Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozum. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 listopada 2010

Nieskończenie miłosierna wyrozumiałość + refleksje ze stolicy

Wiedz zawsze, że zostało nam więcej jeszcze do zrobienia. Działaj z ufnością, że Bóg dopełni tego, co rozpocząłeś. Jego wkład jest zawsze większy, my tylko współpracujemy. Choćby mówili: idealista, nieżyciowy, marzyciel, ty chciej iść dalej, bo nie wystarczy na ziemi człowiekowi nic, tylko Bóg, który chce nam się udzielać coraz obficiej. Chodzi o to, by nie wymierzać miejsca Panu Bogu, bo Jego miarą jest bezmiar, a Jego miłość nieskończona. (Andrzej Madej OMI, Dziennik wiejskiego wikarego)
Nie wiem, pewnie nie każdy miał okazję uczestniczyć w obrzędzie święceń kapłańskich, albo diakonatu. Właśnie tam - chyba tylko, nie spotkałem się z tym w innej sytuacji - jedyny raz w liturgii słyszałem powyższe słowa, które udzielający święceń biskup wypowiada do kandydata na diakona/prezbitera: Niech Bóg, który rozpoczął w tobie dobre dzieło, sam go dokona. Przychodzimy na ten świat jak taka biała karta, na której Bóg z naszą pomocą pisze. Ważne jest, aby pamiętać, co jest moim celem. Dobro. Dobro, które mam w sobie od poczęcia, jeszcze przed urodzeniem. Dobro, które mam rozdawać, gdy żyję. Dobro nieskończone, którego osiągnięcie jest moim celem u kresu życia. Dobro przeze mnie - dokonywane, rozdawane moimi rękami przez Boga. Nie ja jestem dobry - ale On. Ja tylko jestem narzędziem. A może nawet nie tyle - tylko staram się nim być?

Ktoś powie - wszystko w tym Kościele wokół wiary się kręci. Trudno, ale tak właśnie jest. Również w tej sytuacji - o nic innego, tylko o wiarę chodzi. Tym razem inną, inaczej ukierunkowaną. Tak - jak zawsze moją. Ale nie tyle w Boga, co w moje własne przed tym Bogiem, z Jego pomocą, możliwości. Choćby się wydawało, że to właściwie schyłek życia (bo starość), albo że nie ma co walczyć, tylko się poddać (śmiertelna choroba) - masz dalej coś do roboty. 

Bóg działa nie tylko przez pięknych, młodych, wysportowanych i ładnych - zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby od takich wszystko zależało, to świat by się już dawno skończył... On ma zadanie dla każdego. Modlitwa to też działanie, niekiedy dające o wiele więcej niż jakiekolwiek inne, z pozoru dające większe i lepsze, łatwiej zauważalne efekty. To działanie ma sens - o ile człowiek da się prowadzić Bogu. Zechce współpracować, a nie dumnie iść pierwszy, bo ja wiem lepiej. Nie, nie wiesz - tylko może po prostu do tego nie doszedłeś, nie zrozumiałeś...

Końcówka jest ciekawa. Wyznaczanie granic i próby wepchnięcia w pewne ramy Tego, który jest Wszechobecny, Nieskończony, Niezgłębiony. Absurd, prawda? Nawet na przysłowiowy chłopski rozum, od czasu do czasu logiką nazywany. Tak, z typowo schematycznego punktu widzenia. Jak okiełznać i ograniczyć coś, co ze swej istoty nie podlega żadnym prawom, regułom i ograniczeniom? No nie da się. Więc czemu ludzie, właśnie logiką i rozumowaniem się podpierając, twierdzą że się da? Nie wiem. Też tego nie rozumiem. Tak po prostu nie jest. Tym bardziej - wierzę w Bożą nieskończoną, jak miłość, wyrozumiałość.

>>>

Jak to wprost napisałem, poniedziałek i wtorek spędziłem w rozjazdach. A konkretnie - w stolicy naszej pięknej, na konferencji poświęconej tegorocznej nowelizacji najbardziej interesującej mnie z zawodowego punktu widzenia ustawy.

Do Warszawy - pociągiem. Godzinowo pasował bardziej, więc pojechałem czymś, co się nazywa TLK (Tanie Linie Kolejowe). Spora różnica w cenie w stosunku do Intercity - a ich wagony i wystrój. Jak to skomentowała jedna z osób, z którymi jechałem - to samo, co tam, tylko nie dają zeschniętych ciastek i lurowatej kawy w cenie. Nie wiem, rzadko jeżdżę. Pewnie wypowiadający się korzysta z tych usług częściej. Kupowałem bilet chyba już w momencie, gdy pociąg jechał - z Kołobrzegu bodajże, a w ogóle to do Krakowa - więc o miejscówce nie było mowy. Ryzyk fizyk, jak to mówią. 

Wsiadłem do przedziału ze starszym państwem (I klasa - zajmowali 4 z 6 miejsc) i zająłem przedostatnie wolne. Z pewną dozą niepokoju oczekiwałem na poszczególne stacje - ale nie, nikt nie przyszedł z miejscówką na moje miejsce. Spokojnie było, i o to mi chodziło. Przeczytałem w całości najnowszego GN, potem wywiad-rzekę (w 3 częściach) Cezarego Sękalskiego z Adamem Nowakiem z Raz, dwa trzy pt. Trudno nie wierzyć w nic. Między wiarą a niewiarą (ale o niej kiedy indziej - za dużo dobrych myśli).

Chwilami rozmawiałem, szczególnie za starszymi z jadących w tym przedziale. Małżeństwo, na oko 70 lat lekko. Z rozmowy widać było, że ludzie oczytani, ze sporą wiedzą, pan wypowiadał się bardzo ładnym językiem i z bardzo dobrą dykcją. Ludzie u schyłku życia - podczas gdy ja zdecydowanie bliżej początku. O czym rozmawialiśmy? O tym, jaki świat jest dzisiaj - ludzie, priorytety, zainteresowania, sposób bycia, kultura. Mogli by być moimi dziadkami - a jednak w większości podzielałem ich zdanie i zaniepokojenie pewnymi masowymi zjawiskami. Oni się chyba z tego cieszyli. Nie, nie przytakiwałem bezmyślnie, żeby tylko już do mnie nie mówili i dali spokój - rozmowa była całkiem miła.

Byli umówieni, że córka miała odebrać ich na dworcu. Po drodze okazało się, że z jakiegoś powodu umówili się z córka dobra godzinę po planowym przyjeździe pociągu. Więc pan dzwonił do niej - ale okazało się, że o tej porze to ona nie może. Znad książki spojrzałem na panią - widać, przykro jej było, choć się chyba tego spodziewała. Powiedziała potem do niego Wiesz, jak zadzwoni jeszcze raz i powie, że przyjedzie jednak, to powiedz, że damy sobie radę. To musiało boleć.

Czasami, dla odpoczynku, podnosiłem głowę znad lektury - i patrzyłem na to, co za oknem. Pogoda, zanim się nie ściemniło, piękna była. Słońce, ciepło całkiem, łąki, lasy, pola, małe i większe miejscowości. Świat żyjący swoim własnym rytmem - i tylko ten mój czy jakiś inny pociąg czasami pędził obok. Jedna pozytywna obserwacja - wszędzie remonty i budowa, czy to dróg, czy torów. To dobrze. Coś nam po tym Euro 2012 zostanie - nawet jak (prawie na pewno) drogi dokończą już po mistrzostwach.

Główna hala Dworca Centralnego w remoncie, dokładnie w połowie - śmiesznie to wyglądało, bo dosłownie: pół już w nowych kafelkach i z nowymi lampami, a pół... Cóż, wczesny Gierek :) Wystarczyło z dworca wyjść z dobrej strony, żeby zobaczyć Novotel, gdzie miałem rezerwację. Właściwie linia prosta: dworzec - PKiN - Novotel. No tak - ale jak tam dojść? Na skrzyżowaniach nigdzie nie uraczyłem przejść dla pieszych - pomysłowo, jest za to sieć przejść podziemnych. Trochę gimnastyki umysłowej połączonej z testowaniem orientacji w terenie to kosztowało - ale trafiłem i wyszedłem dokładnie przed wejściem do hotelu. Klaustrofobicznie pod ziemią - niskie stropy bardzo w tych przejściach; głową nie zahaczałem, ale nieprzyjemnie.

Hotel olbrzymi, jak w filmach. Pierwsza zagwozdka - jak ruszyć windą? Na 7 piętro z buta się nie wybieram. Okazało się, że potrzeba było skorzystać z karty z chipem. Analogicznie w pokoju - włożyć do gniazdka przy wejściu, żeby światła się odpaliły. Cóż, mnie dojście do tego ze 2 minuty zajęło :P Świetny widok z okna - na PKiN właśnie. Odświeżyłem się i poszedłem na miasto - szef był w siedzibie firmy, a ja byłem głodny. Z braku pomysłów - skończyło się na McDonaldzie - tak, junkfood, ale wiem, co dostanę mniej więcej. Obszedłem PKiN - świetnie oświetlony wieczorem. Szukałem kościoła - była pora mszy wieczornych, ale stwierdziłem, że nie będę się oddalał za bardzo, i żadnego nie znalazłem. Potem poszliśmy jeszcze na późną przekąskę, jak się zeszliśmy w hotelu. Trudno zasnąć z dala od domu, bez żony. Pewnie - telefony, smsy, ale to bardzo mało.

Straszna bieda w tej Warszawie. Tzn. kontrast. Uderzające w człowieka z każdej strony neony wielkich sklepów, obniżki, krzyczące plakaty... Ścisk ludzi. I w tym wszystkim bardzo wiele biedaków, żebraków czy naciągaczy. Naprawdę dużo. Przerażające to centrum trochę. 

Rano szybkie i bardzo dobre śniadanko, i szybko do budynku PANu, gdzie szef na swoje szkolenie, a ja na konferencję. Miałem czasu trochę, porozglądałem się. Potem czas leciał bardzo szybko - leki poślizg czasowy, poszczególne referaty przeplatane krótkimi przerwami kawowymi i dłuższą, na lunch. Ciekawe wystąpienia, fajne prezentacje, prelegenci mówili ciekawe i czasami umiejętnie zachęcali do własnych rozważań. I, co najważniejsze, nie byli nienaturalnie zgodni - ale były kwestie, co do których się nie zgadzali, o czym mówili wprost. Na końcu - dyskusja, a właściwie okazja do zadania pytań przez obecnych. To był dobry czas, myślę że sensownie spędzony. Teraz, na potrzeby firmy, muszę to jakoś opisać - ale to już jutro, dzisiaj mi się nie chce.

Po zakończeniu dołączyło do nas jeszcze 2 pracowników, którzy też załatwiali coś w Wawie, i ruszyliśmy do Trójmiasta. Samochodem - szef nim przyjechał, bo nie było na żaden pasujący mu pociąg do W-wy miejscówek, więc tak przyjechał. Wyjazd ze stolicy - bagatela, 1,5 h. Masakra jakaś. Potem już, po przerwie w McDonaldzie - wszyscy dość głodni byli - śmigaliśmy całkiem żwawo, pomimo nawet mocno padającego deszczu. Po ok. 4 h byłem pod domem. Szybkie rozpakowanie, i byłem w łóżku.

Dopiero dzisiaj po pracy zobaczę żonkę - nie znosi sama w domu być, nie chciała sama spać, więc przeniosła się na te niespełna 3 dni do rodziców. Stęskniłem się za nią bardzo :) 

niedziela, 5 września 2010

Ruszać głową z głową

Wielkie tłumy szły z Jezusem. On zwrócił się i rzekł do nich: Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej, gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy, patrząc na to, zaczęliby drwić z niego: Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć. Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestoma tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju. Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem. (Łk 14,25-33)
Czy Jezus w tym tekście każe nam nienawidzić rodziców, małżonka, dzieci czy rodzeństwo? Czy takie jest prawdziwe przesłanie tego tekstu? Oczywiście - nie. Bo jest w tym wszystkim drugie dno tak zwane. Bo nauka Jezusa to nigdy nie nienawiść (co najwyżej współczucie, napominanie, wskazywanie właściwej drogi i nazywanie po imieniu tego, co złe i do zła prowadzi). 

Człowiek nie ma między uszami sznureczka, który utrzymuje przy głowie uszy i nie pozwala im odpaść - mamy w głowie, pomiędzy tymi uszami, mózg i rozum, który nie został stworzony po to, aby był, ale aby człowiek z niego korzystał, używał go i to z głową, o ile można tak powiedzieć. Ruszać głową z głową. Przykład Jezusa jest jasny i klarowny, a wręcz dwa przykłady - czy to kalkulowanie człowieka, któremu zamarzyła się budowa wieży, czy też strategia władcy, którego czeka najprawdopodobniej walka z nieprzyjacielem. 

To, co od Boga dostajemy, to dary, które mają współistnieć, współdeterminować naszą osobowość, nasz sposób bycia. Pomagać nam. Pokora, prostota serca, dobroć i wiele innych cech, jakie powinny charakteryzować człowieka Bożego - one w żaden sposób nie oznaczają, iż człowiek nie powinien używać swojego rozumu we właściwych celach. Aby swoje życiowe cele osiągać, a zarazem unikać popełniania błędów, które mogą zaważyć na moim dalszym życiu, wpłynąć na nie w jakiś sposób wyjątkowo np. bolesny czy tragiczny. 

To samo stało przed tym budowniczym. Na pierwszy rzut oka - kasę na fundamenty i projekt wieży miał, więc nad czym się zastanawiać? Dawaj, nająć ludzi, wykonawców, i lać fundamenty. Pieniądze na dalszą pracę? Spokojnie, znajdą się - przecież to za jakiś czas... Tak? Bóg mówi - nie. Nie można patrzeć tylko na to, co tutaj, teraz, dzisiaj. 

Życie człowieka wiary to życie do przodu, życie zorientowane na osiągnięcie celu - zbawienia wiecznego. A do niego droga daleka - więc i dość daleko myślami należy wybiegać w przód. Tak samo przy tym budowaniu. Mało to naokoło w naszej własnej polskiej rzeczywistości stoi, a właściwie straszy, takich betonowych czy żelaznych szkieletów ludzkich marzeń, planów i aspiracji, osób które się przeliczyły z możliwościami finansowymi, i niekiedy bankrutując z powodu braku kalkulacji, pogrzebały nie tylko to swoje marzenie - tę inwestycję konkretną - ale utraciły dorobki całego życia? Tu nie tylko chodzi o drwiny - choć na pewno są bolesne, bo ranią ludzką dumę - tutaj stracić można o wiele więcej.

To samo z królem, decydującym o posunięciach całego państwa. Owszem, historia pokazała nie raz, że garstka naprawdę świetnych żołnierzy za cenę niekiedy życia potrafiła stawić czoło o wiele razy silniejszym siłom wroga... ale to chlubne, jednak nadal wyjątki. Jaką szansę ma wojsko, próbujące odeprzeć atak, zwyciężyć w konfrontacji z wrogiem dwa razy silniejszym? Niewielkie. 

Wielka władza, siła - to również wielka odpowiedzialność. Król może lekkomyślnie rzucić na szalę życie poddanych - jak jednak zostanie zapamiętany? Czy bezmyślnie przelewający krew władca ma szansę trafić do annałów? Pewnie tak - ale raczej z mało chlubnego powodu, nie mówiąc o tym, czy dotrwa do końca rządów, czy nie zostanie zabity przez niezadowolonych poddanych. Życie ludzkie należy cenić - a mądry i światły władca musi wiedzieć, kiedy ambicja i pycha muszą ustąpić po prostu chłodnej kalkulacji i rozsądnej ocenie sił. I kiedy taki wynik jest jednoznacznie negatywny - uprzedzać wroga, proponując pokojowe rozwiązanie konfrontacji.

Dobry Bóg dał nam rozum, abyśmy z niego jak najczęściej i jak najlepiej korzystali. Nie, rozumu nie można zużyć, za to można bezsensownie go nie wykorzystać i zmarnować. Każdy z nas ma pewną twórczość, jaką powinien zrealizować - inwestor ma do postawienia budowlę, na którą musi wystarczyć środków, a władca ma rozsądnie kształtować kontakty z innymi państwami, używać siły gdy to w ostateczności koniecznie i ma szanse na zwycięstwo nie tylko na granicy błędu statystycznego. 

Boża iskra rozpala w nas ten zapał, dążenie do pozostawienia czegoś po sobie. I nie ma w tym nic złego - wręcz przeciwnie, nie można pozwolić sobie na lenistwo i zwykłe obserwowanie życia, bycie niemym i znudzonym widzem. Czas ucieka, wieczność czeka - nie raz to powtarzamy. Wieczność czeka na ludzi, którzy biorą los w swoje ręce, tworzą, twórczo wykorzystują czas, inspirują, budują. Naprawdę, nie stać nas na to, aby życie przespać, aby przeleciało nam przez palce. 

W tym wszystkim, co robimy, czego się podejmujemy, za co się zabieramy, musimy kierować się jednak pewnymi kalkulacjami, bez których w materialnym ziemskim świecie nie sposób się poruszać. Otwarte serce, dobroć - też. Ale nie sposób z marzeniami, ich spełnieniem, realizacją planów i zamiarów poradzić sobie bez trzeźwego, realnego spojrzenia na szanse realizacji, na możliwości (choćby te finansowe - w końcu to nic innego jak matematyka). 

Zatem - do pracy! Nie bój się budować i tworzyć - ale równocześnie pamiętaj, że choć Bóg nie raz i nie dwa razy czynił cuda, to jednak nie należy Go wystawiać na próbę założeniami w stylu Boże, wiesz że to dobre, jeśli chcesz to możesz mi zesłać z nieba górę pieniędzy... Pewnie, może. Ale może chce, abyś się wysilił, i po prostu przemyślał skalę swoich planów, policzył koszty i wykalkulował to jeszcze raz? Jak się za coś bierzesz - to po prostu porządnie, przemyślawszy wszystko.

A wracając do tej nienawiści rodziny - o co chodzi? O żadną nienawiść - a umiejętność dystansu. Właściwej hierarchii: najpierw Bóg - dalej cała reszta: rodzina, miłość, marzenia i plany. Boga nie musimy kalkulować - ale co do pozostałych, tak, trzeba. Żeby nie brać się za coś, co z pozoru wydaje się dla mnie, a jednak nie jestem przekonany, brakuje mi zaparcia i woli realizacji tego. Żeby nie zranić w ten sposób siebie i innych. Oczywiście, wszystkie te kwestie - rodzina, miłość, marzenia - są wykonalne, pewnie - ale wymagają Bożej siły, aby podołać.

Bóg jest najważniejszy, wieczny, i relacja na linii ja-Bóg musi być priorytetem, pewnikiem, punktem odniesienia. Cała reszta jest zmienna, przemija - jak wszystko, co ludzkie. I ta różnica musi być wyraźnie wskazana. Czemu tak ostre słowa, mowa aż o nienawiści? Ano może stąd, że tak ciężko do nas cokolwiek dociera... Takie celowe Jezusowe przejaskrawienie.