Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą początek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą początek. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 grudnia 2015

Uznanie grzeszności jako punkt wyjścia

Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy! Ten odpowiedział: Idę, panie!, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: Nie chcę. Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca? Mówią Mu: Ten drugi. Wtedy Jezus rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć. (Mt 21,28-32)
Te - wczorajsze - pytania Jezusa to pytania do kogo skierowane? Do wszystkich tych, którzy uważają się za "tych dobrych": pobożnych, wierzących, praktykujących, chodzących do kościoła, odmawiających pacierz itp. Tych, których - gdyby podstawić do takiej tabelki z punktami - powinni dostać maxa, albo prawie. 

Co myślisz? Który z tych dwóch jest lepszy? Pytanie jest dość banalne, odpowiedź w sumie oczywista. Nie chodzi o mówienie słowami - ale o działanie czynami. Wolę ojca wypełnił ten, który najpierw odmówił, a potem - bardzo ważne i dobre słowo: "opamiętał się". 

Tu nie chodzi o to, że Jezus robi reklamę celnikom (w domyśle - złodziejom, bo tak byli postrzegani) i nierządnicom (czyli prostytutkom). Jezus nigdy nie uczynił niczego, co by miało choćby pośrednio wskazywać jako coś dobrego czy po prostu akceptowalnego działanie złe, grzeszne. No właśnie - ale odróżniał czyny od osoby; potępiał grzechy, a nie grzesznika. My tego najczęściej nie potrafimy - widzę to świetnie po sobie - radośnie uproszczając i wrzucając wszystko do jednego worka: skoro zło, to i on sam zły. 

Ja sam w sobie widzę dużo takiego faryzeizmu - który chyba najlepiej oddaje przypowieść o modlitwie właśnie faryzeusza i celnika (Łk 18, 9-14); co więcej, tak właśnie adresuje ją Jezus: "powiedział też do niektórych, co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść:..." (Łk 18, 9). Takiego głupiego i niczym nieuzasadnionego uznawania siebie za lepszego od innych. Stawiania znaku równości:  modlę się, chodzę do kościoła, nie zabiłem = osiągnę zbawienie. Bzdura! Niczego nie osiągnę - bo to nie ja, ale dla mnie, zbawienie to dar łaski Boga. 

W takim razie, po co tak ostre słowa? Czemu Jezus wręcz atakuje ludzi zbyt dobrze czujących się w swoim porządnym sosie? Bo chce zmobilizować, zmusić do zastanowienia się nad sobą i swoim bezsensownie pustym i nieuzasadnionym dobrym samopoczuciem. Bo wie, że jak się mówi do nas spokojnie i grzecznie - to my dzielnie mówiącego olejemy; co on tam wie... A jak się człowieka ochrzani od góry do dołu - o! tu od razu przyciąga się jego uwagę, od razu percepcja jest wyczulona i zaczyna się zastanawiać. Prymitywne? Cóż, tacy jesteśmy. Prości jak ten przysłowiowy drut. 

Wielkość grzesznika polega w kontekście tych słów Jezusa na tym i tylko na tym, że grzesznik - ten, który upadł - ma świadomość swojego położenia, przekroczenia Bożego prawa, własnej grzeszności. I w tej sytuacji uzmysławia sobie, że sam sobie nie poradzi, potrzebuje Boga, który go może uratować. Z piedestału zrzuca samego siebie jako dotychczasowy wzór cnót wszelakich, i staje w prawdzie o sobie samym. Sam nie dam rady. W sumie, żaden człowiek mi też nie ma jak pomóc. Kto pomoże? Ano tylko ten, który może przekreślić grzech i przytulić grzesznika do swojego serca. Wybaczyć. Ogarnąć miłosierdziem. 

To nie grzech spowoduje, że tamci - tacy i owacy - wejdą do Królestwa Bożego pierwsi, ale to że oni stają w prawdzie o sobie samych i są w tym autentyczni, dochodząc do świadomości tego, że Boga po prostu potrzebują. Ja się prędzej, za przeproszeniem, skicham, niż przyznam do najmniejszego i dotyczącego najbardziej prozaicznej rzeczy błędu - każdy jest winny, tylko nie ja. Oni się już z tego wyzbyli. Grzech się rozlał - więc tym bardziej działa łaska Boża (Rz. 5, 20b), która pozwala budować na prawdzie o sobie samym. Dopóki będę trwać w dziwnym samozadowoleniu z siebie, swojego życia, bezkrytycznym dystansie do tego, co i jak robię, jakie decyzję podejmuję - a uwierz, wszystko sobie można wytłumaczyć, dlatego właśnie samo sumienie nie może być jedynym punktem odniesienia - dopóty ciągle będę w tej kolejce do Królestwa dzielnie za tymi, którzy zgrzeszyli o wiele bardziej może, ale nie uciekają przed tym i przyznali to przed Bogiem.  

Właśnie dlatego "chodzenie do kościoła" czy recytowanie modlitw samo w sobie nic nie daje. Dlatego Jezus - może z pewną goryczą, trochę wyrzutem? - kończy swoją wypowiedź tym wymownym: "wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć". Paciorek przeleciał, różaniec też, litanijka odbębniona, na tacę dałem - hulaj życie, piekła nie ma. Wracamy do swojego bagienka i swoich brudów - no przecież byłem w kościele. Już pomijając wszystko inne - jaka jest wiarygodność, w jakiejkolwiek materii, osoby tak działającej? Żadna. A w sferze tak delikatnej jak ta dotycząca relacji z Bogiem? Nie muszę odpowiadać. 

Kościół jako miejsce czy praktyki religijne i związane z wiarą nie są zasługą samą w sobie ani jakimiś takimi checkpointami na drodze życia, jak w jakiejś grze - jak ich nazbieram odpowiednio dużo, to dostanę bonusa w postaci zbawienia. Tu w ogóle nie o to chodzi. To wszystko, co zewnętrzne - Msza Święta, sakramenty, modlitwy, uczestnictwo w praktykach - to ma być wyraz, efekt tego, co jest w środku. To będzie miało sens dopiero wtedy, kiedy uznam i przyznam, że dostałem wszystko od Niego za darmo. Nie zapracowałem, nie wymodliłem, nie uzbierałem. Dopiero wtedy, kiedy nazwę po imieniu to, co zrobiłem i określę to jako grzech - tak po prostu, zamiast to usprawiedliwiać pokrętnie. Uwaga: w każdym przypadku, bo nie trzeba zabić, zgwałcić czy ukraść miliona, żeby uznać grzeszność. Grzech można popełnić dużo bardziej prozaicznymi wyczynami (a to, że jak ktoś więcej nabroił, to i więcej będzie wdzięczny za przebaczenie - to jeszcze inna sprawa). 

Jezus tym tekstem wali nam między oczy, żebyśmy przestali się głupkowato uśmiechać w jakiejś nieuzasadnionej pewności siebie. I ma rację. Kiedy to do mnie dotrze? 

czwartek, 2 stycznia 2014

Światłość prawdziwa

Na początku było Słowo, 
a Słowo było u Boga, 
i Bogiem było Słowo. 
Ono było na początku u Boga. 
Wszystko przez Nie się stało, 
a bez Niego nic się nie stało, 
co się stało. 
W Nim było życie, 
a życie było światłością ludzi, 
a światłość w ciemności świeci 
i ciemność jej nie ogarnęła. 
Pojawił się człowiek posłany przez Boga, 
Jan mu było na imię. 
Przyszedł on na świadectwo, 
aby zaświadczyć o Światłości, 
by wszyscy uwierzyli przez niego. 
Nie był on światłością, 
lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości. 
Była Światłość prawdziwa, 
która oświeca każdego człowieka, 
gdy na świat przychodzi. 
Na świecie było Słowo, 
a świat stał się przez Nie, 
lecz świat Go nie poznał. 
Przyszło do swojej własności, 
a swoi Go nie przyjęli. 
Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, 
dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, 
tym, którzy wierzą w imię Jego, 
którzy ani z krwi, 
ani z żądzy ciała, 
ani z woli męża, 
ale z Boga się narodzili. 
Słowo stało się ciałem 
i zamieszkało między nami. 
I oglądaliśmy Jego chwałę, 
chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, 
pełen łaski i prawdy. 
Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: «Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie». Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział. Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył (J 1, 1-18).
Nic dziwnego, że ewangelia Janowa jest moją ulubioną, skoro tak pięknie się zaczyna. To tekst, który - poza jedną z liturgii uroczystości Narodzenia Pańskiego, Kościół odczytuje w Sylwestra, czyli na końcu roku kalendarzowego. I tak się zastanawiałem - czemu akurat w tym momencie? 

Prozaicznie - bo za chwilę rozpocznie się kolejny rok kalendarzowy, 2014, w którym ludzie sobie i Bogu będą próbowali udowodnić, że są samowystarczalni, że On nie jest potrzebny, że się narzuca, wymyśla, ogranicza, tłumi. Będą wyśmiewali współczesnych nam Janów Chrzcicieli, którzy wbrew wszystkim i wszystkiemu będą mówili właśnie o Światłości. Będą odstawiali w kąt, albo wręcz starali się tłumić tę Światłość jedyną, bo prawdziwą, która chce oświecić każdego człowieka, o ile tylko on na to pozwoli - mimo, że Jezus w innym miejscu wprost powiedział, że światło jest dla każdego (Łk 8, 16-17). 

My chcemy żyć inaczej. My chcemy być sługami tej Światłości, żyć nią, z niej czerpać i nią się inspirować - nie tylko do Trzech Króli albo do wyrzucenia choinki z domu, kiedy sprząta się bibelotki i ozdóbki, ale przez cały rok. Ten kolejny rok, który nam - wierzącym - wyznacza rytm roku liturgicznego: a więc nie tylko przez te chwile pełne radości, ale i smutne, bolesne, jak Wielki Post, który człowieka wiary stawia przed wielką tajemnicą męki i śmierci (a dopiero potem zmartwychwstania); w dni pełne sukcesów, ale i porażek, wydarzeń czasami zrozumiałych dopiero z bardzo dużej perspektywy czasu, kiedy wydawać się może, że Bóg jest daleko i o nas zapomniał. Tej Światłości musi wystarczyć na to wszystko - i z Bożą pomocą wystarczy, jeśli tylko będziemy o to prosić i uwierzymy, że ona wystarczy.


Ten rok zaczął się dramatycznie. Młody człowiek, właściwie recydywista, zabija samochodem (podejrzewa się, czy nie z premedytacją?) pod wpływem alkoholu i środków odurzających bodajże 6 osób; giną w tym rodzice, których dziecko zostaje w jednej chwili po ludzku same na świecie. W noc sylwestrową grupka pijanych ludzi zaczepia na ulicy innych, w tym jadących samochodami, wygraża im - jeden kierowca odjeżdża, bojąc się o swoje i pasażerów bezpieczeństwo, i za chwilę okazuje się, że w całej sytuacji ginie kompletnie pijana młoda kobieta w 9 miesiącu ciąży; w kilka dni potem umiera także, pierwotnie odratowane, dziecko ciężarnej. 

To może się wydawać bardzo makabryczne - ale czy nie zbliżamy się do czasów ostatecznych? Bóg nie grozi palcem, nie mówi ze smutkiem "a nie mówiłem?". Cierpi tak samo jak ci, którzy ucierpieli w tych i tak wielu innych wydarzeniach - następstwach głupoty, nieodpowiedzialności, brawury, uzależnienia. A Słowo i tak znowu przyszło, znowu dla nas stało się Ciałem, i zamieszkało pomiędzy tymi, którzy Je w ogóle zauważyli i pokochali. Czasami warto - zanim dojdzie do takiej czy do innej tragedii, a ich w życiu mamy sporo - zastanowić się i odpowiedzieć na takie dość proste pytanie: czy warto się szarpać i próbować sobie coś udowodnić, czy ten czas życia - nie wiemy, jak długi - spożytkować sensowniej? 

Pozwólmy się oświecić tej jedynej, prawdziwej Światłości. Przyjmijmy Jej moc.