Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wytrwałość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wytrwałość. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 grudnia 2015

Nagroda za wytrwałość

Gdy upłynęły dni ich oczyszczenia według Prawa Mojżeszowego, przynieśli Je do Jerozolimy, aby Je przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu. Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego. A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela. A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu. Była tam również prorokini Anna, córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach. Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą. Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy. A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta - Nazaret. Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim. (Łk 2,22-35)
Ten obrazek (teksty z wczoraj i dzisiaj) pokazuje, że Święta Rodzina to żadni ludzie, którzy w związku ze swoim wybraniem, swoją rolą i oddaniem im pod opiekę Jezusa uważali by się za lepszych, wyjętych spod Prawa, mogących robić, co im się podoba. Wiele lat później Jezus powie, że nie przyszedł prawa znieść, ale je wypełnić (Mt 5, 17). Dlatego doszło do tej sytuacji, dlatego tamtego dnia poszli do świątyni: aby uczynić zadość temu, co ustanawiało prawo mojżeszowe. 

Czym się wyróżniali Symeon i Anna? Pewnie niezbyt wieloma rzeczami. Na pewno byli już mocno posunięci w latach. A jednak, ewangelista mówi właśnie o nich. Dlaczego? Bo w ich życiu Bóg bardzo dobitnie pokazał, że spełnia obietnice. Że wypełnia dane słowo. Obydwoje byli ludźmi wiary, głębokiego zawierzenia (stąd działanie Ducha Świętego w nich, o czym mowa wprost); w stosunku do Anny pada wręcz pojęcie prorokini. Można by zapytać - na co, na Kogo czekali? Bo to nie takie oczywiste - dla wielu Izraelitów przyjście Mesjasza oznaczać miało po prostu rewolucję, zbrojny powstanie przeciw Rzymowi i zdobycie władzy, królowania w taki właśnie - namacalny, realny - sposób. 

Symeon czekał na Mesjasza - po prostu, Tego, którzy przyjdzie od Boga. Pewnie był człowiekiem bardzo doświadczonym i życie po prostu nauczyło go, aby nie zakładać nic, nie czynić niepotrzebnych założeń, nie stawiać tez i nie gdybać. Bóg obiecał, że ujrzy Mesjasza - więc czekał. A Duch Święty sprowadził go do świątyni (podobnie jak Annę) w tamtej właśnie chwili, kiedy wchodziła tam Święta Rodzina. Podobnie i Anna, która dosłownie służyła Bogu i czekała na Mesjasza tam, w miejscu uważanym za Jego dom, aby być blisko. 

Doczekali się obydwoje, choć wielu na ich miejscu mogło by być zdziwionych. Żart jakiś? Małe dziecko w pieluszkach, niemowlak nie umiejący pewnie jeszcze usiąść, jeść samodzielnie, a co dopiero cokolwiek powiedzieć, napisać czy zadziałać? To ma być ten Mesjasz? Tak, bo Bóg obiecał Mesjasza, i w taki właśnie, najbardziej normalny, sposób Mesjasz przyszedł między ludzi: urodził się człowiekiem, łącząc natury boską z ludzką w swojej osobie. Czy to jest aż tak dziwne i niezrozumiałe? Przy naszym rozumieniu władzy może i tak. Ale tak naprawdę - czy to nie był najbardziej oczywisty sposób? W każdym razie, wiara była potrzebna choćby do tego, aby pojąć taką a nie inną prawdę - wielki i nieograniczony Bóg w maleńkiej kruchej dziecinie. Prawda, którą ogarnąć można tylko wiarą. 

Ci dwaj staruszkowie to dla nas naprawdę niedościgniony wzór. Nie tylko uśmiechania się i rysowania rybek czy gołębi, jak jest fajnie i się wszystko układa - ale wytrwałości, oczekiwania i zawierzenia Bogu. I to nie na dzisiaj, jutro czy rok; oni czekali całe życie, kilkadziesiąt pewnie lat. Czekali może po ludzku bez sensu, wbrew logice i nadziei, którą wielu by dawno straciło - i dlatego w Ewangelii czytamy właśnie o nich, a nie o tylu innych młodych, narwanych, zmieniających zdanie, założenia czy punkt odniesienia co chwilę, w zależności od sytuacji. Warto było? Zobaczyli Jezusa, oczekiwanego Mesjasza. Tak, warto było. Bóg obiecał i słowa dotrzymał, nagrodził wytrwałość i cierpliwość. 

Dzisiaj kantyk Symeona Bóg jeden wie ile osób codziennie odmawia jako hymn w komplecie, ostatniej wieczornej godzinie kanonicznej w ramach modlitwy brewiarzowej. Piękna modlitwa dziękczynna - w liturgii godzin jako zwieńczenie dnia, w ustach Symeona jako wdzięczność ku Bogu za zrealizowanie obietnicy sprzed lat. 

Pan Jezus przychodzi i pragnie być rozpoznany, tak jak Go rozpoznali Symeon i Anna. Ile już razy odwracałeś, mniej lub bardziej świadomie, wzrok od Niego? Nie uciekaj, nie odwracaj się od Niego. I nie chowaj Go gdzieś do kieszeni, głęboko. Idź z Nim do każdego na swojej drodze, bo tam właśnie On pragnie dotrzeć. 

czwartek, 15 maja 2014

Jakubkowe ślubowanie i granie

Mało czasu, miałem to już napisać z tydzień temu. Wyszło jak zwykle. 

10 maja ślubowali sobie Agnieszka i Tomek. Ją znam od lat... pewnie ok. 20, co przy łącznie 19 oznacza całkiem sporo - wspólne śpiewanie w jednym zespole przez szereg lat. Tomka poznałem jako jej chłopaka kilka lat wstecz. Agnieszka - jeszcze bez Tomka - była na naszym ślubie. Jakiś czas temu przyjechali z zaproszeniami. Ostatnia panna w zespole :) choć sam zespół już od dobrych 5 lat nie istniał. Poprosili o to, żeby im zagrać i zaśpiewać - co na początku im odradzaliśmy, w końcu tyle przerwy, ale nie dali sobie wytłumaczyć. 

Nasze jedyne zespołowe małżeństwo, które w międzyczasie przysłowiowym wyemigrowało do Wielkiej Brytanii, przyleciało specjalnie na tę okazję. Tydzień przed ślubem był dość intensywny - praktycznie co drugi dzień próby. Na początku trema - jak to wyjdzie, umiejętność nie wykorzystywana, jak powszechnie wiadomo, zanika. A jednak, wychodziło całkiem, całkiem - instrumentaliści nie zapomnieli, jak się gra, a i nam śpiewanie szło dość dobrze. Teksty w sumie były niepotrzebne - obydwoje znaliśmy je na pamięć. 

Same próby - po kilka godzin w kościele, gdzie nie wiadomo ile łącznie kiedyś czasu spędziliśmy razem, o różnych dziwnych porach i w bardzo różnych na przestrzeni lat składach - były niesamowite, mimo że przede wszystkim męczące dla mnie, jako że dodatkowa sprawa po zwykłym dniu pracy. Niesamowita sprawa - wszystko się w tej mojej rodzinnej parafii zmieniło, tylko kościół ten sam. I worek wspomnień związanych raz z tym miejscem, dwa z tymi ludźmi. A gdzieś w tym wszystkim - takie "dzięki, Jezu" za ten dar, że choć grać nie umiem praktycznie na niczym, to dał ten głos i pozwolił z niego taki dobry użytek robić. 

W piątek, dzień przed ślubem, wpadłem na Mszę świętą do katedry. Kurczę, jak za dawnych czasów - tylko przy ołtarzu, obok mnie, dzieciaki jakieś takie młode, że w sumie niewiele starsze od mojego Domika. I co? Bóg ma poczucie humoru - 25-lecie ślubu. Kazań proboszcza fanem nie jestem, ale to bardzo mi się podobało. Bo mówił dość prosto o miłości i zwycięstwie ludzi, którzy z perspektywy ćwierćwiecza mogą powiedzieć teraz: udało się, wygraliśmy tę miłość w sobie i to życie. Razem z rodziną, przyjaciółmi, trójką synów. Piękne. 

Sama Msza ślubna wyszła idealnie - w ogóle. Choć, oczywiście, próba przed pozostawiała pewne wątpliwości, jak to będzie. Ks. Tomek odprawiał ostatecznie sam, ks. Krzysiek nie dotarł (uroki wiejskiego probostwa, jak zastępstwa nie znajdzie...). Kazanie było takie jego - ja to nazywam, może nieco ironicznie, "co wam powiem, to wam powiem, ale wam powiem" - i też obudziło wiele wspomnień, bo on sam nawiązywał do wielu rzeczy i czasu, jaki w tej parafii spędził. On tuż po święceniach (wow! to już 15 lat), my akurat jako kandydaci do bierzmowania zaczynaliśmy grać. Dużo spólnych chwil, wyjazdów (łażenie po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, pierwsze kroki pielgrzymki rowerowej na Jasną Górę - dzisiaj olbrzymiego przedsięwzięcia), spotkań towarzyskich. Kawał życia, po prostu. Tu on się uczył kapłaństwa - a my dojrzewaliśmy, ucząc się siebie, dochodząc do tego, co kto chce w życiu robić, a przy tym spotykaliśmy się w tym oliwskim Jakubku na mszach najpierw młodzieżowych, potem akademickich. Może to zabrzmi jak slogan, ale takie duszpasterstwo, jak nasze - na ile widzę i słyszę, jak tam czasami wracam - już nie powstało. Z jednej strony miło, z drugiej - szkoda, przecież i księża i ludzie młodzi są, parafia działa, więc w czym jest problem?

Młodzi byli bardzo opanowani, i widać, że strasznie się cieszyli. Z uwagą słuchali z jednej strony o tym, jakie ich małżeństwo powinno być, aby było dobre, ale też jakie na pewno czasami będzie, bo przecież każdy z nas jest tylko człowiekiem, ze wszystkimi tego konsekwencjami. To były słowa proste - ale chyba takie powinni słyszeć zakochani, narzeczeni czy wreszcie ci, którzy zamierzają sobie przysięgać i wiązać węzłem małżeńskim - bo mam wrażenie, że im mądrzej się mówi, tym więcej jest nieporozumień, tym mniej odbiorca rozumie i tym więcej jest pustych frazesów zamiast mówienia o podstawach, o tym, co najważniejsze. Ty, ja i Bóg. Razem połączeni miłością z tego samego źródła - od Niego - pochodzącą, którą mamy sobie nawzajem doskonale wyrażać i w której jesteśmy powołani, aby wzrastać. Przechodzenie od motyli w brzuchu, zauroczenia i zakochania do dojrzałej miłości - tak, po prostu tego, co przychodzi (a nie, jak mówią, "zostaje" jakby to była jakaś tragedia), kiedy fajerwerki się kończą i zaczyna życie z całą jego prozą. Nic w tym trudnego, że człowiek odmienia słowa "miłość" i "kocham" przez wszystkie przypadki, kiedy jest fajnie i magicznie prawie - sztuką jest tę miłość odnajdywać w sobie, kiedy przychodzi wspólne życie, rodzina, dom, dzieci. Ta prawdziwa miłość jest dopiero wtedy, dopiero wtedy ją poznajemy, zauważamy i uczymy się nią żyć - rezygnując z różnych zachcianek, egoizmu, na rzecz tego, aby ta druga połówka była szczęśliwa, aby moje szczęście nie było sobie gdzieś tam obok kosztem jej szczęścia, ale żeby nasze szczęścia odnajdywały się w sobie i tworzyły razem nasze wspólne szczęście. Dla mnie wręcz urocze były też słowa, w których kaznodzieja wprost ostrzegał teściów przed wtrącaniem się w życie młodych (heh, mam wrażenie, że to w kontekście mamy Agi - ale może się mylę? :)) - że mają posłuchać, kibicować i towarzyszyć, ale nigdy się nie wtrącać, bo rozgrzeszenia nie dostaną :) 

Oczywiście, nie obyło się bez emocji - kiedy ks. Tomek nagle w połowie obrzędu małżeństwa wymyślił śpiewanie czegoś, o czym zapomniał nas uprzedzić :) Cóż, potem przyznał się, że zrobił to celowo. Świetny sposób błogosławienia obrączek - Agnieszka je trzymała w dłoni, a Tomek podtrzymywał od dołu jej dłoń. Sami sobie nawzajem poślubieni, przyjęli ten zewnętrzny znak, który o tej przysiędze ma przypominać. To jest proste jak drut - po co jest obrączka? Właśnie po to, żeby człowiek - jak mu głupoty po głowie chodzą (jemu, jej) - spojrzał na ten kawałek żelastwa na palcu i się opamiętał. Właśnie dlatego wypisujemy tam najczęściej swoje imiona i datę ślubu. Żeby pamiętać o tym, że ślubowałem, i komu ślubowałem. 

A potem - zabawa do rana, w gronie ludzi, spośród których z niektórymi nie rozmawiałem od lat pewnie ok. 10. Bardzo fajne doświadczenie. Znowu, dużo wspomnień, fajnych rzeczy w pamięci - a równocześnie zrobiło się nad tak naprawdę dwa razy tyle, bo większość już z żonami/mężami, nieliczni z sympatiami. Życie zaskakuje i toczy się dalej, dość szybko, ale daje właśnie takie momenty, kiedy człowiek w fajnym gronie może powspominać. 

Nie wiedziałem, co młodym powiedzieć w formie życzeń - więc podparłem się wierszykiem o. Knabita, który zresztą jest na blogu: "Człowiek się z człowiekiem spotkał, / Bóg sam drogę wskazał. / Oto nowa życia zwrotka, / Człowiek się z człowiekiem spotkał. / Można śmiało dalej kroczyć / Serce niosąc światu w darze – / Człowiek się z człowiekiem spotka - / Bóg sam drogę wskaże". Życzyliśmy im, żeby z tego - nieprzypadkowego, bo przez Niego zainspirowanego, spotkania wypłynęło dla nich i ich zakładanej rodziny samo dobro, szczęście i miłość. To ich nowa życia zwrotka i tylko od nich zależy, jaka ona będzie - a my będziemy kibicować, żeby z tego wyszedł przebój :) 

I jeszcze jedno - tak na marginesie. Już pomijając to wszystko u góry - co spotkało mnie w bardzo konkretnym momencie życia i czego nie mogę chyba odczytywać inaczej, jak pewnego znaku i kopa od Niego - pojawiły się ostatnio problemy finansowe. I co? I nic. Jakby dosłownie z nieba spadło - nie dużo, ale tyle, że wystarczyło. Przypadkowo, można powiedzieć, ale przypadków nie ma - szczególnie jak jakiś urząd oddaje ci pieniądze :) W tym kontekście - warto poczytać w archiwum GN - był nie tak dawno tekst o tym, że nie ma nic złego w modlitwie o pieniądze, o ile chodzi o środki na sprawy ważne i istotne, a nie widzimisię. Popieram w pełni i mogę powiedzieć - to działa :)

czwartek, 17 kwietnia 2014

Wyszło szydło z worka

Dwa powiązane ze sobą teksty - z Wielkiego Wtorku i Wielkiej Środy - mówiące o zdradzie Judasza. Dwóch ewangelistów na swój sposób o tym samym:
Jezus w czasie wieczerzy z uczniami swoimi doznał głębokiego wzruszenia i tak oświadczył: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeden z was Mnie zdradzi. Spoglądali uczniowie jeden na drugiego niepewni, o kim mówi. Jeden z uczniów Jego - ten, którego Jezus miłował - spoczywał na Jego piersi. Jemu to dał znak Szymon Piotr i rzekł do niego: Kto to jest? O kim mówi? Ten oparł się zaraz na piersi Jezusa i rzekł do Niego: Panie, kto to jest? Jezus odparł: To ten, dla którego umaczam kawałek /chleba/, i podam mu Umoczywszy więc kawałek /chleba/, wziął i podał Judaszowi, synowi Szymona Iskarioty A po spożyciu kawałka /chleba/ wszedł w niego szatan. Jezus zaś rzekł do niego: Co chcesz czynić, czyń prędzej. Nikt jednak z biesiadników nie rozumiał, dlaczego mu to powiedział. Ponieważ Judasz miał pieczę nad trzosem, niektórzy sądzili, że Jezus powiedział do niego: Zakup, czego nam potrzeba na święto, albo żeby dał coś ubogim. A on po spożyciu kawałka /chleba/ zaraz wyszedł. A była noc. Po jego wyjściu rzekł Jezus: Syn Człowieczy został teraz otoczony chwałą, a w Nim Bóg został chwałą otoczony. Jeżeli Bóg został w Nim otoczony chwałą, to i Bóg Go otoczy chwałą w sobie samym, i to zaraz Go chwałą otoczy. Dzieci, jeszcze krótko jestem z wami. Będziecie Mnie szukać, ale - jak to Żydom powiedziałem, tak i teraz wam mówię - dokąd Ja idę, wy pójść nie możecie. Rzekł do Niego Szymon Piotr: Panie, dokąd idziesz? Odpowiedział mu Jezus: Dokąd Ja idę, ty teraz za Mną pójść nie możesz, ale później pójdziesz. Powiedział Mu Piotr: Panie, dlaczego teraz nie mogę pójść za Tobą? życie moje oddam za Ciebie. Odpowiedział Jezus: życie swoje oddasz za Mnie? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się Mnie wyprzesz. (J 13,21-33.36-38)
Jeden z Dwunastu, imieniem Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów i rzekł: Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam. A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników. Odtąd szukał sposobności, żeby Go wydać. W pierwszy dzień Przaśników przystąpili do Jezusa uczniowie i zapytali Go: Gdzie chcesz, żebyśmy Ci przygotowali Paschę do spożycia? On odrzekł: Idźcie do miasta, do znanego nam człowieka, i powiedzcie mu: Nauczyciel mówi: Czas mój jest bliski; u ciebie chcę urządzić Paschę z moimi uczniami. Uczniowie uczynili tak, jak im polecił Jezus, i przygotowali Paschę. Z nastaniem wieczoru zajął miejsce u stołu razem z dwunastu . A gdy jedli, rzekł: Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was mnie zdradzi. Bardzo tym zasmuceni zaczęli pytać jeden przez drugiego: Chyba nie ja, Panie? On zaś odpowiedział: Ten, który ze Mną rękę zanurza w misie, on Mnie zdradzi. Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził. Wtedy Judasz, który Go miał zdradzić, rzekł: Czy nie ja, Rabbi? Odpowiedział mu: Tak jest, ty. (Mt 26,14-25)
Zastanawiające jest, że nikt z uczniów nie rozumiał tego pierwszego obrazka - mimo oczywistych pytań i odpowiedzi Jezusa, skierowanych do Jana, i wymownego gestu, jaki uczynił w kierunku Judasza. Nic dziwnego, że się wszyscy zastanawiali - kto może być zdrajcą? Pewnie już ze 3 lata minęły, jak wędrowali z Jezusem. On uprzedzał, dokąd - ku czemu - zmierza, mówił o śmierci i zmartwychwstaniu, burzeniu i wznoszeniu świątyni swojego ciała, ale uczniowie nie rozumieli. Sytuacja Jezusa już była trudna - na każdym kroku czyhali Żydzi i faryzeusze. 

Tu Jezus też mówi nieco enigmatycznie - nic wprost. Zapowiedział poszukiwania, tłumaczy, że jeszcze w tym momencie oni nie mogą za Nim podążyć. To wszystko miało się stać już za 3 dni! Wszystko się zgadza - tą samą drogą męczeństwa poszedł za Jezusem każdy z Jedenastu, poza Janem. Wszystko się w odpowiednim czasie wypełniło. Wymowne preludium - Bóg Człowiek ponownie objawia prawdę o tym, co Go czeka. 

Ta sytuacja uczy umiejętności bardzo potrzebnej i życiu przydatnej - przezwyciężania kryzysów, wytrwania. Nikt nie usłyszał oskarżenia wprost - poza adresatem, który już wszystko rozumiał, Judaszem - ale wątpliwości targały każdym z nich. Czy ja? A może on, albo tamten? Wytrwali jednak, oparli się tej próbie. Na pozór normalnie, bez związku z sytuacją, ale decyzję podjął jeden z nich, wychodząc z wieczernika. Judasz już wiedział, co zrobi. W tym sensie jego rola w historii zbawienia jest doniosła - skoro wydarzenia potoczyły się tak, jak się potoczyły, to nie doszło by do poszczególnych wydarzeń dalej bez tej jego zdrady. Wątpliwa zasługa - o czym Jezus mówi wprost w drugim tekście - ale jednak. 

My dzisiaj też chcemy trwać - choćby na wielkoczwartkowej adoracji Jezusa Umęczonego w ciemni. Deklarujemy gotowość, chcemy być - tak samo jak Piotr. Te słowa Jezusa do niego skierowane nie były formą wyrzutu - po prostu stwierdzeniem faktu przez Tego, który zna serce każdego z nas. Życie swoje oddasz za Mnie? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się Mnie wyprzesz. Nie mylił się - dokładnie to stało się w ciągu następnych kilku godzin. Ale to nie był koniec dla Piotra - on w przeciwieństwie do Judasza umiał wyciągnąć wnioski, zawierzyć Bogu i iść dalej - stając się Opoką pierwszego Kościoła. 

I tu jest wzór dla nas - my też wiele deklarujemy, obiecujemy, targujemy się z Bogiem. Nie chodzi o to, aby złote góry Mu obiecywać, prześcigać się w obietnicach. Powoli, pomału. Lepsze mniejsze i prostsze postanowienie, ale i konsekwentna realizacja niż spektakularna porażka. Nie wyprzeć się, nie zdezerterować - po prostu wytrwać. 

wtorek, 22 października 2013

Nie ustawaj

Jezus odpowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać: W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: Obroń mnie przed moim przeciwnikiem. Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie. I Pan dodał: Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie? (Łk 18,1-8)
Jasny i wprost podany jest kontekst wypowiedzenia tych słów. Modlić się i nie ustawać. Nie odwrotnie - dokładnie w takiej właśnie kolejności. W sumie trafnie powiedziane - uprzeć się i trwać można w wielu sprawach, jednakże tylko utrzymanie tej wyjątkowej więzi z Bogiem, jaką jest modlitwa, umożliwia utrzymanie w polu widzenia wartości i celu każdego człowieka wiary - zbawienia. Upór może być dobrze ukierunkowany dopiero wtedy, kiedy jego siła czerpie z Boga.

Obraze z ewangeliczną wdową - jeden z dwóch, tym razem nie taka, która zgubiła drachmę i jej poszukuje, ale inna, równie uparta (nie ustawała?) i starała się o pomoc w swojej sprawie przed sędzią. Nic dziwnego - szczególnie w tamtych czasach, gdy sędzia nie kojarzył się jak dzisiaj z mniej lub bardziej trafnie mianowaną osobą w czarnej todze, a był człowiekiem dostępnym dla każdego, powołanym do doraźnego (a nie w ramach ciągnących się latami procesach) rozstrzygania sporów. Z kolei wdowa - osoba w niewątpliwie pożałowania godnej sytuacji; kobieta tracąc męża traciła całe oparcie, była zdana na łaskę i niełaskę innych. Właściwa osoba, do której mogła się zwrócić właśnie taka wdowa, szukając pomocy - pewnie sprawa dotyczyła jakiejś waśni, może długi, lichwa, tego nie wiemy. 

Ten sędzia nie był dobrym człowiekiem. Był na pewno świadomy swojej władzy - skoro wprost mówi, że Boga się nie boi (gdzie tam Bóg, tutaj ja rozstrzygam!). Był raczej pyszałkiem - skoro otwarcie wskazał, że z ludźmi się nie liczył. Nic dziwnego, że nie chciał jej pomóc - bo i co po ludzku pewnie mógłby z tego mieć? Nic. Wzięła go "na przetrzymanie", uporem, wytrwałością. Chciał mieć święty spokój, problem z głowy, nie musieć narażać się na jej kolejne wizyty i prośby. W działaniu sędziego nie było współczucia, chęci ulżenia drugiemu człowiekowi w trudnej sytuacji, miłosierdzia - a zwykła kalkulacja i wygodnictwo. Pan Bóg wcale takiego człowieka nie stawia jako wzór - poddaje tylko do przemyślenia: skoro on, człowiek leniwy i zły, dokonał czegoś dobrego, choć bynajmniej z zasługujących na uznanie pobudek - to o ileż bardziej dobry i kochający (a nie załatwiający swoje sprawy, chcący mieć spokój) Bóg będzie dla tych, którzy w Niego wierzą i proszą Go ufnie! Mały i słaby człowiek w swoim egoiźmie czyni coś dobrego - więc o ile więcej celowo, z rozmysłem i miłosierdziem dokona Ten, który jest źródłem wszelkiego dobra! 

I jeszcze jedno. Wielu uważa, że sędzia z tej historyjki to właśnie Bóg - taki i owaki. Nic bardziej mylnego. Człowiek może sobie Boga tak narysować, odmalować - będąc w absolutnym błędzie. Skrajamy sobie Boga na własną miarę, nieświadomie przenosząc na takiego boga (celowo z małej litery) wszystko, co w nas negatywne i czego nienawidzimy u ludzi władzy: pycha, arogacja, wygodnictwo, lenistwo, pogarda dla wszystkich naokoło. Albo ludzie twierdzą, że tak właśnie działa Bóg - a właściwie nie działa, kiedy nie reaguje jak złota rybka: mówisz, masz. Jest zły, bo nie spełnił mojej zachcianki! Jak On mógł! 

Bóg w tym niedzielnym tekście wzywa nas do przyjęcia postawy takiej właśnie wdowy. Tak, upartej, wytrwałej, nie ustającej - ale równocześnie pełnej ufnej wiary i nadziei, że Ten, do którego się zwraca - Bóg w Trójcy Świętej jedyny - wysłucha ui zaradzi jej troskom nie z wygodnictwa i żeby mieć ją z głowy, ale z miłości, która się nie kończy, ani wobec tego człowieka ani żadnego innego. Czy Bóg nie weźmie w obronę swoich wybranych? Weźmie - tylko ci wybrani, czyli każdy z nas, musi sobie to wybranie uświadomić, zaakceptować je i odpowiedzieć na nie. Bóg po prostu wzywa tutaj do wytrwałości - ale nie tylko w modlitwie, ale także w trwaniu przy wyborze Jego jako Tego, który prowadzi. 

czwartek, 11 października 2012

Po prostu konsekwencja

Faryzeusze przystąpili do Jezusa i chcąc Go wystawić na próbę, pytali Go, czy wolno mężowi oddalić żonę. Odpowiadając zapytał ich: Co wam nakazał Mojżesz? Oni rzekli: Mojżesz pozwolił napisać list rozwodowy i oddalić. Wówczas Jezus rzekł do nich: Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych napisał wam to przykazanie. Lecz na początku stworzenia Bóg stworzył ich jako mężczyznę i kobietę: dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela! W domu uczniowie raz jeszcze pytali Go o to. Powiedział im: Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo. Przynosili Mu również dzieci, żeby ich dotknął; lecz uczniowie szorstko zabraniali im tego. A Jezus, widząc to, oburzył się i rzekł do nich: Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego. I biorąc je w objęcia, kładł na nie ręce i błogosławił je. (Mk 10,2-16)
Wyjątkowo niepoprawny politycznie fragment, z ubiegłej niedzieli. Jak można - przecież jak się ludzie rozmyślą, to co stoi na przeszkodzie, żeby się rozwiedli i radośnie poszli, każde w swoją stronę? Jak człowiek otworzy co lepsze czasopismo "górnych lotów", to i przeczytać może o trendzie na party rozwodowe. Świętowanie - ale czego?!?
 
Jezus przypomina tu istotę tego podstawowego ze wszystkich powołań - z całym szacunkiem dla bezżennych (grupa druga) i duchownych (grupa trzecia), nie mniej ważnych, jednak gdyby wszyscy nagle poszli w ich kierunku, ludzkość po prostu by wyginęła - powołania do miłości, małżeństwa i rodzicielstwa. Dwoje ludzi, z różnych środowisk, rodzin, tradycji, czasami i społeczności - odtąd już tylko razem, we dwoje, zapatrzeni w siebie i zarazem wpatrzeni w ten sam kierunek, cel, z których miłości powstaje nowe życie - mały człowiek, który także lat kilkanaście (albo nieco więcej) podejmie decyzję o tym, jak spożytkuje swoje życie.
 
Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela! W dzisiejszych czasach niektórym te słowa brzmią jak kolejna groźba. Ani to groźba, ani kolejna. Po prostu zwrócenie uwagi, zasygnalizowanie, przypomnienie - pamiętaj, czego się podejmujesz, jakiego wyboru dokonujesz, komu przysięgasz. Małżeństwo sakramentalne to nie tyle przysięga Bogu złożona - co współmałżonkowi, w obliczu Boga i wspólnoty Kościoła. Bogu może być co najwyżej przykro, że człowiek tej przysiędze się sprzeciwia, że ją później łamie - ale całe zło i ból skierowane są ku tej drugiej osobie, bo to ona jest zdradzona, porzucona, w pewnym sensie okłamana (co do obietnicy trwałości małżeństwa). Nie wnikam tu w kwestie winy - która najczęściej pewnie jest gdzieś po środku, choć przecież nie zawsze. Bóg szanuje wybór człowieka - pragnąc mu błogosławić u progu małżeństwa - ale także przestrzega przed ciężarem gatunkowym zobowiązania, jakie człowiek na siebie przyjmuje. Decydujesz się - więc wytrwaj w tym do końca. Dlatego tak bardzo lubię, gdy podczas uroczystości ślubnych odczytuje się fragment ewangelii, w którym Jezus mówi, a wręcz wzywa: Wytrwajcie w miłości mojej! Wytrwajcie - ale i wy trwajcie.
 
To, że dalej jest mowa o dzieciach, to moim zdaniem nie przypadek. Widzę to w swoim małżeństwie. Jakim wielkim darem jest mały człowiek, który jest twoim dzieckiem! Ile razy, gdy mnie - albo jej - puszczają nerwy, mniej lub bardziej zasadnie, pojawia się albo myśl o malutkim, alboon sam w swojej malutkiej osobie przyjdzie, uśmiechnie się, przytuli... albo po prostu widać w jego oczkach wielkie niezrozumienie, dlaczego mama i tata się denerwują, mówią do siebie podniesionym głosem, i smutek, a czasami płacz. Wtedy serce boli. Wtedy człowiek się opanowuje. Żeby być dobrym rodzicem - trzeba umieć być dla dziecka, a więc postrzegać świat w pewien sposób właśnie jak ono, jak dziecko - prościej, bardziej jednoznacznie, prostolinijnie.
 
Na marginesie - w mojej parafii na mszy dziecięcej jest, przed rozpoczęciem komunii, bardzo fajny obrzęd - właśnie błogosławienia przez księdza dzieci, które są zbyt małe, aby przyjąć Jezusa do serca. Niektóre przybiegają same, inne przynoszą/przywożą w wózkach rodzice. Dokładnie to, o czym mówi Jezus - nakładanie rąk i błogosławienie :)

czwartek, 10 maja 2012

Wy trwajcie i wytrwajcie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. (J 15,9-11)
Pewnie się w jakimś tam stopniu powtarzam - mój sentyment do tych słów wynika z faktu, iż była to (własnoręcznie wybrana) Ewangelia z naszego ślubu. 

Po raz kolejny Pan stawia nam kolejny wzór - pokazuje palcem, że jesteśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo nie w tym sensie, że Ojciec i Syn są przedstawiani jako ludzie (młody i stary), ale podobieństwo polega na powołaniu. Bóg jest miłością (J 4, 16), a my właśnie nade wszystko do tej miłości jesteśmy powołani.  

Zastanawiam się nad drugim zdaniem tego tekstu. Czy aby nie powinna być nieco inna pisownia? Bardziej kierunkowa, wskazująca palcem? Wy, właśnie wy trwajcie w miłości mojej. Nie ci inni, nie ten obok, nie fakt że ktoś kto chodzi do kościoła jedno robi w kościele, a co innego poza nim. Nie wykręcając się - skoro inni dzielą te słowa przez trzy i wypełniają wtedy, kiedy im jest to na rękę, kiedy się opłaca - to ja nie muszę. Wytrwajcie do końca, owszem, ale trwać ma nie kto inny, tylko wy właśnie, którzy Mi uwierzyliście. 

Wy, którzy uwierzyliście i zawierzyliście, miłości, do końca. 

piątek, 18 marca 2011

Nie "jak" - a "o co"

Miałem już wczoraj - bo tekst z wczoraj - napisać, ale nie było jak. 
Jezus powiedział do swoich uczniów: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień? Albo gdy prosi o rybę, czy poda mu węża? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą. Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy. (Mt 7,7-12)
No właśnie. Pół przysłowiowej biedy więc, gdy człowiek się nie modli - po czym postanawia spróbować i zaczyna z Bogiem nawiązywać jakąś relację, stawiając pierwsze, nawet i nieporadne kroki w modlitwie. Co wtedy, gdy modlitwa jest szczera, a jednak Bóg jakby nie tylko był na jej głos głuchy, co nawet działał jakby z premedytacją wbrew woli i prośbie modlącego się? 

Bo nie znamy swoich potrzeb. Bo prosimy o to, co wydaje się potrzebne - a zwykle to nam się źle wydaje. Patrzymy na świat ze swojej, bardzo często materialnej, perspektywy - więc nic dziwnego, że prosimy o typowo materialne rzeczy i sprawy: powodzenie w szkole, awans w pracy, zaliczenie semestru, uzyskanie podwyżki, zdrowie i dobrobyt, załatwienie kredytu. Krąg spraw, które najczęściej omadlamy jest bardzo wąski. Jakby człowiek żył tylko tym, co namacalne. Nic dziwnego, że Bóg tak wybiórczych próśb nie wysłuchuje tak samo jak modlitw tych, którzy potrafią pamiętać o wszystkich potrzebach - tak materialnych, jak i duchowych - i o nie wszystkie prosić. Żyjemy przecież w świecie materialnym, a jednak wyraźnie przez wiarę ukierunkowani ku górze, ku zbawieniu, jakie wysłużył na krzyżu Jezus. Dopiero, gdy o tym pamiętamy i staramy się tak żyć, aby tego finalnego celu nie tracić z oczu, można myśleć o sprawach dalszych, typowo ludzkich. 

Trzeba powiedzieć wyraźnie - nie jest złym, że człowiek troszczy się o kwestie związane z codziennością, tzw. życiem, czyli regulowanie płatności, dach nad głową, sprawy bytowe, jedzenie, opłaty itp. Bez tego nie da się żyć w świecie - a my w nim, tu i teraz żyjemy, więc trzeba sobie radzić. Chodzi o to, aby umieć właściwie rozłożyć akcenty - także w modlitwie - i prosić Boga nie tylko o to, co namacalnie przyda się w tym ziemskim życiu tutaj (jakieś, takie czy inne, dobro, przeliczalne na korzyści materialne), ale także łaski gołym okiem niewidoczne, a o znaczeniu bardzo ważnym dla człowieka wierzącego, który kroczy ku zbawieniu - wytrwałość w wierze, niechęć do grzechu, miłość, bezinteresowność, miłosierdzie; dużo by wymieniać. 

Można być człowiekiem najbardziej nawet wierzącym, a błądzić w modlitwie, szczerej do bólu, bo kierując ją od czegoś, co ma marginalne znaczenie, a pomijając sprawy istotne. Można być zagubionym, daleko od Boga, i jednym prostym westchnięciem Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną wyprosić dla siebie łaski, co do których potrzeby człowiek w ogóle nie zdawał sobie sprawy. 

>>>

Dygresja. W dzisiejszym tekście znajdujemy słowa Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! W firmie dzisiaj - nieprzyjemna sytuacja. Pewien dziwak znalazł zdjęcia jednej z nowych koleżanek, i w firmowej liście dyskusyjnej porozsyłał jej zdjęcia (żadne sprośne - po prostu dorabiała wcześniej jako modelka do reklam), i z bardzo niskich lotów komentarzem rozesłał do wszystkich. Oczywiście, do samej zainteresowanej także to dotarło. 

Jak często ludzie, dla głupiej chwilowej radochy (bo nie można mówić o radości), robią rzeczy po prostu podłe i zupełnie nieprzystające. Jedno dobre - o ile tolerancja na różne rzeczy na owej liście dyskusyjnej jest zwykle bardzo (jak dla mnie - za) duża, to tym razem reakcja większości była zdecydowanie pozytywna.

sobota, 5 marca 2011

Wy-trwajcie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili i by owoc wasz trwał, aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali. (J 15,9-17)
Ten tekst jest mi bardzo bliski. Nie tylko dlatego, że jest piękny sam w sobie. To słowa, które wybraliśmy z żoną do naszej liturgii ślubnej. Czas leci szybko, niebawem 2 lata miną od tamtej sierpniowej soboty. 

Bo miłość ludzka to nie tylko chemia, motyle w żołądku czy zwierzęcy magnetyzm i sama przyjemność - choć wielu tak dzisiaj chce miłość rozumieć, coś takiego miłością nazywać. Prawdziwa miłość między dwojgiem ludzi to przede wszystkim miłość miedzy mężczyzną a kobietą. Niby oczywiste? Dla mnie, i zakładam że dla większości, tak - ale to, co widać naokoło pokazuje, że nie dla wszystkich, i niektórzy uważają, że miłość jest możliwa w konfiguracji każdy z każdym.  

Prawdziwa miłość ludzka to odzwierciedlenie miłości Boga do człowieka, jakby obraz tej miłości. Jezus mówi wprost - jak Ojciec, jak ja, tak i wy macie się miłować. Mamy trwać w tej miłości - nie tylko miłości samych siebie, co w miłości, która jest następstwem i twórczą realizacją miłości Bożej. Miłość między ludźmi może przetrwać tylko, gdy jest zakorzeniona w miłości Bożej. Tylko taka miłość będzie prawdziwa. Co więcej - tylko taka miłość będzie niosła prawdziwą radość, nie tylko gdy jest lekko, łatwo i przyjemnie, ale także gdy pojawią się w życiu trudności i problemy, co jest naturalne i normalne (a udawanie, że zawsze będzie kolorowo to po prostu nieodpowiedzialność i oderwanie od rzeczywistości).

Jaka jest prawdziwa miłość? Przede wszystkim trwała. Miłość to oddanie życia i ofiarowanie samego siebie dla drugiego, ukochanego, człowieka. Spalanie się dla niego w codziennym życiu. Miłość to fascynacja, ciągły zachwyt, zdobywanie się nawet w małżeństwie każdego dnia (zamiast monotonii) - ale także przyjaźń, która miłość po prostu ubogaca. 

Miłość to wybór drogi miłości i wierność wyborowi - bodajże św. Augustyn tak powiedział. Jesteśmy powołani do miłości - niektórzy miłości realizowanej w powołaniu zakonnym lub kapłańskim, ale większość poprzez zakładanie rodziny, gdy odnajdziemy ukochaną osobę. To jest wybór, jaki proponuje nam Bóg. On nie narzuca osoby, nie narzuca czasu. Mamy pełną wolność i swobodę - niektórzy dopiero u schyłku życia odnajdują drugą połówkę. Bóg wybiera nas do tego, abyśmy byli szczęśliwi w swojej drodze, w swoim unikalnym i wyjątkowym życiu. A owoc tej miłości między dwojgiem ludzi? Nowy człowiek, ukochane dziecko, które w miłości rodziców wzrasta i dojrzewa, otoczone ich opieką i troską.

Tak, może upraszczam - bo mówię tylko o miłości w kontekście relacji między dwojgiem ludzi, między docelowo małżeństwem. Ten tekst tylko do takiej płaszczyzny i takiego rozumienia się nie ogranicza - mówi o najważniejszym przykazaniu, przykazaniu miłości drugiego człowieka, bezwarunkowym, nie tylko w kontekście małżonka czy miłości życia. Jednak w tej chwili w moim życiu najbardziej odczytuję to znaczenie. W końcu, już pewnie jakoś w przeciągu tygodnia, nasza rodzina się powiększy - a do tego tekst ewangelii ślubnej...

Zastanawiam się tylko, czemu zapamiętałem kawałek tego tekstu w formie Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej!?

poniedziałek, 18 października 2010

Błogosławione upór i konsekwencja - być jak wdowa, a Boga nie uważać tylko za sędziego

Jezus odpowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać: W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: Obroń mnie przed moim przeciwnikiem. Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie. I Pan dodał: Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie? (Łk 18,1-8)
Czy Bóg jest taki, jak opisany tutaj w obrazku powyżej sędzia? Mam nadzieję i wierzę głęboko - że nie. Bo w takim układzie - nie miało by sensu wiele innych sytuacji również w ewangeliach ujętych, choćby obrazek o miłosiernym samarytaninie, o synu marnotrawnym i przede wszystkim jego ojcu, i wiele innych na pewno też. To może być obraz, który odpowiada wizerunkowi Boga starotestamentalnego - który postrzegany był jako srogi, karcący, wręcz oczekujący krwawych ofiar. Ale wiemy przecież, że Nowy Testament prostuje to mylne wrażenie i wskazuje prawdziwy obraz Boga - kochającego, troszczącego się o człowieka nawet gdy ten człowiek sam tej troski nie chce, zawsze gotowego przyjść z pomocą, wskazać drogę. 

Nie, Bóg taki jak ten sędzia na pewno nie jest. To znaczy - w oczach niektórych z pewnością jest. Dlaczego? Bo to wygodne. Idealna odpowiedź - Boże, ja Ciebie tyle prosiłem o coś, a Ty nic, więc jesteś jak ten sędzia. I wszystko jasne. Tak? Czy to, że ktoś o coś prosi - oznacza po pierwsze, że powinno mu się dać to, o co prosi, a po drugie - że brak odpowiedzi, niespełnienie tej prośby to automatycznie brak dobrej woli, obojętność? Spójrz na swoje życie - czy zawsze, gdy np. twoje dziecko o coś poprosi, dasz mu to, czego pragnie? Nie. Bo czasami - wiedzą, doświadczeniem, miłością, troską - wiesz, że nie jest mu to potrzebne, albo wręcz, że jest to dla niego szkodliwe i złe. Nawet, gdy latorośl wpada wówczas w rozpacz, wierzga, kopie, płacze - wiesz, że masz rację, i twoim największym sukcesem będzie, gdy za jakiś czas owa latorośl to zrozumie - czy to mówiąc ci to wprost, czy to gdy zobaczysz, jak za x lat latorośl wychowywać będzie swoje dzieci. 

Poza tym - wypada być konsekwentnym, prawda? Z jednej strony omijam kościoły szerokim łukiem, na Msze nie chodzę, do spowiedzi nie przystępuję, sakramenty - kiedyś kazali przyjąć, to przyjąłem, ale nic poza tym; modlić się nie modlę - bo to staroświeckie, itp. Czyli Boga mam w głębokim poważaniu. A z drugiej strony - jak trwoga, to do Boga? O. Grzegorz Kramer SI na swoim blogu pięknie to nazwał - Bóg zawsze wybiera człowieka, ale człowiek musi najpierw na to wybranie się zgodzić, przyjąć je. Dopiero wtedy Bóg może zacząć działać - gdy człowiek Mu na to pozwoli. Bóg nie zadziała wbrew człowiekowi - nie raz już o tym pisałem, kocha nas tak bardzo, że dał nam wolną wolę, wolę pozwalającą także Jego samego zanegować i olać. Żadnych ograniczeń - ja sam decyduję. 

Zawsze, jak czytam sobie niedzielną liturgię słowa, to próbuję znaleźć w niej wspólny mianownik - coś, co spaja te teksty, jest wspólnym odniesieniem. I tym razem wyszło mi, że tym czymś jest wytrwałość. 

Wytrwałość, dzięki której Naród Wybrany odniósł zwycięstwo nad Amalekitami (Wj 17,8-13) – bo Mojżesz trzymał w błagalnym geście ręce w górze – dopóki mógł, sam, a gdy nie mógł, to z pomocą Aarona i Chura. Na marginesie tego, co każdy widzi - że modlitwa w ogóle jest dzisiaj wyśmiewana - to niewiele osób wierzy w modlitwę wstawienniczą. Przepraszam - wierzymy, choć gdy spojrzeć na zestawienie np. tygodniowych intencji mszalnych w pierwszym z brzegu kościele, to lwia ich część dotyczy... zmarłych. Modlitwa wstawiennicza, czy zabobonny strach, żeby nas nie nawiedzali? Nie wiem. Jest pewna pozytywna tendencja - coraz częściej zamawianie mszy z okazji rocznic ślubu, urodzin czy imienin dzieci, więc jest nadzieja, że modlitwa wstawiennicza znowu zostanie jakby na nowo odkryta jako piękna forma szturmowania Boga nie tylko w swoich intencjach, ale tych, którzy są naokoło. Październik to miesiąc, w którym Kościół szturmuje uwagę Boga szczególnie modlitwą różańcową - może warto spróbować sięgnąć po różaniec?

Wytrwałość, o której w II czytaniu (2 Tm 3,14-4,2) mówił Paweł – nawet zaczyna je od słowa trwaj - w odniesieniu do tego, w co wierzę, co przyjąłem, i co musi mieć odzwierciedlenie, być punktem odniesienia dla mojej postawy, podejmowanych w życiu decyzji, wyrażanych poglądów. Inaczej jestem po prostu fałszywy. Skoro wierzysz w to, co w Biblii - to stosuj się do tego. Inaczej nie ma to sensu. Jak? Głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, w razie potrzeby wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz

I wreszcie - wytrwałość ewangelicznej wdowy. Tak, była niemiłosiernie wytrwała - z punktu widzenia tego sędziego, pewnie bardziej natrętna, żeby nie nazwać  tego dosadniej. Ale była. I ta wytrwałość doprowadziła ją do celu. To, że pobudki sędziego do wsparcia wdowy były, powiedzmy, mało chlubne i o podjęciu działania nie zdecydowało w żadnej mierze położenie wdowy - to kwestie drugorzędne. Wdowa osiągnęła cel. Wdowa w tamtych czasach była pod każdym względem pozbawiona opieki, troski, zabezpieczenia materialnego - bezbronna. To wszystko zapewniał kobiecie mąż - gdy jego zabrakło, jej sytuacja nie była godna pozazdroszczenia. Dlatego wdowa szukała pomocy w obronie przed wrogami. 

Nam się może wydawać, że mamy wszystko, jesteśmy na szczycie świata - kariera, kasa, dostatek, blichtr, towarzystwo - ale tak naprawdę w pewnych sprawach byliśmy, jesteśmy i przed Bogiem będziemy bezbronni. Nic tego nie zmieni. Nie można tego zmienić - i Bóg nie oczekuje nic więcej ponad to, aby tej bezbronności nie ukrywać, nie zasłaniać się nadmuchanym pancerzem swojego ego, swoich - mniej lub bardziej ulotnych - bogactw i ziemskich sukcesów. Kiedyś to wszystko się skończy - i pozostaniemy tacy, jacy naprawdę jesteśmy. Bezbronni. Szukanie u Boga pomocy w tej bezbronności nie jest niczym złym - jest naturalnym zachowaniem. Choć tak wielu się tego wypiera, broni się przed tym i od tego ucieka. 

Na końcu Ewangelii padają dwa ciekawe pytania. Pierwsze - a Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych? Wybranych - czyli tych, których wybrał. Wybranych - czyli tych, którzy Jego wybór przyjęli, otworzyli nań swoje serce. Dopiero wtedy wybranie jest dokonane - jak pisałem ciut wyżej, Bóg nie zadziała wbrew woli człowieka. Bóg weźmie w obronę - o ile ty tego będziesz chciał, zapragniesz tego. Drugie - czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie? Modlitwa jest bez sensu, gdy człowiek nie wierzy - w Boga, w sens tej modlitwy. I to nie tylko tu i teraz - ale przy końcu czasów, w Dniu Sądu, gdy przyjdzie Syn Człowieczy. Co do tego pytania ostatniego - ciekawą rzec sugeruje Jan Turnau: mianowicie, że to ostatnie pytanie... dotyczy kolejnej części 18 rozdziału Ewangelii Łukasza, czyli tekstu o postawie na modlitwie faryzeusza i celnika. Może?

>>>

Na kanwie zapędów co poniektórych odnośnie powoływania Jezusa na formalnego Króla Polski - dowcip polityczno-prawny: Chrystus nie może być królem Polski, bo został kiedyś skazany prawomocnym wyrokiem sądowym.

>>>

Piękny tekst na temat Bractwa Więziennego - wolontariuszy, którzy pracują na rzecz osadzonych i ich rodzin. Szacuje się, że docierają do co trzeciego przebywającego w więzieniu! Piękna inicjatywa - warto poczytać o tym, jak ludzie pomagają innym, którzy przez społeczeństwo bardzo często są już skreśleni - czy to z powodu tego, czego się dopuścili, czy np. z uwagi na to, że skazani na dożywocie i tak, teoretycznie, do społeczeństwa tego nie wrócą już. 

>>>

Nie krzywdź, a nie będziesz krzywdzony - ciekawa inicjatywa społeczna, z założenia mająca na celu zapobieganie krzywdzeniu osób starszych. I co na to ludzie, którzy Jezusa z Jego naukami odstawiają do lamusa, bo to takie nieżyciowe? A kto - dużo wcześniej - mówił o konieczności miłości bezwarunkowej, uczciwości, uczył o tym, że odmierzą nam taką miarą, jak my mierzymy?

>>>

Genialny wręcz artykuł o śp. x Józefie Tischnerze, z lipcowego numeru Więzi. O tym, co było sednem myśli Tischnera, dlaczego był - jaki był, co w ten sposób chciał pokazać, dlaczego w tym wszystkim wytrwał, nie interesowały go rektorskie togi czy biskupie fiolety. Warto przeczytać.

Tak - jak dotąd, w zestawieniu z miesięcznikiem W drodze, Więź wypada jednak lepiej. Muszę porównać jeszcze ze Znakiem. 
Prasówek nie było dawno - cóż, nie kupuję ostatnio GN już drugi tydzień, bo nie mam czasu go czytać...  

>>>

Wiara.pl donosi (tutaj i tutaj), iż na dniach - być może już w środę? - Benedykt XVI kreuje nowych kardynałów Kościoła. Spodziewam się nominacji dla abp. Kazimierza Nycza i mam równocześnie nadzieję, że nie będziemy świadkami nominacji abp. prymasa. Czekam z niecierpliwością :) 

>>>

W sobotę była 32. rocznica wyboru na Stolicę Piotrową kard. Karola Wojtyły, naszego Jana Pawła II. I co? I nic. W większych ogólnopolskich serwisach znalazłem tylko 1 wzmiankę, na Onecie bodajże, odnośnie oczywiście nie papieża jako takiego, jego dzieła - tylko rozdmuchany artykulik odnośnie przyczyn spowalniających beatyfikację sługi Bożego, z bardzo akcentowanym wytłuszczaniem tego, co to niby papież z Polski źle robił, przymykał oko itp... 

Przykro się to czyta. Być może błędem Jana Pawła II było zaufanie wobec ludzi. Ale to chyba dobrze o nim świadczy. Wierzył tym, których wybrał do współpracy - a prawda jest taka, że nie raz i nie dwa razy oni to wykorzystywali, czego efekty były opłakane (vide - polska afera z abp. Paetzem, którą skrupulatnie i na szczęście bezskutecznie próbował zamieść pod dywan ówczesny nuncjusz, a obecny prymas).

>>>

Tak w kontekście I czytania - Mojżesza z uniesionymi rękami - może właśnie dlatego tak uwielbiam tę figurę Jezusa, górującą nad Rio de Janeiro?

środa, 4 sierpnia 2010

Z uporem maniaka i rzucania krzyżem cd.

Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: Odpraw ją, bo krzyczy za nami! Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi! On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom. A ona odrzekła: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów. Wtedy Jezus jej odpowiedział: O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! Od tej chwili jej córka została uzdrowiona. (Mt 15,21-28)
Jezus uzdrawia kobietę - nie inaczej, ale z powodu jej uporu. Tak, nie odpuściła. Nie chciała ich zostawić w spokoju, wytrwale szukała odpowiedzi, łaski dla swojego dziecka. Do tego stopnia, że - jako kobieta, pewnie prosta (ale w ogóle - kobieta, w tamtych czasach) zdobyła się na odwagę, aby odpowiedzieć bardzo pewnie Jemu, nauczycielowi, uzdrowicielowi. 

Niektórym wydaje się, że Bogu nie wypada mówić, prosić, zawracać głowę pewnymi sprawami, błahostkami. Przecież tyle tych ludzi ma na świecie, każdy coś od Niego chce, to co ja Mu tam będę... Ale to nie tak. On szuka pogubionych owiec. A do tych chyba najłatwiej dotrzeć właśnie, gdy będą pytały. Jak się człowiek buntuje, to i nawet krzyczeć na Bogach - dosłownie, albo w sercu - zacznie, pytać, żądać odpowiedzi. I wiesz co? To też jest droga. To też jest sposób. Szukanie wyjaśnienia, dociekanie, próba zrozumienia. Bóg tego nie lekceważy. Tak jak dzisiaj nie zlekceważył kobiety, która nie chciała dać się zbyć. 

Czy to jest jakaś pochwała robienia rzeczy na odczepne, żeby mieć święty spokój przysłowiowy? Nie. Ale dowód na to, że Bóg nigdy nie pozostaje głuchy na prośby, o ile człowiek w ich kierowaniu wykazuje się wytrwałością. Niektórzy powiedzą - akurat, tyle się modliłem o coś, i nic. Nic? A może była odpowiedź, tylko nie taka, jakiej byś chciał, jaką sobie wyobrażałeś - więc żeś się obraził? Może, z innej strony, domyślałeś się - taka będzie odpowiedź - ale jakby u Boga szukałeś zanegowania tego, że jednak może być inaczej, i zawiodłeś się, że On tylko potwierdził... Gdzie jednak w tym Jego wina? 

Można być człowiekiem wielkiej wiary - i nie zdawać sobie z tego sprawy. Tak jak ta kobieta - pewnie się zdziwiła, na chłodno analizując, już po uzdrowieniu dziecka, te słowa do niej skierowane przez Jezusa. Ale można też być pewnym siebie i zapatrzonym w lustro małym biednym łajdakiem - któremu wydaje się, że osiąga Himalaje w kroczeniu drogą Boga. Oj, można się zdziwić... Grunt, aby się nie poddawać, nie słuchać wszystkich tych lekceważących docinek czy rad - po co, daj spokój, nie warto, nic nie zdziałasz. Jak odpuścisz - nawet na pewno, samo się nie zrobi. Ale kiedy nie odpuścisz, będziesz pukać do skutku, zadawać pytania i dociekać - wiele możesz zdziałać. I to nie tylko w odniesieniu do relacji z Bogiem - ale w życiu też. Zresztą, za czas niezbyt długi sam będę miał co najmniej 3 płaszczyzny przekonania się, że tak jest (obym przygotował się wystarczająco, aby dać radę).

>>>

No i stało się. A inaczej - postawili na swoim. Krzyż został - bo co, przepraszam, księża i harcerze mieli się bić o niego z dość sporym tłumem ludzi (mylnie - acz święcie) przekonanych, że bronią wolności, polskości, katolicyzmu i Bóg wie czego jeszcze? 

Krzyż został tam, na Placu Zwycięstwa, sprofanowany - i taka jest prawda, bez względu na to, jak bardzo owijać to w przysłowiową bawełnę pewne osoby czy niektóre media chcą. To boli najbardziej - poza tym, że ci, którzy się czynu tego dopuścili w ogóle tego nie rozumieją... 

Nie ma co przelewać z pustego w próżne. Zacytuję kilka wypowiedzi osób pewnie sporo mądrzejszych ode mnie, z którymi się utożsamiam. Pogrubienia własne.
Ci rozhisteryzowani fanatycy odgrywający spektakl nienawiści w imię obrony krzyża - to moi "bracia i siostry"? Oni są tam gdzie ja? Czy oni jeszcze pamietają że na krzyżu umarł Jezus? I że krzyż jest symbolem miłości , pokory, uniżenia, oddania ? Myślę, że nikt w ostatnich czasach bardziej nie sprofanował tego znaku jak dzisiejsi "obrońcy" i ich poplecznicy. Nie wiem ile osób po dzisiejszych wydarzenia odejdzie od Kościoła. Myślę , że będzie ich trochę. To jest antyewangalizacja w czystym wydaniu.
(Dudi na swoim drugim mniej prywatnym blogu, a bardziej poświęconym sprawom bieżącym kraju i nie tylko)

W tłumie pod Pałacem Prezydenckim, w którym stałem, by na własne uszy usłyszeć ten kawałek Polski, padały słowa najróżniejsze. Ludzie folgowali sobie, mamy przecież wolność. Jedno słowo jednak opisuje dobrze sytuację: ”Hańba”. Rzeczywiście.
Można pocieszać się, że krzyż milion razy znaczył coś wręcz przeciwnego niż zamiar Tego, który na nim poniósł śmierć. Różnych Krzyżaków nie brakowało nie tylko na Pomorzu pod koniec średniowiecza.
Mamy jednak - zdawałoby się - inne czasy. Wydawałoby się: no właśnie.
Mnie się też wydawało wczoraj rano, że ludzie pokrzyczą, poobrażają prezydenta elekta wolnej Polski, jak żadnego dotąd - i ustąpią delegacji z księżmi na czele.
Czy ustąpiliby, gdyby przemówił do nich arcybiskup metropolita warszawski? Nie wiem, czują się silni, mają za sobą potężną partię polityczną i mocną rozgłośnię mieniącą się katolicką. Pewnie uważają, że tych paru księży, którzy do nich przyszli, to nie żadna władza kościelna. Harcerze to też dla nich Żydzi... Ale należało spróbować.
Problem jest oczywiście także państwowy, nawet przede wszystkim. Krzyżem walczy się przecież z demokracją. I walczy się twardo, pierwsza bitwa została przegrana. Jeszcze dotąd tak nigdy nie było.
Sytuacja jest bardzo poważna. Demokracja jest młoda i słaba, Kościół stary i potężny tradycją. Jeśli nawet lokalizacja krzyża w mieście to raczej nie sprawa kościelna, jeśli nawet demokracja powinna raczej bronić się sama, to o sens krzyża powinien zadbać Kościół. Prezydium Episkopatu, prymas Polski, kardynał krakowski. Choćby tylko o to.
Muszą wziąć odpowiedzialność, rzucić na szalę swój autorytet. W interesie Kościoła, w interesie Polski. Nie ma Papieża, który uważał, że krzyża w Auschwitz być nie powinno i w ten sposób sensu krzyża bronił.
(Jan Turnau na swoim blogu)

To, co się 3 sierpnia 2010 roku stało pod Pałacem Prezydenckim, pokazuje nie tylko słabość instytucji Kościoła katolickiego w Polsce. Dowodzi czegoś znacznie gorszego - słabości wiary ogromnej rzeszy polskich katolików. Gdybyśmy bowiem mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, nie byłoby w ogóle problemu krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Nikt by się nie odważył. To, co tam się dzieje od wielu tygodni jest możliwe dlatego, że w Kościele katolickim w Polsce nie tylko nie ma zdecydowanego sprzeciwu, przeciwko instrumentalnemu traktowania świętego znaku zbawienia do celów całkowicie sprzecznych z jego treścią, ale jest szerokie przyzwolenie. Jest aprobata nie tylko w jakichś marginalnych grupach, ale w dużej części tych, którzy powinni bronic krzyża przed zmanipulowaniem ze szczególnym zaangażowaniem - wśród duchownych.

Dzisiaj również pod Pałacem Prezydenckim można było usłyszeć głosy negujące ważność kapłaństwa duchownych, którzy tam się pojawili. Dziś po raz kolejny zostały wykrzyczane. Ale od lat istnieją przecież w polskim Kościele bardzo aktywne środowiska ponad głowami biskupów dzielące księży na "prawdziwych" i "nieprawdziwych". W imię fałszywie pojmowanej troski o jedność Kościoła nie spotyka ich za to nawet nagana. Tymczasem jest to jedna z bardziej ropiejących ran faktycznych podziałów, a nawet rozbicia wspólnoty polskich katolików. Wszystko wskazuje na to, że kryzys autorytetu w naszym Kościele będzie się pogłębiał w bardzo szybkim tempie.

Gołym okiem widać, że koczujący pod warszawskim krzyżem "obrońcy" pilnie potrzebują ewangelizacji. Po to, żeby wiedzieli, iż za Mickiewiczowskim "Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem - Polska jest Polską, a Polak Polakiem" kryje się nie treść polityczna, ale głęboko religijna. Czy w ciągu ostatnich tygodni ktokolwiek podjął wobec tych zagubionych i przekonanych o tym, iż działają w dobrej wierze, jakąkolwiek misję pozwalającą im zrozumieć, co naprawdę w chrześcijaństwie oznacza krzyż? Nie słyszałem o czymś takim.
 (ks. Artur Stopka na swoim blogu)

3 sierpnia 2010 to smutny dzień dla Polski. Tego dnia Polska ugięła się przed mieszaniną religijnego fanatyzmu i politycznego cynizmu, który łączy garstkę nawiedzonych na ulicy z grupą cwanych polityków w ich gabinetach, a wszystkiemu przyglądają się podekscytowane media.

To, co się stało - rezygnacja z przeniesienia krzyża, umycie rąk przez Metropolitę Warszawskiego, który stwierdził, że Kościół nie jest stroną w tym sporze, chwały Kościołowi hierarchicznemu nie przynosi. Przegrany jest Kościół, przegrane jest państwo polskie, przegrany jest rząd, przegrany jest zdrowy rozsądek, przegrani są wszyscy, ci, którzy łudzili się, że żyjemy w normalnym europejskim kraju, ba, w kraju, który rości sobie prawo do pouczania innych na czym polega demokracja. Wygrał PiS, prezes Kaczyński, ojciec Rydzyk, Gazeta Polska – teraz oni będą dyktować warunki. Cieszyć może się lewica – dostała prezent, ciekawe, co z nim pocznie. Ciekawe, co zrobi Platforma, co zrobią partia i rząd, bo dobrego wyjścia już nie ma. Pozostaje mniejsze zło.
(Daniel Passent na swoim blogu)

Krzyż pod Pałacem jest symbolem protestu politycznego wymierzonego w obecny obóz rządzący i podsycanego przez PiS. Posłuży jako punkt zbiórek przeciwnikom prezydenta Komorowskiego.
Ale pozostanie krzyża jest też klęską Kościoła. Oto, jaki ma posłuch i respekt wśród rozmodlonych obrońców krzyża. Księży mających asystować przeniesieniu obrzucono wyzwiskami, tak samo jak władze świeckie.

Tłum pod krzyżem przypomniał mi sceny z ,,Śmierci prezydenta”", kiedy podżegano do obalenia demokratycznie wybranego prezydenta Gabriela Narutowicza, co skończyło się śmiertelnymi strzałami na schodach Zachęty. Strzelał ówczesny wzmożony patriota.

Podobne ciarki przeszły mi po plecach, kiedy patrzyłem, jak dwóch niezrównoważonych mężczyzn przerywa posiedzenie Sądu Najwyższego. I znów funkcjonariusze nie są w stanie zapanować nad sytuacją. Krzykacze nie wychodzą, wychodzą sędziowie.  

Krzyżowym tłumom nie ma co tłumaczyć, gdzie jest linia graniczna  między obywatelskim nieposłuszeństwem a szacunkiem dla instytucji i procedur demokratycznego państwa. Ale ja do tych tłumów mam mniej pretensji niż do Kaczyńskiego, który tę agresję podsyca.  PiS zwycięża, ale ceną tego zwycięstwa jest anarchizacja polityki i kierowanie jej na manowce.        
(Andrzej Szostkiewicz na swoim blogu)

Bogu to nie zaszkodzi. Może - a nawet na pewno - przykro Mu z powodu tego wszystkiego, tego z rozmysłem i absolutnie celowo kreowanego przez jedną opcję polityczną (PiS) z pomocą kilku medialnych sprzyjających jej tytułów przedstawia, a druga jednocześnie nie bardzo wie, co z tym fantem zrobić; no i pośrodku tego hierarchowie Kościoła, którym znowu brakuje woli? chęci? umiejętności? jednoznacznego zajęcia stanowiska, używając swoje autorytetu, póki go jeszcze mają. 

Kościół też to wytrzyma. Większości księżom jest wstyd, współczują współbratom w  kapłaństwie, których ludzie tam wczoraj tak a nie inaczej potraktowali. Może co najwyżej jeden czy drugi biskup podrapie się po głowie, zastanowi nieco, ale pewnie wewnątrz KEP nie wysilą się na coś wspólnego, konstruktywnego, autorytarnego. Bo po co. Przecież ci, co tam te burdy urządzają - no chodzą do  kościoła, na tacę dają, to co sobie człowiek będzie w stopę strzelał... 

Dzisiaj Kościół stawia właśnie przed  pewnie nimi - duchownymi - św. Jana Marię Vianneya, patrona proboszczów. Czy to proboszcz, czy biskup - przecież też proboszcz, tylko że parafia większa. Trafił na zabitą dechami dziurę we Francji w czasach, którym do świętości gdy chodzi o sposób życia bardzo dużo brakowało. I co? I nic. Usiadł i zabrał się do roboty. Jak się zabrał, to po kilkanaście godzin spowiadać potrafił - taki był jego charyzmat. Nie siedział cicho, nie udawał że nie ma problemów, nie starał się dobrze z ludźmi żyć, kosztem mówienia prosto w oczy tego co źle robią. A jaki jest charyzmat dzisiejszych biskupów? W czym się wykazują, poza pisaniem przydługawych listów, najczęściej niezrozumiałych dla słuchaczy z powodu formy, albo powtarzających w kółko te same slogany? Teraz, właśnie w takich sytuacjach, biskup powinien umieć zająć jasne stanowisko, użyć swego autorytetu. Sam przyjść pod krzyż. Tak jak Jezus przyszedł - wiedząc, co Go na nim czekało.

A co z ludźmi, którzy to wszystko - z bliska, daleka - obserwowali? Dla ilu będzie to zgorszenie?