Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łaska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łaska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 kwietnia 2015

Dał, co miał

Gdy Piotr i Jan wchodzili do świątyni na modlitwę o godzinie dziewiątej, wnoszono właśnie pewnego człowieka, chromego od urodzenia. Kładziono go codziennie przy bramie świątyni, zwanej Piękną, aby wstępujących do świątyni, prosił o jałmużnę. Ten zobaczywszy Piotra i Jana, gdy mieli wejść do świątyni, prosił ich o jałmużnę. Lecz Piotr wraz z Janem przypatrzywszy się mu powiedział: Spójrz na nas. A on patrzył na nich oczekując od nich jałmużny. Nie mam srebra ani złota - powiedział Piotr - ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź! I ująwszy go za prawą rękę, podniósł go. A on natychmiast odzyskał władzę w nogach i stopach. Zerwał się i stanął na nogach, i chodził, i wszedł z nimi do świątyni, chodząc, skacząc i wielbiąc Boga. A cały lud zobaczył go chodzącego i chwalącego Boga. I rozpoznawali w nim tego człowieka, który siadał przy Pięknej Bramie świątyni, aby żebrać, i ogarnęło ich zdumienie i zachwyt z powodu tego, co go spotkało. (Dz 3,1-10)

Heh, jak co roku w święta obiecuję sobie, że przejrzę kalendarz liturgiczny i w dniu, w którym jest to czytanie powyżej, pójdę na Mszę. Tym razem wiem - to środa w oktawie. Ale z założenia wyszło wielkie nic - bo uświadomiłem to sobie... dzisiaj, czyli co najmniej o jakieś 4 dni za późno. 

Jeśli ktoś - nie daj Boże - śledzi tego bloga, to z pewnością wracałem do tych słów nie raz, i jakoś nie zamierzam tego zmienić. Bo obrazek jest piękny i sytuacja bardzo do przemyślenia dla nas, ludzików z 2000 lat po tym wydarzeniu. Tu nie chodzi o cud - chociaż niewątpliwie trzeba odnotować, że do takiej kategorii zdarzenie to należy zakwalifikować. Tu chodzi o zachowanie Piotra, jego podejście, nastawienie, to w oparciu o co i o Kogo działa.

Ilu ludzi mogło tamtędy chodzić codziennie, obok tego wejścia do świątyni? Pojęcia nie mam, pewnie - nie tylko na ówczesne warunki - sporo. Miał, co tu ukrywać, żebrać, czyli zarabiać na siebie. Chromy czyli nie chodzący, pozbawiony władzy w nogach - czyli właściwie jakiejkolwiek wtedy możliwości zarobienia i utrzymania, skazany na los żebraka i litość ludzi (albo jej brak). Nie sądzę - i z zapisu autora natchnionego nie wynika - aby zdawał sobie sprawę, że trafił na uczniów Jezusa, o którym zresztą pewnie też nie słyszał. Tak, jak do innych - wyciągnął rękę, czekając na jakiś grosz. 

Piękne jest to, jak Piotr dokonał cudu - a może to przede wszystkim wiara Piotra tego dokonała. Ale zwróć uwagę, w jaki sposób postąpił, jakich on słów użył. Tamten biedak - nie znany nam z imienia - nie czekał na nic poza jałmużną (w obrazkach ewangelicznych tyle razy ktoś szukał u Jezusa wprost uzdrowienia - tu jest inaczej), a otrzymał o wiele więcej. Piotr jakby się tłumaczył - nie mam złota i srebra - a jednocześnie pozwala zastanowić się: jaką ono ma tak naprawdę wartość? Co ono daje? Temu choremu - mógłby mieć pałac, a i tak nie stanął by przez to na nogi. Ale Piotr dzieli się z żebrakiem czymś o wiele większym, wspanialszym i piękniejszym - mocą, jaką Bóg dał tym, którzy Mu ufają bez granic. Dlatego tamten wstaje, może skakać, dziękować i radować się uzdrowieniem. 

Niedowiarek powie - no co, jesteś wierzący? W sumie, jestem. To weź zrób coś podobnego. Uuu... Moja wiara jest za mała - ziarnko gorczycy to przy niej gigant. Nic nie szkodzi. Zresztą - kto wie, jeśli Bóg by zechciał... Ale to bez znaczenia. On może tego dokonać - uzdrowić ciało, a może czasami ważniejsze: serce, duszę. Bóg nadal tak działa - jeśli tylko chcę to zauważyć, a nie temu zaprzeczać. 

To wskazówka też dla nas. Można dzielić się z potrzebującym tym, co materialne - i chwała wszystkim, którzy (bez względu na kwoty!) robią to systematycznie, a nie od jednego wyrzutu sumienia do kolejnego. Ale można człowiekowi pomóc - i czasami tylko tego potrzebuje - także w inny sposób. Dać możemy najwięcej także nie dając materialnie nic. Dzieląc się tym, co sami otrzymaliśmy od Niego. Mnożenie przez dzielenie.

wtorek, 3 lutego 2015

Tylko

Gdy Jezus przeprawił się z powrotem w łodzi na drugi brzeg, zebrał się wielki tłum wokół Niego, a On był jeszcze nad jeziorem. Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg i prosił usilnie: Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła. Poszedł więc z nim, a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd na Niego napierał. A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Słyszała ona o Jezusie, więc przyszła od tyłu, między tłumem, i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości. A Jezus natychmiast uświadomił sobie, że moc wyszła od Niego. Obrócił się w tłumie i zapytał: Kto się dotknął mojego płaszcza? Odpowiedzieli Mu uczniowie: Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: Kto się Mnie dotknął. On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła. Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę. On zaś rzekł do niej: Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości! Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela? Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi: Nie bój się, wierz tylko! I nie pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakubowego. Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Wobec zamieszania, płaczu i głośnego zawodzenia, wszedł i rzekł do nich: Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi. I wyśmiewali Go. Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca, matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: Talitha kum, to znaczy: Dziewczynko, mówię ci, wstań! Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. Przykazał im też z naciskiem, żeby nikt o tym nie wiedział, i polecił, aby jej dano jeść. (Mk 5,21-43)
Bóg widzi, jak bardzo człowiek potrzebuje Jego miłosierdzia, Jego uzdrawiającej miłości - która działa i czyni cuda w tej sytuacji także jakby przypadkowo, jak z tą kobietą. Czy jednak był to przypadek? Nie. Tak samo jak to, że Jezus dobrze wiedział, kogo Jego moc uzdrowiła - pewnie chciał zobaczyć, co powie uzdrowiona kobieta. Powiedziała prawdę - i zstąpił na nią Jego pokój, ten jedyny i prawdziwy, drugi dar obok uzdrowienia z krwotoku. 

Trudna była sytuacja drugiej osoby z tego obrazka, Jaira. Szedł po Jezusa z wiarą - córka choruje, ale On może ją uleczyć. W drodze jednak dowiedział się, że zmarła. Co dalej? Rozpacz? Pocieszenie przynosi sam Zbawiciel - nie bój się, wierz tylko! Dlatego idą dalej, z sercami przepełnionymi... no właśnie, czym? Chyba jednak wiarą, że On może to poskładać i zaradzić sytuacji, z nadzieją. Nie robi show z ludzkiego dramatu, spektaklu dla rodziny i przybyłych do domu Jaira. Cud dokonuje się w skrytości, w obecności najbliższych - i apostołów. Śmierć nie ma władzy nad tym, komu rozkazuje Pan Zastępów. Tak, jak później każe Łazarzowi wyjść z grobu po kilku dniach od złożenia go tam, tak i tutaj każe dziecku wstać - i dziecko wstaje. Łaska Boża tryumfuje, a w sercu ludzkim kiełkuje kolejne nasionko wiary. 

Dlatego dzisiaj pod koniec Mszy Świętej - ku zdziwieniu niektórych - zaśpiewaliśmy "Zwycięzcę śmierci". Pasuje, jak rzadko. 

Bóg działa i to bardzo mocno - jeżeli tylko człowiek chce tego działania i o Jego pomoc prosi. Nie bój się, wierz tylko!

niedziela, 21 września 2014

Jak to jest z tym płaceniem

Kawałek świetnej rozmowy Marcina Jakimowicza z o. Witem Chlondowskim OFM pt. "Ile to kosztuje" (GN z 07 września 2014 r.). A'propos naszej ludzkiej logiki - trzeba zapłacić. No właśnie nie trzeba, ale ciężko to zrozumieć. 

"- Trudno nam uwierzyć, że Bóg kocha za darmo, wylewa za darmo łaskę. Ale Nowy Testament ukazuje nam Ojca, który tak umiłował świat, czyli ciebie i mnie, że dał nam za darmo swojego Syna. Przez Niego przychodzi łaska osobowa, czyli Duch Święty. 

- A my zadajemy pytanie: "Ile to kosztuje?". To nie tylko pytanie Marcina Jakimowicza. Już w Dziejach Apostolskich podchodzili do apostołów ludzie i widząc charyzmaty, sięgali do sakiewek. My ciągle jesteśmy cwani - wiemy, że nie chodzi o pieniądze. Zmieniamy walutę. Pytamy: "Ile mamy się modlić, by otrzymać dar?". Nasza wspólnota przez 10 lat zadawała sobie pytanie: "Co robimy nie tak?".

- A na co kładliście akcent? W co się wpatrywaliście?

- W samych siebie. Niby wiedzieliśmy, że charyzmat to "dar darmo dany dla drugiego", ale przecież jakiś różaniec trzeba zmówić...

- I tu masz odpowiedź! Jeżeli patrzymy na Jezusa, na Tego, który jest nam dany za darmo, zaczynamy się uczyć logiki Boga. Przestajemy pytać, ile to kosztuje, bo... On jest ceną, On jest zapłatą. Gdy patrzymy na siebie, będziemy zawsze zadawać pytanie: "Co robimy nie tak?". Gdt wpatrujemy się w Jezusa, ten problem znika". 

niedziela, 7 kwietnia 2013

Niewierny czy poszukujący?

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz /domu/ i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś Tomaszu, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31)
Na początku krótka dygresja do, ciekawej (i opisywanej zarówno przez Tygodnik Powszechny, jak i Gościa Niedzielnego) teorii Paula Badde, dziennikarza znanego z badań nad całunem turyńskim i chustą z Manopello. Czego bali się uczniowie? Czego się obawiali? Skoro wszystko miało być stracone - Jezus umęczony, zabity, ukrzyżowany - to po co siedzieli jak trusie w Jerozolimie? Był czas Paschy, mogli spokojnie w tłumie pielgrzymów zniknąć z miasta, wydostać się z niego i udać dokądkolwiek, raczej nie niepokojeni. Żydom chodziło o Jezusa, o pozbycie się "wichrzyciela", "uzurpatora" i "bluźniercy" - nie o nich. A więc? Teoria bardzo ciekawa - posiadali już wtedy wielki skarb. Skąd? Opisuje to Jan w innym miejscu, ciut wcześniej (J 20, 3-10), kiedy Jan z Piotrem biegli do pustego grobu - co zauważyły kobiety. Musieli tam odnaleźć coś, co stanowiło dowód zmartwychwstania Pana, skoro Jan "ujrzał i uwierzył". Wizerunki Pana umęczonego (całun), a także chustę Zwycięzcy zmartwychwstałego (chusta z Manopello). To je zabrali z grobu - choć przecież według prawa żydowskiego stali się przez to nieczyści - i to ich strzegli w opisywanej sytuacji, właśnie z ich powodu - wielkiego znaczenia, po prostu dowodu - obawiali się Żydów. Ale to temat na osobny tekst.

Jezus nie daje za wygraną. Pozostawia znaki, kolejny raz przychodzi, aby człowieka umocnić. Przynosi największy i najpiękniejszy dar, jaki tylko On może ofiarować - Boży pokój. Żaden święty spokój, żaden luz, brak stresu - Boży pokój, którym pragnie tchnąć na każdego z nas. Stąd ta radość zebranych - teraz, poza dowodami w postaci całunu i chusty, które kazały im pozostać w Jerozolimie i czekać, co będzie dalej (czy wtedy już wierzyli wszyscy, że On prawdziwie zmartwychwstał?), widzieli Jego samego. Tego samego, tak bardzo nieziemsko pięknego, a równocześnie ludzkiego - z poranionymi dłońmi, nogami i bokiem. Co więcej, Jezus dokładnie podtrzymuje to, co mówił za życia - otrzymują obiecanego Ducha Pocieszyciela, i ponownie zostają posłani na niekończący się połów ludzkich serc. 

I tu jakby zaczyna się drugi wątek opowieści - mój radosny imiennik, historycznie ochrzczony niewiernym. Nie było go, nie widział, opowiadali - i co? Żądał dowodu, chciał ujrzeć Pana na własne oczy, takiego jak oni mieli widzieć, poranionego a żyjącego. Czy należy jego postać potępiać? Moim zdaniem - nie. Czy ja nie postąpił bym tak samo? Wydaje mi się, że tak. Pokazali chustę i całun, opowiadają wiarygodnie, zbieżnie, wielce podekscytowani, czyli zachowują się zupełnie inaczej niż uczniowie kogoś, kto miałby pozostawać umarły, zabity, umęczony. Tomasz jednak nigdy nie zanegował, że do zmartwychwstania nie doszło. Pragnął z serca, pałał ku temu, aby samemu, na własne oczy ujrzeć Zbawiciela. Tęsknota? Poszukiwanie odpowiedzi? Poszukiwanie sensu i zrozumienia czasu, jaki spędził, wędrując z Jezusem przed męką? 

Ja go po prostu rozumiem, też bym tego chciał. Tym bardziej, że Jezus nie neguje, nie potępia, nie beszta Tomasza za to zachowanie - zachęca jednak do wiary bez dowodów, i tych, których na nią stać, nazywa błogosławionymi (przepełnionymi Bogiem). To wielka nadzieja i obietnica właśnie dla nas. Pozwala się obejrzeć, pokazuje, wręcz podsuwa pod nos Didymosowi swoje rany. Wzywa do wiary w Niego - czy można takie wezwanie zlekceważyć, gdy płynie z ust człowieka, który umarł, pochowany został w grobie, a teraz nadal żyje, choć naznaczony znakami tej męki? Zwycięzca śmierci, piekła i szatana. Czy można olać zaproszenie od Boga, Zbawiciela, dla którego nie ma granic? No właśnie można - mamy wolną wolę, ze wszystkimi jej konsekwencjami. Ale czy warto? 

Zawsze będzie Tomasz - który wątpi, ale nie odchodzi. Taki Tomasz siedzi sobie w każdym z nas, czasami daje o sobie znać słabiej, kiedy indziej mocniej. Mamy prawo do wątpliwości, pytania, czasami nawet kłócenia się z Panem. To jest o wiele bardziej twórcze, niż bezmyślne czasami mechaniczne czynności, zdrowaśki, różańce, przespane msze i nabożeństwa. Bóg kocha człowieka i pragnie z Nim dialogu, chce być odpowiedzią na pytania i wątpliwości. Takie natchnione wątpliwości, wypływające z dobrej woli, umożliwiają nawiązanie głębszej relacji z Bogiem - który sam jeden jest odpowiedzią na wszystko. Ważne jest co innego - wątpić, ale nie odchodzić. Szukać, drążyć - ale trwać przy Zmartwychwstałym. Dotrwać i dorosnąć do własnego, dojrzałego i świadomego wyznania: Pan mój i Bóg mój. 

Nie bez powodu dzisiaj Niedziela Miłosierdzia Bożego - wielki ukłon pod adresem bł. Jana Pawła II, który już jako metropolita krakowski odkurzył kult Miłosierdzia, przypomniał światu niepozorną i posądzaną o chorobę psychiczną Faustynę Kowalską z jej Dzienniczkiem, którą później beatyfikował i kanonizował. Może sanktuarium w krakowskich Łagiewnikach do najpiękniejszych nie należy - ale jest niesamowite z tym ogromnym prezbiterium, wokół którego stoi - co? Konfesjonały. Miejsca z jednej strony dla tych, którzy widzą w sobie coś, co odsuwa ich od Boga, i chcą coś z tym zrobić. Dla tych z drugiej strony, którzy - posłani jak tamci z Ewangelii - mają odpuszczać grzechy Bożą mocą, jednać skruszonych z Nieopisanym. 

Sakramentu pokuty i pojednania często nie rozumiemy. Tego, czego pragnie dla nas Bóg - także. To dobry czas, aby zajrzeć do Dzienniczka s. Faustyny - choćby jakiś urywek przeczytać. Dla mających problemy ze spowiedzią - wydaje mi się, sensowne są książki o. Piotra Jordana Śliwińskiego OFMCap. (np. Spowiedź w kratkę). Jest czas radości zmartwychwstania - najlepszy możliwy, jeśli człowiek jeszcze nie pojednał się z Panem, aby do tej radości włączyć się w pełni, z czystym sercem. 

piątek, 13 stycznia 2012

On na pewno tego chce

Trędowaty przyszedł do Jezusa i upadając na kolana, prosił Go: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: Chcę, bądź oczyszczony! Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony. Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich. Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego. (Mk 1,40-45)
To pytanie na początku brzmi naprawdę jakoś... w sposób nierzeczywisty. Jeśli chcesz. Pytający, a właściwie proszący, pomimo tego wszystkiego, co o Jezusie słyszał (musiał słyszeć - inaczej by do Niego nie przyszedł i nie prosił), dopuszczał wątpliwość do siebie - stąd to "jeśli". W co wątpił? Czy Ten, którego prosił, jest w stanie mu pomóc? Czy może w to, czy Ten, którego prosił, będzie chciał mu pomóc?

Miał wiele szczęścia i niepotrzebne wątpliwości. Jezus i mógł, i chciał zaradzić cierpieniu zarówno jego, jak i każdego innego człowieka. Widział desperację trędowatego, widział niemą prośbę w jego oczach, w jego udręczonym ciele, trawionym przez tę okropną i dramatyczną chorobę. Co więcej, swojemu miłosierdziu dał szczególny wyraz. Musiał dotknąć go? Na pewno nie, mógł tylko wypowiedzieć swoje żądanie lub nawet je pomyśleć. Jednak nie - chciał pokazać, że ten człowiek nie jest w żaden sposób przez swoją chorobę i kalectwo gorszy, mniej zasługujący na litość i ulgę. 

Kolejny cud. Nie na zasadzie wyliczania "o, znowu...". Kolejny powód do radości, kolejne życie któremu na nowo nadano sens, kolejny człowiek uwolniony od krzyża który na pewno przesłaniał większość jego egzystencji, a na pewno spychał na margines, poza społeczeństwo. Bóg-człowiek czyni cud, po czym... prosi o dyskrecję. Nie zależy Mu na tłumie wielbicieli, na pustym poklasku i sławie. Cieszy się w duchu z tego, że mógł tamtemu pomóc. Co ciekawe, każe też zadośćuczynić prawu żydowskiemu co do ofiary za oczyszczenie. 

Nic dziwnego, że uzdrowiony Go nie posłuchał. Nic dziwnego, że radością, jaką miał w tym momencie w sercu, chciał podzielić się z ludźmi naokoło. Trudno go za to winić. Nieświadomie - bo nie wiemy czy rozumiał, że uzdrowił go Mesjasz - rozgłaszał Dobrą Nowinę, która w tym konkretnym momencie skumulowała się i znalazła ujście w zdarzeniu z jego udziałem, w jego uzdrowieniu. Bóg rozradował jego serce, przywracając mu zdrowie. 

Ten sam Bóg, który tak często puka do drzwi mojego serca. Może nie widzę swojego duchowego trądu? Może moja choroba nie jest widoczna, jest w środku? Albo faktycznie, jestem fizycznie chory, cierpię, ale brak umiejętności współpracowania z Bogiem w tym stanie zadręcza mnie wewnętrznie i niszczy od środka? On chce uzdrowić każdego. Tylko każdy sam musi to zrozumieć, i przyjść do niego. Nie chcesz sam usłyszeć "bądź oczyszczony"? On na pewno tego chce.

>>>

Teksty, jakie publikuję na tym blogu, pojawiają się także w serwisie Stukam.pl. Pod ostatnią notką dot. tekstu w GW o hospicjum x Jana Kaczkowskiego, z marginalną uwagą o WOŚP, rozgorzała dość dziwna dyskusja, tzn. z dziwnymi wypowiedziami pewnej osoby. 

Żeby było jasne. Fanem WOŚP ani personalnie Jerzego Owsiaka nie byłem i nie sądzę, abym kiedykolwiek został. Ale potrafię odróżnić medialną otoczkę przedsięwzięcia i osobę jego autora (z jego poglądami) od tego, ile daje samo przedsięwzięcie. Jest poi prostu dobre, pomimo swoich mankamentów, jednorazowości. Robi coś, wypełnia lukę, z którą nie potrafi sobie poradzić nasz rząd, NFZ ani Caritas (także Caritas w tym zakresie tyle sprzętu nie ufundował - wyjaśniałem to w jednym z komentarzy pod tym wpisem, ale tutaj na blogu, nie na Stukam.pl). 

Nie wchodząc w dyskusję - jak ktoś pisze, że ksiądz z serduszkiem WOŚP na sutannie, który jak tylu innych ludzi wrzuci do skarbonki to gorszyciel, a przy tym kilka innych utrzymanych w wyjątkowo autorytarnym tonie wypowiedzi o Kościele, co powinien, czego nie powinien, itp. - to mi się po prostu przykro robi. Nie tyle z braku zrozumienia prezentowanego przez osobę w ten sposób piszącą. Bardziej z powodu zaciekłości, uporu i przypisywania sobie prawa dla osądzania, co mieści się w ramach akceptowalnych przez Kościół (w co katolik może się zaangażować, wesprzeć), a co nie.

poniedziałek, 12 września 2011

Przebaczenie z dwóch stron

Czasu nie było, a chciałem o tym napisać. W tygodniu zmarł pierwszy proboszcz parafii, w której od niedawna mieszkam. Człowiek w sumie wcale nie jakoś specjalnie stary - pod siedemdziesiątką. W parafii był od początku (wczesne lata 80.), zbudował kaplicę, plebanię i kościół. Proboszczował do 2001 r., jednak pozostał w parafii do końca, jako rezydent. 

Postać co najmniej niejednoznaczna. Dlaczego? Bo nie bez powodu przestał być proboszczem. Nikt nie negował jego zasług w parafii na polu wnoszenia czy to kościoła (osobna historia - nie było tajemnicą, że "ścigał się" z innym księdzem z okolicy w zakresie tej budowy, czego efekty widać do dzisiaj, niestety, bo kościół jest ze 2 razy za duży, przez koszty jego eksploatacji są ogromne, bez szans na ogrzanie, dach przecieka, dzwon działa 1 na 3, instalacje co chwile nie działają - generalnie do zmniejszenia [boczne nawy do zamknięcia i zamienienia w osobne kaplice] i remontu prawie generalnego), kaplicy, zaplecza (w plebanii co sezon coś jest do wymiany - a to całe instalacje, a to podłoga, a to dach...). Problem polegał na charakterze. Jedyna parafia w diecezji, gdzie co roku była wymiana wikariusza prawie. A czasami nie jednego. Żaden nie był dość dobry. Każdemu zarzucał najprzeróżniejsze, wyimaginowane przewinienia, włącznie z podtekstami odnośnie nieprawidłowych relacji z parafiankami. Snuł przeróżne intrygi, oczerniając współpracowników - wikariuszy, ale i świeckich - w oczach innych parafian. Ja rozumiem - mógł trafić raz na jakiegoś wikarego lenia, ale przez naście lat każdy? Coś musiało być nie tak. Stąd też kuria zaczęła się przyglądać i jemu, i parafii - bo nie brakowało skarg, zarówno ze strony księży, jak i parafian, na proboszcza. Były rozmowy, prośby. Nic to nie dało.

Kościół konsekrowano, nic się nie zmieniało, więc w końcu został usunięty ze stanowiska. Też wyglądało to dziwnie - na gwałt przebudowywał spory kawał plebanii, gdzie zamiast 2 salek urządził sobie mieszkanie (o wiele większe niż pozostałych księży). Co ciekawsze, ludziom wpierał, że buduje pomieszczenie dla gości. Po czym absolutnie odciął się od parafii. Mieszkał na jej terenie, podłączone od parafii miał media, i nie brał udziału w niczym. W tygodniu czasem odprawiał Msze, zawsze sam, czasem nie. W niedzielę na 5 Mszy odprawił jedną, spowiadał prawie wcale. Zaznaczam - przechodząc na emeryturę w wieku lat niewiele ponad 50, nie będąc wcale obłożnie nijak chorym. Mógł się zaangażować, wspierać nowego proboszcza (i kolejnego, obecnego), gdyby chciał. Ale nie chciał. Nienawidził, niestety, pierwszego proboszcza - tego "uzurpatora", przez którego (...) usunięto go ze stanowiska. Powróciło obmawianie, oczernianie, wymyślane oszczerstwa (na proboszcza, księży, na współpracowników parafii którzy [zamiast na znak "solidarności" z nim odejść] "śmieli" działać dalej w parafii...) - włącznie z donosami do kurii, jako by nie miał z czego żyć, bo proboszcz mu nie płaci. Ciekawe - bo równocześnie miał nowy samochód dość wysokiej klasy, który - rzekomo przymierając głodem - wymieniał będąc już na emeryturze. Uroczystości - pasterka, Triduum Paschalne, bierzmowania, komunie, wizytacje - zawsze go nie było. Zawsze był gdzieś, wyjeżdżał, albo symulował chorobę. Powtórzę - jak na człowieka w tym wieku nie był może siłaczem, ale nie chorował na nic. Dochodziło do tego, że biskup na wizytacji czy bierzmowaniu musiał zwracać uwagę na temat jego nieobecność. Ostentacyjnie, na znak protestu, zawsze obok.

Dlatego bardzo mnie ciekawiło, jak będzie wyglądało niedzielne kazanie. Obecny proboszcz także miał przez niego wiele krwi napsute, zupełnie niesłusznie. Natomiast "po dzielnicy" już chodziły plotki tego typu, że zmarły zażyczył sobie pochowania w kościele, a w ogóle to on... ziemię kupił za własne pieniądze i za swoje większość kościoła postawił. Co, delikatnie mówiąc, całkowicie się mijało z prawdą (ziemia od miasta i w darowiźnie kawałek od prywatnego właściciela, budowa systemem gospodarczym ze środków zbieranych na bieżąco - co  jest powszechnie wiadome). Zostałem mile zaskoczony - bo kwestia śmierci byłego proboszcza była wątkiem pobocznym. Bez oceniania, z naciskiem na to, że teraz on już sam nic dla siebie nie zrobi, i wszystko jest w naszych rękach, teraz można się za niego tylko modlić. Co bardzo ładnie wpasowało się w temat wczorajszej niedzielnej ewangelii:

Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał rozliczyć się ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam. Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: Oddaj, coś winien! Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu. (Mt 18,21-35)
Bo przebaczać trzeba zawsze. Tu nie chodzi o liczby - to tylko przenośnia. 7 miało znaczyć niewiele, kilka razy - a 77 wiele razy. W tym sensie - tak, 77 razy. A tak naprawdę, to i 78, 79, ile wlezie. Uraz, jaki masz do drugiego człowieka, zatruwa cię od środka. To tak naprawdę zniewala, nie ta krzywda, jeśli została ci uczyniona. To ten brak przebaczenia jątrzy, boli, piecze i prowadzi do nienawiści. Nie bez powodu mówi się - zło dobrem zwyciężaj. Prawdziwa wolność, pozbycie się, wyrzucenie się tego, że było źle, że ktoś mi zaszkodził, skrzywdził - może nastąpić dopiero, gdy z mojej strony nie będzie urazy, gdy znajdę siłę na przebaczenie. Bo czy ja sam jestem bez winy? Może w tej sprawie tak, może tutaj zawalił ten drugi. A tak w ogóle, szerzej? Oj, jest pewnie sporo rzeczy, które ludzie naokoło musieli by mi przebaczyć.

Chyba nikt z nas by nie chciał, aby ktokolwiek postąpił z nim tak, jak zdenerwowany król z niewdzięcznym sługą, który nie umiał docenić darowania długu? Nam pewnie nie raz się zdarzyła taka postawa, jak tamtego niewdzięcznika. Bo jak ktoś wobec mnie uczyni gest bezinteresowny, niespodziewany i nieoczekiwany - jest fajnie, jest euforia, ale bardzo szybko przechodzi się nad tym do porządku dziennego. A potem prawie - "bo mi się przecież należy", na pozycję roszczeniową. Przy czym samemu - a po co? Taka mentalność Kalego, z innej strony ugryziona. Mnie niech przebaczają - ale ja innym? No bez przesady. Przecież mi się należy! Ma dług? Ma. To niech płaci! A że mnie darowali? No chciał, to darował. Przecież ja nie muszę.

Umiejętność przebaczania to wielki dar. Dar zarówno dla tego, który umie przebaczyć, ale i dla tego, czyim udziałem to przebaczenie się staje, do kogo jest skierowane. Dla kogo jest to ważniejsze? Nie wiem. Komu więcej daje - przebaczającemu, czy temu, któremu zostaje przebaczone? Nie wiem. Ale każdemu życzę, aby miał okazję się przekonać. W obie strony.

I polecam zmarłego księdza modlitwom tych, którzy te słowa czytają. Modlitwy nigdy za wiele, a ten człowiek na pewno jej potrzebuje.

środa, 7 września 2011

Wskrzeszenie ku Bogu

Jak przejęliście naukę o Chrystusie Jezusie jako Panu, tak w Nim postępujcie: zapuśćcie w Niego korzenie i na Nim dalej się budujcie, i umacniajcie się w wierze, jak was nauczono, pełni wdzięczności. Baczcie, aby kto was nie zagarnął w niewolę przez tę filozofię będącą czczym oszustwem, opartą na ludzkiej tylko tradycji, na żywiołach świata, a nie na Chrystusie. W Nim bowiem mieszka cała Pełnia: Bóstwo, na sposób ciała, bo zostaliście napełnieni w Nim, który jest Głową wszelkiej Zwierzchności i Władzy. I w Nim też otrzymaliście obrzezanie, nie z ręki ludzkiej, lecz Chrystusowe obrzezanie, polegające na zupełnym wyzuciu się z ciała grzesznego, jako razem z Nim pogrzebani w chrzcie, w którym też razem zostaliście wskrzeszeni przez wiarę w moc Boga, który Go wskrzesił. I was, umarłych na skutek występków i nieobrzezania waszego grzesznego ciała, razem z Nim przywrócił do życia. Darował nam wszystkie występki, skreślił zapis dłużny obciążający nas nakazami. To właśnie, co było naszym przeciwnikiem, usunął z drogi, przygwoździwszy do krzyża. Po rozbrojeniu Zwierzchności i Władz, jawnie wystawił je na widowisko, powiódłszy je dzięki Niemu w triumfie. (Kol 2,6-15)
Dziś, dla odmiany, czytanie - wczorajsze. Nota bene, co dowiedziałem się po fakcie dopiero, gdy wypadało liturgiczne wspomnienie współczesnej nam apostołki ubogich, bł. matki Teresy z Kalkuty. Ciekawa zbieżność, biorąc pod uwagę to, o czym mówi tekst.

O czym są te słowa? O drzewie, którym tak naprawdę jest każdy z nas. Drzewie, które przez sakrament chrztu zostaje wszczepione, zasadzone w Chrystusa i Jego Kościół. O drzewie, które - wbrew temu, co można usłyszeć czy wyczytać w mediach - rozwija się dobrze, harmonijnie i perspektywicznie dopiero wtedy, gdy wrośnie w Boga. Owszem, można żyć bez Niego, pozostając w przekonaniu własnej wielkości, uzdolnień, możliwości i że to wszystko zawdzięcza się samemu sobie - natomiast pozostaje to niczym innym jak tylko złudzeniem. Każdy sam wybiera, jak chce żyć.

Żywioły świata - kapitalne sformułowanie. To wszystko, co mamy wokół, i co samo w sobie złym nie jest, jednakże staje się złe, gdy przesłania całą resztę. Praca, sława, pieniądze, tytuły, światowość, blichtr. Nie ma nic złego w tym, gdy człowiek ma dobrą pracę, jest z powodu czegoś co zasługuje na uznanie sławny i rozpoznawalny, zarabia przez to godziwie dobre pieniądze. Zło zaczyna się wtedy, gdy przestajesz widzieć cokolwiek innego - rodzinę, przyjaciół, tych których kochasz. Wtedy zaczyna się niewola, równia pochyła. 

Cały przysłowiowy dowcip polega na uświadomieniu sobie, kim ja jestem, kim my jako ludzie jesteśmy - słabymi i kruchymi naczyniami, ale napełnionymi tym właśnie bóstwem Jezusa. Napełnionymi nie inaczej, jak właśnie przez chrzest, który jest preludium do życia sakramentalnego, które to preludium poszczególne późniejsze etapy podróży z Bogiem mają uzupełniać - sakrament pokuty i pojednania, Eucharystia, małżeństwo czy święcenia/śluby zakonne. Chrzest, paradoksalnie - co uświadamia nam autor natchniony - jest jednocześnie pogrzebaniem starego człowieka i wskrzeszeniem człowieka nowego, żyjącego już w sposób doskonalszy, bo ku Bogu. Nasz dług, ciągnący się przez grzech pierworodny, został unicestwiony na krzyżu - jak również i ten, który jest źródłem i siłą sprawczą złego, czyli sam Zły.

Nic, tylko korzystać, i zapuścić te korzenie.

środa, 6 lipca 2011

Kij zamiast marchewki

Przyprowadzono do Jezusa niemowę opętanego. Po wyrzuceniu złego ducha niemy odzyskał mowę, a tłumy pełne podziwu wołały: Jeszcze się nigdy nic podobnego nie pojawiło w Izraelu! Lecz faryzeusze mówili: Wyrzuca złe duchy mocą ich przywódcy . Tak Jezus obchodził wszystkie miasta i wioski. Nauczał w tamtejszych synagogach, głosił Ewangelię królestwa i leczył wszystkie choroby i wszystkie słabości. A widząc tłumy ludzi, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza. Wtedy rzekł do swych uczniów: żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. (Mt 9,32-37)
Musiał być bardzo znany. Cokolwiek ludzie o Nim myśleli, byli świadomi mocy, jaką posiadał. Prorok? Uzdrowiciel? Czarownik? To nie miało znaczenia. Wbrew pozorom, dla tych wszystkich chorych, kalekich, ułomnych i ich rodzi nie miało najmniejszego znaczenia to, czyją mocą i w czyim imieniu Jezus działał - liczyło się to, aby chory odzyskał zdrowie.

Fakt, takiego uzdrowiciela w Izraelu pewnie przed Jezusem jeszcze nie było. Co było ważne, co Go odróżniało od innych? To, że nie tylko leczył ciała, ale i dusze. Mało mówił o grzechu? Mało nawracał? Rozmowa z Samarytanką przy studni, przypowieść o miłosiernym samarytaninie, o bogaczu i łazarzu, o celniku i faryzeuszu - pierwsze z brzegu przykłady, jakie przychodzą mi teraz do głowy. Co więcej - Jezus oskarżany o to, że wyrzuca złe duchy mocą ich władcy potrafił udowodnić (czego w tej ewangelii akurat nie ujęto), że tak nie jest, ale że w Nim właśnie przybliża się do ludzi Boże Królestwo.

Nie jest sztuką, aby uczynić zadość tym najprostszym, najbardziej podstawowym potrzebom ludzkim. Mało jest miliarderów na świecie? Całkiem sporo. Gdyby chcieli, mogli by swoim majątkiem podzielić się z biednymi tak, aby pewnie problem biedy wyeliminować. Ale czy o to chodzi? Chyba bardziej o takie gospodarowanie, takie prawo, pomoc społeczną, świadczenia socjalne i funkcjonowanie gospodarki, aby ludzie sami mieli po prostu możliwość uczciwie zarobić, utrzymać siebie i swoje marzenia. Nie sama marchewka, ale przede wszystkim kij, z którym zainteresowany sam sobie poradzić w poszukiwaniach marchewki. Jezus był wielki tylko przez to, że potrafił uleczyć, wskrzesić - ale Jego prawdziwa wielkość polegała na tym, kim był, i na tym, że nie zatrzymywał się tylko na potrzebach ciała. Szedł dalej, mówił o miłości, o sprawiedliwości, o poszanowaniu ludzi, równości, ofiarności i bezinteresowności. Człowiek w oczach Boga jest spójny - ciało z jego potrzebami, ale także dusza i serce, które mają uzdolnić człowieka do życia nie byle jak, ale po prostu na Boży sposób.

To wezwanie do pracy na żniwie Pana często bywa zawężane tylko do powołania kapłańskiego czy zakonnego. Pewnie - bez kapłanów nie było by Eucharystii, więc żywej i realnej obecności Mesjasza w tabernakulach i na ołtarzach świata. Nie bez powodu Benedykt XVI powołał niedawno Radę ds. Nowej Ewangelizacji. Dzisiaj Kościół i świat to po prostu pole walki dobra ze złem, gdzie sięgać trzeba także po nowe sposoby docierania do ludzi, wygrywania ich dla Boga. Pełno jest miejsc i środowisk, gdzie duchowny jako taki nie wejdzie i nie dotrze nigdy. To jest pole do popisu dla nas, świeckich. Jesteśmy robotnikami, którzy - niestety - najczęściej jak tamci z innej przypowieści skupiają się nie na tym, ile zrobili, ale na kłóceniu się o zapłatę. Tymczasem po prostu trzeba zakasać rękawy i obrabiać ten swój ewangelizacyjny ogródek, tu i teraz, tam gdzie jestem i żyję. Prosząc, aby nigdzie i nikomu nie brakowało tych, którzy zadbają o inne ogródki Kościoła.

wtorek, 21 czerwca 2011

Z ludzi wzięci, dla ludzi posłani

Pan Bóg ciekawie prowadzi po swoich drogach. Wczoraj, zupełnie przypadkiem, wpadłem w rodzinnej parafii na mszę wieczorną. Ot, załatwiałem pewną sprawę nieopodal, i - na dobieg - ale zdążyłem, rzutem na taśmę. Z uwagi na ilość zajęć dawno już nie miałem okazji być na Mszy w tygodniu - tym lepiej.

Patrzę - pełno księży. Co się okazało? Rocznica - dość komiczna liczba - święceń, no i się prawie cały rocznik zjechał (2 za granicą - jeden misjonarz, jeden ekskardynowany do diecezji niemieckiej). Mieszanka dość ciekawa. Najmłodszy prałat w diecezji, specjalista od walki z sektami, ojciec duchowny seminarium, duszpasterze młodzieży, hokeiści i kajakarze. Co ciekawe - jeden z nich, do tego parafianin nasz, świętujący tego dnia 50 urodziny (powiedzmy, mocno spóźnione powołanie). 

Ostatni powiedział bardzo fajne kazanie. Mówił o kapłaństwie, o wdzięczności za ten dar. Powiedział wprost, że rozumie, że ludzie czasami krzywo patrzą na księży, bo niektórzy z nich nie dają dobrego przykładu. Opowiadał o swoim dziecięcym zauroczeniu kapłanami - tym, że uważał ich za takich świętych, prawie nadludzi. A przecież kapłani to ludzi - z ludzi wzięci, dla ludzi posłani. Zwykli, słabi, grzeszni, upadający. Normalni, aż do bólu. Nie jacyś supermeni, z których święcenia zrobiły herosów. Ludzie, którzy dość wyjątkową drogą idą - jak my - ku Królestwu Bożemu, tylko że mają nieco inną rolę. Co ważne, nie tylko rola ta sprowadza się do nauczania - bo wiele znaczy sam przykład życia, być może nawet więcej niż słowa. 

Padły bardzo mądre słowa - że ludzie mają takich kapłanów, jak się o nich modlą. Bóg słucha - ale trzeba go poprosić. A że się często nie modlą - to jest, jak jest. Co ważne - kapłani nie są gdzieś oderwani od rzeczywistości, wiszący pomiędzy niebem a ziemią. Kościół to wspólnota i kapłaństwo sprowadza się do bycia w tej wspólnocie, stanowienia jej razem z wiernymi. Ujął to tak - jak ksiądz byłby sam, to co by robił? Sam do siebie gadał? Sam siebie spowiadał? No nie. To by było bez sensu. 

Czerwiec to czas, gdy Kościół w swoich diecezjach wzbogaca się o nowych diakonów i prezbiterów, którzy przyjmują święcenia. Warto szczególnie w tym czasie pamiętać o nich - tych nowych, i tych już od wielu lat wśród nas pracujących. Aby Bóg darzył ich zdrowiem, siłami, swoim światłem i radością z posługiwania. Aby owocnie przybliżali Boga ludziom i prowadzili ludzi do Boga.

środa, 8 grudnia 2010

Łaska u Boga dla każdego - ale czy ją zauważasz?

Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą,. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa! Wtedy odszedł od Niej anioł. (Łk 1,26-38)
Pobożność maryjna nigdy nie była moją mocną stroną. W sumie, sam tego nie rozumiem - ale tak po prostu jest. Z drugiej strony - różaniec jest jedną z moich ulubionych modlitw. Nie da się zaprzeczyć - chrześcijanie od samego początku Maryję traktowali i opisywali jako szczególnie przez Boga wybraną, wyróżnioną - określano ją, także w pismach Ojców Kościoła przymiotnikami czysta, bez grzechu, niewinna, bez skazy. Święto jej poczęcia w Kościele funkcjonuje formalnie od przełomu VII i VIII w.n.e. 

Co ciekawe - Kościół zachodni nie jest w pełni spójny i jednomyślny, w aspekcie historycznym, gdy chodzi o prawdę o Niepokalanym Poczęciu Matki Bożej. Kto ją kwestionował? Nikt inny, jak Doktor Anielski - mój imienni, Tomasz z Akwinu, święty; czy również czczony jako święty - Bernard z Clairvaux. Ich zdaniem - niemożliwe jest niepokalane poczęcie, jako że stoi w sprzeczności z innymi dogmatami:
  1. powszechności grzechu pierworodnego - każdy człowiek, więc Maryja także, jest nim skażony
  2. powszechności zbawienia ludzi przez Jezusa - każdego, Maryję także, zbawił Jezus
Problem jakoby rozwikłał nieco później Jan Duns Szkot, który rozumował następująco - ochrona Maryi przed grzechem pierworodnym miała miejsce na mocy odkupieńczego zwycięstwa Jezusa Chrystusa. Bóg o nim - o zwycięstwie Jego nienarodzonego Syna - już wiedział, i wyróżnił Maryję jakby z góry, wiedząc jaką rolę odegra w historii zbawienia, dając życie Zbawicielowi. 

Od 1477  r. święto Niepokalanego Poczęcia obchodzono już w Rzymie, zaś począwszy od pontyfikaty Piusa V - w całym Kościele katolickim. Kościół wschodni nigdy dogmatycznie o tej kwestii się nie wypowiedział - jako że w jego łonie istniała i istnieje w tym zakresie zgodność, brak wątpliwości co do faktu niepokalanego poczęcia. 

Z czysto teologicznego punktu widzenia, warto rozróżniać dwa zagadnienia, często mylone:
  1. niepokalane poczęcie - ustrzeżenie Maryi od momentu jej poczęcia od grzechu pierworodnego (cud w sensie moralnym)
  2. dziewicze poczęcie - poczęcie przez Maryję w sposób ponadnaturalny, pozostając dziewicą, Jezusa - Boga-Człowieka (cud w sensie odstępstwa od praw natury)
Tyle ciekawostek. To, co dzisiaj w kościołach usłyszymy - a powinniśmy się pofatygować (nie jest to mus - ale jeśli jest możliwość, we Mszy winniśmy uczestniczyć) - jest bardzo ludzkie. Pokazuje, że Maryja nie jest żadną Maryjką, oderwaną od rzeczywistości, zawieszoną gdzieś pomiędzy ludźmi a Bogiem malowaną na błękitny kolor śliczną panienką w zwiewnej szacie - że była konkretną osobą, człowiekiem, który żył w konkretnych czasach, w konkretnej rzeczywistości, w rodzinie. 

Czy Maryja spodziewała się czegoś takiego? Czy przeczuwała coś? Myślę, że nie. Ale jednocześnie - była otwarta na to, co mówił do niej Bóg. A już bardziej konkretnie, indywidualnie niż poprzez anioła trudno by sobie wyobrazić rozmowę Boga z człowiekiem. Już sam fakt tego, jak to wydarzenie się odbyło - wskazuje na szczególne wybrani Maryi. Wiedziała, że życie człowieka szczęśliwego to trafne i prawidłowe odczytywanie wezwania Boga i realizowanie tego, do czego nas przeznacza, ku czemu On nas kieruje. Nie przeciwko Bogu, wbrew Niemu - ale zawsze z Nim, drogą przez Niego wskazaną. Dlatego tak bardzo pasują do liturgii słowa dzisiejszego II czytania:
Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa; który napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich - w Chrystusie. W Nim bowiem wybrał nas przez założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli, ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym. W Nim dostąpiliśmy udziału my również, z góry przeznaczeni zamiarem Tego, który dokonuje wszystkiego zgodnie z zamysłem swej woli po to, byśmy istnieli ku chwale Jego majestatu - my, którzyśmy już przedtem nadzieję złożyli w Chrystusie (Ef 1,3-6.11-12).
Błogosławiony = szczęśliwy. Błogosławiony = taki, przez którego Bóg innym błogosławi, który w oczach innych jest przejawem błogosławieństwa Boga. To właśnie Bóg przez anioła dobitnie, prosto w twarz, powiedział Maryi: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą. Pełnia łaski to właśnie błogosławieństwo. Co to wszystko znaczy? Że mamy od Boga dane już na starcie życia to wszystko, co jest naprawdę potrzebne - wszelkie umiejętności, dary, talenty, cnoty. Potrzebne do kształtowania relacji zarówno na linii ja-Bóg, jak i ja-drugi człowiek. Mamy to wszystko - tylko musimy to rozwijać, pielęgnować, pomnażać - co jest niemożliwe, jeśli człowiek najpierw nie uświadomi sobie... że to ma. Najpierw te dary trzeba zrozumieć, docenić i zechcieć je przyjąć. Dopiero wtedy można z nich czynić jakikolwiek użytek. 

Oczywiście, można to odrzucić. A nawet nie tyle - tylko uważać, że temu czy tamtemu Bóg dał więcej, zostali lepiej obdarowani, potrafią coś czego ja nie umiem. Można. Tylko że do niczego to nie prowadzić, poza zawiścią i zazdrością, za którymi pójdzie brak poczucia własnej wartości, odczucie bezsensu i braku perspektyw. Bardzo mało konstruktywne. Ale tego właśnie chce Zły - tak nas przedstawić w naszych własnych oczach - żeby móc powiedzieć widzisz, jak cię ten zły Bóg urządził, jak cię beznadziejnie stworzył? Ale to nie tak. Bóg nas stworzył, odpowiednio wyposażając, i zostawiając wolną wolę. To, kim i jak się stajemy, zależy już od nas - i od tego, jak te dary wykorzystamy, czy w ogóle je wykorzystamy, czy je zauważymy. 

Te błogosławieństwa, jakie nam Bóg dał u progu życia, to punkt odniesienia, drogowskaz na przyszłość - jak żyć, żeby żyć dobrze. Ale życie to nie sielanka, a walka - walka o ludzkie dusze, o zbawienie. Maryja też nie miała lekko - jeszcze przed porodem musiała tłuc się kawał przez pustynię, żeby dotrzeć na spis ludności. Poród w, dosłownie, bydlęcych warunkach. Później ucieczka z nowonarodzonym dzieckiem, lata ukrywania się w Nazarecie. Józef nie żył chyba długo - więc trud samodzielnego wychowania i utrzymywania dorastającego Syna. Aż do końca - po ludzku dramatycznego - gdy najpierw widziała Syna cierpiącego, biczowanego, wlekącego się na Golgotę pod ciężarem krzyża, a potem patrzyła na Jego krzyżowanie i śmierć. Nie każda matka, nie każdy ojciec musi przejść coś takiego - nie. Ale każdy z nas ma swoje krzyże, które prędzej czy później musi donieść. Można Bogu złorzeczyć z tego powodu - a można, jak Maryja, rozważać w swoim sercu wszystko i u Boga właśnie szukać odpowiedzi i ukojenia. 

Maryja to przede wszystkim wzór zdecydowania, konkretu. Tak, dzisiaj bardzo wiele osób - mimo najszczerszych chęci - właśnie z decyzyjnością ma problemy. A przecież to właśnie jest kluczowe. Mogła powiedzieć aniołowi Wiesz co, muszę się zastanowić, naradzić z Józefem, przemyśleć to - przyjdź jutro albo za kilka dni. Mówiąc szczerze - najbardziej wierząca osoba w takiej, jak Maryja sytuacji, pewnie tak właśnie by zrobiła, i nic dziwnego, skoro przed chwilą anioł przysłany przez Boga pyta ją, czy nie chciała by przypadkiem zostać matką Syna Bożego. A jednak - nie. Szybka i konkretna decyzja, choć zaważy ona na całym jej dalszym życiu. Czy się czymś sugerowała? Może tymi słowami Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Takie wprost potwierdzenie - Bóg tego chce, On da siłę i łaskę, a z Nim nie ma rzeczy niemożliwych. Podjęła trudną decyzję, w duchu pokory, nawet gdy w głębi duszy była przerażona całością tego, co się działo. Ale zdecydowała. Sama. Tu i teraz - tam, gdy było to potrzebne. 

Radykalizm to cnota, której nam bardzo często brakuje. Albo z jednej strony lekceważymy kwestie ważne, podejmując w nich decyzje pod wpływem impulsu, ociągając się z kolei z decydowaniem w sprawach trywialnych. Albo z drugiej strony - w ogóle uciekamy przed podejmowaniem jakichkolwiek decyzji, odwlekamy je ile się da. W myśl zasady - nie ja podejmę decyzję, nie do mnie będą mieli pretensje. Idealne - zero odpowiedzialności. Ale tak się nie da.

Co nam mówią te wszystkie słowa? To, co zacząłem pisać wyżej - że Maryja to człowiek, jak każdy z nas. Żaden pozłacany świątek. Maryja jest dla nas wzorem, bowiem przy założeniu, że była niepokalanie poczęta, stanowi jakby pierwowzór tego, kim człowiek miał być w Bożych oczach. Istotą czystą, dobrą, nieskażoną, stworzoną na Jego własne podobieństwo. Maryja została dana Kościołowi i ludziom, aby o tym przypomnieć - nie tylko po to, co akcentuje się zawsze i wszędzie, że urodziła Jezusa, Syna Bożego. Jezus był połączeniem dwóch istot, dwóch natur, w jednym ciele - pozostając Bogiem, stał się człowiekiem. Maryja jest, i zawsze była człowiekiem. Tylko człowiekiem - ale i aż człowiekiem, w znaczeniu tego słowa takim, jakimi ludzie mieli być od początku w Bożym zamyśle. 

Ktoś mógłby powiedzieć - ta to miała dobrze - bo Bóg swoją łaską uchronił ją od skażenia grzechem pierworodnym, no a my się z nim rodzimy i musimy sobie dawać radę. Tak, musimy. To jest jeden z głównych celów naszego życia - nauczyć się odbierać i nadawać na tych samych falach, jak Bóg. Wsłuchiwać się w Niego i żyć tak, aby to co On mówi, i to, co ja robię, było zgrane, pasowało do siebie, komponowało się w spójną i dobrze brzmiącą całość. 

Jakaś rada? Tak, przyglądać się Maryi. Nie ma jej w ewangeliach za dużo, a jak jest - najczęściej na drugim albo i dalszym planie. Ale pozostaje niedoścignionym wzorem. Co robiła? Nic nadzwyczajnego. Robiła swoja i zawierzała to wszystko, co wokół niej było, Bogu; rozważała wszystko w swoim sercu. Tylko tyle. Warto spróbować. Już teraz - nie czekając, czy Bóg i do mnie ześle swojego anioła. A co, jeśli już nie raz to robił, a ja go po prostu nie zauważyłem? Trudno. Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Zacznij swoją przygodę z Nim w takim razie od dzisiaj. Ale konsekwentnie.

piątek, 8 października 2010

Kto, z kim i po czyjej stronie - wyrzucanie palcem Boga czy Złego?

Gdy Jezus wyrzucał złego ducha niektórzy z tłumu rzekli: Przez Belzebuba, władcę złych duchów, wyrzuca złe duchy. Inni zaś, chcąc Go wystawić na próbę, domagali się od Niego znaku z nieba. On jednak, znając ich myśli, rzekł do nich: Każde królestwo wewnętrznie skłócone pustoszeje i dom na dom się wali. Jeśli więc i szatan z sobą jest skłócony, jakże się ostoi jego królestwo? Mówicie bowiem, że Ja przez Belzebuba wyrzucam złe duchy. Lecz jeśli Ja przez Belzebuba wyrzucam złe duchy, to przez kogo je wyrzucają wasi synowie? Dlatego oni będą waszymi sędziami. A jeśli Ja palcem Bożym wyrzucam złe duchy, to istotnie przyszło już do was królestwo Boże. Gdy mocarz uzbrojony strzeże swego dworu, bezpieczne jest jego mienie. Lecz gdy mocniejszy od niego nadejdzie i pokona go, zabierze całą broń jego, na której polegał, i łupy jego rozda. Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie; a kto nie zbiera ze Mną, rozprasza. Gdy duch nieczysty opuści człowieka, błąka się po miejscach bezwodnych, szukając spoczynku. A gdy go nie znajduje, mówi: Wrócę do swego domu, skąd wyszedłem. Przychodzi i zastaje go wymiecionym i przyozdobionym. Wtedy idzie i bierze siedem innych duchów złośliwszych niż on sam; wchodzą i mieszkają tam. I stan późniejszy owego człowieka staje się gorszy niż poprzedni. (Łk 11,15-26)
Na początku dzisiejszej ewangelii, Jezus używa argumentacji, która powinna trafić do każdego, a szczególnie do tych wszystkich, którzy racjonalnie, rozkładając na części pierwsze, naukowo chcą podejść do kwestii wiary, istnienia Boga czy w końcu tego: jest ten Jezus Mesjaszem, czy nie jest. Pozory - pozorami, udawanie - udawaniem - ale wewnętrzna sprzeczność nigdy nie może stanowić podstawy budowania czegokolwiek, czy to przez Boga (ale On takimi metodami nie posługuje się), ani przez człowieka, zatem także przez Złego.

Piękny argument (prawniczy prawie :D) - skoro Jemu, Jezusowi, zarzucali, że mocą władcy demonów wyrzucał złe duchy z opętanych, to czemu analogicznie nie podchodzili do tego, co robili - z ich rodzin, wspólnot, miast, wsi wywodzący się - uzdrowiciele i kapłani? Im byli wdzięczni, okazywali podziw i szacunek - bezkrytycznie podchodząc do tego, czyją mocą i w czyim imieniu tego dokonywali (no właśnie...). Jezusa - wyzywali od najgorszych. Jak to czasem w życiu bywa - prawda okazuje się dokładnie odwrotna niż to, na co wskazując pozory i ocenianie drugiej osoby na ich podstawie.

Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie; a kto nie zbiera ze Mną, rozprasza. No właśnie, mnie to trochę dziwi. Bo nie tak dawno, w nieco innym fragmencie padły słowa jakby odwrotne:
Wtedy Jan rzekł do Niego: Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z nami, jak w Twoje imię wyrzucał złe duchy, i zabranialiśmy mu, bo nie chodził z nami. Lecz Jezus odrzekł: Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie.  Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami. (Mk 9, 38-40)
Chociaż... Właściwie, to zgadza się. Dzisiaj Jezus mówi o tym, że kto nie działa w Jego imię - działać musi w imię tego, który jest Jego przeciwnikiem, czyli Złego. A w tym zacytowanym fragmencie z Marka, mówiąc Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami Jezus mówił o tym, że jeśli ktoś - nie chodząc (dosłownie) z Nim i Jego uczniami działa w Jego imię, nie będzie mógł od razu działać w imię Złego.

Proste, prawda? :)

Ostatni fragment dzisiejszego tekstu jest także bardzo ciekawy - choćby ze względu na to, że jest...Czym? Najpewniej, o ile nie pierwszym, to jednym z pierwszych, skróconym bardzo, podręcznikiem demonologii (nauka Kościoła o Szatanie), wskazówkami dla pierwszych (i nie tylko) egzorcystów. I co najważniejsze - dowodem, wprost (choć na przykładzie pokazanym) z ust Jezusa, dla tych wszystkich niedowiarków, którzy ułatwiają Złemu zadanie, wpychając go między bajki dla niegrzecznych dzieci i mitologię. Tak, właśnie dzięki temu tak łatwo Zły działa i tak skutecznie - bo dzisiaj mało kto wierzy (nie, nie w niego :]) w to, że on w ogóle istnieje, że działa, zwodzi i kusi. Trzeba się mieć na baczności.

Pięknie - dzisiaj na rannej mszy, niewiele osób w kościele, pewni państwo obchodzili 49. rocznicę zawarcia sakramentu małżeństwa. Cieszyłem się po pierwsze dlatego - że wytrwali. Tacy ludzie, szczególnie od momentu mojego ślubu, są dla mnie inspiracją, motywacją i dowodem - że można wytrwać razem dosłownie całe życie, do późnej starości. Cieszyłem się także dlatego, że to swoje eucharystyczne dziękczynienie Bogu za to, co już było, i prośba o Jego błogosławieństwo na to, co będzie, nawet u schyłku pewnie już życia, miało miejsce w takk kameralnych warunkach - żadna pompatyczna uroczystość na sumie niedzielnej (żeby wszyscy sąsiedzi i pół parafii widziało), siedząc na środku kościoła przed ołtarzem, z Bóg wie jaką oprawą. Piękna prostota.

Może dlatego właśnie tyle małżeństw się rozlatuje, że ludzie za bardzo skupiają się na tym, co zewnętrzne, na pozorach, na opakowaniu i oprawie - że zapominają o tym, co najważniejsze, co pozwala być razem, trwać, kochać się coraz mocniej (chociaż też inaczej - w sposób bardziej dojrzały)? A nawet, jeśli formalnie się nie rozlatują - nie dochodzi do rozwodu, separacji - to żyją obok siebie, w tym samym domu, a każdy chodzi swoimi drogami, obok siebie...

A jeśli Ja palcem Bożym wyrzucam złe duchy, to istotnie przyszło już do was królestwo Boże. Królestwo Boże w nas jest. Nie samo z siebie - ale dzięki łasce Boga, którą otrzymaliśmy w sakramencie chrztu. A nawet - zaryzykowałbym stwierdzenie - ci, którzy z jakiś tam przyczyn Boga chrześcijańskiego nie znają, Dobra Nowina do nich nie dotarła, a żyją w sposób prawy, kochając i szanując innych, w zgodzie ze swoim sumieniem i z drugim człowiekiem. I od nas zależy, czy ten dar wykorzystamy, czy go zmarnujemy. Syn Boży umarł za każdego z nas i to zbawienie ma być darem. Tylko trzeba chcieć ten dar przyjąć.