Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 listopada 2015

Nie wyszło

Czasami jest tak, że człowiekowi jest po prostu źle. Że wydaje mu się, że Pan Bóg to sobie albo wolne zrobił (zarobiony jest - to pewne, należy się), albo przeoczył, a może zakpił? I wydarza się coś, co w sensie negatywnym burzy jakiś tam porządek, przede wszystkim plany.

Jakiś czas temu prosiłem na tym blogu o modlitwę w intencji mocno zaawansowanych działań z udziałem mojej osoby, które - jak mnie nieoficjalnie zapewniano - doprowadzić miały do zmiany na dużo ciekawszą i nie ukrywam, o wiele lepiej płatną pracę. A w piątek tuż po 16 dowiedziałem się, że niestety - mnie nikt tam nie chce. 

Nie raz i nie dwa razy tutaj cytowałem: chcesz Boga rozśmieszyć, to powiedz Mu o swoich planach. No i właśnie się o tym mocno przekonuję. Tu nie chodzi o to, że się w tę robotę zapatrzyłem, że starał się priorytetem ponad wszystko itp. Tak, poświęciłem bardzo dużo czasu na przygotowanie się do rozmowy - tym bardziej, że wskazywano mi, że zakończy się powodzeniem, że to formalność. Chciałem dobrze wypaść, więc się starałem. Tak, nastawiłem się - bo to była okazja, jakich w mojej branży i w mojej okolicy praktycznie nie ma. Tak, czuję się co najmniej głupio, bo nie rozumiem, po co mnie tak zwodzono - gdyby po prostu dostał info o ofercie pracy i się zgłosił, to było by inaczej; a tu cała, wielokrotnie podkreślana otoczka, powołanie się na konkretne osoby. I wyszło z tego wielkie nic. 

Prosiłem zaglądających tutaj - i nie tylko - o modlitwę, i jestem bardzo za nią wdzięczny. Sam się też modliłem. O co? Tak, z jednej strony aby się udało, tak po prostu i po ludzku - rozwiązało by to kwestię finansów, pozwoliło nie na Bóg wie jakie zakupy czy bogactwo, ale na pewną swobodę, której dzisiaj nie mamy pomimo ciężkiej pracy i wykształcenia. Może ktoś powie: marudzisz, masz pracę, nie to co inni, o co ci chodzi? Mam, ale się nie rozwijam, a nie po to było 8 z okładem lat, nazwijmy to, "studiów". Z drugiej zaś strony - na jednym oddechu dodawałem: Boże, Ty sam wiesz, Ty decyduj, Ty mnie poprowadź - powtarzając gdzieś tam modlitwę bodajże św. Ignacego Loyoli, zaczynającą się od słów "przyjmij, Panie, całą moją wolność...". 

Nie mam w sumie żalu do Boga - tuż po tej sytuacji kolega opisał mi praktycznie identyczną ze swojego życia, dodając, że niewiele później, kiedy nie dostał (także z polecenia...) wymarzonej pracy, trafiła mu się o wiele lepsza oferta i ma dobrą pracę. Wierzę, że On mnie gdzieś tam prowadzi i wie lepiej, co dla mnie, dla nas jest dobre. Mam żal najbardziej do tej osoby, która tak a nie inaczej to wszystko przedstawiła, jakby samo aplikowanie na to stanowisko miało przesądzić o moim zatrudnieniu i właściwie wszystko było ustawione - a wyszło jak wyszło. 

Sam nie jestem zwolennikiem metody czytania Biblii na zasadzie "otwórz byle gdzie i czytaj". Usiadłem wczoraj po powrocie z pracy z brewiarzem, i co wyczytałem w nieszporach? 


Pewnie się znajdzie taki, co uzna to za przypadek (do sprawdzenia - czytanie z nieszporów piątku 31. tygodnia zwykłego) - ja nie. Cieszę się, że On dał mi te słowa akurat wczoraj. Schodzi to wszystko powoli ze mnie... Ale pozostaje takie poczucie: kolejna oferta, kolejne ogłoszenie odpowiadające i temu, co robiłem, jako doświadczeniu, i temu, co chciałbym robić zawodowo. Heh... 

I tak mi się ciśnie do głowy refren z jednego kawałka Ewy Urygi: niech wola Twoja dziś spełni się... A słowa bądź wola Twoja w modlitwie - hm, nie tyle może trudniej, ale uważniej wymawiam. Tak to właśnie jest - w sensie pozytywnym trzeba uważać, o co i jak się człowiek modli, bo Pan Bóg słucha. Ale przecież kto bardziej kocha i chce lepiej dla mnie (zresztą dla każdego) niż On? 

poniedziałek, 2 września 2013

Nowa życia zwrotka

Wczoraj i dzisiaj takie dziwne dni.

Wczoraj - bliscy znajomi, chrzestni małego, napisali, że on (dobry kolega od podstawówki) dostał jednak pracę w Wielkiej Brytanii, w związku z czym wyjeżdża w ciągu kilku tygodni, a ona i ich roczna córeczka dolecą do niego tam za jakiś miesiąc-dwa. W Polsce, owszem, źle nie zarabiał, ale umowy śmieciowe, od zlecenia do zlecenia. Ona bez pracy, po fajnych studiach... poszła do technikum, żeby mieć papier technika aptekarza i znaleźć pracę, w międzyczasie mała się urodziła. Dopóki byli sami - było fajnie, wystarczyło, dość luźno. Teraz? Też fajnie, ale z maleństwem na świecie trzeba myśleć dalej, szerzej, próbować pewne sprawy dla dobra i podstawowych potrzeb rodziny zapewnić i zabezpieczyć. Szukał tutaj - nic. Poszukał tam i go wzięli. Oczywiście, cieszymy się, bo to dla niego okazja, poza tym nie rozsypią się bo pojadą tam razem, no i zamierzają wracać. Przekornie można zapytać - mają do czego? Pewnie - rodzice obydwojga, rodzeństwo, rodzinne strony. Oby się tak stało, oby za jakiś czas, może z 5 lat, wrócili. Dla nas trudno, bo to bliscy ludzie... 

Dzisiaj - koleżanka żony stwierdziła, że zostawia pracę. Ma luksus i może to zrobić z dnia na dzień praktycznie, umowa na zastępstwo. Jedna z 2 myślących i sensownych osób w tej jednostce organizacyjnej - piszę obiektywnie, znam realia nie tylko z opowieści żony, ale też z autopsji - i co? Nikt palcem nie kiwnął: może by się pani zastanowiła, może porozmawiamy, jaka podwyżka by panią satysfakcjonowała? Żeby chociaż spróbować i choćby w takiej sytuacji pokazać człowiekowi, że zależy pracodawcy na nim, że w tak podbramkowej sytuacji umie go (ok, na siłę nieco) docenić. Gdzie tam, nic. Olali to, wszyscy. Jedno dobre - dziewczyna podjęła sensowną decyzję, będzie robiła coś innego, co lubi robić i za większe (ok, nadal małe) pieniądze, i ma namacalny dowód, że nie ma się na co oglądać. A żona ma nadzieję - ja też, strasznie fajna osoba - że kontakt i znajomość się uda utrzymać.

Dziwnie to tak. Dla mnie zawsze zmiana pracy była czymś, czego się podświadomie bałem - choć życie pokazało, że w danym momencie to właśnie konkretne posunięcie było dobre i trafne (co nie znaczy, że w każdej było do końca świetnie i kolorowo - na przykładzie poprzedniej - gdyby tak było, nadal bym tam był). Za każdym razem dużo się zastanawiałem, starałem się ważyć plusy dodatnie i plusy ujemne, rozmawiałem z (obecnie już) żoną, martwiłem się o rodzinę, o kredyt i tego typu przyziemne sprawy. Ale też zawsze starałem się to powierzyć Bogu - zawierzyć Jemu i poprosić, żeby w tej decyzji prowadził w dobrą stronę, co nie znaczy: najłatwiejszą drogą. Nigdy nie było perspektyw kokosów i majątku, i też nigdy mi specjalnie na takim nie zależało (przyznaję, miło by było mieć wygodne duże mieszkanie i samochód, nic więcej) - chodziło o to, aby się nie zabrakło na te podstawowe potrzeby. Ale zawsze, mniej lub bardziej z tyłu głowy, towarzyszyło mi takie mocne przeświadczenie, może by to nazwać wiarą: bez Ciebie, Boże, to nic z tego nie będzie.

I dzisiaj za nich proszę - żeby, dokądkolwiek ich nogi zaprowadzę i życie powiedzie, żeby zawsze mieli świadomość, że Ty tam zawsze przy nich byłeś, jesteś i będziesz. 

Ten wierszyk wklejam do znudzenia, ale i tutaj pasuje jak ulał:
Człowiek się z człowiekiem spotkał,
Bóg sam drogę wskazał. 
Oto nowa życia zwrotka,
Człowiek się z człowiekiem spotkał. 
Można śmiało dalej kroczyć
Serce niosąc światu w darze – 
Człowiek się z człowiekiem spotka -
Bóg sam drogę wskaże. 
(o. Leon Knabit OSB)

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Błogosławione zarobienie

To jest niesamowite. A właściwie On - Bóg.

Człowiek musi coś załatwić, stara się, ma świadomość, że wiele zależy od życzliwości (lub jej braku) u drugiej osoby, która może i pomóc, i przeszkodzić - i dostaje telefon z pozytywną informacją tuż po tym, jak sobie o sprawie przypomniał, z mocnym postanowieniem telefonowania w związku z nią. 

Zwykła życzliwość ludzi przypadkowo spotkanych - to w jednym, to w drugim sklepie. Bezinteresownie. Po prostu.

Regularna modlitwa bardzo wiele zmienia w życiu człowieka, szczególnie zabieganego. Nie bez powodu od dłuższego czasu nic nie piszę - nie mam, niestety, kiedy. Praca, wyrwanie trochę dnia na zabawę z małym, wieczorem nauka (kolokwia - 25.06 i 04.07 najgorsze, ustne), a do tego zajęcia jeszcze raz w tygodniu, no i pomiędzy tym fuchy, żeby jakoś wyżyć (bynajmniej bez ekstrawagancji). 

A w tym wszystkim - mama, jej niesamowity spokój, a jednocześnie wola walki i chęć życia, tak bardzo widoczna teraz, kiedy zmaga się z nawrotami raka... Rozmawiam z nią po 2 razy dziennie, odwiedzam jak mogę - teraz się boję, bo mówi, że po radioterapii (naświetlanie mózgu, bardzo mocne), wyszły jej wszystkie włosy (spalone cebulki, ot co) i widać, że ją to krępuje - co tam, boję się sam, żeby się nie rozkleić, jak się zobaczymy... Dlatego staram się maksymalnie zawalczyć w sądzie w sprawie z jej chamem pracodawcą, a jednocześnie przygotowuję papierologię do renty. I na marginesie zupełnie - dieta, nieźle, w miesiąc -14 kg (ale jeszcze wiele przede mną, w czym uczenie się i stresik nie pomaga). 

Staram się modlić, ile daje rady Wspieram komórkową wersję brewiarz.pl - świetny patent, stoisz rano w kolejce i odmawiasz jutrznię na przykład. Dzisiaj po drodze udało mi się już 3 dziesiątki różańca zmówić. Szef wyraził zgodę na indywidualny czas pracy - mogę iść rano na mszę, i chodzę do kościoła nieopodal, chociaż te 2 razy w tygodniu - zakonnicy, inny klimat, bez parafii (dowcip polega na tym, że obok pracy najbliżej mam... polskokatolików, a do tego koło domu - lefebrystów :D). A i z małym te msze niedzielne dziecięce nabierają innego wymiaru - czasami trafia bardziej prosty przekaz, niż górnolotne epopeje - on z kolei patrzy na nas, jako chyba jedyne dziecko sam z siebie klęka i składa rączki. Kochany szkrab :) 

Dzisiaj Kościół stawia przed nami w liturgii Górę Błogosławieństw (Mt 5,1-12). Czy tam jest coś o ludziach zabieganych? Wprost pewnie nie. Ale jest wiele o działaniu - miłosierdzi, wprowadzaniu pokoju, pragnieniu sprawiedliwości - o polach działania dla tych, którzy chcą coś zdziałać, którzy choćby sami chcą być lepsi. Ja próbuję - chociażby w zakresie emocji i nerwów, z czym - wiem - mam bardzo duży problem. Błogosławieni czyli szczęśliwi, napełnienie Bogiem. Wypełnienie Nim po brzegi. Chcący z Nim współpracować - a więc tacy, którzy potrafią i prosić, i dziękować. Bogu nasza wdzięczność do niczego nie jest potrzebna - ale z pewnością raduje się, że człowiek Go nie olewa, że się z Nim liczy i stara się żyć w zgodzie z tym, co On przykazał. Odczuwam to od jakiegoś czasu na każdym kroku. Naprawdę, wiele rzeczy okazuje się prostszych, wiele spraw samych się układa. 

I ten cały spokój... Pomimo - jak widzisz - wielu spraw na głowie. 

niedziela, 12 sierpnia 2012

Chleb, który nie pozwoli umrzeć

Żydzi szemrali przeciwko Niemu, dlatego że powiedział: Jam jest chleb, który z nieba zstąpił. I mówili: Czyż to nie jest Jezus, syn Józefa, którego ojca i matkę my znamy? Jakżeż może On teraz mówić: Z nieba zstąpiłem. Jezus rzekł im w odpowiedzi: Nie szemrajcie między sobą! Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał; Ja zaś wskrzeszę go w dniu ostatecznym. Napisane jest u Proroków: Oni wszyscy będą uczniami Boga. Każdy, kto od Ojca usłyszał i nauczył się, przyjdzie do Mnie. Nie znaczy to, aby ktokolwiek widział Ojca; jedynie Ten, który jest od Boga, widział Ojca. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, ma życie wieczne. Jam jest chleb życia. Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata. (J 6,41-51)
Żydzi szemrali. Nie pierwsi ani ostatni raz. W Jezusie jednak nie było jakiejś woli walki, chciał po prostu wykazać, że błądzą, starając się z Nim walczyć dla zasady, zamykając się z założenia na to, co On głosił. Znowu pojawił się w ich ustach argument - przecież to Syn tej i tamtego, znamy ich, jaki Mesjasz? A historia dobitnie pokazała, że świętość jest darem Bożym osiągalnym dla każdego - i pewnie statystycznie rzecz biorąc tych prostych, zwykłych, często niewykształconych świętych i błogosławionych Kościół ma więcej niż uczonych, szlachetnie urodzonych i po ludzku wybitnych.

Piękne jest to, że w Jezusowych słowach nie ma nic, co sugerowało by, że On się wywyższa. Uwagę słuchaczy - jakby oni nie byli nastawieni - kieruje od razu na Boga Ojca. Ojciec posłał Syna, i Syn wskazuje drogę ku Ojcu. To jedyna droga do życia bez końca, do zmartwychwstania - bo o takim właśnie wskrzeszeniu jest tu mowa. Bycie Bożym uczniem to nic innego, jak zasłuchanie się w Boga, odkrycie Go, zrozumienie, że Syn idzie właśnie w Jego, Ojca imię i w Jego imię działa, że nie ma tu miejsca na samozwańczego mesjasza o wątpliwym rodowodzie. 

Życie wieczne to dar, jakim obdarzyć może tylko sam Bóg w Trójcy Świętej jedyny, nikt inny - cała reszta to zwodzenie i ułuda. I tylko ten Bóg, który w swoim Synu oddał się na krzyżu, powraca codziennie na ołtarzach całego świata - właśnie jako chleb życia. Dzisiaj Jezus mówi dobitniej, doprecyzowuje to, czego nie wskazał wprost tydzień temu (J 6,24-35). Tylko spożywając ten chleb człowiek nie umrze na wieki - w przeciwieństwie do tych, którzy w Starym Testamencie spożywali mannę z nieba, także zesłaną przez Pana, a jednak po ludzku umarli i oczekiwali odkupienia, Jezusa. 

To żaden wymysł, żadne show ustanowione z ludzkiego widzimisię. Eucharystia to chleb niebieski, chleb który właśnie z nieba zstąpił. Dana nam, ludziom, właśnie po to, abyśmy czerpali, karmili się tym chlebem. Im częściej, tym lepiej - o ile tylko serce czyste na to pozwala. 

>>>

Dawno nie pisałem, bo i się wiele działo. 

Sprawa pracy się rozwiązała. Poszedłem na rozmowę z szefem i powiedziałem, że rezygnuję. Próbował przekonywać, bo było tym bardziej niestosowne i dziwne, że sam i jego zachowanie było powodem mojego odejścia, ale powiedziałem że zdania nie zmienię. Formalnie pracuję do końca sierpnia - w praktyce w tym miesiącu byłem w pracy 1 dzień, zamykałem wszystkie swoje sprawy, a reszta to urlop do wykorzystania. 

Niestety, na dniach "odbiło mi się" to, że wszystko się udało pozamykać dobrze - szef poszedł na rękę w zakresie patronatu, napisał to co potrzebowałem i podpisał wszystko - więc dla odmiany, jak zacząłem segregować pliki z komputera z pracy, okazało się... że szlag trafił wszystkie moje notatki z pół roku aplikacji. Nie wiem, jak to się stało. Po prostu nie ma tego folderu, kilka niewielkich plików w wordzie, ale np. w jednym 120 stron notatek które sam pisałem, nie opuszczając ani jednego wykładu... Kolega poratował, przysłał swoje notatki, trzeba będzie je przerobić na własne i tak się uczyć. Ale będzie sporo roboty. 

Oczywiście, nie rzuciłem pracy w ciemno. Udało się wcześniej zorganizować nową. Trochę się z tym źle czuję - dostałem ją z polecenia, normalnie nie miał bym szans (mimo że to nic nadzwyczajnego, żadne kosmiczne zarobki - wręcz kilkaset złotych do tyłu w stosunku do poprzedniej pracy), w pewnym sensie urząd. Martwię się, że niewiele pieniędzy - nie jestem sam, jest żonka i malutki, ale musimy dać radę. A mało jest dlatego, że na 4/5 etatu - w końcu muszę mieć wolne na zajęcia. Ale jest praca - mam nadzieję, spokojniejsza, normalniejsza, z konkretnymi obowiązkami i wymaganiami. Lokalowo wydaje się naprawdę zapowiadać dobrze. Denerwuję się - jutro pierwszy dzień! Mam nadzieję, że w tym wszystkim - pomimo konieczności jeszcze uczenia się w domu - będzie czas na bardziej regularne pisanie, które musiałem na jakiś czas zarzucić. 

Jak tak czytam dzisiejsze I czytanie o Eliaszu (1 Krl 19,4-8) to tak jakoś znajomo brzmi. Sytuacja była - w moim odczuciu - beznadziejna, mogłem czekać na wypowiedzenie. To zmotywowało, aby prosić o drogę, o rozwiązanie. I to rozwiązanie przyszło - nie kombinowałem, nie wahałem się, pojawiło się tak niespodziewanie i w takim momencie, że nie mógł to być zbieg okoliczności. Może nie było to dosłownie "Wstań i jedz" - ale wystarczająco, jak dla mnie, wyraźnie. 

Tydzień czasu byłem więc na urlopie. Zrobiłem w domu sporo rzeczy, na które normalnie nie było czasu. Pobyłem z żonką i synkiem, bez pośpiechu. Żonka prawo jazdy zaczęła, w międzyczasie kurs skończyła i jutro ma pierwszy raz jazdy :)

wtorek, 31 lipca 2012

Jak to będzie z tymi żniwami

Jezus odprawił tłumy i wrócił do domu. Tam przystąpili do Niego uczniowie i prosili Go: Wyjaśnij nam przypowieść o chwaście! On odpowiedział: Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie. Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego. Kto ma uszy, niechaj słucha!  (Mt 13,36-43)
Niewiele jest w Ewangelii miejsc, gdzie Jezus tak dokładnie, wprost, że bardziej się nie da, tłumaczy przypowieść. I do tego - uczniom. Nie ma tu jednak ani słowa wyrzutu - po prostu wyjaśnienie. Bo Bóg - Ten prawdziwy - przychodzi do człowieka, aby uprościć, aby wyprostować to co zakręcone i powykrzywiane, aby ułatwić i zatroszczyć się. (W tym kontekście - polecam świetny felieton o. Dariusza Kowalczyka SI z najnowszego GN)

Bóg jako wielki i dobry Siewca, który działa rękami swojego Syna. Nasiona to my - ludki Boże, istniejące od momentu naszego poczęcia, i dążące ku nieskończoności ze swoją nieśmiertelną duszą z jednej strony, i ludzkimi słabościami z drugiej. Każdą swoją decyzją, każdym dokonanym wyborem zbliżamy się do owego Dnia Sądu, tak obrazkowo powyżej opisanego jako żniwa, i stajemy się - a to synami królestwa, gdy postępujemy właściwie, a to synami Złego, kiedy dajemy się owemu Złemu skusić. 

Czy należy powyższe słowa interpretować jako permanentny koniec dla tych, którzy w swoim życiu częściej wybierali Złego, stając się bardziej jego synami? Czy spotka ich los, jaki spotyka chwasty, spalane bez mrugnięcia okiem w ogniu? Nie wątpię - Bóg przyjdzie i będzie sądził. Będą Mu wiadome wszystkie uczynki danego delikwenta, owe zgorszenia i nieprawości. I pewnie tych opornych spotka jakaś, być może bardzo nawet dotkliwa kara w formie czegoś, co znamy jako "czyściec". Nie wierzę jednak (niestety?) w to, że Bóg - Miłość bez końca - będzie chciał kogokolwiek zatracić na przysłowiowy "amen", bo - przy całym szacunku dla Jego wielkości i faktu, iż dał nam wolną wolę, to stało by w sprzeczności z Jego umiłowaniem każdego z nas. 

Mamy czas tutaj, na ziemi, dany aby dokonywać wyborów, opowiadać się po Jego lub Złego stronie. W końcowym rozrachunku, przy owych anielskich żniwach, Bóg rozsądzi, i niektórych nagrodzi od razu, a niektórym każe poczekać, i sama świadomość tej konieczności będzie dla nich wydaje mi się dość dotkliwą karą, takim właśnie oczyszczaniem. Zdecydowanie o. Wacław Hryniewicz OMI mnie przekonuje w tym zakresie :)

>>>

To był - jeszcze jest - dość napięty i intensywny czas. Podjąłem decyzję i zrealizowałem ją - porozumiałem się z pracodawcą co do rozwiązania umowy. Formalnie pracuję do końca sierpnia, praktycznie zaś 2 sierpnia jestem ostatni dzień, reszta to proporcjonalny wymiar urlopu do wykorzystania. Materialnie na tym stracimy - kilkaset złotych mniej; forma zatrudnienia w nowym miejscu też mniej ciekawa - umowa na zastępstwo zamiast umowy na czas nieoznaczony (ale zakładam, że będzie dobrze, jak się sprawdzę to zatrudnią normalnie). No i niepełny etat - w urzędzie się tak nie da, że niby jesteś, ale jeden dzień w tygodniu Cię nie ma. Ale pod każdym względem praca będzie spokojniejsza, lepsza, bardziej normalna, w sensowniejszych godzinach - będę w domu wcześniej. Urząd - fakt, w pewnym sensie "wielki powrót". 

Tak więc wszystko jakby się układało. Ostatnie 3 dni w tej pracy. Zupełnie inne podejście do wszystkiego, spokój, dystans. Nie rusza mnie to już. Na nic się nie napinam, nie muszę się wykazywać - bo i po co, przede wszystkim dlatego, że nawet kiedy mi zależało i się wykazywałem, to nikt nawet tego nie zauważał.

Mama szczęśliwie przeszła pierwszą serię chemioterapii, w kontekście tego, jakie mogły być, naprawdę praktycznie obyło się bez komplikacji i skutków ubocznych. Trzymamy mocno kciuki, teraz odpoczywa, niestety przez tropikalną pogodę trudno się oddycha.  

środa, 18 lipca 2012

Msza poranna a spóźnienie do pracy

Tak się ostatnio zastanawiałem nad tym, jak to jest z godzeniem codziennych obowiązków z chęcią uczestnictwa we Mszy Świętej.

A jest trudno. Widzę to po sobie. Były okresy czasu, gdy - mając taką możliwość, ale przede wszystkim czując taką potrzebę - starałem się uczestniczyć w Eucharystii codziennie. Były to czasy szkolno-uczelniane, z akcentem na szkolne, bo na studiach człowiek już pracował, i nie zawsze się dało rano (jak np. praca na 7:30 i trzeba było dojechać), a i wieczorem różnie bywało. 

Teraz nie jest łatwiej. Rano odprowadzamy malutkiego do dziadków, sami musimy dojechać (żonka - kilkanaście minut, bezpośredni autobus; ja - prawie godzina w sumie - autobus z żoną, kolejka, potem znowu autobus albo spacer). Wychodzi mniej więcej, że człowiek wyjdzie z domu ok. 6:15, a w pracy jest jakoś 7:45. Albo wyjdzie z pracy ok. 16:00, i w domu jest tak 17:15. A jeszcze nie idzie do domu prosto, bo malutkiego trzeba odebrać. W domu też obowiązki - zakupy po drodze, malutkiego trzeba wykąpać, pobawić się z nim choćby chwilę, nakarmić i uśpić. A to przecież i tak niewiele - za kilka lat dojdzie więcej czasu na zabawy, gdy dziecko będzie większe, dojdą w szkole prace domowe, itd. 

Najczęściej - nie ma jak. Rano w parafii miejsca zamieszkania nie da się - pierwsza Msza jest o 7:00, więc za późno, już jestem w drodze. Wieczorem - także się nie da, bo w porze Mszy akurat jest pora kąpieli synka. Pozostaje alternatywa - kościół w okolicy miejsca pracy. Daje się czasami, bo Msza jest powiedzmy rano w porze pasującej. Ale pojawia się problem, kwestia sumienia - idąc na Mszę, spóźniam się o ok. pół godziny do pracy, i powinienem w niej w związku z tym siedzieć o te pół godziny dłużej. Mimo, że mam zadaniowy (sic!) czas pracy... A nie bardzo mogę, bo muszę sprawnie wracać do domu, żeby odebrać synka, zrobić zakupy i pomóc w tym wszystkim żonce. 

Nawet jak się udaje, człowiek pójdzie sobie - jak dzisiaj - to jakiś taki niepokój mam w sercu, że to nie do końca tak być powinno, że przez moje spóźnienie jestem jakby nie w porządku w stosunku do pracodawcy.  Że pracodawca wykorzystuje, wyzyskuje - zgoda. Ale mnie się wydaje, że ja nie w porządku jestem przez to, że przez Mszę jestem w pracy krócej, niż powinienem, niż się zobowiązałem. Może to jakieś dziwne. Ale jednak. 

Stąd też mam mocne postanowienie przełamania się i spróbowania wykorzystania możliwości udziału w adoracji Najświętszego Sakramentu. Bo jest taka w parafii, nawet w 2 dni w tygodniu, obydwa po południu (jedna wieczorem). Trzeba się postarać. 

poniedziałek, 9 lipca 2012

Znowu proszę

Wszystko wskazuje na to, że nadchodzące dni będą dla mnie bardzo ważne i decydujące jeśli chodzi o przyszłość zawodową. Dwie powiązane ze sobą bardzo ważne sprawy do rozwiązania. 

Dlatego bardzo proszę o wsparcie modlitewne. 

wtorek, 3 lipca 2012

Szlakiem

W zeszłym tygodniu - poza poniedziałkiem, oraz wtorkiem i czwartkiem (wykłady i praktyki - przychodziłem później, więc i siedziałem dłużej) - i tak w środę i piątek siedziałem do 18, albo i lepiej. Kolejny raz dostałem od szefa do roboty coś, po czym gdy zrobiłem to, o co prosił, okazywało się, że zrobiłem to nie na tej wersji (pracowałem na takiej, na jaką mi przysłał); że wysłałem nie wyczyściwszy komentarzy (tylko że nie powiedział, że mam to zrobić); że nie jestem specem z zakresu prawa podatkowego i nie znam się na opodatkowaniu pewnej kwestii (bo się nie znam - nie bez powodu jest w dziale dedykowany do tego pracownik, który rozstrzygnął kwestię; szef sam tego nie wiedział); że w regulaminie, który można było dwojako interpretować, zinterpretowałem w sposób bardziej dla nas ostrożny i korzystny (bo on zinterpretował inaczej). A do tego jak wyczaiłem w innym zakresie coś, co nie wynika z przepisów, i powiedziałem mu o tym - poszperałem w necie, z ciekawości (opracowanie miałem zrobić z przepisów), to usłyszałem, że on wyszedł na idiotę, bo podał już informacje bez tego.

Wprost usłyszałem, z miną człowieka nieszczęśliwego z faktu, że ze mną siedzi i rozmawia, że właściwie to on nie widzi możliwości dalszej współpracy. Że ten miesiąc zadecyduje, czy firma będzie chciała ze mną współpracować. Mnie z nerwów aż wszystko drgało przed oczyma, dosłownie. Liczyłem się z tym, że dostanę wypowiedzenie w tym momencie - nie dostałem. Ale - jako, że to kolejna taka sytuacja, niestety, w mojej ocenie po prostu (treść zarzutów i forma) czepialstwa - nie wątpię, że to przy pierwszej okazji nastąpi. Odnosiłem wrażenie, że liczył na to, że pod presją sytuacji sam zrezygnuję, jak tam siedziałem. Nie zrobiłem tego, ale mam świadomość, że to kwestia czasu. 

Zresztą, ja siebie - w takim miejscu, w takich warunkach - nie widzę. To nie na moje nerwy. Pomimo sensownych zarobków, bez których będzie trudno (takiej pensji nie dostanę), musimy dać radę. W tej chwili widuję się z żoną z rana, jak wstajemy i odprowadzamy synka do dziadków, i wieczorem; małego nie widzę w ogóle wieczorem, bo śpi. Biedna zasuwa sama, odbiera go od dziadków, myje, karmi, usypia. Może dla kogoś to szczyt kobiecej roli i obowiązek - dla mnie nie, bo sam też chciałbym się tym zajmować. Wczoraj - przyszedłem do pracy przed 8, wyszedłem ok. 20:30. Słowo podziękowania, że tak długo, że do oporu? Nie, za to groźba o wywaleniu z pracy. 

Dzisiaj po zajęciach, z nerwów, zrobiłem sobie spacer po Starym Mieście w Gdańsku. I tak mnie nogi zaniosły najpierw do dominikańskiej bazyliki św. Mikołaja - kościoła mojego chrztu. Przypomniały mi się słowa bł. Jana Pawła II odnośnie kościoła w Wadowicach: Tu wszystko się zaczęło... Dla mnie tam się wszystko zaczęło, wiara, przygoda z Kościołem. Kościółek biedny, bez pieniędzy, ale widać sporo prac konserwatorskich. Wpadła jakaś wycieczka z przewodnikiem - połowa chłopców nawet nie wpadła na pomysł, żeby czapeczki żółte (znak rozpoznawalny grupy) zdjąć, bo i po co; nikt z opiekunów nawet na to uwagi nie zwrócił. Potem wszedłem do karmelickiego kościoła św. Katarzyny - słynny na skutek pożaru z 2006 r. (pechowy, niespełna 30 lat wcześniej odbudowany po zniszczeniach wojennych), właściwie jeden wielki plac budowy, ściany właściwie gołe, wejście możliwe tylko do kruchty. I wreszcie - kapucyński kościół św. Jakuba, paradoksalnie do poprzednich - odnowiony, jakby nieco przytłaczający prostotą wnętrza, ale mnie się podoba. Pomodliłem się, w Mikołaju zmówiłem (komórka z internetem :D) brewiarz. 

I znowu - a właściwie dalej - czekam. Panie Boże, to naprawdę bardzo dobry moment, abyś zadziałał. Wiem, jest chora mama, są teściowie, jest ciężarna szwagierka... To wszystko też ogarniam modlitwą, ale w tej sytuacji naprawdę potrzebuję pomocy, wskazówki, życzliwej osoby która zaoferuje potrzebną tak bardzo pracę. 

środa, 6 czerwca 2012

Źle

Miało być o niedzielnej uroczystości Trójcy Świętej (odpust w mojej rodzinnej parafii), o tym że Bóg to nie jest siwy staruszek, chłopak z brodą i gołąb - a niepojęta tajemnica, której człowiek może zaledwie uszczknąć swoją wiarą i nic więcej, i o tym że tę prawdę, rzeczywistość Trójcy można zgłębić jedynie naprawdę odnajdując się w Kościele, a nie fantazjując, krytykując i komentując wszystko z pozycji widza, a nie członka wspólnoty.

Miało, bo chciałem to napisać w okolicy weekendu. Nie mam na to czasu, bo w pracy szef z lubością wymyśla kolejne rzeczy do zrobienia dla mnie, a ja siedzę i robię. Wczoraj do przeszło 19 (fakt, że dopiero po zajęciach przyjechałem), dzisiaj też zapowiada się długo. Jak bym nie napisał - coś uzupełnić, zmienić; zwykle dlatego, że nieprecyzyjnie się wyraził odnośnie tego, co ma być zrobione. A wyraża się... mailami (siedząc koło mnie na wyciągnięcie ręki, biurko obok), praktycznie się nie odzywa (do mnie - bo do reszty osób z działu jak najbardziej). Taki, w moim odczuciu, ostracyzm. I chyba celowe działanie mające mnie zmobilizować do rezygnacji. Spokojnie, sam do tego doszedłem, i szukam po prostu nowej pracy - nie mogę sobie pozwolić po prostu na odejście i dopiero szukanie (rodzina, kredyt). 

Sytuacja jest nieznośna. Ja rozumiem - wymagania - ale w tym działaniu i w podejściu do mnie widzę pewną złośliwość, i na pewno niechęć. W efekcie - nie mogę znieść, jak tam idę i siedzę, denerwuję się że zaraz znowu coś wymyśli, a poza pracą życia jest niewiele. Przychodzę do domu późno, zmęczony i zdenerwowany (mimo że nieco powietrza ze mnie po drodze schodzi). Żona też źle to znosi - prawie codziennie musi małego odbierać od teściów sama, sama wracać, sama go myć i usypiać, a potem siedzieć sama czekając na mnie. To ma być życie? To bezsensowna wegetacja.

Nawet na Mszę nie mam czasu iść w tygodniu. Chyba ze 3 tygodnie nie byłem, poza niedzielami oczywiście. Brakuje mi tego. Ale nie mam jak. Dzisiaj z rana poszedłem, u nas. Cicha Msza, szybka. Posiedziałem trochę wcześniej, pozawracałem Bogu głowę moimi sprawami, pożaliłem się i poprosiłem o pomoc. Pewnie, dziesiątkę różańca staram się codziennie odmówić w drodze, ale to nie to samo, co zaduma na Mszy albo w ogóle w kościele. 

Zmówiłem przed Mszą jutrznię (brewiarz.pl to przydatny serwis - wystarczy mieć internet w komórce), i jak zwykle zobaczyłem, że w pewnych słowach moja sytuacja po prostu się odbija:
Przeniknij nasze umysły,
Nad całym pochyl się życiem
I zniwecz Twoją światłością
Próżnego serca złudzenia. (hymn jutrzni)
Jest naprawdę psychicznie ciężko. Dlatego proszę o modlitwę i znalezienie innej pracy.

niedziela, 27 maja 2012

Słucham

Nie jest zbyt dobrze.

W ciągu ostatnich 2 tygodni posypało mi się w pracy, która wydawała się być szczytem i spełnieniem marzeń w zakresie tego, co człowiek w moim wieku może osiągnąć i jakie to może dawać perspektywy. Fajny czas w dziale powiedzmy pośrednim jeśli chodzi o zainteresowania, po czym idealnie pasujący w czasie transfer do działu docelowego, najsensowniejszego, a potem dostanie się jeszcze na aplikację. No, bajka, ciężka ale zapowiadająca sensowne wyniki po 3 latach godzenia pracy z aplikacją (1 dzień wykładów właściwie cały rok poza wakacjami, no i praktyki przez 3 m-ce po 1 dniu w tygodniu). Więc zasuwam, 2 dni w tygodniu przychodzę do pracy po zajęciach aplikacyjnych. 

Nie wiem, o co chodzi. Wprost z szefem (a co najgrosze - także patronem) starłem się raz, ale w styczniu, przy czym obydwoje mieliśmy świadomość, że to ja miałem rację. Nie podkładałem się, nie wychylałem - robiłem swoje. Pretekst przyszedł w tym tygodniu, kiedy "nie wykonałem zadania", które nie dość że czasowo, to jeszcze dla mnie w ogóle nie było wykonalne. Nie znalazłem tych materiałów, bo nie potrafiłem, o czym - mając świadomość, że potrzebuje ich w konkretnym terminie - powiedziałem wprost. No i była rozmowa w cztery oczy, w której dowiedziałem się, że taka sytuacja jest niedopuszczalna, że za mnie osoba X z działu musiała tego szukać, i jeśli jeszcze raz tak będzie, to on sobie "nie wyobraża możliwości dalszej współpracy". Przekaz jasny. Wyraziłem zdziwienie dla faktu porównywania moich umiejętności do umiejętności osoby z dobrym kilkuletnim doświadczeniem w branży - na co dowiedziałem się, że "to nie jest szkoła, studia, tylko praca".

Przy okazji usłyszałem, że jestem niepoważny, skoro (było to ze 3? miesiące wstecz) zadzwoniłem kiedyś i wziąłem urlop na żądanie, bo malutki się pochorował. Zdębiałem, jak to usłyszałem. I że jak ja śmiałem zadzwonić do innego starszego pracownika, kiedy tydzień temu w poniedziałek przyszedłem później do pracy, bo musiałem iść do dentysty w poniedziałek rano, po weekendzie z bolącym zębem. Nie zadzwoniłem do niego, bo był za granicą na urlopie, i - słusznie? - uznałem, że w tej sytuacji nie ma sensu dzwonić do niego, tylko do osoby będącej na miejscu w pracy. 

Ja mam dość. Facet jest rozgarniętym prawnikiem z dużo większym od mojego doświadczeniem, więc przy odrobinie wysiłku i tak się mnie stamtąd pozbędzie, jak się uprze. Poza tym absolutny pracoholik - więc nie zrozumie człowieka, jak ja, z inną hierarchią wartości, dla którego rodzina to nie tylko przykry obowiązek na weekend. A ja po sądach nie zamierzam się w takiej sprawie ciągać, szkoda czasu. Psychicznie natomiast mam dość - niedobrze mi się robi, kiedy myślę o pracy albo muszę do niej iść. Jedyny (...) problem - szansa na to, że gdziekolwiek zaoferują mi podobne zarobki, jest żadna. A kokosów nie zarabiam, wystarczy akurat - i teraz gdyby tego miało być kilkaset złotych mniej - mogło by być za mało. Nie mówię o żadnych ekstrawagancjach - normalne życie rodziny z małym dzieckiem, żadnych kulturalnych eskapad czy corocznych zagranicznych wakacji. I to zmusza do zastanowienia przed jakimkolwiek ruchem - odpowiadam za nas wszystkich, za żonę i za maleństwo nasze. We dwoje byśmy sobie dali radę, bez problemu, ale jest jeszcze nasz D. Nie wnikam, czy - jak niektórzy mówią - to chwilowe zachowanie, czy nie. Ja w takich warunkach nie chcę pracować. 

W piątek miałem dzień praktyk, zjechałem rano w okolice sądu, i tak się złożyło, że nogi zaprowadziły mnie do... kościoła od kilku lat będącego w praktyce kaplicą wieczystej adoracji, gdzie dobre 20 albo i więcej lat temu prowadzała mnie śp. babcia na msze dla dzieci. Po drodze - w głowie cały czas tekst i melodia "Oczekuję Ciebie, Panie" TGD, jakoś sama przyszła. Dziwne takie wspomnienia, przez mgłę. A w ogóle -był to dzień moich urodzin. Pomodliłem się chwilę - pozytywna obserwacja: mimo Palikotów i innych tej maści oszołomów, przez te kilka minut przez kościół, choćby na jedną zdrowaśkę, przewinęło się naprawdę dużo ludzi; i więcej młodych, wyraźnie w drodze do szkoły/pracy niż starszych. I tak się zastanawiałem nad tym, gdzie jestem, co się dzieje, przed jakim wyborem może przyjść mi stanąć. Nie mogę narzekać - mam wszystko, co jest mi potrzebne, i to wystarczy. Pojawia się jednak zagrożenie, że coś tym porządkiem może zachwiać... i wchodzi strach. Mimo, że na każdym kroku przekonuję się, że On czuwa i jest obok (np. kończą się pieniądze - tego samego dnia telefon ze sklepu, gdzie reklamowałem pewną rzecz, że jest zwrot pieniędzy; albo bardziej niż błyskawiczne załatwienie sprawy zwrotu podatku w skarbówce). Ale strach się pojawia. 

Nie napiszę nic o dzisiejszej Ewangelii - choć to Niedziela Zesłania Ducha Świętego - ale odsyłam do świetnego tekstu x Macieja Pohla z Mateusza (pierwszy do liturgii dnia, nie mszy wigilijnej). Ostatni akapit:
Musi być tylko spełniony jeden warunek: trzeba wierzyć w Chrystusa, oddać Mu siebie. Dopiero wtedy będziemy potrafili zbliżyć się do Niego i właśnie u Niego szukać pomocy, będziemy umieli powiedzieć Mu o swoich pragnieniach i potrzebach. I także wtedy będziemy potrafili przyjąć pomoc, jaką nam ześle – swojego Ducha.
Wołałeś, zapraszałeś, jestem. W Tobie jest światło, Twój Duch uskrzydla człowieka. Słucham.  

poniedziałek, 6 lutego 2012

Nie umiemy odpoczywać

Wtedy Apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco. Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu. Odpłynęli więc łodzią na miejsce pustynne, osobno. Lecz widziano ich odpływających. Wielu zauważyło to i zbiegli się tam pieszo ze wszystkich miast, a nawet ich uprzedzili. Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać. (Mk 6,30-34)
Tym razem to sobotni tekst. Bardzo na czasie, ponieważ odpoczynek to bardzo ważny problem - w obie strony.   Albo nie umiemy odpoczywać w ogóle, albo nic innego poza odpoczywaniem nie robimy. 

W czasach Jezusa było nieco inaczej. Ludzie, szczególnie prości i biedni, mieli mało czasu tak naprawdę na cokolwiek. Większość ich życia kręciła się wokół tego, jak przetrwać - zarobić na siebie, na pożywienie, jakiś strój, dach nad głową, zapewnić minimum bytowe dla rodziny: żony i dzieci, czasem także rodziców/teściów. Może nie wszyscy żyli z dnia na dzień - ale z pewnością, troska o zapewnienie bytu najbliższym była kluczowym problemem. Odpoczynek? W szabacie. Nie tyle nawet dlatego, żeby poodpoczywać, ale dlatego, że Bóg zakazał w tym dniu wykonywania jakiejkolwiek pracy. Owszem, wielu ten zakaz łamało - Jezus w innym miejscu wypomniał im to wprost, pytając o to, co by zrobili, gdyby dowiedzieli się o tym, że jakaś krzywda stała się w dniu szabatu ich zwierzętom (wiadomo, że zostawili by wszystko i wbrew zakazowi pobiegli ratować swój inwentarz). 

A dzisiaj? Pracoholizm urasta do rangi zalety, nic tylko czekać, aż ludzie zaczną wpisywać go sobie do CV, będąc zeń dumnym. Owszem, praca powinna być wykonywana dokładnie, prawidłowo, porządnie, a nawet z pasją - ale to jedno, a koncentrowanie się w życiu jedynie i tylko na pracy - co innego. Pracę najlepiej lubić, ale nie można skupiać się tylko na niej. Wystarczy przyjrzeć się spotkaniom, nawet towarzyskim, i niekoniecznie w gronie np. pracowników jednej firmy - o czym jest dyskusja? O pracy - jego, jej, znajomego, kolegi, konkurenta. Sprawy osobiste, dyskusje światopoglądowe schodzą na margines. Ludzie pod pretekstem pracy potrafią zaniedbywać rodzinę, dzieci, małżonka, bliskich, przyjaciół - dochodzi do dramatów, kiedy człowiek rozwala sobie w życiu wszystko przez przesadę w pracy, a jednocześnie ma żal do tych, których stracił, bo "przecież ta praca, to wszystko, to dla nich było". Przerost formy nad treścią.   

Albo w drugą stronę. Są ludzie, którzy ze względu na swoją sytuację życiową albo swój status materialny mogą pozwolić sobie na nic nie robienie. Lenistwo. Bylejakość. Leżenie do góry brzuchem. Mogą, więc tak właśnie postępują. A nie bez powodu już pierwsi chrześcijanie, apostołowie, dyskutowali na ten temat i doszli do wniosku dość prostego: "kto nie pracuje, niech też nie je" (2 Tes 3, 10). Każdy z nas ma dane od Boga dwie ręce i dwie nogi. Jeśli nie musi pracować na swoje utrzymanie - świetnie, ale nie stoi to na przeszkodzie, aby ze swoim życiem zrobił coś pożytecznego, zaangażował się w jakieś działania na rzecz tych, którzy są w gorszej sytuacji. 

To nie ma znaczenia - czy pracujesz te 40 h w tygodniu, czy się uczysz, czy jesteś zadowolonym z życia rentierem - Bóg pragnie, abyś swoje życie przeżył celowo, z sensem, coś robiąc i pozostawiając po sobie innym. Dopiero wtedy będziesz umiał naprawdę dobrze i w Boży sposób odpocząć. Odpocząć w Bogu i z Nim. Ani za dużo, ani za mało - tyle, ile trzeba. 

czwartek, 19 stycznia 2012

Masakra

Niesympatyczny szef, wymyślający praktycznie (z uwagi na dostępne środki) awykonalne zadania, dodatkowo z oderwanymi od rzeczywistości terminami wykonania... Codzienne marudzenie i wypominanie "ale dostałeś to w poniedziałek". I co z tego? Siedzę nad tym od poniedziałku rana, ostatnio po 12 h dziennie. Za nadgodziny pies z kulawą nogą mi nie zapłaci, słowa podziękowania też nie dostanę. Dodatkowo, piętrzenie idiotycznych pytań. 

To właśnie moja rzeczywistość tego tygodnia, i powód dla którego nie piszę nic, bo nie mam czasu, a jak wyląduję w domu, to nie mam siły. A od wczoraj realnie myślę o szukaniu normalniejszej pracy, w której oczekiwania będą przekładały się na wynagrodzenie.
 
Dlatego bardzo proszę o wsparcie.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Wybierz Boga, który i tak wybrał ciebie

Chaotycznie nieco będzie, bo kilka spraw. 
Jan Chrzciciel tak głosił: Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym. W owym czasie przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i przyjął od Jana chrzest w Jordanie. W chwili gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na siebie. A z nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie. (Mk 1,6b-11)
Kluczowe jest tutaj zakończenie. Umiłowany, upodobanie. Sformułowania bardzo mocne, nacechowane wieloma emocjami. Bóg wypowiedział je odnośnie swojego Syna tylko dlatego, że Jezus był nim właśnie, Synem Boga samego?

Bóg określił tak Jezusa, ponieważ wiedział, na co Go posyła i ile On dokona. Nie przyszedł z wielkim wojskiem, nie wybił do nogi przeciwników, nie zaprowadził rządów - ok, bożych - ogniem i mieczem. Szedł przez życie zupełnie inaczej. Nie złamał trzciny nadłamanej, nie zagasił knotka o nikłym promyku. Miłował, uzdrawiał, nauczał, pocieszał. Bezinteresownie. Bo to było najważniejsze. Bo zależało Mu na tych, do których szedł. 

Jan posługiwał się w odniesieniu do Jezusa bardzo wymownym porównaniem - sugerował, że grzesznik nie ma prawa nawet rzemyka u sandałów mu rozwiązać. Czyli wykonać czynności najmniejszego sługi. Czy Jezusowi o to chodziło, aby wszyscy padali Mu do nóg i rzucali się do Jego sandałów? Raczej nie. Więc o co?

O to, by człowiek podjął decyzję. By człowiek zdecydował się, czy jest za Bogiem, czy przeciwko Niemu; czy chce iść przez życie z Nim, czy obok Niego albo bez Niego (w sumie to bez znaczenia). Żaden przymus. To w moim interesie, w interesie mej wiarygodności i uczciwości choćby wobec samego siebie jest, abym był autentyczny. Wybieram Boga, albo wybieram coś/kogoś innego. Bóg Ojciec wybrał, wskazał swojego Syna - wiedział bowiem, że On nie zawiedzie ani Jego samego, ani ludzi, dla których zbawienia Go posłał na świat. 

To nie jest tak, że Bóg i Kościół są w opozycji do świata. Punktem odniesienia jest właśnie Bóg. Jeśli coś nie gra, można w ciemno - niestety - założyć, że coś nie jest tak, jak być powinno, w tym co lansuje i promuje świat. Nigdy na odwrót. Ludzie Kościoła mogą błądzić i grzeszyć, natomiast sam Kościół nie. I to z jego punktu widzenia człowiek wierzący ocenia rzeczywistość. Oczywiście, każdy ma swój własny rozum (nie po to, żeby mieć, ale żeby z niego korzystać), ale Kościół podpowiada, wskazuje drogę. 

Ile jeszcze potrwa zanim sam będę mógł szczerze powiedzieć: Jezus, w Tobie mam upodobanie? 

>>>

Kościół wzbogaci się 18 lutego o 22 nowych kardynałów.

>>>

Skończyłem czytać "Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego" Magdaleny Grzebałkowskiej, czyli książkę o + ks. Janie od Biedronek. Książka napisana świetnie. Na początku bardzo ciekawie oddane realia początku XX w. I dalej, przez życie księdza. Wiernie, szukając prawdy - więc czasami także dobitnie opisując pewne zachowania czy postawy: księdza samego czy jego otoczenia; nie w celu malowania przerysowanej laurki, ale w celu pokazania, jak było naprawdę. Na przeszło 350 stronach opisane życie postaci szczególnie barwnej i wyjątkowej, nie tylko jak na realia polskie.

Ks. Jan był człowiekiem bardzo złożonym, i co tu dużo mówić - dziwakiem. A jednocześnie poetą religijnym poczytnym chyba jak żaden inny, w kraju i za granicą. Miał swoje słabości, miał swoje dziwactwa - ale we wszystkim był pięknie autentyczny, wierny Bogu i oddany swojej posłudze. 

Książkę bardzo mocno polecam. 

>>>

Żonka złożyła rezygnację, została przyjęta. Szczegółów pewnie dowiem się w domu, ale kamień z serca.

>>>

Krótko na temat Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie można jej jednoznacznie krytykować i podsumowywać. Niestety, państwo nie wywiązuje się z obowiązku zapewnienia pewnego poziomu usług medycznych i potrzebnego do tego sprzętu - więc trzeba cieszyć się, że jest WOŚP, który tę lukę łata, jak może. Żeby tę akcję potępić - trzeba umieć jednocześnie spojrzeć w oczy wielu osobom - dzisiaj dwudziestolatkom, a może młodszym, którzy żyją, bo gdzieś tam, kiedy potrzebowali tego jako maleńkie dzieci, mogli skorzystać ze sprzętu ufundowanego przez WOŚP. Owszem, Jurek Owsiak i nie tylko odcinają z tego kupony - prawda jest taka, że sam to wymyślił, więc ma do tego prawo. Fajno, że pomyśleli i puszki Orkiestry stoją także w kasach dużych sklepów, hipermarketów - skoro ludzie w niedzielę już muszą iść na zakupy, to niech chociaż przy tej okazji się podzielą z innymi.  Owszem, są też mankamenty - nie podoba mi się bardzo, że w dniu WOŚP wolontariusze obstawiają wyjścia z kościołów dosłownie kordonem, tak że nie da się wyjść; tego być nie powinno. I tak już na marginesie - szkoda, że tak medialnie potrafi być prezentowana WOŚP, podczas gdy cicho, ale za to systematycznie, dzień w dzień, rok w rok działający Caritas, który rocznie zbiera 100 razy więcej pieniędzy, nigdy nie doczekał się takiej darmowej reklamy czy choćby prawdziwego uznania. Bo jak "kościelne", to złe.

piątek, 6 stycznia 2012

Codzienne dramaty

Ciężki czas, ten tydzień...

Żona dzień w dzień, od poniedziałku, siedzi w pracy od 7:00 do 18:30, 19:00. Żeby nadrabiać nie swoje zaległości. Dzisiaj pojechała też, jutro być może również. I tak do środy najpewniej. Atmosfera i podejście ludzi do pracy gorzej niż beznadziejne, im wyższe stanowiska tym gorzej. Żadnych szans na poprawy, a szykuej się szereg kontroli, gdzie nikt nie będzie patrzył. czy te zaniedbania to jej wina, czy poprzedniczki. Biedna się tak stresuje, że podjęliśmy - trudną - decyzję, i po niespełna 5 m-cach rezygnuje z tego stanowiska kierowniczego. Syf po prostu, i tyle. Szkoda nerwów. Cały czas się martwi tym wszystkim, w domu jej prawie nie ma (co widzi i sama sobie wyrzuca). Obejdziemy się bez tych pieniędzy. Na razie zostanie na analogicznym stanowisku jak poprzednio, przed urlopem macierzyńskim. A i tak będziemy szukali jej innej pracy. Z tego wszystkiego aż śpi na kanapie w dużym pokoju - malutki jednak budzi się w nocy i czasami pogada sobie, więc śpi tam, żeby się chociaż wysypiała.

Wczoraj był pogrzeb małego 5-letniego Antosia, który zmarł kilka dni temu. Mieli wypadek, samochód przekoziołkował i zatrzymał się na przeciwległym pasie ruchu. Paradoks? Przeżyli. Mąż i ojciec, gdy udało mu się wyjść z samochodu, pytał żonę i syna, czy żyją - i obydwoje odpowiedzieli. I wtedy zdarzyła się tragedia. W leżący samochód uderzył rozpędzony inny (w sumie, nie jego wina, ponieważ tego samochodu nie powinno tam być, jechał przepisowo a była to droga za miastem). Żona połamana cała, na pogrzebie na wózku inwalidzkim. Mały Antoś - obumarł mu pień mózgu, przestały po kolei działać wszystkie narządy. Rodzice zgodzili się na transplantacje - być może uratował czyjeś życie. Mały aniołek.

Wczoraj wieczorem także koleżance w pracy włamali się do domu. Dziura w oknie, wynieśli tv i aparat, nic więcej nie zdążyli - czyli pewnie amatorzy. I co z tego - przy okazji zniszczyli w domu, co się dało. Jeden wielki bałagan. Głupia złośliwość.

Panie Boże, wierzę, że Ty jesteś. Ale pamiętaj o tych wszystkich, którzy w różnych trudnych życiowych sytuacjach mogą mieć wątpliwości. Daj im siłę, przytul do swego serca i bądź dla nich pocieszeniem.

środa, 28 września 2011

Ciągle jest czas na opamiętanie się

Jezus powiedział do arcykapłanów i starszych ludu: Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy! Ten odpowiedział: Idę, panie!, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: Nie chcę. Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca? Mówią Mu: Ten drugi. Wtedy Jezus rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć. (Mt 21,28-32)
Niedzielnie, jak zwykle jestem do tyłu.

Jesteśmy pozorantami. Można to nazwać różnie - pozorami, kłamstwem, deklaracjami bez pokrycia, pustymi obiecankami, demagogią, lizusostwem, nadużywaniem zaufania. Tak, chyba kłamstwo najbardziej jednak pasuje. Nie chodzi o siłę sformułowania - ale o dokładność, precyzyjność. To w końcu tylko słowo, a jednak - rodzi za sobą zobowiązanie do pewnego zachowania, zadośćuczynienia temu, co zostało zadeklarowane, obiecane. 

Pierwszy z tych synów zachował się właśnie tak. Zbył ojca tym, co proste i nie wymagało w sumie niczego - słowami. Po czym postąpił po swojemu, olewając po prostu wolę ojca, i słowo obietnicy poddania się tej woli. Można się domyślać, co było dalej - pewnie, gdy przyszło do spotkania w domu wieczorem, ojciec zapytał, czemu się w tej winnicy nie pojawił, pewnie były tłumaczenia i wykręty. To takie dzisiejsze - zawsze znajdzie się, najbardziej nawet pokrętny, sposób na zwalenie winy za zaistniałą sytuację, na wszystko/wszystkich - tylko nie na siebie. Nawet, a może przede wszystkim, gdy jedynym winnym jestem ja sam, moje lenistwo. 

Drugi pozornie też postąpił niewłaściwie. Tyle, że miał odwagę, aby tę niesubordynację, brak chęci spełnienia woli ojca wyrazić wprost - ojciec prosi, ten odmawia. Nie ma co wnikać w przyczyny, dla których akurat tak postąpił. Bo szybko przyszło mu opamiętanie. Zrobił to, co zrobić był powinien - czynami naprawiając błąd słów. To było takie uniwersalne i najbardziej wymowne przyznanie się do błędu. Wystarczające. Przecież przyznać się do winy przychodzi bardzo ciężko, szczególnie gdy trzeba je wyrazić słowami. Tu nie miało to znaczenia. On tym, co zrobił, jak faktycznie i gdzie - bo w winnicy - spędził ten dzień, wyraził wszystko. 

Co ciekawe, sytuacja tak prosta i jednoznaczna, że nawet zapytani o nią faryzeusze - z natury dość wybiórczy jeśli chodzi o zasady i wymogi - musieli wskazać, że wolę ojca spełnił dobrze ten drugi. Nie ten, który deklarował i na deklaracjach skończył, ale ten, który odmówił, ale w końcu wolę ojca spełnił czynami. Można powiedzieć, że to Jezusowe podsumowanie było zbędne. Myślę, że oni sami to czuli - ile przecież razy sami oceniali innych na podstawie tego, co pozorne, zewnętrzne, zamykając się i odmawiając prawdy ludziom prostym i autentycznym, którzy głosili prawdę. Jan Chrzciciel to przykład pierwszy z brzegu. 

Morał tej historii prosty jak drut. Ciągle jest czas na opamiętanie się. Ojciec czeka i codziennie o coś prosi. O nic nadzwyczajnego. Nigdy o coś, co mnie przerasta. Tak, czasami o coś, co jest trudne, wymagające. I na pewno sensowniejsze niż to, na co zamierzam ten dzień zmarnować. 

czwartek, 10 marca 2011

Zacznij post z nadzieją

Jezus powiedział do swoich uczniów: Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (Mt 6,1-6.16-18)
Czas płynie swoim rytmem. Który to już raz staję u progu Wielkiego Postu? Wychodzi, że 26. Pytanie trudniejsze - który raz świadomie? I jakby jeszcze drążąc - ile razy ten post był owocny, udany, coś mi dał? To pytania trudne, ale ważne. Jeśli człowiek chce się za coś brać, i ma to mieć sens - trzeba do tego podejść poważnie. Udawanie nie ma sensu, można próbować oszukiwać siebie i ludzi naokoło - Boga nie oszukasz. 

Niektórzy mówią, że post to czas, w którym człowiek ma uporządkować siebie, postarać się bardziej żyć z Bogiem, i samym Bogiem, uporządkować z Nim relację. Generalnie - racja. Bo Wielki Post ma być czasem, kiedy my z własnymi zachciankami, swoim przerośniętym często-gęsto ego, mamy ustąpić pola - właśnie Bogu. To jest podstawa. Dopóki - czy to w Poście, Adwencie, czy kiedykolwiek - będziemy widzieli tylko siebie i skupiali się jedynie na sobie, nic nie zdziałamy. Pierwsza sprawa to dopuszczenie Boga do głosu. Jeśli coś zmieniać - to trzeba wiedzieć najpierw, co. Dalej - trzeba wiedzieć, jak - i tutaj też kreatywność jest mile widziana, natomiast Bóg podsuwa wypróbowane sposoby. Czyli przewartościowanie - chociaż spróbuję, aby to On był na pierwszym miejscu, i On sam wskazał, jak te porządki ze sobą zrobić.

Kiedy uda się poprzesuwanie tego wszystkiego, co we mnie, żeby zrobić Bogu trochę miejsca - trzeba zacząć działać. Dałem coś z siebie, okazałem dobrą wolę i chęć zmian - i na pewno widzę, że to, co wymaga zmian, na tle tego lekkiego przewartościowania staje się widoczne, jakby bardziej jaskrawe. Teraz, na spokojnie, jakby bardziej rzuca się w oczy, nie pasuje do tego, co jako wierzący, chrześcijanin, deklaruję; do tego, jak moje życie, decyzje, postępowanie powinno wyglądać w świetle tego, co twierdzę, że wyznaję. Z natury jesteśmy dobrzy - więc to, co tak do końca dobre nie jest po prostu odstaje. Teraz najtrudniejsze - trzeba się zabrać i zmienić ten stan rzeczy, żeby całość tego, co się składa na mnie, była spójna, jednolita, żeby nic nie odstawało. 

To jest trudne. To jest bolesne. To może zdawać się ponad moje siły - im trudniejsza, bardziej delikatna materia; im więcej zaniedbań, im dłuższe było pielęgnowanie jakby w sobie, czy w najlepszym wypadku po prostu tolerowanie tego, co niewłaściwe. Mniejsza o detale - jakiś nałóg, coś co uderza w zdrowie (więc i życie), czy coś w sposobie bycia; a może jakaś nieuleczona relacja, która gdzieś ciągle uwiera. Bóg jest Panem wszystkiego - nie ma dla Niego rzeczy, które nie dały by się poskładać, nawet gdy coś rozsypało się w drobny mak, dawno temu, i po ludzku nie ma nadziei na poskładanie tego. Tutaj wychodzi bardzo ważna kwestia - poza działaniem potrzeba wiary w możliwość tej przemiany. Bóg zadziała i pomoże - ale gdy ty uwierzysz, że przemiana może się dokonać, zaistnieć. 

Jezusowi także było bardzo trudno, gdy uświadamiał sobie, co Go czeka. Czy o tym wiedział? Wydaje mi się, że nigdy nie zwątpił w to, że Bóg Ojciec ma w stosunku do Niego konkretny plan, który On musi za wszelką cenę wykonać. Postawa w Ogrójcu dobitnie pokazuje - Jezus, przecież człowiek, bał się, gdy stało się jasne, dokąd Jego droga prowadzi. Ojcze, jeśli możliwe, oddal ode mnie ten kielich. Ale nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie. Wiedział, że czeka Go męka po ludzku praktycznie nie do zniesienia - biczowanie, przesłuchania, lżenie, ciosy, chłosta - i to napawało Go przerażeniem. Ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że innej drogi nie ma. Że tą, najtrudniejszą nawet z dróg, ale Jego własną, musi dojść do końca. I zrobił to, z miłości do człowieka, do każdego z nas. Tak samo jest z pracą, która u progu Wielkiego Postu czeka na każdego, kto ten czas bierze na serio, chce dobrze wykorzystać - trud, wysiłek i wyrzeczenia. Ale warto. 

Bardzo ważne jest uświadomienie sobie - nic nie muszę. Bo tak to naprawdę wygląda. Wyrzeczenia postne to żaden obowiązek. Tego, tak samo jak wiary, Boga, nie można narzucić. One tylko wtedy mają sens, i tylko wtedy w ogóle zaistnieją, można o nich mówić, gdy wynikają ze świadomości człowieka, który dochodzi do momentu, gdy zdaje sobie sprawę, że bez Boga ani rusz, i aby z Bogiem żyć, trzeba pewne rzeczy zmienić lub co najmniej uporządkować. Post nie jest sam w sobie celem - bo i nie każdy może zawsze pościć. Cytowany już kiedyś o. Leon Knabit OSB powiedział:
Jeśli post - na przykład dwa razy w tygodniu o chlebie i wodzie - miałby mi zaszkodzić i uniemożliwić normalne życie, to znaczy, że nie jest dla mnie. Mogę wtedy pościć od czegoś innego, choćby od głupiego gadania. (...) Post jest po to, aby stać się wolnym, a nie udręczonym. 
Post, ten zewnętrzny, to forma (nawet ostatnio o tym pisałem). Tylko forma. Musi być jeszcze treść, żeby całość była spójna i wiarygodna. Treścią może byś samo tylko uświadomienie sobie - Panie Boże, bez Ciebie nie dam rady, pomóż, wskaż drogę, poprowadź. Czasami może się okazać, że w konkretnym przypadku człowieka samo uświadomienie sobie tego i wypowiedzenie takich słów, czyli de facto modlitwa, będzie jedynym efektem dobrze przeżytego Wielkiego Postu. To wystarczy. Czasami nie o spektakularne formy postu czy jałmużny chodzi. Wielki Post to nie czas poszczenia dla poszczenia, przymusowego dawania jałmużny. To czas, który ma nas odmienić, uczynić lepszymi, pomóc zrozumieć prawdę o sobie i uświadomić słabości, a także powalczyć z nimi.

Jedno jest bardzo ważne. W tym wszystkim nie można tracić z oczu celu, ukoronowania rozpoczynającego się Wielkiego Postu - a więc Niedzieli Zmartwychwstania z najbardziej dobitnym chyba symbolem zwycięstwa Jezusa, czyli pustym grobem. Bo Wielki Post ma być pięknym przygotowaniem do celebrowania zwycięstwa NADZIEI. Tak się złożyło, ja akurat książkę Nad przepaściami wiary - wywiad-rzekę Elżbiety Adamiak i Józefa Majewskiego z o. Wacławem Hryniewiczem OMI, wielkim zwolennikiem i propagatorem teorii powszechnego zbawienia. Niby przypadek, a wydaje się to pięknym wstępem do refleksji wielkopostnej - przeżywania tajemnicy męki, krzyża, ale zawsze mając w pamięci to, do czego doprowadziły. Do nadziei, która się nie kończy. Zacytuję zakończenie tej książki, swoiste wyznanie o. Hryniewicza:
Chciałbym być człowiekiem nadziei i umieć dzielić się nadzieją. Chciałbym być w jakimś sensie także współpracownikiem Boga nadziei. (...) W swoim życiu szukam teologii bardziej wyrozumiałej, bardziej ludzkiej, bliższej doświadczeniu ludzi. Czy jest to chodzenie nad przepaściami wiary? Osobiście nie mam takiego odczucia. Boję się teologii wpędzającej ludzi w rozpacz. Boję się teologii serwującej ludziom beznadzieję, trwogę, lęk przed Bogiem. Boję się teologii tak mówiącej o sprawach ostatecznych, że ludzie ze strachem i grozą odchodzą z tego świata, tak żegnają ziemię swojego dzieciństwa, swoich lat dojrzałych, swojej starości. Nieraz z poczuciem daremności i niespełnienia. Czy mają odchodzić bez nadziei? Boję się teologii lamentującej nad ludzkimi grzechami, zestawiającej katalogi grzechów, osądzającej ludzi, tworzącej atmosferę osądu. Boję się teologii płaczliwej, która nie ma słów pocieszenia dla ludzi. (...) Przez lata powtarzałem sobie: nie proszę o to, abym widział odległe sceny. Zostawiam je zdumieniu na później. Starczy mi ten jeden krok. One step enough for me. A jeżeli był to krok nadziei, to mogę być tylko wdzięczny Bogu, że prowadził mnie taką drogą. Jeżeli pobłądziłem, to skoryguje mnie wspólnota wierzących. Jestem w długim szeregu ludzi, którzy tę nadzieję wyznawali, głosili, pisali o niej, czasami może z drżeniem i lękiem. A jednak z wewnętrznego imperatywu sumienia. Jeżeli chodzę nad przepaściami wiary, to unoszą mnie nad nim skrzydła nadziei. Ona mówi: Bóg jest większy niż nasza wiara. Bóg jest większy niż nasza nadzieja.
Na marginesie - książka jest dla mnie swoistym objawieniem. Choć autor miał problemy z Kongregacją Nauki Wiary, niektóre myśli w niej zawarte dotarły do mnie jako coś bardzo oczywistego, a jednak sam nigdy na to nie wpadłem. Książka tchnie zdrowym optymizmem i jest po prostu rzeczowym wyjaśnianiem teorii, w której zbawienie staje się udziałem wszystkich ludzi. Nie chodzi bynajmniej o negowanie piekła czy czyśćca - co o próbę zrozumienia tego, czym one są, wbrew temu, co się przyjęło o nich mówić. Książkę bardzo serdecznie, choćby w ramach lektury postnej, każdemu polecam - bo poza wyjaśnieniem, co i jak z tym powszechnym zbawieniem chodzi, dotyka bardzo wielu ciekawych innych kwestii.

Zatem ruszamy. Wchodzimy do izdebek swoich serc, aby je ogarnąć, stawić im czoło, posprzątać i uporządkować. Może to wiele kosztować, wysiłku, zaparcia, ale warto. Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Wielki Post to wspaniały czas nowej nadziei, nowej możliwości danej przez Boga - i tylko takie przeżycie go, oczywiście w zadumie nad tajemnicami męki i śmierci Jezusa, ma sens. Tylko wtedy przez tę pustynię można dojść na drugi brzeg - do pustego grobu.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Metanoia - tracenie głowy dla Boga

W owym czasie wystąpił Jan Chrzciciel i głosił na Pustyni Judzkiej te słowa: Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie . Do niego to odnosi się słowo proroka Izajasza, gdy mówi: Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, Dla Niego prostujcie ścieżki. Sam zaś Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a jego pokarmem była szarańcza i miód leśny. Wówczas ciągnęły do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nad Jordanem. Przyjmowano od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając przy tym swe grzechy. A gdy widział, że przychodzi do chrztu wielu spośród faryzeuszów i saduceuszów, mówił im: Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem? Wydajcie więc godny owoc nawrócenia, a nie myślcie, że możecie sobie mówić: Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi. Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym. (Mt 3,1-12)
Co słyszę, kiedy czytają w kościele te słowa? Co one we mnie powodują? Wariant najbardziej pożądany - spokojną radość człowieka, który wie o tym, co w bliżej nieokreślonej przyszłości ma nastąpić, i jest na to przygotowany, bo żyje tak, jak powinien. Wariant o wiele bardziej prawdopodobny - co najmniej lekkie zaniepokojenie, a może i paniczny strach? Oby to, co w nas wzbiera w tym momencie, było szczere. Bo to jest pewna miara nas samych: czy chociaż przed samym sobą potrafię być szczery? Czy nawet w ciszy swojego sumienia - już nawet nie przed innymi - staram się zagłuszyć to wszystko, na co Jan Chrzciciel stara się w tym i nie tylko tym tekście zwrócić uwagę.

To nie jest tak - Bóg każe się zmienić, bo tacy mamy być, i tyle. Nawrócenie nie jest robieniem czegoś tylko dlatego, że Bóg tak chce, Bóg tak każe. Prawda jest taka, że Bóg nie może nam nic kazać. Takich nas stworzył, wyposażył w wolną wolę - i proponuje, pokazuje, wyjaśnia. Do nas należy decyzja, co z tym zrobimy - i to, co robimy, taką właśnie naszą decyzją jest. Jaka by ta decyzja nie była. Bóg nam nie rozkazuje - ale przez kolejne osoby, czy to na kartach Pisma Świętego, czy w naszej nawet współczesności (Jan Paweł II, o. Pio, m. Teresa z Kalkuty, s. Małgorzata Chmielewska, Mali Bracia Jezusa i tylu innych), stara się nas naprostować, skierować we właściwą stronę. Choć, oczywiście, możemy się zaprzeć, olać to i pójść swoją drogą, nawet dokładnie w przeciwną stronę.

O. Grzegorz Kramer SI w swoim rozważaniu udowadnia, że nie mamy się zmieniać dla samego zmieniania - tylko dla Boga. Ma rację. Nie chodzi o jakieś estetyczne pobudki, chwilowy wyrzut sumienia, albo postępowanie w myśl zasady jak inni - to ja też. Adwent i praca z nim związana nie ma być jakimś magicznym rytuałem, albo rzeczą do odbębnienia, załatwienia, odfajkowania. To ma być kolejny krok w mojej drodze do lepszego poznania i odkrycia Boga w swoim życiu. A jak dopiero się do tego zabieram - to pierwszy, być może najważniejszy (bo bez niego nie będzie na pewno dalszych). Dla siebie? Też. Ale dla Boga - Przygotujcie drogę Panu, dla Niego prostujcie ścieżki. Nie z kaprysu, nie dla picu. Dla Boga.

Nawrócenie to po grecku metanoia - co w wolnym tłumaczenia dwóch składowych meta i noia oznacza przekraczanie ludzkiego pojmowania spraw. Bóg nie wzywa nas do tego, byśmy byli odrobinę lepsi w naszej ludzkiej słabości - ale abyśmy te słabości pokonywali i stawali się radykalnie nastawieni na bycie po prostu świętymi. Nie masz taplać się w swoim grajdołku ludzkich wad, niedoskonałości, ułomności i beznadziei - ale masz wreszcie wstać i się zabrać z tego grajdołka, i to nie na chwilę, ale permanentnie!

Taka zmiana może wiele od człowieka wymagać. Wystarczy spojrzeć na Jana Chrzciciela. Nawet jak na tamte czasy ludzie z pewnością patrzyli na niego dziwnie. Wielbłądzia skóra (właściwie tylko przepaska), byle jakie pożywienie. Co chciał przez to pokazać - tamtym, ale i nam? Że to są detale, sprawy nieistotne. Bóg sam zatroszczy się o człowieka, który tego Boga kocha, szanuje i Jego wolę wypełnia. Oczywiście - dzisiaj, mając rodzinę i dzieci, raczej trudno sobie wyobrazić, aby ktoś w ten sposób dał sobie radę - ale chodzi o sposób podejścia, nastawienia. Rodzinie trzeba zapewnić warunki do życia, na co potrzebne są środki - ale samo posiadanie nie jest i nie może stać się celem. 

Ani Jan Chrzciciel, ani tym bardziej Bóg nie oczekuje, żebyśmy jak Jan ubrali się w dziwne ciuchy i uciekli na pustynię. Ani też abyśmy potraktowali ten adwent jako jakiś bliżej nieokreślony magiczny czas, który - równie szybko, jak rozpoczęty - zakończy się w wigilijny wieczór, i dalej będziemy robić swoje, będąc jak dawniej, samolubni, egoistyczni, pewni siebie, pyszni, zapatrzeni w kasę i korzyści, bez serca, nieuczciwi, etc. Taki adwent to po prostu czas stracony. Nikogo, a na pewno już Boga, nie oszukasz zewnętrzną powierzchownością, nawracaniem na pokaz. Choćbyś nawet i na wszystkich roratach był i spowiadał się raz w tygodniu. To nie wystarczy. Chodzi o zmianę w sobie, w środku, tak naprawdę. Wtedy i bez lampionów czy obecności codziennie na roratach (choć wskazana) się obejdzie. 

Tu nie chodzi o to, byśmy się bali - chociaż niektórzy pewnie mają czego. Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem? Wydajcie więc godny owoc nawrócenia, a nie myślcie, że możecie sobie mówić: Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi. Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. Odstawienie szopki adwentowej, żeby wszystkich o swojej zmianie przekonać (może nawet siebie?) nic nie da. Wtedy byli faryzeusze - dzisiaj też są, tylko nikt ich tak wprost nie nazywa. Jest nim każdy, komu się wydaje, że udobrucha Boga, spinając się i będąc niby to lepszym przez te kilka tygodni. Tłumaczenie przecież jestem katolikiem, do kościoła (rzadko, bo rzadko) chodzę, do spowiedzi (jeszcze rzadziej - ale w przykazaniach jest: raz w roku, to i raz w roku pójdę) też, na tacę daję (czyli proboszcz z mojej kieszeni żyje), nie kradnę (a nawet jeśli - za rękę nikt mnie dotąd nie złapał), nie zabiłem nikogo - więc o co chodzi? Faktycznie, nic tylko w ramkę i jako przykład pokazywać, co? 

Bóg może, co najwyżej, i to z ojcowską dobrocią, pogrozić palcem. Przypomnieć - człowieku, zrób coś ze sobą. Czyli źle ze mną? Czyli możesz lepiej, stać się na więcej - o ile ci się zachce - o to chodzi. Jesteśmy mistrzami świata w wymaganiu od innych - równocześnie wymyślając setki powodów na usprawiedliwienie własnej bylejakości, lenistwa i chodzenia na skróty. I to mamy zmienić. Nikt nie każe wyjść z siebie i stanąć obok. Masz być najlepszy, jak potrafisz - i to nie tylko w adwencie, ale począwszy od adwentu dalej, cały czas. Trudne? I co z tego? A ktoś obiecywał, że łatwo będzie? To kłamał - i na pewno nie był to Bóg. 

Jan głosił Królestwo Boże - to, które ma przyjść kiedyś, ale i to, które już dzisiaj ma w nas istnieć. Jan przypomina, że bez nawrócenia - my po prostu sami się z niego, tego Królestwa, wykluczamy. Wyuczone formuły religijne, gesty, znaki krzyża, klękanie, różańce - bez odpowiedniej formy nie wystarczą. Faryzeuszom się wydawało inaczej - i co? W błędzie byli. Człowiek ma się rozwijać, rozkwitać, osiągać pełnię swoich możliwości - nie tylko w sensie kariery, ale także ducha. Nie mamy żyć, na pół gwizdka, ale pełną parą, pełną piersią! Także jako ludzie wierzący. Bo wiara - o ile jest prawdziwa - jest integralną częścią całego mnie. 

A więc ta nasza metanoia - to nic innego jak ciągłe przekraczanie samych siebie, dawanie z siebie wszystkiego i maksymalny wysiłek - dla Boga, który przychodzi czy to do stajenki betlejemskiej, czy do naszych przede wszystkim serc. Jak ten czas zmarnujemy - to i śpiewanie kolęd, klimat świąt sam w sobie nic nie da. On ma przede wszystkim przynieść radość i nadzieję do mojego serca - a przecież nie jest to możliwe, jeśli moje oczekiwanie nie jest szczere, było tylko pozą. 

Skoro Jan głosi, że to Królestwo jest blisko. Skoro założenie jest takie, że radość przy żłóbku ma być autentyczna. Skoro wiem i wierzę, że stać mnie na więcej - na co czekać? Trzeba walczyć - najpierw ze sobą, z tym co we mnie słabe, a potem z tym wszystkim, co wokół nas ze świętowania narodzenia Boga-Człowieka chce zrobić po prostu szopkę, pretekst do wyprzedaży sklepowych i czas tandetnych dekoracji, bez czegokolwiek głębszego. Tak - niektórych trzeba obudzić, stąd tak mocne porównanie do wycinki drzew. 

To nie będzie łatwe. To nie będzie zawsze przyjemne. A już na pewno nie będzie opłacalne - bo czasami trzeba jednoznacznie się opowiedzieć po jednej stronie, i stracić zysk możliwy do uzyskania za cenę pominięcia pewnych zasad i reguł. To na pewno będzie trudne, wyczerpujące - ale jak bardzo satysfakcjonujące! Mimo wrodzonego lenistwa - cieszymy się, gdy widzimy, że jesteśmy w czymś dobrzy, że coś zrobiliśmy prawidłowo (albo i lepiej), że postępujemy właściwie. Jan z tego powodu - dosłownie - stracił głowę. Miejmy nadzieję, że żadnego z nas dekapitacja z powodu wiary nie spotka - ale zdecydowanie, dla Boga warto stracić głowę.

Bóg przychodzi - po co? Żeby nas wyzwolić z pewnych szablonów, schematów... w których sami siebie upchaliśmy i którymi się zniewoliliśmy. Przychodzi, by pokazać nam drogę - przychodzi, by pokazać, że jesteśmy silniejsi i lepsi, o ile się trochę postaramy. Najtrudniejszy jest początek. Bóg niczego nam nie odbierze - On po prostu chce nauczyć nas, jak my sami możemy poradzić sobie z tym, co w nas zmiany wymaga. Jesteśmy takimi kagankami, które ledwo płoną, a które wygaszają nasze grzechy, słabości, bylejakość. Bóg przychodzi w ogniu, który ma zniszczyć to wszystko, oczyścić naczynia naszych serc. Da nam narzędzia, wskaże drogę - reszta to nasza, moja ciężka praca, którą zdecydowanie warto podjąć. Stawka gry zwanej życiem jest wielka.

środa, 6 października 2010

Dwa wiosła - na jednym daleko nie dopłyniesz

Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Przystąpiła więc do Niego i rzekła: Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła. A Pan jej odpowiedział: Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona. (Łk 10,38-42)
Niedawno było o tym, a wczoraj w kościele na mszy rano usłyszałem te słowa znowu.

I tak mi się to z benedyktyńskim ora et labora skojarzyło. Jak ktoś nie zna - modlitwa i praca, to znaczy. Mądre i proste słowa Benedykta, świętego z ciemnego i prostego średniowiecza - do dzisiaj bardzo aktualne. Na marginesie - wspólnota zakonna niesamowita, przetrwała właściwie tak, jak została założona; żadnych tarć i podziałów wewnątrz właściwie (jak np. u franciszkanów). Wracają do meritum - jedno bez drugiego specjalnie sensu nie ma. Praca sama w sobie szczęścia nie daje, a modlitwa może być  jedyną treścią życia chyba tylko w przypadku osób w zgromadzeniach klauzurowych - w pozostałych, nawet duchowni, w jakieś tam formie pracują (szkoła, parafia, najprostszy nawet braciszek zakonny jest furtianem, zakrystianinem czy w ogródku albo infirmerii pracuje). 
Kiedyś czytałem taką krótką historyjkę. Dwójka ludzi wybiera się popływać łodzią. W łodzi - 2 wiosła, jedno z napisem modlitwa, drugie z napisem praca. Jeden wziął jedno wiosło, drugi drugie. Za każdym razem, gdy wiosłował tylko jeden - nic się nie działo, a konkretnie łódka się kręciła w miejscu. Dopiero, gdy zaczynali działać razem, gdy modlitwa i praca współdziałały jednocześnie, wtedy łódka zaczynała płynąć w żądanym przez nich kierunku. 

W życiu jest czas tak na modlitwę, jak i na pracę. Nie jest sztuką wpadać w modlitewny szał i spędzać nawet i tydzień na ciągłej modlitwie, po czym olewać Boga przez resztę roku. I odwrotnie - lenić się, nawet pod pretekstem modlitwy, większość czasu, i pracować krótko w jakimś zrywie. Wytrwałość, systematyczność, konsekwencja. Są trudne - na pewno - ale tego wymaga tak Bóg w modlitwie, jak i każdy pracodawca w pracy właśnie. Pod tym względem sfera modlitwy z życiem codziennym są spójne bardzo - co pokazuje, że oczekiwanie takiej a nie innej stabilności, czy to w pracy, czy w modlitwie, jest jak najbardziej słuszne i uzasadnione. 

Marta nie do końca rozeznała - co należy kiedy zrobić. Na przygotowania czas był wcześniej, i w tych przygotowaniach z pewnością Maria jej pomagała. Ale to Maria właśnie wiedziała: teraz Gość przybył, należy poświęcić Jemu czas, być przy Nim, wykorzystywać Jego obecność, a nie zajmować się sprawami, które winny być prawidłowo przygotowane (i najpewniej były) wcześniej. Wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Rozeznanie tego to duża sztuka, a brak tej umiejętności może prowadzić do pewnego nieuporządkowania, którego ofiarą stała się Marta. W jej wypadku - Jezus był obok, od razu ją wyprostował, wskazał właściwą postawę. Dzisiaj nie zawsze człowiek się zastanowi, nie mówiąc o wsłuchaniu się w głos Boga - co teraz należy zrobić. Warto więc o tym pamiętać - działać we właściwej formie, we właściwym czasie. 

>>>

Wczoraj było wspomnienie św. Faustyny Kowalskiej. Aż trudno uwierzyć... To przeszło 10 lat od jej kanonizacji, zresztą byłem wtedy w Łagiewnikach, tego samego dnia, w ramach jednego z punktów pielgrzymki bierzmowanych. Nie raz i nie dwa razy tam wracałem - choć nowa bazylika wielka, jakby przytłacza (i tak dziwnie - bo stoi... na polu właściwie), to jednak urzeka mnie prostotą wnętrza i bardzo dobrze się tam czuję. Na marginesie - ciekawy pomysł na zakrystię: schować ją... za prezbiterium. 

Wyobraźnia miłosierdzia - fajne sformułowanie, często używane jako takie słowo-klucz. Ale bardzo trafione. Wyobraźnię mamy najczęściej tylko do wymyślania tego, co dobre, przydatne - dla siebie. W kontekście drugiej osoby, właśnie przede wszystkim w sytuacji, gdy to miłosierdzie może mieć miejsce? Po co? Nagrabił sobie, zasłużył - to niech cierpi. Od miłosierdzia to Bóg jest, a nie ja. 

Ale do miłosierdzia powołany jest każdy z nas. Wyobraźnię mamy do wielu nieważnych i drugorzędnych spraw, warto z niej w kontekście tego miłosierdzia korzystać. Może się okazać, że brak tego miłosierdzia zaważy kiedyś o tym, co się stanie ze mną samym - czy to poprzez decyzję kogoś, od kogo będę zależny, tu na świecie; czy to w Dniu Sądu. A może Miłosierdzie Boga sięga dalej niż nam się wydaje, dalej niż przyjęte rozumowanie - piekło jako kara...? Któż to wie? Tylko Bóg. 

>>>

Jakiś czas temu czytałem książkę o bł. Pier Giorgio Frassatim. W zeszłym tygodniu Kościół na ołtarze wyniósł nie dość, że świecką, żyjącą nam współcześnie, to jeszcze nastolatkę. Gdyby żyła - miała by dzisiaj 39 lat. Chiara Badano - zwykła włoska dziewczyna o dużej wrażliwości na potrzeby innych, wierze, miłości, zapale do życia i wielu pomysłach, co z tym życiem zrobić. 

Jeden upadek podczas gry w tenisa, przejmujący ból - i diagnoza jak wyrok. Zaawansowany nowotwór kości. Rok później już nie żyła. Nie złorzeczyła, nie czepiała się za wszelką cenę życia. Pogodziła się z tym, co dał jej Bóg, i ten swój krzyż chciała jak najlepiej przeżyć. 

Czegóż więcej chcieć gdy chodzi o dowody dla niedowiarków na to, że świętość jest dla każdego, także dzisiaj? 

>>>

Zachęcam do przeczytania, z ostatniego GN:
  • bardzo optymistycznego tekstu odnośnie przyszłości i możliwości pojednania Kościoła katolickiego z prawosławnym
  • interesującego reportażu na temat wiary Cyganów - m.in. o tym, że Cygan modli się nawet... chcąc coś ukraść
  • jednego z niewielu sensownych tekstów na temat tego, o co chodzi w aferze rozdmuchanej wokół Komisji Majątkowej, na kanwie aresztowania pełnomocnika kilku podmiotów kościelnych ubiegających się o zwrot majątku

poniedziałek, 4 października 2010

Kuchnia Boga - czyli wiara i właściwe proporcje jako przepis na szczęście

Uprzedzam, sporo tego będzie. Dawno nic nie napisałem pozytywnego, więc się zebrało.

>>>
Apostołowie prosili Pana: Przymnóż nam wiary. Pan rzekł: Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze, a byłaby wam posłuszna. Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: Pójdź i siądź do stołu? Czy nie powie mu raczej: Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił? Czy dziękuje słudze za to, że wykonał to, co mu polecono? Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono: Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać. (Łk 17,5-10)
Mnie się to rzuciło w oczy tak na samym początku. Ważne w tym tekście jest wszystko, także to - kto prosi. Kontekst sytuacji. Proszą apostołowie - ci, którzy są jakby pierwowzorami powołanych, i to bynajmniej tylko do kapłaństwa (albo kapłaństwa - ale nie tylko rozumianego jako sakramentu, ale także kapłaństwa powszechnego). Proszą powołani - ci, którzy chcą, odpowiadając na wezwanie Boga, realizować ten cel, tę drogę, jaką Bóg im wskazał. Nie proszą osoby, które dopiero co Jezusa poznały, pierwszy raz słyszą Dobrą Nowinę - ale ludzie zdecydowani, którzy już jakiś czas temu podjęli decyzję, a teraz tylko konsekwentnie w tej decyzji trwają, a przynajmniej chcą trwać. To ważne - prosić o wiarę ma każdy, bez względu na to, czy na początku swojej drogi i przygody z Bogiem jest, czy dalej, czy nawet już przy jej końcu. To sztuka, jakiej człowiek ma się uczyć całe życie. 

Oni wiedzieli - coś w nich już z tej Bożej łaski kiełkuje. Jakaś tam wiara w nich już jest. Wiara zakorzeniona w nich przez Boga - która tylko z tego Boga pomocą może rosnąć i w efekcie końcowym dać dobre owoce życia wierzącego. Po co wiara? Do dobrego życia, najogólniej rzecz biorcą. Do skutecznej współpracy z Bogiem - bo nie o pozory tu chodzi, ale rezultaty. Zaryzykowałbym stwierdzenie - wiara to nic innego jak właśnie otwartość i współpraca z Bożą łaską, z Jego Duchem. Zasłuchanie w Niego i umiejętne rozwijanie w sobie daru, który otrzymałem na chrzcie świętym i ma się rozwijać droga kolejnych stopni chrześcijańskiego wtajemniczenia - sakramentów. Dlatego są one tak ważne, dlatego ważna jest spowiedź, eucharystia i częste (a nie od wielkiego dzwonu) z nich korzystanie. Ale o sakramentach - kiedy indziej. Żadna magia, czary, moc. 

O. Grzegorz Kramer SI świetnie napisał: Bóg pomnaża to, co już jest. A co jest w człowieku? To, kim człowiek jest, i to, co Bóg dał. Reszta zależy od samego człowieka. Tak jak ciasto - co potrzebujesz, aby powstało? Składniki i znajomość przepisu, właściwe zmieszanie i przygotowanie. Z człowiekiem jest tak samo - składniki to ja i Boże dary. Przepis - nauka Kościoła, Biblia, przykazania, sakramenty. Jeśli umiejętnie i prawidłowo będę łączył jedno z drugim - wyjdzie to, co wyjść powinno, czyli zadowolony z życia człowiek, szczęśliwy, spełniony, zrealizowany. Jeśli oleję przepis - wyjdzie najpewniej frustrat, desperat, zmęczony, znudzony, zniecierpliwiony, zły na wszystko i na wszystkich. Wybór należy do mnie. 
 
Trzeba wyrabiać to ciasto swojego życia. Czy przepis jest dobry? Tak, sprawdzony przez wielu, których Bóg do szczęścia doprowadził. Powielam coś bez sensu, Bóg tworzy według pewnego schematu? Tak - ramy są takie same dla wszystkich. Ale każdy człowiek jest wyjątkowy, nie ma takiego samego - i w tych ramach realizuje się w sposób właściwy tylko sobie, jedyny w swoim rodzaju. Sprawdzone metody, ten dobry przepis + jedyny w swoim rodzaju człowiek = szczęśliwy człowiek. Proste? Proste. 

Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać. Służba to bardzo trudna sprawa, szczególnie dzisiaj - gdy każdy tylko byłby najchętniej kierownikiem, dyrektorem, prezesem. Tak mi się przypomina, w tym kontekście, film Zróbmy sobie wnuka (z genialną rolą Andrzeja Grabowskiego), puszczany w sobotę wieczorem - gdzie mało rozgarnięty pracownik (chyba jedyny lub 1 z 2) ulokowanego w centrum wielkiego miasta gospodarstwa rolniczego, zabiegając o względy pewnej kobiety, prosi głównego bohatera o to, czy w obecności tejże kobiety mógłby zwracać się do niego w sposób bardziej kulturalny, np. panie kierowniku albo panie dyrektorze. Kto zna film - wie, o co chodzi (kto nie zna, niech obejrzy, bo dobre). A Jezus w tym całym zabieganiu za stołkami i tytułami wskazuje jasno - bez względu na to, czyim jesteś szefem, ilu ludzi masz pod sobą, ile spraw zależy od ciebie - zawsze jesteś tylko sługą, chociażby Boga samego. Tak naprawdę - sługą tych wszystkich, z którymi się stykasz, nawet gdy nie zdajesz sobie z tego sprawy. 

Nie ma nic złego w tym, że człowiek oczekuje uznania i zbiera słowa tegoż właśnie, gdy swoją pracą na nie zasłuży. To normalne i naturalne. Jest jednak coś takiego, jak nasza pycha, nasze ego, które może wtedy niebezpiecznie rosnąć i zasłaniać, z biegiem czasu, zdrowe podejście do wielu kwestii - w tym do samego siebie, swoich dokonań i swojej wielkości. Jak się nie pogubić? Z wiarą właśnie - z tymi właściwymi proporcjami do przepisu na udane życie i bycie.

Uczniowie prosili, aby Bóg przymnożył im wiary - i dobrze. Modlitwa to bardzo ważna sfera, ważny aspekt życia, nie od święta, ale codzienności. Nie można jednakże popaść w skrajność - no, to ja się pomodlę, więc Ty, Boże, odwal za mnie wszystko, skoro tak ładnie Cię poprosiłem, pomodliłem się, poszedłem do kościoła czy nawet mszę zamówiłem... Nie bez powodu w innym miejscu w Piśmie Świętym jest napisane wiara bez uczynków martwa jest sama w sobie (Jk 2,17) Słowa muszą przekładać się na czyny. Więc działaj. Przesadzanie morw czy przenoszenie gór może być zbyt trudne - więc należy zacząć od tego, co zwykłe, codzienne, czasami wręcz monotonne i nudne. Nie każdego droga wiedzie przez spektakularność. Świętość można osiągnąć rzeczami najprostszymi, niczym nadzwyczajnym. Heroiczność nie musi być oszałamiająca i rzucająca się w oczy. Żeby Bóg mógł coś pomnożyć - trzeba to coś stworzyć z tego, co On dał. A tego On nie zrobi za człowieka. 

Świętość przez codzienność, świętość w codzienności? Tak. To jest właśnie wezwanie, jakie Bóg kieruje do każdego z nas. Pewnie, zdarzają się osoby wybitne, których powołanie jest na inną skalę - sługa Boży Jan Paweł II na przykład. Ale to wyjątki. Każdy z nas ma swój ogródek, swoje życie, niezależnie od powołania, gdzie do tej świętości ma dojrzewać. Usuwając to, co zbędne, a kształtując i budując to, co dobre. Pozbywając się chwastów i wszystkiego tego, co przeszkadza, rozprasza. Tak, nawet, a może przede wszystkim wtedy, gdy to, co trzeba usunąć, na pierwszy rzut oka wydaje się fajne, ładne, kuszące i pozornie dobre. Szczególnie tutaj potrzebny jest radykalizm. Musi mnie być stać na to, aby karczować siebie samego do oporu - aż zniknie to wszystko, co zarasta serce i zasłania jedyne prawdziwe źródło - Jego samego.

I z czasem może, a nawet powinno, się okazać - że to wszystko to ta moja własna morwa, o której ewangelista mówi, i co do której Bóg oczekuje, abym ją usunął. To jest moje zadanie - na dzisiaj, jutro i tak do końca. Nudne? Nie. Ambitne. Wyczerpujące też. Ale nie po to o wiarę się modlimy, o jej przymnożenie, żeby ją kisić w sobie - ale po to, aby ją kreatywnie spożytkować. 
 
Tylko od czegoś trzeba zacząć. Najlepiej - od swojej wiary, od tego ziarnka gorczycy. To dar od Boga - zrobisz z nim coś? Czy pozwolisz mu się zagubić, zmarnować? Bóg pomoże - ale musisz sam coś zrobić pierwszy. Najpierw musi cię być stać na wolę zmiany i pracy nad sobą. Dopiero wtedy Bóg będzie miał co pomnażać.

>>>

Na nowo ostatnimi czasy odkryty ponownie Pax (dzięki Dudiemu, a dokładniej linkowi u niego) zapisał się w annałach pojęć liturgicznych i homiletycznych, formułując definicję makdonaldyzmu homiletycznego. Zachęcam do zapoznania się z jego opisem zjawiska - bardzo ciekawe, niestety (bo zjawisko samo w sobie - przykre conajmniej).

„Makdonaldyzm homiletyczny” – ciekawe sformułowanie. A jak nazwiać zjawisko, powszechne, którego niestety doświadczyłem wczoraj ZNOWU podczas Mszy Świętej, a mianowicie: czytanie po Ewangelii, tj. w miejscu na HOMILIĘ (nie kazanie), tego + zaproszenia generała… pardon, metropolity, na jakiś bliżej nieokreślony spęd diecezjalny? Bo mnie szlag trafia – po najmniejszej linii oporu. Żeby to jakaś nauka była, jakieś rozważania, coś o Ewangelii. Nie – „skrót wydarzeń” z kolejnego, pasjonującego z pewnością (…) zlotu KEP. Zbitka frazesów, jak zwykle w tonie „jaki ten polski Kościół prężny i wspaniały”.

Przeraża mnie to. Bo ludziom w kościele – na rękę, czyta ksiądz jeszcze szybciej niż na kolanie napisane zwykle kazanie, śpi/przysypia się lepiej… Księdzu – tym bardziej, bo nie trzeba w/w kazania na kolanie pisać (tudzież uskutecznić, mniej lub bardziej „spontanicznego” makdonaldyzmu homiletycznego). A biskupi? Tego za cholerę nie wiem – co oni chcą osiągnąć, spisując takie pierdoły, i każąc je czytać w kościoła w niedzielnej mszy, zamiast homilii? Zniechęcać ludzi nie trzeba – wystarczy, że raz, drugi przyjdą i takich głupot posłuchają, to nie wrócą. Pogratulować.

Żaden dowcip. Gdzie znaleźć sensowne rozważanie do Ewangelii? Na blogach kilku osób, duchownych i nie tylko, które to Słowo rozważają. Bo z ambony – coraz rzadziej.

>>>
Przypominam ci, abyś rozpalił na nowo charyzmat Boży, który jest w tobie przez włożenie moich rąk. Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia. Nie wstydź się zatem świadectwa Pana naszego ani mnie, Jego więźnia, lecz weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga! Zdrowe zasady, któreś posłyszał ode mnie, miej za wzorzec w wierze i miłości w Chrystusie Jezusie! Dobrego depozytu strzeż z pomocą Ducha Świętego, który w nas mieszka. (2 Tm 1,6-8.13-14)
Sam nie jestem ich zapalonym fanem (za mocno, jak dla mnie...), ale inspiracja piękna. A więc - jaki zespół czerpie z powyższych słów, wpisał je jako swoje jakby credo? Oczywiście, 2 Tm 2.,3, czyli tzw. Tymoteusz. Warto w tym miejscu podziękować za tych ludzi - za ich świadectwo i za tych wszystkich, których, tak specyficzna przecież, muzyka przyciąga do Boga, a bez niej mogli by do Niego nigdy nie trafić.

>>>

Nie wiem, pewnie niewiele osób zauważyło - w ciągu jakiś... 4 dni zmieniłem drugi raz szablon w tymże przybytku blogowym. Tamten fajny był, jakby powrót po długim czasie do konwencji: ciemne tło i białe napisy. Ale niestety, nawet jak dla mnie - za ciemne, źle się to czytało.

Więc najprawdopodobniej zostanie w formie takiej, jak obecnie. Z porankiem i niebem w tle.