Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maryja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maryja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 grudnia 2015

Nie bój się - oddaj to Panu

Wtedy Maryja rzekła:Wielbi dusza moja Pana,i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej. Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię a swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia [zachowuje] dla tych, co się Go boją. On przejawia moc ramienia swego, rozprasza [ludzi] pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia.Ujął się za sługą swoim, Izraelem,pomny na miłosierdzie swojejak przyobiecał naszym ojcom na rzecz Abrahama i jego potomstwa na wieki. Maryja pozostała u niej około trzech miesięcy; potem wróciła do domu. (Łk 1,46-56)
Co to jest? Pieśń osoby zachwyconej tym że została obdarowana - konkretnie (i to ma duże znaczenie) przez Boga właśnie. A tak historycznie - odpowiedź Maryi na słowa krewnej Elżbiety, wypowiedziane wtedy, kiedy odwiedziła Elżbietę i doszło do spotkania dwóch ciężarnych kobiet (Łk 1, 39-45). Ktoś mógłby powiedzieć: w sumie, wychwala samą siebie. Nie. Wyśpiewuje chwałę Boga, która się akurat w niej objawiła - a mogła tak naprawdę objawić w całkiem inny, równie dobry sposób. To jest "pieśń Maryi", jak się potocznie mówi w kontekście brewiarza, w tym sensie, że to Maryi słowa, ale ku czci i uwielbieniu Boga, nie samej Matki Boskiej. 

Dlaczego to jest ważne? Bo my bardzo często nie potrafimy darów od Niego docenić - i zamiast się nimi cieszyć, sensownie z nich korzystać, obdarowywać nimi ludzi naokoło, po prostu zamykamy się w sobie, bojąc się... no właśnie, że ktoś nam je zabierze?  Bez znaczenia, czy chodzi o coś materialnego, czy też niewidzialnego (jakąś relację, więź). Powiedzenie "jak trwoga, to do Boga" jest bardzo trafione - bo my umiemy do Niego się zwracać, jak się wali, pali, a najczęściej wtedy, kiedy już nie ma czego zbierać. Ale żeby podziękować, po fakcie, jak już wyciągnął nas za uszy z kolejnego syfu czy bagna? Eee, po co... 

I Maryja w tekście powyżej, i Anna z czytania (1 Sm 1,24-28) uczą nas, co należy zrobić. To w pewnym sensie jest jakiś elementarz savoir vivre'u czysto ludzkiego: proszę, dziękuję. Wyrażam wdzięczność. Każda z tych dwóch kobiet została obdarowana, każda darem macierzyństwa więc czymś nieprzeliczalnym. I oddają to Bogu - Anna wręcz namacalnie ofiarowuje Helego Panu w świątyni. Ja mogę wyjść z siebie i stanąć obok - ale bez Jego łaski to kompletnie nic nie da i nic na dłuższą metę z moich starań nie wyjdzie. A On, kiedy Go prosisz, zabiera strach i daje pokój serca. Kiedy umiemy do Pana zwracać się jako pierwszego - wtedy wszystko inne wydaje się jakby na sobie właściwym miejscu. 

niedziela, 20 grudnia 2015

Bóg przychodzi w sprawach najzwyklejszych

W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała: Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana. (Łk 1,39-45)
Nawiązując do tekstu o ewangelii dnia poprzedniego - soboty - gdzie mowa była o Zachariaszu, mężu Elżbiety, trzeba tu powiedzieć o takim samym dramacie: kobiety, która nie mogła urodzić dziecka. I jakby pomimo tego - pozostaje wierna. 

Ten fragment nazywamy potocznie "nawiedzeniem św. Elżbiety" - i nawiedzenie się dokonało, czego najlepszym dowodem jest to, że zareagował sam Jan Chrzciciel, czyli maleńki człowiek pod sercem Elżbiety. Żeby nie miała wątpliwości, kto zadziałał, czyją mocą jej starość została pobłogosławiona darem macierzyństwem - choć późnego, to jak bardzo wyczekiwanego.

Nam jest bardzo łatwo Pana Jezusa przegapić. Nawet nie tylko w świecie. Bo i w kościele rzeczywistość w pewnym sensie statyczna: Msza, inne sakramenty, czytania w cyklu 3-letnim. Tak trochę jak dzieci po prostu szukamy nowinek, czegoś, co przykuje uwagę - zamiast spróbować zgłębić te rzeczywistości wiary nam już znane. Spróbować Boga po prostu częściej zauważyć. Elżbieta to dobry przykład - rozpoznała Go w... pewnie kilkunastoletniej krewnej, która odwiedziła ją w jej domu. Czy ja albo ty w ogóle wzięlibyśmy taką ewentualność pod uwagę, nastawili się na spotkanie ze Zbawicielem w tak prozaicznej sytuacji? Których - święta za pasem - za chwilę każdy pewnie będzie miał sporo. Bóg bardzo często umyka w tym, co najbardziej "moje", znane dosłownie na pamięć - bo w ogóle Go tam nie próbuję zauważyć. 

Sedno tego tekstu i to, co jest jego nauką, to ostatnie zdanie: "błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana". Tylko człowiek, który sam doświadczył działania i wielkiej mocy Boga może wypowiedzieć coś takiego. Który rozumie, że wiara i życie to jakby dwie równoległe rzeczywistości, które bardzo często się przenikają. My bardzo często jesteśmy tak przekonani o własnej doskonałości i samowystarczalności, że nam to umyka. Każdy ma swój talent i umiejętności - ale bez Boga i Jego błogosławieństwa to, dosłownie, psu na budę.

Dlaczego błogosławiona? Bo szczęśliwa, nie zawiedzie się bowiem ten, kto w Nim pokłada nadzieję. Tak, Maryja była wybrana w sposób szczególny jako Matka Syna Bożego. Ale błogosławieństwo, które wyczytała w Maryi Elżbieta, jest dane każdemu, kto zawierzy Bogu tak jak ona. Najpierw w tych rzeczach i sprawach najzwyklejszych, codziennych, prozaicznych. 

sobota, 12 grudnia 2015

Guadalupe - "ta, która depcze głowę węża"

Półmetek grudnia - można by, upraszczając, stwierdzić: oo, półmetek Adwentu; ciekawe, jak to wyszło, czy w ogóle i ile udało mi się ze sobą zrobić. Ale to zostawiam każdemu w zacisze jego własnego serca i relacji z Bogiem.

Dzisiejszego wpisu nie planowałem, aż uświadomiłem sobie, jakiż to "obchód" mamy dzisiaj - mianowicie wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Guadalupe. Takie meksykańskie Lourdes, Fatima, czy też (jak kto woli) Medjugorje. 


Dlaczego to wspomnienie jest dla mnie ważne? Powodów znajdzie się co najmniej kilka. 

Po pierwsze, bo to jedyny znany mi wizerunek, na którym Matka Boża jest w ciąży - widać to na obrazie, gdzie przepasana jest czarną wstęgą (to właśnie w tej kulturze oznaczało stan błogosławiony). W tamtym kontekście kulturowym miało to o tyle znaczenie, że Meksykanie nauczyli się szacunku do życia poczętego i powoli odstępowali od praktyki składania ofiar z ludzi, składanych dotąd pogańskim bożkom - raz złożona ofiara Jezusa Chrystusa uczyniła po prostu niepotrzebnymi rytualne, czy jakiekolwiek inne, zabijanie. 

Po drugie, chodzi o objawienie, które miało miejsce w 1531 r. w Meksyku - a więc w miejscu i czasach, gdzie chrześcijaństwo - delikatnie mówiąc - było świeże, niezakorzenione i stanowiło zjawisko nowe i mało przyjęte. Wystarczy powiedzieć, że pierwsze nawrócenia Azteków datuje się na rok 1524, więc 7 lat wcześniej. Przekładając na polskie realia - jakby mówić o roku ok. 975 w przypadku państwa Piastów. Na porządku dziennym mieszkańcy tego kraju wierzyli w boga słońca oraz pierzastego węża (wybacz, nie mogę się powstrzymać przed skojarzeniem z latającym potworem spaghetti...) - o Chrystusie i Ewangelii mało kto słyszał, tym bardziej nie znali Matki Bożej. Maryja objawia się na końcu ówczesnego świata. Pogaństwo i związane z tym krwawe rytuały kwitły w najlepsze. 

W takim miejscu i takich czasach Maryja zwraca się do Juana Diego (beatyfikowany w 1990 r. i kanonizowany w 2002 r. przez św. Jana Pawła II) w jego własnym języku i mówi, aby nazwać "święta Maryja z Guadalupe" - tu wkrada się przejęzyczenie, bowiem najpewniej chodziło o sformułowanie "Coatlallope", które w Náhuatl znaczy "ta, która depcze głowę węża". Przypadek? Maryja odnosi się do biblijnego proroctwa z Pięcioksiągu (Rdz. 3, 15), a do tego w kontekście powszechnego oddawania czci bóstwu przedstawionemu właśnie w postaci pierzastego węża. 

Po trzecie, Juan Diego - ten, który zobaczył Maryję - to prawdopodobnie jeden z ochrzczonych w pierwszej fali w 1524 r. spośród Azteków. Bóg go doświadczył: 5 lat później stracił żonę, nie miał dzieci. Mimo to, w każdą sobotę i niedzielę przemierzał pieszo kilkanaście mil ze swojej wioski do kościoła w Tenochtitlan, by uczestniczyć we Mszy Świętej i katechizacji. Podczas jednej z takich wypraw, w sobotni poranek 90 grudnia 1531 r., na wzgórzu Tepeyac objawiła mu się Matka Boża. Pan Bóg przez swoją Matkę znowu nie wybrał osoby po ludzku znaczącej, ważnej - ale jednego z tych prostych, najbiedniejszych ludzi (był rolnikiem i wytwórcą mat). 

W ogóle, historia Juana Diego jest tak niesamowita, że właściwie to bez znaczenia pozostaje, kiedy by się się wydarzyła - w XVI w. czy dzisiaj. "Drogi synku, kocham cię. Jestem Maryja, zawsze Dziewica, Matka Prawdziwego Boga, który daje i zachowuje życie. On jest Stwórcą wszechrzeczy, jest wszechobecny. Jest Panem nieba i ziemi. Chcę mieć świątynię w miejscu, w którym okażę współczucie twemu ludowi i wszystkim ludziom, którzy szczerze proszą mnie o pomoc w swojej pracy i w swoich smutkach. Tutaj zobaczę ich łzy. Ale uspokoję ich i pocieszę. Idź teraz i powiedz biskupowi o wszystkim, co tu widziałeś i słyszałeś". Delikatnie to określając, biskup oczywiście nie uwierzył w ani jedno słowo - więc Juan poprosił Maryję o znak dla dostojnika. Przy następnej wizji, właśnie 12 grudnia, Madonna poleciła Juanowi nazbierać całe ich naręcze i schować je do tilmy (był to rodzaj indiańskiego płaszcza, opuszczony z przodu jak peleryna, a z tyłu podwiązany na kształt worka). Juan szybko spełnił to polecenie, a Maryja sama starannie poukładała zebrane kwiaty. Juan Diego rozwiązał tilmę dopiero przed biskupem - który oniemiał, widząc w grudniu piękne kastylijskie róże. To nie było wszystko - bowiem na tkaninie biskup i zebrani zobaczyli... ten właśnie wizerunek, który widać na zdjęciu powyżej, czczony do dzisiaj jako obraz Matki Bożej z Guadalupe. Jedynie na marginesie można podać, że była to sobota - a więc dzień tradycyjnie poświęcony Maryi właśnie. 

Sam w sobie obraz stanowi wielką tajemnicę. Nie ma na nim znanych barwników, żadnych pigmentów pochodzenia organicznego, mineralnego lub roślinnego, ani też śladów pędzla. Farba to związek chemiczny jej składników, który wiąże się z tkaniną - a w tym wypadku naukowcy takowych nie znaleźli. Badania z użyciem lasera potwierdziły, że użyte kolory są jakby na 3 cm unoszone w powietrzu. Na materiale nie widać objawów upływu czasu, kolory nie wypłowiały, nie ma na nim śladów po (przypadkowym) oblaniu żrącym kwasem - mimo, że obraz jest utkany z włókien kaktusa (agawy), które są bardzo nietrwałe i powinny ulec zniszczeniu na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Wytrzymały już blisko 500. Z czymś się kojarzy? Podpowiem - całun turyński, chusta z Manopello. To, co przesiąknięte Bogiem, nie poddaje się ludzkim prawom. Poza tym, w wizerunku z Meksyku oczy Matki Bożej posiadają nadzwyczajną głębię - w źrenicy Madonny dostrzeżono niezwykle precyzyjny obraz dwunastu postaci. Dopatrzono się tam zjawiska refleksu, które występuje tylko u żywych ludzi i którego nie można odtworzyć przy pomocy najdoskonalszej nawet techniki malarskiej. Obraz zmienia swe kolory powoli równocześnie z kątem patrzenia (irydescencja). Pomijając już fakt, że przez pierwsze 100 lat obraz nie posiadał żadnej osłony, a więc wystawiony był na działanie dymu świec, kadzideł, a źródła historyczne mówią wprost o tym, jak w ciągu jednego tylko dnia tysiące ludzi rękami oraz przedmiotami dotykały tkaniny. Ona jednak pozostała nietknięt.a 

Efekt? 8.000.000 nawróceń w Meksyku w czasie 6 lat. Robi wrażenie, prawda?

Ode mnie z parafii w przyszłym miesiącu wyrusza pielgrzymka do Guadalupe. Już im zazdroszczę :) 

wtorek, 8 grudnia 2015

Maryi się po prostu chciało

 
Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, . Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa! Wtedy odszedł od Niej anioł. (Łk 1,26-38)
Przede wszystkim, panuje jakiś taki dziwny stereotyp - że życie Maryi z całą jej niesamowitością i wybraniem tak w sumie mieściło się między, opisaną wyżej, sceną Zwiastowania a narodzinami Jezusa. Czyli, biologicznie rzecz biorąc, jakieś 9 miesięcy jej ciąży. Od niepokalanego poczęcia do narodzenia Zbawiciela - i świetnie, zrobiła swoje, nie jest ważna. A tymczasem rola Maryi tak naprawdę dopiero się zaczęła - jako Matki Jezusa, tej, która Go wprowadzała w życie, wychowywała, uczyła. I, zgodnie z tą gorzką obietnicą Symeona, jej serce, duszę miał przeniknąć miecz w momencie, kiedy wypełnić się miała misja Mesjasza (Łk 2, 34). Żeby to się stało - jej droga była daleka, i nie skończyła się także pod krzyżem jej Syna. Także ona tworzyła pierwszą wspólnotę Kościoła, pozostawiona jako Matka dla wszystkich nas i każdego z osobna (J 19, 26-27). 

Znowu ten tekst - jak dwa wpisy wstecz - zaczyna się kontekstem historycznym. Bo to nie jest bajka, najładniejsza nawet, z morałem, ale konkretna historia konkretnych ludzi, osadzonych w czasie i przestrzeni, w których życiu zadziałał i wręcz z hukiem wstąpił Bóg. 

O czym jest ten tekst? O niesamowitym spotkaniu, które stanowi dowód na to, że warto rozmawiać z Bogiem. Wszystko zaczęło się dla Maryi od tego, że Boże Słowo przyszło do niej w postaci anioła. Nie Boga z duchowym supermanem (a właściwie superwoman), nie Boga z herosem czy tytanem wiary - a młodą dziewczyną, dla której ta rozmowa miała przewrócić do góry nogami wszelkie plany i życiowe jakieś tam założenia (w końcu de facto stała się ciężarną bez udziału mężczyzny, będąc obiecaną Józefowi, z którym jeszcze nie mieszkała - mało problemów?). Skąd jest dialog, jak się nawiązuje? Bo Maryja Bogu odpowiada - ta jej odpowiedź to właśnie wiara. I tak jest z każdym z nas. 

My mamy z tym bardzo duży problem, bo mamy w naturze być we wszystkim pierwsi, najlepsi, wyprzedzać innych i przodować. A pomijając to, że w drodze pomiędzy Bogiem a człowiekiem to zawsze Bóg wykonuje te 99 kroków na 100, to równocześnie zawsze On działa pierwszy, to On się odzywa na początku - my tego najczęściej nie ogarniamy, bo jesteśmy zbyt zajęci sobą, swoimi planami, realizacją zamiarów, ustawianiem się w życiu, żeby w ogóle zauważyć Jego delikatny Głos. On nigdy się nie narzuca, to nie w Jego stylu. My możemy co najwyżej - i aż - odpowiedzieć na Jego łaskę, tak jak Maryja. 

Na czym polegał fenomen Maryi? Że nie uciekła. My się bardzo często boimy i pod wpływem - często nieuzasadnionego - strachu podejmujemy dość dziwne i raczej niewłaściwe decyzje. Zresztą nie sądzę, aby ktokolwiek (ja też) zachował jakiś wybitny stoicki spokój w sytuacji podobnej do tej, w której znalazła się Maryja: siedzę sobie, a tu anioł i zaczyna mi przedstawiać plan zbawienia ludzi ze mną w roli głównej. Maryja chciała z Bogiem współpracować, pozwolić Mu działać jej życiem i w jej życiu. Czy zakładała, w ciemno, że to będzie lekkie, łatwe i przyjemne? Nie sądzę. Ale wiedziała, albo może bardziej: czuła, że to będzie dobre i jest potrzebne. Wierzyła Bogu, że wie, co robi i już w samym tym jest wzorem dla mnie i dla ciebie: uczniowie Jezusa mieli problem z wiarą bezpośrednio nawet po Zmartwychwstaniu! Ona nie, mimo że w tym momencie ten Jezusek dopiero począł się pod jej sercem, Jego serce zaczynało bić pod jej sercem. 

Tu właśnie bardzo często jest podstawowy, a może i jedyny dramat człowieka. Nie chce mi się. Ty, Panie Boże, to zrób to, tamto, poukładaj to, rozwiąż moje problemy - bo wiesz, mi to się nie chce... Jemu musi się chcieć, a mnie? No, bez przesady. To nie jest tak, że przed Maryją stanął anioł i w tym momencie stała się półbogiem, który telepatycznie kontaktował się z Trójcą Świętą. Ona wysłuchała słów Pana, przetrawiła, według mnie po prostu przemodliła w sobie i dała Bogu odpowiedzieć - tak, chcę, działaj przeze mnie. To wystarczy - jeśli pozwolimy Bogu działać swoimi rękami, oddamy się Mu jako narzędzia, którymi będzie mógł rozdzielać dobro. Nierzadko pojawia się retoryczne pytanie - a co by było, jakby Maryja odmówiła? Nic. Bóg znalazł by sposób, aby zrealizować zbawienie inaczej. To nie ma znaczenia. Liczy się to, jaką ty Mu dajesz odpowiedź. 

I jeszcze jedno. Wiara, taka jaką miała Maryja, jaka uzewnętrzniła się w tym jej fiat, to nie jest jakiś bonus dany na całe życie, ot, po prostu: raz się trafił i jest na wieki wieków. Nad wiarą trzeba pracować, trzeba o nią walczyć i trzeba ją pielęgnować - a równocześnie na różnych etapach (dziecko, nastolatek, dorosły, rodzic, dziadek) na swój wyjątkowy sposób ją odkrywać na nowo. Bo ona ma sens tylko wtedy, kiedy jest świeża. Tak samo, jak ta wiara dojrzewała w Maryi i z Maryją - tak samo ma dorastać ze mną i we mnie. Nie jestem w stanie nawet sobie wyobrazić, ile ona musiała mieć wątpliwości, kiedy Jezusa za życia prześladowano - a jednak, wytrwała, i pod krzyżem poza nią była garstka (z apostołów zaś tylko najmłodszy Jan). 

Pokaż Bogu, że ci się chce, i że chcesz z Nim współpracować. To znaczy naprawdę bardzo dużo. I wystarczy, 

czwartek, 1 października 2015

Po prostu. Różaniec.


Ja nie wiem, z czego to wynika, i nie bardzo to rozumiem... Ale co roku od kilku ładnych lat jakoś się cieszę na ten październik. Ten jeden w roku miesiąc, kiedy - gdzie by nie wejść do kościoła - ludzie modlą się na różańcu.

Pewnie kiedyś już o tym (nawet nie raz) pisałem, ale nie wiem, skąd u mnie ta "pobożność maryjna" się wzięła. A cudzysłów? Bo to pojęcie jakoś tak dziwnie brzmi. Po prostu lubię się modlić na różańcu.

Trochę mnie to dziwi, i nie do końca chyba rozumiem, kiedy w słynnych październikowych "czytankach" różańcowych różnej maści autorzy starają się wychwalać Matkę Bożą pod niebiosa. Dlaczego? Bo z jednej strony podkreśla się (z czym się zgadzam) jej prostotę, zawierzenie Bogu, ufność; a z drugiej powstają w tym zakresie takie elaboraty i tak przesycone różnymi frazesami, że się można zastanowić, czy jeszcze jest mowa o człowieku, czy może już nie. Dziwne to. 

Moja Mama już nie żyje - leci trzeci rok bez niej - i może trochę dlatego intuicyjnie szukam kogoś, kto może nią być, nawet nie będąc fizycznie obok. Kogoś, komu - jak Mamie, z którą miałem bardzo dobrą relację - mogę się wyżalić, kto wysłucha, po prostu przytuli i zawsze będę wiedział, że martwi się, czeka, kocha i ponad wszystko chce mojego dobra. Że jest przy mnie dosłownie zawsze - z tym, że dzisiaj już nie muszę łapać za komórkę i dzwonić do Mamy; bo ona wie. 

Nie jestem fanem objawień, sanktuariów (z małymi wyjątkami), przepychu i "przemysłu maryjnego", który dość często fundują różnej maści, niezwiązane z Kościołem, fundacje, próbując naciągnąć na darowiznę a to za medali, a to za różańczyk, uderzając w czułą nutę serca Polaka-katolika (co ciekawe, akurat w takich sytuacjach ludzie się nimi czują i dają naciągać - w takich bardziej wymagających już nie...). 

Ale różaniec mam zawsze przy sobie. Przynajmniej staram się. 

Ten właśnie u góry. Niepełny, mały, drewniany, zwykły do bólu. Bez ozdóbek, żadna masa perłowa czy tam inne świecidła - drewna. Dopiero jak zrobiłem to zdjęcie, uświadomiłem sobie, że już jest taki... dość zużyty. Fakt, ostatnio go niechcący wyprałem :) Przeżył ze mną - ten jeden - całkiem sporo, jako że tradycją już jest, że w najmniej oczekiwanych momentach różańce swoje gubię (jak ktoś znajdzie i się mu przyda, to na zdrowie), bo wypadają z kieszeni itp. Ktoś powie - wybrakowany, bo nie cały. Może i tak - ale przez to bardziej poręczny. Zawsze drewniany. 

Nie, to nie jest żaden amulet, talizman, takie katolickie "hokus-pokus". On mi nic nie daje samym tym, że go mam. Ale jest - kiedy po prostu przychodzi taki moment, że chcę z Nim pogadać, a jakoś tak słów brakuje... Poprosić, podziękować, przeprosić, poprosić o radę. Nawał myśli, huragan emocji, kołaczące serce, wszystko jakieś takie rozbiegane...

... i wtedy przypominam sobie Maryję. W tej jej niesamowitej i nierozgryzionej prostocie. Młodą kobietę, której Bóg przewrócił życie do góry nogami, a ona ten przewrót przyjęła swoim fiat. Pozwoliła Mu na to, zaprosiła Go do siebie w ten jedyny i absolutnie wyjątkowy w historii sposób: rodząc Syna Bożego jako własne dziecko. Nie miała łatwo, nie nosili jej na rękach, nie szło wszystko z płatka. A ona ciągle trwała przy Bogu, umiała wiele dostrzec, Jezus wiele zdziałał dzięki jej delikatnej i cichej, ale uważnej obecności (choćby wesele w Kanie Galilejskiej - początek, jedno proste zdanie, właściwie obserwacja). 

Lubimy wszystko komplikować, utrudniać, gmatwać. A ja, im dłużej tak myślę, to z Nim, w relacji z Bogiem, chciałbym być prosty jak drut; przezroczysty, autentyczny, normalny i potrafiący ogarnąć to, co w tej dziwnej historii, którą jest życie, On mi daje, nie będąc przy tym tylko tępym egoistą (którym jestem z natury), ale będąc bardziej dla innych. Tak jak Maryja.  

wtorek, 12 sierpnia 2014

Licz się ze słowami

Można patrzeć w Jej spaloną słońcem twarz, w której widać to, co nosi w sobie w głębi. Była kobietą trudnych życiowych doświadczeń: była wdową, przeżyła śmierć swojego Dziecka, ale doświadczyła też zmartwychwstania. Maryja była niezwykle mocno związana z Bogiem, a jednocześnie była bardzo ciepła i otwarta na ludzi. 
Czego Ona się domaga, patrząc na nas? Nigdy nie przestaje być Matką – i dlatego chce, by dzieci były razem, by móc je zgromadzić przy wspólnym stole, zwłaszcza przy tym szczególnym stole, który nakrywa Jej Syn. I cierpi, gdy brakuje jakiegoś dziecka, bo nie chce albo nie może przy stole usiąść. 
Gdy w niedzielę wychodziliśmy z Krakowa, mieliśmy nic: dwie ryby i pięć chlebów, to niewiele jak na tyle tysięcy osób. Tam jednak była obietnica: Bóg nas nakarmi. I nakarmił nas: Słowem, Sobą, życzliwością spotykanych ludzi. A dziś Maryja, spotykając się z Nim i z nami przy jednym stole, prosi: zróbcie wszystko, cokolwiek On wam powiedział w tym czasie. Wtedy na nowo Go spotkacie i rozpoznacie w swoim życiu.
To słowa o. Maciej Chanaka, opiekuna krakowskiego duszpasterstwa młodzieży „Przystań”, które wypowiedział w jasnogórskiej kaplicy Cudownego Obrazu na zakończenie tegorocznej dominikańskiej pielgrzymki pieszej. Trafiłem na nie zupełnie przypadkiem, a jednak... chyba nigdy nie słyszałem słów tak bardzo prostych, a jednocześnie chyba odzwierciedlających i oddających to, co czuję do Maryi. 

Przełom lipca i pierwsza połowa sierpnia to czas, w którym z całej Polski (najdalsza chyba z Helu?) wędrują pielgrzymi do Matki Boskiej Częstochowskiej. Pieszo nie pielgrzymowałem nigdy, rowerem zdarzyło się (ostatni raz 10 lat temu) trzy razy. Jest to niesamowity czas, a w tych pokręconych czasach lansowania zupełnie dziwnych wartości jeszcze bardziej niezrozumiałe - dotknięte Bożym palcem i Jego tchnieniem? - wydaje się to, że ludzie decydują się poświęcić de facto cały urlop (pewnie ok. 20 dni) na to, aby się modlić i wziąć udział w pielgrzymce, bez względu na pogodę, czy skwar, czy deszcz, wędrując i prosząc Boga za wstawiennictwem Maryi. 

Jak to powiedział o. Chanaka, należy uważać na to, o co się Maryję prosi. Z Bogiem można żartować, zmagać się i kłócić (czasami nawet trzeba!) - ale Bóg, i Maryja jako pośredniczka także, bardzo serio traktują wszystkie kierowane do Niego i przez nią prośby. Ale to nie powód do lęku - ale do ufności, zawierzenia Bogu i otwarciu się na Maryję i to, jaki wzór ona daje. Dla mnie... od roku, kiedy odeszła moja Mama, to Ona jest dla mnie tutaj jedyną Matką. To też zmienia perspektywę. Dlatego nie można się obawiać i wręcz trzeba prosić o sprawy i rzeczy wielkie, te najbliższe sercu, nawet gdy są to kwestie tak dziwne i trudne, że jakby niewykonalne. 

Nikt tak bardzo jak ona nie był człowiekiem - z całym Jej wybraniem i misją Matki Boga-Człowieka, ale też całym bólem i cierpieniem, jakie później się z tym wyborem wiązały i stanowiły jego konsekwencję, przez całą drogę krzyżową, aż pod krzyż, a potem do pustego grobu - ale to nie koniec, bo i do wieczernik przepełnionego zmartwychwstaniem. 

Trochę mnie kłuje w uszy, jak przy różnej maści nowennach pojawiają się kartki z intencjami, a w nich sformułowania: "mateńka", "mateczka". Nie wiem, może to nie moja wrażliwość, ale ja to odbieram jako określenia takiej cukierkowej królowej, statuetki, ślicznie ubranej figurki na podeście. Nie przekonują mnie też te złocenia, tzw. sukienki. Co, wybacz, z moim odbiorem Maryi chyba niewiele ma wspólnego - o czym także dowodzą tłumy pod wizerunkiem jasnogórskim: ani pięknym, ani specjalnie wesołym, po prostu zwykłym, doświadczonym życiem ze wszystkimi jego bagażami, ale i radościami. 

Ale Maryja nie jest żadną boginką, półbogiem, jedną z trzech osób Trójcy Świętej (bo i takie rzeczy można usłyszeć). Jest naszym drogowskazem przez Jezusa ku Bogu. I chyba najważniejsze, co w Piśmie Świętym się Jej dotyczy, to krótkie zdanie (zwróć uwagę: Matka Boża praktycznie nic nie mówi na kartach Ewangelii, jedynie kilka wypowiedzi), wypowiedziane w momencie początku działalności Jej Syna: "zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie". 

Taka matczyna zachęta dla upartego i twardego serca - serca każdego z nas. Bóg nigdy nie stawia przed nami zbyt wiele, to tylko nam się tak może wydawać. A ona zachęca - nie daj się, uwierz Mu, zawierz Mu i działaj tak, jak On to wskazuje. Otwórz się i przyjmij to, co On pozwala każdego dnia ci odkrywać i zrozumieć - i wtedy to nie będzie jednorazowe doświadczenie, ale trwałe, niejako ciągłe i codzienne odkrywanie i przyjmowanie Bożych darów i Jego planów w stosunku do mnie. 

sobota, 17 sierpnia 2013

Mama inaczej

Dzisiaj nieco inaczej, nie stricte o liturgii słowa jak zwykle. Bo o uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny chodzi, dla innych Matki Bożej Zielnej, jeszcze dla innych rocznicę (123) tzw. cudu nad Wisłą, czy też po prostu - zupełnie po świecku, bez akcentu maryjnego - święto Wojska Polskiego. 

Po prostu uświadomiłem sobie, że od czasu odejścia mojej Mamy - zaraz będą 2 miesiące - sytuacja jest zupełnie inna, i tak po ludzku jako dla człowieka wierzącego mam teraz inną Mamę, właśnie Maryję. Mimo, że - jak wierzę - i jedna, i druga są teraz częścią wiekuistej radości, do której my wszyscy zmierzamy. Z tego zaś płyną jakby dwa dla mnie wnioski. Po pierwsze, te wielokrotne w ciągu roku wspomnienia, święta i uroczystości maryjne to kolejna okazja, aby wspomnieć Mamę. Może nie we Wniebowzięcie, ale wczoraj, była ku temu fajna okazja - spotkaliśmy się z właściwie jedyną bliższą zbliżoną wiekowo do nas rodziną ze strony Mamy, siłą rzeczy były wspomnienia o prababci, babci i Mamie. Tak pozytywnie, bez użalania się. Po drugie, to dni, kiedy uświadamiam sobie od tego krótkiego czasu, jak wiele jest mądrości w tym, że Kościół wzrok wierzących raz po raz kieruje właśnie na nią - na Maryję. Bez znaczenia, czy w tajemnicy jej wniebowzięcia, szkaplerza, zwiastowania Pańskiego, królowej różańcowej czy w jakiejkolwiek z postaci, w których na przestrzeni wieków przypominała o sobie ludziom, przynosząc kolejne łaski. I po trzecie - że chyba właśnie ci, którzy już po ludzku swojej Mamy nie mają na ziemi, szczególnie to zauważają. 

A liturgia, ewangelia tego dnia (Łk 1,39-56) pokazuje bardzo wielką pokorę i chęć bycia użyteczną ze strony Maryi. Sama, w cudowny sposób nosząc pod sercem Syna, za przeproszeniem tłucze się kawał drogi do dalekiej i starszej krewnej Elżbiety, po czym następuje jakby pierwszy dialog Jezusa z Janem: dwójka nienarodzonych ludzi - Bóg-Człowiek i ostatni z proroków, który wskaże Go, dają znać o niezwykłości dziecka Maryi, co staje się zrozumiałe także dla Elżbiety. Maryja wędruje, aby pomóc, aby wspierać - a jednocześnie nie przestaje dziękować Bogu za wyróżnienie, jakie ją spotkało, doceniając wyjątkowość swojej sytuacji, nawet jeśli nie do końca była świadoma tego, co ją czeka w przyszłości. Działa, żyje i nie przestaje dziękować Bogu za to, czym ją obdarzył - otwarta na wszystko i potrafiąca to, co ją spotyka, przyjmować w duchu wiary i zawierzenia. I o ile samo to nie czyni ją tym, kim się w historii Kościoła stała, to jednak być może właśnie dlatego ją, a nie kogo innego, Bóg wybrał na matkę tak Jego Syna, jak i - ostatecznie, na podstawie słów Jezusa z krzyża - na matkę całego Kościoła i wszystkich ludzi, symbolicznie reprezentowanych przez umiłowanego ucznia. Niby takie proste sprawy - a sam wiem, jak ciężko z tym jest. 

Bardzo trafiła do mnie w tym roku modlitwa przy błogosławieństwie ziół w tym dniu, są tam m.in. takie słowa:
Zachowaj je od zniszczenia, aby wzrastały, radowały oczy, przynosiły jak najobfitszy plon i mogły służyć zdrowiu ludzi i zwierząt. A gdy będziemy schodzić z tego świata, niechaj nas, niosących pełne naręcza dobrych uczynków, przedstawi Tobie Najświętsza Dziewica Wniebowzięta, najdoskonalszy owoc ziemi, abyśmy zasłużyli na przyjęcie do wiecznego szczęścia.
Kapitalne porównanie. My jako ludzie otrzymujemy nie tyle do panowania, co do wykorzystywania dobra w postaci tego, co rośnie, kwitnie - i w tym dniu przynosimy plony tych roślin z prośbą, aby Bóg im błogosławił dla dobra wszystkich (nie tylko ludzi!) swoich stworzeń na tym świecie. I jednocześnie żywimy nadzieję, wierzymy, że tak samo sytuacja będzie wyglądała w Dniu Sądu: tacy sami my z naręczami dobrych spraw i rzeczy, tylko że tymi zgromadzonymi i jakoś tam wypracowanymi przez siebie za pomocą tego, co dobry Bóg dał do wykorzystania. Mama zawsze lubiła kwiaty, dużo ich było w domu, często je przynosiła i zbierała - sama, nigdy kupne. Tak, zdecydowanie ten obrazek bardzo do mnie trafia - Mama idąca z naręczem kwiatów (jeśli to by miały być dobre uczynki, to na pewno wyjątkowo spory bukiet by się uzbierał) na spotkanie z Odwieczną Miłością. 

W tych dniach wraca także różaniec, modlitwa przez wielu - przeze mnie także czasami - niedoceniana. A bo to takie bezmyślne klepanie - nie da się ukryć, wtedy nie ma sensu. Jednakże ja w niej widzę bardzo duży sens, ponieważ jest w ten sposób uniwersalna, że małą koronkę zmieścisz wszędzie, aby w jakimkolwiek momencie dnia (no, może poza kierowaniem pojazdami - tu jednak radził bym skupić się na jeździe) powierzyć Bogu przez Maryję wszystkie sprawy swoje, i nie tylko swoje: radości, porywy serca i dziękczynienie oraz prośby. Tu nie trzeba wymyślać epopei w ramach rozważań. Czasami wystarczy dosłownie jedna myśl - to ma być modlitwa szczera, z serca, twoja. 

I wreszcie ostatnia myśl, często wracające słowa pieśni, która szczególnie mi się wbiła w pamięć, bo zasłyszana przy/w jednym z podhalańskich kościółków, z pięknym widokiem Tatr, urokliwymi kapliczkami tu i tam czy sanktuarium dominikańskim na Wiktorówkach:

1. Dobra Matko i Królowo z Jasnej Góry,
Z wdzięcznym sercem dziś ku Tobie wznoszę wzrok,
Nie potrafię podziękować za Twe Serce,
Którym wspierasz każdy czyn mój, każdy krok.
Ref. Jesteś tuż obok mnie, jesteś ze mną,
W rannej mgle, w słońcu dnia i w noc ciemną.
Wspierasz mnie, chronisz mnie w swych ramionach.
Jesteś tuż obok mnie w każdy dzień.


2. Gdy upadam, Ty wyciągasz do mnie ręce,
Gdy mi ciężko, Ty oddalasz to, co złe.
Twą obecność czuję zawsze, czuję wszędzie,
Z Tobą, Matko, tak radosne serce me!
 
3. Choćby chmury przysłoniły Cię, Maryjo,
I zginęła gdzieś za nimi Twoja twarz,
Wiem, że Serce Twe i oczy zawsze żyją,
Wiem, że jesteś przy mnie blisko, wiem, że trwasz.

niedziela, 2 września 2012

Maryjna dyskrecja i spostrzegawczość

Spóźnione praktycznie o tydzień myśli kilka o Wniebowziętej.

Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: «Nie mają już wina». Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja2?» Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie». Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń4, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: «Napełnijcie stągwie wodą!» I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: «Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu!» Oni zaś zanieśli. A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem - nie wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli - przywołał pana młodego i powiedział do niego: «Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory». Taki to początek znaków5 uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie. (J 2, 1-11)
Maryja jest w tym obrazie wzorem matki troskliwej, która zauważa sprawy umykające uwadze mniej zatroskanych i zainteresowanych, zaangażowanych. Tamtym w Kanie o włos zabrakło wina, i była by niezręczna sytuacja na weselu. Patrząc na popularny swego czasu program Co mnie gryzie można by stwierdzić, że brakuje nam wszystkiego - a to zdrowia, pieniędzy, przyjaźni, spełnienia, sensu, spokoju, udanych wakacji. Każdy coś doda od siebie. Czasami warto spojrzeć na samego siebie z perspektywy drugiego człowieka - jak uczyniła to Boża Matka - i w ten sposób dostrzec, czego naprawdę potrzebuję. A może się okazać, że sam fakt tego, że czasem ktoś moją potrzebę zauważy i zatroska się tym, sprawi iż poczuję się choć trochę lepiej. 

Maryja jest uparta, to nie ulega wątpliwości. Jak ta niewiasta, która szła za Jezusem i łapała za jego szatę, a potem dyskutował z Nim. Jak niewidomy, którego uciszali, kiedy wołał za Jezusem, aby go uleczył. I jak tylu innych. To błogosławiony upór. Można pomyśleć, że Jezus ją zbył - może po prostu nie uważał, aby nadszedł czas na manifestację Jego siły i mocy, nie chciał się wychylać? Maryja miała świadomość, że On wie, co poleca sługom - to były słowa z jednej strony do nich, ale także zrozumiały znak dla Jezusa. Pomóż, bo bez Ciebie będzie bieda. Przy okazji, to bardzo dobry dowód dla wszystkich, którzy uważają, że dla Boga szkoda czasu, bo on go dla nas i tak nie ma - jak widać, ma, tylko najpierw trzeba się do Niego zwrócić. 

Bóg może wszystko, ale pragnie ludzkiej współpracy. To, że Jezus zamienił wodę w wino, a nie wyczarował od razu wino i stągwie, jest znamienne. Bóg szuka u człowieka współpracy, pragnie aby człowiek choć trochę Mu zaufał. Stąd te słowa, aby słudzy napełnili stągwie wodą. Pytanie brzmi - czy ja pozwolę, aby woda moich wątpliwości, win, słabości i bojaźni zamieniła się w mocne Bogiem wino? Nie bez powodu to pierwszy Jezusowy cud, w pewnym sensie początek. I nie przypadkowo dokonany właśnie na weselu, a więc kontynuacji uroczystości ślubnej. To Boże zaproszenie, aby człowiek razem z Nim na nowo rozpoczynał. 

środa, 4 stycznia 2012

Życiowe rozmodlenie i pokój serca

Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki. (Łk 2,16-21)
Biegamy, spieszymy się ciągle, nie nadążamy, gonimy, nadrabiamy... Ciągle za mało czasu, za dużo spraw na głowie. W tym wszystkim nietrudno o zagubienie odpowiedniej perspektywy, utratę ostrości widzenia, uśpienie ducha czuwania w kontekście podejmowanych decyzji. Efekt - łatwy do przewidzenia - to po prostu pomieszanie z poplątaniem, skupianie się na sprawach małych przy jednoczesnym pominięciu tych kluczowych. 

Sedno i przesłanie tych niedzielnych tekstów (w tym tygodniu poślizg większy niż zwykle...) powtarza się, jak taki piękny refren, w wielu miejscach ewangelii. Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. Nic dziwnego, że Kościół odczytuje taki właśnie fragment nie tylko u progu nowego roku (01 stycznia), ale przede wszystkim w liturgiczną uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi. W pewnym sensie - uroczystość rodzicielstwa Maryi, które świętujemy. Pewnie można założyć, że Maryja mogła, miała prawo zareagować zupełnie inaczej. Anioł zwiastował wam, pasterzom, o moim dziecku? Wspaniale! Genialnie! To wszystko potwierdza! Wielki optymizm, radość, być może nawet euforia. Żadnego zapisu o takim zachowaniu nie ma. Po prostu zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. Po prostu modliła się, polecając, ofiarowując Bogu i dziękując za wydarzenia, które stawały się jej udziałem. Tylko tyle? Wystarczy. 

Maryja odkrywała głębię życia nie w powierzchownych spontanicznych reakcjach na poszczególne wydarzenia, ale w głębokiej modlitewnej refleksji nad tym, co ją otaczało. Obserwowała świat wokół, ludzi obok i siebie samą. Nie w jakiś celach naukowych czy statystycznych. Dla zrozumienia tego, co robi, jak robi i przede wszystkim - dlaczego. Dopiero wtedy, gdy sięgasz do środka, zastanawiasz się nad pobudkami i motywacjami, zaczynasz się kontrolować. Owszem, w spontaniczności nie ma nic złego, jest nawet wskazana - ale nie w każdej sprawie. Trzeba umieć połączyć autentyczność i lekkość wyboru ze świadomością tego, co się wybiera, i jak się wybiera. Życie Maryi nie było usłane różami - o czym mogła się później przekonać - a jednak, ona ciągle trwała, zachowywała wszystko i rozważała. Mierzyła się z tym, co ją spotykała, nie uciekała od rzeczy nawet najtrudniejszych. 

Maryja po prostu wybrała i konsekwentnie się swojej decyzji trzymała. To była jej decyzja, to wszystko było konsekwencją jej wolnej woli, której dała wyraz w rozmowie z archaniołem Gabrielem, kiedy wypowiedziała swoje "bądź wola Twoja", swoje "fiat". Warto to sobie uświadomić. Tu nie było przymusu. Nie bez powodu przysłowie mówi, że z niewolnika nie ma pracownika. Do tego nawiązał też Paweł w niedzielnym II czytaniu, gdzie mówi (całość, bo krótkie): 
Gdy nadeszła pełnia czasu, Bóg zesłał swojego Syna, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo. Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: Abba, Ojcze! A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej. (Ga 4,4-7)
Prawdziwa wiara i miłość ku Bogu może zrodzić się tylko w wolności. Przynosi ją do człowieka posłany do każdego Boży Duch. Jeśli tej wolności brakuje, to jakiekolwiek przejawy wiary - słowa, deklaracje, symbole, postawy - pozostają pustą formą, nieporozumieniem, marnowaniem czasu i wprowadzaniem siebie samego w błąd. Bóg nie chce wiary, do której nas przymusza. Bóg czeka na odpowiedź na Jego miłość, na Jego zaproszenie - a ono może być udzielone tylko w pełni wolności i swobody serca człowieka. Konsekwencja, taka jak Maryi, to postawa dzisiaj bardzo niepopularna, na każdym kroku lansuje się "poprawność", nie tylko polityczną, w imię której należy się zawsze za wszelką cenę dostosować do okoliczności, broń Boże za dużo nie mówić i nie obstawiać na swoim, po prostu dostosować się do reszty, czy ta reszta jakąkolwiek rację ma, czy też nie. Jednak tylko w takiej postawie można szczerze się modlić, naprawdę rozważać i zachowywać w sercu sprawy najważniejsze. 

Ten pierwszy dzień roku, a jednocześnie uroczystość maryjna, to także Światowy Dzień Pokoju. Bo tylko w prawdziwej Bożej wolności może rozwijać się ten jedyny, trwały, zbudowany na dobrym fundamencie pokój. Żaden ludzki, "święty spokój". Boży pokój, który - choć dany wszystkim - może zamieszkać i nadać nową jakość jedynie sercu człowieka uporządkowanego, konsekwentnego, który widzi, co się dzieje, potrafi wybierać to, co dobre, i zachowywać to w sercu. Boży pokój, który wypełniał serce Matki Bożej. Boży pokój, który przez wszystkie radości i smutki jej bardzo trudnego życia doprowadził ją do pięknego zakończenia tego życia. Życia trudnego, ale dobrego, owocnego. Takiego pokoju życzę każdemu, nie tylko w Nowy Rok, nie tylko w tym roku - już zawsze.

czwartek, 22 grudnia 2011

W Bożych rękach, na Jego dłoni

Wtedy Maryja rzekła:
Wielbi dusza moja Pana,
i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy.
Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej.
Oto bowiem błogosławić mnie będą
odtąd wszystkie pokolenia,
gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny.
Święte jest Jego imię
a swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia
[zachowuje] dla tych, co się Go boją.
On przejawia moc ramienia swego,
rozprasza [ludzi] pyszniących się zamysłami serc swoich.
Strąca władców z tronu,
a wywyższa pokornych.
Głodnych nasyca dobrami,
a bogatych z niczym odprawia.
Ujął się za sługą swoim, Izraelem,
pomny na miłosierdzie swoje
jak przyobiecał naszym ojcom
na rzecz Abrahama i jego potomstwa na wieki.
Maryja pozostała u niej około trzech miesięcy; potem wróciła do domu. (Łk 1,46-56)
Dalsza kontynuacja zwiastowania i ciąg dalszy, jakby odpowiedź Maryi na słowa, jakie usłyszała z ust Elżbiety, gdy stanęła przed nią. Jednocześnie piękna modlitwa, znana szczególnie wszystkim, którzy pochylają się nad codzienną modlitwą Kościoła - liturgią godzin - bo przecież powtarzana w każdych nieszporach (modlitwie wieczornej).

W pewnym sensie, od momentu rozmowy z Gabrielem, Maryja jest samotna, choć obdarzona szczególnym Bożym błogosławieństwem, które przyjmuje w niej postać malutkiego człowieka, rozwijającego się Boga-Człowieka, Jezusa. Samotna wśród ludzi, ale otoczona stałą obecnością i miłością Boga. To, co powiedział jej anioł, zaczyna się układać w spójną całość, dochodzą kolejne puzzle układanki jej życia - faktycznie, Bóg nie tylko dokonał cudu poprzez poczęcie się w niej Jego Syna, ale także obdarzył łaską rodzicielstwa bezpłodną i po prostu starą już jej krewną Elżbietę. Miłość Boża widziana w małych, ale jakże wymownych znakach. Bóg nie tylko postawił przed Maryją zadanie i zostawił ją z nim samą, ale pokazuje, że działa także wobec innych. 

Jesteśmy ludźmi, których czasy, w jakich żyjemy, odwracają się od Boga, starają się Jemu i sobie udowodnić własną samowystarczalność. Zawiedzeni życiem, materializmem, konsumpcją, gonieniem za kasą i zbytkiem, paradoksalnie tracimy zaufanie do Boga właśnie - podczas gdy On jest jedynym, który może temu życiu, temu naszemu byciu tu i teraz (ale też w dłuższej, całej perspektywie) nadać sens, odnowić je. Jesteśmy ludźmi, którzy nie potrafią się cieszyć tak naprawdę - zamykamy się w czterech ścianach, uciekamy od relacji z sąsiadami, rodziną, więzi przyjacielskie są coraz bardziej luźne. Zadowalamy się bezcelowym i przypadkowym pływaniem po powierzchni swojego życia. 

To wszystko zmienia się, gdy człowiek spotyka Boga - tak jak Maryja spotkała Jezusa, który w niej się kształtował. Wbrew pozorom, to nie ona nosiła pod swym sercem Boga - ale przyjmując rolę Matki Syna Bożego pozwoliła się Bogu unieść na Jego dłoni. Kiedy człowiek raz odnajdzie radość, jakiej Maryja dała wyraz w swoim Magnifikacie, wystarczy mu jej nie tylko do spraw pięknych i radosnych (święta, opłatek, kolędowanie, ucztowanie), na krótko, ale także do tego, co przyjdzie dalej, później, będzie trudne, będzie wymagało wyrzeczeń i kosztowało cierpienie. Boży entuzjazm zaraża na dobre. Pozwól się nim zarazić w stajence betlejemskiej.

środa, 21 grudnia 2011

Dialog nienarodzonych

W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w pokoleniu Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała: Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana. (Łk 1,39-45)
Pięknie pasuje do tekstu niedzielnego. Spotkanie dwóch krewnych, dwóch kobiet, dwóch matek nienarodzonych ale przecież już istniejących dzieci. Spotkanie dwóch świętych. Głęboka wspólnota, wzniosła kontemplacja dwóch osób, które odegrają znaczącą rolę w historii zbawienia - jedna jako matka ostatniego z proroków Starego Przymierza, Jana Chrzciciela, druga jako matka Mesjasza, którego ów prorok zapowiadał. 

One rozumieją się bez słów. Maleńki Jan w łonie Elżbiety od razu reaguje na pojawienie się Maryi i ukrytego w jej łonie Jezusa. Łączy zarówno ich, jak i ich matki, obecność Najwyższego, otulenie Jego łaską. Nie zastanawiają się nad wytłumaczeniem tego, co je spotkało - macierzyństwo w jesieni życia Elżbiety i niewytłumaczalne po ludzku poczęcie dziecka w łonie Maryi. Radują się sobą nawzajem i otrzymanymi od Boga darami, ich macierzyństwem. 

Mały Jezus działa i porusza, dosłownie, serca ludzi jeszcze przed swoim narodzeniem. Puka do tych serc, i na Jego pukanie odpowiadają nawet inne nienarodzone dzieci. Chrześcijanin, spotykając w swym życiu Boga, uczy się promieniować wszystkimi odcieniami miłości, czuje prawdziwe pragnienie otwarcia się - na Boga, na innych ludzi. Współpracując z Bogiem staje się sam, bezwiednie, darem dla tych, do których zmierza. Może w tym adwencie chodzi tylko o to, abym sam nauczył się być takim darem dla innych?

wtorek, 20 grudnia 2011

Moje własne przewracające świat do góry nogami fiat

Jak zwykle z poślizgiem, niedzielnie. 
W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa! Wtedy odszedł od Niej anioł. (Łk 1,26-38)
Słowa tyle razy słyszane, a jakże dziwne. Sytuacja dziwna. Młoda dziewczyna (warto pamiętać - wg ówczesnych standardów na pewno młodsza niż dzisiaj, kiedy [planowo, nie na skutek "wpadki"] kobiety zostają matkami) ma bardziej niż niespodziewane odwiedziny. Staje przed nią anioł - pewnie niekoniecznie tak wyglądający, jak my dzisiaj (albo malarze w historii) sobie je wyobrażamy - ale dziewczyna wie, że to gość z niebios. Nie dość, że przychodzi wprost do niej, nie przypadkowo, to jeszcze od drzwi jakby komplementuje ją, obsypuje pozdrowieniami i superlatywami. O co chodzi? Pewnie nieco strachu, jak to ewangelista nazwał - zmieszania - ale i ciekawości. Czemu akurat do mnie? 

Wiemy, że Maryja była osobą bogobojną, skromną, wierzącą. Wydaje mi się, że cała odpowiedź na pytanie, czemu akurat ona, znajduje się w tych krótkich słowach - znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Znalazła, bo szukała? W pewnym sensie, tak. Znalazła, bo chciała być dla tego Boga - służyć mu swoim życiem, jakie by ono nie miało być, w końcu stała dopiero u jego progu jako osoba młoda. Była otwarta na przyjęcie Bożego planu do niej skierowanego. Chciała być dla Boga po prostu użyteczna, przydatna. I może właśnie dla tej otwartości Bóg postanowił powierzyć jej swojego Syna. Wiedział, że ona się zgodzi - de facto, w ciemno. Zaryzykuje, aby spełnić Bożą wolę. Mając swoje plany i marzenia, jakieś pragnienia, zdecyduje się je porzucić dla anielskiego zaproszenia.

Można odnieść wrażenie, że słowa anioła nie znoszą sprzeciwu - wypowiada się w formie dokonanej: poczniesz i porodzisz. Nie ma tu znaku zapytania. Ale to żaden przymus. Gabriel rysuje przed Maryją to, czego ona sama ma się stać częścią, co dzięki niej i z jej wielkim udziałem jako rodzicielki ma nastąpić. Przyjście na świat zapowiadanego i wyczekiwanego Mesjasza. Wielki, odwieczny, wszechmocny. Opisowo tłumaczy. Pomimo całej niesamowitości tego, co właśnie jej zaproponowano, Maryja zadaje bardzo racjonalne, ludzkie pytanie - jak? Dziewica ma urodzić dziecko? Kto będzie ojcem? Strach jest zrozumiały - w żydowskich społecznościach ciężarne niezamężne kobiety po prostu kamienowano - więc czekał ją nieciekawy los (spokojnie, Bóg zadziałał i postawił na jej drodze Józefa). Nie wiadomo, czy znała już cieślę Józefa, czy poznała go później. Żyła w czystości, zatem pytanie było jak najbardziej zasadne. Cała odpowiedź Gabriela można streścić w jej ostatnim zdaniu - dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Jako dowód - ciąża uznawaną za bezpłodną, a poza tym już staruszki Elżbiety, o której Maryja, już wtedy ciężarna, będzie się niebawem mogła sama przekonać, gdy uda się do krewnej z wizytą.

To wystarczy. Dialog mógłby pewnie trwać jeszcze długo - co, jak, dlaczego, czemu ja... Nie ma potrzeby. Odpowiedź Maryi jest jednocześnie piękną deklaracją i świadomością tego, że jest narzędziem w Bożych planach, pomimo wielkości powierzonej jej misji. Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa. Tak, później okaże się, że serce Maryi przeniknie miecz (jak to ujmie starzec Symeon). Teraz jednak Maryja w jej wybraniu i wizycie anioła widzi po prostu błogosławieństwo. Pomimo trudności, pomimo skandalu jaki na pewno jej ukrywana ciąża wywołała pośród rodziny. Pomimo wstydu, jakiego pewnie nie raz najadł się Józef, kiedy zaręczył się z ciężarną już Maryją, o czym na pewno ludzie "gadali" w mieście. 

Ta cała sytuacja pięknie pokazuje pewną prawdę, której chyba nie zawsze jesteśmy świadomi. Bóg przychodzi do człowieka, wychodzi z propozycją - bo kocha nas jako mnie i ciebie, a nie tylko enigmatycznej niedookreślonej masy "wszystkich". Bóg przychodzi często tak, że w ogóle tego nie rozumiemy, że się gubimy w tym, co staje na naszej drodze - i dopiero po chwili zastanowienia dochodzimy do wniosku, że może to Boża ręka tak mnie prowadzi? Że to może być tak dziwne, że tylko Bóg może chcieć coś poprzestawiać w moim życiu, bo właśnie jestem na najlepszej drodze żeby je zmarnować, a z pewnością nie wykorzystuję w pełni swoich talentów? 

Ale Bogu nie powinno się odmawiać. Nie dlatego, bo jest Bogiem właśnie, tak po prostu - ale dlatego, że chyba ciężko było by znaleźć przykład kogoś, kto na takiej odmowie dobrze wyszedł. Bóg nie obiecuje, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie, ale obiecuje, że będzie sensownie i spójnie. Z jasno określonym i realnym celem. Przekonuje się o tym każdy, który na Boże zaproszenie odpowiada, składa mu takie swoje - jak Maryja - fiat. Niech tak się stanie. Pomimo, że Jego propozycja może się wydawać jakaś dziwaczna, w świetle tego gdzie jestem tu i teraz. Bóg zaprasza każdego, kto nie boi się zaryzykować, nie lęka się dać przewrócić swoje życie do góry nogami. Pozwolić Bogu poprzestawiać wszystko, ale i nadać temu jakiś sens. 

Jeśli żyjesz sobie w ciepełku własnego samouwielbienia, pewien swojej nieomylności i doskonałości, gwiazda i człowiek sukcesu zapatrzony w odbicie w lustrze - szkoda czasu. Z takim nastawianiem nie masz po co iść do betlejemskiej stajenki, dokąd przez udzieloną dzisiaj Bogu odpowiedź powoli zmierza Maryja. Tam nie ma miejsca dla chodzących ideałów. Takim nie potrzeba Boga - bo są bogami samych siebie. Świta coś? Pogubiłeś się? Właśnie tak postępujesz? Głowa do góry - uświadomienie sobie tego to dobry początek. Poczytaj ten fragment ewangelii, jeśli trzeba to i kilka razy. Aż dojdziesz do swojego, szczerego i świadomego fiat.

piątek, 26 sierpnia 2011

Jasnogórska mistrzyni drugiego planu

O tym, że dzisiaj jest uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej, dowiedziałem się dzisiaj rano... z Metra, z tekstu Jana Turnaua. Kto by pomyślał. Jeszcze kilka lat temu sam byłem jakby chodzącym kalendarzem liturgicznym. Dzisiaj celowo kupuję co roku książkowy z Edycji, żeby być na bieżąco. 

Częstochowa. Miejsca dla mnie bardzo ważne, z którym wiąże się wiele wspomnieć, myśli i odczuć. Nie mam pojęcia, kiedy pierwszy raz tam trafiłem - pewnie ok. 20 lat wstecz. Pomiędzy 10 a 20 rokiem życia bywałem tam pewnie raz w roku, a nawet i częściej (jak choćby na dwóch różnych pielgrzymkach maturalnych). Wracałem tam z chęcią, żeby nabrać powietrza, odpocząć. Spacer czy modlitwa (różaniec, droga krzyżowa) na wałach. Cisza majestatycznej bazyliki, gdzie można w spokoju usiąść, pomodlić się czy pomyśleć, wpatrując się w łańcuszek penitentów do wielu konfesjonałów. Zaduma w wieczerniku. Ulubiona, odkryta nie tak szybko, kaplica wieczystej adoracji, po schodach koło zakrystii do góry, jakby zawieszona nad kaplicą Cudownego Obrazu - cisza, wielka prostota wystroju, i On - obecny w Chlebie Życia. Tak, kaplicę wymieniam na końcu... Bo jakoś nigdy tłumy walące tam mnie nie pociągały. Nowa (nawet nie świecka) tradycja pt. za wszelką cenę być na odsłonięciu Obrazu - niecałe 2 minuty, i potem Msza po Mszy przez cały Boży dzień. Apel Jasnogórski - rozumiem, ale to mnie nie przekonało.

Częstochowa, Jasna Góra, jako miejsce, gdzie w pewnym momencie, dokładnie już nie pamiętam, kiedy, uświadomiłem sobie bardzo dobitnie, że moja droga to kapłaństwo. Jak życie pokazało - a ja nie narzekam - poczucie to, którego realizacji poświęciłem kilka lat, było błędne. Jasna Góra, a konkretnie kapłańska kaplica w Domu Pielgrzyma, gdzie późną pewnie wiosną AD 2004 odbyłem wieczorem bardzo ważną rozmowę na temat powołania, planów z ówczesnym katechetą, księdzem nie dość, że młodym, to bardzo mądrym i rozważnym. 

Tyle emocji, wspomnień, myśli i odczuć. Skąd to? Pewnie dzięki Maryi. Tej, która dzisiaj - w tym pierwszym momencie, kiedy Jezus dokonał (zresztą na jej prośbę) cudu - dyskretnie, ale troszczy się, w ewangelicznym obrazku konkretnie za nowożeńców z Kany Galilejskiej. Z odpowiedzi Jezusa, lekko strofującej wręcz, można wywnioskować, iż trochę zganił matkę za to, że oczekiwała od Niego działania w tej sprawie. Nie zmieniło to faktu, że pomógł, stał się cud, woda stała się winem. Chyba trudno by w dniu poświęconym właśnie jej - Jasnogórskiej Królowej Polski, Czarnej Madonnie - o bardziej pasujący obrazek ewangeliczny. 

Matka Boża jako ta, która zawsze jest obok, czuwa i ma rękę na przysłowiowym pulsie. I wie, że Syn zawsze wysłucha, gdy przez jej ręce ten czy tamten nieszczęśnik powierzać będzie swoje sprawy, prosić, błagać, czy dziękować.Taka modlitwa i wiara w pośrednictwo Maryi nie jest czymś niewłaściwym, sprzecznym z nauką Kościoła. Odkupiciel jest jeden, a Maryja tylko kieruje - nasze oczy ku Niemu, i nasze modlitwy do Jego serca. Może to i "tylko" - ale jak wielu doprowadza do Niego? Przecież Maryja, ani na kartach ewangelii (obecna, ale jakby na drugim planie), ani w tradycji Kościoła, nigdy nie stawia sama siebie w centrum. To także drogowskaz - doskonałość można osiągać nie tylko na pierwszym planie.

środa, 20 lipca 2011

Razem, nie obok siebie

Gdy Jezus przemawiał do tłumów, oto Jego Matka i bracia stanęli na dworze i chcieli z Nim mówić. Ktoś rzekł do Niego: Oto Twoja Matka i Twoi bracia stoją na dworze i chcą mówić z Tobą. Lecz On odpowiedział temu, który Mu to oznajmił: Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi? I wyciągnąwszy rękę ku swoim uczniom, rzekł: Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten Mi jest bratem, siostrą i matką. (Mt 12,46-50)
Ktoś mógłby Jezusowi zarzucić - dyskredytuje i umniejsza więzy rodzinne, i to na przykładzie kogo? Własnej matki. Czyli że w tym Kościele, który przecież Maryję tak czci, to nic się już przysłowiowej kupy nie trzyma... Oczywiście, jest to zupełnie błędna interpretacja. Maryja towarzyszyła Jezusowi i temu zaczątkowi Kościoła od początku. To przy niej rósł Zbawiciel, to ona Go wychowała, to ona obserwowała Jego publiczną działalność, aby z bólem pochylić się nad Jego umęczonym ciałem, gdy w końcu oddał życie za nas na krzyżu. 

Tu nie ma sprzeczności. Tu jest jasne położenie akcentu - rodzina rodziną, a prawdziwą rodziną chrześcijanina jest każdy inny chrześcijanin. My nawet chętnie się pomodlimy, pójdziemy do kościoła, na jakieś nabożeństwo, przyjmiemy kolędę. Ale w swoim własnym gronie. Ja i rodzina, czasami - w różnych wspólnotach - także przyjaciele. I tyle. A gdzie dzielenie się wiarą i wspólne jej przeżywanie z tyloma innymi, naokoło? Tym ma być przecież Kościół - wielką wspólnotą serc, które razem, a nie tylko obok siebie, mijając się bezwiednie, wędrują do Królestwa Bożego. Mamy być nie tylko sami dla siebie, ale dla innych, obok. 
 
Ja akurat wychodzę z założenia (co wielu ma za złe, ale cóż) że w relacjach rodzinnych - rodzice-dzieci itp. - powinna być wzajemność. Owszem - na start czyste konto, szacunek się należy starszym i wdzięczność, ale nie może być tak, że należy się on bezwarunkowo, bez względu na to, jaki taki rodzic jest, jak dziecko traktuje. Bezwarunkowa i zawsze musi być miłość. Na szacunek - także własnego dziecka - trzeba po prostu zasłużyć, niczym spektakularnym, ale jednak.
 
Jesteśmy bardzo rodzinni, i to jest dobre. Jezus próbuje nam jednak pokazać - rodzina człowieka wierzącego jest dalece większa, są nią wszyscy wierzący. Kiedy? Wtedy, gdy odstawiamy na bok egoizm i swoje zachcianki, a staramy się wsłuchać w ten cichy i dyskretny głos Boga Ojca, żeby prawidłowo odczytać Jego wolę. To jest sedno chrześcijaństwa - nie tyle sam chrzest i inne sakramenty (albo papierki z nimi związane), ale to, co się dzieje, co i jak robię dalej. Czy z tych obowiązków, jakie spoczywają na człowieku wierzącym, się wywiązuję, czy je olewam. Czy wiara jest dla mnie czymś żywym, co pielęgnuję i pracuję, aby wzrastała - czy przykrym obowiązkiem, albo nawet wstydliwym jakby piętnem, którym broń Boże się nie afiszuję przed ludźmi. Bez przesady, bądźmy rozsądni i racjonalni. 

Albo chcesz być człowiekiem Boga, człowiekiem Bożym i - jak ta Maryja, która czekała spokojnie na swojego Syna - wypełniać Jego wolę w sposób doskonały. Albo przejmujesz się kaprysami i modami ludzi, których po prostu nie stać najczęściej na szczere i wprost nazwanie ich postaw, bo łatwiej i wygodniej jest po prostu wyśmiewać to, na co sami nie potrafią się zdobyć, choć to kiedyś deklarowali.

piątek, 22 kwietnia 2011

Po czyjej byłbyś stronie?

Tekst Męki Pańskiej wg Jana Apostoła długi - zachęcam do przeczytania.

Dzisiaj nieco inaczej. Nie o Jezusie, nie o męce. Ale o tym, co działo się dokoła. A dokładnie - o tych, którzy dokoła byli. Jeszcze dokładniej - o tym, gdzie ja bym się tam znalazł. Do kogo ze znanych nam z kart ewangelii postaci mógłbym przyrównać siebie? Do której z tych postaci mi najbliżej? 

Czytam właśnie świetną książkę, kolejną już poświęconą sakramentowi pokuty i pojednania, czyli spowiedzi, rozmowę oo. Pawła Kozackiego i Wojciecha Prusa OP pt. "Spowiedź bez końca. O grzechu, pokucie i nowym życiu". Można w niej znaleźć m.in. bardzo ciekawą analizę postaci Piotra, tej Skały, na której Pan chciał zbudować swój Kościół, a która w tamtej konkretnej sytuacji okazała się tak słaba, tchórzliwa, miękka. Jednak coś w nim uderza - jego zdecydowanie i gotowość ta zewnętrzna, deklarowana, którą najlepiej widać w obrazku, gdy przy pojawieniu się Judasza z żołnierzami w Ogrodzie Oliwnym, rzucił się na strażnika Malchusa, odcinając mu mieczem ucho. Tak, to zrobić potrafi - pewnie był rosły, potężny, nic trudnego. Szkoda, że tylko na tyle mu starczyło... no właśnie? Wiary, bo to przecież do niej się wszystko sprowadza. 

Za Jezusa potrafił walczyć, ale nie potrafił się odnaleźć w momencie, gdy musiałby być przy Nim bezradny, bezbronny , jakby przegrany. Taki właśnie Jezus był przez te niespełna 3 dni - brutalnego pojmania, jeszcze gorszych szykan przed faryzeuszami, biczowania i pośmiewiska przed Piłatem, czy wreszcie w masakrycznej drodze z ciężkim krzyżem na plecach, aż na szczyt Golgoty. Piotr jakby dotarł do granicy swych możliwości - po ludzku. Czy rzeczywiście? Tak. Tutaj siły ludzkie nic nie dają. Tutaj człowiek może wytrwać tylko dzięki mocy z wysoka, dzięki łasce Bożej. Nie siła, miecz i ciosy się wtedy liczą - ale autentyczność świadectwa i wiara wytrzymująca największe upokorzenia. 

O Judaszu nie będę się powtarzał - pisałem o nim w kontekście Niedzieli Palmowej i Wielkiej Środy. Wielki dramat człowieka, który - za podszeptem Złego - zdecydował się na krok tragiczny w skutkach, z czego zdał sobie sprawę już po fakcie, gdy było za późno. Nie to było najtragiczniejsze - przyłożył w końcu, w smutny sposób, rękę do dzieła zbawienia świata, wydając na mękę samego Zbawiciela - ale fakt, że sam nie potrafił sobie poradzić z tym, co zrobił. Bóg już wtedy, zanim skonał, wybaczył Mu - Judasza pogrążyło i doprowadziło do samobójstwa ogromne poczucie winy, które w jego wypadku przesłoniło całkowicie wszelką wiarę w Boga, o ile ją posiadał. 

Jest postać niejednoznaczna - Szymon z Cyreny. Przypadkowy widz, który staje się zrządzeniem losu w postaci kaprysu jednego z żołnierzy jednym z głównym aktorów tego przejmującego okrucieństwem widowiska drogi krzyżowej. Czy wiedział, co robi, komu pomaga? Czy rozumiał, że wziął na swoje barki dzieło zbawienia świata i prowadził pod ramię samego Zbawiciela, który miał za chwilę odkupić także jego, zmazać jego winy i ofiarować mu zbawienie? Wierzę, że później to do niego dotarło. Niesamowite uczucie - móc powiedzieć, iż się dosłownie, własnymi rękami, potem i zmęczeniem... pomogło Mesjaszowi odkupić ludzkość. 

Były postaci jednoznacznie pozytywne. Była Weronika - zlitowała się nad tym nieszczęśnikiem, poganianym batami, podeszła i otarła krwawy pot z Jego twarzy. Dopiero później zrozumiała, jak wielki dar otrzymała - zapewne jedyny i autentyczny portret, odbicie Jezusowej twarzy. Była Maryja, Matka Boża, cicho, bocznymi ulicami towarzysząca umęczonemu Dziecku w krzyżowej drodze. Jak wielki ból musiał rozdzierać jej matczyne serce, gdy widziała, jak jej jedyny Syn krok po kroku oddawał życie, zbliżając się nieuchronnie do śmierci. Był, obok Maryi, jedyny z Dwunastu, który nie bał się i nie uciekł, za swoim Panem dotarł z kobietami na sam szczyt, i wytrwał pod krzyżem aż do śmierci Zbawiciela - młody Jan. Bóg wyróżni go później z grona apostołów - jako jedyny dożyje późnej starości i umrze śmiercią naturalną, w przeciwieństwie do pozostałych, na różne sposoby zamęczonych za wiarę. 

Były wreszcie pewnie dość duże tłumy ludzi, mniej lub bardziej przypadkowych. Część dołączyła pewnie do pochodu, napotykając go jakoś na swojej drodze - do domu, do pracy, do obowiązków. Inni może specjalnie tam przyszli, może od początku obserwowali zajście - czy to jeszcze z pałacu arcykapłana, albo od momentu "przedstawienia", jakie urządził Piłat, starając się zwalić winę na wyrok Jezusowy na Żydów. Co czuli w sercach? Co myśleli o Jezusie? Byli nieświadomymi świadkami wydarzenia bez precedensu, jedynego w całej historii nie tylko zbawienia, ale ludzkości. 

My jesteśmy w lepszej sytuacji. My wiemy, co tam się działo, kogo sądzono, kogo umęczono. Wspominamy te wydarzenia szczególnie dzisiaj, w Wielki Piątek, a także w Niedzielę Palmową, czy w poszczególne piątki Wielkiego Postu - przygotowując się do obchodów nie tyle tego wydarzenia, co jego bezpośredniej konsekwencji. Musimy pamiętać, ile odkupienie kosztowało - ale nigdy nie tracić z oczu w rozpamiętywaniu męki Pańskiej tego, co było później. Zmartwychwstania. Gdybyśmy tam byli, w Jerozolimie, jaką postawę byśmy przyjęli? A może - prościej. Jaką postawę przyjmujemy w podobnych sytuacjach we własnym życiu? Czy reagujemy na niesłuszne oskarżenia kierowane pod adresem Bogu ducha winnych ludzi? Te wszystkie nasze decyzje, postępowanie - w którym miejscu, w czyjej roli by nas postawiły na krzyżowej drodze? Pozytywnej? A może jednak nie?
Wykonało się, oddał ducha. Zmarł. Ale powstanie, już za 3 dni. Oto czynię wszystko nowe. Tylko ode mnie zależy, czy chcę stać się częścią tego odnowienia - czy dalej babrać się w błotku swojej małości, słabości i grzeszności.

niedziela, 19 grudnia 2010

Nie bój się

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów . A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: Bóg z nami. Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie. (Mt 1,18-24)
Dziwny ten tekst, już na pierwszy przysłowiowy rzut oka. Dlaczego? Bo jego pierwsze słowa sugerują, że to o Jezusie, o Jego narodzinach ma być... a nie jest. Do Jezusa autor nie chodzi, w tym konkretnym fragmencie. Za to de facto poświęca go w całości postaci tyleż ważnej, co enigmatycznej - Józefowi, mężowi Maryi, opiekunowi Jezusa. Ważnej, tak - nie tak jak Jezus, Syn Boży, ani nie tak jak Maryja - Matka Boga-Człowieka, dzięki której Boży Syn przyszedł na świat. Ważny, bo odegrał kluczową rolę jako opiekun - i Jezusa, i Maryi (kto wie, czy bez jego determinacji udałoby się uchronić Jezusa przed szaleńczym niszczycielskim szałem Heroda?)... choć Pismo Święte nie wspomina ani jednego jego słowa. Milcząca obecność, czuwanie - zamierzona analogia do Boga?

Kim był Józef - dzisiejszy bohater? Młodym człowiekiem (w tamtych czasach ludzie zawierali małżeństwa w bardzo młodym wieku, niektórzy twierdzą że on i Maryja mogli mieć nawet po 15 lat!), który spotkał kobietę swojego życia, z którą zawarli już ślub, choć jeszcze nie zamieszkali razem. Pięknie. Miłość, młodość, siła, plany, nadzieje. Pewnie zajmowało go głównie, poza pracą, przygotowywanie ich wspólnego domu.m w którym niebawem mieli zamieszkać. A tu nagle okazuje się, że jego żona jest w ciąży. Co teraz? Obydwoje wiedzą, że dziecko nie zostało przez niego, Józefa, poczęte. Teksty mówią, że był człowiekiem prawym - Maryja zaś zapiera się, że nie zdradziła go z nikim, i opowiada scenę zwiastowania: anioł, Boża obietnica... 

Trudno Józefowi zazdrościć tej sytuacji. Prawo żydowskie było w tym zakresie zdecydowane - tak, mąż miał prawo w przypadku zajścia przez żonę w ciążę zanim zamieszkali razem, wręczyć jej tzw. list rozwodowy, i odprawić. Miał spokój wtedy, mógł ponownie się ożenić. Bardzo trudna stawała się jednak wtedy sytuacja takiej oddalonej kobiety - traktowana była jak ladacznica, cudzołożnica, kobieta lekkich obyczajów, praktycznie bez szans na wyjście za mąż, na znalezienie kandydata na męża. Józef nie umiał znaleźć wytłumaczenia sytuacji, ciąży żony, ale nie zakładał zdrady, złej woli z jej strony - co zrobić? Bał się, nie wiedział jak powinien postąpić, i na pewno jego serce przepełniał smutek. 

Chciał sytuację załatwić honorowo, troszcząc się przede wszystkim o żonę - Maryję. Stąd pomysł oddalenia jej w nocy, żeby nikt nie dowiedział się o jej ciąży, żeby nie ściągać na nią zniesławienia i hańby. Czy był człowiekiem idealnym? Daleko mu było, jak każdemu z nas, do ideału - nie był, jak Maryja, niepokalanie poczęty. Wiedział, że musi znaleźć wyjście z sytuacji, i nie może troszczyć się w niej tylko o siebie. Odpowiadał też za swoją żonę. 

Bóg nie przychodzi do nas tylko wtedy, gdy jest pięknie, kolorowo, fajnie, idealnie. Bóg przychodzi do nas zawsze - także wtedy, gdy nie widzimy wyjścia z sytuacji, gdy pozornie znajdujemy się w położeniu bez wyjścia, gdy staje przed nami problem pozornie przynajmniej nierozwiązywalny. Tak, mogło być prawie tak, że Maryja dla Józefa stała się problemem. Ale on tego problemu nie chciał po prostu wyrzucić, usunąć ze swego życia. Bał się, ale był prawy. Dlatego we śnie doznaje objawienia. Objawienia, które przede wszystkim potwierdza to wszystko, co mówiła Maryja. To upewnia Józefa co do jej wierności - nie zmyślała, mówiła prawdę o aniele. Bóg sam jakby tłumaczy Maryję - ode Mnie pochodzi dziecko, które ona nosi.

Ale oznacza to... Tak, Bóg bardzo zdecydowanie wchodzi w jego, Józefa, życie, a odtąd on sam ma do wykonania misję, jakiej nigdy by się nie spodziewał. Jego żona ma urodzić Mesjasza, wyczekiwanego od wieków Zbawcę, który jako człowiek przychodzi pomiędzy ludzi. Bóg pokazuje przez Józefa, że z Nim nie ma sytuacji bez wyjścia, problemów nierozwiązywalnych. Wszystko da się rozwikłać, wszystkiemu można sprostać - o ile człowiek zdecyduje się z Bogiem współpracować. Zauważ - Bóg nie obiecał Józefowi nic w stylu nie bój się, Ja wszystko załatwię. Bez współpracy Józefa byłoby ciężko. Nie wiem, co by było, czy Jezus dożyłby momentu, gdy rozpoczął swoją działalność. Było to możliwe dzięki zdecydowaniu i determinacji Józefa - Bóg wszedł w moje życie, więc ja muszę odpowiedzieć i działać, nie mogę siedzieć w miejscu i użalać się nad sobą. Razem - ja z Bogiem - nie ma rzeczy niemożliwych. 

Prawda jest taka, że od Józefa zależało, czy Jezus przyjdzie na świat. Życie Syna Bożego nigdy nie było bardziej w ludzkich rękach niż wtedy, gdy Jego ziemski opiekun zastanawiał się, co zrobić z zaistniałą sytuacją, z Jego matką i z Nim samym. Bóg-Człowiek mógł przyjść do ludzi, mógł spotkać się z człowiekiem w dużej mierze dzięki temu, co postanowił i jaką decyzję wtedy podjął Józef. Ale nie poddał się presji sytuacji, nie zadziałał pod wpływem emocji i nacisku okoliczności. Zaufał Bogu i przyjął to, a raczej tych, których Bóg przed nim postawił - żonę Maryję i nienarodzone dziecko. 

Często może być tak, że tracimy panowanie, sytuacja wymyka się nam spod kontroli. To mniej więcej musiał czuć Józef. Można wtedy zrobić kilka rzeczy. Można usiąść, biadolić, odsuwając od siebie moment podjęcia jakieś decyzji, której i tak się nie uniknie; za wszelką cenę starając się utrzymać kontrolę, być panem sytuacji, męcząc się coraz bardziej w bezskutecznych próbach opanowania sytuacji, które nas samych po prostu przerastają i przytłaczają. Można zatroszczyć się tylko o samego siebie, mniej lub bardziej słusznie znajdując jakiegoś kozła ofiarnego - niech sobie radzi, ważne że do mnie nikt się nie przyczepi - Maryja do takiej roli była idealna. Można wreszcie sprostać temu, co Bóg przede mną stawia. Można sobie z tym poradzić, ja mogę sobie z tym poradzić - dzięki Bogu, z Jego pomocą. On sam jest rozwiązaniem tego wszystkiego, co sprawy ludzkie przekracza. Ale nie rozwiązuje problemów, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdzieś ponad naszymi głowami, tak że w ogóle nie zauważamy, że coś miało miejsce. Bóg zadziała, gdy ja uwierzę, że On może zadziałać skutecznie.

Jesteśmy tylko ludźmi, i aż ludźmi. Aż - bo w nasze ręce Bóg złożył wszystko i nas samych na swoje podobieństwo złożył. Tylko - bo nie zawsze to wystarcza, aby sobie poradzić ze wszystkim, co w życiu może się wydarzyć. Nie jest sztuką dopiero wtedy, gdy sytuacji już nie kontroluję, zwrócić się do Boga - choć można tak. Sztuką jest z tym Bogiem cały czas współpracować, wsłuchiwać się w Jego głos, rozpoznawać Jego wolę. Sztuką jest, gdy życie przytłacza, nie załamywać rąk - ale z ufnością i wiarą wyciągnąć je w stronę Boga.

Józef to świetna propozycja osoby patrona na dzisiejsze dziwaczne czasy. Nic nie wiemy o jego słowach, skupił się na działaniu. I działał tak skutecznie, że Mesjasz mógł wypełnić swoją misję, miał warunki i czas, aby do niej dorosnąć. Przede mną na pewno nie stoi zadanie równie spektakularne - ale Józef i tak jest bardzo dobrym wzorem - co w życiu można pominąć (gadanie), a na czym trzeba się skupić (działanie). 

To może wyglądać dziwnie - po ludzku dzieje się coś, co nie ma sensu, burzy istniejący porządek, zmusza do zmiany planów - a Bóg mówi po prostu, jak do Józefa: Nie bój się. Tylko tyle. Wystarczy? Dla człowieka, który temu Bogu wierzy - na pewno. A jak nie wierzy? To nawet, gdyby Bóg mu nie wiem co obiecał - to w imię konsekwencji, i w takie obietnice ów człowiek nie powinien uwierzyć, prawda? Bóg nie jest bogiem ideałów, heroicznych świętych nieskalanych nigdy grzechem - jest Emmanuelem, Bogiem z nami. Każdym z nas, jaki by nie był, z tym co w nim dobre i co złe, ze słabościami i grzechami, z całym najbardziej brudnym dorobkiem życia. Czy to życie nie będzie prostsze, gdy będę o tym pamiętał? Że nigdy tak naprawdę nie jestem sam - ale On jest ze mną. Nie po to, żeby usiąść obok, poklepać po ramieniu i zacząć wsłuchiwać się w moje użalanie się nad sobą - ale aby nadać sensu temu, co wydaje się być tego sensu pozbawionym.

Trzeba też zrozumieć szerszy kontekst tego fragmentu - dotyczący samego Jezusa. To w końcu o Jego rodzinie ziemskiej - matce, opiekunie - mowa. Czy Jezus - w kontekście tej sytuacji, w jakiej dzisiaj widzimy Józefa - przyszedł na świat w, nazwijmy to, typowej, wzorowej ówczesnej rodzinie żydowskiej? Nie. Gdyby nie Boża ingerencja - opieka Jego Ojca - urodziłby się w atmosferze skandalu, kto wie czy od urodzenia nie byłby nazywany bękartem. W końcu nie był, po ludzku, synem męża swojej matki. Tu może kryć się mała wskazówka, abyśmy my sami się nie zagalapowywali w naszych osądach o innych, których życie i sytuacja z pozoru mogą być jednoznacznie niewłaściwe czy grzeszne. Ale oni dalej pozostają ludźmi, naszymi bliźnimi, których mamy obowiązek kochać i którym powinniśmy okazać miłosierdzie. Ocenić - tak, postępowanie, nazwać po imieniu czyny. Ale nigdy nie zapomnieć o samym człowieku. To w końcu dla niego - każdego człowieka, choćby nie wiem jak zagubionego - przychodzi Jezus. Może tylko w tym Adwencie chodzi o zrozumienie tej prawdy? Bóg nikogo nie dyskredytuje - my sami się w tym prześcigamy.

I taka dygresja, coś co mi mocno zaświtało w głowie podczas Mszy. Józef to nie tylko patron rodzin, co przede wszystkim patron i wzór dla każdego ojca. Ojca, którym już dzisiaj sam jestem - nasz synek coraz mocniej, także w kościele, daje o sobie znać w brzuszku żony. On już dzisiaj czeka i prosi zarówno o miłość, jak i o opiekę, o dobre warunki do życia, o zaspokojenie jego potrzeb. Nie od nikogo innego - ale właśnie ode mnie zależy, w jakich warunkach się urodzi, w jakiej atmosferze będzie rósł, czy doświadczy miłości, jaki przykład ja i żona mu damy, jakim dzięki nam będzie człowiekiem. Jezus tak samo - żył wśród ludzi, ale to, jakim był człowiekiem, w dużej mierze wynikało z tego, co wyniósł z rodzinnego domu - od Maryi i Józefa. To wielka odpowiedzialność, o której muszą pamiętać wszyscy rodzice.

środa, 8 grudnia 2010

Łaska u Boga dla każdego - ale czy ją zauważasz?

Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą,. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa! Wtedy odszedł od Niej anioł. (Łk 1,26-38)
Pobożność maryjna nigdy nie była moją mocną stroną. W sumie, sam tego nie rozumiem - ale tak po prostu jest. Z drugiej strony - różaniec jest jedną z moich ulubionych modlitw. Nie da się zaprzeczyć - chrześcijanie od samego początku Maryję traktowali i opisywali jako szczególnie przez Boga wybraną, wyróżnioną - określano ją, także w pismach Ojców Kościoła przymiotnikami czysta, bez grzechu, niewinna, bez skazy. Święto jej poczęcia w Kościele funkcjonuje formalnie od przełomu VII i VIII w.n.e. 

Co ciekawe - Kościół zachodni nie jest w pełni spójny i jednomyślny, w aspekcie historycznym, gdy chodzi o prawdę o Niepokalanym Poczęciu Matki Bożej. Kto ją kwestionował? Nikt inny, jak Doktor Anielski - mój imienni, Tomasz z Akwinu, święty; czy również czczony jako święty - Bernard z Clairvaux. Ich zdaniem - niemożliwe jest niepokalane poczęcie, jako że stoi w sprzeczności z innymi dogmatami:
  1. powszechności grzechu pierworodnego - każdy człowiek, więc Maryja także, jest nim skażony
  2. powszechności zbawienia ludzi przez Jezusa - każdego, Maryję także, zbawił Jezus
Problem jakoby rozwikłał nieco później Jan Duns Szkot, który rozumował następująco - ochrona Maryi przed grzechem pierworodnym miała miejsce na mocy odkupieńczego zwycięstwa Jezusa Chrystusa. Bóg o nim - o zwycięstwie Jego nienarodzonego Syna - już wiedział, i wyróżnił Maryję jakby z góry, wiedząc jaką rolę odegra w historii zbawienia, dając życie Zbawicielowi. 

Od 1477  r. święto Niepokalanego Poczęcia obchodzono już w Rzymie, zaś począwszy od pontyfikaty Piusa V - w całym Kościele katolickim. Kościół wschodni nigdy dogmatycznie o tej kwestii się nie wypowiedział - jako że w jego łonie istniała i istnieje w tym zakresie zgodność, brak wątpliwości co do faktu niepokalanego poczęcia. 

Z czysto teologicznego punktu widzenia, warto rozróżniać dwa zagadnienia, często mylone:
  1. niepokalane poczęcie - ustrzeżenie Maryi od momentu jej poczęcia od grzechu pierworodnego (cud w sensie moralnym)
  2. dziewicze poczęcie - poczęcie przez Maryję w sposób ponadnaturalny, pozostając dziewicą, Jezusa - Boga-Człowieka (cud w sensie odstępstwa od praw natury)
Tyle ciekawostek. To, co dzisiaj w kościołach usłyszymy - a powinniśmy się pofatygować (nie jest to mus - ale jeśli jest możliwość, we Mszy winniśmy uczestniczyć) - jest bardzo ludzkie. Pokazuje, że Maryja nie jest żadną Maryjką, oderwaną od rzeczywistości, zawieszoną gdzieś pomiędzy ludźmi a Bogiem malowaną na błękitny kolor śliczną panienką w zwiewnej szacie - że była konkretną osobą, człowiekiem, który żył w konkretnych czasach, w konkretnej rzeczywistości, w rodzinie. 

Czy Maryja spodziewała się czegoś takiego? Czy przeczuwała coś? Myślę, że nie. Ale jednocześnie - była otwarta na to, co mówił do niej Bóg. A już bardziej konkretnie, indywidualnie niż poprzez anioła trudno by sobie wyobrazić rozmowę Boga z człowiekiem. Już sam fakt tego, jak to wydarzenie się odbyło - wskazuje na szczególne wybrani Maryi. Wiedziała, że życie człowieka szczęśliwego to trafne i prawidłowe odczytywanie wezwania Boga i realizowanie tego, do czego nas przeznacza, ku czemu On nas kieruje. Nie przeciwko Bogu, wbrew Niemu - ale zawsze z Nim, drogą przez Niego wskazaną. Dlatego tak bardzo pasują do liturgii słowa dzisiejszego II czytania:
Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa; który napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich - w Chrystusie. W Nim bowiem wybrał nas przez założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli, ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym. W Nim dostąpiliśmy udziału my również, z góry przeznaczeni zamiarem Tego, który dokonuje wszystkiego zgodnie z zamysłem swej woli po to, byśmy istnieli ku chwale Jego majestatu - my, którzyśmy już przedtem nadzieję złożyli w Chrystusie (Ef 1,3-6.11-12).
Błogosławiony = szczęśliwy. Błogosławiony = taki, przez którego Bóg innym błogosławi, który w oczach innych jest przejawem błogosławieństwa Boga. To właśnie Bóg przez anioła dobitnie, prosto w twarz, powiedział Maryi: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą. Pełnia łaski to właśnie błogosławieństwo. Co to wszystko znaczy? Że mamy od Boga dane już na starcie życia to wszystko, co jest naprawdę potrzebne - wszelkie umiejętności, dary, talenty, cnoty. Potrzebne do kształtowania relacji zarówno na linii ja-Bóg, jak i ja-drugi człowiek. Mamy to wszystko - tylko musimy to rozwijać, pielęgnować, pomnażać - co jest niemożliwe, jeśli człowiek najpierw nie uświadomi sobie... że to ma. Najpierw te dary trzeba zrozumieć, docenić i zechcieć je przyjąć. Dopiero wtedy można z nich czynić jakikolwiek użytek. 

Oczywiście, można to odrzucić. A nawet nie tyle - tylko uważać, że temu czy tamtemu Bóg dał więcej, zostali lepiej obdarowani, potrafią coś czego ja nie umiem. Można. Tylko że do niczego to nie prowadzić, poza zawiścią i zazdrością, za którymi pójdzie brak poczucia własnej wartości, odczucie bezsensu i braku perspektyw. Bardzo mało konstruktywne. Ale tego właśnie chce Zły - tak nas przedstawić w naszych własnych oczach - żeby móc powiedzieć widzisz, jak cię ten zły Bóg urządził, jak cię beznadziejnie stworzył? Ale to nie tak. Bóg nas stworzył, odpowiednio wyposażając, i zostawiając wolną wolę. To, kim i jak się stajemy, zależy już od nas - i od tego, jak te dary wykorzystamy, czy w ogóle je wykorzystamy, czy je zauważymy. 

Te błogosławieństwa, jakie nam Bóg dał u progu życia, to punkt odniesienia, drogowskaz na przyszłość - jak żyć, żeby żyć dobrze. Ale życie to nie sielanka, a walka - walka o ludzkie dusze, o zbawienie. Maryja też nie miała lekko - jeszcze przed porodem musiała tłuc się kawał przez pustynię, żeby dotrzeć na spis ludności. Poród w, dosłownie, bydlęcych warunkach. Później ucieczka z nowonarodzonym dzieckiem, lata ukrywania się w Nazarecie. Józef nie żył chyba długo - więc trud samodzielnego wychowania i utrzymywania dorastającego Syna. Aż do końca - po ludzku dramatycznego - gdy najpierw widziała Syna cierpiącego, biczowanego, wlekącego się na Golgotę pod ciężarem krzyża, a potem patrzyła na Jego krzyżowanie i śmierć. Nie każda matka, nie każdy ojciec musi przejść coś takiego - nie. Ale każdy z nas ma swoje krzyże, które prędzej czy później musi donieść. Można Bogu złorzeczyć z tego powodu - a można, jak Maryja, rozważać w swoim sercu wszystko i u Boga właśnie szukać odpowiedzi i ukojenia. 

Maryja to przede wszystkim wzór zdecydowania, konkretu. Tak, dzisiaj bardzo wiele osób - mimo najszczerszych chęci - właśnie z decyzyjnością ma problemy. A przecież to właśnie jest kluczowe. Mogła powiedzieć aniołowi Wiesz co, muszę się zastanowić, naradzić z Józefem, przemyśleć to - przyjdź jutro albo za kilka dni. Mówiąc szczerze - najbardziej wierząca osoba w takiej, jak Maryja sytuacji, pewnie tak właśnie by zrobiła, i nic dziwnego, skoro przed chwilą anioł przysłany przez Boga pyta ją, czy nie chciała by przypadkiem zostać matką Syna Bożego. A jednak - nie. Szybka i konkretna decyzja, choć zaważy ona na całym jej dalszym życiu. Czy się czymś sugerowała? Może tymi słowami Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Takie wprost potwierdzenie - Bóg tego chce, On da siłę i łaskę, a z Nim nie ma rzeczy niemożliwych. Podjęła trudną decyzję, w duchu pokory, nawet gdy w głębi duszy była przerażona całością tego, co się działo. Ale zdecydowała. Sama. Tu i teraz - tam, gdy było to potrzebne. 

Radykalizm to cnota, której nam bardzo często brakuje. Albo z jednej strony lekceważymy kwestie ważne, podejmując w nich decyzje pod wpływem impulsu, ociągając się z kolei z decydowaniem w sprawach trywialnych. Albo z drugiej strony - w ogóle uciekamy przed podejmowaniem jakichkolwiek decyzji, odwlekamy je ile się da. W myśl zasady - nie ja podejmę decyzję, nie do mnie będą mieli pretensje. Idealne - zero odpowiedzialności. Ale tak się nie da.

Co nam mówią te wszystkie słowa? To, co zacząłem pisać wyżej - że Maryja to człowiek, jak każdy z nas. Żaden pozłacany świątek. Maryja jest dla nas wzorem, bowiem przy założeniu, że była niepokalanie poczęta, stanowi jakby pierwowzór tego, kim człowiek miał być w Bożych oczach. Istotą czystą, dobrą, nieskażoną, stworzoną na Jego własne podobieństwo. Maryja została dana Kościołowi i ludziom, aby o tym przypomnieć - nie tylko po to, co akcentuje się zawsze i wszędzie, że urodziła Jezusa, Syna Bożego. Jezus był połączeniem dwóch istot, dwóch natur, w jednym ciele - pozostając Bogiem, stał się człowiekiem. Maryja jest, i zawsze była człowiekiem. Tylko człowiekiem - ale i aż człowiekiem, w znaczeniu tego słowa takim, jakimi ludzie mieli być od początku w Bożym zamyśle. 

Ktoś mógłby powiedzieć - ta to miała dobrze - bo Bóg swoją łaską uchronił ją od skażenia grzechem pierworodnym, no a my się z nim rodzimy i musimy sobie dawać radę. Tak, musimy. To jest jeden z głównych celów naszego życia - nauczyć się odbierać i nadawać na tych samych falach, jak Bóg. Wsłuchiwać się w Niego i żyć tak, aby to co On mówi, i to, co ja robię, było zgrane, pasowało do siebie, komponowało się w spójną i dobrze brzmiącą całość. 

Jakaś rada? Tak, przyglądać się Maryi. Nie ma jej w ewangeliach za dużo, a jak jest - najczęściej na drugim albo i dalszym planie. Ale pozostaje niedoścignionym wzorem. Co robiła? Nic nadzwyczajnego. Robiła swoja i zawierzała to wszystko, co wokół niej było, Bogu; rozważała wszystko w swoim sercu. Tylko tyle. Warto spróbować. Już teraz - nie czekając, czy Bóg i do mnie ześle swojego anioła. A co, jeśli już nie raz to robił, a ja go po prostu nie zauważyłem? Trudno. Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Zacznij swoją przygodę z Nim w takim razie od dzisiaj. Ale konsekwentnie.