Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nadzieja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nadzieja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 listopada 2015

Nadzieja głośniejsza od strachu


Ten obrazek powyżej znalazłem chyba 01 listopada, tak sobie rozmyślając - jak to będzie. Nie, nie mam problemu z tym, czy "po drugiej stronie" odnajdę tych, których kochałem, za którymi tęsknię bo odeszli czy odchodzą - wierzę w to mocno. Ale w takich momentach powraca pytanie - no tak, ale co z pozostałymi? Co z innymi? A nawet... co, jeśli ktoś z tych mi bliskich nie osiągnął po śmierci zbawienia? 

I tu przychodzi z pomocą nieoceniony i uwielbiany przeze mnie "teolog nadziei" czyli o. Wacław Hryniewicz OMI w rozmowie z Marcinem Żyłą z jednego z ostatnich numerów TP pt. "Jasna strona śmierci" (polecam - na stronie TP udostępniają wiele tekstów w całości, w tym ten, wystarczy założyć konto). 

O tym, jak bardzo chcemy Boga upchnąć w nasze ramy ludzkich ograniczeń i postawić tamę dla Jego miłości, co do której równocześnie przyznajemy, że nie ma granic (sprzeczność dość oczywista, prawda?). O tej pięknej perspektywie, gdy człowiek - już po zamknięciu swojej drogi tutaj - sam zobaczy, jakby retrospekcję, to jaki był, co robił... i wtedy chyba nikt świadomie Boga nie odrzuci. O Bogu, który działa po coś, i jeśli uświadamia człowiekowi słabość i zło - to po to, aby ten mógł wyciągnąć wniosek i miał szansę dokonania dobrego wyboru, bo kara jako sama w sobie jest bez sensu. 

Kawałek tejże rozmowy poniżej (podkreślenia wyłącznie moje):
Te dwa światy – ziemski i wieczny – przenikają się, choć tego nie widzimy i nie możemy usłyszeć tak wyraźnie, jak słów Ewangelii. Jezus obiecał: „Oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do końca świata” (Mt 28, 20). I mówił: „Zapewniam was, to, co uczyniliście jednemu z tych braci [i sióstr] moich najmniejszych, Mnie uczyniliście” (Mt 25, 40).
Tu jest właśnie ten styk życia i śmierci, wymiaru ziemskiego i boskiego. W drugim człowieku, który potrzebuje pomocy, spotykamy się z Niewidzialnym.
 
Dzieci jednak i tak nie przestaną pytać o zmarłych: gdzie oni są? 
Odpowiadajmy im: nie błąkają się. Człowiek zabłąkany to ktoś, kto stracił orientację, nie może znaleźć wyjścia, ma poczucie, że nikt nie wie, gdzie on jest. Zmarli są po stronie Boga, w nowym domu, gdzie „jest wiele mieszkań” (J 14, 2). Nie wydzielajmy im specjalnych miejsc. Może potrzebują jeszcze oczyścić się z tego, co złego uczynili? Muszą trochę poczekać?
 
Czy przeczuwają, jaki los ich czeka?
Czekają na Sąd. Ale wierzę, że będzie to Sąd życzliwy. Sędzią jest Bóg miłujący ludzi. Po śmierci każdy zobaczy, jakie było jego życie. Bóg, który jest Miłością i Światłością, pomoże mu je zobaczyć. Potępi to, co było niedobrego. Jeśli ukarze, to tak, aby kara nas uleczyła, poprawiła i nawróciła.
 
Kara nie będzie wieczna?
Bóg nie chce kary, która byłaby niegodna Jego samego. Kara, która nie ma żadnego celu – która wyczerpuje się w samej tylko czynności karania – do niczego nie prowadzi. To tylko my, ludzie, potrafimy karać i nie przebaczać. Ci, którzy odchodzą, pozostają w zasięgu Bożego wzroku, Jego niepojętej troski. Tam prawdziwie jednają się z tymi, których skrzywdzili. Przedzierają się do Bożego światła, są przez Boga przyciągani.
Teologowie uważali, że moment śmierci jest dla człowieka chwilą ostatecznej decyzji. Stoisz w obliczu śmierci, masz już większe rozeznanie niż za życia. Widzisz, że istnieje ta Niewidzialna Rzeczywistość. Decyduj się. W kościelnym nauczaniu ze śmierci uczyniono granicę możliwości nawrócenia.
Wiodący od początku chrześcijaństwa przez wieki nurt nadziei na powszechność zbawienia nie ogranicza decyzji do momentu śmierci. Przekonuje, że nawrócenie możliwe jest też później. Wierzę, że ze zmarłymi może być tak jak z niegrzecznym dzieckiem, któremu rodzice mówią: idź teraz do swojego pokoju, przemyśl, co niedobrego zrobiłeś lub zrobiłaś. Potem tata lub mama pukają do drzwi: następuje pojednanie, ucałowanie, łzy, radość. Nadzieja głosi, że spotkamy się wszyscy po drugiej stronie. To jest także moja życiowa nadzieja.
 
Spotkamy się tam wszyscy bez wyjątku?
Ten nurt myślenia ma w chrześcijaństwie swoich wielkich orędowników i poważne racje. Z biegiem lat widzę ich coraz więcej. Mowa w tym nurcie bowiem o nadziei, która ma swoje argumenty. Nie jest tylko ślepą, płytką nadzieją ufającą Bogu miłosiernemu i sprawiedliwemu. Nie jest wyrazem przekonania, że Bóg przebacza, „bo to jego zawód”. Bóg nie jest naiwnym tatusiem. Potrafi nie tylko przebaczać, ale i stawiać wymagania.
Jestem przekonany, że świadectw nadziei jest w Piśmie Świętym więcej niż tych o tzw. wiecznej Gehennie. Jeżeli Bóg dopuszcza jakąś karę, jest to kara w celu poprawy, nawrócenia, uzdrowienia. Inna kara naprawdę nie byłaby godna Jego miłosiernej sprawiedliwości i sprawiedliwego miłosierdzia.
Być może nie nadszedł jeszcze czas, który sprzyjałby takiemu życzliwemu spojrzeniu na myślenie o terapeutycznej karze dla grzeszników. Oficjalna doktryna Kościoła, opowieść o przerażającym piekle, pozostaje wciąż zawieszona nad wiarą i nadzieją chrześcijan. Ale nadzieja woła głośniej niż lęk i strach. Jestem tego pewien. Gdy było się blisko śmierci, pozostaje wtedy po prostu więcej ufności i zaufania dobremu Bogu.

wtorek, 5 maja 2015

Zbawienna perspektywa nadziei

Dwa świetne teksty, a właściwie cytaty o. Wacława Hryniewicza OMI, znalezione gdzieś na Facebooku. O tym, jaka jest - a przynajmniej być powinna - chrześcijańska nadzieja. I o tym, co może jej szkodzić. 
Dlatego właśnie sąd rozumiany jako spotkanie z Bogiem nie jest żadnym odwetem z Jego strony. Otuchą i nadzieją napawa mnie myśl, że ludzie, którzy w życiu, a zwłaszcza w dzieciństwie, nie doświadczyli dobroczynnej siły miłości, dopiero chyba na Sądzie spotkają się z prawdziwą miłością Tego, który jest najbardziej bezinteresowną i czystą miłością. Choć za życia odpłacali innym wrogością, pogardą i nienawiścią, czy będą chcieli tę miłość odrzucić? Wierzę i mam nadzieję, że w spotkaniu z Bogiem ci, którzy w życiu nie doświadczyli miłości, sponiewierali ją lub od dzieciństwa byli naznaczeni piętnem odrzucenia – na sądzie po raz pierwszy otrzymają łaskę spotkania z prawdziwą miłością, której nie odrzucą.
W swoim życiu jedynie szukam teologii bardziej wyrozumiałej, bardziej ludzkiej, bliższej doświadczeniu ludzi. Boję się teologii wpędzającej ludzi w rozpacz. Boję się teologii serwującej ludziom beznadzieję, lek przed Bogiem. Boję się teologii tak mówiącej o sprawach ostatecznych, że ludzie ze strachem i grozą odchodzą z tego świata, tak żegnają ziemię swojego dzieciństwa, swoich lat dojrzałych, swojej starości. Nieraz z poczuciem determinacji i niespełnienia. Czy mają odchodzić bez nadziei? Boję się teologii lamentującej nad ludzkimi grzechami, zestawiającej katalogi grzechów, osądzającej ludzi, tworzącej atmosferę osądu. Boję się teologii płaczliwej, która nie ma słów pocieszenia dla ludzi.
Piękne słowa, przepełniające nadzieją. Tak bardzo w mojej ocenie zbliżone do tego, co papież Franciszek przed kilkoma dniami mówił do 19 neoprezbiterów, którym udzielił święceń kapłańskich. Kazał im mianowicie, aby byli niestrudzenie miłosierni. "Przez Chrzest włączycie nowych wiernych do Kościoła. Nie odmawiajcie nigdy Chrztu tym, którzy o niego proszą. W sakramencie pojednania będziecie odpuszczać grzechy w imię Jezusa i Kościoła. Proszę was, byście nigdy nie męczyli się byciem miłosiernymi! W konfesjonale będziecie po to, by przebaczać, a nie, by potępiać. Naśladujecie Ojca, który nigdy nie męczy się przebaczaniem!"

Co ciekawe, w bardzo podobnym tonie wypowiadał się wczoraj na pogrzebie Władysława Bartoszewskiego mój ulubiony bp Grzegorz Ryś: "Warto również – szukając odpowiedzi – odwołać się do wrażliwości Kościoła, który nie mówi nigdy o grzechu, jeśli nie mówi jednocześnie o odkupieniu. Takie są chrześcijańskie symbole wiary. Jeśli zdobywają się na odwagę, by skonfrontować człowieka z prawdą o jego grzechu, to tylko wtedy, gdy natychmiast ogłaszają mu prawdę o tym, że jest on zgładzony przez Chrystusa! To nie tylko wiara w Boga, który nie stracił kontroli nad losami świata: trzyma je w ręku, i ostatnie w nich słowo należy do Niego, a więc do DOBRA. To także wiara w człowieka, który jest większy w swojej wolności od wszystkich okoliczności i uwarunkowań – zewnętrznych i wewnętrznych; który zawsze może je przerosnąć, KU DOBRU! Pokazywać zło, bez wskazania możliwość wyjścia znaczy tyle samo, co zabić człowieka!".

Bardzo się cieszę, że nie tylko szeregowi duchowni, ale też czy to świeccy, czy papież zwracają na to uwagę. My wystarczająco dużo sami się potępiamy w kontekście naszych grzechów. Można nadrabiać miną, ale kac moralny i ssanie w środku pozostaje. Cierpimy przez zło, które stało się udziałem przez nasze ręce - czy się do tego przyznajemy, czy nie; czy dzisiaj, czy dopiero jutro, albo za jakiś czas. Dlatego tak ważne jest ukazywanie tej perspektywy, Bożej perspektywy: On wybacza, przytula, obdarza miłosierdziem. Księża nie są od straszenia - ale od dawania nadziei i przebaczania. 

poniedziałek, 21 lipca 2014

Kobieca czułość, Boskie perspektywy

Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Maria Magdalena natomiast stała przed grobem płacząc. A kiedy /tak/ płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa - jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg. I rzekli do niej: Niewiasto, czemu płaczesz? Odpowiedziała im: Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono. Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz? Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę. Jezus rzekł do niej: Mario! A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: Rabbuni, to znaczy: Nauczycielu. Rzekł do niej Jezus: Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci powiedz im: Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego. Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: Widziałam Pana i to mi powiedział. (J 20,1.11-18)
Wspomnienie liturgiczne św. Marii z Magdali, znanej Marią Magdaleną, jest jednym z moich ulubionych od jakiegoś czasu. Jest to postać bardzo ciekawa, a przy tym - co w ogóle w głowach się ówczesnym nie mieściło - wyróżniona przez Pana Jezusa w sposób jednoznaczny, właśnie w tym tekście powyżej. Nie Piotrowi, Janowi czy któremukolwiek z Apostołów się objawił Zmartwychwstały Jezus - ale właśnie jej, Apostołce Apostołów.

Nie ma tak naprawdę znaczenia, kim była - historycznie utożsamiana z jawnogrzesznicą (czyli prostytutką, nie ma co unikać tego słowa). Jezus - tak widział w niej, jak widzi w każdym z nas - że grzech człowieka bardzo często jest jakimś rozpaczliwym wyrazem pragnienia szczęścia i miłości – tęsknoty, która drzemie w każdym człowieku. Tęsknoty, na którą odpowiedź On sam posiada. 

W pięknych i prostych słowach to spotkanie opisał o. Dariusz Kowalczyk SI: ból śmierci, moc miłości, kobieca czułość, Boskie perspektywy. Przełomowy moment - wspólnota jeszcze załamana po śmierci Mistrza, kobieta przychodzi namaścić i oddać hołd zmarłemu, kiedy Boża miłość w osobie Zmartwychwstałego pozwala Marii na odkrycie i poczucie, że to jest właśnie Pan - co odkrywa, tak przed nią, jak i nami, nowe, właśnie Boskie perspektywy. 

Maria nie miała pojęcia, co ją spotka u grobu. Nigdy pewnie by tego nie przewidziała, że spotka tam Jezusa w tak dosłownym sensie - nie jako martwą skorupę, ciało bez ducha, ale żywego i zwycięskiego. W tym jest też drogowskaz dla nas. Nie ma co gdybać, Boga trzeba po prostu wpuścić do serca, nie zastanawiać się, nie zakładać. Być na niego gotowym i potrafić Go zauważyć w najdziwniejszych, ale i najprostszych momentach życia. 

niedziela, 8 czerwca 2014

Poskromiciel zamętu

Czasami lepiej od własnych wypocin zacytować kogoś mądrzejszego. Kimś takim na pewno jest w kontekście mojej osoby Roman Brandstaetter. Stąd w kontekście Pięćdziesiątnicy przytaczam jego autorską Litanię do Ducha Świętego.


Spójrz,
Duchu Święty,
Na ludzi idących przed siebie
Drogą nieskończonego Postępu,
Na mędrców,
Którzy ulepili golema
Na własne podobieństwo
I na własną zgubę.

Spójrz,
Duchu Święty,
Na rozpad atomu,
Na rozpad moralności,
Na rozpad ładu,
Na rozpad porządku,
Na rozpad sztuki,
Na rozpad cywilizacji,
Na rozpad słów,
Na rozpad prawa,
Na rozpad harmonii,
Na rozpad rozsądku,
Na rozpad logiki,
Na rozpad wszystkich wartości.

Z głębokości wołamy do Ciebie,
Duchu Święty,
Albowiem jesteśmy bezwolnym narzędziem
W rękach naszych lekkomyślnych dzieł.

Jesteśmy jak ci, którzy nie wiedzą, co czynią.

Zstąp
Na ziemię samounicestwienia,
Na rakowate miasta i wsie,
Na trędowate domy,
Na zatrute zboża, ogrody i sady,
Na martwe rzeki i morza,
I krąż nad nami,
Ludźmi chaosu,
Kłamstwa
I obłędu.
Krąż,
Jak ongiś krążyłeś w genezyjskim locie
Nad chaosem niepokornych żywiołów.

Krąż nad nami,
Poskromicielu zamętu,
Nad pobojowiskiem naszych klęsk,
Nad rzeźnią tego świata,
Nad śmietnikami pełnymi
Nie donoszonych płodów,
Nad ziemią cuchnącą swądem palonych ciał,
Nad górami atomowych odpadków
I wybaw nas od głupoty udającej mądrość,
Od kłamstwa udającego prawdę,
Od ślepoty udającej dalekowzroczność,
Od chamstwa udającego obrażoną godność,
Od fanatyzmu udającego wiarę,
Od brudu udającego czystość,
Od nienawiści udającej miłość,
Od niewoli udającej wolność,
Od obłudy udającej szczerość,
Od pychy udającej pokorę,
Od warcholstwa udającego odwagę,
Od szatana, który mówiąc 'nie',
Myśli 'tak',
A mówiąc 'tak',
Myśli 'nie'.

Przybywaj, Duchu Święty,
Wielousty,
I otwórz nasze głuche uszy,
Wołający Płomieniu!

Przybywaj
Z wnętrza wieczności wiejący wichrze,
Który nigdy nie burzysz
I nigdy nie niszczysz,
I nigdy nie łamiesz,
Który chwiejne - umacniasz,
Stare - odnawiasz,
Martwe - ożywiasz,
Starte z powierzchni ziemi - budujesz od podstaw,
Stworzycielu,
Wywołujący z kości i popiołów -
Ludzi zmartwychwstałych i przemienionych,
Z pomordowanych ludów - żywe ludy,
Wszechświat - z nicości,
Istnienie - z nieistnienia,
Źródło - z pustyni,
Wszystko - z niczego,
Ojcze Pisma Świętego,
Wichrze wiejący z wnętrza wieczności!
Daj nam słuch doskonały,
Abyśmy wśród niezliczonych wezwań i nawoływań,
Które nas nawiedzają
We wszelkim czasie i miejscu,
Umieli rozpoznać
Twój Głos, Muzyko Mądrości,
Zrodzona z Ojca i Syna,
Trójdźwięczna!

Zdejm z nas kamień,
Jak go zdejmują ze studni
Pasterze
W porę pojenia owiec.

Zdejm z nas kamień,
Jak go zdejmują z grobów
Aniołowie Twojego Oblicza,
Mocarzu,
Burzo niedocieczona,
Odwalająca kamienie!

A potem twórz nas,
Otwartych,
Słyszących
I słuchających.
Twórz nas codziennie od nowa,
Czujny Strażniku naszych uszu,
Abyśmy nieustannie odnawiani
I odradzani,
I tworzeni,
Stali się Twoimi głosicielami,
Podobnym do tych,
Których pochylone czoła
Raczyłeś namaścić olejem Twojej Mądrości!
Oświeć nas i prowadź
Z ziemi mroku i rozpaczy
Do Królestwa Bożego,
Do stolicy stawianej z kryształu i światła.
Ojcze i Synu, i Duchu Święty,
Słowo,
Drogowskazie
Wbity na rozstajnych drogach kosmosu!
Przybywaj,
Nadziejo nieogarniona,
Zawsze obecna
I zawsze nadchodząca,
Przybywaj, Boże,
Zaczynie własnego człowieczeństwa,
I uczłowiecz człowieka
Jak uczłowieczyłeś siebie!

Pewnie na pytanie: jak wyobrażasz sobie Ducha Świętego, jakieś 90-kilka procent zapytanych odpowie: no jak to, gołąbek. Jak choćby najsłynniejszy taki wizerunek, czyli witraż z bazyliki św. Piotra w Rzymie. Niektóre te wizerunki masakrycznie kiczowate - mnie urzekł ostatnio ten powyżej, bo prosty, bo odzwierciedlający to, czym Duch jest zgodnie z opisem biblijnym: językami ognia. 

Do mnie dociera inny wizerunek. A właściwie, nie wizerunek w dosłownym tego słowa znaczeniu. Lekki powiew. Tchnienie wiatru. To, czego nie widać. To, co nienamacalne, ale niewątpliwie będące, istniejące. Co więcej, każdy dobrze wie - człowiek bez powietrza nie da rady. To, co nie pozostawia prawie śladu - jak z tą biblijną trzciną nadłamaną, którą powiew wiatru ledwo muśnie. Żeby było ciekawiej - z jednej strony coś lekko wyczuwalnego, drganie powietrza, które dosłownie momentalnie może zmienić się w zjawisko skrajnie odmienne, w urwanie chmury, w wichurę; dokładnie tak, jak to opisał Łukasz w Dziejach Apostolskich, dzisiejsze I czytanie (Dz 2, 1-11), kiedy Duch Święty huknął w apostołów w wieczerniku. 

Dokładnie tak samo jest z Duchem Świętym - On jest wszędzie wokół, jak to Paweł do Efezjan pisał o Kościele: "pełnia tego, która napełnia wszystko na wszelki sposób" (Ef 1, 23). Tylko ja - nigdy nikt inny za mnie - codziennie decyduję, czy to tchnienie wiatru Bożego wyczuję, wsłucham się w ten delikatny szum, czy je z pełną premedytacją oleję. Czy pozwolę się napełnić tą Bożą rzeczywistością, czy nie. Czy pozwolę się Bogu stworzyć od nowa (bo tak naprawdę o to chodzi - wystarczy spojrzeć, jaką mizerię prezentowali apostołowie przed Zesłaniem, a co byli w stanie mocą Ducha zrobić po Jego otrzymaniu), napełnić siłą pochodzącą z wiecznej wnętrzności. 


I na koniec: Jezus nie mówi, żeby przyjść, popatrzeć, wzruszyć się w kościółku, łzę uronić, dać się ponieść chwilowo emocjom - po czym po odstanej godzinie wrócić do domu, i dalej dzielnie robić swoje. To nie ma w ogóle sensu - szkoda twojego czasu. "Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane" (J 20, 23). Weź i zrób coś z tym, niech coś się w tobie zmieni. Pozwól, aby jedyny Poskromiciel Zamętu zrobił z tobą porządek.  

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Kierunek: Galilea!

Po upływie szabatu, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria obejrzeć grób. A oto powstało wielkie trzęsienie ziemi. Albowiem anioł Pański zstąpił z nieba, podszedł, odsunął kamień i usiadł na nim. Postać jego jaśniała jak błyskawica, a szaty jego były białe jak śnieg. Ze strachu przed nim zadrżeli strażnicy i stali się jakby umarli. Anioł zaś przemówił do niewiast: Wy się nie bójcie! Gdyż wiem, że szukacie Jezusa Ukrzyżowanego. Nie ma Go tu, bo zmartwychwstał, jak powiedział. Chodźcie, zobaczcie miejsce, gdzie leżał. A idźcie szybko i powiedzcie Jego uczniom: Powstał z martwych i oto udaje się przed wami do Galilei. Tam Go ujrzycie. Oto, co wam powiedziałem. Pośpiesznie więc oddaliły się od grobu, z bojaźnią i wielką radością, i biegły oznajmić to Jego uczniom. A oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: Witajcie. One podeszły do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: Nie bójcie się. Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą. (Mt 28,1-10) 
Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i rzekła do nich: Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono. Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli oni obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, /które mówi/, że On ma powstać z martwych. (J 20,1-9) 
Gdy anioł przemówił do niewiast, one pośpiesznie oddaliły się od grobu, z bojaźnią i wielką radością, i biegły oznajmić to Jego uczniom. A oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: Witajcie. One podeszły do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: Nie bójcie się. Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą. Gdy one były w drodze, niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli: Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali. A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu. Ci więc wzięli pieniądze i uczynili, jak ich pouczono. I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami i trwa aż do dnia dzisiejszego. (Mt 28,8-15)
Tak zupełnie celowo - trzy teksty (dwa ze Zmartwychwstania, jeden z dzisiaj) w jednym miejscu. 

Prawda o zmartwychwstaniu nas uskrzydla - pytanie tylko, czy dojrzeliśmy już do tej świadomości. Można wierzyć w Boga, praktykować itp. - bez wiary w Jego zmartwychwstanie nie ma zmartwychwstania dla mnie. Dopiero ta prawda pozwala wzbić się w niebo. To z jednej strony nie do opisania zachwyt i radość, ale równocześnie uporządkowanie hierarchii wartości, umożliwiająca nabranie odpowiedniego dystansu do doczesności. Zmartwychwstanie to świadomość wyzwania: wyrywania się, wzbijania ponad doczesność. 

Pusty grób można postrzegać z różnych perspektyw, inaczej na niego patrzeć. Najbardziej dokładny człowiek, patrząc tylko oczami ciała, może zatrzymać się na jednym szczególe: brakuje Jego ciała. Nie zgadza się. Coś ktoś zakombinował i jest problem. Czy to wszystko? Dla niektórych, niestety, tak. Człowiek wierzący odkrywa Obecność Zmartwychwstałego i ślady Jego obecności tam, gdzie jeszcze przed chwilą było Jego ludzkie ciało. Otrzymaliśmy, choćby tylko, Całun Turyński i Mandylion - tak namacalnie, fizycznie, do dzisiaj niewytłumaczalne naukowo. 

Ile osób, tyle spojrzeń. W tych obrazkach ewangelicznych jest ich kilka. Maria Magdalena uradowała się zewnętrznym, namacalnym spotkaniem ze Zmartwychwstałym (ewangelia Wigilii Paschalnej). Piotr pobiegł, nie dowierzając, aby sam przekonać się przy grobie, co zaszło - zobaczył wiele, ale nie rozumiał. Za nim do grobu wszedł Jan - najlepiej realizując to, co pozostawił nam Jezus: ujrzał i uwierzył, dodał to, co widoczne dla oczu do tego, co widziało serce (ewangelia Mszy rezurekcyjnej). Inne poziomy percepcji? Może. Nie każdy widzi wszystko od razu - można do pewnych spraw dochodzić powoli, ważne, aby się nie zatrzymywać. To, co dla jednych może być źródłem radości i porywem serca, inspiracją - dla innych stać się może źródłem negacji, kłamstwa, zaprzeczenia; na szczęście, z mizerną skutecznością. 

Strach i ból przestały mieć jakikolwiek sens. One skończyły się w chwili śmierci Jezusa na krzyżu. Dalej, odtąd to już tylko straszaki na naszą słabą ludzką wolę. Triduum Paschalne jest bardzo dynamiczne - te trzy dni nie pozwalają, aby zbyt długo zatrzymać się przy krzyżu. Bo krzyż to tylko etap - kluczowy, ale nie najważniejszy. Jezusa tam już nie ma, w grobie również nie. Nie ma się już czego obawiać - kierunek: Galilea! To miejsce, które dla każdego będzie indywidualne, wyjątkowe. Ja mogę tylko życzyć, abyś odnalazł je już dzisiaj - a przede wszystkim Jego samego tam. Osobiste spotkanie ze Zmartwychwstałym Zwycięzcą Śmierci to wydarzenie tak niesamowite i indywidualne, że każdy musi przeżyć je sam. Nikt nie obiecuje, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie - ale Bóg już to wszystko zniósł i przeszedł. Z Nim damy radę. 

Każdy z nas ma swoją Galileę, gdzie czeka na niego Zmartwychwstały. Oby nas tam nie zabrakło.

sobota, 19 kwietnia 2014

Nie bój się!


Są takie chwile, kiedy boimy się nawet nadziei - wolimy się zamknąć w naszych ograniczeniach, małoduszności i grzechach, wątpliwościach i negacjach. W Wigilię Paschalną czuwa z nami sam Bóg. W tych lękach, pokusach, próbach Bóg jest tuż obok. Pyta: "Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach?". Tej nocy czuwania nie można się bać, nie ma sensu walczyć z poczuciem pewności, które się w nas rodzi, odrzucać nadziei. Nie wybierajmy bezpieczeństwa grobu - pełnego naszych słabości, grzechów i egoizmu - ale otwórzmy się na dar nadziei. Nie bójmy się radości ze zmartwychwstania Chrystusa. Nie tylko Jezusa grób jest pusty - także dzięki Niemu nasze groby świecą życiem, które nie ma końca.


Pusty grób to początek, pierwszy etap, do którego w tę Wielką Noc prowadzi każdego z nas Jezus. Tak, pomimo naszych słabości i beznadziei, strachu i małoduszności. Takimi, jacy jesteśmy - normalni, z całym bagażem doświadczeń, grzechów i upadków. Stawia nam przed oczami dowód - Ja jestem ponad to! Grób Mnie nie uwięził. Jezus wyruszył dalej i to jest zadanie dla nas - prawdę pustego grobu nieść w świat, wyciągając z niej konsekwencje. Po to, abym ja sam potrafił wygrzebać się z grobów, do których raz po raz sam wpadam, i w których chętnie bym nie raz został - dla wygody, z lenistwa albo z nie znajdując siły, żeby to zmienić. 



Niech te święta dla Ciebie i Twoich bliskich będą czasem z jednej strony wypoczynku, spędzonym w gronie tych, których kochasz, złapania dystansu i oddechu od spraw codziennych - ale także momentem, kiedy pozwolisz Zmartwychwstałemu działać w swoim życiu, dasz sobie pomóc w zmartwychwstawaniu z tego wszystkiego, co dotąd Cię ogranicza, osłabia i podcina skrzydła. Autentycznej i długotrwałej radości z pustego grobu i wszystkich tego konsekwencji!

wtorek, 24 grudnia 2013

Nadchodzi...


Przyjęło się, że początki historii zbawienia określa się zdrobniale: żłóbek, gwiazdka, stajenka, dzieciątko. Trywializujemy to. Tymczasem te święta mają być dla nas czasem dojrzałości - dania świadomej odpowiedzi Bogu, który przychodzi. Przychodzi na świat i prowadzi nas poprzez wszystkie tajemnice, te radosne i te bolesne, chwile szczęścia i zwykłe szare dni. Świat jest trudny - ale ciągle pełen Boga, który promieniuje dla nas wszystkich.

Życzymy Ci, abyś potrafił Go przyjąć jako Tego, który jest mądrzejszy. Ten, który z jednej strony napełnia sensem - ale i niesamowitą prostotą. Uczący pokory, ostrożności osądów, dostrzegania Jego w drugiej osobie, bezinteresownej miłości, spalania się dla drugiego człowieka. Tego wszystkiego, co tak trudno nam przychodzi - a czyni niesamowicie szczęśliwymi. 

On znowu się narodził - pokój Wam! 

W imieniu swoim i rodzinki
T.

środa, 18 grudnia 2013

Puste miejsca przy stole


Niesamowite. Moje małe odkrycie ostatnich kilku dni, kiedy wrzuciłem na mp3 i słucham sobie repertuaru związanego już z Bożym Narodzeniem. Piosenka tkwiła tam, lekko licząc, od jakiś 5 lat - i chyba ani razu jej nie przesłuchałem. 
A nadzieja znów wstąpi w nas.
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie.
I choć przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,
Wbrew tak zwanej ironii losu.
Daj nam wiarę, że to ma sens.
Że nie trzeba żałować przyjaciół.
Że gdziekolwiek są - dobrze im jest,
Bo są z nami choć w innej postaci.
I przekonaj, że tak ma być,
Że po głosach tych wciąż drży powietrze.
Że odeszli po to by żyć,
I tym razem będą żyć wiecznie 
Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat,
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.
A nadzieja znów wstąpi w nas.
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie.
I choć przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,
Wbrew tak zwanej ironii losu. 
Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat,
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.
Nie wstydzę się tego - kiedy pierwszy raz ją słuchałem, a było to pewnie niewiele po 6:00, kiedy stałem na ciemnym peronie, czekając na transport, łza zakręciła się w oku. Dokładnie oddaje to, co czuję ja i co pewnie odczuwa każdy, kto stracił kogoś bliskiego w tych wyjątkowych dniach - kiedy, jak śpiewa Beata Rybotycka, stawić będzie trzeba czoła cieniom osób nieobecnych, po których tak wiele zostało: wspomnienie głosu, po którym ciągle jakby dosłownie drżało powietrze, puste miejsce przy stole (i wcale nie w tym sensie, że tradycyjnie przygotowane dla gościa, który może nadejść).

Są też optymistyczne akcenty - prawda o tym, że choć odeszli, to jednak tym razem żyją wiecznie, bo (jak mówi 1 prefacja o zmarłych w Mszale Rzymskim) "W Nim [Jezusie] zabłysła dla nas nadzieja chwalebnego zmartwychwstania i choć nas zasmuca nieunikniona konieczność śmierci, znajdujemy pociechę w obietnicy przyszłej nieśmiertelności. Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy, i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie". Zmienia się po ludzku, ale się nie kończy. 

Ale my mimo wszystko wierzymy nadal - w to kolejne, choć przecież to samo, Boże Narodzenie. Wbrew czemuś, co faktycznie może być uznane za ironię losu - a co ja przez pewien okres po odejściu Mamy w czerwcu nazywałem niesprawiedliwością: jak to, pijaczki, wyrzutki, złodzieje żyją dobrze i dożywają starości, a Mama odeszła przed sześćdziesiątką... Teraz, z perspektywy tego pół roku odbieram to w pewnym sensie jako właśnie ironię losu - wierząc głęboko w sercu, że Bóg miał w tym jakiś plan, a ona żyje w Nim wiecznie już bez tego cierpienia, którego tutaj doznawała w ostatnim czasie w związku z chorobą. 

Bo Bóg daje wiarę, że to ma sens - my nadal tutaj, oni (ci, którzy już odeszli, w tym Mama) tam, u Niego, na wiecznej wigilii i świętowaniu. Bóg ich, zmarłych, przytula już do swojego serca - a do nas jako Syn Boży przychodzi i trwa, przynosząc radość betlejemskiej szopki, także widząc cierpienie z powodu tego, że kogoś bliskiego, kochanego, nie ma już przy wspólnym stole. Jezus przynosi wiarę i nadzieję, że ta nasza rozłąka - my tutaj, oni tam - ma sens i zmierzamy w tym samym celu, gdzie się spotkamy, a gdzie dzisiaj oni na nas czekają. Maleńka Miłość przychodzi, aby wyrównać rachunki strat - nie zastąpi Mamy ani nikogo innego, ale przychodzi z tą samą wiarą, uczyć nadziei i podzielić się miłością. 

Paradoksalnie - nie tylko zmarła Mama, ale i Tata obchodzą w Wigilię swoje imieniny. Odwiedzimy ją na cmentarzu, złożymy życzenia - a potem, wieczorem, pewnie gdzieś tam popłynie niejedna łza, że jej tak po ludzku już z nami nie ma. I będziemy prosić, aby nadzieja przychodzącego Jezusa ukoiła ból i pozwoliła cieszyć się tymi świętami, tym co Jezus przynosi dla każdego z nas. 

środa, 27 listopada 2013

Kościelna wiosna według Rysia

Tę książkę czytałem dość długo, ale niewątpliwie była warta czasu poświęconego na przegryzienie się przez nią. Bp Grzegorz Ryś ponownie nie zawiódł, a zaciekawił, ubogacił i podsunął nowe pomysły - nie tyle może dla mnie jako mnie samego, ale tego, gdzie, jak i w jaką stronę Kościół powinien zmierzać szczególnie właśnie dzisiaj. 

Kościelna wiosna niedroga, poręczna, fajna książka - w moim wypadku - na drogę. Wiosna - jak mówi sam autor - dlatego, że Kościół się odmładza, zaczyna rozumieć i doceniać rolę świeckich w swojej wspólnocie. 

Nie będę się zbyt dużo rozpisywał - po prostu warto po nią sięgnąć. Biskup Grzegorz, który mówi, że nie umie mówić rekolekcji inaczej, niż tylko komentując Pismo Święte - szkoda, że wielu innych koniecznie w ramach kazań (bo trudno to nazwać homiliami) za wszelką cenę mówi o wszystkim, tylko nie o tym. Że to nie wiara jest złożona, a ludzie prości - ale wiara prosta a ludzie pokręceni. O koniecznym poczuciu więzi - nie tylko ze swoją grupką, parafią, ale i z całym Kościołem. O potrzebie tworzenia małych wspólnot w poszczególnych parafiach, żeby ludzie się odnajdywali w nich, a nie w wielkich anonimowych parafiach. O tym, że we wspólnotach trzeba partycypować - a nie je organizować. O tym, że w życiu właściwie chodzi tylko o to, aby stanąć wobec Boga, który mówi, i znaleźć odpowiedź na Słowo od niego otrzymane. O tym, jak odkrywać Komunię Świętą pod dwiema postaciami. O tym, że świeccy powinni brać czynny udział w liturgii, a nie brać udział w teatrze jednego aktora - kapłana. O poszukiwaniu znaków najuboższych - na wzór Jezusa, który zamknął się dla nas w kawałku chleba. O tym, że w Kościele nie można ludzi "obsługiwać". O pokusie oglądania owoców swojej pracy od razu, tu, zaraz. 

I pewnie o bardzo wielu innych rzeczach - o których każdy musi przekonać się sam, jeśli chce, i po prostu książkę przeczytać.  

>>>

Wyników nie mam, czekam. 

wtorek, 24 września 2013

Piękne pożegnanie

Pogrzeb Janka był piękną uroczystością, o ile pogrzeb może być piękny.

Piękny nowy i nie kiczowaty (co jest rzadkością) kościół, a tym piękniejszy, bo pełen ludzi, dla których Janek był ważny i chcieli go odprowadzić w ostatnią drogę. 

Bardzo zróżnicowana oprawa muzyczna - organista, solista wokalny, a i 2 pieśni na gitarze (w tym przepiękna i nieznana mi jedna, na uwielbienie). 

Tak, jak się spodziewałem, przyjechał ks. Darek - nasz katecheta ze szkoły. Chyba znał podłoże problemu, bo niewiele mówił. 

Ale powiedział piękną krótką homilię, w której nawiązał do tekstów czytań (Mdr 4, 7-15 i któraś wersja przypowieści o gospodarzu, który wraca niespodziewanie, ale zastawszy sługę gotowego, "przepasze się i będzie mu usługiwał" - Łk 12, 35-40?). Mówił, że w takiej sytuacji wydaje się, że najlepiej jest zamilknąć i rozważać w sercu, że słowa to za mało albo za dużo - ale z drugiej strony trzeba wyraźnie i mocno podkreślić, jaką należy wyciągnąć z odejścia - w tym wypadku Janka - naukę, szczególnie kierując te słowa do młodych. Nie ma śmierci zbyt wczesnej, nie ma śmierci zbyt późnej - każda jest dokładnie w sam raz, o czasie, o ile tylko człowiek jest na nią gotowy (to myśl ze zmarłego ks. Kazimierza Kloskowskiego, który też bardzo młodo odszedł, a miał wypowiedzieć ją nad grobem swojego brata). I w tym wszystkim taka nasza bezmyślna lekkomyślność, brak umiejętności wyciągania wniosków - stąd te gorzkie słowa "a ludzie patrzyli i nie pojmowali, ani sobie tego nie wzięli do serca, że łaska i miłosierdzie nad Jego wybranymi i nad świętymi Jego opatrzność" - i te słowa trzeba umieć odnieść do nas, którym tak bardzo często się wydaje - także w sytuacji konfrontacji z czyimś odejściem - że ja mam czas, ja zdążę, przecież mam życie przed sobą... No właśnie - mam albo nie mam. Tylko że tego nie wiem i nie dowiem się nijak (stąd Jezus mówi o "chwili, której się nie domyślacie"). Mam tylko jedną szansę, aby być gotowym. Jezus ciągle przychodzi, stuka i kołacze - a nadejdzie moment, kiedy będzie to zaproszenie nie do odrzucenia, na takie podsumowanie życia, które w tym momencie dobiegnie końca. 

I ja bardzo wierzę - bez względu na to, co doprowadziło Janka do śmierci - że nawet w swojej rozpaczy wierzył i wiedział, że Jezus był koło niego... choćby po to, aby go przeprowadzić dalej, na drugą stronę. Może niekoniecznie jako wzór człowieka wiary, "dobrego katolika" - Janek poprzedził nas w drodze tam, dokąd wszyscy zmierzamy i mniej lub bardziej świadomie pragniemy dotrzeć. On już nie ma wątpliwości - Bóg przytulił go do swego serca.

Adieu, Jasiu - do zobaczenia z Bogiem i w Bogu. Pilnuj nas z góry. 

Palec Boży? Tak, tym razem również. W poprzednim tekście wkleiłem linka do "Zdumienia" z oratorium Rubika. Które później usłyszeli wszyscy na zakończenie liturgii pogrzebowej, w bardzo pięknej aranżacji. To wszystko miało sens. Ma sens...

środa, 28 sierpnia 2013

Zmruż oczy

Niesamowite to było. Czy w tym jest palec Boży? A może Mama o sobie przypomina tam, z góry, we właściwy sobie oryginalny sposób?

Siedzę dość już zmęczony w pracy, piszę, a tu nagle wpada mail od jednej z koleżanek Mamy. Pani bardzo emocjonalnie napisała, że znalazła maila od Mamy, którego dostała jakieś 2 lata temu po śmierci jej taty. I Mama, i jej koleżanka jedna były na pogrzebie. I pani ta stwierdziła, że o ile czas nie leczy ran, a oswaja - to chciała, żebyśmy to przeczytali. Mama napisała do niej tak (pisownia oryginalna):
(...) Mam nadzieję, że ból życia jest do zniesienia.
Serdecznie dziękuję za to wzruszające spotkanie. Mam nadzieję, że jeżeli nie pomogło Ci za bardzo, to i nie dobiło.
Zobacz jak to sie plecie. Poprzednie takie było jak X chowała mamę.
Od naszego spotkanie chodzi a mną motyw przewodni "Zmruż oczy" , przesyłam, może będzie lżej.
ściskam całe osierocone stadko
Film "Zmruż oczy" z genialną rolą Zamachowskiego widziałem kilka razy, w tym raz u dominikanów w Mikołaju w ramach, zaniechanego już, kina pod gwiazdami. Niby dziwny, niby monotonny, a jednak jak bardzo prawdziwy. Polecam, kto nie widział, a sam sobie go pewnie odświeżę.

Ad rem. Tekst, który Mama tej koleżance wtedy przesłała, a który sam chyba gdzieś już sobie wynotowywałem:
Jest czas by mieć. Jest czas by tracić.
Jest czas by szukać. Jest czas zobaczyć.
Mieć w górze niebo, w sobie spokój.
Pod sobą krzesło, świat gdzieś z boku.
 Jest czas na słowa. Jest czas milczenia.
Jest czas być w słońcu. Jest czas być w cieniu.
Mieć ręce pod głową, zmrużone oczy, patrzeć jak życie się toczy.
 Jest czas by pytać. Jest czas by wiedzieć.
Jest czas by śnić. Jest czas dla ciebie.
Jest czas by widzieć, między chwilami, to czego nie ma - a jest. 

Ta końcówka trochę ks. Twardowskiego przypomina, prawda? Pamiętam, że główny bohater w filmie mówił mniej więcej: "Zmruż oczy, tak widać lepiej". Że mało tam było akcji, a sporo patrzenia w przestrzeń, obserwowania pustego podwórza, zapatrzenia, zamyślenia... Zamiast lecieć bez sensu - przystanąć, zamarudzić nad byle czym, zatrzymać się i zmrużyć te oczy.

I umieć je zmrużyć tak samo właśnie, kiedy serce najbardziej boli, gdy odchodzi lub odszedł już ktoś najbliższy, kogo kochamy, bez którego świat wydaje się walić i niszczeć. To po prostu taki czas, jak inny - tylko bardziej bolesny dla tych, co zostają i żyją dalej, w przeciwieństwie do tych, których czas nadszedł. My tutaj ciągle tracimy i szukamy - oni już mają i widzą, zobaczyli. My nad sobą mamy niebo - oni już w sobie spokój, bo połączyli się ze źródłem pokoju. Nam świat ciągle przesłania wszystko - oni już mają odpowiedni dystans, bo są poza nim. Wspominamy słowa i milczymy, wspólne chwile na słońcu ukrywając rozpacz w cieniu serca. I tak nagle, wyjątkowo, jakby wyjęci z czasu montujemy piękną retrospekcję z życia tego, kogo właśnie tak bardzo i nagle zabrakło. My tutaj ciągle pytamy - oni już wiedzą. A co najpiękniejsze - z tym wszystkim czekają tam na nas. 

czwartek, 27 czerwca 2013

Mama odeszła

Wszystko się posypało 20 czerwca. Wtedy odeszła Mama.

Tak sobie myślę - dzień się źle zaczął. Rano rozwaliła mi się teczka - przed samym wyjściem do pracy trzeba było się przepakowywać. Przed południem podszedłem jeszcze do taty do pracy po ostatni papier - ZUS wymyślił sobie, kompletnie nieczytelną, tabelkę a'la pełnomocnictwo - brat wydrukował, Mama podpisała i miałem dołączyć do wniosku o rentę. Tak naprawdę w pracy nic tego dnia nie zrobiłem - dosłownie. Od samego rana kserowałem dokumenty (żeby kopia została - ZUS życzy sobie oryginały), potem to wszystko układałem, parafowałem, sprawdzałem po 3 razy. Jak już skończyłem - zapakowałem w kopertę, zaadresowałem. Chwila spokoju, coś tam dokończyłem w pracy. Pomyślałem - zadzwonię do mamy, było ok. 13:00. Nie odbierała - nic dziwnego, stwierdziłem, pewnie u lekarza jeszcze była. 

O 13:59 - godzinę zapamiętam do końca życia - zobaczyłem: dzwoni tata. Momentalnie nabrałem złych przeczuć - widzieliśmy się ze 3 godziny wcześniej. Płakał. Powiedział jedno zdanie - że mogę tego nie wysyłać, bo Mama umarła. 

Po pół godzinie wycia w toalecie jakoś się ogarnąłem, powiedziałem w sekretariacie, co się stało i że wychodzę. Ta podróż do domu do rodziców była jakaś nierzeczywista... Dobrze, że miałem okulary przeciwsłoneczne, bo łzy leciały ciurkiem cały czas. Taka bezsilna rozpacz, przeplatana chyba dość bezmyślnie z jednej strony, a z wielką wiarą z drugiej zdrowaśkami zaciskanych do białości palców na małym różańcu. I jakby w tle, jak jakiś dziwaczny pokaz slajdów, tony wspomnień - od maleńkiego do ostatniego spotkania, w minioną niedzielę. Na miejscu wszedłem do kościoła, w którym tyle razy polecałem Bogu wszystko i wszystkich, piękne i bolesne sprawy - generalnie pełen turystów, błysków fleszy i rozmów; uciekłem do bocznej kaplicy i uświadomiłem sobie, że nie wiem, co Mu mam powiedzieć. Kołatające się po głowie "dlaczego?" brzmiało dość bezsensownie - przecież nie znamy dnia ani godziny (np. Mt 25, 1-13), czyli Mamy czas po prostu nadszedł. Pozostała chyba tylko wielka prośba o to, aby Mama w Nim samym znalazła doskonały odpoczynek i swoje miejsce. Tam, gdzie już nic nie boli, gdzie nie ma zmartwień i bólu - a każdy stapia się z odwieczną Miłością. 

Do dzisiaj tego nie ogarniam. Mama walczyła z rakiem półtora roku - i o ile miał bym bać się tego najgorszego, to nie raz, ale nie w tym czasie. Była bardzo słaba po zabiegach związanych z płucami w zeszłym roku - lekarze sami przecierali oczy, kiedy naprawdę szybko doszła do siebie. Wszystko szło w pięknym kierunku - do momentu tych bólów głowy, które pojawiły się na wiosnę. Pomimo beznadziejnego poziomu służby zdrowia ludzi tak ciężko chorych nawet w naszym chorym kraju diagnozują szybko - okazało się najgorsze: przerzuty do mózgu, nieoperacyjne, w 2 miejscach. Szybkie badania, uderzeniowa krótka radioterapia. Tydzień wcześniej zaczęła się chemioterapia. Rozmawiałem z ludźmi, wiedziałem, że znane są przypadki, gdy tego typu przerzuty zabijają dosłownie w ciągu tygodni. Mama zaczęła mieć problemy z koncentracją i pamięcią - natomiast cały czas funkcjonowała normalnie, sama, spotykała się z ludźmi, wychodziła albo jeździła na spacery. Zauważyliśmy, że przybrała nieco na wadze, w niedzielę na obiedzie z radością patrzyliśmy, jak wrócił jej apetyt. Wszystko szło, po ludzku sądząc, ku dobremu - wiedzieliśmy, że musi się udać. 

W czwartek poszła do swojej pani onkolog, widziała się tam z matką chrzestną brata - też walczącą od lat z nowotworem. Porozmawiały, Mama miała poczekać na brata, który wracając z uczelni miał zawieźć ją do domu. Zdzwonili się, młodemu się przedłużyły zajęcia - nie ma problemu, powiedziała, czuła się świetnie, pogoda była śliczna, pojedzie tramwajem. Dzwoniła jeszcze z odległości ok. 15 minut od domu. To brat znalazł Mamę w domu, jeszcze bezskutecznie próbował ją reanimować. Gdy przyjechało pogotowie - lekarz stwierdził zgon. Pocieszał, że przy takim schorzeniu to najlżejsza dla chorego droga odejścia - gdyby choroba postępowała, Mama po prostu stawała by się coraz bardziej odległa, coraz mniej by pamiętała i kojarzyła, a przy tym bardzo by bolało... Tu - upadła, krwotok wewnętrzny, i umarła. Tak po prostu. 

Tata się dosłownie rozsypał - wiedzieliśmy, że to na naszych barkach spocznie przygotowanie pogrzebu i ogarnięcie wszystkiego. Siedzieliśmy w domu, rycząc jak bobry. Była i już jej nie ma. Większość wziąłem na siebie, wszystko udało się całkiem sprawnie załatwić. Mama mówiła nie raz o testamencie - znaleźliśmy w jej pokoju, faktycznie, spisany na dodatek w dniu urodzin mojej żony, 3 lata temu. Serce aż ściskało, kiedy czytaliśmy to charakterystyczne pochylone pismo, którym przez tyle lat Mama wpisywała dedykacje w książki, jakimi nie raz nas obdarowywała (zawsze ciesząc się, że obydwoje lubimy czytać), czy zwykłe kartki w kuchni, kiedy wychodziła wcześniej do pracy - to i to macie na obiad, kupcie to, zdzwonimy się w dzień, ściskam Mama. Ciągle mam w telefonie jej numer - zgodziła się na komórkę dopiero, kiedy zachorowała - i sporo smsów sprzed 2-3 dni przed jej odejściem. Przejrzeliśmy jej skrzynkę mailową - żeby sprawdzić, z kim utrzymywała kontakt, i powiadomić o jej odejściu i pogrzebie. Niesamowite było to, że wiele maili pomijała, ale otwierała każdy ode mnie, szczególnie ze zdjęciami Dominiczka. Dostaliśmy bardzo dużo kondolencji - piękne było to, że zupełnie różni, znani z innych sytuacji życiowych (szkoła, studia, praca, po prostu przyjaciele) opisywali Mamę w ten sam sposób, wskazując na te same cechy charakteru - nie żadne ogólniki i laurki, ale konkrety. 

Jedna z przyjaciółek napisała, że w ostatnim mailu, na 3 dni przed odejściem, Mama napisała, że "czas już odpocząć". Czy coś przeczuwała? Czy czuła, co się zbliża? Nie wiem, i pewnie się nie dowiem. Na pewno miała świadomość, że rak mózgu to w pewnym sensie kwestia czasu, zanim człowiek odchodzi. Lekarze kazali być dobrej myśli - ale mam wrażenie, że swoje mogli wiedzieć i rozumieć, że koniec się zbliża; nie mam im tego w ogóle za złe, Mama do końca była pełna woli życia, zawsze mówiła, że "jak już zwalczę to świństwo, to..." - miała dużo planów, chciała więcej czasu spędzać z naszym małym.... i nie zdążyła. Pan Bóg zdecydował inaczej. 

Teraz tak sobie myślę, że nigdy bardziej niż w tamtych dniach w Niego nie wierzyłem - może to zabrzmi paradoksalnie. To odejście Mamy nie spowodowało u mnie kryzysu wiary w tym sensie, że zanegowałem Jego samego i wszystko, w co dotąd wierzyłem. Wściekałem się na Niego, złorzeczyłem, próbowałem zrozumieć - dlaczego tak, dlaczego teraz - ale równocześnie wierzyłem, że w tej chwili Mama jest już tylko w cieniu Jego rąk, w blasku Jego miłosiernego spojrzenia. Że w Nim właśnie znajduje ukojenie i swoją przystań, do której tak naprawdę zawsze zmierzała - wychowując nas na ludzi bynajmniej nie idealnych i genialnych, ale mam nadzieję mądrych, o kręgosłupie moralnym, pewnych wartościach, którym od małego wpajano, że trzeba być, a nie mieć i to przede wszystkim dla innych, że nie można wstydzić się swoich poglądów, że trzeba umieć bronić swojego stanowiska, umieć się sprzeciwić temu, co złe - i tylu innych pięknych prawd. W tym tego, że człowiek po to ma serce i rozum, żeby z obydwu korzystać - wierząc, ale i myśląc. Dlatego tak strasznie lekko zrobiło mi się na sercu, kiedy we wtorek - miałem tego dnia 2 kolokwia, musiałem pójść - przyśniła mi się Mama i była po prostu uśmiechnięta. Dla mnie to znak, że znalazła odpowiedź na wszystko i jest już tam, dokąd wszyscy zmierzamy, szczęśliwa i ukochana przez Boga. 

Żegnaj, Mamusiu. Nie masz pojęcia - i ja chyba też nie - jak ciężko będzie żyć bez Ciebie, która od zawsze i zawsze po prostu byłaś obok. Ale wierzę i wiem, że jesteś tam u góry i patrzysz na nas. Mam nadzieję, jak to Ty zawsze mówiłaś, kiedy odwiedzaliśmy babcie na cmentarzu, że nie będziesz musiała się za nas wstydzić. 

Adieu. Do zobaczenia - z Bogiem i w Bogu. 

niedziela, 30 grudnia 2012

Niech ta moc będzie z wami

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Pojawił się człowiek posłany przez Boga Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości. Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali - łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył. (J 1,1-18)
Prolog ostatniej, jakże innej od pozostałych ewangelii Jana. Słowa, które w tych dniach jest okazja usłyszeć dwukrotnie - najpierw ci, którzy w dniu Narodzenia Pańskiego byli na Mszy w ciągu dnia lub wieczorem (nie na pasterce ani o świcie), ale też każdy, kto wybierze się na Mszę jutro, w ostatnim dniu kalendarzowym roku. Pozorna gra słów, o jakże głębokim znaczeniu. Chrystus jako Słowo wcielone, będące od początku z Boga i będące jednocześnie tym samym Bogiem. Praprzyczyna, siła sprawcza, życie wszystkiego, jedyna światłość. 

Nic dziwnego, że Jan odnosi się do... swojego imiennika, a Jezusowego kuzyna - Chrzciciela. Przecież współcześni im to właśnie Jana Chrzciciela uznali za Mesjasza, czemu ten musiał zaprzeczać, co uczynił wprost, nazywając się "głosem wołającego na pustyni" (Mt 3, 2), powołując się na "większego od siebie, któremu nie jest godzien zawiązać sandałów u nóg" (Mt 3, 11). Tutaj mamy podane wprost - nie Światłość czyli Mesjasz, ale posłany, aby Go wprost zapowiedzieć, wybrany spośród proroków do spięcia klamrą Starego i Nowego Przymierza, do wskazania ludziom Tego, na którego czekają - Światłość oświecającą, co prawda, wszystkich, ale mogącą oświecić naprawdę dopiero tego, który tego oświecenia szuka i pragnie, a z tym - jak wiemy -  już gorzej. 

Właśnie paradoks stajni betlejemskiej najlepiej opisują słowa - Bóg przychodzi do swojej własności, która Jego boskość skrytą pod postacią noworodka po prostu odrzuca, nie przyjmuje. Słowo stało się ciałem, można by powiedzieć, jakby na darmo, w ubóstwie, skrajnej nędzy, między pospólstwem i bydłem, na dodatek z żądnym krwi Herodem na karku. A jednak - to, że Słowo zamieszkało między nami nie umknęło uwadze wszystkich - są mędrcy, są pasterze, są chóry anielskie. Ci, którzy Boga chcą odnaleźć i zauważyć, nie zważając na pozory, dostępują tej wielkiej łaski powitania Króla Królów w Jego ziemskiej ludzkiej postaci. Chwała (na wysokości) Bogu - a na ziemi pokój ludziom dobrej woli; im właśnie. 

Ks. Artur Stopka udostępnił w tych dniach świetny obrazek. Nawiązanie do sagi Georga Lucasa jest bardzo na miejscu w kontekście użytego przez ewangelistę sformułowania - bardziej niż powszechnego. "Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi" - zatem i ja przyłączam się do życzeń, aby moc była z nami wszystkimi; nie żadna inna, żadna gwiezdna, z żadnej bajki - po prostu ta moc, którą przyniósł nam w darze, w prezencie na swoje urodziny, Syn Boży. Niech ta moc będzie z wami

>>>

Warto przytoczyć, tym bardziej że to słowa anglikańskiego zwierzchnika tejże wspólnoty, abp. Rowana Williamsa, z tegorocznej liturgii bożonarodzeniowej w katedrze w Canterbury:>
Jesus does not come just to answer the questions we think important … he does not come to give us a set of techniques for keeping God happy; and he certainly doesn't come to create a harmlessly eccentric hobby for speculative minds. He comes to make humanity itself new, to create fresh possibilities for being at peace with God.
>>>

I kilka świetnych zdań (końcówka w zasadzie) z "Bieganiny za miłością" ks. prof. Jana Kracika z świątecznego TP (dziwne, nie znalazłem na www tej części, tylko dość pocięte cytaty). Cały numer polecam - np. także świetny dialog Turnaua z Mancewiczem, albo opowieść o Jerozolimie jako mieście wiecznego adwentu. Ale do rzeczy:
W liturgii drugiego dnia świąt współistnieją słodkie kolędy i wspomnienie załtuczonego Szczepana. Także duchowe narodziny Chrystusa w ludzkim życiu - czyli rozpoznanie i przyjęcie Boga przychodzącego w sposób często nieoczekiwany, betlejemski - miewają miejsce o dowolnej porze roku. Przeżywanie bożonarodzeniowego wydarzenia w kościelnej wspólnocie sprzyja przyjęciu Jego przesłania, ale nie zastąpi przecież osobistej decyzji uczestniczenia w misterium spotkania z Nowonarodzonym.
Przeszłości nie zmienimy, przyszłości nie znamy. To dziejąca się nieustannie teraźniejszość woła o betlejemskie światło, o wytrwałe nawroty ku dobru, o ludzi cierpliwej przemiany. Jest w tym wołaniu i krzyk tęsknoty za listonoszem nadziei. Niesie ją innym ten, kto zaczyna od siebie. Chrześcijanin myśli o przemianie własnego serca nie w kategoriach osobistego wyczynu, lecz współdziałania z Tym, który - choć dawno już przyszedł - jest ciągle nie dość intensywnie obecny w szopie ludzkich myśli, mowy i uczynków.
To właśnie tam odbyć się ma raz jeszcze Boże Narodzenie. Ciągle na nowo potrzebne i prawdziwe - mimo pakowania go przez wielu w sentymentalizm, folklor czy kicz.  
Czego, za autorem, wszystkim nam życzę - na to po-świętach i nadchodzący pojutrze nowy 2013 rok.

I - mała prośba w imieniu całej naszej trójki - o zdrowie, bo z tym krucho (ja na zwolnieniu od 10 grudnia...), bo reszta nam naprawdę niepotrzebna, a póki co wszyscy chorujemy :/

czwartek, 1 listopada 2012

Jezus jaśniejący w świętych

Zamiast tekstu ewangelii - piękna muzyka, która 12 lat temu zjednoczyła bardzo różnych artystów (m. in. Czesława Niemena, którego nie ma już z nami) w modlitwie dla Jana Pawła II, dzisiaj już błogosławionego. 


Żadne święto zmarłych - dzisiaj po prostu większość z nas udaje się na groby bliskich na cmentarze, bo jest wolny dzień, a jutro każdy biega do swoich zajęć. Świętowanie zwycięstwa Jezusa, jaśniejącego we wszystkich, którzy odpowiedzieli na Jego zaproszenie, i poprzedzili nas w drodze do świętości, którą przeszli do samego końca - do Niego samego. To się pięknie zazębia, bo w większości wierzymy, że nasi bliscy, którzy odeszli, do tego grona wszystkich świętych należą, i czekają na nas - więc to cmentarne wędrowanie nabiera zupełnie innego wymiaru. 

Z jednej strony szukamy dzisiaj wspomnień, wracamy pamięcią do tych bliskich nam osób, wspominamy wspólne chwile - z drugiej zaś strony z całego serca prosimy Pana, aby dane nam było spotkać się z nimi, dotrzeć do tego samego miejsca, do celu naszej wędrówki - byśmy wszyscy razem odnaleźli się w Bogu. Jak, kiedy, w jaki sposób się to odbędzie - nie wiemy, co wyjaśnia nam św. Jan (1 J 3,1-3), ale nie mamy wątpliwości, że to nastąpi. Póki co, jesteśmy przekonani o pięknej rzeczywistości nazwanej przez Kościół obcowaniem świętych - jedną z prawd naszej wiary, która pozwala odczuwać namacalnie obecność wszystkich, którzy w Bogu już zwyciężyli, i teraz patrzą na nas, wspierają nas. Jak to pięknie dzisiaj tłumaczył w czasie audiencji papież Benedykt XVI - jak te ziarna, które po ludzku co prawda obumarły, ale po to, aby zaowocować w sposób najlepszy i w najlepszym możliwym kierunku: ku niebu. Oni bez wątpienia są błogosławieni - bo święci, zanurzeni w Bogu najbardziej jak to możliwe. Tak, otwarcie się na Jego błogosławieństwo = świętość. 

Jak co roku, serwisy internetowe serwują wyliczanki zmarłych celebrytów. Hanuszkiewicz, Villas, Havel, Jarocka, Szymroska, Houston, Smolarek, Mec, Suzin, Chrzanowski, Summer, Stuligrosz, Gibb, Kulej, Łapicki, Armstrong czy Gintrowski wymieniani są dzisiaj jednym tchem - tak to jest, ostatecznie po śmierci wspomina się ich głównie właśnie w tym dniu. Ale może to i dobrze - Bóg jeden wie, czy i jak bardzo potrzebują naszej modlitwy. Nie warto im jej żałować. Sami też być może będziemy jej kiedyś potrzebowali. 

Na marginesie - nie wiem, po co niektórzy na te cmentarze się wybrali. Naprawdę. Rewię mody to można zrobić gdziekolwiek (rozumiem, dzisiaj galerie handlowe zamknięte, więc jest problem), pokrzyczeć przez telefon także, poprzepychać się również. No chyba że komuś frajdę sprawia stanie w korku, wyzywanie innych stojących w tym samym korku, albo złorzeczenie służbom odpowiedzialnym za logistykę dojazdów do naszych nekropolii. Tylko jak po czymś takim iść na czyjkolwiek grób, a jeśli już tam stanąć - to po co?

Nie jest sztuką zakończyć dzisiejszy dzień na kilku ckliwych wspomnieniach nad mogiłami rodziny czy przyjaciół. Wspomnienia to ta część sentymentalna, dla nas - żywych - dzisiejszy dzień to wołanie o odwagę świętości, odwagę bycia świętymi w naszej codzienności, już tutaj i teraz, nie czekając na lepszy, bardziej dogodny moment. Wspierają nas w tym także nasi zmarli - święci - o których jedna z prefacji mówi, że "przykład świętych nas pobudza, a ich bratnia modlitwa nas wspomaga". Piękny łańcuch modlitwy - my za nich, oni za nas. Nawet najbardziej wytrwała modlitwa tu nie wystarczy - poza tym trzeba umieć świętość w sposób praktyczny zastosować w swoim życiu, w stosunku do siebie i do innych. Ja to sobie w bardzo prosty sposób przekładam, może w pewnym sensie upraszczając - kiedy modlę się przy grobach dziadków, zawsze mówię sobie: babciu, dziadku, żebyście wy się za nas tutaj nie musieli wstydzić...

czwartek, 4 października 2012

Do-czekanie

Nigdy nie przypuszczałem, że przed 30-stką przyjdzie mi wracać do rodzinnej dzielnicy na pogrzeb rodziców kolegów ze szkoły podstawowej. A jednak...
 
We wtorek byłem na pogrzebie ojca jednego z najlepszych kumpli z podstawówki. Fakt, od jej ukończenia lat minęło -naście, relacje się - delikatnie mówiąc - rozluźniły, jednakże stwierdziłem, że powinienem tam być. Trudno, urwałem się z zajęć, i przyjechałem. Ładny słoneczny dzień, ciepło jak na jesień, pięknie wręcz - a takie przykre okoliczności.
 
Tragiczna historia - niespełna 54 lata, pojechał człowiek na ryby i już nie wrócił. Tzn. wracał, ale do domu nie dojechał, bo jakiś dzielny i brawurowy kierowca postanowił, że jego przepisy nie obowiązują, jechał środkiem i go, dosłownie, staranował. Uderzył samochodem tak, że tatę kolegi praktycznie zmiażdżył. Jedno dobre, że się człowiek nie męczył, zmarł od razu. Została żona, która spędziła z nim większość życia, syn i nastoletnia córka. Wszystko takie nierzeczywiste, nierealne.
 
Uroczystość była kameralna, ale bardzo piękna - mam na myśli Mszę, bo na pogrzeb nie mogłem pojechać. Proboszcz mówił ciut za długo, ale naprawdę mądrze i na temat (różnie z tym bywa). Żona zmarłego uczy w okolicznej podstawówce, więc pojawiło się troszkę nauczycielek - miło, że były, miło było mnie zobaczyć te osoby. Rodzina, sporo, no i przyjaciele dzieci.
 
Taka śmierć to niesamowite kazanie - mówione przez odchodzącego do nas, jako tych, którzy pozostają. Ewangelię słuchaliśmy na temat czuwania i gotowości. Mam takie głębokie przeświadczenie, że zmarły słuchał jej razem z nami, tylko z tej drugiej strony - zanurzony już w Boga tak mocno, jak to tylko możliwe, możliwe po śmierci. Zrozumiałe jest, że w takiej sytuacji - szczególnie ze strony najbliższych - padają pytania o sens, o cel, o przyczynę takiego zdarzenia; czemu on, czemu teraz, po co? Tylko że na to nie odpowiemy. To nas przekracza, przerasta.
 
Natomiast możemy i w takim kontekście powinniśmy zadać sobie pytanie o siebie, o to, co będzie, jeśli nas taka sytuacja spotka - i nagle nić życia po prostu się urwie, niekoniecznie w tak tragicznych okolicznościach. Wtedy nie będzie drugiej szansy - staniemy oko w oko z Bogiem, czy w niego wierzę, czy nie, bo tylko On tam jest. Gotowość to takie mądre i wymagające słowo - jednak w kontekście tego, o co prosi i co sugeruje Pan, nie stanowi czegoś niewykonalnego. Bo być gotowym to po prostu żyć z Nim, żyć z Bogiem i w Bogu - a nie obok, negując Go albo odsuwając jako folklorystyczny dodatek, taki kwiatek, o którym przypominam sobie przy niedzieli, święcie, ślubie, komunii czy - o, właśnie - pogrzebie. Gotowość to przejaw tej mądrości, która pozwala dobrze przeżyć życie, a przede wszystkim dobrze żyć - tu i teraz - bez względu na to, co czeka za zakrętem.
 
W zasadzie to jest całkiem logiczne - skoro w Niego wierzę, to czemu miałbym odwlekać i odsuwać od siebie, zostawiając na później, to, co powinno być nie tylko odległym celem, ale przede wszystkim pragnieniem i wyczekiwaniem mojego życia - moment spotkania ze Stwórcą, od którego każdy z nas pochodzi i każdy z nas zmierza. Chór TGD w jednym ze swoich kawałków śpiewa: "Oczekuję Ciebie, Panie, jesteś mym oczekiwaniem"...
 
Wierzę, że zmarły tata kolegi też na swój sposób oczekiwał, a tamto tragiczne wydarzenie sprzed kilku dni stało się dla niego prezentem, niespodzianką - takim do-czekaniem. Przeżył swoje oczekiwanie i Bóg przyjął Go do swego domu. O niego się nie martwię - nie mógł trafić w lepsze ręce. W tej sytuacji proszę za nich - za żonę, za kolegę i siostrę - aby On sam był dla nich ukojeniem, aby w ich skołatane i poranione tą śmiercią serca zesłał pokój, jaki tylko On może dać człowiekowi.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Ujrzeć i uwierzyć

Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował.  (J 13,1-2)
To nie słowa liturgii Wielkanocnej, ale z Wielkiego Czwartku. A zarazem - sedno i wyjaśnienie tego, co się później wydarzyło, czego konsekwencją jest nasza w tych dniach możliwość świętowania. Syn Boży, sam będący Miłością, wspina się na szczyt poświęcenia i ofiarowuje sam siebie, aby ci, których umiłował, mieli życie nie tylko w perspektywie tych kilkudziesięciu lat na ziemi.
 

Autentycznej radości ze Zmartwychwstania, która napełni nas nie tylko na chwilę, ale pozostanie w sercach i pomoże powstawać z każdego upadku, odnaleźć siłę w każdej trudności, zrozumieć sens w cierpieniu i umiejętnie wykorzystać każdą chwilę. Tej nadziei, która będzie nas przemieniać tak samo, jak odmieniła apostołów. Żeby nasze świętowanie zwycięstwa Pana nie skończyło się w anonimowym tłumie gapiów, być może przypadkowo stojących koło pustego grobu - ale abyśmy potrafili do tego pustego grobu wejść i, jak św. Jan, "ujrzeć i uwierzyć".

poniedziałek, 31 października 2011

Radosne świętowanie

(refleksja nagrana na komórce, gdy wychodziłem kilka dni temu z cmentarza)
Najlepszym punktem wyjścia, początkiem świętowania dnia jutrzejszego - uroczystości Wszystkich Świętych - jest uświadomienie sobie, kogo świętujemy, kogo wspominamy. 

Nie zmarłych. Żadne święto zmarłych! 1 listopada wspomina się i świętuje (masło maślane) wszystkich świętych. Czyli tych, którzy we współpracy z Bogiem przeżyli swoje życie. Tych, których życie po ludzku się skończyło, a jednak, które ma swój ciąg dalszy. Swoją lepszą część, która trwa nadal. I nigdy się nie skończy. Jak takie punkty na osi czasu, dążącej ku nieskończoności. Mają swój punkt powstania, moment narodzin, ale się nie kończą. 

Życie trwa dalej. Zmienia się, ale się nie kończy, jak mówi jedna z prefacji na msze za zmarłych. Nie wiemy, jak to jest, nie wiemy, jak to wygląda. I pewnie się dowiemy. Kościół pozostawia to jako tajemnicę. Tajemnicę świętych obcowania. Świętych, którzy duchowo są tutaj z nami, ale tak naprawdę są już tam, z Bogiem. Zakorzenieni w Bogu w taki sposób, że nic nie jest już w stanie ich od Niego rozdzielić. Nie tak jak my, którzy mamy swoje problemy, grzechy, brudy, upadki - ale w Bogu tak naprawdę, na maxa, do końca. 

I choć ten dzień dla wielu, siłą rzeczy, jest trudny, bo wspominamy - niektórzy pradziadków, niektórzy dziadków, ale wielu z nas też rodziców, rodzeństwo, ciotki, wujów, niektórzy przeżywają dramat tego, że kiedyś pochowali i w tych dniach stają nad grobem czy to współmałżonka, czy nawet dziecka. Ale to jest piękny czas. Bo głęboko wierzymy, że nie tyle pamiętamy o nich jako tych, którzy wiernie żyli i zmarli - ale jako tych cichych i często anonimowych świętych z naszych podwórek, z naszych rodzin i środowisk. Anonimowych świętych, ale przez to w żaden sposób mniej świętych. Świętych - więc dlatego wspominamy ich już jutro. Sam nie wiem, dlaczego, ale ja zawsze, kiedy wchodzę na cmentarz, nie czuję strachu, tylko ogarnia mnie taki niesamowity spokój. Spokój, jakby ci wszyscy, których doczesne szczątki kiedyś zostały tam złożone, byli takim niemym, ale bardzo mocnym potwierdzeniem. To wszystko ma sens. To wszystko, w co wierzysz, to prawda, a my jesteśmy tego najlepszym dowodem.

Bywa, że łza się w oku zakręci, za tą czy tamtą osobą, na wspomnienie wspólnych chwil, ale to przecież normalne. Tym większe przed nami zadanie. Uwierzyć w to obcowanie świętych. Uwierzyć i świętować to, tak naprawdę. Niech tern jutrzejszy dzień, ani Dzień Zaduszny, nie będą smutnym rozpamiętywaniem tych, którzy kiedyś byli, a teraz już odeszli - ale radosnym wspomnieniem tego, co było w nich dobre, radosne i piękne, za co ich kochaliśmy, za co nam ich tak bardzo brakuje. I też takim radosnym oczekiwaniem. Na spotkanie w wieczności. My ze sobą, my między sobą, my z nimi - ale przede wszystkim: my z Bogiem. Wtedy już święci tak, jak On tego pragnie.

piątek, 3 czerwca 2011

Radość - niby jest, a tak naprawdę?

Jezus powiedział do swoich uczniów: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Wy będziecie płakać i zawodzić, a świat się będzie weselił. Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz zamieni się w radość. Kobieta, gdy rodzi, doznaje smutku, bo przyszła jej godzina. Gdy jednak urodzi dziecię, już nie pamięta o bólu z powodu radości, że się człowiek narodził na świat. Także i wy teraz doznajecie smutku. Znowu jednak was zobaczę, i rozraduje się serce wasze, a radości waszej nikt wam nie zdoła odebrać. W owym zaś dniu o nic Mnie nie będziecie pytać. (J 16,20-23a)
Ten tekst mnie zastanawiał zawsze. Bo bardzo, niestety, dobitnie pokazuje i dowodzi, jak wybiórczo bierzemy do serca i realizujemy to, czego Jezus uczył. Bo chrześcijaństwo powinno cechować się radością, uśmiechem, pełnią nadziei i wiary. Tak? Jakoś w kościołach tego nie widzę. Bo zakładam, że do kościoła przychodzą wierzący, a nie ludzie przypadkowi. Ja rozumiem - skupienie w modlitwie, zaduma itp. Ale tej radości brakuje bardzo często także w tym przeżywanym teraz czasie, okresie wielkanocnym! Najważniejszy czas, świętowanie tryumfu Zbawiciela - i co? Przelatuje I i II dzień świąt wielkanocnych - wraca monotonia pracy/nauki, zaczyna się maraton komunijno-bierzmowaniowy. Radość i wesele? Panie, a kto ma na to czas...

Tu nie chodzi o głupi uśmiech, śmianie się jak przysłowiowy głupi do sera. Chodzi o radość wewnętrzną, która promieniuje, emanuje na to wszystko, z czym i z kim stykam się na zewnątrz. Teoretycznie - radość, o której nie powinno się mówić, bo powinna być po prostu widoczna i oczywista. Chodzi o tę radość, która zawsze pozostaje, choćby na drugim planie, ale jest i przenika, nie pozwala aby zły cień położył się nawet na najtrudniejszych momentach życia - gdy boli, gdy ktoś cię rani, gdy coś znowu nie wychodzi, gdy zawaliłeś. Radość - bo ciągle jest czas, od Boga dany, bo jutro wstanie kolejny dzień, w który mam wejść pełen zapału i pomysłów, a nie z przymusu, bo nie mam innego wyjścia.

To porównanie z kobietą rodzącą - nie da się ukryć, mocno do mnie przemawia. Pomimo porodu poprzez cesarskie cięcie, widziałem ile żona się nacierpiała, ile ją to kosztowało. Ale już po 2 dniach nie miało to znaczenia, bo liczył się tylko ten przerażony, zawinięty w beciku maluszek, który swoimi wielkimi oczami po raz pierwszy oglądał świat. 

My jesteśmy stworzeni do radowania się, i powołani do tej radości. Jeśli siedzisz i użalasz się nad swoim losem - nie dość, że marnujesz czas, to jeszcze przeciwstawiasz się Bogu. On nie po to nas zbawił, żebyś ty był wiecznie nieszczęśliwy. My już otrzymaliśmy tę obiecaną przez Pana radość, i co z nią robimy? Pewnie mało kto, zapytany, w ogóle by powiedział - radość? Jaka radość? Przecież on wygląda, jakby tu był za karę. 

No właśnie. To jak ktoś miałby odebrać nam radość, z której albo nie zdajemy sobie w ogóle sprawy, albo nawet jeśli zdajemy sobie sprawę - w ogóle nie okazujemy? Trudno zabrać coś, czego praktycznie nie ma.

poniedziałek, 30 maja 2011

Nadzieja jest w Nim

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby z wami był na zawsze - Ducha Prawdy, którego świat przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna. Ale wy Go znacie, ponieważ u was przebywa i w was będzie. Nie zostawię was sierotami: Przyjdę do was. Jeszcze chwila, a świat nie będzie już Mnie oglądał. Ale wy Mnie widzicie, ponieważ Ja żyję i wy żyć będziecie. W owym dniu poznacie, że Ja jestem w Ojcu moim, a wy we Mnie i Ja w was. Kto ma przykazania moje i zachowuje je, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie. (J 14,15-21)
Jezus nie owija nic w bawełnę. Konkret, wymóg, konieczność. Jeżeli Mnie miłujecie - bez tego ani rusz. Te słowa w zestawieniu z tym, które przykazania Jezus postawił na czele jako najważniejsze, pierwsze i największe, pokazują jasno prawdę, o której pisałem ostatnio. Miłość to podstawa, miłowanie to fundament. Przykazania tylko wtedy mają sens, gdy przestrzega się ich w duchu tej miłości - Boga do człowieka, człowieka do Boga i człowieka do drugiego człowieka. 

Pojawia się w Jezusowych słowach wielka obietnica, którą świętować będziemy bodajże za 2 tygodnie, po najbliższym Wniebowstąpieniu Pana. Duch Święty, Pocieszyciel, Duch Prawdy. Określeń jest wiele. Może najbardziej pasuje tutaj mało znane - Paraklet. Mnie podoba się szczególnie, bo ma podtekst prawniczy - można je interpretować jako obrońca, adwokat; a bardziej duchowo - wspomożyciel, orędownik; a dokładnie - ten, który odpowiada na wołanie. Warto to akcentować - nie mam nic przeciwko pobożności maryjnej ani kultowi świętych w rozsądnych rozmiarach - ale mam wrażenie, że niektórzy za bardzo skupiają się na tych osobach orędowników świętych (a jednak przecież ludzkich), jednocześnie pomijając właśnie Parakleta, jedną z osób Trójcy Świętej, a więc Boga samego. Boga - wskazanego przez Syna Bożego jako orędownika. 

Uczniowie pewnie Jezusa traktowali jako tego Parakleta. W końcu to On sam wypełnił wszystko, dokonał dzieła zbawienia ludzi, umarł i zmartwychwstał. Czy wgłębiali się szczegółowo w dogmatyczne zawiłości prawdy o Bogu w Trójcy Świętej jedynym? Nie sądzę. Owszem, Jezus jest tym pierwszym i najdoskonalszym Parakletem, szczególnie z ich perspektywy - ale także, jako Zbawiciel, z perspektywy każdego człowieka, żyjącego w każdym czasie. Dzisiaj Jezusa, fizycznie, nie ma między nami - a wie, jak bardzo człowiek Pocieszyciela potrzebuje. Nie chce ludzi osierocić - piękne zdanie, tak umiejętnie nawiązujące do relacji rodzicielskich. Dlatego obiecuje Tego Pocieszyciela, który człowieka nigdy nie opuści, którego nikt człowiekowi nie jest w stanie odebrać - a którego zadaniem jest odmienianie dzisiejszego świata, jak to pięknie akcentował przed 30 lat na Placu Zwycięstwa bł. Jan Paweł II. 

A jednak - prawdy o Trójcy Świętej się tutaj nie uniknie. Jezus odchodzi i przyjedzie, ten sam, a jednak inny. Bo ten sam Bóg, ale w innej Osobie, w postaci Parakleta. Przychodzi, przyjdzie, aby ci, którzy życie mają dzięki Niemu, żyli pełnią nadziei i ze świadomością towarzyszenia przez orędownika doskonałego. Tego, który sam będąc Bogiem, najlepszą ku Bogu, ku zbawieniu wskaże drogę. Jedno trzeba powiedzieć jasno - nie jest powiedziane, że Duch Święty przyniesie tylko pokój. A na pewno nie żaden święty spokój. Duch męstwa, odwagi, bojaźni Bożej ma inspirować, motywować, wzywać do stanięcia w prawdzie o sobie samym, więc o swoim brudzie, grzechu, małości i słabości. On przynosi finalnie pokój - ale żeby ten pokój zagościł, trzeba zrobić ze sobą porządek. On ma w tym pomóc. Dopiero przez takie porządki, przez ten jedyny Boży pokój, człowiek może dojść do prawdy, jaką niesie Bóg. 

Wreszcie, na końcu, ale może to i najważniejsze? Ten Duch jest najpierw Pocieszycielem - a więc odpowiedzią dla tych wszystkich, którzy gdzieś upadli, pogubili się, nie mają siły, nie mają pomysłu, którym się nie chce, i nie wiedzą, co ze sobą zrobić. To może dziwnie zabrzmieć - ale właśnie i tylko On jest tym, czego oni szukają, nawet nie zdając sobie z tego sprawy! Pocieszenie ma wiele twarzy i dotyka wielu sfer, pocieszenie prawdziwe wypełnia człowieka i czyni go na nowo zdolnym do tworzenia, kochania, budowania, rozwoju. Jeśli coś - a może wszystko? - się posypało - proś o tego Parakleta. Nadzieja jest w Nim. Tylko poproś Boga, mów do Niego, nawet wykłócaj się. Ale nie siedź bezczynnie. Samo nie zrobi się nic. Bóg czeka na Twój krzyk - nawet jeśli to ostateczny krzyk rozpaczy. To bardzo dobry początek.

>>>

Przed chwilą w radiu było o tym, że na Malcie mają zalegalizować rozwody. Szkoda. Jedyny kraj - poza Watykanem - swoisty, acz pozytywny, ewenement w dziwacznym świecie.

środa, 4 maja 2011

Niedowiarstwo czy zapobiegliwość?

W związku z beatyfikacją - niedzielnie, z lekkim poślizgiem.
Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, Jezus wszedł, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej książce, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20, 19-31)
Bardzo lubię ten fragment - i to nie tylko dlatego, że jakby postacią pierwszoplanową jest tutaj mój imiennik. To tekst tak bardzo mój, nasz, ludzki. To słowa, które opisują sytuację jak bardzo często nam - a na pewno mnie samemu - bliską. Brak wiary, nieufność. No właśnie. Niedowiarstwo czy zapobiegliwość, dokładność? 

Bo tak, po prawdzie - kto z uczniów był takim wiarkiem, jeśli chcieć ich dzielić na wiarków i niedowiarków? Chyba tylko młody Jan - ten, który jako jedyny nie uciekł, doszedł do krzyża, wytrwał, ujrzał i uwierzył widząc tylko (nie potrzebował nic więcej) pusty grób (J 20, 9). Nie mówiąc o tym, że - gdyby chcieć być precyzyjnym - grecki tekst ewangelii posługuje się sformułowaniem apistos - co bardziej pasowało by przetłumaczyć jako niewierzący (sucho, obiektywnie, opisowo) a nie niedowiarek (emocjonalnie, subiektywnie). 

Najpierw tło. Grupka ludzi, pewnie 11 plus kobiety, którzy jeszcze tydzień wcześniej deklarowali i pewnie wewnętrznie byli gotowi do walki z Jezusem, za Jezusa, za Jego naukę i słowa. Tych deklaracji na wiele nie starczyło - jak już napisałem, pomijając jaskrawy przykład zdrady Judasza i spektakularne potrójne zaparcie się Piotra, pozostali po prostu pouciekali, i tylko najmłodszy, Jan, był z Jezusem (wyjąwszy uwięzienie) przez całą drogę krzyżową, aż do męki i śmierci na Golgocie. Nie potrafili się w ogóle pozbierać po Wielkim Piątku. Bali się, stąd pozamykali się w wieczerniku, ostatnim miejscu, gdzie byli razem z Nim. Co dalej? Tego nikt nie wiedział. Jak często tak samo ja postępuję - zwinąć się w kłębek, schować przed światem, byle dalej, ukryć wszystkie słabości, strach, ból, żal, zawiedzione nadzieje. 

Bóg jest odpowiedzią na to wszystko. Nie wyważa, rozwala drzwi, nie wparowuje na czele zastępów anielskich gotowych rozwalić i rozgonić na cztery strony świata przeciwników i zabójców Jezusa. Po prostu - stanął pomiędzy nimi, pojawił się cicho, niepostrzeżenie, nie ingerując jakoś w - napiętą, posępną i gęstą dość - atmosferę, jaka panowała w wieczerniku. Z czym przychodzi? Z odpowiedziami? W pewnym sensie - tak, w końcu taką odpowiedzią jest sam. Przynosi pokój - to, czego tamtym najbardziej chyba w owej chwili brakowało. Żeby się pozbierać, zebrać myśli, zastanowić się na chłodno, porzucić lęk i zwątpienie - i patrzeć oczami serca, widzieć to, czego On dokonał, że to naprawdę On, żyjący, zwycięski. Pokój - największy, poza zbawieniem, owoc krzyża i zmartwychwstania. Dopiero na nim można budować.

Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. To przede wszystkim do tych, którzy negują czy to istotę spowiedzi jako takiej, czy też jej pochodzenie i uprawnienie następców apostołów do bycia jej szafarzami. To nie człowiek odpuszcza grzechy, to nie człowiek uwalnia od tego brudu i syfu - człowiek jest tylko prostym i bardzo często dalece bardziej od penitenta niedoskonałym narzędziem, jakim Bóg się posługuje, aby odnowić tego, który klęka i żałuje za grzechy. Tak, ksiądz może moralizować, może nie wiedzieć, co powiedzieć w konfesjonale - a czasami może powiedzieć jedno zdanie, które starczy więcej niż wiele innych. To przestrzeń, w której liczą się dwie sprawy - otwarte serce, skrucha i chęć zmiany penitenta, i wiara w działanie Boga bogatego w miłosierdzie. Spowiednik - raz lepszy, raz gorszy, ale jest tylko szafarzem. Warto o tym pamiętać, aby nie uprzedzać się do spowiedzi jako takiej bo ksiądz mi powiedział...

Bóg daje Ducha. Od człowieka zależy, co z tym fantem zrobi. Tamci z wieczernika otworzyli się na tego Ducha z radością. Nie dość, że okazało się, że Jezus żyje - to nie pozostawia ich samym sobie, ale zsyła Pocieszyciela, czego dopełni w dniu Pięćdziesiątnicy. Duch Boży jest w nas, w środku. Szukamy Go często naokoło, w innych, wokół siebie - a jest tuż, tuż, pod nosem. Bez względu na to, co myślę o sobie, jak bardzo wszystko wydaje mi się pesymistyczne - jestem dzieckiem Bożym. Stworzonym na obraz Boga Ojca, odkupionym przez Syna Bożego, a teraz jeszcze napełnionym Duchem Świętym. 

No i ten Tomasz. Czy to, czego żądał, było oznaką braku wiary? A może on widział, co widział, chciał uwierzyć pozostałym - ale musiał być pewny? W końcu te rany do jedyny namacalny dowód, że Jezus jest Jezusem, że to Jego przybili kilka dni wcześniej do krzyża, że to Jemu włożyli na głowę koronę cierniową, że to Jego bok został przebity na krzyżu. Może po prostu był dokładny, skrupulatny? To wszystko mogło się - jemu, ale też innym - nie mieścić jakby w głowie. Najpierw taka wielka męka, aby później jednak wielkie zwycięstwo? Krzyż prowadzi do pustego grobu, męka do zmartwychwstania. Co więcej - pusty grób tłumaczy mękę, wyjaśnia, dlaczego zaistniała, miała miejsce - Bóg-Człowiek, umęczony, zabity, poddaje się w swoim człowieczeństwie działaniu śmierci, aby raz na zawsze ją unieszkodliwić. Raz umiera, aby wszyscy inni - choć umrzeć muszą - żyli w Bogu. 

My jesteśmy w nieco gorszej sytuacji niż Tomasz. Do nas Bóg pewnie nie przyjdzie w ludzkiej postaci, nie stanie obok, nie pozdrowi, i nie podsunie pod nos swoich ran, abyśmy się przekonali. Dlatego to do nas skierowane są te słowa - błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. Jemu współcześni mieli łatwiej, nie dość że znali Jezusa zmysłami, to jeszcze objawiał się im po śmierci i zmartwychwstaniu. Nam pozostawił błogosławieństwo, obietnicę dla tych, którzy uwierzą i nie zwątpią. Jesteśmy tak bardzo materialni - ale nie czeka nas koniec, naszej duszy, choć ciało ulegnie zniszczeniu. Powstaniemy jednak z martwych - nie siłą ciała, ale mocą ducha. 

Jak pięknie to Jezusowe Pokój wam! wpisuje się w słowa, jakie - już błogosławiony - Jan Paweł II uczynił kluczem do swojego pontyfikatu, na których zbudował swoją homilię inauguracyjną, a de facto cały pontyfikat. Nie lękajcie się! Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi!