Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 grudnia 2015

Już taki jest ten świat - jedynie Bóg zna odpowiedź

Jan przywołał do siebie dwóch spośród swoich uczniów i posłał ich do Pana z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Gdy ludzie ci zjawili się u Jezusa, rzekli: Jan Chrzciciel przysyła nas do Ciebie z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? W tym właśnie czasie wielu uzdrowił z chorób, dolegliwości i [uwolnił] od złych duchów; oraz wielu niewidomych obdarzył wzrokiem. Odpowiedział im więc: Idźcie i donieście Janowi to, coście widzieli i słyszeli: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi. (Łk 7,18b-23)
Zwolennicy jednej teorii powiedzą, że Jan tak naprawdę nie zwątpił - no bo jak to, ten, który wskazał Jezusa, miałby być niepewny? Ja jednak skłaniam się do podzielenia stanowiska odmiennego. Jan miał jakieś wątpliwości i stąd właśnie ten ewangeliczny środowy obrazek. 

Nie bez powodu Jan nazwany jest pierwszym prorokiem Nowego Testamentu - bo przecież to, czego on tutaj doświadczał, jest takie bardzo "nasze"; w na pewno moje. Kiedy człowiek rozpoczyna swoją relację z Bogiem, odkrywa Go, zachłystuje się prawie dosłownie doświadczeniem dobrego i wyrozumiałego Ojca, który zawsze jest i kocha - wtedy jest pięknie. Jan całe życie przygotowywał się na pustyni do swojej misji, która wypełniła się, kiedy zaczął w wodach Jordanu chrzcić Żydów, a potem pokazał palcem: Mesjasz! Pewnie po ludzku był w swoim żywiole - nie mam wątpliwości, że i wtedy, i dzisiaj mogli go uważać za nieco ekscentrycznego, szalonego. 

A potem budzimy się któregoś dnia w zwykłej, szarej rzeczywistości - tylko że ona taka po prostu zawsze była, raczej specjalnie się nic nie zmieniło, tylko we mnie to wszystko jakoś... okrzepło? spowszedniało? Przyzwyczaiłem się. U Jana to miało miejsce, kiedy "zrobił swoje", jego uczniowie podążyli za Jezusem - i co dalej? Pojawił się zły i zasiał wątpliwości. A może źle? Może to nie ten? Może Jan coś źle zrozumiał i wprowadził tylu ludzi w błąd? 

Wtedy wariantów jest kilka. Można dramatyzować, zamykać się w sobie i rozpaczać - co jest kompletnie bez sensu i całkiem niekonstruktywne. Nic nie da. Można też zacząć to wszystko rozkminiać w sobie - rozkładać na czynniki pierwsze, składać, i tak w kółko, dzieląc przysłowiowy włos na czworo. Niby mądrzejsze, ale według mnie bez sensu. Albo można udać się do źródła, przyczyny wszystkiego i odpowiedzi na wszystko - czyli do Boga. To właśnie zrobił Jan, wysyłając uczniów. Nie unosząc się emocjami - ale działając do bólu racjonalnie, mimo że zwracając się w tym sensie do Boga. 

Tak naprawdę, nie było by niczym specjalnie dziwnym, gdyby Jezus poczuł się trochę zawiedziony postawą Jana. Ale - zwróć uwagę - czy Jezus kiedykolwiek zrobił komukolwiek jakiś wyrzut z tego tylko powodu, że ktoś pyta, docieka? Nic takiego nie pada również tutaj. Co ciekawe, bynajmniej nie poklepuje go po ramieniu, nie opowiada banałów w stylu "spoko, jakoś to będzie, ułoży się" i nie rysuje idyllicznego obrazu tego, jak to będzie świetnie. Powołuje się nie na siebie jako Syna Bożego - ale na konkretne, zmierzalne niejako, dowody działania Boga: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. Mówi wprost - żeby ci posłańcy poszli i przekazali to Janowi. To nie jest komentarz, dygresja - ale wprost odpowiedź na pytanie. 

"A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi". Wątpienie to jedno, i przychodzi do mnie bardzo często nie tylko codziennie, ale nawet po kilka razy. Upadamy i wstajemy. Mamy nie zwątpić - czyli permanentnie, nie poddać się, nie usiąść i załamać ręce po prostu. Zasada "kto pyta, nie błądzi" nie jest obwarowana wyjątkiem dotyczącym Boga. Co innego - my bardzo często chcemy dostać konkretną odpowiedź - i tu się robi problem. Jeśli pytasz - pytaj szczerze i przygotuj się, że na 99% zdziwisz się odpowiedzią. Taki już jest Bóg. 

środa, 11 listopada 2015

wielkaPolskakatolicka?

Tytuł dość bez sensu, tak samo jak w sumie całość sytuacji. Tym niemniej, postanowiłem na nią zwrócić uwagę, ponieważ jest po prostu niebezpieczna i nie powinna mieć miejsca. 

We wczorajszą, 97. już, rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, przez cały kraj wzdłuż i wszerz przetoczyły się różne marsze. Jeden również miał swój - jak rozumiem - finał na warszawskich błoniach, podczas którego nagrano ok. 10-minutową... no właśnie: wypowiedź? wrzask? postulaty? nie wiem co? pewnego księdza, który najpewniej w jego własnym mniemaniu zrobił coś dobrego. Czemu on krzyczy? Czemu nie mówi normalnie? 

Moje pierwsze spostrzeżenie - ksiądz ów - niejaki Jacek Międlar CM, wikariusz parafii św. Anny we Wrocławiu - porusza się i zachowuje lekko mało normalnie, w sposób wskazujący jako by zażył jakieś środki, hm, wspomagające. Żeby nie napisać wprost, że się naćpał. I mantruje, nie wiadomo po co, jaki by on nie był, swój przekaz przerywając różnymi wrzaskami. Pomijając to, że nie wiadomo, po co ma Pismo Święte w ręku, jako że nie zajrzał do niego ani razu (o, wybacz - raz zajrzał w przerwie na oklaski - pewnie miał tam jakiś konspekt). 

Po drugie - Wielka Polska Katolicka? Nie wiem, co to jest, nie słyszałem. Polska w dużej części katolicką pozostaje nie dlatego, że ktoś tego sformułowania używa (lub nie), ale ponieważ tworzą ją ludzie wierzący, katolicy właśnie; nie w sensie metrykalnym, ale osoby po prostu praktykujące wiarę. I nie mam tu na myśli uczestników takich spędów, w kominiarkach, z racami i Bóg wie czym jeszcze. 

"Jesteśmy Kościołem walczącym, jesteśmy wojownikami wielkiej Polski". "Ewangelia a nie Koran". "Wielka Polska narodowa". "Armia patriotów, narodowców i kibiców, która ma Boga w sercu, i jest gotowa oddać za nią życie". Lewacy, którzy chcą "zniszczyć Kościół i naród Polski" - co, wg autora, się nie uda, bo są "Kościół walczący i wojownicy Wielkiej Polski". Tu - przerwa na wrzaski: "duma, duma, narodowa duma". Potem żal, że oto nikt nie chce "ich" słuchać w debacie publicznej, a to "oni" są "przyszłością Wielkiej Katolickiej Polski", jako - jak rozumiem - jedyni świadomi korzeni i dziedzictwa Polski. "My musimy walczyć, my musimy iść na peryferia wiary, do których wzywa papież Franciszek". "Jesteście wielką armią Kościoła, jesteście wielką armią Polski". Przyrównanie agresji sowieckiej do imigrantów i wniosek "chce się nam wcisnąć islamski fundamentalizm - nie pozwolimy na to nigdy!".  Walka "mieczem prawdy, mieczem miłości, mieczem Ewangelii, mieczem który jest Jezus Chrystus". "Mamy prawo się lękać przed upadkiem narodowo-chrześcijańskiego dziedzictwa". I moje ulubione - "mamy prawo do lęku i nikt nas nie może tego pozbawić!". "My chcemy dialogu, ale nikt nie chce z nami rozmawiać".

Poza tymi dość dziwnie składanymi frazesami - ksiądz wydaje się być dobrze obeznany w różnych hasłach i przyśpiewkach zgromadzonych tam ludzi - bowiem dość często i gęsto wplata je w swoje wystąpienie. 

No i wręcz przepiękne "my się boimy fundamentalizmu". A przepraszam - ten cały filmik to co innego pokazuje? Lekarzu, ulecz siebie sam (Łk 4, 23). 

Totalnym nieporozumieniem jest dla mnie to, że Gość Niedzielny opisuje wydarzenie, gęsto cytując właśnie owego księdza, co sugeruje poparcie dla jego, takich właśnie, działań, okraszając całość "duszpasterstwem środowisk narodowych" i takiego sformułowania używając pod adresem ks. Międlara. Co najgorsze, gazeta cytuje ks. Międlara mówiącego o papieżu Franciszku, wręcz sugeruje uznawanie i afirmację jego działań jako, w niezrozumiały dla mnie sposób, rzekomo wpisujących się w działania i słowa papieża. Nazywanie go zaś kapelanem to jeszcze większa bzdura - przecież to wystąpienie pasowało by bardziej do nacjonalizującego i grającego na tej nucie lidera politycznego. Autor nie odważył się podpisać nazwiskiem - niejaki "kam" - ale GN mocno przez takie coś traci w moich oczach. 

Najgorsze jest to, że ów ks. Międlar to neoprezbiter, czyli człowiek świeżo, kilka miesięcy po święceniach. Już w internecie pojawiają się komentarze, że jego - uwypuklone na tym filmie poglądy i zapatrywania - znane były przełożonym. Pojawia się pytanie - co oni na to i czy nikt nie zastanowił się, czy takiego do święceń dopuszczać? Żeby szczuł ludzi? Nie uwierzę w to, że z takimi a nie innymi poglądami nie ujawnił się przez całe seminarium. Pewnym wyjaśnieniem mogło by być uznanie, iż działa jeśli nie za zgodą, to za wiedzą i przyzwoleniem przełożonych zakonnych - co było by tym smutniejsze (a o czym przekonamy się szybko - jeśli nie będzie żadnej reakcji albo reakcja opluwająco-obronna). Poza tym - uczy katechezy w szkole - więc pojawia się pytanie: czego właściwie i w jaki sposób, co może przekazać człowiek o takich właśnie, jak widać na filmiku, poglądach?

Na mówcę wiecowego to być może człowiek ten się nadaje, do polityki pewnie też. I co z tego, że co drugie słowo mówi o czymś powiązanym z wiarą? To jest pomieszanie z poplątaniem kompletne, żeby nie powiedzieć, że bełkot. Wychodzi mi na to, że biedna ta Polska i Kościół, bo ciągle ktoś chce ten kraj i Kościół zniszczyć. Strach wychodzić z domu, bo wróg czyha za rogiem chałupy lub za zakrystią. A równocześnie - mówi te słowa, sugerujące jeden wielki spisek na Kościół, do wielu tysięcy ludzi zebranych pod sceną imprezy masowej, co samo w sobie przeczy jego tezie (gdyby Kościół był taki prześladowany, to chyba by na coś takiego nie pozwolono, prawda?). 

Problem jest tym większy, że to nie pierwsza "akcja" ks. Międlara - poprzednia miała miejsce we Wrocławiu w październiku br., kiedy ks. Międlar wziął udział w manifestacji przeciwko emigrantom. Aż przykro czytać, jakie tam słowa padały. Schemat był zresztą ten sam: pokrzyczał, modlitwa do Matki Bożej - tak samo jak w Warszawie. Podobno wrocławski metropolita miał interweniować w tej sprawie u przełożonych zakonnych; jak widać, z niewielkim skutkiem. 

A wcześniej wypowiedzi antyimigranckie padały w czasie kazania 13 września 2015 r. w parafii, w której pracuje we Wrocławiu. Cytując świadka: "kazanie pełne było odniesień antyimigranckich - opowiada. - Ksiądz mówił, że powinniśmy pamiętać o swoich korzeniach i uchodźcom nie powinniśmy w ogóle pomagać, bo nasza wiara nie jest na tyle silna, by przetrwać konfrontację z islamem. Całość zakończył stwierdzeniem, że od zagrożeń związanych z napływem do Polski fali uchodźców może uratować nas tylko narodowo-chrześcijański radykalizm. Potem jeszcze o tym, że zdaje sobie sprawę z kontrowersyjności swoich poglądów, ale jako duchownego w kwestii imigrantów nie obowiązuje go poprawność polityczna", co poskutkowało gratulacjami od jednych słuchaczy, a skargami i bojkotem parafii przez innych. 

Mnie ta osoba i sytuacja, a tym bardziej jej aprobowanie czy przez ludzi, czy przez przełożonych zakonnych po prostu przeraża. Facet buduje swój kapitał na bliżej nieokreślonym i wyimaginowanym strachu - a ludzie to kupują. Ile jeszcze rozrób będzie trzeba, żeby się ktoś opamiętał i spacyfikował tego człowieka? Po prostu jedzie na nacjonalistycznym slangu, kilku hasłach, pokrzykuje - i znajduje słuchaczy oraz innych pokrzykujących. Czy ludzie - biorący w tego rodzaju spędach udział czy zachwycający się nimi - mają tak krótką pamięć, że zapomnieli, do czego takie nastroje doprowadziły w Europie w XX wieku?

Jak to roztropnie ktoś skomentował w odmętach Facebooka: "Pozostaje modlitwa, ale też w miarę możliwości mozolne, nieustanne i mądre przeciwdziałanie". Od siebie dodam - i modlitwa o opamiętanie chyba też

edit - polecam bardzo fajny komentarz Szymona Hołowni. 

wtorek, 28 kwietnia 2015

Moje odbicie w Jego ranach

Jako że jak zwykle jestem "do tyłu", tym razem teksty ewangeliczne z 2 niedziel - II i III wielkanocnej.
Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz /domu/ i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej książce, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31) 
Uczniowie opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak poznali Jezusa przy łamaniu chleba. A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: Pokój wam! Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha. Lecz On rzekł do nich: Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie się Mnie i przekonajcie: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam. Przy tych słowach pokazał im swoje ręce i nogi. Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: Macie tu coś do jedzenia? Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i jadł wobec nich. Potem rzekł do nich: To właśnie znaczyły słowa, które mówiłem do was, gdy byłem jeszcze z wami: Musi się wypełnić wszystko, co napisane jest o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach. Wtedy oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma, i rzekł do nich: Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie, w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego. (Łk 24,35-48)
Niedziela Miłosierdzia Bożego to niedziela... Bożego niedowiarka, jak to mówią - pieszczotliwie (?) określając tak mojego imiennika. Ja się z tym sformułowaniem nie zgadzam - no chyba że przyjmiemy, że niedowiarkiem jest każdy nas. Takim właśnie Bożym niedowiarkiem. Serio. Bóg przychodzi do człowieka ze znakami męki (żeby pokazać, że to On a nie jakiś tam inny czy przebieraniec), i przynosić w tych zranionych rękach naznaczonych męką jedyny pokój, jaki na tym (i innym też) świecie ma sens: Boży pokój. Ludzkie serce reaguje spontanicznie - wielka radość, zrozumiała. Serca się radują - ale Jezus równocześnie przypomina, po co przychodzi, czego kontynuację i przedłużenie tamci z Wieczernika i ich następcy mają zapewnić. Głosić Ewangelię, posłani na dosłownie każde krańce i wszystkie ostatnie wioski świata (dzisiaj, paradoksalnie, misjonarze z jeszcze niedawno "końca świata" przybywają do niby takiej wiernej chrześcijańskiej Europy na misje, np. do Francji).

Czy Tomasz zrobił coś niestosownego? Nie. Sam Jezus zachęcał (drugi obrazek, z III niedzieli zmartwychwstania): chodźcie, zobaczcie rany, dotknijcie, próbuje po ludzku przekonać ludzi, że sam także jest człowiekiem, a nie zjawą, duchem. Wtedy też zaczyna od przekazania pokoju (tak dzisiaj potrzebnego światu - i którego, paradoksalnie, brakuje także pomiędzy podzielonymi częściami Kościoła...). Po co daje ten pokój? Tu można ładnie nawiązać do Bożego miłosierdzia -z tej wcześniejszej, II niedzieli zmartwychwstania i święta Miłosierdzia Bożego - Mesjasz przyszedł nie dla samego przyjścia, ale dla głoszenia odpuszczenia grzechów! Nie ma czego się bać. Bóg jest specjalistą od tego, co wykracza poza ludzkie zrozumienie, co się w głowie nie mieści, w tym także przebaczania tego, z czym ja sam nie potrafię sobie poradzić i nie umiem wybaczyć sobie - bo trudno byłoby, żeby nasze małe "ja" ogarnęło Wszechmocnego. Śmierć nie może Boga ograniczyć - przyjął i zgodził się na nią jako człowiek, który umarł, ale stanowiła ona granicy i końca Jego boskiej natury, która zwyciężyła i powróciła zwycięska. 

Fantastycznie mówił o Tomaszu w ramach Regina Coeli tego dnia papież Franciszek (przekład za Radiem Maryja): "Tomasz jest kimś, kto nie zadowala się i poszukuje, chce zobaczyć na własne oczy, doświadczyć osobiście. Po początkowych oporach i niepokojach, w końcu i on dochodzi do wiary, pomimo trudności, dochodzi do wiary. Jezus go cierpliwie oczekuje i podarowuje się [w tłumaczeniu GN, które bardziej mi pasuje - ofiarowuje się] temu przybyłemu ostatniemu z jego trudnościami i niepewnościami. Chrystusa nazywa „błogosławionymi”  tych, którzy, nie widzieli a uwierzyli (por. w. 29) – pierwszą z nich jest Maryja, Jego Matka – chociaż wychodzi także naprzeciw potrzebom niedowierzającego ucznia: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce …” (w. 27). Poprzez zbawczy kontakt z ranami zmartwychwstałego Pana, Tomasz objawia swoje własne rany, własne zranienia, i upokorzenia, własne rozdarcia. W znaku gwoździ znajduje swój osobisty dowód na to, że jest kochany, oczekiwany, rozumiany. Stoi przed Mesjaszem pełnym łagodności, miłosierdzia, czułości. To był ten sam Pan, którego szukał w ukrytej głębi swojego istnienia, bo zawsze wiedział, że ​​taki jest. A ilu z nas próbuje w głębi swego serca spotkać Jezusa, takiego jakim jest: słodkiego, miłosiernego, czułego. Bo my w istocoe wiemy, żed On taki  jest. Odnajdując osobisty kontakt z miłością i cierpliwością miłosiernego Chrystusa, Tomasz rozumie głęboki sens Zmartwychwstania, zostaje przemieniony wewnętrznie, deklaruje swoją pełną i całkowitą wiarę w Niego, wołając: „Pan mój i Bóg mój”". 

Do tych słów Franciszka naprawdę nic nie trzeba dodawać i są mądrzejsze oraz piękniejsze - mimo ich syntetyczności - od naprawdę chyba większości (o ile nie wszystkich) homilii, jakie słyszałem w związku z tym tekstem. Zawierzenie Bogu to nic innego, jak odwaga do stanięcia w prawdzie przed Nim, z całym swoim brudem, ze wszystkimi wątpliwościami, upadkami i wzlotami, pytaniami i zarzutami. Bóg przychodzi i zaprasza nie po to, aby Go ustanawiać uchwałami królem Polski, ale aby człowiek - uświadamiając sobie Jego miłość, Jego umiłowanie mnie samego - odnalazł dla siebie miejsce w przestrzeni zmartwychwstania, w zranionych ramionach Boga, który przychodzi do każdego z nas. Przychodzi nie po to, aby grozić palcem i złorzeczyć czy wyrzucać upadki - ale, jak ten miłosierny ojciec, przytulić do swojego serca.

Jeśli na tym polega bycie niedowiarkiem, szukanie i wołanie Boga - to takim niedowiarkiem chętnie będę.

wtorek, 3 lutego 2015

Tylko

Gdy Jezus przeprawił się z powrotem w łodzi na drugi brzeg, zebrał się wielki tłum wokół Niego, a On był jeszcze nad jeziorem. Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg i prosił usilnie: Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła. Poszedł więc z nim, a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd na Niego napierał. A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Słyszała ona o Jezusie, więc przyszła od tyłu, między tłumem, i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości. A Jezus natychmiast uświadomił sobie, że moc wyszła od Niego. Obrócił się w tłumie i zapytał: Kto się dotknął mojego płaszcza? Odpowiedzieli Mu uczniowie: Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: Kto się Mnie dotknął. On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła. Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę. On zaś rzekł do niej: Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości! Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela? Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi: Nie bój się, wierz tylko! I nie pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakubowego. Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Wobec zamieszania, płaczu i głośnego zawodzenia, wszedł i rzekł do nich: Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi. I wyśmiewali Go. Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca, matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: Talitha kum, to znaczy: Dziewczynko, mówię ci, wstań! Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. Przykazał im też z naciskiem, żeby nikt o tym nie wiedział, i polecił, aby jej dano jeść. (Mk 5,21-43)
Bóg widzi, jak bardzo człowiek potrzebuje Jego miłosierdzia, Jego uzdrawiającej miłości - która działa i czyni cuda w tej sytuacji także jakby przypadkowo, jak z tą kobietą. Czy jednak był to przypadek? Nie. Tak samo jak to, że Jezus dobrze wiedział, kogo Jego moc uzdrowiła - pewnie chciał zobaczyć, co powie uzdrowiona kobieta. Powiedziała prawdę - i zstąpił na nią Jego pokój, ten jedyny i prawdziwy, drugi dar obok uzdrowienia z krwotoku. 

Trudna była sytuacja drugiej osoby z tego obrazka, Jaira. Szedł po Jezusa z wiarą - córka choruje, ale On może ją uleczyć. W drodze jednak dowiedział się, że zmarła. Co dalej? Rozpacz? Pocieszenie przynosi sam Zbawiciel - nie bój się, wierz tylko! Dlatego idą dalej, z sercami przepełnionymi... no właśnie, czym? Chyba jednak wiarą, że On może to poskładać i zaradzić sytuacji, z nadzieją. Nie robi show z ludzkiego dramatu, spektaklu dla rodziny i przybyłych do domu Jaira. Cud dokonuje się w skrytości, w obecności najbliższych - i apostołów. Śmierć nie ma władzy nad tym, komu rozkazuje Pan Zastępów. Tak, jak później każe Łazarzowi wyjść z grobu po kilku dniach od złożenia go tam, tak i tutaj każe dziecku wstać - i dziecko wstaje. Łaska Boża tryumfuje, a w sercu ludzkim kiełkuje kolejne nasionko wiary. 

Dlatego dzisiaj pod koniec Mszy Świętej - ku zdziwieniu niektórych - zaśpiewaliśmy "Zwycięzcę śmierci". Pasuje, jak rzadko. 

Bóg działa i to bardzo mocno - jeżeli tylko człowiek chce tego działania i o Jego pomoc prosi. Nie bój się, wierz tylko!

poniedziałek, 31 marca 2014

Zwykły cud

Jezus przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym - on czy jego rodzice? Jezus odpowiedział: Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale /stało się tak/, aby się na nim objawiły sprawy Boże. Potrzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata. To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: Idź, obmyj się w sadzawce Siloam - co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. A sąsiedzi i ci, którzy przedtem widywali go jako żebraka, mówili: Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze? Jedni twierdzili: Tak, to jest ten, a inni przeczyli: Nie, jest tylko do tamtego podobny. On zaś mówił: To ja jestem. Mówili więc do niego: Jakżeż oczy ci się otwarły? On odpowiedział: Człowiek zwany Jezusem uczynił błoto, pomazał moje oczy i rzekł do mnie: Idź do sadzawki Siloam i obmyj się. Poszedłem więc, obmyłem się i przejrzałem. Rzekli do niego: Gdzież On jest? On odrzekł: Nie wiem. Zaprowadzili więc tego człowieka, niedawno jeszcze niewidomego, do faryzeuszów. A tego dnia, w którym Jezus uczynił błoto i otworzył mu oczy, był szabat. I znów faryzeusze pytali go o to, w jaki sposób przejrzał. Powiedział do nich: Położył mi błoto na oczy, obmyłem się i widzę. Niektórzy więc spośród faryzeuszów rzekli: Człowiek ten nie jest od Boga, bo nie zachowuje szabatu. Inni powiedzieli: Ale w jaki sposób człowiek grzeszny może czynić takie znaki? I powstało wśród nich rozdwojenie. Ponownie więc zwrócili się do niewidomego: A ty, co o Nim myślisz w związku z tym, że ci otworzył oczy? Odpowiedział: To prorok. Jednakże Żydzi nie wierzyli, że był niewidomy i że przejrzał, tak że aż przywołali rodziców tego, który przejrzał, i wypytywali się ich w słowach: Czy waszym synem jest ten, o którym twierdzicie, że się niewidomym urodził? W jaki to sposób teraz widzi? Rodzice zaś jego tak odpowiedzieli: Wiemy, że to jest nasz syn i że się urodził niewidomym. Nie wiemy, jak się to stało, że teraz widzi, nie wiemy także, kto mu otworzył oczy. Zapytajcie jego samego, ma swoje lata, niech mówi za siebie. Tak powiedzieli jego rodzice, gdyż bali się Żydów. Żydzi bowiem już postanowili, że gdy ktoś uzna Jezusa za Mesjasza, zostanie wyłączony z synagogi. Oto dlaczego powiedzieli jego rodzice: Ma swoje lata, jego samego zapytajcie! Znowu więc przywołali tego człowieka, który był niewidomy, i rzekli do niego: Daj chwałę Bogu. My wiemy, że człowiek ten jest grzesznikiem. Na to odpowiedział: Czy On jest grzesznikiem, tego nie wiem. Jedno wiem: byłem niewidomy, a teraz widzę. Rzekli więc do niego: Cóż ci uczynił? W jaki sposób otworzył ci oczy? Odpowiedział im: Już wam powiedziałem, a wyście mnie nie wysłuchali. Po co znowu chcecie słuchać? Czy i wy chcecie zostać Jego uczniami? Wówczas go zelżyli i rzekli: Bądź ty sobie Jego uczniem, my jesteśmy uczniami Mojżesza. My wiemy, że Bóg przemówił do Mojżesza. Co do Niego zaś nie wiemy, skąd pochodzi. Na to odpowiedział im ów człowiek: W tym wszystkim to jest dziwne, że wy nie wiecie, skąd pochodzi, a mnie oczy otworzył. Wiemy, że Bóg grzeszników nie wysłuchuje, natomiast Bóg wysłuchuje każdego, kto jest czcicielem Boga i pełni Jego wolę. Od wieków nie słyszano, aby ktoś otworzył oczy niewidomemu od urodzenia. Gdyby ten człowiek nie był od Boga, nie mógłby nic czynić. Na to dali mu taką odpowiedź: Cały urodziłeś się w grzechach, a śmiesz nas pouczać? I precz go wyrzucili. Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go rzekł do niego: Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego? On odpowiedział: A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył? Rzekł do niego Jezus: Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie. On zaś odpowiedział: Wierzę, Panie! i oddał Mu pokłon. Jezus rzekł: Przyszedłem na ten świat, aby przeprowadzić sąd, aby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą stali się niewidomymi. Usłyszeli to niektórzy faryzeusze, którzy z Nim byli i rzekli do Niego: Czyż i my jesteśmy niewidomi? Jezus powiedział do nich: Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: "Widzimy", grzech wasz trwa nadal. (J 9,1-41)
Nie da się ukryć - tekst niewątpliwie długi, ale i bardzo ciekawy - odzwierciedlający bardzo błędną mentalność i rozumowanie, które bardzo dobrze niestety zakorzeniły się i trwają nadal, mimo 2000 lat jakie upłynęły od czasu napisania tego tekstu. Mentalność Boga-złego sędziego: skoro komuś coś nie idzie, to na pewno przez Boga, z Jego woli. 

To nie jest tak, że ludzie rodzą się chorzy, niepełnosprawni, upośledzeni "bo Bóg tak chciał" i to Bóg chce kogoś w ten sposób ukarać - i naszą rolą jest się domyśleć: matkę? ojca? dalszą rodzinę? kogo? To wszystko ma służyć objawieniu się Boga. Po ludzku te wszystkie krzyże to tylko pole dla Bożej aktywności, jakby miejsca, w których może objawić się Bóg. Z jednej strony uzdrawiając ciało, ale przede wszystkim przychodząc do konkretnego człowieka i pragnąc uzdrowić jego serce, dać mu sens i cel. 

Jezus rozwala ten stereotyp czynem bardziej niż niepozornym - nakłada mu ślinę na oczy. Można by pomyśleć - wariat, jak nic. Uczynił dzieło - tylko jakie? Kazał niewidomemu iść do sadzawki i się obmyć - ale on odchodził już ze znakiem Jezusa, który wszedł w jego życie i postanowił zadziałać, uzdrowić tego nieszczęśnika.  

Ten człowiek, tuż po uzdrowieniu, pewnie nie rozumiał, co się stało. Widział cud. Nie można powiedzieć, aby ktokolwiek w jakikolwiek sposób przygotował go do powiedzenia w tym ogniu pytań i oskarżeń, aby świadectwo jakie dał o Jezusie było wyuczone i przygotowane. Mówił od serca. Trudno go również podejrzewać o teologiczne wykształcenie i zrozumienie pewnych niuansów. Rozumiał, że dotknęło go i jego udziałem stało się coś, co wymykało się ludzkim prawom i rozsądkowi. Stąd mówi - to prorok - wskazując na to, że nie ludzką i zmierzalną siłą dokonało się jego uzdrowienie. Równocześnie, z jaką płynnością i lekkością ów człowiek się wypowiada - bardzo łatwo zbijając argumenty adwersarzy. Nie bał się, aby dać świadectwo prawdzie, która go uzdrowiła. To jest jego indywidualny i świadomy wybór - w rodzicach w tej sytuacji nie znalazł oparcia, wykręcali się i, powołując się na jego wiek, kazali samego uzdrowionego pytać (nikt nie chciał być wyłączony z synagogi). Nikt nie mówił, że będzie lekko - a uzdrowiony, może częściowo nieświadomie, godzi się na to i podejmuje ryzyko. Wybór Jezusa to zdecydowany zysk - ale który nie raz i nie dwa razy przychodzi okupić, delikatnie mówiąc, niepopularnością, o ile nie cierpieniem. 

Bóg każdego z nas, inną, własną, indywidualną drogą, prowadzi do miejsca, które ukazuje zakończenie tego ewangelicznego obrazka - do momentu, kiedy - wiedząc, z Kim mamy do czynienia, stajemy przez Bogiem. A On nie zapyta o stan konta, wizytówki, kontakty, wiedzę, zdolności - tylko o to, czy wierzysz w Niego. Bóg przychodzi, aby otwierać oczy - ale tych, którzy najpierw zdają sobie sprawę z własnego błądzenia po omacku. 

czwartek, 27 lutego 2014

Bóg szyty na miarę, czyli męskie myślenie o Emaus

Kilka wynotowanych najciekawszych myśli z książki - zbitki dialogów z dwoma ciekawymi zakonnikami, benedyktynem i dominikaninem - czyli Męskie myślenie o. Bernarda Sawickiego OSB i o. Krzysztofa Popławskiego OP. Co ciekawe, z perspektywy dnia dzisiejszego, dwaj do niedawna przełożeni na Polskę swoich rodzin zakonnych - Sawicki jako opat tyniecki w latach 2005-2013, Popławski jako prowincjał dominikanów w latach 2006-2013. Do mnie bardziej trafiły przemyślenia o. Bernarda - pewnie kwestia gustu, czyta się jednym tchem (na ile jednym tchem można czytać w drodze, czyli nie jednym tchem). A wszystko umiejętnie prowadzone przez dwie kobiety (jedna dominikanka), z powracającym w tle motywem i odniesieniem do wędrówki dwóch uczniów do Emaus, czyli klasycznej ludzkiej ucieczki. 
  • Jezus idzie z nami do naszego Emaus bezsensu życia i kryzysu wiary. Jesteśmy jak uczniowie, którzy potrzebują przewodnika i świadka, aby nie popaść w to, co św. Augustyn nazwał cor incurvatum in seipsum - sercem zwróconym (zakrzywionym) ku samotnemu sobie. Prawdziwy Jezus prawdziwej Ewangelii jest miejscem spotkania wszystkiego i wszystkich.
  • Pan Bóg szuka różnych dróg do człowieka - do nas. Ktoś wcale nie musi być zdeklarowanym chrześcijaninem, ktoś może być agnostykiem czy ateistą, może obojętnym religijnie. Pan Bóg jeden wie, jak to wszystko sądzić, ale jeśli ktoś bardzo uczciwie chce znaleźć sens życia i do końca szuka, no to niesie jakieś światło.
  • Trzeba zarobić [te talenty] i puścić je w obrót. Nie wiem - włożyć do banku albo jakoś inaczej zainwestować. I tu jest problem, może tak spróbowałbym to przetłumaczyć na nasz użytek: moim talentem jest moja wrażliwość, zdolność w stanie wyjściowym. Pytanie zostaje jednak to samo: jak ja to zainwestuję?
  • To jest ten najważniejszy moment: jeśli ja chcę coś porzucić, to muszę to "wypuścić z ręki", przestać to kontrolować. To jest radykalizm. Ale winna towarzyszyć temu wiara, że jest Pan Bóg, że jest jakaś instancja, która nad nami czuwa, i jej się powierzam. Wierzę, że tą instancją jest Bóg, który poprzez przełożonego chce ze mnie wykrzesać maksimum talentu, z którego - być może - nawet ja sam jeszcze nie zdaję sobie sprawy. 
  • Jest taki moment, że coś zostawia, powierzam to Panu Bogu, bo chcę Jego szukać i chcę, żeby On był moim szczęściem. I nie pozostaje nic innego, jak nadzieja, że On to docenia i nie zawiedzie mnie.
  • To jest ten moment, o którym powiemy przy uczniach idących do Emaus - sprawa kontaktu. Nazwałbym to przedsionkiem ewangelizacji - czy jakiegokolwiek nawrócenia. By miało ono miejsce, musi być kontakt. 
  • Jezus próbuje wprowadzić w rozmowę uczniów nową jakość i rzez to następuje przewartościowanie ich emocji. Dlatego właśnie ich serce zaczyna pałać. Zwróćmy uwagę - oni mieli już jakieś zarzewie pewnej nadziei, która została zawiedziona, a Jezus jakby z tego popiołu rozdmuchuje ją na nowo. I co się dzieje? Pojawia się moment przypomnienia, ukierunkowanie na pożegnanie z Jezusem - to moment łamania chleba. Ono wcześniej Go nie poznali, bo rozstrząsali problem, których ich dotyczył. I Jezus to akceptował. Dopiero po łamaniu chleba poznali Go. To znaczy, że Jezus pokazał im, że nadzieja, którą mieli w sobie - i ta, którą odzyskali - to właśnie On. I wtedy zniknął. Ale uczniowie są gotowi. Już nie mają wątpliwości. Zebrali się i wrócili. Jezus zrobił to tak dyskretnie, w sposób niewidzialny, ale skuteczny - coś jak na tym obrazie, gdzie mamy tylko kontur Jezusa. Może gdyby ich powalił, jak świętego Pawła (być może Paweł jednak powalenia potrzebował, nawet cztery razy to potem wspominał...). W Emaus tak się jednak nie stało. Taki chyba winien być dzisiaj sposób Kościoła na przepowiadanie Dobrej Nowiny - wchodzenie w dyskurs świata, w te najgłębsze, czasami te najbardziej trudne wątki tożsamości, wsłuchanie się i potem próba odniesienia się do nadziei i zaszczepienia tej nadziei. 
  • Tylko gdy nam się coś "obluzuje" (to wielki dylemat teologii moralnej) - pozostaje nadzieja, że Pan Bóg widzi inaczej. My z całej siły winniśmy chcieć dobrze. Co z tego wychodzi - może nie do końca od nas zależy. Dlatego nie wiadomo z kim się spotkamy po drugiej stronie. Być może - nawet, jeśli zabrzmi to szokująco - Pan Bóg to widzi inaczej. Skoro mamy ludzi o "poluzowanych sumieniach", to oni już nie mają pełnego rozeznania. Dlatego, być może, nie są moralnie klasyfikowani, bo nie są w stanie skutecznie rozeznać dobra i zła (...) Pozostaje pewna tajemnica drugiego człowieka. Dopiero po drugiej stronie życia dowiemy się, czy i jak ten człowiek się zmagał, co nim kierowało. Ostateczny osąd należy do Boga.
  • Z Piotrem było tak: on widział, że niektórzy odchodzą, a ponieważ sam się przejmował i był bardzo kreatywny, to chciał Panu Jezusowi... "pomóc". Niestety, nie stać go było, żeby do końca zaufać Jezusowi. Judasza też to zgubiło. Męskie ambicje? Tak można o tym pomyśleć. Judasz po prostu wiedział lepiej: że trzeba wyjść, zawalczyć. A tymczasem tutaj Pan Jezus daje się pojmać i popełnia błędy. To tak jak pytanie Marty w Betanii: czy Ci to nie jest obojętne. Jak ona wystąpiła, to Pan Jezus zaraz ją na swój sposób "ustawił". I ona pozwoliła się ustawić. Z facetami jest gorzej. Marta jest tutaj pokazana jako ta, która szczerze występuje przed Jezusem. Judasz zaczął kombinować w skrytości: sprzedam Go, bo mnie zawiódł... Wcześniej Piotr mówił Jezusowi, kiedy ten wspominał o krzyżu: Nie przyjdzie to na Ciebie. To faktycznie jest takie męskie myślenie. 
  • Gdy komuś zależy na prawdziwej nadziei, winien być gotów utracić nadzieję, która do tej pory była nieprawdziwa. Trzeba odszukać tę nadzieję prawdziwą, która niosła, a jakoś po drodze skarlała, zdeformowała się. I to jest ten moment przyjęcia, otwarcia. To daje łaskę - ale i jest przez nią gwarantowane.
  • Mówiąc szczerze - nie ma czystej bezinteresowności. Jeśli ktoś choć trochę studiuje metafizykę, wie, że w naszej kondycji ludzkiej nie ma czegoś takiego, jak czysta bezinteresowność. Jesteśmy stworzeniem i zawsze powinniśmy być wdzięczni Panu Bogu za to, że jesteśmy. Tylko my chcemy robić to po swojemu. Dlatego też często właśnie tego poczucia wdzięczności nam brakuje. Ludzie mają postawę roszczeniową wobec Pana Boga, wobec Kościoła. Mają wrażenie, że coś im się należy. 
  • To jest problem naszej polskiej rzeczywistości kościelnej - trzeba przejść od ilości do jakości. Niestety, trzeba się skupić na elitach, które potrzebują indywidualnego, pogłębionego kierownictwa duchowego - czy też spotkań biblijnych - a księżom szkoda na to czasu, bo tu jakieś nabożeństwo "ucieka", tu trzeba odprawić nieszpory, wyjechać na jakąś pielgrzymkę... I między innymi dlatego, niestety, nie mamy kultury czytania Pisma Świętego (...) Innymi słowy - chodziło by u nas o trochę inny styl duszpasterstwa niż masowy. Zwyczajnie o solidniejszą formację. 
  • Dziecko obserwuje rodziców - czy są autentyczni. Przecież dziecko doskonale odczuwa miłość rodziców. Jeśli obydwoje dziecko połączy, to w pewnym sensie... oni już Boga odnaleźli, bo tam jest miłość. Dziecko od razu zweryfikuje, czy ktoś autentycznie żyje Bogiem, czy ktoś chodzi do kościoła z przekonania. Jeśli ktoś robi to dyskretnie, a konsekwentnie - dla dziecka jest to przekonywujące. 
  • Na rynku wartości deklaracje przestały się już liczyć. Liczy się świadectwo. Jako chrześcijanie mamy światu dużo do zaoferowania. Jeśli pamiętamy, że jesteśmy teraz najbardziej prześladowaną religią, to znaczy, że na forum świadków - mamy poniekąd najwięcej do powiedzenia. To jest jakaś forma wiarygodności. O tyle istotna, że wartości chrześcijańskie, wiarą są dla wielu osób tak istotne, że nie tylko intensywnie ich szukają, ale nie wahają się też poświęcić dla nich życia. 
  • Zawsze staje mi przed oczyma jedna scena, to jest zakończenie Ewangelii Janowej, z "nieszczęsnym" św. Piotrem, który był, jaki był. Ale Pan Jezus pyta go o miłość. I dla mnie w tym pytaniu zarysowuje się wielkość Piotra. Czy miłujesz mnie bardziej niźli ci? Nie było to pytanie skierowane do Jana - przecież umiłowanego ucznia. Pokazuje to jednak, że Piotr przeszedł zwycięsko swój kryzys wiary. I że był człowiekiem bardzo mocno zaangażowanym. Być może powodem jego kryzysu była porywczość, ale cały czas chciał dobrze. Bardzo przejmujące jest to "bardziej, aniżeli ci", bo rodzi się w nas zaraz pytanie, jak Pan Jezus mógł wartościować miłość. Zobaczmy jednak, jaka jest nagroda za tę wielką miłość. Paś baranki moje. I to jest wezwanie i przedziwna zależność, bo jeśli chcę być blisko Pana Jezusa i faktycznie nawiązuję z Nim relację, czując, że mnie wzywa, to zaraz za tym wezwaniem idzie wezwanie do troski o innych.
  • Jeśli człowiek wyzwoli się z takich swoich różnych oczekiwań i pokornie przyjmuje rozmaite "spotkania z absurdem", to może mieć poczucie, że wszystko ma sens. Nade wszystko może powiedzieć, że nie szukał swego. A czy to było Boże? To zobaczymy.
  • Nie mam kobiety. Jakoś mnie to boli. I wiem, że w to wchodzi Pan Bóg. Może to jest też tak, że swoją obecnością też pomagam tej drugiej osobie. Być może jest to jakiś obopólny dar. Podobnie jest z ludźmi, którzy są w małżeństwie, a jednak czują, że to nie to, co sobie wyobrażali. I też czują się - muszą się czuć - samotni. To taka solidarność pewnego powinowactwa samotności. Dlatego cieszy mnie obietnica Pana Jezusa, że po drugiej stronie "nie będą za mąż wychodzić i nie będą się żenić", bo by pewnie człowiek nie wytrzymał. Nie wiemy, jak to będzie, ale ten element żeński i męski na pewno będzie jakimś ważnym odniesieniem - zapewne do samego Pana Boga. Bo w ciele, choć przemienionym, mamy jednak pozostać. 
  • Jest hierarchizacja, ale jeśli patrzy się na nią w kategorii władzy, a nie służby, wprowadza się silny dysonans. W Kościele jesteśmy wszyscy równi przed Bogiem i nie można o tym zapominać.
  • Od człowieka trzeba zacząć? To jest nadużywane stwierdzenie. Powtarzane do znudzenia: "człowiek jest drogą Kościoła", tylko że ktoś od razu dodał: "po której Kościół spokojnie przebiega". W Kościele trzeba zaczynać od Boga. Najważniejszy w Kościele jest Bóg (...) Powiedzieć, że człowiek jest najważniejszy w Kościele, to skroić ten Kościół tylko na ludzką miarę. Jeśli człowiek jest najważniejszy, to dlaczego Kościół trzyma się takich prawd, które dla wielu są trudne do przyjęcia?
  • [Uczniowie w drodze do Emaus] Spodziewają się czegoś osobistego, to znaczy tego, co jest z nimi związane. Rola Pana Jezusa polega na tym, że On idąc i tłumacząc im Proroków, pokazuje, że to, co się wydarzyło i co jest związane z ich życiem, przekracza daleko ich oczekiwania. Uczniowie zostają wyzwoleni ze spodziewania się Boga na swoją miarę. Potem następuje drugi kluczowy moment: rozpoznanie przy łamaniu chleba. Ale - to bardzo charakterystyczne - gdy Go rozpoznali, Jezus momentalnie się wymknął, znikł. Po tym łamaniu chleba zadają sobie pytanie: jak to możliwe, żeśmy Go nie poznali? Czy serce nam nie pałało, kiedy do nas mówił? I wtedy wrócili do Jerozolimy, czyli zawrócili z drogi ucieczki. 
  • To nie jest żadna teologia. Myślenie typu: Pan Bóg szczególnie błogosławi naszemu krajowi, a Maryja była Polką, nie ma nic wspólnego z teologią. To zwykłe zawłaszczanie wiary, chrześcijaństwa. Niestety tego typu myślenie jest rodzajem antyświadectwa. 
  • Chodzi po prostu o to, że wszystko, co się w życiu dzieje, ma swój sens, i nie uciekając od niczego, wszystko można położyć przed Bogiem. O pewnych etapach historii swojego życia nie trzeba zbyt długo pamiętać czy też czegoś wyciągać, gdy już udało się uporządkować pewne rzeczy. Trzeba pamiętać, że my jako my realizując różne powołania, całą tę historię mamy w sobie z cała ta historia należy do Boga. 

sobota, 14 grudnia 2013

Pokora, wiara i ofiara

Na wstępie - zdałem, II rok mam za sobą, jeszcze tylko jeden. Oficjalnie grudzień jest miesiącem odpoczynku, bez zajęć, co w moim przypadku oznacza jedynie brak konieczności taszczenia ze sobą akt do domu raz w tygodniu. I czasem na nadrabianie listopadowych zaległości (co już mi się prawie udało). 

Mam pełną świadomość, że zaliczenie tego kolokwium (powszechnie uznawanego za najgorsze na aplikacji) nie tyle jest zasługą mojej wiedzy, co pomocy Opatrzności, która postawiła przed nami takie a nie inne zadania (pasujące dokładnie do tego, pod kątem czego się przygotowywałem), a fakt zdobycia jednego punktu więcej niż wymagano do zaliczenia - to zasługa wielu życzliwych ludzi, którzy się o to modlili. 

Zatem, w telegraficznym skrócie, kilka myśli.

>>>

Gdy Jezus wszedł do Kafarnaum, zwrócił się do Niego setnik i prosił Go, mówiąc: Panie, sługa mój leży w domu sparaliżowany i bardzo cierpi. Rzekł mu Jezus: Przyjdę i uzdrowię go. Lecz setnik odpowiedział: Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale powiedz tylko słowo, a mój sługa odzyska zdrowie. Bo i ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu: Idź! - a idzie; drugiemu: Chodź tu! - a przychodzi; a słudze: Zrób to! - a robi. Gdy Jezus to usłyszał, zdziwił się i rzekł do tych, którzy szli za Nim: Zaprawdę powiadam wam: U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary. Lecz powiadam wam: Wielu przyjdzie ze Wschodu i Zachodu i zasiądą do stołu z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem w królestwie niebieskim. (Mt 8,5-11)
Piękne słowa (z poniedziałku 02 grudnia), których dzisiaj brakuje tak bardzo większości ludzi posiadającym władzę. Setnik - ten, który odpowiadał za stu mu podległych. W przełożeniu na dzisiejszy język - nie tyle kierownik, bardziej dyrektor. Świadomy tego, co może, ale także wiedzący, że w pewnych sprawach od ludzi pochodząca iluzoryczna władza naprawdę nie ma nic do rzeczy i nie jest argumentem. Że przed Bogiem takie kwestie nic nie znaczą - liczy się tylko człowiek, w tym wypadku cierpiący. Bóg widzi troskę tego przełożonego - który w trudnej chwili potrafi sam być człowiekiem. Co więcej, widzi też wielką wiarę i pokorę, które każą mu zaprotestować, kiedy Jezus proponuje, że sam przyjdzie, aby dokonać cudu. Wie, że Bóg potrafi zadziałać i bez tego. 

A ile razy my - stojąc już dosłownie pod ścianą - nie potrafimy tego pojąć, i bezmyślnie walimy łbem w mur, za wszelką cenę starając się własnymi siłami coś zdziałać, nawet gdy jest to praktycznie nierealne. Zamiast po prostu uklęknąć i poprosić. Co więcej - ile razy bezmyślnie de facto powtarzamy słowa setnika, które Kościół wkłada nam w usta podczas każdej Eucharystii - "Panie, nie jestem godzien...". 

>>>

I takie luźne przemyślenie, jakie usłyszałem w zeszłą niedzielę. Pro-konsumencka rzeczywistość praktycznie od 02 listopada, a czasami i wcześniej, kiedy niektórzy jeszcze w klimacie Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego odwiedzają groby, wali w nas ze wszystkich stron kolorowymi tlenionymi blondynkami w obcisłych czerwonych wdziankach albo podejrzanie wyglądającymi starszymi grubasami z brodą, stylizowanymi niby to na antycznego biskupa Miry o imieniu Mikołaj (którego dzisiaj 99% ludzi właśnie z takim pajacem w czerwieni kojarzy). 

Ale tak się nie da. Chrześcijanin tak nie może. Po to jest czas pomiędzy - ostatnia prosta roku liturgicznego, uroczystość Chrystusa Króla, a potem czterotygodniowe adwentowe radosne oczekiwanie. Ciemność kościoła, kiedy dopiero na Gloria rozświetla się światłami, wcześniej pełen pojedynczych migających lampek lampionów. To też jest przygotowanie - że człowiek zwleka się z wyra i idzie na te roraty, po ciemku, w śniegu, marznie czasami, a potem do szkoły czy pracy. To też może być postanowienie - nie tyle nie zjem słodyczy albo nie posiedzę mniej przy komputerze (choć to bardzo dobre), ale pójdę chociaż ze 2 razy w tygodniu. Bardzo żałuję, że nie mam jak brać w nich udziału - niestety, dojeżdżam do pracy tyle, że kiedy o 6:30 rozpoczynają się w parafii roraty, ja jestem już w drodze do pracy. Ja chciałbym tam być, a nie mogę - pytanie, ilu jest takich, którym nic nie stoi na przeszkodzie, poza lenistwem? Jest jeszcze czas, równe 10 dni. 

czwartek, 17 października 2013

I co ja robię tu?

Wczoraj rano przed Mszą byłem świadkiem sytuacji, która uświadomiła mi, jak bardzo Polacy - wierzący - nie doceniają tego, co tutaj w Polsce mają. A mają bardzo dużo.

W zakrystii z ojcami rozmawiała pewna pani. Z kontekstu rozmowy można było wywnioskować, że jest to osoba bardzo dobrze im znana, ja bym strzelał - ex parafianka, z takich zaangażowanych - która obecnie mieszka gdzieś w Szwecji. I rozmowa dotyczyła tego, jak bardzo wiara jednoczy tych ludzi stąd - tam. 

Różnych ludzi - niektórzy, co mówią wprost, w Polsce nie wierzących, dla których wiara stała się czymś bardzo ważnym, jakby łącznikiem z Ojczyzną, kiedy wyjechali z niej. Ludzi, którzy w Polsce sprawami wiary się w ogóle nie zajmowali, nie interesowała ich ta płaszczyzna i kwestia. Gdy jednak okrzepli w nowym miejscu - zaczęło wielu rzeczy z Polski brakować, zaczęła się tęsknota... która w jakiś niewytłumaczalny sposób znalazła w pozytywnym sensie ujście w powrocie do tego, co na szczęście jest jeszcze postrzegane jako takie polskie: wiara, modlitwa, relacja z Bogiem, Kościół. 

Tak się składa, że lat temu pewnie z 15 miałem okazję przez ok. 2 tygodnie zwiedzać Skandynawię - od Karlskrony, przez Goeteborg, zahaczając o norweskie Oslo, po Sztokholm z powrotem. Niesamowicie wielki obszar, pusty, pełen zieleni, natury, łosi. Bardzo mało ludzi - tak, życzliwych i w ogóle. Sporo Polaków, dla których świętowanie niedzieli naprawdę było świętem - o czym przekonałem się w Polskiej Misji Katolickiej w Sztokholmie, gdzie po prostu kościół był tak niesamowicie nabity ludźmi, że w Polsce czegoś takiego nie widziałem na największej uroczystości; a była zwykła niedziela. Piękna liturgia, dbałość o szczegóły, śpiew, świetny chór, stadko ministrantów (niestety, nie czytających, bowiem nie znających języka polskiego na tyle dobrze). Jak pani opowiadała - cieszy się, że w Gdańsku mogła przeczytać czytanie (oczywiście, ustąpiłem jej), bo tam u nich to się ludzie o to "biją", zapisują się na listy i właściwie to jedna osoba musi... czekać jakieś 3,5 miesiąca na swoją kolejkę do czytania! Niesamowite - a u nas niby ministrantów i lektorów na papierze na pęczki, a w tygodniu (i w niedzielę też...) jakoś tak pustawo w tych prezbiteriach; w tygodniu na rannych mszach to już w ogóle przeciąg. Ci Polacy tam cieszą się na Mszę Świętą, przygotowują się do niej, odświętny strój nie jest problemem i "wymysłem księży", bo odzwierciedla i oddaje świąteczność nastroju tak naprawę, nie na siłę. Po Mszy trwają jeszcze na modlitwie, a potem spotykają się we własnym gronie przy posiłku i nadal świętują. Coś wam to przypomina? Powrót do źródeł?

I to wszystko w wyjątkowo sprotestantyzowanym zakątku Europy - przykład pierwszy z brzegu: Sztokholm to siedziba jedynej diecezji katolickiej w całej Szwecji (liczącej, tak jak cały kraj, niespełna 10 mln wiernych); w jeszcze mniejszej (nieco ponad 5 mln ludzi) Norwegii są aż 3 diecezje (Oslo, Tromso, Trondheim). 

Można? Można. Trzeba chcieć. I ci ludzie, przyjeżdżając do Polski, nic dziwnego że tak nie rozumieją, dlaczego w kościele - nie tylko w tygodniu - siedzi głównie taki lekko przysypiający, rozkojarzony i w ogóle nie pasujący tłumek ludzi jakby przypadkowych, najczęściej mało zainteresowanych tym, co się w kościele dzieje. No niby są? Są. Tylko jakby ciałem - a duch? 

Wczoraj minęło 35 lat od wyboru Karola Wojtyły na papieża, i mam wrażenie, że niektórzy trochę opacznie rozumieją jego myśl, że człowiek jest drogą Kościoła. Miał na pewno rację - tylko ten człowiek jeszcze w Kościele musi sam chcieć być, musi coś do niego wnosić, musi chcieć tę wspólnotę w sposób czynny czymś ubogacić. Bo Kościół to nie sala kinowa - płacę i jestem, a jeszcze się popcornu nawpycham. Prawdziwy Kościół, ta wspólnota, rodzi się dopiero w sercach ludzi którzy cieszą się z bycia jej członkami i w tym Kościele są świadomi, wolni, z wyboru i potrzeby - nie tylko ciałem, ale i duchem. W tym sensie mam wrażenie, że bardzo nie zrozumieliśmy tych rekolekcji, jakimi dla nas był pontyfikat bł. Jana Pawła II. 

czwartek, 3 października 2013

Otwartość na Boże niespodzianki

W lipcu pisałem, że nie mam czasu, ale chciałbym kilka słów poświęcić o. Johnowi Basobora. A może raczej - emocjom, jakie jego postać wywołuje. Cytaty poniżej to fragmenty wypowiedzi o. Johna. 
Boże Ojcze, Ty stworzyłeś nas z miłości, a Twoja miłość jest wieczna. Ty nieustannie podnosisz nas do bycia Twoimi dziećmi. Ty dałeś nam Swojego Syna, aby nas zbawił. Niech każdy, kto odwiedzi tę stronę, otrzyma od Ciebie łaskę odnowy swojego człowieczeństwa. Ześlij Swego Ducha, aby przywrócił w każdym z nas Twój obraz w Imię Jezusa
Człowiek nie młody, bo 67-letni, kapłan archidiecezji Mbara w Ugandzie, gdzie jest diecezjalnym koordynatorem Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej oraz członkiem Narodowego Stowarzyszenia Modlitwy Wstawienniczej. Doktor teologii duchowości i magister psychologii. Założyciel Father Bash Foundation, otaczającej opieką ok. 6.000 afrykańskich dzieci - sierot i dzieci porzuconych. Słynny rekolekcjonista i prowadzący spotkania charyzmatyczne. Przyciągający tłumy - co z jednej strony czyni go popularnym w sensie pozytywnym, bowiem przyciąga (ludzi albo wierzących w Boga, albo też tak zrozpaczonych, że są gotowi uwierzyć we wszystko, aby tylko uzyskać uzdrowienia - najczęściej tylko w rozumieniu fizycznym), ale też negatywnym (w naszej polskiej rzeczywistości dzięki małej jeszcze popularności wspólnot charyzmatycznych, ale np. w Ameryce Południowej z uwagi na wręcz ogromny wysyp wszelkiej maści sekt, zapraszających na najróżniejsze uzdrowicielskie mityngi. 
Jezu, Ty jesteś Panem, daj nam swoją miłość, pokój, daj nam radość. Daj nam, Panie, radość w naszych rodzinach, w naszym kraju, w naszych sercach. Utwierdź nas, Jezu, w Twojej miłości, bo Ty jesteś Panem.
Powiem tak - mnie osobiście takie spędy, jak tegoroczny na Stadionie Narodowym w Warszawie 06 lipca w ogóle nie przekonują. I nie chodzi mi o treść, a o formę. Nie zakładam złej woli organizatorów i nie potępiam samego pomysłu - bo zakładam, że mogą być tacy, którym tego typu eventy pomogą; w czym? No właśnie. Chyba jako zachęta, coś co zwróci i przyciągnie uwagę, pomoże zrobić pierwszy krok, czym Bóg wreszcie dobije się do drzwi ich serc. 

Ks. Adam Boniecki w jednym z numerów TP ciekawie cytował i przytaczał wypowiedzi ks. Tomasza Halika na temat organizacji tego rodzaju masowych wydarzeń, jak z udziałem o. Bashobory. Mówił o nieznośnym rozradowaniu, chorobie kolektywnej pobożności, mentalności tłumu, mechanizm wielkiego religijnego upraszczania z megafonów, stadionowy duch. Bo wejście w wiarę to jakby zanurzenie, zgłębienie, w którym Jezus to nie tylko kumpel do pogadania, slogan lub motyw przewodni do pokrzyczenia pewnych haseł. Bo zachowania pewne - jak by nie patrzeć - faktycznie bardziej pasują nie do imprezy religijnej, a do koncertu rockowego czy meczu piłkarskiego. 
Jezu, Ty pozostawiłeś nam swojego Ducha, Ducha Świętego. Przyjdź Duchu Święty, daj nam więcej radości. Przyjdź Duchu Święty, chcemy kochać więcej, niż wczoraj. Przyjdź i daj nam mądrość, przynieś nam więcej łaski i pokoju. Duchu Święty, połącz nas z Jezusem, który jest Panem na wieki wieków. Amen.
Tak, to jest upraszczanie, może i pewne spłycanie. Ale czy to samo w sobie jest złe, czyni takie spotkania niewłaściwymi? Moim zdaniem nie - to jest kwestia pewnego poziomu świadomości człowieka (wierzę - nie wierzę - na jakim etapie dojrzewania w tej wierze jestem). Mnie mogą nie odpowiadać, mogę nie mieć ochoty brać w nich udziału - ale to ni czyni ich bezsensownymi. Nie mnie oceniać ich owoce. Spotkania takie jak z o. Bashoborą to w pewnym sensie znak czasu - tak samo jak, medialnie popularny, rapujący ks. Jakub Bartczak z Wrocławia - bowiem i jeden, i drugi wybrali może mało konwencjonalną formę, aby przybliżyć bardzo często pogubionym ludziom konkretne i bardzo ważne treści. Zwrócić ich uwagę w sposób, który ich zainteresuje, który tę uwagę przyciągnie - innymi słowy: sprawi, iż zauważą Boga, który przychodzi, i może dzięki temu właśnie oni się na Niego otworzą. 

O. John podobno często w ramach swoich spotkań z ludźmi wędruje między zgromadzonymi z monstrancją, z Jezusem Eucharystycznym - bardzo piękna forma przybliżania Boga ludziom, rzadko spotykana u nas, ja zetknąłem się tylko z nią w kilku raczej młodzieżowych duszpasterstwach. Ale przemawia. Nie wyimaginowany facet z brodą - ale żywy, konkretny, Bóg-Człowiek w tajemnicy Eucharystii, idzie po prostu do ciebie. I ten, kto na tym spotkaniu jest obecny, być może staje właśnie przed najlepszą (jedyną?) w życiu okazją, aby pozwolić się Bogu pokochać, zrozumieć że jest się kochanym. 

Ja mam do tych spraw dystans - choć powiem szczerze: nigdy w Mszy o uzdrowienie, modlitwie o uzdrowienie nie uczestniczyłem. Może dlatego, że uważam, że dosyć jest znaków Boga w codzienności, w Eucharystii? Ok - to ja - więc nie odbieram innym prawa do innego zdania, ale i piszę, jak ja to widzę. Otoczka "cudowności" do mnie nie przemawia (co ciekawe, podobne zdanie można wyczytać w rozmowie obecnego papieża Franciszka z rabinem Abrahamem Skórką).  

Jedno pytanie trzeba sobie zadać - po co ludzie idą na spotkanie z takim o. Bashoborą? Czego oczekują? Cudu? Zgoda. Tylko jakiego? Uzdrowienia? Świetnie - a czego? Ciała? Duszy? Najgorsze, co może być, to gdy człowiek występuje z postawą roszczeniową: ja do Ciebie, Boże przyjdę, a Ty mnie uzdrowisz. Albo zaczyna stawiać warunki. Nie tędy droga. Albo inaczej - to najprostsza droga, równia pochyła do rozczarowania, a pewnie i pretekst, aby od Boga się potem odwrócić i Mu złorzeczyć. Jeśli ktoś idzie na przedstawienie - to nie można powiedzieć o wierze i szczerości. Przedstawienia to są w teatrze i cyrku, gdzie widownia jest bierna. Szansę na uzdrowienie ma tylko ten, kto zwraca się do Boga szczerze - tylko wtedy ma szansę przyjąć cud, nie od o. Johna czy jakiegokolwiek innego człowieka. Od Boga. Człowiek jest tylko narzędziem, przekaźnikiem. Cud jako Boża interwencja, element Jego zbawczego planu; nigdy działanie dla samego działania, ale dla objawienia się chwały Bożej. Jeśli ktoś przychodzi jak na pokaz kaskaderski czy jakiś występ - po prostu traci czas, bo ani magii ani nic w tym sensie nadzwyczajnego nie znajdzie tam. Wystarczy jednak, aby człowieka pchał tam jakiś, choćby cichutki, wewnętrzny głos, albo - nawet niezrozumiała - ale autentyczna ciekawość. Bóg stuka do serca i cierpliwie czeka. 

Jednego jestem pewien - Bogu w ogóle nie zależy przy dokonywaniu cudu na rozgłosie i rozkładaniu na części pierwsze samego daru - a na Nim jako dawcy. Tak naprawdę, cud rozpoznać i zauważyć może tylko ten, kto wierzy - bo bardzo często cud dokonuje się nie na tej płaszczyźnie, na której proszący by sobie tego życzył, i pozostaje niezauważony. Tak, może pozostałeś sparaliżowany, twój nowotwór nie zniknął nagle, nadal niedowidzisz - ale co powiedział ci Bóg? Co zaszło w przestrzeni spotkania z Nim? Rzadko jest tak, że nie mówi nic - najczęściej człowiek jest zbyt rozkojarzony, albo nie podoba mu się to, co słyszy. To nie jest tak, jak z tą kobietą ("idź, twoja wiara cię uzdrowiła"), żaden automat. I nie jest też tak, że skoro Bóg akurat ciebie nie uzdrowił, to Go nie ma albo ma cię w nosie. Bóg działa ciągle i zawsze, nie tylko uzdrawiając, nie jest (jak ja lubię to porównanie!) złotą rybką. Kluczowe będzie zawsze to, co dokonuje się w człowieku, w środku - dopiero obok tego są znaki i uzdrowienia fizyczne, widoczne, namacalne, zmierzalne poziomem ludzkiej wiedzy i nauki, które wobec Bożej łaski stają się bezradne. 

W pewnym sensie - wracamy do źródeł. Już Piotr w bramie świątyni, na samym początku Dziejów Apostolskich uzdrowił żebraka, mówiąc, że nie ma złota ani srebra, ale daje mu to, co ma i uzdrawia w imię Jezusa (Dz 3, 1-11 - uwielbiam ten tekst!). Historia zatacza koło - po setkach lat, a może i prawie 2 tysiącleciach, na nowo Kościół odkrywa charyzmat uzdrowienia. Nic nie dzieje się bez przyczyny - takie nadeszły czasy - i w taki sposób Duch Święty działa, m.in. przez o. Johna Bashoborę, bł. Jana Pawła II (ile jest przykładów i świadectw uzdrowień) czy Benedykta XVI (kilka dni temu media podały informację o uzdrowieniu przez dotyk młodego człowieka). Bóg działa w ludziach, otwartych na Boże niespodzianki. Dziwne, że w Polsce przyjeżdża uzdrawiać Ugandyjczyk? I co z tego! Niektórym do dzisiaj się w głowie nie mieści, że papieżem mógłby nie być Włoch - a był już 8 lat Niemiec, zaś teraz mamy Argentyńczyka. 

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca. A o cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię (J 14, 12-14). Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie (Mk 16, 17-18 - co ciekawe, ostatnie słowa Jezusa przytoczone przez Marka przed Jego wniebowstąpieniem!). Mnie to wystarczy - pomimo wszystkich wątpliwości, które opisałem powyżej. Bogu niech będą za o. Johna dzięki, oby jak najwięcej ludzi doprowadził do Boga i, o ile taka jest Jego wola, uzdrowił. 

czwartek, 27 czerwca 2013

Mama odeszła

Wszystko się posypało 20 czerwca. Wtedy odeszła Mama.

Tak sobie myślę - dzień się źle zaczął. Rano rozwaliła mi się teczka - przed samym wyjściem do pracy trzeba było się przepakowywać. Przed południem podszedłem jeszcze do taty do pracy po ostatni papier - ZUS wymyślił sobie, kompletnie nieczytelną, tabelkę a'la pełnomocnictwo - brat wydrukował, Mama podpisała i miałem dołączyć do wniosku o rentę. Tak naprawdę w pracy nic tego dnia nie zrobiłem - dosłownie. Od samego rana kserowałem dokumenty (żeby kopia została - ZUS życzy sobie oryginały), potem to wszystko układałem, parafowałem, sprawdzałem po 3 razy. Jak już skończyłem - zapakowałem w kopertę, zaadresowałem. Chwila spokoju, coś tam dokończyłem w pracy. Pomyślałem - zadzwonię do mamy, było ok. 13:00. Nie odbierała - nic dziwnego, stwierdziłem, pewnie u lekarza jeszcze była. 

O 13:59 - godzinę zapamiętam do końca życia - zobaczyłem: dzwoni tata. Momentalnie nabrałem złych przeczuć - widzieliśmy się ze 3 godziny wcześniej. Płakał. Powiedział jedno zdanie - że mogę tego nie wysyłać, bo Mama umarła. 

Po pół godzinie wycia w toalecie jakoś się ogarnąłem, powiedziałem w sekretariacie, co się stało i że wychodzę. Ta podróż do domu do rodziców była jakaś nierzeczywista... Dobrze, że miałem okulary przeciwsłoneczne, bo łzy leciały ciurkiem cały czas. Taka bezsilna rozpacz, przeplatana chyba dość bezmyślnie z jednej strony, a z wielką wiarą z drugiej zdrowaśkami zaciskanych do białości palców na małym różańcu. I jakby w tle, jak jakiś dziwaczny pokaz slajdów, tony wspomnień - od maleńkiego do ostatniego spotkania, w minioną niedzielę. Na miejscu wszedłem do kościoła, w którym tyle razy polecałem Bogu wszystko i wszystkich, piękne i bolesne sprawy - generalnie pełen turystów, błysków fleszy i rozmów; uciekłem do bocznej kaplicy i uświadomiłem sobie, że nie wiem, co Mu mam powiedzieć. Kołatające się po głowie "dlaczego?" brzmiało dość bezsensownie - przecież nie znamy dnia ani godziny (np. Mt 25, 1-13), czyli Mamy czas po prostu nadszedł. Pozostała chyba tylko wielka prośba o to, aby Mama w Nim samym znalazła doskonały odpoczynek i swoje miejsce. Tam, gdzie już nic nie boli, gdzie nie ma zmartwień i bólu - a każdy stapia się z odwieczną Miłością. 

Do dzisiaj tego nie ogarniam. Mama walczyła z rakiem półtora roku - i o ile miał bym bać się tego najgorszego, to nie raz, ale nie w tym czasie. Była bardzo słaba po zabiegach związanych z płucami w zeszłym roku - lekarze sami przecierali oczy, kiedy naprawdę szybko doszła do siebie. Wszystko szło w pięknym kierunku - do momentu tych bólów głowy, które pojawiły się na wiosnę. Pomimo beznadziejnego poziomu służby zdrowia ludzi tak ciężko chorych nawet w naszym chorym kraju diagnozują szybko - okazało się najgorsze: przerzuty do mózgu, nieoperacyjne, w 2 miejscach. Szybkie badania, uderzeniowa krótka radioterapia. Tydzień wcześniej zaczęła się chemioterapia. Rozmawiałem z ludźmi, wiedziałem, że znane są przypadki, gdy tego typu przerzuty zabijają dosłownie w ciągu tygodni. Mama zaczęła mieć problemy z koncentracją i pamięcią - natomiast cały czas funkcjonowała normalnie, sama, spotykała się z ludźmi, wychodziła albo jeździła na spacery. Zauważyliśmy, że przybrała nieco na wadze, w niedzielę na obiedzie z radością patrzyliśmy, jak wrócił jej apetyt. Wszystko szło, po ludzku sądząc, ku dobremu - wiedzieliśmy, że musi się udać. 

W czwartek poszła do swojej pani onkolog, widziała się tam z matką chrzestną brata - też walczącą od lat z nowotworem. Porozmawiały, Mama miała poczekać na brata, który wracając z uczelni miał zawieźć ją do domu. Zdzwonili się, młodemu się przedłużyły zajęcia - nie ma problemu, powiedziała, czuła się świetnie, pogoda była śliczna, pojedzie tramwajem. Dzwoniła jeszcze z odległości ok. 15 minut od domu. To brat znalazł Mamę w domu, jeszcze bezskutecznie próbował ją reanimować. Gdy przyjechało pogotowie - lekarz stwierdził zgon. Pocieszał, że przy takim schorzeniu to najlżejsza dla chorego droga odejścia - gdyby choroba postępowała, Mama po prostu stawała by się coraz bardziej odległa, coraz mniej by pamiętała i kojarzyła, a przy tym bardzo by bolało... Tu - upadła, krwotok wewnętrzny, i umarła. Tak po prostu. 

Tata się dosłownie rozsypał - wiedzieliśmy, że to na naszych barkach spocznie przygotowanie pogrzebu i ogarnięcie wszystkiego. Siedzieliśmy w domu, rycząc jak bobry. Była i już jej nie ma. Większość wziąłem na siebie, wszystko udało się całkiem sprawnie załatwić. Mama mówiła nie raz o testamencie - znaleźliśmy w jej pokoju, faktycznie, spisany na dodatek w dniu urodzin mojej żony, 3 lata temu. Serce aż ściskało, kiedy czytaliśmy to charakterystyczne pochylone pismo, którym przez tyle lat Mama wpisywała dedykacje w książki, jakimi nie raz nas obdarowywała (zawsze ciesząc się, że obydwoje lubimy czytać), czy zwykłe kartki w kuchni, kiedy wychodziła wcześniej do pracy - to i to macie na obiad, kupcie to, zdzwonimy się w dzień, ściskam Mama. Ciągle mam w telefonie jej numer - zgodziła się na komórkę dopiero, kiedy zachorowała - i sporo smsów sprzed 2-3 dni przed jej odejściem. Przejrzeliśmy jej skrzynkę mailową - żeby sprawdzić, z kim utrzymywała kontakt, i powiadomić o jej odejściu i pogrzebie. Niesamowite było to, że wiele maili pomijała, ale otwierała każdy ode mnie, szczególnie ze zdjęciami Dominiczka. Dostaliśmy bardzo dużo kondolencji - piękne było to, że zupełnie różni, znani z innych sytuacji życiowych (szkoła, studia, praca, po prostu przyjaciele) opisywali Mamę w ten sam sposób, wskazując na te same cechy charakteru - nie żadne ogólniki i laurki, ale konkrety. 

Jedna z przyjaciółek napisała, że w ostatnim mailu, na 3 dni przed odejściem, Mama napisała, że "czas już odpocząć". Czy coś przeczuwała? Czy czuła, co się zbliża? Nie wiem, i pewnie się nie dowiem. Na pewno miała świadomość, że rak mózgu to w pewnym sensie kwestia czasu, zanim człowiek odchodzi. Lekarze kazali być dobrej myśli - ale mam wrażenie, że swoje mogli wiedzieć i rozumieć, że koniec się zbliża; nie mam im tego w ogóle za złe, Mama do końca była pełna woli życia, zawsze mówiła, że "jak już zwalczę to świństwo, to..." - miała dużo planów, chciała więcej czasu spędzać z naszym małym.... i nie zdążyła. Pan Bóg zdecydował inaczej. 

Teraz tak sobie myślę, że nigdy bardziej niż w tamtych dniach w Niego nie wierzyłem - może to zabrzmi paradoksalnie. To odejście Mamy nie spowodowało u mnie kryzysu wiary w tym sensie, że zanegowałem Jego samego i wszystko, w co dotąd wierzyłem. Wściekałem się na Niego, złorzeczyłem, próbowałem zrozumieć - dlaczego tak, dlaczego teraz - ale równocześnie wierzyłem, że w tej chwili Mama jest już tylko w cieniu Jego rąk, w blasku Jego miłosiernego spojrzenia. Że w Nim właśnie znajduje ukojenie i swoją przystań, do której tak naprawdę zawsze zmierzała - wychowując nas na ludzi bynajmniej nie idealnych i genialnych, ale mam nadzieję mądrych, o kręgosłupie moralnym, pewnych wartościach, którym od małego wpajano, że trzeba być, a nie mieć i to przede wszystkim dla innych, że nie można wstydzić się swoich poglądów, że trzeba umieć bronić swojego stanowiska, umieć się sprzeciwić temu, co złe - i tylu innych pięknych prawd. W tym tego, że człowiek po to ma serce i rozum, żeby z obydwu korzystać - wierząc, ale i myśląc. Dlatego tak strasznie lekko zrobiło mi się na sercu, kiedy we wtorek - miałem tego dnia 2 kolokwia, musiałem pójść - przyśniła mi się Mama i była po prostu uśmiechnięta. Dla mnie to znak, że znalazła odpowiedź na wszystko i jest już tam, dokąd wszyscy zmierzamy, szczęśliwa i ukochana przez Boga. 

Żegnaj, Mamusiu. Nie masz pojęcia - i ja chyba też nie - jak ciężko będzie żyć bez Ciebie, która od zawsze i zawsze po prostu byłaś obok. Ale wierzę i wiem, że jesteś tam u góry i patrzysz na nas. Mam nadzieję, jak to Ty zawsze mówiłaś, kiedy odwiedzaliśmy babcie na cmentarzu, że nie będziesz musiała się za nas wstydzić. 

Adieu. Do zobaczenia - z Bogiem i w Bogu. 

piątek, 8 lutego 2013

Deptanie po piętach

Przeczytane przed chwilą praktycznie.
- Duchowny, który z panią rozmwiał, nie mógł pani pomóc, ponieważ sam był zagubiony. Używał ciągle tych samych słów, jakimi księża pocieszali wiernych 500 lat temu. A przecież od tamtego czasu trochę poszliśmy do przodu. - Przerwał, jakby to, co powiedział, jego samego zabolało. - Na tym właśnie polega dzisiaj problem z religią. Tkwi w miejscu. Zamiast się otworzyć, szukać sposobu na to, aby nabrać znaczenia we współczesnym świecie, staje się defensywna, broni dotychczasowego stanu posiadania, cofa medialnie do najniższego wspólnego mianownika - nabiera cech fundamentalizmu. 
(...) 
- Problem jest w tym, że w twoim kraju religia jest tak skupiona na walce z nauką oraz trudnymi do odparcia argumentami ateistów, że wasi duchowni stracili poczucie, czym tak naprawdę powinna być wiara. W naszym kościele - wschodnim - oraz w wyznaniach takich jak buddyzm czy hinduizm zadaniem religii nie jest dostarczanie teorii lub wyjaśnień. Akceptujemy prawdę, że to, co boskie, jest nierozpoznawalne. Ale dla ciebie i podobnie myślących, kierujących się rozumem ludzi, rzecz sprowadza się do wyboru. Fakty albo wiara. Nauka albo religia. - Przerwał, po czym dodał: - Nie musisz wybierać. 
- Ale nauka i wiara nie są ze sobą zgodne. 
- Oczywiście, że są. Nie powinnuy ze sobą konkurować. Problem sprowadza się do waszych duchownych i waszych naukowców. Jedni drugim depczą po palcach. Wielkimi ciężkimi buciorami. Nie rozumieją, że religia i nauka mają po prostu inne cele. Nauki potrzebujemy, żeby zrozumieć, jak funkcjonuje wszystko na tej planecie i poza nią - my, natura, to, co nas otacza. Żaden myślący człowiek temu nie zaprzeczy. Ale religii również potrzebujemy. Nie dla żałosnych kontrteorii na temat tego, czego nauka nie jest w stanie udowodnić. Jest nam niezbędna z innego powodu, żeby zaspokoić innego rodzaju potrzebę - sensu. Dla nas, jako ludzi, ta potrzeba jest czymś zupełnie podstawowym. I wykracza poza dziedzinę nauki.
(...) 
- Wiele w życiu widziałem. Spotykałem dobrych, miłych, szczodrych ludzi, których dobre uczynki były niezwykle szlachetne. Ale widziałem też takich, którzy robili niewyobrażalne, potworne rzeczy. I to właśnie czyni nas ludźmi. Mamy rozum. Podejmujemy decyzje i wcielamy je w życie. Kształtujemy nasz los w relacjach z innymi. A Bóg - cokolwiek oznacza to słowo - jest po prostu wtedy w nas. Za każdym razem gdy dokonuejmy wyboru, czujemy Jego obecność. Jest w nas. 

Bynajmniej nic z teologicznej półki, jeśli chodzi o pochodzenie - choć słowa włożone w usta duchownego koptyjskiego. Z powieści o bardzo pomysłowej fabule, którą czytam. 

I tyle. Bez komentarza. Do zastanowienia. Choć według mnie nie ma tutaj nad czym myśleć - prawda i tyle. Szkoda, że ludzie tak często skupiają się na nie zauważaniu tych różnic i przeciwstawianiu wierze nauki. 

niedziela, 21 października 2012

Popiełuszkowy wyrzut sumienia

Tak, wokół dni związane z bł. Janem Pawłem II. Co więcej, jutro w mojej parafii uroczystość wprowadzenia relikwii I stopnia (krwi) tego świętego. A ja napiszę o kimś innym - którego wspomnienie liturgiczne przypadało w miniony piątek - o bł. Jerzym Popiełuszce. A wszystko w konwencji dość specyficznej (tak, nie jestem fanem hip-hopu), i do tego muzycznej.

wersja oficjalna:


Wersja koncertowa- tutaj (szczególnie dla chcących dociec, skąd tytuł "Nieśmiertelni", z kolei tekst - tutaj.

Znowu wtopisz się w tłum, po to by móc stanąć z boku,
Nie wychylać się przeczekać i mieć święty spokój,
A życie z każdym dniem podsuwa nam nowe wyzwania,
Dla jednych jest to konkret dla innych zwykły banał

Ks. Jerzy taki nie był. Ktoś powie - co ja wiem? W sumie - nic, bo urodziłem się już po jego męczeńskiej śmierci. Trochę czytałem, oglądałem, słuchałem. To był człowiek, który - po ludzku - nie wyróżniał się niczym. Słabe zdrowie, strach przed głoszeniem homilii, niepozorny, żadna wybitna postać. A jednak - świętością w jego wykonaniu była wytrwałość i brak zgody na pogwałcanie wolności człowieka.
Wystarczą ręce i twoje serce by zrobić więcej,
dać nadzieje tym którym nie sprzyja szczęście
Ciągle wierze w to że los leży w naszych rękach
Dopóki księga życia nie zostanie nam zamknięta

Brał sobie te słowa bardzo mocno do serca. Już jako kleryk, mając "przeboje" z zwierzchnikami w kleryckiej jednostce wojskowej, której głównym celem było zniechęcenie i odwiedzenie młodych ludzi od kapłaństwa. W Alfonsem Popiełuszko (bo tak miał na imię pierwotnie Jerzy) im się nie udało. Komunistom także, chociaż pewnie zakładali - zniknie, to i problem się skończy. Nic bardziej mylnego. Wziął los w swoje ręce tak, że trudniej było by bardziej, mocniej, owocniej.

Można tam widzieć nic, mając sokoli wzrok, można nie poczuć
dotyku zimnych wyciągniętych rąk,
można przez życie przejść nie zatrzymując się,
można ale czy jest w tym jakiś większy sens?

Sensem życia, i kapłaństwa x Jerzego, stała się walka o wolność - w jego wypadku poprzez szczególną posługę tym, którzy jako pierwsza licząca się w kraju siła mieli możliwość i odwagę skutecznego przeciwstawienia się komunistom - Solidarności. W tym swoim małym kapłaństwie postanowił poświęcić siły, aby dodawać otuchy, domagać się respektowania praw i postulatów tych, którzy postanowili walczyć z komunizmem. Co więcej - o czym najlepiej wie pewien kardynał - było to nie w smak ówczesnym jego zwierzchnikom, którym odmówił wyjazdu do Rzymu na studia, co miało uchronić go przed represjami władz. Nie bał się, i był gotowy na walkę do końca.

Stając przed lustrem, pytam siebie kim naprawdę jestem
Czy to co było ważne, stało się ważniejsze?
Czy może ideały już straciły sens, co mnie napędza do tego by ciężar życia nieść,
Podchodzę bliżej i przyglądam się sobie, kiedyś wypatrzę pierwszy siwy włos na głowie,
Nie wiem czy jutro będziemy tacy jak byliśmy,
Ale nie dajmy sobie wmówić że życie już przeżyliśmy.

No właśnie. Myślę, że pod tymi słowami x Jerzy by się podpisał. Deklarujemy się jako wierzący, jakoś tam praktykujemy - a jak się to przedkłada na nasze rodziny, relacje, uczciwość, transparentność, autentyczność? Jakie są nasze wybory? Dzisiaj, kiedy próbuje się ludziom wmówić, że związki partnerskie to przecież praktycznie to samo, co małżeństwo - grunt że się "kochają". Że homoseksualiści mają prawo do wychowywania dzieci. Że nauczanie historii w szkołach powinno być zredukowane. Że polityka prorodzinna to promowanie metody in vitro, zamiast realnych korzyści dla rodzin. Że liczy się kasa, zbytek, stołek, pozycja - a całą reszta to anachronizmy, jakieś tam wartości. Że w ideologii "Bogu świeczkę, diabłu ogarek" tak naprawdę nie ma nic złego - bo trzeba umieć się dostosować. Kogo widzisz w lustrze? Czy nie jest to tak, że pomysły i kiedyś czynione założenia nijak się mają do tego, kogo widzisz w nim dzisiaj?

Nocą mam sny w mej głowie tworzą się witraże, złożone z twarzy ludzi którzy będą zawsze
w pamięci bo życie z podniesioną głową przeszli. Czy byli ostatni? Na pewno nie pierwsi..
Odkryli w sobie sens istnienia, walcząc uporem o to by następne pokolenia
wiedziały co jest czarne, co białe, a nie szare.
Prawda wyzwala tylko czy chcemy ją odnaleść?

Ks. Jerzy pięknie wpisuje się właśnie w nurt tych, którzy nie schylali głowy przed tym, co wydawało się jedynym słusznym w tamtych czasach - a walczyli, tak jak należy, czyli słowem, apelując do ludzkich sumień, przyzwoitości, powołując się nie na wymyślone przez ludzi zasady - ale na dekalog i prawo Boże. Prawda, o której wielu nie pamięta albo nie chce pamiętać, jest taka, że morderstwo x Jerzego było jednym z wielu gwoździ do trumny PRL - które uświadomiły ludziom, z kim i czym mają do czynienia. Ona była potrzebna, mimo że to strasznie brzmi. Bł. Popiełuszko poświęcił się, abyśmy my mogli żyć w czasach lepszych, w których mówienie o prawdzie i domaganie się jej będzie możliwe. Czy wykorzystujemy tę możliwość?

W tak nie realnym świecie naszych wyobrażeń,
Wegetujemy jak sprzedawcy własnych marzeń,
Głodni sukcesu, goniąc w wyścigu szczurów,
Budząc się w nocy z krzykiem przerażeni do bólu,
Jak Piotruś Pan trwimy we własnej nibylandi
Niby szczęśliwi, niby zabawni, niby spełnieni,
niby wolni, niby bezpieczni a naprawdę bezbronni.
Nie musi tak być. Nie jesteśmy bezmyślnymi kukiełkami, za które ktoś z mniejszym lub większym wyczuciem pociąga, manipulując umiejętnie. A jeśli właśnie uświadomiłeś sobie, że tak może być - nie zwlekaj, zrób coś z tym. Nie bądź "niby" - ale bądź tak naprawdę, stań się. Tym, kim masz być, do czego Bóg powołał cię w swojej miłosiernej mądrości. Odetnij się od Piotrusia Pana, który kusi - i dorośnij do przyjęcia, odkrycia i zrealizowania swojego powołania - jakie by ono nie było. Jest tylko twoje, tylko dla ciebie, nikt inny go nie wypełni w ten sposób. Pobudka! Koniec z wegetacją - życie czeka. Ks. Jerzy pięknie pokazał, do końca, czym się w tym życiu kierować.
Tylko rewolucja może przerwać ten letarg
Czas ucieka przez palce pora wstać walcz nie zwlekaj
Finalny sukces zapewni wybór oręża,
Zwycięscy wybrali hasło "Zło dobrem zwyciężaj"
Czas zresetować własny system wartości
Bóg, Honor, Ojczyzna - jak w czasach Solidarności
Są wartości których w złotówkach nie zmierzysz,
I są ci co są im wierni do końca, tak jak ksiądz Jerzy.
To nieprzypadkowe słowa. Zło, zawiść, chęć zemsty, odwetu, nienawiść - one do niczego nie prowadzą. Ks. Jerzy potrafił wyjść na mróz do samochodu, w którym pilnowali go przed jego domem ubecy, żeby poczęstować ich herbatą. Niby nic. Niby mały gest. Przełóż go na swoje życie. Kto w twoim otoczeniu czeka na taką herbatę? A ten reset - musi być kapitalny i jako gest nieodwracalny. Bez kopii zapasowych swoich śmierci, brudów, grzechów i krzyżyków - odcięcie się, raz a dobrze, i budowanie od nowa, na jedynym naprawdę trwałym - bo od Boga pochodzącym - fundamencie. Nie dla kasy czy jakiejkolwiek innej wymiernej korzyści. Bo tak trzeba, bo tylko tak będziesz miał szansę na ostateczny cel - tę tytułową nieśmiertelność.

Ot, przy wieczorze niedzielnym - taki muzyczny (ale konstruktywny) wyrzut sumienia. Prawda wyzwala - tylko czy chcemy ją odnaleźć?

piątek, 28 września 2012

Chyba nie o to chodzi

Takie kilka luźnych myśli na kanwie głośnej medialnie sprawy ekshumacji śp. Anny Walentynowicz, której ponowny pochówek rozpocznie się niebawem i to nie tak daleko znowu od miejsca, gdzie piszę te słowa. 

Ja rozumiem rozgoryczenie rodzin tych ludzi, którzy zginęli pod Smoleńskiem i wolałbym nie wyobrażać sobie, jak ja bym na taką sytuację zareagował. To wielka tragedia, i tylko pogłębić ją może fakt, iż po 2 z okładem latach po tamtym dniu okazuje się, że identyfikacja ciał pasażerów samolotu odbywała się w sposób niedbały, nie dochowano w tym zakresie należytej staranności, i na skutek błędów - Polaków, Rosjan, z pewnością władz - okazuje się dzisiaj, że w trumnie pani Walentynowicz złożone były szczątki kogoś innego. Nie sposób tutaj mieć pretensje do rodzin, które niekiedy w strasznym stanie psychicznym stawiały się tam i próbowały identyfikować swoich bliskich, chcąc w możliwości choćby w tych doczesnych szczątkach w jakiś sposób ukoić swój ból, móc na swój sposób pożegnać tych, którzy w tak dramatycznych okolicznościach odeszli. 

Natomiast nie rozumiem medialnej zawieruchy wokół tego, szczególnie w kontekście faktu, iż wiele osób zaangażowanych w te kwestie uważa się za wierzących, chrześcijan i katolików. A dla nas nie tyle ciało, ale dusza jest ważna. Owszem, kiedyś - może i nie tak dawno - zmartwychwstanie ciał rozumiane było bardziej niż dosłownie, pytanie jednak: co wtedy ze zmarłymi, których ciała z jakiegoś powodu po prostu rozłożyły się, zdematerializowały, choćby przez upływ czasu? Nie można jednoznacznie powiedzieć, jak to nastąpi - wydaje mi się, że w tym zakresie Pan Bóg z pewnością szykuje jakąś niespodziankę, która nawet przy najśmielszych rozważaniach nam się w głowach nie mieści. Czym będą nasze nowe, duchowe ciała? Zobaczymy. Czy będzie można mówić w jakikolwiek sposób o materii, ciele, czy będą one miały cokolwiek wspólnego z tym, co my dzisiaj po ludzku jako materię i ciało rozumiemy? 

Bo w tej sytuacji dzisiaj - przy pełnej świadomości błędów popełnionych przy identyfikacjach i tego, że nie dochowano przy tych czynnościach staranności - mam wrażenie, że medialne show robi się dla jakiś bliżej niejasnych powodów, ot, żeby zaistnieć. Żałoba trwa w sercu, tęsknota i pamięć także tam pozostają. Należy uchybienia sygnalizować i domagać się konkretnych działań władz w ich zakresie - czy jednak wracanie do tego w pomysłach typu konieczności dokonania ekshumacji wszystkich ciał ofiar to właściwe działanie? Wydaje mi się, że szacunek dla tych właśnie konkretnych zmarłych - w takich a nie innych okolicznościach - sprowadzać powinien się do przysłowiowego pozostawienia ich w spokoju, złożonych w grobach (nawet w innych trumnach), a skupienia sił na modlitwie w ich intencji i dochodzenia do przyczyn tego, co faktycznie spowodowało tamtą tragedię. Te ekshumacje nikomu nie pomogą, życia zmarłym nie przywrócą. Modląc się - całym Narodem - w różnych miejscach Polski za ofiary smoleńskie w dniach ich pogrzebów nie mam żadnej wątpliwości, że pożegnaliśmy ich godnie i w sposób po prostu dobry. 

Teraz jest czas troski o ich dusze, o ich zbawienie - modlitwy w tej intencji - a nie prób dokopania władzy (nawet w części słusznie) czy zdobywania medialnego kapitału na pomyłkach przy identyfikacji zwłok. To nie tylko moje zdanie. Był taki jeden, Jezus się nazywał, który mówił, żeby pozostawić zmarłym grzebanie umarłych, a Ty idź i głoś Królestwo Boże. Myślę, że pierwszymi, którzy by przyznali rację tym słowom, byli by ci, o których mowa, zmarli - tak naprawdę zanurzeni w Bogu, do końca. 

(tekst jednoznacznie zainspirowany artykułem "Co będzie po śmierci" Jana Turnaua z Metra z 28.09.2012)

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Krzykacz żąda - Bóg się zgadza

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej książce, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31)


Mój imiennik w roli głównej. Cóż, nie ma się co dziwić - sam do niedowiarków pewnie należę w jakimś sensie. Niby wierzący, ale... Coś w człowieku jest, że próbuje wszystko sobie przełożyć "z Bożego na nasze", wytłumaczyć po swojemu, zaszufladkować. Szkoda, że najczęściej sporo się przy tym miesza, a w efekcie zmienia się sens. 

Tym razem narrator natchniony nie mówi nic o obawach uczniów - poza tym, że bali się tych, którzy cały czas szukali po ulicach i zaułkach Jerozolimy ludzi, którzy "wykradli ciało Jezusa", jak to zapobiegliwie arcykapłani raczyli porozpowiadać po mieście. Co więcej - uczniowie radują się, i to widząc rany Zbawiciela! To samo, co kilka dni wcześniej ich odstraszało, tak że tylko Jan doszedł pod krzyż, teraz motywuje i utwierdza, że to żaden duch, a po prostu ich Pan. Stąd ta radość, radość prawdziwa. Bo jak można czegokolwiek się bać, gdy stoi przed tobą Ten, którego nawet śmierć nie była w stanie powstrzymać? 

Jezus na pewno nie rzuca słów na wiatr, ani też nie powtarza się bez celu. To podwójne "Pokój wam" ma bardzo konkretny sens i brzmienie. Pokój wam - bo to wy tak drżeliście, was ogarniał strach, wy pouciekaliście, za wami musiałem iść nawet do Emaus i wyjaśniać wszystko jeszcze raz, to mnie szukaliście między tkaninami w pustym grobie. Pokój wam - bo tylko ten prawdziwy, od Boga pochodzący pokój, który wam przynoszę, może pomóc objąć sercem i umysłem ogrom wydarzeń, jakich byliście świadkami, jakie doprowadziły do tego, że jestem z wami. Tylko z tym pokojem chrześcijanin może w twórczy sposób wykorzystać Bożą łaskę - "niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie, mój Boże". Pokój z jednej strony dany, ale i zadany jako podstawa, obok wiary, nadziei i miłości. Tylko taki pokój może przedrzeć się przez zamknięte drzwi ludzkich serc, nawet tych które kiedyś było stać na ryzyko zawierzenia, a później gdzieś, coś się poplątało, i dzisiaj trwają w świecie bez celu i sensu, a Ten, który może im je nadać, jest tuż obok. Tylko taki pokój może zamknięte ludzkie serca otworzyć... na inne zamknięte serca, uzdolnić je, aby ich głos otwierał serca innych ludzi.  

Dla mnie to te słowa są pierwszym posłaniem uczniów, takim dojrzałym, rozesłaniem ich samodzielnie, już bez Jego fizycznej obecności - wydarzeniem, które jakby się dopełniło w momencie Wniebowstąpienia. Wtedy rozesłał ich jakby ostatecznie - ale Jezus wysłał ich już tutaj, mówi to wprost. Nie sam swoją mocą, ale w imię Boga Ojca - jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam - aby szli i kontynuowali to dzieło, które On rozpoczął. 

Euforia - widzieliśmy Pana! I wtedy na scenę wchodzi czarny charakter - Tomuś. Jezus? Taak? A skąd ja mogę wiedzieć? Czemu zaufać? Przecież widziałem - zabili Go, a Józef pochował. Czemu mam uwierzyć? I za tym - szereg warunków pt. "uwierzę, o ile...", co narrator dość dokładnie opisuje z anatomicznego punktu widzenia jako wkładanie ręki do boku czy dotykanie ran po gwoździach. I znowu, Bóg robi coś, czego kompletnie nie rozumiem, czego robić na pewno nie musiał. Dostosowuje się. Krzykacz żąda - Bóg się zgadza. Jezus przychodzi ponownie, wręcz sam zaprasza Niedowiarka, podtyka mu pod nos ręce i nogi, pokazuje bok. Jest w tym działaniu Boża logika - bo człowiek klęka i wyznaje wiarę w Boga dzięki temu, co zobaczył. Pan mój i Bóg mój. 

My mamy, w tym sensie, nieco trudniej. Jego fizycznie nie ma między nami (choć Joanna Bątkiewicz-Brożek z GN w pewnym sensie - i słusznie - kwestionuje, warto przeczytać, zdarza się że Jezus sam robi wyjątki i rzuca się, dosłownie, człowiekowi w oczy). Nie ma to jednak znaczenia. Objawienie jest kompletne. Pan Bóg nic nowego nam już nie powie, co najwyżej będzie się przypominał. Cały ten depozyt mamy złożony w swoje ręce. Po co? Żeby sięgnąć po błogosławieństwo dla tych, którzy - choć nie widzieli - to uwierzyli.

Przychodzisz, Panie, mimo drzwi zamkniętych,
Jezu Zmartwychwstały ze śladami męki.
Ty jesteś z nami, poślij do nas Ducha,
Panie nasz i Boże uzdrów nasze życie.

piątek, 2 grudnia 2011

Upór i wiara - a może tylko wiara?

Gdy Jezus przychodził, szli za Nim dwaj niewidomi którzy wołali głośno: Ulituj się nad nami, Synu Dawida! Gdy wszedł do domu, niewidomi przystąpili do Niego, a Jezus ich zapytał: Wierzycie, że mogę to uczynić? Oni odpowiedzieli Mu: Tak, Panie! Wtedy dotknął ich oczu, mówiąc: Według wiary waszej niech wam się stanie! I otworzyły się ich oczy, a Jezus surowo im przykazał: Uważajcie, niech się nikt o tym nie dowie! Oni jednak, skoro tylko wyszli, roznieśli wieść o Nim po całej tamtejszej okolicy. (Mt 9,27-31)
Upór jest bardzo wskazany - co dobitnie pokazuje ten obrazek. Upór w rzeczach ważnych i istotnych, precyzując. My lubimy upierać się i dywagować, kłócić się godzinami nad pierdołami, sprawami drugo- i dalszorzędnymi, przekrzykiwać się jako specjaliści we wszelkich dziedzinach, o których często w ogóle nie mamy pojęcia. I jednocześnie - ustępować pola w sprawach naprawdę istotnych, kluczowych; może nie po ludzku, ale w perspektywie wieczności. 

Jezus nie pyta o to, skąd przychodzisz, co robiłeś dotąd, czy marnowałeś swój czas i możliwości, czy byłeś egoistą, złodziejem, pijakiem, narkomanem. Jezus widzi i docenia, gdy człowiek szuka u niego pomocy, i jest w tym poszukiwaniu uparty. A poza tym - gdy wierzy. Zresztą, tak naprawdę - te dwie kwestie to jedno i to samo. Poszukiwanie Jezusa i uparte zawracanie Mu głowy - oni osobiście, my dzisiaj w modlitwie - to przecież nic innego jak stawanie przed Nim w cichości serca na modlitwie właśnie. 

Żadnych czary-mary, żadnych wielkich słów, powoływania się na bóstwo czy daną od Boga Ojca moc i władzę nad tym, co ziemskie. Czy wierzycie? Tak. Skoro wierzycie - to niech Bóg udzieli wam łaski według tego, jaka ta wasza wiara jest. Prościej chyba się już nie da. 

Nic dziwnego, że pobiegli i opowiadali o tej sytuacji wszystkim i wszędzie. Trudno taką radość z uzdrowienia ukrywać czy zachować tylko dla siebie. Ważne, że ta sytuacja otworzyła im oczy. I to nie tylko oczy ciała, ale oczy duszy. Trudno o piękniejszy dowód, że wiara ma sens, niż taka sytuacja. Tylko trzeba uwierzyć, i iść za tym Jezusem, zawracając Mu głowę, do skutku. Długo nie odpowiada? Na pewno nie. Może po prostu za dużo gadasz, a za mało słuchasz. Albo tego, co On mówi, nie chcesz usłyszeć - dawno już zaradził twej prośbie i uleczył to, co najważniejsze, tylko ty tego nie widzisz.

>>>

Mam trzy intencje modlitewne, dla wszystkich którzy chcą pomóc modlitwą:
  • za małą Olę, bratanicę koleżanki, u której zdiagnozowano białaczkę
  • za moją mamę, która ciągle choruje, ciągle ma gorączkę, i od poniedziałku znowu trafia do szpitala
  • za siostrę koleżanki z pracy, u której właśnie zdiagnozowano bardzo niebezpiecznego guza mózgu.
Straszne, o ostatnim dowiedziałem się dosłownie 5 minut temu. Dlatego tym bardziej proszę.