Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bóg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bóg. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 lipca 2015

Pragnienie obecności

Od wczoraj - radca prawny pełną gębą :) Tak tylko na wstępie, bo ślubowanie złożone.

>>>

- Dobrze jest być w Bogu zakochanym.
- Terapeuci mówią, że jak kończy się zakochanie, to zaczyna się miłość. Ale do zakochania wracać trzeba. W życiu ojców duchowości Bóg często znika, milczy. Zapada ciemna noc wiary. To czas, którym interesują się i teologowie duchowości, i psychiatrzy. 
- Co wtedy dzieje się z człowiekiem?
- Cierpi z powodu milczenia Boga. Matka Teresa z Kalkuty mówiła, że to było trudne doświadczenie. Święta Teresa Wielka wiedziała, że niektórzy w ciągu tygodni przerabiali etapy duchowości, które ona przechodziła przez lata.
- Czemu Bóg milczy? Jak to tłumaczy terapeuta?
- Żeby dać szansę człowiekowi zdobycia się na bezinteresowną miłość. Ona jest po ludzku wbrew nadziei, nie niesie ze sobą gratyfikacji. I to jest doświadczenie Chrystusa na krzyżu. Najpierw dramatycznie woła: "Boże, czemuś mnie opuścił?". Bóg milczy i w Jego życiu. Chrystus umiera i zdobywa się - już nie siłą emocji, ale swojej woli - by powiedzieć: "Pragnę". Święty Augustyn mówił tu o akcie miłości: "Amo: volo ut sis" (Kocham: pragnę, abyś był). Chrystus, który umierając, nie doświadcza Boga, ostatnim aktem woli mówi: "Pragnę (abyś był)". I w tym słowie spotykają się wiara, nadzieja i miłość.
- To "Pragnę" interpretujemy jako wolę zaspokojenia fizycznego pragnienia.
- To jest interpretacja żołnierzy rzymskich. A na krzyżu chodzi o akt miłości. W sytuacji, w której człowiek mógłby popaść w rozpacz i odwrócić się od Boga, Chrystus przekracza siebie i pragnie, by Dawca życia dalej był. Ojciec Richard Rohr, terapeuta, mówi, że "cierpienie, które nie uległo transformacji, ulega transmisji".
- Czyli?
- Jeżeli nie przepracujemy cierpienia, naszych traum, to możemy ranić innych. Jeśli ktoś doświadczył przemocy, agresji, to będzie to odtwarzał w swojej rodzinie, Chrystus tak transformuje swoje cierpienie, że nikogo nie rani.
- A jak Chrystus przepracował rany?
- W trakcie zmartwychwstania. Widzimy Chrystusa, który ma rany. One mu nie znikają, ale Go już nie bolą. Chrystus tymi ranami świeci. I to jest zaproszenie, żeby się swoich ran nie bać. Bo gdybyśmy nie mieli ran, nie mielibyśmy czym świecić po naszym zmartwychwstaniu. 

Kilka naprawdę ciekawych myśli z rozmowy Joanny Bątkiewicz-Brożek z dr. hab. n, med. Krzysztofem Krajewskim-Siuda pt. "Jak klucz do zamka" z GN. Z tym ranieniem innych - oj, z całą pewnością to prawda, bo pewne sprawy widzę po sobie. A przede wszystkich - genialne wytłumaczenie tego Jezusowego "Pragnę" na krzyżu - nie jako wyrazu zwątpienia, bezradności i porzucenia, ale wezwania i wyznania wiary z Boga, aktu miłości Boga-Człowieka do Boga Ojca. Kapitalna myśl. 

piątek, 15 maja 2015

Bóg w wielkim mieście

Czasami dodaję tu na dość przydługawej pewnie liście (po prawo od tekstu) nowe blogi. Pod wpływem tekstu z ostatniego GN dodałem dzisiaj kolejny. Dlaczego o tym piszę? 

Katarzyny Olubińskiej z twarzy nie kojarzę, natomiast z tekstu wynika, iż pracuje w TVN, prowadzi m.in. któreś pasmo śniadaniowe. Z bloga wynika, że pracowała już dla wielu dużych tytułów (kanałów) telewizyjnych. Faktem jest, że łączy "bycie" osobą znaną i kojarzoną z telewizornią, z wykorzystaniem tejże rozpoznawalności do działalności dość mało popularnej - bo do mówienia o Bogu. 

Autorka nie robi z siebie świętoszka - przyznaje się do zachłyśnięcia swego czasu wolnością, sukcesem pracą i tym wszystkim, co bardzo często, bez odpowiedniego punktu odniesienia, prowadzi do różnych życiowych dramatów (ci, którzy sobie z nimi poradzili, potrafią czasami zdobyć się na odwagę i na swoim przykładzie przestrzegać ludzi przed popełnianiem takich błędów - i chwała im za to!). Spodobało mi się, jak nawiązała tytułem bloga do serialu o tytule identycznym z tytułem jej bloga, z różnicą, że słowo "Bóg" należy zastąpić słówkiem "seks" - mówiąc o tym, że serial pokazuje kobiety pogubione i szukające akceptacji, miłości, a jej blog pokazuje, że Boga - odpowiedź na te wszystkie potrzeby i pragnienia ludzkiego serca - można znaleźć także wśród ludzi sukcesu, którzy też wierzą. Moja mała dygresja - szkoda, że tak niewielu decyduje się, ot, choćby w różnych akcjach, przyznać do tego. 

Unika określenia przez rozmówczynię mianem "ewangelizatorki pogranicza", podobnie "katocelebrytki" - skromnie mówi, że wykorzystuje swój warsztat, aby rozmawiać z ludźmi, staje się narzędziem. Dobra sprawa - Bóg działa także (przede wszystkim? o ile na to pozwolą) przez ludzi zdolnych. Komu więcej dano, od tego więcej wymagać będą... Dlatego piękne jest, że autorka chce inspirować ludzi - nie pisze dla samego pisania.   

Mnie urzekł cały sens tego tekstu. To nie jest tak, że Bóg to taka "nagroda pocieszenia" dla tych, którym się nie udało, nie mają pracy, są chorzy, nic im nie wychodzi, to niech się modlą, klepią różańce, przesiadują w kościele itp. Bóg prowadzi każdego i piękną sprawą jest, gdy człowiek - kiedy osiąga sukces, jest znany - potrafi o Nim mówić, przyznać się do Niego i wskazywać na Niego jako swój punkt odniesienia, a nie wypierać i przypisywać cały sukces tylko sobie i swojemu ego. Świetnie, że są takie osoby jak Katarzyna Olubińska, które mówią o tym wprost, otwarcie i nie wstydzą się ani do tego przyznać, ani o Nim mówić. 

Pięknie brzmią też słowa zachęty, jakie napisała na blogu na stronie o sobie: 
Ten blog powstał z potrzeby serca. Postanowiłam podzielić się z Tobą swoim doświadczeniem Boga i doświadczeniem ludzi, którzy spotkali Boga w codzienności swojego życia w wielkim mieście. Bo kiedy Bóg przychodzi do człowieka i robi w jego życiu to, co zrobił w moim, to trudno o tym milczeć i chciałoby się na każdym rogu krzyczeć: On naprawdę jest! Tu i teraz. Bliżej niż myślisz. Kocha nas. Szuka. Chce naszego szczęścia. Nie ma dla Niego rzeczy niemożliwych. Nigdy z nas nie rezygnuje, nawet jeśli my już sami zrezygnowaliśmy. U mnie właśnie tak to się zaczęło. Przyszedł do mojego życia nagle, jak wiatr i zmienił wszystko. Jeśli tu zajrzałeś to uważaj, bo może właśnie dotyka też Ciebie…
Zachęcam do zajrzenia... a może poszukania Boga w wielkim mieście :)

niedziela, 3 maja 2015

Autentyczność a nie bezmyślny barok

Generalnie bardzo mi się podobał GN nr 16/2015, ale w szczególności rozmowa Marcina Jakimowicza z x Wojciechem Węgrzyniakiem pt. "Szczerze mówiąc" (link do zajawki - niestety, od jakiegoś czasu w GN tylko to, kiedyś były teksty w całości, co w kontekście archiwum, nie mówię o numerze bieżącym, było fajne). A skoro jest tylko zajawka, a nie można skopiować, to opiszę po swojemu to, co mnie zaciekawiło w tej rozmowie. 

A mianowicie, x Węgrzyniak podaje fajne z życia przykłady tego, jak to ludzie pokazują, że im zależy na relacji z Bogiem, że się w tę relację angażują, często emocjonalnie, także wtedy, kiedy w sposób autentyczny, szczery... się z Nim wykłócają, czy nawet czasem wściekają. Co rozmówca zestawił z postawą "Pan moim światłem, nie brak mi niczego" podczas Mszy, a potem jednym wielkim narzekaniem na brak w życiu w sumie wszystkiego. Albo takie "Bądź wola Twoja" na Mszy czy w modlitwie, i znowu, oburzanie się w sytuacji, kiedy idzie nie po mojej myśli (czyli zazwyczaj, znając szczególnie malkontentów, ale nie tylko). Te dwie postawy, niby rozmodlenia, cytowania i modlitwy słowami Biblii, to w ocenie x Węgrzyniaka większa bezczelność wobec Boga niż płynąca z serca prosta złość na coś, co mi u Niego nie pasuje - ale bez tej, hm, dwulicowości?

Biblista bardzo trafnie, w mojej ocenie, odniósł się do takiej naszej polskiej mentalności - a to, że z Bogiem to właściwie się nie wypada kłócić, no bo jak... Zestawił to z nauką na pamięć słów modlitwy przez małe dziecko, powtarzanie (pewnie mało zrozumiałe na początku), wyrabiające pewien nawyk modlitwy i rozmowy z Bogiem, ale w konkretnych ustalonych odgórnie formułach i słowach. 

Teraz trochę, a propos tego, ode mnie, dygresyjka - ok, to jest dobre na początek. Tak jak w tej anegdocie, a właściwie przykładzie z reala - kiedy dorosły człowiek klęka przy kratkach konfesjonału i mówi: nie zmówiłem paciorka, kłóciłem się z żoną, powiedziałem brzydkie słowo, na co spowiednik pyta: dobrze, a teraz wymień grzechy. To jest infantylność i płytkość - ale przede wszystkim dramat tej osoby, która sobie z tego sprawy nie daje. Myślę, że w tym kraju jest nas całkiem sporo takich, którzy żyją w błogiej nieświadomości, mniej więcej tak się spowiadając od pewnie tego 7 roku życia, kiedy pierwszy raz do spowiedzi poszli, uznając, że tak właśnie powinno się to robić dalej w dorosłym życiu. Formułki, paciorki, litanijki (żeby nie było - sam lubię nabożeństwa majowe, natomiast lekko odrzucają mnie ludzie, którzy siedzą w kościele i "idą na rekord" z książeczkami w stylu "100 litanii", odmawiając, mam wrażenie, każdą po kolei...). To jest wygodne, to jest dobre na początek - i to jest kompletnie bez sensu w przypadku człowieka dojrzałego. Bo świadczy o wyuczeniu pewnych spraw (choć nie mam prawa oceniać wiary lub jej braku u kogoś), ale nie o prawdziwej relacji z Tym, do którego te słowa płyną. Staram się często uczestniczyć we Mszy Świętej, zdarza się także w nabożeństwach, odmawiać od czasu do czasu coś z liturgii godzin - ale tak na codzień, poza nieodzownym różańcem, to modlę się po swojemu. Bo to jest moje - prośba, marudzenie, tęsknota, poszukiwanie, złość, żal, pustka, dziękczynienie, radość. Wszystko potrafię - i tak samo każdy inny - przedstawić Bogu po swojemu, tylko trzeba chcieć, a nie "odliczyć" Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo i Chwała Ojcu, i z głowy. Kiedyś się nad tym zastanawiałem, a dzisiaj podpisuję się obiema rękami: jak masz poświęcać Bogu czas na odwal, recytować bezmyślnie na odczepne albo z przyzwyczajenia - to nie marnuj czasu, swojego i Jego. Ostro? Może. Ale to ważne sprawy - a niektórzy ludzie w tej materii są kompletnie niepoważni, choć czasami nieświadomie. 

Wracając do rozmowy z x Węgrzyniakiem. Powołując się na Mt 10,14 wskazuje na to, że Jezus kieruje uczniów do tych, którzy chcą ich słuchać - czyli gdy chęci tej nie ma, szkoda czasu na gadanie. Idzie nawet dalej - jeśli nawracanie ci szkodzi, odpuść sam. Gdy zaczynasz się użalać nad swoją bezradnością i bezowocnością w ewangelizowaniu. Kiedy, pomimo najlepszej argumentacji, druga strona jest nieprzemakalna i wydaje ci się przez to, że sam jesteś cieniasem i się nie nadajesz. Bo to jest nie tyle ewangelizacja mniej lub bardziej udana, co dechrystianizacja siebie samego - co jest na rękę Złemu. Prawda rzucona w twarz nic nie da, kiedy przez kontekst sytuacji sam zaczynasz tę osobę nienawidzić - kiedy ja sam się staję przez to gorszy, kiedy nie tyle jestem mało efektywny, co szkodzę (choćby sam sobie). 

Kilka ciekawych myśli, ot, do zastanowienia. 

wtorek, 17 lutego 2015

Against all odds

Z cyklu - piękna muzyka.

Poza tym, że kawałek po prostu uwielbiam i to od dawna (bo i do najnowszych nie należy), to ostatnio zastanawiałem się nad jego tekstem. I wychodzi mi, że bardzo pasuje do... modlitwy człowieka, który uświadamia sobie, że się pogubił - odszedł od Boga, pogubił Jego ślady, a tak naprawdę tylko On jest tym: "the only one who really knew me at all". Do którego tak często trudno jest wrócić, do którego się płacze, któremu tyle jest do powiedzenia. Kłania się św. Augustyn i jego prawda o tym, że dopóki człowiek nie odnajdzie się w Bogu, nie ma prawdziwego pokoju w sercu. 


I bonus - sprawa świeża, tegoroczny cover w/w kawałka, w wykonaniu LemOn i Agnieszki Chylińskiej. Z mojej strony - pozytywne zaskoczenie :)


Take a look at me now, 'cos there's just an empty space
But to wait for you, is all I can do and that's what I've got to face...

niedziela, 13 lipca 2014

Siejeje

Tego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał niektóre [ziarna] padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha! Przystąpili do Niego uczniowie i zapytali: Dlaczego w przypowieściach mówisz do nich? On im odpowiedział: Wam dano poznać tajemnice królestwa niebieskiego, im zaś nie dano. Bo kto ma, temu będzie dodane, i nadmiar mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą również to, co ma. Dlatego mówię do nich w przypowieściach, że otwartymi oczami nie widzą i otwartymi uszami nie słyszą ani nie rozumieją. Tak spełnia się na nich przepowiednia Izajasza: Słuchać będziecie, a nie zrozumiecie, patrzeć będziecie, a nie zobaczycie. Bo stwardniało serce tego ludu, ich uszy stępiały i oczy swe zamknęli, żeby oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli, ani swym sercem nie rozumieli: i nie nawrócili się, abym ich uzdrowił. Lecz szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę, powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło ujrzeć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli. Wy zatem posłuchajcie przypowieści o siewcy! Do każdego, kto słucha słowa o królestwie, a nie rozumie go, przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w jego sercu. Takiego człowieka oznacza ziarno posiane na drodze. Posiane na miejsce skaliste oznacza tego, kto słucha słowa i natychmiast z radością je przyjmuje; ale nie ma w sobie korzenia, lecz jest niestały. Gdy przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamuje. Posiane między ciernie oznacza tego, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne. Posiane w końcu na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je. On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny. (Mt 13,1-23)
Długie, nie da się ukryć. Ale i ciekawe - z jednej strony przypowieść, z drugiej od razu autorska jej wykładnia i wytłumaczenie :)

Bóg nas sobie nie wybiera, nie jest tak, że temu daje więcej, a tamtemu mniej. Inaczej - owszem, zgoda - według tego, co kto potrafi i jakie dostaje talenty do wykorzystania (albo zmarnowania, zależy od osoby). Tylko od każdego z nas zależy, co z tym zrobimy. Podstawą jest to słowo, które On do nas kieruje - przede wszystkim właśnie w liturgii, w Piśmie Świętym. Źródło, początek. Nie mówi raz, dwa razy - a potem odpuszcza, przerażony tępotą albo ignorancją słuchacza. To ziarno sypie się praktycznie stale, ciągle na nowo - licząc, że ja i ty je zauważysz. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie - sieje do skutku, tylko w wypadku niektórych ludzi naprawdę jest z tym sporo roboty. 

Ziarno na drodze to pierwsza skrajność - zero, nic, nie zdąży ani nie ma jak zapuścić korzeni, bo pusto, tępo, bezmyślnie, albo i z założenia na "nie", więc Zły przychodzi i robi swoje, w tym wypadku skuteczniej od naszego Siewcy. Potem ziarno rzucone na skały - niby jest jakiś punkt wyjścia, jakaś gleba, ale to wszystko jakoś tak dziwnie się dzieje, że słomiany zapał okazuje się być niewystarczający - to, co dobrego mogło by zaistnieć, ledwo się zaczyna, a już się kończy. Ziarno rzucone między ciernie to jakby kolejny etap - tu już warunki są lepsze, trzeba by się postarać, żeby zaowocować, wysilić się, znaleźć wolę walki, żeby nie dopuścić do zasłonięcia Źródła, tego światła, żeby Zły nie przesłonił Boga, nie odwrócił uwagi od Niego. 

Wreszcie - ideał - żyzna ziemia i w efekcie plon. Nie jest powiedziane: według miary, pod linijkę, każdy musi tak samo zaowocować; wręcz przeciwnie, nawet Jezus wprost mówi, że "rozrzut" pomiędzy miarą tych plonów był sporny skoro od 30% do 100%. Ale był wysiłek, była praca, pewnie wyrzeczenia, starania - i jest wtedy efekt, na miarę możliwości tego, który się starał, raz mniej a raz bardziej. 

Tak to ma wyglądać, bo do tego jesteśmy wezwani. Nikt za nas tego wysiłku nie włoży - albo zrobię to ja, albo te ziarenka Bożej łaski zasiane w sercu po prostu szlag trafi. Mogę się buntować, tłumaczyć, że warunki nie takie itp. To bez znaczenia. Bóg te ziarenka składa w moje i tylko moje ręce - więc nikt inny nie odpowiada za ich zmarnowanie, albo sensowne spożytkowanie. 

niedziela, 4 maja 2014

Moje własne trudne Emaus

Tego samego dnia dwaj z nich byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. On zaś ich zapytał: Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze? Zatrzymali się smutni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało. Zapytał ich: Cóż takiego? Odpowiedzieli Mu: To, co się stało z Jezusem Nazarejczykiem, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. Tak, a po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. Nadto jeszcze niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli. Na to On rzekł do nich: O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały? I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego. Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił. Wszedł więc, aby zostać z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał? W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi. Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak Go poznali przy łamaniu chleba. (Łk 24,13-35)
Po raz kolejny powraca obrazek z dialogiem, jaki miał miejsce na drodze do Emaus. Trzeba powiedzieć wprost, najprawdopodobniej ci uczniowie nie mieli zbyt dużo powodu do dumy - ich działanie należało by nazwać najzwyczajniej ucieczką. Jezus umarł, zabity na krzyżu, nie mieli czego szukać w Jerozolimie, może wracali do domu?

W kontekście tego tematu jak zwykle polecam świetną benedyktyńsko-dominikańską książkę "Męskie myślenie" z jej fantastycznymi refleksjami o życiu, z powracającym motywem właśnie wędrówki uczniów do Emaus. 

To jest takie bardzo ludzkie... i moje. Zwątpienie, uszło powietrze, brak chęci, perspektyw, sensu, wszystko się rozwaliło i nie wiadomo, co ze sobą zrobić. Nie chodzi o użalanie się nad sobą - czasami tak bywa, że jak się wali, to po całości. Oni uciekali do Emaus - ja np. dzisiaj nie bardzo w ogóle miałem ochotę (o ile można się tak wyrazić) iść na Mszę. Wściekły, wkurzony, poirytowany, zmęczony pewnymi sprawami... Czego ja tam szukam? Nie, nie idę z przyzwyczajenia - po prostu czuję, że stamtąd płynie spokój, tam można wiele rzeczy poukładać, ochłonąć, zasłuchać się i przy okazji posłuchać tego, co może po części być odpowiedzią. Czasami nie wiem dokładnie, po co - ale idę. Proza życia, po prostu. I w takim miejscu - i za nimi tam, na drodze, i na mojej drodze życia - incognito jest i towarzyszy Jezus, jako przypadkowa i nierozpoznana osoba. Ktoś mógłby powiedzieć - no szczyt! Nie dość, że tamci dwaj pewnie Go znali po ludzku, kiedy nauczał (wow! poznać Syna Bożego, przebywać z Nim, to jest to!), a ja z kolei mam sakramenty, Pismo Święte, 2000 lat tradycji i nauczania Kościoła, obfitującego cudami i znakami Boga "tak! ja tu ciągle jestem i nie zostawię was!" - i dalej nie wystarczy. I mimo tego są kryzysy, zwątpienia, upadki. 

On nie odpuszcza. Najpierw dyskretnie, z boku - niby to zapytał, słucha, o czym mówią, wsłuchuje się jednak przede wszystkim w głos serca. Dociera łatwo do sedna - "a myśmy się spodziewali...". Znowu ten sam problem: Bóg nie dał się skroić na moją dziwną miarę. Dlatego przechodzi do ataku - zaczyna sam mówić, pewnie dość łopatologicznie tłumaczy, po raz kolejny wyjaśnia, układa to w głowach. Przemierza indywidualną drogę do serca tego, który Go pyta - ja, ty, ktokolwiek, kiedykolwiek. Przez ten cały syf, lęk, strach, zagubienie, bezsensowne decyzje czy nieprzemyślane wybory - prowadzi pod swój krzyż, ale nie zostawia tam człowieka, i pokazuje mu dalszą drogę: pusty grób i zmartwychwstanie. Człowiek jest jak nowy, kiedy odkrywszy po swojemu tę prawdę - odkrywa prawdę o Tym, który mu ją objawił, który sam jest Prawdą i jej jedynym źródłem. 

To nie jest tak, że nagle znikają problemy, świat staje się różowy, kolorowy, ptaszki ćwierkają i wszystko jak ta manna spada z nieba, tylko brać. Nie ma lekko. Bóg temu wszystkiemu, co ludzkie - nie: złe, ale moje, nasze, codzienne, przyziemne - nadaje nowy wymiar, nowy sens, ukazując szerszą perspektywę i dając obietnicę, wobec której blednie to wszystko tutaj, dobre czy złe. To tylko przedsmak, przedsionek. Jezus mówi wyraźnie - dasz radę, przyjdź tylko i posil się tym, co Ja wszystkim zostawiłem, także dla Ciebie. Wtedy oczy się otwierają - przy geście łamania chleba, w momencie podniesienia podczas Mszy Świętej - to On! Jeden, ten sam, zabity ale żyjący, zwycięski! 


Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił. Nie tylko dzisiaj, tu i teraz, ale na każdy kolejny dzień, ile by ich być miało. Zostań przede wszystkim w tym, co najbardziej jest dla mnie trudne i bolesne. Zostań i bądź przede wszystkim w tym, czym ja najbardziej ranię i sprawiam ból i smutek innym - żebym się opanował. Zostań i daj siłę i cierpliwość w tym, co najbardziej wyprowadza z równowagi, czego nie potrafię sam ogarnąć, opanować i okiełznać. Nadaj sens temu wszystkiemu, co najtrudniejsze, gdzie muszę wybierać w sprawach najważniejszych. 

Bądź jak ten cichy głos, zawsze choćby z tyłu głowy, może ledwie słyszalny - ale bądź. Nie pozwól się zagłuszyć. Nie pozwól, żeby moje zachcianki, misternie układane plany, namiętności i ambicje doprowadzały do tragedii - mnie albo innych. Jeśli trzeba - szturchnij, popchnij, walnij w łeb - ale skieruj w tym najlepszym, choć jak często dla mnie niezrozumiałym, kierunku. Wiem, że ja bardzo wiele nie rozumiem, ale może kiedyś sam docenię, że jesteś, byłeś i ciągle będziesz, kierujesz i pomagasz - a wszystkie porażki to efekt mojej zbytniej pewności siebie, głupoty, arogancji, bezmyślności. 

Na koniec kapitalna myśli o. Krzysztofa Popławskiego OP, z w/w książki:
Chodzi po prostu o to, że wszystko, co się w życiu dzieje, ma swój sens, i nie uciekając od niczego, wszystko można położyć przed Bogiem. O pewnych etapach historii swojego życia nie trzeba zbyt długo pamiętać czy też czegoś wyciągać, gdy już udało się uporządkować pewne rzeczy. Trzeba pamiętać, że my jako my realizując różne powołania, całą tę historię mamy w sobie, i cała ta historia należy do Boga. 

niedziela, 3 marca 2013

Nieużytki

W tym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie. I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć. (Łk 13,1-9)
Właściwie ten tekst można by skrócić do zdania: Bóg nie chce śmierci grzesznika, lecz żeby się nawrócił i żył (Ez 33,11). I to nie będzie w żadnym wypadku nieuzasadnione uproszczenie, a po prostu sedno. My jednak tego nie rozumiemy, bo z niezrozumiałych przyczyn zawsze zakładamy, że wiemy lepiej, co "kombinuje" Bóg, że go rozszyfrowaliśmy. Bezinteresowna miłość Boża nie mieści się w ludzkich kalkulacjach, więc po prostu najłatwiej jest ją zanegować i wyśmiać, a swoje robić dalej. 

Te słowa, które dzisiaj padają z ust Jezusa, to nic innego jak kolejny dowód na fakt, iż Bogu po prostu zależy na człowieku i to w sposób absolutny.  Lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie - to żadna pogróżka i zastraszanie, a ostrzeżenie. Zrobisz, co zechcesz - ale wszystko będzie twoje, włącznie z konsekwencjami tego czynu (uproszczona wersja: róbta, co chceta, tylko się potem nie dziwta). Tylko dla tej miłości, z jej powodu, czeka jak ten przysłowiowy Ojciec na syna marnotrawnego. Ok, mógłby ktoś powiedzieć, więc w czym problem? Skoro kocha i czeka - to będzie dalej kochał i poczeka jeszcze trochę, nie? No właśnie nie. Wystarczy przyjrzeć się grzechom przeciwko Duchowi Świętemu - ostatni to "odkładać pokutę aż do śmierci". Odrębnym i to wyjątkowo ciężkim grzechem jest bowiem igranie z Bogiem - znajomość tego, co wskazuje, i całkowite świadome tego lekceważenie i odkładanie na później. Efekt? Tradycja Kościoła mówi o wiecznym potępieniu... Pytanie - jak je rozumieć; ja całym sercem wierzę w teorię o. Wacława Hryniewicza OMI, czyli tzw. "puste piekło" rozumiane jako to, że człowiek w najgorszym wypadku odbywa karę w ramach przebywania w czyśćcu, aby ostatecznie (nie wiemy, po jakim - czasie? - trafić w kochające ramiona Ojca). Czyli karą jest to, że już po śmierci człowiek, świadomy swojej małości, pokutuje i czeka w czyśćcu, co samo w sobie ma być karą wobec świadomości, że musi to znosić. 

Jezus mówi wyraźnie - nie ma co się oglądać na innych, łatwo mówić: tych to Pan pokarał (jak to było z uzdrowionym, którego kalectwo "miało być" uznane za karę Bożą za... grzechy jego rodziców); wielki, zły mściwy i krwawy Bóg - to jest obrazek, który wyjątkowo łatwo przychodzi. W tych sprawach jesteśmy specjalistam i fachowcami, każdego potrafimy ocenić, podsumować, zaszeregować, nazwać przewinienie. Tylko jakoś ten cały obiektywizm ucieka, kiedy przychodzi do rozliczenia siebie. Okoliczności łagodzące znajdą się wszelkie możliwe, a nawet jak ich nie ma, trzeba sobie tylko dorobić teorii. Tylko że przed Bogiem to tak nie działa. 

Kto jest rośliną, winoroślą, a kto właścicielem ogrodu z dobrym sercem ogrodnika - tu chyba nikt wątpliwości nie ma. Warto zwrócić uwagę - On nie tylko czeka bezczynnie, licząc na nasze opamiętanie. Móglby grzeszników ukarać choćby i teraz, gdyby chciał. U jendego te dosłownie trzy lata, u innych trzynaście, trzydzieści albo i więcej lat puka do serca, i odbija się od niego. Zero owoców, tylkio wyjaławia miejsce, w którym inny te owoce przyniósł by już kilka razy. Ale mimo wszystko - niech nadal rośnie, dam mu szansę, będę pielęgnował.  

Cierpimy nie dlatego, że "Bóg tak chce", tylko z powodu błędnych wyborów i decyzji, które prowadzą nas w taką a nie inną stronę. Na własne, mniej lub bardziej świadome, życzenie. Bóg nas na grzech nigdy nie skazał - już w Edenie wszystko stało się przez ludzką uległość wobec Złego, przez ego Adama i Ewy - i tak to się toczy dalej. Bóg nie odpuścił - po to przyszedł Jezus, którego 40 dni na pusty, później mękę, śmierć i zmartwychwstanie w tych dniach upamiętniamy i wspominamy, który z miłości przez krzyż przekroczył bramy śmierci jako jej ostateczny Zwycięzca. Otwarta brama, szansa dla każdego. 

Tylko że trzeba jeszcze chcieć z niej skorzystać. 

czwartek, 3 stycznia 2013

Pasterski cud przemiany

Kilka noworocznych życzeń ode mnie. 

Żeby ten 2013 nie był gorszy, a najlepiej - lepszy. Żeby szczęście odbijało się w naszych oczach jak najczęściej, a wszelkie zło i problemy stanowiły szybko zapominane epizody. Pomysłów, wiary w siebie i nie tylko w siebie, pozytywnego nastawienia do tego, co przed nami. Umiejętności budowania, tworzenia, a nie niszczenia. I bycia po prostu szczęśliwym, będąc zwyczajnie sobą. 

>>>
Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki. (Łk 2,16-21)
To tylko kawałek (noworoczny) Łukaszowego opisu Narodzenia Pana. Jednak ukazuje to, co najważniejsze - wytrwali ludzie odnajdują Boga, choć w zupełnie niespodziewanych i dziwacznych jak na Króla okolicznościach. Kiedy usłyszeli anielskie zwiastowanie narodzenia Mesjasza - mogli je olać, po prostu zignorować i dalej robić swoje, doglądając stada. Ale ich serca już wtedy pałały, wiedząc, że zupełnie przypadkiem oni, prości pasterze, stają przed czymś, co jest większe i o wiele bardziej niesamowite niż cokolwiek, co było czy będzie ich udziałem kiedykolwiek, że stają się świadkami wydarzenia "od patriarchów wyczekiwanego", jak śpiewamy w jednej z kolęd.

Bóg przychodzi do człowieka jako człowiek, i tak naprawdę jedyne, co człowiek musi zrobić, aby ten dar docenić, wykorzystać i na niego odpowiedzieć - to zrobić krok w kierunku Boga, zbliżyć się do Niego, odpowiedzieć na zaproszenie do betlejemskiej stajenki, i nie zatrzymać się w zachwycie, ale wejść dalej, i oddać hołd Królowi królów. To może być dziwne - jak było dziwnym dla tych, którzy słuchali tego, co pasterze im opowiadali o objawieniu, którego doznali, i które zaprowadziło ich do Jezusa - tak samo, jak przez pół ówczesnego świata prowadziło trzech mędrców.

Tak naprawdę w życiu tych prostych ludzi nie zmieniło się nic - nadal byli tym, kim byli, z faktu, że byli jednymi z pierwszych, którzy widzieli Pana nie wypłynęła na nich żadna nobilitacja, bogactwo czy wywyższenie, dalej paśli swoje stada. A jednak - w sercu zmieniło się wiele, bo odtąd zamieszkał tam Bóg-Człowiek, zostali napełnieni łaską Boga jako świadkowie Tego, który przyszedł wybawić wszystkich. Maleńka Miłość położona w żłobie dokonała pierwszego cudu, tego, którego dokonywać będzie najczęściej - cudu przemiany ludzkich serc. 

niedziela, 30 grudnia 2012

Niech ta moc będzie z wami

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Pojawił się człowiek posłany przez Boga Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości. Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali - łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył. (J 1,1-18)
Prolog ostatniej, jakże innej od pozostałych ewangelii Jana. Słowa, które w tych dniach jest okazja usłyszeć dwukrotnie - najpierw ci, którzy w dniu Narodzenia Pańskiego byli na Mszy w ciągu dnia lub wieczorem (nie na pasterce ani o świcie), ale też każdy, kto wybierze się na Mszę jutro, w ostatnim dniu kalendarzowym roku. Pozorna gra słów, o jakże głębokim znaczeniu. Chrystus jako Słowo wcielone, będące od początku z Boga i będące jednocześnie tym samym Bogiem. Praprzyczyna, siła sprawcza, życie wszystkiego, jedyna światłość. 

Nic dziwnego, że Jan odnosi się do... swojego imiennika, a Jezusowego kuzyna - Chrzciciela. Przecież współcześni im to właśnie Jana Chrzciciela uznali za Mesjasza, czemu ten musiał zaprzeczać, co uczynił wprost, nazywając się "głosem wołającego na pustyni" (Mt 3, 2), powołując się na "większego od siebie, któremu nie jest godzien zawiązać sandałów u nóg" (Mt 3, 11). Tutaj mamy podane wprost - nie Światłość czyli Mesjasz, ale posłany, aby Go wprost zapowiedzieć, wybrany spośród proroków do spięcia klamrą Starego i Nowego Przymierza, do wskazania ludziom Tego, na którego czekają - Światłość oświecającą, co prawda, wszystkich, ale mogącą oświecić naprawdę dopiero tego, który tego oświecenia szuka i pragnie, a z tym - jak wiemy -  już gorzej. 

Właśnie paradoks stajni betlejemskiej najlepiej opisują słowa - Bóg przychodzi do swojej własności, która Jego boskość skrytą pod postacią noworodka po prostu odrzuca, nie przyjmuje. Słowo stało się ciałem, można by powiedzieć, jakby na darmo, w ubóstwie, skrajnej nędzy, między pospólstwem i bydłem, na dodatek z żądnym krwi Herodem na karku. A jednak - to, że Słowo zamieszkało między nami nie umknęło uwadze wszystkich - są mędrcy, są pasterze, są chóry anielskie. Ci, którzy Boga chcą odnaleźć i zauważyć, nie zważając na pozory, dostępują tej wielkiej łaski powitania Króla Królów w Jego ziemskiej ludzkiej postaci. Chwała (na wysokości) Bogu - a na ziemi pokój ludziom dobrej woli; im właśnie. 

Ks. Artur Stopka udostępnił w tych dniach świetny obrazek. Nawiązanie do sagi Georga Lucasa jest bardzo na miejscu w kontekście użytego przez ewangelistę sformułowania - bardziej niż powszechnego. "Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi" - zatem i ja przyłączam się do życzeń, aby moc była z nami wszystkimi; nie żadna inna, żadna gwiezdna, z żadnej bajki - po prostu ta moc, którą przyniósł nam w darze, w prezencie na swoje urodziny, Syn Boży. Niech ta moc będzie z wami

>>>

Warto przytoczyć, tym bardziej że to słowa anglikańskiego zwierzchnika tejże wspólnoty, abp. Rowana Williamsa, z tegorocznej liturgii bożonarodzeniowej w katedrze w Canterbury:>
Jesus does not come just to answer the questions we think important … he does not come to give us a set of techniques for keeping God happy; and he certainly doesn't come to create a harmlessly eccentric hobby for speculative minds. He comes to make humanity itself new, to create fresh possibilities for being at peace with God.
>>>

I kilka świetnych zdań (końcówka w zasadzie) z "Bieganiny za miłością" ks. prof. Jana Kracika z świątecznego TP (dziwne, nie znalazłem na www tej części, tylko dość pocięte cytaty). Cały numer polecam - np. także świetny dialog Turnaua z Mancewiczem, albo opowieść o Jerozolimie jako mieście wiecznego adwentu. Ale do rzeczy:
W liturgii drugiego dnia świąt współistnieją słodkie kolędy i wspomnienie załtuczonego Szczepana. Także duchowe narodziny Chrystusa w ludzkim życiu - czyli rozpoznanie i przyjęcie Boga przychodzącego w sposób często nieoczekiwany, betlejemski - miewają miejsce o dowolnej porze roku. Przeżywanie bożonarodzeniowego wydarzenia w kościelnej wspólnocie sprzyja przyjęciu Jego przesłania, ale nie zastąpi przecież osobistej decyzji uczestniczenia w misterium spotkania z Nowonarodzonym.
Przeszłości nie zmienimy, przyszłości nie znamy. To dziejąca się nieustannie teraźniejszość woła o betlejemskie światło, o wytrwałe nawroty ku dobru, o ludzi cierpliwej przemiany. Jest w tym wołaniu i krzyk tęsknoty za listonoszem nadziei. Niesie ją innym ten, kto zaczyna od siebie. Chrześcijanin myśli o przemianie własnego serca nie w kategoriach osobistego wyczynu, lecz współdziałania z Tym, który - choć dawno już przyszedł - jest ciągle nie dość intensywnie obecny w szopie ludzkich myśli, mowy i uczynków.
To właśnie tam odbyć się ma raz jeszcze Boże Narodzenie. Ciągle na nowo potrzebne i prawdziwe - mimo pakowania go przez wielu w sentymentalizm, folklor czy kicz.  
Czego, za autorem, wszystkim nam życzę - na to po-świętach i nadchodzący pojutrze nowy 2013 rok.

I - mała prośba w imieniu całej naszej trójki - o zdrowie, bo z tym krucho (ja na zwolnieniu od 10 grudnia...), bo reszta nam naprawdę niepotrzebna, a póki co wszyscy chorujemy :/

poniedziałek, 17 września 2012

Kim ja tak naprawdę dla ciebie jestem

Potem Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: Za kogo uważają Mnie ludzie? Oni Mu odpowiedzieli: Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków. On ich zapytał: A wy za kogo mnie uważacie? Odpowiedział Mu Piotr: Ty jesteś Mesjasz. Wtedy surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili. I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa. Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. Potem przywołał do siebie tłum razem ze swoimi uczniami i rzekł im: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je. (Mk 8,27-35)
Może się wydawać, że te pytania Jezusowe słyszeliśmy już milion razy. No, milion to nie, ale kilka razy w roku - jak ktoś chodzi regularnie do kościoła - to na pewno. Natomiast to pytanie bardzo ważne, choćby dlatego, że problem i dzisiaj jest aktualny. Wtedy, kiedy On je zadawał, jako Bóg-Człowiek chodził pomiędzy ludźmi, mogli się wręcz namacalnie przekonać, kim był. I co? I tak "pudłowali" - że to Jan Chrzciciel (przecież zabity...), że to Eliasz (przecież kilkaset lat wcześniej porwany przez niebiański rydwan), albo którykolwiek z proroków.

Nie jest przypadkiem to, że Jezus w swoim pytaniu skupił się na tym, kim jest dla tych Jemu najbliższych. Ludzie różne rzeczy gadali, gadają i będą gadać - tak samo wtedy, jak i dzisiaj. Stąd to podkreślenie: a WY za kogo mnie uważacie? Tu ewangelista Marek przytacza słowa o Mesjaszu, w innej wersji można usłyszeć także dopowiedzienie: Syn Boga żywego. A jednocześnie ten, który tak dobrze odpowiedział, chwilę później został mocno sponiewierany przez Jezusa. za swoje zbyt ludzkie Jego postrzeganie - oby tylko był blisko, był z nimi, wtedy będzie ok. A misją Jezusa nie było dożycie sędziwej starości, a zapoczątkowanie czegoś wspaniałego, co oni sami - apostołowie - mieli na własną rękę kontynuować, samodzielnie, we własnym imieniu. I Piotr, i pozostali pewnie też, bali się tego, byli bezradni, zbyt mało rozumieli - wystarczy wspomnieć, że dopiero jak Zmartwychwstały sam im wszystko wyjaśniał - choćby na drodze do Kafarnaum - wtedy zrozumieli, że właśnie w tych słowach zapowiadał to, co się miało stać, swoje cierpienie, śmierć i zmartwychwstanie.

Trzeba się zadeklarować. Za, albo przeciw. Tak - czasami zaprzeć. Zaprzeć, żeby zwyciężyć, żeby zachować to, co najcenniejsze. A nam się tak często wydaje, że wystarczy być "porządnym katolikiem". Pójść co niedzielę do kościoła (w wykonaniu niektórych - stanie przed kościołem z telefonem w garści), mniejsza o to czy w ogóle słuchać co tam mówią, do spowiedzi też (no, conajmniej jak "uszczęśliwią" rolą świadka do bierzmowania, chrzestnego), kolędę - "siła wyższa", żeby problemów przy chrzcinach, komunii czy pogrzebie nie robili - wpuścić. Dobra, tyle zniosę, masz - Panie Boże - zobacz, jaki jestem dla Ciebie hojny i porządny. Guzik prawda. A potem? Ile nienawiści, zazdrości, zawiści w pracy, w szkole, na uczelni, ciągła gonitwa w której wszystkie chwyty dozwolone - a której od najmłodszych lat uczymy dzieci, priorytet tego, aby mieć (jak najwięcej, jak najlepsze, jak najnowsze, martkowe, bajeranckie, wypasione). Życie w jednym domu, ale osobno - każdy z nosem w swoim telefonie, komputerze czy przez telewizorem. Brak szczerości, oszukiwanie, kombinowanie, zdradzanie, potem bezsensowne zapętlanie się w spirali własnych wyrzutów sumienienia.

Tak się nie da. Wóz albo przewóz. Nie można zjeść ciastka i mieć ciastka. Jeśli Jezus cokolwiek dla ciebie znaczy - bądź na tyle szczery, żeby miało to jakieś odzwierciedlenie w tym, co i jak robisz. Lepsza autentyczna bezradność wobec zwalczanych słabości, których jesteś świadomy, niż udawana i odgrywana na zewnątrz katolicka porządność. Bóg nie uzdrowi tego, kto tego nie chce - stanięcie w prawdzie o sobie, nawet najtrudniejszej, to jedyny możliwy początek.

>>>

Dwie prośby, intencje: wczoraj widziałem się z mamą, bardzo źle wygląda, ma problemy z oddychaniem i mówieniem (a lekarze co? leki przeciwzakrzepowe - kiedy tu potrzebna diagnoza, co zalega w płucach!), w jej intencji, żeby podleczyli ją, bo w tym stanie to ja żadnej radiologii nie widzę... No i ten mój czwartkowy poranny egzamin, tak na marginesie.

niedziela, 2 września 2012

Maryjna dyskrecja i spostrzegawczość

Spóźnione praktycznie o tydzień myśli kilka o Wniebowziętej.

Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: «Nie mają już wina». Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja2?» Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie». Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń4, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: «Napełnijcie stągwie wodą!» I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: «Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu!» Oni zaś zanieśli. A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem - nie wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli - przywołał pana młodego i powiedział do niego: «Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory». Taki to początek znaków5 uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie. (J 2, 1-11)
Maryja jest w tym obrazie wzorem matki troskliwej, która zauważa sprawy umykające uwadze mniej zatroskanych i zainteresowanych, zaangażowanych. Tamtym w Kanie o włos zabrakło wina, i była by niezręczna sytuacja na weselu. Patrząc na popularny swego czasu program Co mnie gryzie można by stwierdzić, że brakuje nam wszystkiego - a to zdrowia, pieniędzy, przyjaźni, spełnienia, sensu, spokoju, udanych wakacji. Każdy coś doda od siebie. Czasami warto spojrzeć na samego siebie z perspektywy drugiego człowieka - jak uczyniła to Boża Matka - i w ten sposób dostrzec, czego naprawdę potrzebuję. A może się okazać, że sam fakt tego, że czasem ktoś moją potrzebę zauważy i zatroska się tym, sprawi iż poczuję się choć trochę lepiej. 

Maryja jest uparta, to nie ulega wątpliwości. Jak ta niewiasta, która szła za Jezusem i łapała za jego szatę, a potem dyskutował z Nim. Jak niewidomy, którego uciszali, kiedy wołał za Jezusem, aby go uleczył. I jak tylu innych. To błogosławiony upór. Można pomyśleć, że Jezus ją zbył - może po prostu nie uważał, aby nadszedł czas na manifestację Jego siły i mocy, nie chciał się wychylać? Maryja miała świadomość, że On wie, co poleca sługom - to były słowa z jednej strony do nich, ale także zrozumiały znak dla Jezusa. Pomóż, bo bez Ciebie będzie bieda. Przy okazji, to bardzo dobry dowód dla wszystkich, którzy uważają, że dla Boga szkoda czasu, bo on go dla nas i tak nie ma - jak widać, ma, tylko najpierw trzeba się do Niego zwrócić. 

Bóg może wszystko, ale pragnie ludzkiej współpracy. To, że Jezus zamienił wodę w wino, a nie wyczarował od razu wino i stągwie, jest znamienne. Bóg szuka u człowieka współpracy, pragnie aby człowiek choć trochę Mu zaufał. Stąd te słowa, aby słudzy napełnili stągwie wodą. Pytanie brzmi - czy ja pozwolę, aby woda moich wątpliwości, win, słabości i bojaźni zamieniła się w mocne Bogiem wino? Nie bez powodu to pierwszy Jezusowy cud, w pewnym sensie początek. I nie przypadkowo dokonany właśnie na weselu, a więc kontynuacji uroczystości ślubnej. To Boże zaproszenie, aby człowiek razem z Nim na nowo rozpoczynał. 

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Krzykacz żąda - Bóg się zgadza

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej książce, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31)


Mój imiennik w roli głównej. Cóż, nie ma się co dziwić - sam do niedowiarków pewnie należę w jakimś sensie. Niby wierzący, ale... Coś w człowieku jest, że próbuje wszystko sobie przełożyć "z Bożego na nasze", wytłumaczyć po swojemu, zaszufladkować. Szkoda, że najczęściej sporo się przy tym miesza, a w efekcie zmienia się sens. 

Tym razem narrator natchniony nie mówi nic o obawach uczniów - poza tym, że bali się tych, którzy cały czas szukali po ulicach i zaułkach Jerozolimy ludzi, którzy "wykradli ciało Jezusa", jak to zapobiegliwie arcykapłani raczyli porozpowiadać po mieście. Co więcej - uczniowie radują się, i to widząc rany Zbawiciela! To samo, co kilka dni wcześniej ich odstraszało, tak że tylko Jan doszedł pod krzyż, teraz motywuje i utwierdza, że to żaden duch, a po prostu ich Pan. Stąd ta radość, radość prawdziwa. Bo jak można czegokolwiek się bać, gdy stoi przed tobą Ten, którego nawet śmierć nie była w stanie powstrzymać? 

Jezus na pewno nie rzuca słów na wiatr, ani też nie powtarza się bez celu. To podwójne "Pokój wam" ma bardzo konkretny sens i brzmienie. Pokój wam - bo to wy tak drżeliście, was ogarniał strach, wy pouciekaliście, za wami musiałem iść nawet do Emaus i wyjaśniać wszystko jeszcze raz, to mnie szukaliście między tkaninami w pustym grobie. Pokój wam - bo tylko ten prawdziwy, od Boga pochodzący pokój, który wam przynoszę, może pomóc objąć sercem i umysłem ogrom wydarzeń, jakich byliście świadkami, jakie doprowadziły do tego, że jestem z wami. Tylko z tym pokojem chrześcijanin może w twórczy sposób wykorzystać Bożą łaskę - "niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie, mój Boże". Pokój z jednej strony dany, ale i zadany jako podstawa, obok wiary, nadziei i miłości. Tylko taki pokój może przedrzeć się przez zamknięte drzwi ludzkich serc, nawet tych które kiedyś było stać na ryzyko zawierzenia, a później gdzieś, coś się poplątało, i dzisiaj trwają w świecie bez celu i sensu, a Ten, który może im je nadać, jest tuż obok. Tylko taki pokój może zamknięte ludzkie serca otworzyć... na inne zamknięte serca, uzdolnić je, aby ich głos otwierał serca innych ludzi.  

Dla mnie to te słowa są pierwszym posłaniem uczniów, takim dojrzałym, rozesłaniem ich samodzielnie, już bez Jego fizycznej obecności - wydarzeniem, które jakby się dopełniło w momencie Wniebowstąpienia. Wtedy rozesłał ich jakby ostatecznie - ale Jezus wysłał ich już tutaj, mówi to wprost. Nie sam swoją mocą, ale w imię Boga Ojca - jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam - aby szli i kontynuowali to dzieło, które On rozpoczął. 

Euforia - widzieliśmy Pana! I wtedy na scenę wchodzi czarny charakter - Tomuś. Jezus? Taak? A skąd ja mogę wiedzieć? Czemu zaufać? Przecież widziałem - zabili Go, a Józef pochował. Czemu mam uwierzyć? I za tym - szereg warunków pt. "uwierzę, o ile...", co narrator dość dokładnie opisuje z anatomicznego punktu widzenia jako wkładanie ręki do boku czy dotykanie ran po gwoździach. I znowu, Bóg robi coś, czego kompletnie nie rozumiem, czego robić na pewno nie musiał. Dostosowuje się. Krzykacz żąda - Bóg się zgadza. Jezus przychodzi ponownie, wręcz sam zaprasza Niedowiarka, podtyka mu pod nos ręce i nogi, pokazuje bok. Jest w tym działaniu Boża logika - bo człowiek klęka i wyznaje wiarę w Boga dzięki temu, co zobaczył. Pan mój i Bóg mój. 

My mamy, w tym sensie, nieco trudniej. Jego fizycznie nie ma między nami (choć Joanna Bątkiewicz-Brożek z GN w pewnym sensie - i słusznie - kwestionuje, warto przeczytać, zdarza się że Jezus sam robi wyjątki i rzuca się, dosłownie, człowiekowi w oczy). Nie ma to jednak znaczenia. Objawienie jest kompletne. Pan Bóg nic nowego nam już nie powie, co najwyżej będzie się przypominał. Cały ten depozyt mamy złożony w swoje ręce. Po co? Żeby sięgnąć po błogosławieństwo dla tych, którzy - choć nie widzieli - to uwierzyli.

Przychodzisz, Panie, mimo drzwi zamkniętych,
Jezu Zmartwychwstały ze śladami męki.
Ty jesteś z nami, poślij do nas Ducha,
Panie nasz i Boże uzdrów nasze życie.

czwartek, 29 marca 2012

Szukanie Kogoś, kto Jest

Jezus powiedział do faryzeuszów: Ja odchodzę, a wy będziecie Mnie szukać i w grzechu swoim pomrzecie. Tam, gdzie Ja idę, wy pójść nie możecie. Rzekli więc do Niego Żydzi: Czyżby miał sam siebie zabić, skoro powiada: Tam, gdzie Ja idę, wy pójść nie możecie? A On rzekł do nich: Wy jesteście z niskości, a Ja jestem z wysoka. Wy jesteście z tego świata, Ja nie jestem z tego świata. Powiedziałem wam, że pomrzecie w grzechach swoich. Tak, jeżeli nie uwierzycie, że Ja jestem, pomrzecie w grzechach swoich. Powiedzieli do Niego: Kimże Ty jesteś? Odpowiedział im Jezus: Przede wszystkim po cóż jeszcze do was mówię? Wiele mam o was do powiedzenia i do sądzenia. Ale Ten, który Mnie posłał jest prawdziwy, a Ja mówię wobec świata to, co usłyszałem od Niego. A oni nie pojęli, że im mówił o Ojcu. Rzekł więc do nich Jezus: Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że Ja jestem i że Ja nic od siebie nie czynię, ale że to mówię, czego Mnie Ojciec nauczył. A Ten, który Mnie posłał, jest ze Mną: nie pozostawił Mnie samego, bo Ja zawsze czynię to, co się Jemu podoba. Kiedy to mówił, wielu uwierzyło w Niego. (...) Jezus powiedział do Żydów: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli kto zachowa moją naukę, nie zazna śmierci na wieki. Rzekli do Niego Żydzi: Teraz wiemy, że jesteś opętany. Abraham umarł i prorocy - a Ty mówisz: Jeśli kto zachowa moją naukę, ten śmierci nie zazna na wieki. Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Abrahama, który przecież umarł? I prorocy pomarli. Kim Ty siebie czynisz? Odpowiedział Jezus: Jeżeli Ja sam siebie otaczam chwałą, chwała moja jest niczym. Ale jest Ojciec mój, który Mnie chwałą otacza, o którym wy mówicie: Jest naszym Bogiem, ale wy Go nie znacie. Ja Go jednak znam. Gdybym powiedział, że Go nie znam, byłbym podobnie jak wy - kłamcą. Ale Ja Go znam i słowa Jego zachowuję. Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień - ujrzał /go/ i ucieszył się. Na to rzekli do Niego Żydzi: Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś? Rzekł do nich Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham stał się, Ja jestem. Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni. (J 8,21-30;51-59)
Skleiłem w jedno, 2 teksty z wtorku i z dzisiaj. 

Jezus tłumaczy faryzeuszom - niby tym mądrym - wręcz łopatologicznie. A oni - nic nie rozumieją, czy może raczej podchodzą do wszystkiego po ludzku, starając się przetworzyć Jego słowa jedynie w ludzkim kontekście. Mówi, że gdzieś idzie i że my za Nim pójść nie możemy - samobójca jeden. No to zaczyna tłumaczyć jeszcze bardziej łopatologicznie, o ile się da. Wy z ziemi, ludzcy do bólu - ja też człowiek, ale równocześnie Bóg, z Wysoka. Wszyscy biegamy po świecie - jednak wy, zwykli ludzie, jesteście w nim zbyt zakorzenieni. 

Pan nie grozi tak po prostu śmiercią. To swego rodzaju proroctwo skierowane do tych wszystkich, którzy szukają tak, aby nie znaleźć. Niby to szukają, a właściwie robią swoje. W wielu sprawach może to mieć jakiś sens - w poszukiwaniu Boga zdecydowanie nie. Takich ludzi czeka właśnie "pomarcie" (nie wiem, czy jest takie słowo - od pomrzecie) w ich własnych grzechach. Samo szukanie dla szukania nie ma żadnego sensu. Już więcej sensu będzie miało szczere otwarcie się, bez specjalnego nastawienia czy poszukiwania, na to, co jest wokół, pozwolenie Bogu, aby został - nawet przypadkiem - usłyszany czy zauważany. 

Mimo tylu znaków, mimo cudów, mimo coraz więcej grupy podążających za Jezusem, faryzeuszom to nie wystarczy. Jedyne, co są w stanie odpowiedzieć, to mniej lub bardziej (z akcentem na bardziej) pogardliwe Kimże Ty jesteś? Nie dziwię się reakcji, typowo ludzkiemu po prostu zniecierpliwieniu. Wiele już słów padło, jeszcze więcej czynów - jakoś innym to wystarczyło, a ci ciągle szukali na Niego haka. W Ewangelii Jana słowa te są zapisane nieco inaczej: Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie (J 16, 12). Trafione sformułowanie. Do nas, ludzi, to po prostu nie dociera - nie możemy tego faktu znieść, tu nawet nie chodzi o rozumienie, bardziej o wolę i pogodzenie tego, co słyszymy, z tym co wolimy robić. 

Prawdziwość czynów Jezusa nie wynika z tego, że ich dokonał, choć wielu to wystarczało. Wynikała z tego, że czynił je mocą Bożą, z Bożego nadania i zgodnie z Bożą wolą. Syn Boży nie został przez Boga Ojca wypchnięty z Nieba i zostawiony na pastwę losu. Spełnia Jego misję, działa nawet nie tyle w Jego imieniu, co wręcz z Nim. Najlepsze i najbardziej wiarygodne uwierzytelnienie, jakie można sobie wyobrazić. Jeśli Jemu nie uwierzyć, to komu?

W drugim, dzisiejszym tekście, analogicznie. Abraham, Mojżesz i prorocy umierali - to czemu On nie miał by umrzeć? Tu, przewrotnie, w pewnym sensie mieli rację - umrze, jednak nie na dobre, i za chwilę będzie ponownie żył, zmartwychwstały i zwycięski. Znowu, nie z Jezusowego nadania to wynika, to nie Jego wola i Jego decyzja. Działa w imieniu i z polecenia Boga Ojca, i to od Boga Ojca pochodzi chwała, jaką zostanie - pozornie pokonany na krzyżu - otoczony, gdy pozostawi po sobie pusty grób. Tu tkwił błąd Jezusowych adwersarzy: On nikim sam siebie nie czynił, wynikało to z tego, Kto Go posłał i dla Kogo działał. 

Padają także bardzo mocne słowa, szczególnie bolesne dla nich, którzy się uważali za ludzi wierzących, o ułożonej relacji z Bogiem, którzy właściwości tych relacji przez bardzo restrykcyjne Prawo przestrzegali. Uznają Boga za swego Pana - jednak w praktyce Go nie znają, czego z pewnością nie można zarzucić Jezusowi; który, tym samym, nie może sam zanegować relacji z Ojcem - było by to bowiem wprost kłamstwo. 

Tu jest cały problem mentalności ludzi, którzy przez wieki, do dzisiaj i pewnie jeszcze do końca świata, szukają bez sensu i będą szukać Tego, który dawno przyszedł. Szukają Boga, który jest tuż pod nosem, przyszedł i zostawił po sobie już wszystko, co jest potrzebne, i nic więcej nie przyniesie, bo kolejne Jego przyjście będzie tym ostatecznym, na końcu czasów. Fakt, np. muzułmanie uznają Jezusa za proroka - jednak to za mało. Podstawą jest skojarzenie - Bóg Ojciec i Jezus to jedno, nie można rozpatrywać działalności Jezusa jako samozwańczego mesjasza, który skończył na krzyżu, a tylko jako Boga-Człowieka, który przyszedł w imieniu Boga Ojca, aby ludzi wyzwolić, uczynić wolnymi i otworzyć im bramy do zbawienia. 

W tym wszystkim warto zwrócić także uwagę na inną sprawę. To, jak Jezus mówi o sobie - Ja jestem. Jahwe, czyli tym pierwszym imieniem, jakim przedstawił się Mojżeszowi przed gorejącym krzakiem. Bóg przedstawił się Mojżeszowi, co świadczy o pewnej zażyłości, znajomości. Na "ty" nie przechodzi się z byle kim (chyba że w USA), a jedynie po bliższym zapoznaniu się, nawiązaniu relacji. Bóg przedstawia się Narodowi Wybranemu, i tak samo - tym samym imieniem - posługuje się Jezus. Szkoda, że ludzie tego nie widzą. Niby mały szczegół, a jednak - wiele wyjaśnia. 

wtorek, 6 marca 2012

Przemienienie ogłupia, a Bóg tylko prosi

Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden folusznik na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Nie wiedział bowiem, co należy mówić, tak byli przestraszeni. I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie. I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy powstać z martwych. (Mk 9,2-10)
Niedzielnie, jak zwykle z poślizgiem.

Bardzo często jest tak, że ludzie domagają się, wręcz roszczą od Pana Boga znaków i cudów: na potwierdzenie Jego istnienia, na udowodnienie czegoś, wbrew sobie albo komuś. W postawie: należy mi się, powinno tak być. Jak wiadomo, nie tędy droga, i takie osoby najczęściej po prostu pogrążają się we własnej słabości i małości, bo jak wiadomo - Bóg nie złota rybka i nie robi tego, co Mu się każe, ani wtedy kiedy Mu się każe. Można u Niego wiele zdziałać - ale nie w ten sposób, nie tak. W niedzielę ewangelista Marek pokazuje obrazek, w którym pewnie wziąć udział by chciało wielu. 

Pan Jezus, żyjący, człowiek, przed wielkimi rzeczami jakich dokonał w Triduum, uchyla rąbka swojej boskości przed kilkoma (wybranymi? przypadkowymi?) uczniami. (Może i wybranymi: Piotr jako najbardziej uparty, ale w końcu Skała; Jakub jako ten, który pierwszy zginie; Jan jako jedyny który wytrwa pod krzyżem i nie zginie jako męczennik) I co się dzieje? Apostołowie, świadkowie całego zdarzenia... głupieją. Wiedzą, kogo widzą - Jezusa z Eliaszem i Mojżeszem - i zaczynają proponować stawianie namiotów dla tych, których widzą. A przecież to ludzie wiele wieków wcześniej zmarli! Doświadczają cudu, i nie potrafią się w tej sytuacji odnaleźć. 

Pytanie - co z tej sytuacji zapamiętali? Głos Boga Ojca z obłoku - polecenie, zadanie i zarazem wskazówkę, kogo należy słuchać? Obawiam się, że bardziej przejęli się - co zanotował ewangelista - rozważaniem nad tym, czym miało by być owo "powstanie z martwych", które Jezus wskazał jako moment, kiedy mogli ujawnić to, co widzieli; nie wcześniej. Refleksja nad tym, czego byli świadkami, pewnie przyszła później, bardzo możliwe że już po zmartwychwstaniu. Ale przyszła. Kolejny kamyczek na wielkiej piramidzie dowodów na to, że Bóg działał przez Jezusa od początku do końca. 

I z tym wszystkim w I czytaniu Kościół zestawił nam (Rdz 22,1-2.9-13.15-18) obrazek Abrahama, którego Bóg wzywa do złożenia ofiary z jedynego, umiłowanego i przecież tak bardzo wyczekiwanego syna - Izaaka. Czas próby. Myślę, że wielu z nas - może i ja sam, od niedawna ojciec? - by się w podobnej sytuacji popukało w czoło i odwróciło plecami od Boga, który żąda czegoś tego rodzaju. Zabić własne, jedyne dziecko? Abraham widzi w tym wolę Bożą, idzie zgodnie ze wskazaniem. Ufa Bogu tak daleko, że wykonuje Jego polecenie. Nie waha się - w ostatniej chwili przed zabiciem dziecka powstrzymuje go anioł pański. Izaak był dla niego największym otrzymanym od Boga darem - a mimo tego nie zastanawiał się. Pan dał, Pan zabrał - niech imię Pańskie będzie błogosławione - jakby zacytować Hioba. 

Niewielu z nas Bóg prosi o porównywalne poświęcenie. Patrząc na wydarzenia ostatnich dni - można powiedzieć, że w sercu Bóg prosi o taką ofiarę rodziny ludzi, którzy przez ludzki błąd zginęły w katastrofie kolejowej w sobotę. Bożą wolą droga tych zmarłych się już zakończyła, są już razem z Nim. A my? Idziemy przez życie, niekiedy mocno bezmyślnie, nie zastanawiając się nad sobą, i bardzo często nie stać nas na nawet na rozmowę z Nim, krótką modlitwę, westchnienie czy poryw serca ku Niemu. On przychodzi i prosi - w Wielkim Poście np. o modlitwę, post i jałmużnę. Tak wiele? No nie. A i tak - jak niewiele osób potrafi na tę prośbę odpowiedzieć. Czasami przychodzi krzyż cierpienia i choroby - jak go znosimy? Najczęściej złorzecząc, i obwiniając Jego właśnie. 

Nie umiemy dostrzegać tego, że Bóg widzi dalej i lepiej od nas, i nigdy nie proponuje niczego bez sensu. Nawet jeśli sytuacja wygląda nie wiem jak beznadziejnie - On potrafi wyprowadzić z niej dobro. Oczywiście, o ile postąpimy tak, jak On prosi. Abrahamowi, po ludzku mówiąc, po prostu się to opłaciło - obietnica Pana, jaką usłyszał, spełniła się. Bo uwierzył, i bo potrafił zawierzyć. A my? Szukamy naokoło takich przemienień pańskich, cudów i tego, co spektakularne, nawet nie zastanawiając się, żeby dać cokolwiek z siebie, żeby spróbować posłuchać tego, co Bóg mówi. Nic dziwnego, że tak wielu szuka bez sensu i bez skutku. Żeby Go odnaleźć, potrzebny jest dialog - nie monolog. Posłuchaj, o co prosi Pan. Może to brzmieć dziwnie, a nawet strasznie. Nie bój się. 

czwartek, 1 marca 2012

Nieskończone zwielokrotnienie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień? Albo gdy prosi o rybę, czy poda mu węża? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą. Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy. (Mt 7,7-12)
Piękna kontynuacja tekstu dzisiejszego czytania (Est [Wlg] 14,1.3-5,12-14), w którym królowa Estera podjęła bardzo mądrą decyzję: zwrócenia się do Boga w bardzo pięknych słowach m.in. "Wspomnij, Panie, pokaż się w chwili udręczenia naszego i dodaj mi odwagi. Królu bogów i Władco nad wszystkimi władcami'. 

Pan Bóg już taki jest, że nie znosi lenistwa. Taka prawda. Nie mówi dzisiaj - siedź i rozmyślaj o niebieskich migdałach, a spadnie ci ode mnie manna z nieba. Spadała, ale gdy tego naprawdę wymagała sytuacja, w wypadku Narodu Wybranego. Bóg jest Bogiem czynu, ludzi aktywnych, ludzi gotowych do działania i walki. Szukać, kołatać, prosić. Działać. Zawierzyć swoje działanie Bogu - ale nie pozostawiać Go na polu działania jako Tego, co ma odwalić całą czarną robotę, a człowiek przychodzi potem na gotowe - i działać z Jego imieniem na ustach i w sercu. 

Nie wiem, czy każdy człowiek jest zły - natomiast  każdy z pewnością ma nagrabione wiele, nagrzeszone. Stworzeni na Boży obraz i podobieństwo, z natury rzeczy jesteśmy dobrzy i co najwyżej się psujemy w życiu, przez co stajemy się gorsi. Jeśli to zło, o którym pisze ewagngelista, a mówi Jezus, rozumieć jako grzeszność - niestety, smutna prawda. A jednak, w tej grzeszności potrafimy być między sobą dobrzy, pomocni, bezinteresowni, troskliwi. Potrafimy usłyszeć potrzeby innych - dzieci, wnuków, małżonka, osób najbliższych, przyjaciół. Nie sposób więc wątpić, aby Bóg był nieskończonym zwielokrotnieniem tych naszych pozytywnych cech, którymi kieruje się, działając wobec małego człowieczka. 

Lubimy, jak wszyscy naokoło są mili, uprzejmi, uczynni, pomocni - wobec mnie. Lubimy być obiektami tego, co dobre, przyjmować to wszystko. W drugą stronę - na zewnątrz - już gorzej, bo tu włącza się mentalność Kalego tak zwana. Jak ja świnię podrzucę komuś - to ok; ale jak ktoś mnie - to wara! Mało to konsekwentne, ale cóż. Bóg wskazuje na to, że powinniśmy jednak wykazać się tym minimum konsekwencji i  tak działać wobec innych, jakiego działania my od nich oczekujemy. Zwykła uczciwość. 

Mamy tendencję do proszenia, zasypywania Boga swoimi intencjami. Niektórzy mówią - bez przesady, pewne rzeczy można samemu... Można. Ale warto i w tych sprawach szukać Bożego wsparcia, zawierzać te sprawy Jemu wprost. Jezus jednak w wielu miejscach wskazuje prosto - proście! Proszenie zresztą przychodzi nam dość łatwo. A dziękowanie? Tu już gorzej. Najczęściej o tym zapominamy - jak się już uda, jak po wszystkim, to temat zamknięty; a podziękować? No bez przesady. Warto o tym pamiętać - i poza proszeniem pomyśleć o dziękczynieniu, rozmowie z Bogiem zupełnie innej, ale równie dobrej i skutecznej, a przede wszystkim: świadczącej o tym, że pamiętamy o Nim nie tylko w tych podbramkowych chwilach, ale także wtedy, gdy jest dobrze. 

Piękna sprawa. Prosić, kołatać, ale i dziękować - i w tych różnych relacjach, różnych płaszczyznach rozmowy, odnajdywać Jego wolę. 

Dziękuję za słowa modlitwy za moją mamę, na pewno ona sama jest za nie równie wdzięczna. Jest podobno lepiej, ale pozostaje wiele niewiadomych. Więc nadal proszę.

piątek, 17 lutego 2012

Kierunek - zbawienie

Potem Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: Za kogo uważają Mnie ludzie? Oni Mu odpowiedzieli: Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków. On ich zapytał: A wy za kogo mnie uważacie? Odpowiedział Mu Piotr: Ty jesteś Mesjasz. Wtedy surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili. I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa. Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. (Mk 8,27-33)
Chodził, nauczał, działał. Nie siedział w miejscu. Ciekawe mogą być okoliczności, w jakich ta rozmowa, którą opisuje ewangelista, miała miejsce. Szli gdzieś? A może podczas postoju.

Pytanie padło dość proste. Nie tyle - kim jestem, ale - za kogo inni mnie uważają? Jak mnie widzą? Co o mnie sądzą? Różne słowa, ale sedno to samo. Odpowiedzi padło kilka, pewnie ze strony kilku osób. Co ciekawe, nie odnieśli tego pytania do siebie. Przekazali Mistrzowi, za kogo uważają Go inni, nie oni sami.  Dlatego Jezus precyzuje - a wy, co sądzicie? Można się domyślać, że energiczność i spontaniczność Piotra (którą, nota bene, sam Jezus potępił w Ogrójcu, gdy Piotr rzucił się z mieczem na jednego z żołnierzy) spowodowała, że to właśnie od odpowiedział. Ty jesteś Mesjasz. Kawałek dalej, w innym miejscu, dodano jeszcze: Syn Boga żywego. 

Na czym polega piękno tych słów? Na ich prostocie i tym, że podyktowane były porywem serca Piotra. Bez uszczypliwości, trudno posądzać go - prostego rybaka - aby w tym momencie (nie mówię o tym, co działo się po zmartwychwstaniu) zdawał sobie w pełni sprawę z tego, kim był Jezus. Widział cuda, czuł że jest kimś wielkim, słyszał proroctwa i piękne, bo prawdziwe i z sercem głoszone nauczanie. Szedł za Jezusem - czy jednak wiedział, dokąd ta droga zaprowadzi, nie tylko jego, ale i Jezusa? Wówczas chyba jeszcze nie. 

Co innego - Jezus. Rozumiał, dokąd zmierza. Widział cierpienie, widział drogę krzyżową, biczowanie, krzyżowanie. Ale jego wzrok padał dużo dalej - poza krzyż, nawet poza grób. Wiedział, że Jego droga prowadzi dalej, że ta brutalna i straszna śmierć będzie zaczynem, początkiem czegoś co jest jedynym ratunkiem dla pogubionej kompletnie ludzkości. Wiedział, że swoją śmiercią uczyni wszystko nowe - to przecież Jego własne słowa. On sam będzie istniał dalej, jako zmartwychwstały Bóg-człowiek, jednak tym zmartwychwstaniem otworzy drzwi do życia bez końca dla innych, dla ludzi. 

Na koniec... Piotr dostał po uszach. Czemu nic nie mówić głośno? Czemu siedzieć cicho? Bo myślał po ludzku. Bo Jezus miał jeszcze wiele do zrobienia - a jakiekolwiek, dzisiaj byśmy nazwali, PR-owe działania po porostu by Mu zaszkodziły i przyspieszyły to, co miało się stać w odpowiednim momencie. Chociaż pewnie oznaczały by dla tych, którzy z Nim szli - w tym i Piotra - popularność, sławę i uznanie. Przyjemna perspektywa. Dla nas to też nauczka. Jezus nazwał go szatanem - dlaczego? Bo w piotrowym sposobie myślenia górę brały względy ludzkie, a nie boskie. A my przecież, choć żyjemy w świecie, musimy poruszać się w nim z dobrze ustawionym kompasem. Kierunek - niebo, zbawienie. 

czwartek, 22 grudnia 2011

W Bożych rękach, na Jego dłoni

Wtedy Maryja rzekła:
Wielbi dusza moja Pana,
i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy.
Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej.
Oto bowiem błogosławić mnie będą
odtąd wszystkie pokolenia,
gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny.
Święte jest Jego imię
a swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia
[zachowuje] dla tych, co się Go boją.
On przejawia moc ramienia swego,
rozprasza [ludzi] pyszniących się zamysłami serc swoich.
Strąca władców z tronu,
a wywyższa pokornych.
Głodnych nasyca dobrami,
a bogatych z niczym odprawia.
Ujął się za sługą swoim, Izraelem,
pomny na miłosierdzie swoje
jak przyobiecał naszym ojcom
na rzecz Abrahama i jego potomstwa na wieki.
Maryja pozostała u niej około trzech miesięcy; potem wróciła do domu. (Łk 1,46-56)
Dalsza kontynuacja zwiastowania i ciąg dalszy, jakby odpowiedź Maryi na słowa, jakie usłyszała z ust Elżbiety, gdy stanęła przed nią. Jednocześnie piękna modlitwa, znana szczególnie wszystkim, którzy pochylają się nad codzienną modlitwą Kościoła - liturgią godzin - bo przecież powtarzana w każdych nieszporach (modlitwie wieczornej).

W pewnym sensie, od momentu rozmowy z Gabrielem, Maryja jest samotna, choć obdarzona szczególnym Bożym błogosławieństwem, które przyjmuje w niej postać malutkiego człowieka, rozwijającego się Boga-Człowieka, Jezusa. Samotna wśród ludzi, ale otoczona stałą obecnością i miłością Boga. To, co powiedział jej anioł, zaczyna się układać w spójną całość, dochodzą kolejne puzzle układanki jej życia - faktycznie, Bóg nie tylko dokonał cudu poprzez poczęcie się w niej Jego Syna, ale także obdarzył łaską rodzicielstwa bezpłodną i po prostu starą już jej krewną Elżbietę. Miłość Boża widziana w małych, ale jakże wymownych znakach. Bóg nie tylko postawił przed Maryją zadanie i zostawił ją z nim samą, ale pokazuje, że działa także wobec innych. 

Jesteśmy ludźmi, których czasy, w jakich żyjemy, odwracają się od Boga, starają się Jemu i sobie udowodnić własną samowystarczalność. Zawiedzeni życiem, materializmem, konsumpcją, gonieniem za kasą i zbytkiem, paradoksalnie tracimy zaufanie do Boga właśnie - podczas gdy On jest jedynym, który może temu życiu, temu naszemu byciu tu i teraz (ale też w dłuższej, całej perspektywie) nadać sens, odnowić je. Jesteśmy ludźmi, którzy nie potrafią się cieszyć tak naprawdę - zamykamy się w czterech ścianach, uciekamy od relacji z sąsiadami, rodziną, więzi przyjacielskie są coraz bardziej luźne. Zadowalamy się bezcelowym i przypadkowym pływaniem po powierzchni swojego życia. 

To wszystko zmienia się, gdy człowiek spotyka Boga - tak jak Maryja spotkała Jezusa, który w niej się kształtował. Wbrew pozorom, to nie ona nosiła pod swym sercem Boga - ale przyjmując rolę Matki Syna Bożego pozwoliła się Bogu unieść na Jego dłoni. Kiedy człowiek raz odnajdzie radość, jakiej Maryja dała wyraz w swoim Magnifikacie, wystarczy mu jej nie tylko do spraw pięknych i radosnych (święta, opłatek, kolędowanie, ucztowanie), na krótko, ale także do tego, co przyjdzie dalej, później, będzie trudne, będzie wymagało wyrzeczeń i kosztowało cierpienie. Boży entuzjazm zaraża na dobre. Pozwól się nim zarazić w stajence betlejemskiej.

wtorek, 20 grudnia 2011

Moje własne przewracające świat do góry nogami fiat

Jak zwykle z poślizgiem, niedzielnie. 
W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa! Wtedy odszedł od Niej anioł. (Łk 1,26-38)
Słowa tyle razy słyszane, a jakże dziwne. Sytuacja dziwna. Młoda dziewczyna (warto pamiętać - wg ówczesnych standardów na pewno młodsza niż dzisiaj, kiedy [planowo, nie na skutek "wpadki"] kobiety zostają matkami) ma bardziej niż niespodziewane odwiedziny. Staje przed nią anioł - pewnie niekoniecznie tak wyglądający, jak my dzisiaj (albo malarze w historii) sobie je wyobrażamy - ale dziewczyna wie, że to gość z niebios. Nie dość, że przychodzi wprost do niej, nie przypadkowo, to jeszcze od drzwi jakby komplementuje ją, obsypuje pozdrowieniami i superlatywami. O co chodzi? Pewnie nieco strachu, jak to ewangelista nazwał - zmieszania - ale i ciekawości. Czemu akurat do mnie? 

Wiemy, że Maryja była osobą bogobojną, skromną, wierzącą. Wydaje mi się, że cała odpowiedź na pytanie, czemu akurat ona, znajduje się w tych krótkich słowach - znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Znalazła, bo szukała? W pewnym sensie, tak. Znalazła, bo chciała być dla tego Boga - służyć mu swoim życiem, jakie by ono nie miało być, w końcu stała dopiero u jego progu jako osoba młoda. Była otwarta na przyjęcie Bożego planu do niej skierowanego. Chciała być dla Boga po prostu użyteczna, przydatna. I może właśnie dla tej otwartości Bóg postanowił powierzyć jej swojego Syna. Wiedział, że ona się zgodzi - de facto, w ciemno. Zaryzykuje, aby spełnić Bożą wolę. Mając swoje plany i marzenia, jakieś pragnienia, zdecyduje się je porzucić dla anielskiego zaproszenia.

Można odnieść wrażenie, że słowa anioła nie znoszą sprzeciwu - wypowiada się w formie dokonanej: poczniesz i porodzisz. Nie ma tu znaku zapytania. Ale to żaden przymus. Gabriel rysuje przed Maryją to, czego ona sama ma się stać częścią, co dzięki niej i z jej wielkim udziałem jako rodzicielki ma nastąpić. Przyjście na świat zapowiadanego i wyczekiwanego Mesjasza. Wielki, odwieczny, wszechmocny. Opisowo tłumaczy. Pomimo całej niesamowitości tego, co właśnie jej zaproponowano, Maryja zadaje bardzo racjonalne, ludzkie pytanie - jak? Dziewica ma urodzić dziecko? Kto będzie ojcem? Strach jest zrozumiały - w żydowskich społecznościach ciężarne niezamężne kobiety po prostu kamienowano - więc czekał ją nieciekawy los (spokojnie, Bóg zadziałał i postawił na jej drodze Józefa). Nie wiadomo, czy znała już cieślę Józefa, czy poznała go później. Żyła w czystości, zatem pytanie było jak najbardziej zasadne. Cała odpowiedź Gabriela można streścić w jej ostatnim zdaniu - dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Jako dowód - ciąża uznawaną za bezpłodną, a poza tym już staruszki Elżbiety, o której Maryja, już wtedy ciężarna, będzie się niebawem mogła sama przekonać, gdy uda się do krewnej z wizytą.

To wystarczy. Dialog mógłby pewnie trwać jeszcze długo - co, jak, dlaczego, czemu ja... Nie ma potrzeby. Odpowiedź Maryi jest jednocześnie piękną deklaracją i świadomością tego, że jest narzędziem w Bożych planach, pomimo wielkości powierzonej jej misji. Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa. Tak, później okaże się, że serce Maryi przeniknie miecz (jak to ujmie starzec Symeon). Teraz jednak Maryja w jej wybraniu i wizycie anioła widzi po prostu błogosławieństwo. Pomimo trudności, pomimo skandalu jaki na pewno jej ukrywana ciąża wywołała pośród rodziny. Pomimo wstydu, jakiego pewnie nie raz najadł się Józef, kiedy zaręczył się z ciężarną już Maryją, o czym na pewno ludzie "gadali" w mieście. 

Ta cała sytuacja pięknie pokazuje pewną prawdę, której chyba nie zawsze jesteśmy świadomi. Bóg przychodzi do człowieka, wychodzi z propozycją - bo kocha nas jako mnie i ciebie, a nie tylko enigmatycznej niedookreślonej masy "wszystkich". Bóg przychodzi często tak, że w ogóle tego nie rozumiemy, że się gubimy w tym, co staje na naszej drodze - i dopiero po chwili zastanowienia dochodzimy do wniosku, że może to Boża ręka tak mnie prowadzi? Że to może być tak dziwne, że tylko Bóg może chcieć coś poprzestawiać w moim życiu, bo właśnie jestem na najlepszej drodze żeby je zmarnować, a z pewnością nie wykorzystuję w pełni swoich talentów? 

Ale Bogu nie powinno się odmawiać. Nie dlatego, bo jest Bogiem właśnie, tak po prostu - ale dlatego, że chyba ciężko było by znaleźć przykład kogoś, kto na takiej odmowie dobrze wyszedł. Bóg nie obiecuje, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie, ale obiecuje, że będzie sensownie i spójnie. Z jasno określonym i realnym celem. Przekonuje się o tym każdy, który na Boże zaproszenie odpowiada, składa mu takie swoje - jak Maryja - fiat. Niech tak się stanie. Pomimo, że Jego propozycja może się wydawać jakaś dziwaczna, w świetle tego gdzie jestem tu i teraz. Bóg zaprasza każdego, kto nie boi się zaryzykować, nie lęka się dać przewrócić swoje życie do góry nogami. Pozwolić Bogu poprzestawiać wszystko, ale i nadać temu jakiś sens. 

Jeśli żyjesz sobie w ciepełku własnego samouwielbienia, pewien swojej nieomylności i doskonałości, gwiazda i człowiek sukcesu zapatrzony w odbicie w lustrze - szkoda czasu. Z takim nastawianiem nie masz po co iść do betlejemskiej stajenki, dokąd przez udzieloną dzisiaj Bogu odpowiedź powoli zmierza Maryja. Tam nie ma miejsca dla chodzących ideałów. Takim nie potrzeba Boga - bo są bogami samych siebie. Świta coś? Pogubiłeś się? Właśnie tak postępujesz? Głowa do góry - uświadomienie sobie tego to dobry początek. Poczytaj ten fragment ewangelii, jeśli trzeba to i kilka razy. Aż dojdziesz do swojego, szczerego i świadomego fiat.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Adwentowy Boży palec

Świat tak często krzyczy - Boga nie ma! A jednak jest, i wydaje się, że w tym adwencie na naszym małym polskim podwórku wyraźnie pokazuje wszystkim Jego kontestatorom: jesteście w błędzie. Nie ze złością, nie z żalem, nie z wyrzutem - po prostu. Boga i wiarę można próbować negować, ale nie można zrobić tego skutecznie, gdy żyją i mają prawo głosu ludzie w tego Boga wierzący. 
 
Najpierw błazen i populista (bo trudno tutaj o inne określenia - taką postawę tak właśnie się nazywa) Palikot ze swoim ruchem próbował wmówić wszystkim, że krzyż powinien zniknąć z sali sejmowej. Krzyczał o naruszaniu wolności wyznania, bezprawnym umieszczeniu krzyża i wielu innych rzeczach. Wg niego stan obecny jest „sprzeczny z prawem”, w tym z Konstytucją, Konwencją o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności oraz konkordatem. Głośno, kolorowo, był mały spektakl pod publiczkę. Co ciekawe, i pozytywne, jednogłośnie sprzeciwiły się takiemu podejściu zarówno PO, jak i PiS. W czwartek 15.12.2011 do Marszałka Sejmu wpłynęły 4 opinie prawne na ten temat, przygotowane przez niezależnych prawników i grupy prawnicze. Wszystkie stwierdzają, że nie ma prawnych podstaw do zdjęcia tego krzyża.
 
Co z nich wynika? Po pierwsze, że Marszałek Sejmu nie ma prawa krzyża usunąć na podstawie zarządzenia porządkowego. Po drugie, że "w sali posiedzeń Sejmu obecnej kadencji może znajdować się krzyż, jednak nie jako znak religijny, ale jako znak kultury, która jest >źródłem tożsamości narodu polskiego, jego trwania i rozwoju< (...) ani kompromis konstytucyjny, ani standardy europejskie w sposób jednoznaczny nie wykluczają umieszczenia krzyża w sali posiedzeń Sejmu" (dr R. Piotrowski, UW). Obecność krzyża w sali posiedzeń Sejmu "nie oznacza przejawu dyskryminacji i nie jest niezgodne z żadnymi przepisami prawnymi wskazanymi przez wnioskodawców, zwłaszcza z zasadami i normami konstytucji, konkordatu, konwencji europejskich oraz ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania". "Ugruntowany, długotrwały kompromis i konwenans prawny posłów kilku kadencji, polegający na akceptacji obecności krzyża w sali posiedzeń Sejmu od 1997 roku, stanowi postać urzeczywistnienia wartości i zasad konstytucji w polskiej praktyce parlamentarne" (dr Dariusz Dudka, ks. dr Piotr Stanisz z KUL). Pogląd ten ma bezsporne oparcie w uchwale Sejmu z grudnia 2009 r, gdzie posłowie podkreślili, że "znak krzyża jest nie tylko symbolem religijnym i znakiem miłości Boga do ludzi, ale w sferze publicznej przypomina o gotowości do poświęcenia dla drugiego człowieka, wyraża wartości budujące szacunek dla godności każdego człowieka i jego praw". Po trzecie, bardzo ciekawy pogląd z nieco innego ujęcia przedstawił prof. Lech Morawski (UMK), który stwierdził, że "każdy ma prawo być niekatolikiem oraz dawać wyraz swoim przekonaniom i na tym właśnie polega tolerancja i przestrzeganie indywidualnych praw człowieka, ale nikt nie ma prawa żądać, by katolicka większość żyła wedle tych zasad, których ona nie uważa za słuszne, bo to oznaczałoby rażące naruszenie jej prawa do samostanowienia w swoim własnym państwie (...) to właśnie na tym prawie opiera się obecność krzyża w polskim Sejmie i wielu instytucjach publicznych w naszym kraju".
 
Dalej - Komitet inicjatywy ustawodawczej "Tak dla Kobiet" (...) zbierał podpisy pod obywatelskim projektem ustawy liberalizującej przepisy antyaborcyjne. Zarejestrowany 15.09.2011, miał na ich zgromadzenie czas do 15.12.2011. Wymagano, zgodnie z prawem, minimum 100 000 podpisów. Udało im się zebrać... mniej niż 1/3 tego. W jednym z komentarzy można było przeczytać takie, krótkie ale jakże trafne, podsumowanie tej sytuacji: "Te 30 tys. (niesprawdzonych) podpisów świadczy o tym że z Polaków nie wyabortowano sumień". 

Ktoś ma jeszcze wątpliwości, że Bóg działa? 

Weekend upłynął pod znakiem odejścia dwóch bardzo ważnych postaci współczesnego świata. Najpierw w sobotę dowiedzieliśmy o odejściu osoby bardzo pozytywnej - Vaclava Havla, ostatniego prezydenta Czechosłowacji i pierwszego prezydenta Republiki Czeskiej, poety, pisarza, reżysera i intelektualisty. Życiorys jakby podobny do naszego Wałęsy - znany i tępiony opozycjonista komunistyczny, który po upadku systemu staje na czele demokratycznego państwa. Miał 75 lat. Wczoraj zaś dotarła informacja, że Bogu - w którego pewnie programowo nie wierzył - ducha oddał dyktator komunistycznej Korei Północnej, Kim Dzong Il. Postać skrajnie odmienna, tajemnicza i na mocy prawa reżimu - czczona jakby w miejsce prawdziwego Boga. Właściwie nie wyróżnił się niczym, poza tym, że był synem swego ojca ("Wielkiego Wodza"), od początku wychowywanym na jego następcę (co ponoć nie przyszło mu i tak łatwo, o czym świadczy jego biografia), który dla biednych Wietnamczyków stał się "Umiłowanym (sic!) Przywódcą". Tak naprawdę - aparatczyk, człowiek który nie miał specjalnego wyboru i musiał grać rolę, przypisaną mu od momentu urodzenia. 

Dwie zupełnie różne, choć obie znane powszechnie na świecie, osoby o kompletnie różnych życiorysach, poglądach i zasługach. Nie wiem, dlaczego, ale nieodparcie kojarzy mi się to z ewangeliczną przypowieścią o bogaczu i Łazarzu. Kto z tych dwóch był kim? Dopowiedz sobie sam.

sobota, 17 grudnia 2011

Bóg zamknięty w lampie

Wysłaliście poselstwo do Jana i on dał świadectwo prawdzie. Ja nie zważam na świadectwo człowieka, ale mówię to, abyście byli zbawieni. On był lampą, co płonie i świeci, wy zaś chcieliście radować się krótki czas jego światłem. Ja mam świadectwo większe od Janowego. Są to dzieła, które Ojciec dał Mi do wykonania; dzieła, które czynię, świadczą o Mnie, że Ojciec Mnie posłał. (J 5,33-36)
Ciekawe, bo jakoś nigdy nie zwróciłem uwagi na ten fragment.

Pierwsze słowa mogą zabrzmieć nieco dziwnie. Jednak, kiedy się nad nimi zastanowić, są jak najbardziej sensowne. Do Adwentu pasują, choć wypowiedziane zostały w zupełnie innym momencie. Jezus nie zważa na świadectwo człowieka? Tak - w tym sensie, że nie jest Mu ono potrzebne, aby mógł pełnić swoją misję, aby prawdziwie był Bogiem. Jest Nim, czy nam się podoba, czy też nie. Jan był tym ostatnim z proroków, jedynym - poza starym Symeonem - który wprost wskazał na Mesjasza. Jego świadectwo nie jest, w związku z tymi słowami Jezusa, mniej ważne czy wartościowe. Miał pełną rację - tak, ten był Mesjaszem. Gdyby jednak swego świadectwa Jan nie złożył, czy ktokolwiek inny - Jezus również byłby Nim, tak samo. Bóg może się obejść bez człowieka, jego uznania boskości - a człowiek bez Boga?

Dalsza część tekstu pięknie nawiązuje do, znanej nam, tradycji lampionów, świec i świateł roratnich. Wchodzimy do ciemnego kościoła, oświecając sobie nimi drogę, aby przy dźwięku Gloria in excelsis Deo dopiero świątynia rozbłysła lampami. Pielgrzymujemy więc na te roratnie przygotowania, jak panny roztropne, o których nie tak dawno słuchaliśmy w liturgii. W naszych lampach płonie światło, a serca rozpala to prawdziwe, jedyne w swoim rodzaju światło oczekiwania i wiary zarazem. To światło, którym jest przychodzący i rodzący się Zbawiciel. Jedyne światło, jedyny punkt odniesienia - jak sam stwierdził - w przeciwieństwie do największego nawet proroka, jak Jan Chrzciciel. Każdy jest tylko lampą, przekaźnikiem. Bez źródła - światła - cała reszta nie ma znaczenia, jest bezużyteczna. 

Jest jeszcze kilka dni, aby wyruszyć ze swoimi lampami do źródła światła. Zanim Ten, wyczekiwany i wytęskniony, sam przyjdzie.