisaniem Wspólnej deklaracji w sprawie nauki o usprawiedliwieniu z Augsburga doszło do zakończenia protestu, rozpoczętego w 1517 r. przez Marcina Lutra. Protest się skończył? I piękne zdanie - chrześcijańska jedność jest podstawą naszej wiarygodności. 

A do tego - pewnie dla niektórych przysłowiowa Sodoma i Gomora - papież Franciszek, pozdrawiający w ramach spontanicznego nagrania, wykonanego telefonem komórkowym, uczestników konferencji protestanckiej. Koniec świata. Czy jednak? Papież mówiący o grzechach i nieporozumieniach w historii, które podzieliły wierzących, mówiący o tęsknocie za jednością. Niesamowite nawiązanie do starotestamentalnej opowieści o Józefie i jego braciach - "szukali jedzenia, mieli pieniądze, ale nie mogli ich zjeść; znaleźli jednak coś o wiele bardziej wartościowego - swojego brata" - i do jego woli, tęsknocie i dążeniu do jedności. Oraz prośba o modlitwę i błogosławieństwo. 

To video na YT krąży w wielu wersjach - warto posłuchać w polskiej. 

poniedziałek, 3 lutego 2014

Zawierzenie

Gdy upłynęły dni oczyszczenia Maryi według Prawa Mojżeszowego, przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu. Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego. A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela. A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu. Była tam również prorokini Anna, córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach. Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostawała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą. Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy. A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta - Nazaret. Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim. (Łk 2,22-40)
To jest piękna rzeczywistość, do której tak wiele nam brakuje. Maryja z Józefem - wypełniając tradycję prawa Mojżeszowego - dają nam wspaniały przykład tego, co powinniśmy czynić. Z jednej strony, zawierzając Bogu każdego nowego małego człowieka w sakramencie chrztu (chociaż, czy nie było by bardziej celowe, aby on sam podrósł i samodzielnie podjął decyzję?), z drugiej wskazując na to, co powinniśmy robić na co dzień.

Ja nie mówię - być codziennie na Mszy - bo sam mam z tym problem, i obecnie, jak policzyłem, zdarza mi się to w tygodniu właściwie raz. W niedziele różnie bywa - od jakiegoś czasu z malutkim mamy problem, najwyraźniej jakiś okres buntu ma: nie ma siły, nie wysiedzi całej Mszy. Ale staram się chociaż ten jeden poranek wygospodarować i przed pracą porozmawiać z Nim twarzą w twarz przy ołtarzu. 

Bóg nas zaprasza właśnie do tego, abyśmy do Niego przyszli - jeśli możemy, w sakramencie Eucharystii; jeśli nie to choćby w cichości serca, w codziennym zabieganiu swoich spraw, wnieść swoje myśli i porywy serca ponad tę codzienność i zwrócić to wszystko ku Niemu, Jemu zawierzyć i polecać wszystkie zadania, plany, zamiary, problemy i troski, dziękując za dobro i przepraszając za zło. Prosząc dla siebie i dla innych o siłę, aby drugiego człowieka nie tylko wykorzystać, ale być dla niego, bezinteresownie, tak po prostu, i umieć zaradzić temu, co jest dla niego trudne i bolesne. Ale też, aby - kiedy trzeba - umieć jednoznacznie nazwać dobro dobrem, a zło złem - w tym sensie będąc czytelnym znakiem, znakiem sprzeciwu właśnie. 

Po co to? Aby żyć pełną piersią, a nie tylko bezsensownie wegetować. Aby robić coś nie tylko we własnym interesie, ale choćby minimalnie dla kogoś, bez powodu, wbrew sobie, z miłości. Żeby w sercu drugiego człowieka zostawić ślad nie tyle po sobie, co po obecności Boga, który przeze mnie chce działać. A u kresu dnia - jak teraz, wieczorem, móc za Symeonem powiedzieć: teraz, o Panie, pozwól odejść swemu słudze w pokoju. Po owocnym dniu i za samo to, że ten dzień zaistniał, podziękować.

Ofiarowanie siebie Bogu to coś naprawdę pięknego. Ja taką prostą modlitwę - bodajże św. Ignacego Loyoli - powtarzam zwykle w ramach dziękczynienia po przyjęciu Komunii Świętej. Nie ma sensu teoretyzować - nie sposób opisać, jaki pokój przenika serce w momencie, kiedy człowiek sam oddaje się w opiekę, skrywając się w cieniu Jego rąk. To po prostu trzeba zrozumieć w praktyce. Otworzyć się przed Nim...

Powierzam się, Boże,w Twoje ręce.Niech kształtuje się ta glina w rękach garncarza.Nadaj jej kształt potem rozbij ją, jeśli chcesz.jak złamane zostało życie Johna, mojego brata.Proś, rozkazuj: ..co chcesz abym uczynił,czego chcesz abym nie robił?"
Wywyższony, obmówiony, pocieszony, cierpiący,nieużyteczny we wszystkim,nie pozostaje mi nic innego,jak powiedzieć za przykładem Twojej Matki:„Niech mi się stanie według Twego słowa."Daj mi miłość w pełnym znaczeniu tego słowa,miłość Krzyża, ale nie krzyży heroicznychkarmiących miłość własną.Daj mi miłość krzyży codziennych,które niosę niestety z niechęcią w sprzeciwach,zapomnieniu, w porażkach, fałszywych sądach,w obojętności, odrzuceniu.pogardzie ze strony innych,w złym samopoczuciu, wadach ciała,w ciemności umysłu, w ciszy i oschłości serca.A tylko wtedy,będziesz wiedział, że Cię kocham,nawet jeżeli ja o tym się nie dowiem,ale to mi wystarcza.
(Robert Kennedy)

wtorek, 15 października 2013

(Nie)wdzięczność

Stało się, że Jezus zmierzając do Jerozolimy przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami. Na ich widok rzekł do nich: Idźcie, pokażcie się kapłanom. A gdy szli, zostali oczyszczeni. Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to Samarytanin. Jezus zaś rzekł: Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec. Do niego zaś rzekł: Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła. (Łk 17,11-19)
W tej historii praktycznie każdy detal ma sens. Dzisiaj mało zrozumiałe może być to, jakim w czasach Jezusa był trąd - choroba wtedy nieuleczalna, skazująca człowieka na powolne umieranie z powodu po prostu gnicia ciała i odpadania jego członków. Mało zrozumiałe - bo w naszych czasach tę chorobę można zwalczyć, wyleczyć. Jednak w biblijnych czasach trąd oznaczał samotność i wyrzucenie poza nawias społeczeństwa, życie poza nią - z koniecznością dawania wszystkim napotkanym osobom znać dzwoneczkiem, że mają do czynienia z trędowatym. Po prostu wegetacja, oczekiwanie na śmierć. 

Postawa tych dziesięciu była z początku jak najbardziej prawidłowa - przyszli, prosili, pragnęli litości. W pewnym sensie wyzwanli wiarę w Boga - Jezusa nazwali Mistrzem. Wykazali się niesamowitą odwagą - zamiast ostrzegać o swojej obecności, wręcz szli w kierunku Jezusa, dążyli do Niego i pragnęli przyciągnąć Jego uwagę (choć "zatrzymali się z daleka"). Pan widział, że ich pragnienia są szczere - i dokonał cudu, mimo że ani słowem nie wynika, że ich dotknął, przytulił, czy choćby nałożył błoto na oczy, jak to zrobił z niewidomym. Poszli do kapłanów - tylko oni mogli stwierdzić oczyszczenie - i oczyszczenie, jak podaje ewangelista, dokonało się w drodze. Gdy doszli na miejsce byli już zdrowi. 

Tutaj zaczęły się schody. Tylko 1 potrafił Bogu za dokonany cud podziękować - a może nie tyle potrafił, co zadał sobie trud, wrócił (po złośliwości pewnie nieco, autor wskazał, że był to ten "gorszy" - nie Żyd, a Samarytanin, cudzoziemiec). Tu nie chodziło o to, żeby przyjść i dziękować Jezusowi - ale uwielbić Boga w Trójcy jedynego za cud, jaki dzięki Jego łasce zaistniał. Tylko ten Samarytanin potrafił w tej sytuacji odnaleźć się na tyle, aby wysławiać Boga. 

Taki sam problem jest z nami. Nie ma nic przesady w staropolskim przysłowiu - jak trwoga, to do Boga. Jak się pali i wali, to nagle stajemy się wierzący (inna sprawa - w kogo, co? - czy modlimy się do Boga, czy obwieszamy się symbolami wszelkich możliwych religii i staramy się, na wszelki wypadek oczywiście, obłaskawić wszelkiej maści bóstwa), i jesteśmy gotowi na wszystko, byle by stało się po naszej myśli. Wszystko zmienia się, kiedy problem się rozwiąże. Gdzie jest dziewięciu? żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec. Pewnie i te proporcje - 1/10 - będą w miarę trafione, bo mało kto potrafi podziękować. Taka nasza roszczeniowa postawa - poprosić jeszcze jakoś tak, ale już żeby dziękować? Po co? Przecież po sprawie. Sam sobie to uświadomiłem w pewnym momencie - i wydaje mi się, że taka postawa jest strasznie dwulicowa, nieuczciwa. Dlatego tym bardziej staram się dziękować, kiedy dobry Bóg udzieli jakiejś łaski - a co jak co, w ostatnim czasie nie raz się o Jego łasce bardzo mocno przekonałem. Po prostu pewna konsekwencja: proszę i modlę się przed (nie tyle targuję, obiecuję "Boże, jak Ty mi pomożesz, to ja Ci...") - ale i dziękuję mocno po, najczęściej też na Mszy Świętej. 

Bardzo mocno widać to choćby po intencjach mszalnych - ile jest za żywych? Większość za zmarłych. Zapominamy o tych, którzy wsparcia modlitewnego potrzebują za życia. Mało to jest okazji? Urodziny, imieniny, urodzenie dziecka, rocznice. Warto o tym pamiętać, i nie wahać się, aby także te intencje polecać modlitwie eucharystycznej wspólnoty Kościoła. A potem wykazać to minimum - po prostu podziękować. 

niedziela, 28 lipca 2013

Problematyczna prostota

Gdy Jezus przebywał w jakimś miejscu na modlitwie i skończył ją, rzekł jeden z uczniów do Niego: Panie, naucz nas się modlić, jak i Jan nauczył swoich uczniów. A On rzekł do nich: Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo! Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto nam zawinił; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie. Dalej mówił do nich: Ktoś z was, mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu: Przyjacielu, użycz mi trzy chleby, bo mój przyjaciel przyszedł do mnie z drogi, a nie mam, co mu podać. Lecz tamten odpowie z wewnątrz: Nie naprzykrzaj mi się! Drzwi są już zamknięte i moje dzieci leżą ze mną w łóżku. Nie mogę wstać i dać tobie. Mówię wam: Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje. Ja wam powiadam: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Jeżeli którego z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień? Albo o rybę, czy zamiast ryby poda mu węża? Lub też gdy prosi o jajko, czy poda mu skorpiona? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą. (Łk 11,1-13)
Już sam początek tych słów to wskazówka niejako - co Jezus robił? Tak, sam będąc Bogiem - modlił się, jednoczył z Ojcem. W tym sensie pytający uczeń miał "nosa" - słusznie zadał pytanie o kwestię, można by powiedzieć, pierwszorzędną. Jak to z tą modlitwą ma być?

"Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo! Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto nam zawinił; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie" - to nic innego, jak Łukaszowy zapis pierwszej z modlitw, Modlitwy Pańskiej. Prostota nade wszystko - nie, jak większość kolekt w liturgii Kościoła (o ile nie wszystkie?) zaczynają się słowami "X Boże..."; tutaj mówimy prościej, w relacji o wiele bliższej - Ojcze. A to z kolei samo w sobie mówi o pewnej naturalności takiej relacji - takiej, jaka powinna być pomiędzy dzieckiem a ojcem właśnie. Ta modlitwa to spotkanie z osobowym, bliskim mi jak Ojciec Bogiem, który przychodzi specjalnie do mnie i pochyla się nade mną - nie z żadnym bliżej niesprecyzowanym świecącym okiem w chmurach, absolutem czy bezosobowym wielkim początkiem wszystkiego. Jeszcze raz ta modlitwa - prośba o nadejście Królestwa, o pokarm codzienny, o przebaczenie przy jednoczesnym przebaczeniu innym, o uwolnienie od pokusy. 

Strasznie mi się podoba ta druga część, przykłady obrazków życiowych. Trochę podobne do tej przypowieści o wdowie i tym, jak nachodziła sędziego, aby ją obronił - aż "wychodziła" swoje, bo sędzia chciał mieć spokój, czyli z mało właściwej pobudki. Tu - podobnie. Człowiek jest skłonny do dobrego uczynku czasem dosłownie mimowolnie i nieświadomie, bo z zupełnie innego powodu, dla własnego komfortu, żeby ten proszący przysłowiowej gitary już nie zawracał i poszedł sobie. A Bóg, jak to Bóg, wskazuje, że to samo w sobie jest dobrem nie jest - ale oznacza dobro dla proszącego. Z bezmyślnego działania Bóg potrafi wyprowadzić dobro, bo każde dobro ostatecznie właśnie z Niego ma początek. Dlatego tak ciekawie wybrzmiewa do pytanie na końcu, jakby retoryczne - skoro jesteś, mały brzydki pełen grzechów i słaby człowieku, zdolny do niezależnego od własnej woli de facto czynienia dobra, to o ile bardziej dobry jest Ten, który stanowi źródło wszelkiego dobra? Bardzo optymistyczne. 

Ten tekst jest bardzo piękny z jeszcze jednego powodu - ponieważ bardzo dobitnie pokazuje, że to w ogóle nie jest tak, że Bóg czegoś ode mnie chce, taki skrupulatny księgowy, który patrzy znad wielkich okularów i w swoim kapowniczku odznacza, kiedy nie było mnie na Mszy, zjadłem schabowego w piątek czy zgrzeszyłem w inny sposób. On nigdy nie był i nie jest przykrym obowiązkiem i przymusem - a jedynie wielką szansą i okazją. Ta obietnica jest właśnie do mnie i do ciebie:  Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Nie - jak poprosicie, i złożycie wniosek, albo udokumentujecie x dobrych uczynków - nie! Po prostu - poproś, a ja się tym zajmę. Szukaj, pukaj, stukaj, kołacz - nie ustawaj, pokaż, że ci zależy, że szukasz pomocy Kogoś większego. 

U Boga nie zdarza się, że nie ma czasu, że zapomniał, że przeoczył - tutaj problem jest już głównie z nami, że zamiast czasami trudnej i mało pasującej do naszej wizji wszystkiego Bożej odpowiedzi, liczymy na to, że będzie zgodnie z ułożonym planem, im łatwiej tym lepiej. Skoro przychodzisz i prosisz o umiejętność modlitwy - to po pierwsze naucz się dziękować, zawsze (z tym jest wielki problem - wystarczy popatrzeć po intencjach mszalnych: ile jest dziękczynnych?), a po drugie przyjmij do wiadomości, że dobry Bóg widzi więcej i wie lepiej, a nasza wiara jest prawdziwa dopiero wtedy, kiedy potrafimy przyjąć, że lepsze jest dla nas to, co niekoniecznie mieści się w sferze naszych planów. 

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Błogosławione zarobienie

To jest niesamowite. A właściwie On - Bóg.

Człowiek musi coś załatwić, stara się, ma świadomość, że wiele zależy od życzliwości (lub jej braku) u drugiej osoby, która może i pomóc, i przeszkodzić - i dostaje telefon z pozytywną informacją tuż po tym, jak sobie o sprawie przypomniał, z mocnym postanowieniem telefonowania w związku z nią. 

Zwykła życzliwość ludzi przypadkowo spotkanych - to w jednym, to w drugim sklepie. Bezinteresownie. Po prostu.

Regularna modlitwa bardzo wiele zmienia w życiu człowieka, szczególnie zabieganego. Nie bez powodu od dłuższego czasu nic nie piszę - nie mam, niestety, kiedy. Praca, wyrwanie trochę dnia na zabawę z małym, wieczorem nauka (kolokwia - 25.06 i 04.07 najgorsze, ustne), a do tego zajęcia jeszcze raz w tygodniu, no i pomiędzy tym fuchy, żeby jakoś wyżyć (bynajmniej bez ekstrawagancji). 

A w tym wszystkim - mama, jej niesamowity spokój, a jednocześnie wola walki i chęć życia, tak bardzo widoczna teraz, kiedy zmaga się z nawrotami raka... Rozmawiam z nią po 2 razy dziennie, odwiedzam jak mogę - teraz się boję, bo mówi, że po radioterapii (naświetlanie mózgu, bardzo mocne), wyszły jej wszystkie włosy (spalone cebulki, ot co) i widać, że ją to krępuje - co tam, boję się sam, żeby się nie rozkleić, jak się zobaczymy... Dlatego staram się maksymalnie zawalczyć w sądzie w sprawie z jej chamem pracodawcą, a jednocześnie przygotowuję papierologię do renty. I na marginesie zupełnie - dieta, nieźle, w miesiąc -14 kg (ale jeszcze wiele przede mną, w czym uczenie się i stresik nie pomaga). 

Staram się modlić, ile daje rady Wspieram komórkową wersję brewiarz.pl - świetny patent, stoisz rano w kolejce i odmawiasz jutrznię na przykład. Dzisiaj po drodze udało mi się już 3 dziesiątki różańca zmówić. Szef wyraził zgodę na indywidualny czas pracy - mogę iść rano na mszę, i chodzę do kościoła nieopodal, chociaż te 2 razy w tygodniu - zakonnicy, inny klimat, bez parafii (dowcip polega na tym, że obok pracy najbliżej mam... polskokatolików, a do tego koło domu - lefebrystów :D). A i z małym te msze niedzielne dziecięce nabierają innego wymiaru - czasami trafia bardziej prosty przekaz, niż górnolotne epopeje - on z kolei patrzy na nas, jako chyba jedyne dziecko sam z siebie klęka i składa rączki. Kochany szkrab :) 

Dzisiaj Kościół stawia przed nami w liturgii Górę Błogosławieństw (Mt 5,1-12). Czy tam jest coś o ludziach zabieganych? Wprost pewnie nie. Ale jest wiele o działaniu - miłosierdzi, wprowadzaniu pokoju, pragnieniu sprawiedliwości - o polach działania dla tych, którzy chcą coś zdziałać, którzy choćby sami chcą być lepsi. Ja próbuję - chociażby w zakresie emocji i nerwów, z czym - wiem - mam bardzo duży problem. Błogosławieni czyli szczęśliwi, napełnienie Bogiem. Wypełnienie Nim po brzegi. Chcący z Nim współpracować - a więc tacy, którzy potrafią i prosić, i dziękować. Bogu nasza wdzięczność do niczego nie jest potrzebna - ale z pewnością raduje się, że człowiek Go nie olewa, że się z Nim liczy i stara się żyć w zgodzie z tym, co On przykazał. Odczuwam to od jakiegoś czasu na każdym kroku. Naprawdę, wiele rzeczy okazuje się prostszych, wiele spraw samych się układa. 

I ten cały spokój... Pomimo - jak widzisz - wielu spraw na głowie. 

czwartek, 7 marca 2013

Adoptowałem

Pewnie nie wszyscy wiedzą o tej możliwości, natomiast jest to piękny dowód na naprawdę Boże wykorzystanie możliwości, jakie daje współczesna technika, dla wsparcia przedsięwzięcia, które niewątpliwie w najbliższych dniach zdominuje i przyciągnie uwagę zapewne większości, o ile nie całego świata. 

Możesz bowiem adoptować kardynała. Wystarczy kliknąć, podać dane osobowe oraz maila, po czym system losuje kardynała, którego w owej adopcji dana osoba ma wspierać modlitwą w okresie poprzedzającym oraz w trakcie konklawe. O co się modlić? O to, aby został papieżem? Niekoniecznie - bardziej o spokój Ducha i właściwe rozeznanie (tak, właśnie w trakcie trwających teraz kongregacji generalnych - bardzo dobry pomysł bł. Jana Pawła II na rozeznawanie przez kardynałów potrzeb Kościoła i poznawanie się nawzajem; minął już czas, kiedy [konklawe 1963 i 1978 r.] kardynałowie mogli się w większości znać z obrad Soboru Watykańskiego II), aby dany purpurat właściwie odczytał głos Pana, wskazując na kolejnego następcę Piotra. 

Ja wylosowałem kard. Telesfora Placyda Toppo, metropolitę Ranchi i przewodniczącego Konferencji Episkopatu Indii. Rocznik 1939. Mianowany biskupem Dumka w czerwcu 1978 r., jedna pewnie z ostatnich nominacji papieża Pawła VI, konsekrowany jednakże... już po wyborze ale i śmierci Jana Pawła I, 07 października tego roku. Młody, nieco ponad 38 lat wóczas. Od 1984 r. koadiutor Ranchi, przejął rządy diecezją w 1985 (mój rok urodzenia). Kreowany kardynałem w 2004 r., kardynał prezbiter tytułu Sacro Cuore di Gesù agonizzante a Vitinia. Na zdjęciu - sympatyczny Murzyn.

To jest właśnie wielkość Boga - gdy wszyscy mówią o słabości Kościoła, której koronnym dowodem ma być fakt rezygnacji papieża, ta inicjatywa pokazuje najlepiej, jak wielką siłą duchową, modlitewną Kościół dysponuje. Ile osób podjęło się adopcji kardynała? Według licznika przeszło 320.000 - zatem po blisko 2.800 modlących się za każdego z 115 elektorów! Ilu ogarnia ich wszystkich 115 elektorów modlitwą bez tego? Nie sposób zliczyć. Obrzucane błotem i nazywane przez niektórych narzędziem Szatana medium internetu wykorzystane w bardzo zbożnym i pięknym celu. 

Tak, Kościół jako wspólnota ludzi jest słaby słabością każdego z nas - jednocześnie jednak jako wspólnota wiary, nadziei i miłości umacnia się, właśnie ponad, pomimo skandali finansowych, seksualnych, mniej lub bardziej słusznego zgorszenia i uchybień. Widząc je, ale starając się nie upadać na duchu i trwać, obejmując modlitwą serce Kościoła, którym niewątpliwie kolegium kardynalskie jest, a przed któym stoi tak ważne dzisiaj zadanie wyboru następcy Benedykta XVI. 

poniedziałek, 15 października 2012

Oddech ducha w dusznym i zabieganym świecie

Jak paciorki różańca przesuwają się chwile
nasze smutki, radości i blaski.
A ty Bogu je zanieś połączone w różaniec
święta Panno, Maryjo pełna łaski.
Nie wiem, jak wy, ale do mnie dość często wracają te słowa bardzo mocno dziecięcej piosenki. Nie raz i nie dwa już pewnie pisałem tutaj, że pobożność maryjna chyba nie była moją mocną stroną... aż tu nagle, z "przerażeniem" stwierdziłem jakiś czas temu, że staram się modlić na różańcu praktycznie codziennie. Ok, niestety, tylko dziesiątkę dziennie, zwykle gdzieś po drodze, najczęściej do domu - ale to i tak sporo. Choć chciało by się więcej.
 
Jak to zwykle bywa, te słowa chciałem napisać na początku miesiąca różańca - wyszło na półmetku. Ale warto. Bo zachęcić chcę do różańca. I to niekoniecznie wcale tego w kościele. Tzn. młodych - dzieci, młodzież - jak najbardziej, o ile mają w okolicy nabożeństwa dla swojego mniej więcej wieku. Idźcie, bo warto. Na nabożeństwa dla dorosłych nie zapraszam, bo mam dziwne doświadczenia, że założenie jedyne słuszne jest odnośnie wieku uczestników co najmniej 60+, zatem treść rozważań... hmm, powiedzmy że odbiega od tego, co ja bym rozważał, a na pewno jak bym rozważał, jakimi słowa, te tajemnice. W tym sensie - bardziej polecam spróbować samemu, własnymi słowami. Wystarczy ściąga z układem tajemnic - znak krzyża, i gotowe.
 
Daj się Bogu porwać do pochylenia i zadumania nad tajemnicami tych właśnie smutków, radości i blasków (piosenka sprzed ustanowienia tajemnic światła przez bł. Jana Pawła II - teraz powinno być jakoś "nasze smutki, radości, blaski i światła"?), a może przede wszystkim spróbuj odnieść te zbawcze wydarzenia historii świata do siebie, do swojego życia, do tego wszystkiego, co się w nim dzieje, przewala, kipi, albo wręcz przeciwnie - melancholijnie leży, jakby niewidoczne. Jakie by to nie było, z czego by to nie wynikało - God is the answer, i to żadna przesada. Dopóki człowiek nie spróbuje, trudno sobie wyobrazić, ile pokoju wlewa się w serce przy takim - niby to bezmyślnym - zadumanym przesuwaniu paciorków. Świat wtedy zwalnia, cichnie, nabiera odpowiednich barw, bardziej widoczne jest to, co najważniejsze, co zwykle umyka, na co brakuje czasu, poprawia się widoczność, przestawia hierarchia. Taki oddech ducha w dusznym i zabieganym świecie.
 
Zachęcam i zapraszam do modlitwy. I tylko na marginesie poddaję intencję - moja mama dalej walczy, okazuje się, na szczęście, nie było zawału, sle stan jest bardzo ciężki, jest słabiutka, skończyła się chemia i dzisiaj zaczyna trzecia już seria radioterapii. Nie wiemy, czy uda się to świństwo wyleczyć - dużo zależy od tego, na ile stać organizm mamy. Był też kryzys na tle nerwowym, ale to chyba udało się zażegnać. W każdym razie ostatnie 2 tygodnie były bardzo ciężkie. Dlatego choćby o jedną zdrowaśkę za nią proszę.

piątek, 28 września 2012

Chyba nie o to chodzi

Takie kilka luźnych myśli na kanwie głośnej medialnie sprawy ekshumacji śp. Anny Walentynowicz, której ponowny pochówek rozpocznie się niebawem i to nie tak daleko znowu od miejsca, gdzie piszę te słowa. 

Ja rozumiem rozgoryczenie rodzin tych ludzi, którzy zginęli pod Smoleńskiem i wolałbym nie wyobrażać sobie, jak ja bym na taką sytuację zareagował. To wielka tragedia, i tylko pogłębić ją może fakt, iż po 2 z okładem latach po tamtym dniu okazuje się, że identyfikacja ciał pasażerów samolotu odbywała się w sposób niedbały, nie dochowano w tym zakresie należytej staranności, i na skutek błędów - Polaków, Rosjan, z pewnością władz - okazuje się dzisiaj, że w trumnie pani Walentynowicz złożone były szczątki kogoś innego. Nie sposób tutaj mieć pretensje do rodzin, które niekiedy w strasznym stanie psychicznym stawiały się tam i próbowały identyfikować swoich bliskich, chcąc w możliwości choćby w tych doczesnych szczątkach w jakiś sposób ukoić swój ból, móc na swój sposób pożegnać tych, którzy w tak dramatycznych okolicznościach odeszli. 

Natomiast nie rozumiem medialnej zawieruchy wokół tego, szczególnie w kontekście faktu, iż wiele osób zaangażowanych w te kwestie uważa się za wierzących, chrześcijan i katolików. A dla nas nie tyle ciało, ale dusza jest ważna. Owszem, kiedyś - może i nie tak dawno - zmartwychwstanie ciał rozumiane było bardziej niż dosłownie, pytanie jednak: co wtedy ze zmarłymi, których ciała z jakiegoś powodu po prostu rozłożyły się, zdematerializowały, choćby przez upływ czasu? Nie można jednoznacznie powiedzieć, jak to nastąpi - wydaje mi się, że w tym zakresie Pan Bóg z pewnością szykuje jakąś niespodziankę, która nawet przy najśmielszych rozważaniach nam się w głowach nie mieści. Czym będą nasze nowe, duchowe ciała? Zobaczymy. Czy będzie można mówić w jakikolwiek sposób o materii, ciele, czy będą one miały cokolwiek wspólnego z tym, co my dzisiaj po ludzku jako materię i ciało rozumiemy? 

Bo w tej sytuacji dzisiaj - przy pełnej świadomości błędów popełnionych przy identyfikacjach i tego, że nie dochowano przy tych czynnościach staranności - mam wrażenie, że medialne show robi się dla jakiś bliżej niejasnych powodów, ot, żeby zaistnieć. Żałoba trwa w sercu, tęsknota i pamięć także tam pozostają. Należy uchybienia sygnalizować i domagać się konkretnych działań władz w ich zakresie - czy jednak wracanie do tego w pomysłach typu konieczności dokonania ekshumacji wszystkich ciał ofiar to właściwe działanie? Wydaje mi się, że szacunek dla tych właśnie konkretnych zmarłych - w takich a nie innych okolicznościach - sprowadzać powinien się do przysłowiowego pozostawienia ich w spokoju, złożonych w grobach (nawet w innych trumnach), a skupienia sił na modlitwie w ich intencji i dochodzenia do przyczyn tego, co faktycznie spowodowało tamtą tragedię. Te ekshumacje nikomu nie pomogą, życia zmarłym nie przywrócą. Modląc się - całym Narodem - w różnych miejscach Polski za ofiary smoleńskie w dniach ich pogrzebów nie mam żadnej wątpliwości, że pożegnaliśmy ich godnie i w sposób po prostu dobry. 

Teraz jest czas troski o ich dusze, o ich zbawienie - modlitwy w tej intencji - a nie prób dokopania władzy (nawet w części słusznie) czy zdobywania medialnego kapitału na pomyłkach przy identyfikacji zwłok. To nie tylko moje zdanie. Był taki jeden, Jezus się nazywał, który mówił, żeby pozostawić zmarłym grzebanie umarłych, a Ty idź i głoś Królestwo Boże. Myślę, że pierwszymi, którzy by przyznali rację tym słowom, byli by ci, o których mowa, zmarli - tak naprawdę zanurzeni w Bogu, do końca. 

(tekst jednoznacznie zainspirowany artykułem "Co będzie po śmierci" Jana Turnaua z Metra z 28.09.2012)

sobota, 22 września 2012

Kardynał modli się za Amerykę

Ostatnimi czasy w USA odbywały się konwencje narodowe dwóch czołowych partii politycznych - republikanów, których kandydatem na prezydenta w najbliższych wyborach w listopadzie 2012 r. ma być Mitt Romney, oraz demokratów, wystawiających w wyborach urzędującego prezydenta Baracka Obamę. Wiele się o tym mówiło, pisało - mało kto jednak (krótki tekst w GN) zwrócił uwagę na fakt, iż w obydwa te wydarzenia zaangażował się kard. Timothy Dolan, metropolita Nowego Jorku i Przewodniczący Konferencji Episkopatu USA. Z punktu widzenia mojego jako katolika wydaje się być oczywistym, na kogo należy tam głosować, jednak nie w tym rzecz.

Ów hierarcha pojawił się na zamknięciu konwencji republikańskiej, odmawiając modlitwę w intencji całej Ameryki. Nic dziwnego, inicjatywa bardzo słuszna, tym bardziej, że modlitwa była piękna. Oczywiście, podniósł się wrzask, że to jawne demonstrowanie zażyłości między Kościołem a partią republikańską, że kardynał naruszył jurysdykcję, jako ordynariusz Nowego Jorku pojawiając się w Tampie, gdzie jego obecność nie miała z punktu widzenia prawa kościelnego racji bytu, a tym samym "Kościół sam sobie szkodzi, ponieważ jego identyfikacja z GOP może postawić pod znakiem zapytania zdolność do pełnienia funkcji moralnego strażnika w społeczeństwie". Argument ten został bardzo szybko wytrącony, ponieważ kardynał... po prostu pojawił się także na konwencji demokratów, ucinając spekulacje co do swojej (= Kościoła) stronniczości. 

Pomijając fakt, iż nie widzę nic dziwnego w tym, że biskup Kościoła katolickiego pojawia się na konwencji  jednej partii propagującej wartości bardziej zbliżone do ewangelicznych niż inna (szczególnie gdy spór dotyczy kwestii tak delikatnej i fundamentalnej jak ochrona życia poczętego) i która wskazała na osobę wiceprezydenta tego kraju, wbrew poprawności politycznej, praktykującego katolika, zaznaczam: pojawił się (jednak także na drugiej), modląc się nie za partię i zwycięstwo, ale za ludzi i wartości - chciałem przytoczyć tekst właśnie tej drugiej modlitwy kard. Dolana, z konwencji demokratów.

video:



tekst (niestety - a może stety - j. angielski):


    With a ‘firm reliance on the protection of Divine Providence,’ let us close this convention by praying for this land that we so cherish and love.
    Let us pray.
    Almighty God, father of Abraham, Isaac, and Jacob, revealed to us so powerfully in Your Son, Jesus Christ, we thank You for showering Your blessings upon this our beloved nation. Bless all here present, and all across this great land, who work hard for the day when a greater portion of Your justice, and a more ample measure of Your care for the poor and suffering, may prevail in these United States. Help us to see that a society’s greatness is found above all in the respect it shows for the weakest and neediest among us.
    We beseech You, almighty God to shed Your grace on this noble experiment in ordered liberty, which began with the confident assertion of inalienable rights bestowed upon us by You: life, liberty, and the pursuit of happiness.
    Thus do we praise You for the gift of life. Grant us the courage to defend it, life, without which no other rights are secure. We ask Your benediction on those waiting to be born, that they may be welcomed and protected. Strengthen our sick and our elders waiting to see Your holy face at life’s end, that they may be accompanied by true compassion and cherished with the dignity due those who are infirm and fragile.
    We praise and thank You for the gift of liberty. May this land of the free never lack those brave enough to defend our basic freedoms. Renew in all our people a profound respect for religious liberty: the first, most cherished freedom bequeathed upon us at our Founding. May our liberty be in harmony with truth; freedom ordered in goodness and justice. Help us live our freedom in faith, hope, and love. Make us ever-grateful for those who, for over two centuries, have given their lives in freedom’s defense; we commend their noble souls to your eternal care, as even now we beg the protection of Your mighty arm upon our men and women in uniform.
    We praise and thank You for granting us the life and the liberty by which we can pursue happiness. Show us anew that happiness is found only in respecting the laws of nature and of nature’s God. Empower us with Your grace so that we might resist the temptation to replace the moral law with idols of our own making, or to remake those institutions You have given us for the nurturing of life and community. May we welcome those who yearn to breathe free and to pursue happiness in this land of freedom, adding their gifts to those whose families have lived here for centuries.
    We praise and thank You for the American genius of government of the people, by the people and for the people. O God of wisdom, justice, and might, we ask your guidance for those who govern us: President Barack Obama, Vice President Joseph Biden, Congress, the Supreme Court, and all those, including Governor Mitt Romney and Congressman Paul Ryan, who seek to serve the common good by seeking public office. Make them all worthy to serve you by serving our country. Help them remember that the only just government is the government that serves its citizens rather than itself. With your grace, may all Americans choose wisely as we consider the future course of public policy.
    And finally Lord, we beseech Your benediction on all of us who depart from here this evening, and on all those, in every land, who yearn to conduct their lives in freedom and justice. We beg you to remember, as we pledge to remember, those who are not free; those who suffer for freedom’s cause; those who are poor, out of work, needy, sick, or alone; those who are persecuted for their religious convictions, those still ravaged by war.
    And most of all, God Almighty, we thank you for the great gift of our beloved country.
    For we are indeed “one nation under God,” and “in God we trust.”
    So, dear God, bless America, You Who live and reign, forever and ever.
    Amen.
Czy tylko mnie się wydaje, że takie słowa - tyle że z odpowiednimi odniesieniami nie do Ojców Założycieli, a odpowiednich osób i sytuacji z historii RP, powinny zabrzmieć z ust polskich hierarchów - jeśli nie wspólnym głosem, to choćby pojedynczym - już w wielu ważnych dla kraju sytuacjach?

poniedziałek, 17 września 2012

Kim ja tak naprawdę dla ciebie jestem

Potem Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: Za kogo uważają Mnie ludzie? Oni Mu odpowiedzieli: Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków. On ich zapytał: A wy za kogo mnie uważacie? Odpowiedział Mu Piotr: Ty jesteś Mesjasz. Wtedy surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili. I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa. Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. Potem przywołał do siebie tłum razem ze swoimi uczniami i rzekł im: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je. (Mk 8,27-35)
Może się wydawać, że te pytania Jezusowe słyszeliśmy już milion razy. No, milion to nie, ale kilka razy w roku - jak ktoś chodzi regularnie do kościoła - to na pewno. Natomiast to pytanie bardzo ważne, choćby dlatego, że problem i dzisiaj jest aktualny. Wtedy, kiedy On je zadawał, jako Bóg-Człowiek chodził pomiędzy ludźmi, mogli się wręcz namacalnie przekonać, kim był. I co? I tak "pudłowali" - że to Jan Chrzciciel (przecież zabity...), że to Eliasz (przecież kilkaset lat wcześniej porwany przez niebiański rydwan), albo którykolwiek z proroków.

Nie jest przypadkiem to, że Jezus w swoim pytaniu skupił się na tym, kim jest dla tych Jemu najbliższych. Ludzie różne rzeczy gadali, gadają i będą gadać - tak samo wtedy, jak i dzisiaj. Stąd to podkreślenie: a WY za kogo mnie uważacie? Tu ewangelista Marek przytacza słowa o Mesjaszu, w innej wersji można usłyszeć także dopowiedzienie: Syn Boga żywego. A jednocześnie ten, który tak dobrze odpowiedział, chwilę później został mocno sponiewierany przez Jezusa. za swoje zbyt ludzkie Jego postrzeganie - oby tylko był blisko, był z nimi, wtedy będzie ok. A misją Jezusa nie było dożycie sędziwej starości, a zapoczątkowanie czegoś wspaniałego, co oni sami - apostołowie - mieli na własną rękę kontynuować, samodzielnie, we własnym imieniu. I Piotr, i pozostali pewnie też, bali się tego, byli bezradni, zbyt mało rozumieli - wystarczy wspomnieć, że dopiero jak Zmartwychwstały sam im wszystko wyjaśniał - choćby na drodze do Kafarnaum - wtedy zrozumieli, że właśnie w tych słowach zapowiadał to, co się miało stać, swoje cierpienie, śmierć i zmartwychwstanie.

Trzeba się zadeklarować. Za, albo przeciw. Tak - czasami zaprzeć. Zaprzeć, żeby zwyciężyć, żeby zachować to, co najcenniejsze. A nam się tak często wydaje, że wystarczy być "porządnym katolikiem". Pójść co niedzielę do kościoła (w wykonaniu niektórych - stanie przed kościołem z telefonem w garści), mniejsza o to czy w ogóle słuchać co tam mówią, do spowiedzi też (no, conajmniej jak "uszczęśliwią" rolą świadka do bierzmowania, chrzestnego), kolędę - "siła wyższa", żeby problemów przy chrzcinach, komunii czy pogrzebie nie robili - wpuścić. Dobra, tyle zniosę, masz - Panie Boże - zobacz, jaki jestem dla Ciebie hojny i porządny. Guzik prawda. A potem? Ile nienawiści, zazdrości, zawiści w pracy, w szkole, na uczelni, ciągła gonitwa w której wszystkie chwyty dozwolone - a której od najmłodszych lat uczymy dzieci, priorytet tego, aby mieć (jak najwięcej, jak najlepsze, jak najnowsze, martkowe, bajeranckie, wypasione). Życie w jednym domu, ale osobno - każdy z nosem w swoim telefonie, komputerze czy przez telewizorem. Brak szczerości, oszukiwanie, kombinowanie, zdradzanie, potem bezsensowne zapętlanie się w spirali własnych wyrzutów sumienienia.

Tak się nie da. Wóz albo przewóz. Nie można zjeść ciastka i mieć ciastka. Jeśli Jezus cokolwiek dla ciebie znaczy - bądź na tyle szczery, żeby miało to jakieś odzwierciedlenie w tym, co i jak robisz. Lepsza autentyczna bezradność wobec zwalczanych słabości, których jesteś świadomy, niż udawana i odgrywana na zewnątrz katolicka porządność. Bóg nie uzdrowi tego, kto tego nie chce - stanięcie w prawdzie o sobie, nawet najtrudniejszej, to jedyny możliwy początek.

>>>

Dwie prośby, intencje: wczoraj widziałem się z mamą, bardzo źle wygląda, ma problemy z oddychaniem i mówieniem (a lekarze co? leki przeciwzakrzepowe - kiedy tu potrzebna diagnoza, co zalega w płucach!), w jej intencji, żeby podleczyli ją, bo w tym stanie to ja żadnej radiologii nie widzę... No i ten mój czwartkowy poranny egzamin, tak na marginesie.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Znowu proszę

Wszystko wskazuje na to, że nadchodzące dni będą dla mnie bardzo ważne i decydujące jeśli chodzi o przyszłość zawodową. Dwie powiązane ze sobą bardzo ważne sprawy do rozwiązania. 

Dlatego bardzo proszę o wsparcie modlitewne. 

wtorek, 3 lipca 2012

Szlakiem

W zeszłym tygodniu - poza poniedziałkiem, oraz wtorkiem i czwartkiem (wykłady i praktyki - przychodziłem później, więc i siedziałem dłużej) - i tak w środę i piątek siedziałem do 18, albo i lepiej. Kolejny raz dostałem od szefa do roboty coś, po czym gdy zrobiłem to, o co prosił, okazywało się, że zrobiłem to nie na tej wersji (pracowałem na takiej, na jaką mi przysłał); że wysłałem nie wyczyściwszy komentarzy (tylko że nie powiedział, że mam to zrobić); że nie jestem specem z zakresu prawa podatkowego i nie znam się na opodatkowaniu pewnej kwestii (bo się nie znam - nie bez powodu jest w dziale dedykowany do tego pracownik, który rozstrzygnął kwestię; szef sam tego nie wiedział); że w regulaminie, który można było dwojako interpretować, zinterpretowałem w sposób bardziej dla nas ostrożny i korzystny (bo on zinterpretował inaczej). A do tego jak wyczaiłem w innym zakresie coś, co nie wynika z przepisów, i powiedziałem mu o tym - poszperałem w necie, z ciekawości (opracowanie miałem zrobić z przepisów), to usłyszałem, że on wyszedł na idiotę, bo podał już informacje bez tego.

Wprost usłyszałem, z miną człowieka nieszczęśliwego z faktu, że ze mną siedzi i rozmawia, że właściwie to on nie widzi możliwości dalszej współpracy. Że ten miesiąc zadecyduje, czy firma będzie chciała ze mną współpracować. Mnie z nerwów aż wszystko drgało przed oczyma, dosłownie. Liczyłem się z tym, że dostanę wypowiedzenie w tym momencie - nie dostałem. Ale - jako, że to kolejna taka sytuacja, niestety, w mojej ocenie po prostu (treść zarzutów i forma) czepialstwa - nie wątpię, że to przy pierwszej okazji nastąpi. Odnosiłem wrażenie, że liczył na to, że pod presją sytuacji sam zrezygnuję, jak tam siedziałem. Nie zrobiłem tego, ale mam świadomość, że to kwestia czasu. 

Zresztą, ja siebie - w takim miejscu, w takich warunkach - nie widzę. To nie na moje nerwy. Pomimo sensownych zarobków, bez których będzie trudno (takiej pensji nie dostanę), musimy dać radę. W tej chwili widuję się z żoną z rana, jak wstajemy i odprowadzamy synka do dziadków, i wieczorem; małego nie widzę w ogóle wieczorem, bo śpi. Biedna zasuwa sama, odbiera go od dziadków, myje, karmi, usypia. Może dla kogoś to szczyt kobiecej roli i obowiązek - dla mnie nie, bo sam też chciałbym się tym zajmować. Wczoraj - przyszedłem do pracy przed 8, wyszedłem ok. 20:30. Słowo podziękowania, że tak długo, że do oporu? Nie, za to groźba o wywaleniu z pracy. 

Dzisiaj po zajęciach, z nerwów, zrobiłem sobie spacer po Starym Mieście w Gdańsku. I tak mnie nogi zaniosły najpierw do dominikańskiej bazyliki św. Mikołaja - kościoła mojego chrztu. Przypomniały mi się słowa bł. Jana Pawła II odnośnie kościoła w Wadowicach: Tu wszystko się zaczęło... Dla mnie tam się wszystko zaczęło, wiara, przygoda z Kościołem. Kościółek biedny, bez pieniędzy, ale widać sporo prac konserwatorskich. Wpadła jakaś wycieczka z przewodnikiem - połowa chłopców nawet nie wpadła na pomysł, żeby czapeczki żółte (znak rozpoznawalny grupy) zdjąć, bo i po co; nikt z opiekunów nawet na to uwagi nie zwrócił. Potem wszedłem do karmelickiego kościoła św. Katarzyny - słynny na skutek pożaru z 2006 r. (pechowy, niespełna 30 lat wcześniej odbudowany po zniszczeniach wojennych), właściwie jeden wielki plac budowy, ściany właściwie gołe, wejście możliwe tylko do kruchty. I wreszcie - kapucyński kościół św. Jakuba, paradoksalnie do poprzednich - odnowiony, jakby nieco przytłaczający prostotą wnętrza, ale mnie się podoba. Pomodliłem się, w Mikołaju zmówiłem (komórka z internetem :D) brewiarz. 

I znowu - a właściwie dalej - czekam. Panie Boże, to naprawdę bardzo dobry moment, abyś zadziałał. Wiem, jest chora mama, są teściowie, jest ciężarna szwagierka... To wszystko też ogarniam modlitwą, ale w tej sytuacji naprawdę potrzebuję pomocy, wskazówki, życzliwej osoby która zaoferuje potrzebną tak bardzo pracę. 

czwartek, 1 marca 2012

Nieskończone zwielokrotnienie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień? Albo gdy prosi o rybę, czy poda mu węża? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą. Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy. (Mt 7,7-12)
Piękna kontynuacja tekstu dzisiejszego czytania (Est [Wlg] 14,1.3-5,12-14), w którym królowa Estera podjęła bardzo mądrą decyzję: zwrócenia się do Boga w bardzo pięknych słowach m.in. "Wspomnij, Panie, pokaż się w chwili udręczenia naszego i dodaj mi odwagi. Królu bogów i Władco nad wszystkimi władcami'. 

Pan Bóg już taki jest, że nie znosi lenistwa. Taka prawda. Nie mówi dzisiaj - siedź i rozmyślaj o niebieskich migdałach, a spadnie ci ode mnie manna z nieba. Spadała, ale gdy tego naprawdę wymagała sytuacja, w wypadku Narodu Wybranego. Bóg jest Bogiem czynu, ludzi aktywnych, ludzi gotowych do działania i walki. Szukać, kołatać, prosić. Działać. Zawierzyć swoje działanie Bogu - ale nie pozostawiać Go na polu działania jako Tego, co ma odwalić całą czarną robotę, a człowiek przychodzi potem na gotowe - i działać z Jego imieniem na ustach i w sercu. 

Nie wiem, czy każdy człowiek jest zły - natomiast  każdy z pewnością ma nagrabione wiele, nagrzeszone. Stworzeni na Boży obraz i podobieństwo, z natury rzeczy jesteśmy dobrzy i co najwyżej się psujemy w życiu, przez co stajemy się gorsi. Jeśli to zło, o którym pisze ewagngelista, a mówi Jezus, rozumieć jako grzeszność - niestety, smutna prawda. A jednak, w tej grzeszności potrafimy być między sobą dobrzy, pomocni, bezinteresowni, troskliwi. Potrafimy usłyszeć potrzeby innych - dzieci, wnuków, małżonka, osób najbliższych, przyjaciół. Nie sposób więc wątpić, aby Bóg był nieskończonym zwielokrotnieniem tych naszych pozytywnych cech, którymi kieruje się, działając wobec małego człowieczka. 

Lubimy, jak wszyscy naokoło są mili, uprzejmi, uczynni, pomocni - wobec mnie. Lubimy być obiektami tego, co dobre, przyjmować to wszystko. W drugą stronę - na zewnątrz - już gorzej, bo tu włącza się mentalność Kalego tak zwana. Jak ja świnię podrzucę komuś - to ok; ale jak ktoś mnie - to wara! Mało to konsekwentne, ale cóż. Bóg wskazuje na to, że powinniśmy jednak wykazać się tym minimum konsekwencji i  tak działać wobec innych, jakiego działania my od nich oczekujemy. Zwykła uczciwość. 

Mamy tendencję do proszenia, zasypywania Boga swoimi intencjami. Niektórzy mówią - bez przesady, pewne rzeczy można samemu... Można. Ale warto i w tych sprawach szukać Bożego wsparcia, zawierzać te sprawy Jemu wprost. Jezus jednak w wielu miejscach wskazuje prosto - proście! Proszenie zresztą przychodzi nam dość łatwo. A dziękowanie? Tu już gorzej. Najczęściej o tym zapominamy - jak się już uda, jak po wszystkim, to temat zamknięty; a podziękować? No bez przesady. Warto o tym pamiętać - i poza proszeniem pomyśleć o dziękczynieniu, rozmowie z Bogiem zupełnie innej, ale równie dobrej i skutecznej, a przede wszystkim: świadczącej o tym, że pamiętamy o Nim nie tylko w tych podbramkowych chwilach, ale także wtedy, gdy jest dobrze. 

Piękna sprawa. Prosić, kołatać, ale i dziękować - i w tych różnych relacjach, różnych płaszczyznach rozmowy, odnajdywać Jego wolę. 

Dziękuję za słowa modlitwy za moją mamę, na pewno ona sama jest za nie równie wdzięczna. Jest podobno lepiej, ale pozostaje wiele niewiadomych. Więc nadal proszę.