Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narodzenie pańskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narodzenie pańskie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 stycznia 2016

Pierwsi apostołowie pastuszkowie

Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki. (Łk 2,16-21)
Wiele osób - poza tym, jak konfrontują się z rzeczywistą "zawartością" szopki - w ogóle nie pamięta o nich, że tacy tam byli. Pasterze. W sumie, właściwie kto? Byle kto. Pospólstwo. Prości i pewnie nie bardzo majętni, nikt z kim trzeba by się było liczyć. Ot, napatoczyli się... 

Dokładnie właśnie tak. Może i byli tam przypadkowo - po prostu, jak co wieczór i co noc, mieli pieczę nad własnymi albo powierzonymi im stadami owiec. Czyli zarywali noc, żeby jakiś wilk czy inny drapieżnik nie zeżarł im nic z inwentarza. Czy jednak? Dla nas przypadkiem jest najczęściej to, co nie pasuje do puzzli moich stereotypów, sposobu postrzegania świata i ludzi. U Boga nie ma przypadków. On ich tam przyprowadził, do betlejemskiej stajenki, bo tak właśnie chciał i bo wiedział, że oni w prostocie swoich serc zrozumieją, Kogo widzą w żłobie. 

Nie będą kalkulować i się zastanawiać, jak Herod, czy Go zabić czy może coś innego się opłaca. Zrobią to, co człowieka czyni najbardziej wymownym wobec rzeczywistości Boga, nawet tak niesamowicie różnej od naszych wyobrażeń, bo w postaci noworodka: uklękną, oddadzą pokłon. Przyjmą to całe wydarzenie, którego byli - poza zwierzętami - pierwszymi świadkami z właściwą im prostotą, opowiedzą to dalej, mimo zdziwienia czy niedowierzania słuchaczy. Uwielbią Boga, tę Maleńką Miłość, tak naprawdę stając się pierwszymi, którzy tego małego Człowieka będą głosili innym - co my kontynuujemy dzisiaj 2000 z hakiem lat później. To wszystko, całe życie Jezusa, Jego misja, głoszenie, uzdrawianie, aż po krzyż i zmartwychwstanie - to wzięło początek właśnie stamtąd, kiedy grupka pasterzy zbiegła się przy szopce. 

Choć to może dziwnie zabrzmieć, w pewnym sensie Kościół ma swój początek właśnie między tamtymi pasterzami, którzy pierwsi głosili Mesjasza narodzonego z Maryi, na wiele lat przed Janem Chrzcicielem (miał pewnie wtedy jakieś... pół roku?). 

To jest zarazem bardzo prosty, ale i bardzo dobry pomysł na ten nowy rok. Po prostu w Boga się zasłuchać, iść we wskazanym kierunku, przyjąć od Niego to, do czego On prowadzi, a potem opowiedzieć o tym dalej innym, uwielbiając Go za wszystko, co On daje. Pasterze pewnie niewiele rozumieli, dokąd zmierzali i gdzie byli nocą prowadzeni - ale gdy już znaleźli Świętą Rodzinę, to ten fakt napełnił ich wielką radością i wdzięcznością Bogu. 

Pozwólmy i my się Mu, z taką samą pokorą i zaufaniem, po prostu poprowadzić przez ten nowy rok. 

sobota, 26 grudnia 2015

Słowo, które postawiło świat na głowie

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Pojawił się człowiek posłany przez Boga Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości. Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali - łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył. (J 1,1-18)
To może zabrzmieć dziwnie - ale dla mnie liturgia Narodzenia Pańskiego to nie opisy stajenki, samych okoliczności przyjścia Jezusa jako dziecka, czy też pokłonu pasterzy, ale właśnie ten tekst, wstęp do ewangelii Jana, który tak naprawdę w żaden sposób nie opisuje samego wydarzenia, ale mówi bardziej ogólnikowo, ale tajemniczo. Co ciekawe, tekst ten w ramach samej uroczystości Narodzenia odczytywany jest pewnie najczęściej, bo przypisany do tzw. mszy w dzień (czyli każdej poza pasterką czy mszą odprawianą o świcie). 


Skąd ta fascynacja? Z tego, że oto odwieczne marzenia wszystkich ludzi - nie tylko Żydów - zbiegają się i realizują w osobie Jezusa Chrystusa. Bóg przychodzi, aby jednoczyć niebo z ziemią. Przychodzi jako Ten, który zna i rozumie (bo w końcu też stał się człowiekiem) wszystkie ludzkie tęsknoty i pragnienia. Kiedyś, gdzieś tam w Starym Testamencie, można było odnieść wrażenie, że Bóg jest daleko, z boku, jakby ukryty. W tajemnicy Wcielenia przychodzi tak blisko i tak po ludzku, że bardziej się nie da. Oczywiście, mógł tego dokonać na pewnie milion innych sposobów - ale wybrał właśnie ten i Jego ludzka natura to nie chwilowy kaprys, ale fakt, odtąd już na zawsze. 

Paradoks tej całej sytuacji polega na tym, że Bóg w Jezusie w całości oddał się w ręce kruchych ludzi, powierzając Swojego Syna Maryi i Józefowi. Zwykłym grzesznikom (no, poza Maryją), żadnym celebrytom czy bogato ustosunkowanym personom. Cieśli i kilkunastoletniej dziewczynie, którzy "na dzień dobry" musieli uciekać przez kawał ówczesnego świata przed szalonym Herodem i jego strachem o własny stołek. Dali radę - i tak właściwie, jako młody ojciec, to moja rola przede wszystkim, podobnie do Józefa, sprowadza się do zapewnienia bezpieczeństwa mojej rodzinie. Nic się nie zmieniło. 

Maleńka Miłość przychodzi do serc wszystkich ludzi. Wszystkich bez wyjątku. Nie jako spektakularny Król, który robi "wejście smoka", z fanfarami, fajerwerkami i całą spektakularnością. Za to z rozbrajającą i chwytającą za serce bezpośredniością małego dziecka, w pieluszkach, w słomie w żłobie czy też grocie. Biednie nawet jak na ludzkie kryteria. 


Ten cytat z Izajasza jest bardzo ważny. Bóg przychodzi w konkretnym celu - żeby nas zbawić. Nie przez anioła, nie przez posłańca. Sam we własnej Trójjedynej Osobie, która dzięki Maryi zyskała ciało i całą ludzką naturę. Żeby przeżyć wszystko od początku do końca, na własnej skórze. Bóg z miłości do człowieka przekracza samego siebie. I czyni to w sposób, przepraszam za sformułowanie, nawet po ludzku pokręcony: właściwie przedmałżeńska ciąża (teoretycznie zaślubieni, Maryja z Józefem nie mieszkali jeszcze ze sobą), dramat wątpliwości Józefa, jak tę sytuację ugryźć, a potem od razu tyle niebezpieczeństw czyhających na małego Jezusa, pomijając już trudną dla Maryi podróż w zaawansowanej ciąży do Betlejem, zwieńczoną zakwaterowaniem ze zwierzętami, bo "nie było miejsca dla Ciebie", jak mówi tekst pastorałki. Więc czemu tyle osób twierdzi, że Bóg stoi gdzieś obok, daleko, i ma to wszystko w pewnym poważaniu? On od samego początku miał jako człowiek "pod górkę". 

Nic się od tamtej pory nie zmieniło. Bóg nadal w tę betlejemską noc przychodzi i puka do ludzkich serc. Wszystkich i każdego bez wyjątku - nie dlatego, że musi, ma obowiązek, ale dlatego, że chce przytulić do swojego serca każde, nawet najbardziej pokręcone ludzkie życie. Zwróć uwagę, Herod też miał wtedy wybór: Mędrcy powiedzieli mu o Jezusie, mógł wyruszyć z nimi i oddać Zbawicielowi pokłon (i wcale nie musiało się to wiązać z jakimkolwiek oddawaniem faktycznej władzy, zresztą posiadanej z nadania rzymskiego okupanta). Wolał za to wymordować wszystkich małych chłopców, w tym dzieci we własnej rodzinie. Ze strachu. Maleńki Jezus przychodzi i tylko ja w ciszy swojego serca i własnego sumienia decyduję, co z tym zrobię. Mogę Mu oddać pokłon w stajence, mogę się po prostu ucieszyć, a mogę to kompletnie zlekceważyć. On się nie obrazi i nadal będzie czekał. 

Słowo stało się ciałem, et verbum caro factum est. Nie słowo prawa, które już było od czasów Mojżesza, ale słowo łaski i prawdy. Bóg bez końca miłosierny. Ciekawe jest to, co pisze autor natchniony nieco dalej, co jest jakby po prostu stwierdzeniem: "i oglądaliśmy Jego chwałę". Bo to jest pewnik, bo ona, ta chwała się objawiła. Można to uznać i uwielbić Boga, a można trochę bez sensu i właściwie na próżno negować, kwestionować. Tylko po co? 

Kapitalnie fenomen tej sytuacji oddał śp. ks. Jan Twardowski w wierszu "Naucz się dziwić": "I pomyśl--- jakie to dziwne, / że Bóg miał lata dziecinne, / matkę, osiołka, Betlejem". Bo ta sytuacja, szczególnie w kontekście Bóstwa Jezusa, jest dla nas dziwna, bo Król nie taki powinien być. A jednak On przyszedł tak właśnie i nie inaczej, i nic z tym nie możemy zrobić poza jednym: zadumaniem, dlaczego? co chciał nam pokazać? Może po prostu, że nie cała ta otoczka, splendor, się liczą, to co przeliczalne (wersja dla młodszych: wypasione prezenty), ale zupełnie inne kwestie. Miłość, bliskość, troska, relacje, wspólnota, rodzina. To wszystko, co my także w czasie świąt czasami bezmyślnie spychamy na bok na rzecz lekkomyślnego obżerania się przed telewizorem przy oglądanych milionowy raz przygodach chłopca o imieniu na k, który raz został sam w domu, a innym razem w Nowym Jorku... 


Maleńki Jezus przyszedł i ta łaska tu jest, obok, na wyciągnięcie ręki. Dotyka ciebie w Jego pełnym miłości i miłosierdzia spojrzeniu. Przychodzi, aby uczyć dostrzegania tego, co banalne, spotkania w prawdzie, zwykłej wdzięczności za Jego przyjście i codzienne dary (ale też umiejętności ofiarowania i oddania Mu tego, co trudne i bo boli). Co z tym zrobisz? Przychodzący Jezus stworzył most pomiędzy niebem i ziemią. I on już zawsze będzie. 

czwartek, 24 grudnia 2015

Moje życzenia


Życzę wszystkim i każdemu z osobna po prostu pięknych świąt - nie jako świętowania dla samego świętowania, ale zaproszenia Boga do swojego życia. 

On wszystko zmienia, bo jeśli jest, to wtedy wszystko się da.

Niech więc będą piękne!

środa, 24 grudnia 2014

Stajenka rozbłyska blaskiem

Moje bożonarodzeniowe dla Was:


A teraz coś pewnie mądrzejszego - ks. Jan Twardowski, "Wiersz staroświecki". Prostota do bólu - ale chyba właśnie o to chodzi.

Pomódlmy się w Noc Betlejemską, 
W Noc Szczęśliwego Rozwiązania, 
By wszystko się nam rozplątało, 
Węzły, konflikty, powikłania. 
Oby się wszystkie trudne sprawy 
Porozkręcały jak supełki, 
Własne ambicje i urazy 
Zaczęły śmieszyć jak kukiełki. 
Oby w nas paskudne jędze 
Pozamieniały się w owieczki, 
A w oczach mądre łzy stanęły 
Jak na choince barwnej świeczki. 
Niech anioł podrze każdy dramat 
Aż do rozdziału ostatniego, 
I niech nastraszy każdy smutek, 
Tak jak goryla niemądrego. 
Aby wątpiący się rozpłakał 
Na cud czekając w swej kolejce, 
A Matka Boska - cichych, ufnych - 
Na zawsze wzięła w swoje ręce.

Dobrych świąt! Obyśmy nie zapomnieli nigdy - Kogo i co świętujemy. Żadne "happy holidays". 

wtorek, 24 grudnia 2013

Nadchodzi...


Przyjęło się, że początki historii zbawienia określa się zdrobniale: żłóbek, gwiazdka, stajenka, dzieciątko. Trywializujemy to. Tymczasem te święta mają być dla nas czasem dojrzałości - dania świadomej odpowiedzi Bogu, który przychodzi. Przychodzi na świat i prowadzi nas poprzez wszystkie tajemnice, te radosne i te bolesne, chwile szczęścia i zwykłe szare dni. Świat jest trudny - ale ciągle pełen Boga, który promieniuje dla nas wszystkich.

Życzymy Ci, abyś potrafił Go przyjąć jako Tego, który jest mądrzejszy. Ten, który z jednej strony napełnia sensem - ale i niesamowitą prostotą. Uczący pokory, ostrożności osądów, dostrzegania Jego w drugiej osobie, bezinteresownej miłości, spalania się dla drugiego człowieka. Tego wszystkiego, co tak trudno nam przychodzi - a czyni niesamowicie szczęśliwymi. 

On znowu się narodził - pokój Wam! 

W imieniu swoim i rodzinki
T.

środa, 18 grudnia 2013

Puste miejsca przy stole


Niesamowite. Moje małe odkrycie ostatnich kilku dni, kiedy wrzuciłem na mp3 i słucham sobie repertuaru związanego już z Bożym Narodzeniem. Piosenka tkwiła tam, lekko licząc, od jakiś 5 lat - i chyba ani razu jej nie przesłuchałem. 
A nadzieja znów wstąpi w nas.
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie.
I choć przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,
Wbrew tak zwanej ironii losu.
Daj nam wiarę, że to ma sens.
Że nie trzeba żałować przyjaciół.
Że gdziekolwiek są - dobrze im jest,
Bo są z nami choć w innej postaci.
I przekonaj, że tak ma być,
Że po głosach tych wciąż drży powietrze.
Że odeszli po to by żyć,
I tym razem będą żyć wiecznie 
Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat,
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.
A nadzieja znów wstąpi w nas.
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie.
I choć przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,
Wbrew tak zwanej ironii losu. 
Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat,
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.
Nie wstydzę się tego - kiedy pierwszy raz ją słuchałem, a było to pewnie niewiele po 6:00, kiedy stałem na ciemnym peronie, czekając na transport, łza zakręciła się w oku. Dokładnie oddaje to, co czuję ja i co pewnie odczuwa każdy, kto stracił kogoś bliskiego w tych wyjątkowych dniach - kiedy, jak śpiewa Beata Rybotycka, stawić będzie trzeba czoła cieniom osób nieobecnych, po których tak wiele zostało: wspomnienie głosu, po którym ciągle jakby dosłownie drżało powietrze, puste miejsce przy stole (i wcale nie w tym sensie, że tradycyjnie przygotowane dla gościa, który może nadejść).

Są też optymistyczne akcenty - prawda o tym, że choć odeszli, to jednak tym razem żyją wiecznie, bo (jak mówi 1 prefacja o zmarłych w Mszale Rzymskim) "W Nim [Jezusie] zabłysła dla nas nadzieja chwalebnego zmartwychwstania i choć nas zasmuca nieunikniona konieczność śmierci, znajdujemy pociechę w obietnicy przyszłej nieśmiertelności. Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy, i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie". Zmienia się po ludzku, ale się nie kończy. 

Ale my mimo wszystko wierzymy nadal - w to kolejne, choć przecież to samo, Boże Narodzenie. Wbrew czemuś, co faktycznie może być uznane za ironię losu - a co ja przez pewien okres po odejściu Mamy w czerwcu nazywałem niesprawiedliwością: jak to, pijaczki, wyrzutki, złodzieje żyją dobrze i dożywają starości, a Mama odeszła przed sześćdziesiątką... Teraz, z perspektywy tego pół roku odbieram to w pewnym sensie jako właśnie ironię losu - wierząc głęboko w sercu, że Bóg miał w tym jakiś plan, a ona żyje w Nim wiecznie już bez tego cierpienia, którego tutaj doznawała w ostatnim czasie w związku z chorobą. 

Bo Bóg daje wiarę, że to ma sens - my nadal tutaj, oni (ci, którzy już odeszli, w tym Mama) tam, u Niego, na wiecznej wigilii i świętowaniu. Bóg ich, zmarłych, przytula już do swojego serca - a do nas jako Syn Boży przychodzi i trwa, przynosząc radość betlejemskiej szopki, także widząc cierpienie z powodu tego, że kogoś bliskiego, kochanego, nie ma już przy wspólnym stole. Jezus przynosi wiarę i nadzieję, że ta nasza rozłąka - my tutaj, oni tam - ma sens i zmierzamy w tym samym celu, gdzie się spotkamy, a gdzie dzisiaj oni na nas czekają. Maleńka Miłość przychodzi, aby wyrównać rachunki strat - nie zastąpi Mamy ani nikogo innego, ale przychodzi z tą samą wiarą, uczyć nadziei i podzielić się miłością. 

Paradoksalnie - nie tylko zmarła Mama, ale i Tata obchodzą w Wigilię swoje imieniny. Odwiedzimy ją na cmentarzu, złożymy życzenia - a potem, wieczorem, pewnie gdzieś tam popłynie niejedna łza, że jej tak po ludzku już z nami nie ma. I będziemy prosić, aby nadzieja przychodzącego Jezusa ukoiła ból i pozwoliła cieszyć się tymi świętami, tym co Jezus przynosi dla każdego z nas. 

czwartek, 3 stycznia 2013

Pasterski cud przemiany

Kilka noworocznych życzeń ode mnie. 

Żeby ten 2013 nie był gorszy, a najlepiej - lepszy. Żeby szczęście odbijało się w naszych oczach jak najczęściej, a wszelkie zło i problemy stanowiły szybko zapominane epizody. Pomysłów, wiary w siebie i nie tylko w siebie, pozytywnego nastawienia do tego, co przed nami. Umiejętności budowania, tworzenia, a nie niszczenia. I bycia po prostu szczęśliwym, będąc zwyczajnie sobą. 

>>>
Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki. (Łk 2,16-21)
To tylko kawałek (noworoczny) Łukaszowego opisu Narodzenia Pana. Jednak ukazuje to, co najważniejsze - wytrwali ludzie odnajdują Boga, choć w zupełnie niespodziewanych i dziwacznych jak na Króla okolicznościach. Kiedy usłyszeli anielskie zwiastowanie narodzenia Mesjasza - mogli je olać, po prostu zignorować i dalej robić swoje, doglądając stada. Ale ich serca już wtedy pałały, wiedząc, że zupełnie przypadkiem oni, prości pasterze, stają przed czymś, co jest większe i o wiele bardziej niesamowite niż cokolwiek, co było czy będzie ich udziałem kiedykolwiek, że stają się świadkami wydarzenia "od patriarchów wyczekiwanego", jak śpiewamy w jednej z kolęd.

Bóg przychodzi do człowieka jako człowiek, i tak naprawdę jedyne, co człowiek musi zrobić, aby ten dar docenić, wykorzystać i na niego odpowiedzieć - to zrobić krok w kierunku Boga, zbliżyć się do Niego, odpowiedzieć na zaproszenie do betlejemskiej stajenki, i nie zatrzymać się w zachwycie, ale wejść dalej, i oddać hołd Królowi królów. To może być dziwne - jak było dziwnym dla tych, którzy słuchali tego, co pasterze im opowiadali o objawieniu, którego doznali, i które zaprowadziło ich do Jezusa - tak samo, jak przez pół ówczesnego świata prowadziło trzech mędrców.

Tak naprawdę w życiu tych prostych ludzi nie zmieniło się nic - nadal byli tym, kim byli, z faktu, że byli jednymi z pierwszych, którzy widzieli Pana nie wypłynęła na nich żadna nobilitacja, bogactwo czy wywyższenie, dalej paśli swoje stada. A jednak - w sercu zmieniło się wiele, bo odtąd zamieszkał tam Bóg-Człowiek, zostali napełnieni łaską Boga jako świadkowie Tego, który przyszedł wybawić wszystkich. Maleńka Miłość położona w żłobie dokonała pierwszego cudu, tego, którego dokonywać będzie najczęściej - cudu przemiany ludzkich serc. 

niedziela, 30 grudnia 2012

Niech ta moc będzie z wami

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Pojawił się człowiek posłany przez Boga Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości. Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali - łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył. (J 1,1-18)
Prolog ostatniej, jakże innej od pozostałych ewangelii Jana. Słowa, które w tych dniach jest okazja usłyszeć dwukrotnie - najpierw ci, którzy w dniu Narodzenia Pańskiego byli na Mszy w ciągu dnia lub wieczorem (nie na pasterce ani o świcie), ale też każdy, kto wybierze się na Mszę jutro, w ostatnim dniu kalendarzowym roku. Pozorna gra słów, o jakże głębokim znaczeniu. Chrystus jako Słowo wcielone, będące od początku z Boga i będące jednocześnie tym samym Bogiem. Praprzyczyna, siła sprawcza, życie wszystkiego, jedyna światłość. 

Nic dziwnego, że Jan odnosi się do... swojego imiennika, a Jezusowego kuzyna - Chrzciciela. Przecież współcześni im to właśnie Jana Chrzciciela uznali za Mesjasza, czemu ten musiał zaprzeczać, co uczynił wprost, nazywając się "głosem wołającego na pustyni" (Mt 3, 2), powołując się na "większego od siebie, któremu nie jest godzien zawiązać sandałów u nóg" (Mt 3, 11). Tutaj mamy podane wprost - nie Światłość czyli Mesjasz, ale posłany, aby Go wprost zapowiedzieć, wybrany spośród proroków do spięcia klamrą Starego i Nowego Przymierza, do wskazania ludziom Tego, na którego czekają - Światłość oświecającą, co prawda, wszystkich, ale mogącą oświecić naprawdę dopiero tego, który tego oświecenia szuka i pragnie, a z tym - jak wiemy -  już gorzej. 

Właśnie paradoks stajni betlejemskiej najlepiej opisują słowa - Bóg przychodzi do swojej własności, która Jego boskość skrytą pod postacią noworodka po prostu odrzuca, nie przyjmuje. Słowo stało się ciałem, można by powiedzieć, jakby na darmo, w ubóstwie, skrajnej nędzy, między pospólstwem i bydłem, na dodatek z żądnym krwi Herodem na karku. A jednak - to, że Słowo zamieszkało między nami nie umknęło uwadze wszystkich - są mędrcy, są pasterze, są chóry anielskie. Ci, którzy Boga chcą odnaleźć i zauważyć, nie zważając na pozory, dostępują tej wielkiej łaski powitania Króla Królów w Jego ziemskiej ludzkiej postaci. Chwała (na wysokości) Bogu - a na ziemi pokój ludziom dobrej woli; im właśnie. 

Ks. Artur Stopka udostępnił w tych dniach świetny obrazek. Nawiązanie do sagi Georga Lucasa jest bardzo na miejscu w kontekście użytego przez ewangelistę sformułowania - bardziej niż powszechnego. "Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi" - zatem i ja przyłączam się do życzeń, aby moc była z nami wszystkimi; nie żadna inna, żadna gwiezdna, z żadnej bajki - po prostu ta moc, którą przyniósł nam w darze, w prezencie na swoje urodziny, Syn Boży. Niech ta moc będzie z wami

>>>

Warto przytoczyć, tym bardziej że to słowa anglikańskiego zwierzchnika tejże wspólnoty, abp. Rowana Williamsa, z tegorocznej liturgii bożonarodzeniowej w katedrze w Canterbury:>
Jesus does not come just to answer the questions we think important … he does not come to give us a set of techniques for keeping God happy; and he certainly doesn't come to create a harmlessly eccentric hobby for speculative minds. He comes to make humanity itself new, to create fresh possibilities for being at peace with God.
>>>

I kilka świetnych zdań (końcówka w zasadzie) z "Bieganiny za miłością" ks. prof. Jana Kracika z świątecznego TP (dziwne, nie znalazłem na www tej części, tylko dość pocięte cytaty). Cały numer polecam - np. także świetny dialog Turnaua z Mancewiczem, albo opowieść o Jerozolimie jako mieście wiecznego adwentu. Ale do rzeczy:
W liturgii drugiego dnia świąt współistnieją słodkie kolędy i wspomnienie załtuczonego Szczepana. Także duchowe narodziny Chrystusa w ludzkim życiu - czyli rozpoznanie i przyjęcie Boga przychodzącego w sposób często nieoczekiwany, betlejemski - miewają miejsce o dowolnej porze roku. Przeżywanie bożonarodzeniowego wydarzenia w kościelnej wspólnocie sprzyja przyjęciu Jego przesłania, ale nie zastąpi przecież osobistej decyzji uczestniczenia w misterium spotkania z Nowonarodzonym.
Przeszłości nie zmienimy, przyszłości nie znamy. To dziejąca się nieustannie teraźniejszość woła o betlejemskie światło, o wytrwałe nawroty ku dobru, o ludzi cierpliwej przemiany. Jest w tym wołaniu i krzyk tęsknoty za listonoszem nadziei. Niesie ją innym ten, kto zaczyna od siebie. Chrześcijanin myśli o przemianie własnego serca nie w kategoriach osobistego wyczynu, lecz współdziałania z Tym, który - choć dawno już przyszedł - jest ciągle nie dość intensywnie obecny w szopie ludzkich myśli, mowy i uczynków.
To właśnie tam odbyć się ma raz jeszcze Boże Narodzenie. Ciągle na nowo potrzebne i prawdziwe - mimo pakowania go przez wielu w sentymentalizm, folklor czy kicz.  
Czego, za autorem, wszystkim nam życzę - na to po-świętach i nadchodzący pojutrze nowy 2013 rok.

I - mała prośba w imieniu całej naszej trójki - o zdrowie, bo z tym krucho (ja na zwolnieniu od 10 grudnia...), bo reszta nam naprawdę niepotrzebna, a póki co wszyscy chorujemy :/

wtorek, 25 grudnia 2012

Sezamie, otwórz się!


Oby Bóg nie przeleżał naszego życia w szopie - żebyśmy nie zatrzymali się na progu tej szopki betlejemskiej, znanej wszystkim, ale weszli dalej i pozwolili Jemu samemu wejść we własne życie. Gdy Bóg przychodzi, nie wystarczy czekać – trzeba Mu wyjść na spotkanie. Tak jak magom/królom przybyłym ze Wschodu, a później apostołom wędrującym ścieżkami Galilei, tak jak uczniom idącym do Emaus – Jezus objawia się ludziom, którzy wyruszyli w drogę.

Owocnych świąt!

A do posłuchania - bynajmniej nie tylko dla zmęczonych:

sobota, 7 stycznia 2012

Wędrowny maksymalizm objawienia

Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon. Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela. Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny. (Mt 2,1-12)
Przerażające jest to, że jakby statystycznego "Polaka-katolika" (cudzysłów zamierzony) zapytać o wczorajszą uroczystość Objawienia Pańskiego - to człowiek najczęściej usłyszy: "Że co? Jehowi jesteście?". Tia. Jak zapytać o Trzech Króli - "a, pewnie, 6 stycznia, nawet od niedawna wolne jest, nie". Wszystko jasne.  W tym tekście bardo łatwo skupić się na rzeczach nieistotnych, pobocznych. Nie ma znaczenia gwiazda (choć pewnie jakieś zjawisko z udziałem ciała niebieskiego było widoczne na niebie, naukowcy spierają się jedynie - jakie), nie ma znaczenia Herod (choć swoje symbolizuje), nie mają też specjalnie znaczenia ci... goście, którzy dotarli do Jezusa i złożyli dary. To są elementy składowe, które mają - w formie ewangelicznej opowieści, może midrasza - pomóc nam zrozumieć pewną bardzo ważną prawdę. Jaką? O tym zaraz. 

Herod. Dokładniej to Herod II, zwany Wielkim. Synonim tego, co złe, prostackie, żądne władzy, czci, zniewalające, narzucające się innym wbrew ich woli. Człowiek po prostu mały i nieszczęśliwy, który chciał być sprytny i wykorzystać mędrców, ale zapomniał, że Bóg sięga o wiele dalej. Nigdy samodzielny władca, zawsze namaszczony przez kogoś jedynie namiestnik. O ile opowieść o rzezi niewiniątek może być nieco przesadzona, gdy chodzi o skalę (w pozachrześcijańskich źródłach historycznych nie ma o niej ani słowa - a o takiej zbrodni zapis by raczej pozostał), jednak pasująca do - nie ma co ukrywać - psychopaty, jakim był. Nieszczęśnik ogarnięty manią prześladowczą, który zabił pierworodnego syna, jedną ze swoich żon oraz jej synów, brata i matkę. Nagonka na mającego się narodzić Mesjasza to nic innego jak kolejny przejaw manii. Tragiczna postać - i nauczka dla wszystkich. 

Zagraniczni goście. Tak, to dobre sformułowanie. Nie ma bowiem dowodów na to, że byli oni królami, ani też że było ich akurat trzech (wiadomo, że więcej niż jeden). Bardzo dobrze ich rolę oddaje znana polska kolęda, mówiąca o "mędrcach świata". Reprezentowali oni bowiem świat, i z pewnością byli obdarzeni prawdziwą mądrością. To nie jest tak (a czasami mam wrażenie, że niektórym się tak właśnie wydaje), że tylko Kościół i chrześcijaństwo wydaje ludzi mądrych, światłych. Boży Duch umiłowania wiedzy i szukania prawdy wieje różnymi drogami, także tam, gdzie Bóg nie jest znany. Bo ten ewangeliczny obrazek dobitnie pokazuje jedno - można przyjąć, że przychodzącego Mesjasza odrzucił zarówno sam Herod, jak i wielcy Jerozolimy, którym nie na rękę był nowy władca (skoro już jakoś się dogadali, ułożyli z dotychczasowym). Paradoks - swoi Go odrzucają, a przychodzą z daleka oddać Mu cześć obcy, ludzie z drugiego końca świata. 

Na czym mądrość owych mędrców polegała? Na tym, że umieli zauważyć prawdziwie wielkiego Boga, choć skrytego w kruchym i maleńkim ciele. Szukali Go na tyle szczerze i autentycznie, że potrafili zrozumieć, On czeka na nich, w tym, co małe i bezbronne - w ciele noworodka zawiniętego w pieluszki i złożonego w żłobie. On jest prawdziwie wielki, On prawdziwie ma władzę i moc. A oni w Nim potrafili je ujrzeć i dlatego klękają.   Warto, w tym kontekście, pamiętać o ludziach niewierzących. O takich mędrcach właśnie. Tylko Bóg tak naprawdę wie, czemu nie otrzymali łaski wiary, czego im brakuje, albo gdzie na swojej drodze życia pomylili skrzyżowania. Postawa takich ludzi nie musi oznaczać bylejakości, łatwizny i powierzchowności. Mogą być osobami mądrymi i wartościowymi, ale nie potrafią uwierzyć. Nam, wierzącym, łaska wiary może wydawać się czymś oczywistym, jakby przydzielanym wg rozdzielnika każdemu. Są jednak ludzie z wieloma pytaniami i wątpliwościami, a zarazem szczerością i prawdziwą wolą poszukiwania. Za takich trzeba się modlić. Ot, choćby o to, żeby inni wierzący - tak, ja czy ty - po prostu im tego Boga, którego szukają, nie zasłaniali, abyśmy potrafili Go przekazać także współczesnym poganom. 

Już kończę. Co świętujemy w ten dzień? Również Narodzenie Pana. A jednak - zupełnie inaczej. W sposób bardziej dojrzały. Czemu? Bo chcemy iść dalej. Tak samo, jak wierzący nie może zatrzymać się przy krzyżu, odrzucając to, co jest dalej: zmartwychwstanie, pusty grób, tak samo wierzący nie może pozostać w ciepłej, przytulnej i rodzinnej stajence betlejemskiej, gdzie przyszła na świat Maleńka Miłość. Bo to jest tylko początek. Człowiek wierzący wstaje i idzie dalej, aby objawiać światu Objawionego jemu. Bóg nie przyszedł po to, aby jak to ujmuje kreskówkowa karykatura władcy (skądinąd, śmieszna i sympatyczna) w osobie Króla Juliana (ten z "Madagaskaru"), żądać od ludzi tylko hołdu i klęczków. Bóg przychodzi w Jezusie Chrystusie i rodzi się jako człowiek, aby wszystkim ludziom objawić swoją miłość, swoje umiłowanie i zakochanie w człowieku, swym największym dziele. Nie przychodzi, aby przyjmować tylko czołobitne laurki - ale aby zamieszkać w ludzkim sercu, każdym, i każdemu człowiekowi pomóc odnaleźć sens, inspirację, cel. Kocha tak mocno i daleko, że staje się jak swój twór - człowiekiem. 

Bóg wyjątkowo mocno w tym dniu zaprasza nas do wspólnej wędrówki. Ani ona łatwa, ani przewidywalna, ani też opłacalna. Mędrcy pewnie też musieli zebrać sporo odwagi i spontaniczności, ruszając za jakąś gwiazdą właściwie nie wiadomo dokąd. Ale wyruszyli. Do tego dzisiaj zaprasza nas Bóg. Abyśmy wstali, odeszli od światełek choinkowych, porzucili kolorowe ozdoby i przytulną stajenkę - i poszli, aby Jego właśnie, na tronie własnego serca, zanieść w świat. Nie możemy do chować przed innymi, skupiać się tylko na indywidualnej relacji. On przyszedł dla każdego z nas, dla wszystkich - i przez moje ręce chce dotrzeć do jak największej liczby osób. Docierać i objawiać każdemu to, czego sam nie odkrył, nie potrafi zrozumieć. 

wtorek, 27 grudnia 2011

Bezczelny Bóg przebóstwia człowieka

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Pojawił się człowiek posłany przez Boga Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz /posłanym/, aby zaświadczyć o Światłości. Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było /Słowo/, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali - łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, /o Nim/ pouczył. (J 1,1-18)
Bożonarodzeniowa liturgia daje dość duże spektrum jeśli chodzi o wybór tekstów ewangelicznych - od wieczornej mszy wigilijnej, dalej pasterki, mszy o świcie czy mszy w dzień. Ten tekst powyżej, z Jana (którego święto, nota bene, dzisiaj przypada), słyszeli ci, którzy pojawili się w kościele w pełni dnia uroczystości Narodzenia. A ja go po prostu lubię.

To nie był żaden Boży wymysł, twórczość, aby Jego Syn stał się człowiekiem. Istniał On od dawna, tak samo jak Ojciec, jako przedwieczne Słowo - u Boga mieszkające i jednocześnie tym Bogiem będące. Czemu tak postanowił? Po ludzku to niezrozumiałe. Z miłości postanawia, że stanie się człowiekiem, żeby pogubionemu człowiekowi pokazać, ile i jak uparcie marnuje. Syn Boży jakby wyrzeka się majestatu, aby żyć jak szary człowiek. Jeszcze bardziej swoimi narodzinami połączył świat Boga ze światem ludzkim. W Nim Bóg stał się wszystkim dla wszystkich i Jego miłość ogarnęła wszystkich. Przebóstwienie człowieka? A może uczłowiecznienie Boga? Chyba jedno i drugie. 

To wszystko, co działo się w tych dniach w Betlejem, wydaje się nam już takie prawie... magiczne. Może to sformułowanie nie pasuje, ale tak można to odebrać. Słuchamy słów o narodzeniu, tych opisowych, wigilijnych - nie powyższego tekstu Jana - rokrocznie, i wszystko sobie wyobrażamy, piękną całość i prawie łzawy obrazek. Zapominamy, że tutaj scenariusz napisał ktoś inny, choć my dzisiaj to z chęcią wspominamy. Człowiek pewnie ułożył by to inaczej - wielki pałac, spektakularne znaki, wszystko zaplanowane, ułożone, idealne. A jak rodził się Jezus, ten prawdziwy Mesjasz? Zupełnie inaczej. Bóg to przewidział i obiecał ludziom ustami proroków, choć bez szczegółów. Jezus rodził się w warunkach, delikatnie mówiąc, polowych, pomiędzy zwierzętami, z całym syfem i brakiem wygód, jakie są tu nieodzowne. Świętujmy, ale pamiętając o jednym - Bóg przyszedł do nas jako człowiek, żeby dziwny człowiek mógł Go łatwiej przyjąć, by w tej formie przychodzący Bóg był bardziej "swój", zrozumiały, akceptowalny, choć i z tym ciężko bywa.

Ktoś pięknie zauważył - czy się człowiekowi podoba, czy nie, święta są dla wszystkich. Możesz być antyklerykałem, możesz być agnostykiem, kimkolwiek. On nie przyszedł dla jakiejś wybranej grupki, jakiegoś towarzystwo. On narodził się dla każdego człowieka - wtedy, dotychczas, i tego który się jeszcze po nas urodzi. Bez wyjątku. Bez względu na to, z jakimi problemami się zmagasz, ile leży na twych barkach. Bóg rodzi się właśnie dla ciebie. Kluczowe są tutaj dość może niezrozumiałe, ale w gruncie rzeczy proste słowa: "Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało". Bóg nie wybrał człowieka jako aniołka, ideału bez grzechu -  Bóg kocha cię i wybiera z wszelkim brudem, jaki codziennie się do ciebie przykleja. Dzięki swojemu Narodzeniu to wszystko, co ludzkie, zostaje w Nim, w Bogu, zanurzone. To piękne zaproszenie, przez wielu lekceważone - stawać przed Bogiem i mówić Mu nie tylko wyrecytowanymi formułkami i tekstami, ale własnymi słowami, i nie tylko o tym, co piękne, radosne i pozytywne. Bóg chce być Bogiem mojego całego życia, a nie tych jego wycinków, o których łaskawie Mu powiem. 

To wielu może być nie na rękę. Bóg przestaje szukać półsłówek, półśrodków. W pewnym sensie, z butami wchodzi w życie człowieka, i już sobie z niego nie pójdzie. Narodzenie Pańskie to być może największa ze strony Boga bezczelność i radykalizm. Bóg pozbywa się tego wszystkiego, co w nim wielkie i majestatyczne, żeby mały człowiek mógł w Nim zobaczyć prawdziwą i bezwarunkową miłość. Miłość, wobec której nie można pozostać głuchym, która w wypadku odrzucenia staje się strasznym wyrzutem sumienia. 

Jednak w tym tekście jest pewien wyrzut. "Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli". I to jest, niestety, wyrzut do nas. Mowa o tych, którzy są Jego, Boga. Czyli o nas, chrześcijanach. Nie o tych, którzy programowo Go negują. Bo Bóg jest wymagający. Bo my lubimy się deklarować, a jednocześnie już z założenia wiedzieć, że praktyka do teorii nijak się będzie miała. Niech sobie Jezus jest jako postać historyczna - no ale bez przesady, żeby dzisiaj się do Niego odnosić? Ciemnogród, i tyle. A my siedzimy cicho i zgadzamy się na to. Żeby nikt nie jazgotał nad uchem. I w efekcie - niby Go przyjmujemy... ale tak naprawdę wcale nie przyjmujemy. Nie można na to pozwalać. Nie można pozwalać, aby miejsce Boga zajmował człowiek - no bo kto inny? Bóg-człowiek to żadna bajka, a fakt historyczny, który wystarczająco zmienił świat. To zobowiązuje do bycia wyrazistym, zdecydowanym, jednoznacznym, pewnym. 

Święta Narodzenia Pańskiego to idealny czas, aby owej pewności nabrać. W bardzo specyficzny, i mało efektowny sposób. Bóg zmniejsza dystans i staje się człowiekiem w tej najbardziej kruchej, dziecięcej postaci. A my? My mamy przyjść... i przyklęknąć. To najpiękniejszy i najbardziej wymowny gest, jakim możemy przychodzącemu Słowu złożyć hołd. Przyjść i pozwolić Mu się obdarować, bo tego właśnie pragnie. Nie bez powodu wszyscy świadkowie momentu narodzenia zachowują tę właśnie postawę - pokłon, ukłon, przyklęknięcie. Pokora, pokora i jeszcze raz pokora, która pozwala schować własne ego w kieszeni, i prawdziwie cieszyć się Maleńką Miłością w betlejemskim żłobie. 

Wszystkim tej właśnie pokory najbardziej życzę na po-świętach.

piątek, 23 grudnia 2011

Cieszmy się prostotą zbawienia!

 On znowu się narodził, pokój Wam!

Jezus przychodzi, tak po prostu - z wszystkich ludzkich możliwości wybrał tę najprostszą. Po prostu urodził się z żłóbku, w biedzie, opuszczeniu. Paradoks. Jakby od początku chciał pokazać, że nie zawsze to, co największe i najbogatszejest najważniejsze, najlepsze. Że nie o to chodzi, żeby mieć - ale żeby być. A my? Przycho­dzimy do Niego jak pastuszkowie, którym anio­łowie powiedzieli o Jego narodzeniu, jak mędrcy, którym ukazała się gwiazda. Po domach świętujemy wigilię, łamiemy się opłatkiem, zapominamy urazy, przebaczamy sobie nawzajem winy, składamy życzenia, obdarowujemy się prezentami. Śpiewamy kolędy, staramy się nacieszyć tym wszystkim - żeby tej atmosfery i klimatu świąt wystarczyło, na zapas.

Niech te święta to nie tylko jedzenie i zabawa - ale też jakiś czas rachunku sumienia z tego, jak ten rok wyglądał. Żeby to świętowanie było przesycone radością płynącą nie tyle z prezentów, co z przyjścia Pana, który kolejny raz chce odwrócić nasz wzrok od problemów codzienności i pokazać, że On cały czas nadaje sens wszystkiemu, co każdego z nas spotyka. Żebyśmy umieli choć przez chwilę cieszyć się prostotą zbawienia. Żebyśmy potrafili w tym czasie znaleźć w sobie siłę na pojednanie z tymi wszystkimi, z którymi coś nas w ciągu roku podzieliło.

Żebyśmy potrafili kochać, przyjmować miłość i żyć miłością. Żebyśmy potrafili ciągle na nowo odkrywać proste cuda dnia codziennego, i z nich czerpać siłę. Żeby to wszystko, co sercem będziemy przeżywać w tych dniach, naładowało nas wiarą, nadzieją, optymizmem i siłą na cały nadchodzący rok - dosłownie, na zapas. Żeby światło, które Jezus przyniósł każdemu człowiekowi, paliło się w nas nieustannie z taką samą mocą. Żebyśmy silni Jego siłą potrafili wejść w nowy rok, stawić czoło nowym wyzwaniom i pod koniec AD 2012 powiedzieć, że zrobiliśmy coś dobrego, że biorąc coś z życia - daliśmy też innym coś z siebie.

Błogosławionych, zdrowych, spokojnych, rodzinnych, pełnych miłości świąt Narodzenia Pana!


do posłuchania

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Stało się ciałem, oświeca - a my dalej swoje?

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Pojawił się człowiek posłany przez Boga Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz /posłanym/, aby zaświadczyć o Światłości. Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. (J 1,1-14)
W samą tylko uroczystość Narodzenia Pańskiego Kościół przytacza nam, w zależności od tego, kiedy na Mszę pójdziemy, kilka zupełnie innych tekstów. Ten, specyficzny bardzo w swoim języku, jak i całość Janowej ewangelii, co ciekawe, usłyszała... większość, w pewnym sensie pewnie leniwych, którzy po prostu poszli na Mszę w dzień, nie dotarli ani na Wieczorną Mszę Wigilijną (żadną pasterkę dla dzieci - nie ma nic takiego) gdzie czyta się rodowód Jezusa (Mt 1,1-25), ani na Pasterkę gdzie czyta się opis Narodzenia (Łk 2,1-14), ani nawet na jakąś ranną Mszę (konkretnie - o świcie, pierwszą) gdzie czyta się krótki, a jakże wyrazisty fragment tylko o samej radości pasterzy (Łk 2,15-20). Ten tekst to powód, dla którego w swoich kawalerskich latach zawsze szedłem w dniu Narodzenia Pana na jeszcze jedną Mszę, wieczorem, żeby posłuchać tych właśnie słów. 

Bóg bardzo dynamicznie, namacalnie - nie jako Wszechobecny-Nieosiągalny-Odległy-Byt - ale jako człowiek z krwi i kości, niepozbawiony swojego Bóstwa wchodzi do historii świata, zaczyna istnieć w konkretnym miejscu i czasie. Jezus jest postacią historyczną - co potwierdziło na przestrzeni wieków bardzo wiele źródeł, często bynajmniej nie chrześcijańskich. Swoją wielkość zamyka w kruchym ciele maleńkiego dziecka, które nieśmiało wyciąga ręce do swojej matki i opiekuna, ale i ufnie spogląda na oniemiałych ze zdumienia a to pasterzy, a to trzech mędrców/magów/króli (jak kto woli). 

Czemu? Po co? Dlaczego? Głupio to, mało kulturalnie - ale odpowiem pytaniem na pytanie: a jakie to ma znaczenie? Moim zdaniem, z miłości. Bóg chciał nam, prostym i głupim ludziom, pokazać, jak Mu na nas zależy. Nie - zamanifestować swoją, Jego wielkość; mógłby tego dokonać w o wiele bardziej spektakularne sposoby. Zabita dechami dziura za Jerozolimą? Jaskinia? Żłób pełen siana? Owce i inny inwentarz? Mało efektywne. Bóg udowadnia nam, że Mu na nas zależy, właśnie tak, aby zaszokować - w formie, jaka nigdy z bóstwem by się nikomu nie skojarzyła. Inaczej - dociera ona do tych, którzy są tego Narodzenia świadkami dopiero, gdy widzą znaki; wcześniej sami nie potrafili zrozumieć słów proroctw, które wskazywały miejsce i znaki towarzyszące temu wydarzeniu. 

Co zrobić, aby nie przegapić Jego przyjścia? Tak - powie ktoś - ale przecież Jezus już się narodził, dzisiaj jest 27 grudnia. Owszem, kolejny raz, i narodzi się jeszcze nieskończenie wiele razy w pamiątkach tego dnia, jakie my i nasze dzieci, wnuki będziemy obchodzili... Przyszedł, przychodzi i nie raz przyjdzie, nie tylko w dniach świętowania rocznicy Jego narodzin. Tu płynie nauka - nie skupiać się na tym, co zewnętrzne. To nie wystarczy. Żydzi, którzy nieco ponad 30 lat później tego maleńkiego Mesjasza ukrzyżowali, także byli przekonani, że spełniali swój obowiązek, wynikający z pobożności. Literalnie - mieli nawet rację. A czy mieli ją faktycznie? Nie. Bo nie chcieli zobaczyć tego, kim On był naprawdę - żadnym uzurpatorem, szarlatanem, magiem czy uzdrowicielem. Był Tym, na którego nawet oni, oprawcy, od wieków czekali. 

Jeśli byłeś już przy żłóbku, pofatygowałeś się do kościoła - to świetnie. Jeśli nie - masz jeszcze czas i okazję. Spotkanie z żywym Bogiem to wydarzenie, które nie powinno pozostać bez echa. To coś, co - o ile autentyczne - ma przemienić, i to na trwałe. Ale wtedy moja wizyta u Niego musi być prawdziwa. Nie jako kolejna anonimowa osoba, która na wypadek tego, że On jednak istnieje, stara się dać odfajkować siebie na liście dobrych katolików co to nawet do żłóbka poszli. Gorzej, że pewnie jakby zapytać, po co, to by nie wiedział. Dialog z Maleńką Miłością, położoną w żłobie, jest trudny i nawet dziwny - bo jak tu rozmawiać z dzieckiem? Bóg nie jest przewidywalny, łatwy ani oczywisty. Trzeba kojarzyć - wiele lat później Jezus sam powie jeśli nie staniecie się jak dzieci... Do Boga położonego w stajence można iść tylko szczerze, tylko autentycznie, tylko z czystym sercem. Tak, jak do dorosłego idzie dziecko - ufne, prawdziwe, radosne. 

W większości do żłóbka już szliśmy, i od tego żłóbka już wróciliśmy do brutalnej rzeczywistości - chyba, że ktoś się urlopuje, albo jest uczniem jeszcze. I gdy wydawać się może, że na nowo jesteśmy w tym samym świecie, z którego zanurzaliśmy się kilka dni temu w tajemnicę Jego Narodzenia - uwierz i pamiętaj, że wszystko jest inne, bo na zapleczu z pozoru tego samego świata narodził się prawdziwy Bóg. Tylko żeby to zrozumieć i żeby to mogło coś dla mnie zmienić - muszę otworzyć oczy. Światło można docenić tylko, gdy się ma odwagę w nie spojrzeć, otworzyć się na nie. 

Dudi u siebie bardzo fajnie zauważył (a małżonkiem jest o zdecydowanie dłuższym doświadczeniu i stażu ode mnie, pewnie mnie to bliżej do jego latorośli): 
banalność życzeń...małośc słów... słowa są w gruncie rzeczy mało ważne - czasami lepiej spojrzeć w oczy po prostu, więc tym razem jakoś nie siliłem sięna kwieciste przemowy –...zauważyłem, że od paru lat z żoncią składamy sobie życzenia, właściwie niewiele sobie życząc...
Ma rację. Uświadomiłem to sobie, jak przeczytałem te słowa - i skojarzyłem, że moja żonka także nie lubi się przede mną wywnętrzać na okoliczność życzeń różnych, i zawsze w takiej sytuacji po prostu głęboko patrzy mi w oczy. Tam jest wszystko. Gdy dwoje nie tylko z obrączki i z papierka z USC/kościoła stara się być jednym ciałem, to faktycznie niewiele potrzeba słów. 

Zachęcam do przeczytania dwóch naprawdę fajnych tekstów:


>>>

Trochę się opuściłem? Plan był może i mało ambitny, w każdym razie żeby w święta też coś napisać. W sumie - poza radosnym świętowaniem w gronie rodzinnym (ile można - trzeba trochę samotności w takich dniach nawet, przynajmniej ja potrzebuję) niewiele jest do roboty. Takie było założenie. Życie je mocno szybko zweryfikowało. Konkretnie - już w nocy z 23 na 24 grudnia. Obudziłem się z łbem jak bania, gorączką i bolącymi gnatami. Termometr prawdę ci powie - i tym razem oscylowała ona pomiędzy 37 a 38,5. Niby sporo - ale jak na moje możliwości nie tak tragicznie (w młodości kilka razy słupek rtęci mi się kończył...). Ale że młodość wspomniana to zamierzchła przeszłość - czułem się niezbyt ciekawie. A tu trzeba było sprzątnąć mieszkanie, umyć podłogi i zapakować się na wyjazd do teściów. Cóż, to posprzątaliśmy, spociłem się jak dziki, i byłem w jeszcze gorszej formie. 

Jak teściu przyjechał, zanim pojechaliśmy, poszliśmy do apteki i wyszedłem z moją ulubioną pyralginą - broń ostateczna, choć po prawdzie na taką gorączkę niewiele innych rzeczy, przynajmniej u mnie, działało. Jak wtaszczyliśmy się do teściów na 4 piętro z tobołami i prezentami, to myślałem, że umrę. Szybko pigułka i walnąłem się w jednym pokoju. Generalnie, z niewielką przerwą na kolację wigilijną, leżałem, ni to śpiąc, ni to  nie śpiąc, czując się fatalnie. Na noc eksmitowałem szwagierkę - poszła spać z żonką w gościnnym pokoju, a ja sam u niej, żeby nie zarażać (wtedy nie wiedziałem jeszcze, czym). Za dużo nie pospałem, bo z taką gorączką się nie da. 

W sobotę nieco lepiej, choć i tak większość czasu w pozycji horyzontalnej. Gorączka mniejsza, gnaty mniej bolały, i już nie tak zimno. Za to - tadam - zaczęło mnie drapać tym razem gardło. Na razie nieśmiało, delikatnie, ale odczuwalnie. I dalej byłem bardzo słaby, więc rano zadzwoniłem do rodziców, że nici z pomysłu odwiedzenia ich tego dnia. Zresztą, technicznie też by było trudno - wszystko tak zasypało, że połowa osobówek nie była w stanie ruszyć na osiedlu. Teściu wieczorem zaproponował wódeczki przed spaniem (z cyklu od razu cię na nogi postawi!), ale grzecznie odmówiłem. Nic mi nie smakowało w ogóle, jeść mi się nie chciało - po pobycie u nich na święta... schudłem 2 kg :) Więc tym bardziej wódeczki. 

Noc była znośna, za to gardło w II dzień świąt - mniej. Generalnie czułem się całkiem blisko normalności, choć słabo, za to gardło coraz bardziej odmawiało posłuszeństwa. Zacząłem pokasływać coraz mocniej, krztusić się itp. No i moja mowa coraz dziwniejsza była - coś w deseń Dartha Vadera. Jak taksówką wróciliśmy wieczorem od teściów - to po rozmowie z żonką... generalnie prawie straciłem głos. Położyliśmy się razem - plecami do siebie, z mocnym moim postanowieniem kaszlenia tylko w ścianę. Starałem się, ale budziłem się tak co godzinę chyba. Beznadziejna no. 

Rano dopadłem do LuxMedu, obejrzała i osłuchała mnie miła pani. Wyrok - zapalenie... czego? Nie, nie gardła. Krtani. Tygodniowe zwolnienie, i zapytana przeze mnie, po zobrazowaniu stanu faktycznego (ja: zarażający chory; żonka - zdrowa ciężarówka w 7 m-cu; warunki bytowe - pokój sztuk jeden z aneksem kuchennym), zasugerowała, żeby jednak może żonkę wysłać z powrotem do teściów. Był bunt, i samemu mi bardzo źle i smutno, ale pojechała. Mam nadzieję, 2-3 dni max. Chodzi o to, żebym do woli kaszlał sobie sam na siebie, żarł leki i wyzdrowiał. Nie możemy ryzykować maleństwa naszego, czy jej zdrowia - a z chorobami to u niej trudniej, jak u mnie. 

Wygląda więc to tak, że jestem chwilowo słomianym wdowcem, w sumie na własne życzenie, ale zawsze. Sam... ze świnką morską. Zimno, sweter, dwie pary skarpetek, hektolitry płynów (bezalkoholowych) żeby zalać czymś kaszel, chusteczki, kilka książek (od Gwiazdorka) i tv. Morze możliwości, prawda?

A tak serio - o zdrówko najpierw dla żonki i maluszka naszego, a potem - jak wystarczy - to i swoje proszę. I teściów też, bo podziębieni byli. 

Dziś w ogóle święto św. Jana Ewangelisty, co w Kościele oznacza obrzęd święcenia wina - a dla wiernych koneserów: okazję do skosztowania go w parafii, i to z kielicha mszalnego (wina, żadnej Krwi Chrystusa, żeby wątpliwości nie było - choć podawanie Komunii pod Dwiema Postaciami mocno popieram). Za wspomnianego już kawalerstwa brałem w tym udział - w tym roku nici, nie tyle z uwagi na zmianę stanu cywilnego (rok temu też), co na fakt, że nie po to antybiotyk dostałem, żeby do zimnego kościoła iść i wina się napić. 

czwartek, 23 grudnia 2010

Pozwólmy się Bogu poznać i doświadczyć!

Narodził się Bóg, narodził się Król,
ku Niemu sny i marzenia płyną


Już jutro, jak co roku, w gronie najbliższych, tych których kochamy, będziemy łamać się opłatkiem, składać sobie życzenia, z nadzieją, ufnością i optymizmem patrząc w przyszłość, w to wszystko co czeka nas i w te święta, i w nowym 2011 roku.

Może dla niektórych te święta to przykry obowiązek albo wręcz męcząca monotonia. Właśnie im - ale i każdemu z nas, sobie samemu również - życzymy dobrego i owocnego przeżycia tego czasu. Żeby to nie był kolejny długi weekend (w tym roku i tak dość krótki) w całości zmarnowany na (choć raz w roku usprawiedliwione) obżarstwo, symbiozę z telewizorem czy komputerem, czy coś równie bezproduktywnego. Żeby to nie były święta spędzone tak, jak na - smutnym, ale prawdziwym - obrazku z poprzedniej notki, jak to dla wielu wyglądał Adwent, czas rzekomo przygotowania na te święta.

Bóg przychodzi do każdego z nas, czy nam się to podoba, czy nie; czy w Niego wierzymy, czy nie. Tylko od nas zależy, co z tym zrobimy. Możemy skończyć na zrobieniu z własnego domu po prostu szopki, poprzez przesadne przygotowania zewnętrzne, stworzenie czegoś bliżej nieokreślonego nazywanego klimatem świąt - jednocześnie będąc zupełnie nieprzygotowanym wewnętrznie (wersja pt. opakowanie ładne, a w środku pusto; piękna forma, zero treści). A możemy przygotować w domu to, co konieczne (z umiarem), nie zapominając i przygotowując z równym wysiłkiem siebie samych - swoje serca, to co najważniejsze; wtedy unikniemy właśnie robienia z siebie szopki, a sama szopka - ta betlejemska - będzie tylko naprawdę radosnym celem, do którego w tych dniach fizycznie, do kościołów, i duchowo, w sercu, będziemy zmierzać; nie dlatego, że trzeba, wypada - ale dlatego, że chcemy.

Im bardziej poznajemy i doświadczamy siebie samych, tym bardziej mamy szansę poznać i doświadczyć Boga. On przychodzi do nas w tych dniach w najbardziej prostej, ufnej a zarazem bezbronnej postaci - małego dziecka, które nie wie, co to zło, które potrafi tylko z uśmiechem wyciągać ręce do człowieka. Tak, zaufanie Mu nie oznacza rozwiązania z dnia na dzień wszystkich problemów - ale On sam daje każdemu z nas nadzieję, z której płynie siła i inspiracja do stawiania czoła temu, co trudne, bolesne i czasami bardzo ciężkie. Bóg jest zawsze z nami, nikogo z nas na krok nie odstępuje - i to czasami my sami po prostu w Niego nie wierzymy albo nie chcemy Go zauważyć. Bo zamiast zaufać, współdziałać z Nim, rozmawiać a czasami i kłócić - wolimy po prostu wszystkie sukcesy przypisać sobie, a na Niego zwalić winę za całe zło wokół nas.

Pozwólmy się Bogu poznać i chciejmy poznać także Jego. Żeby nasza wiara i modlitwa nie była pustym recytowaniem czy oddawaniem czci obrazkom, posążkom czy innym podobiznom - ale jedynemu prawdziwemu Bogu, którego Syn przychodzi na świat, i chce wejść w życie każdego z nas, aby uczynić je i nas samych lepszymi, szczęśliwymi, spełnionymi i pełnymi nadziei. On zna nasze myśli, pragnienia i porywy serc - wystarczy tylko nie zamykać tego przed Nim, nie chcieć za wszelką cenę być panem samego siebie, a zaufać Mu i zapragnąć, aby On nas poprowadził, wskazał drogę.

Życzymy Wam świąt naprawdę autentycznej radości, która promieniować będzie nie tylko przez te kilka dni, ale na cały nadchodzący rok. Życzymy Bożego błogosławieństwa i Jego opieki dla Was i dla Waszych najbliższych, tych których kochacie, rodzin, dzieci. Życzymy prawdziwego pokoju serca, który nie tylko zagości na chwilę, ale stanie się trwałym fundamentem. Otwórzcie się przed Nim, nie bójcie i nie wstydźcie się pokazać mu samych siebie - z tym, co dobre i piękne, ale i ze wszystkim, co wymaga zmiany, boli, stanowi problem. On nas kocha nie jako wyidealizowane obrazki - ale takich, jacy jesteśmy naprawdę: prości, niekonsekwentni i słabi, z bagażem różnych doświadczeń.

Żeby Bóg, który do nas przychodzi w wigilijną noc, nie tylko narodził się gdzieś tam, obok, w stajence, w bliżej nieokreślonym miejscu - ale w naszym, Waszym sercu. I żeby świadomość Jego narodzenia, Jego miłości do nas coś w nas zmieniła. Choć trochę.

Poprzez ciszy mgłę z dala słychać śpiew,
Dziś wszystkim z nas Bóg narodzi się.

Tego życzę z serca Wam z moją rodzinką :)

Może piosenka poniżej nie jest to szczyt umiejętności wokalnych (w końcu śpiewają dziennikarze), ale piękne słowa i fajne przesłanie - Kolęda dla zmęczonych Roberta Kasprzyckiego i redakcji Tygodnika Powszechnego (tekst tutaj, ale nie daje się skopiować).

Najlepszego!

Zdziwienie to nic złego

To był dobry czas, te kilka dni ostatnich. 

Udało mi się być 3 dni pod rząd rano na mszy - jutro też się postaram. I dzisiaj poszedłem do spowiedzi, a jak to ze mną - spowiedź jest problemem, więc zbierałem się... Nie wiem, mam w sobie blokadę jakąś. I trafiłem tak, że lepiej nie mogłem - na naszego proboszcza. Pan po 60-tce już nieco, a wypowiadał się naprawdę wspaniale - tak, że nie było wątpliwości, że grzech jest grzechem, ale poza tym nie przekreślał człowieka, wykazał zrozumienie dla ludzkich słabości i umiał powiedzieć kilka naprawdę mądrych słów. Teraz moja rola - spróbujemy je wprowadzić w życie. 

Bardzo fajnie to u siebie o. Grzegorz Kramer SI opisał - że adwent jest udany wtedy, gdy poza Bogiem, człowiekowi udało się spotkać z drugim człowiekiem. To ważne, bo nie żyjemy sami jak palec na świecie, ale nasza droga do Boga to droga miłości, na której On sam stawia ludzi, którzy są dla nas swego rodzaju sprawdzianami, testami z tej miłości.
Dla Elżbiety zaś nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: Nie, lecz ma otrzymać imię Jan. Odrzekli jej: Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: Jan będzie mu na imię. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: Kimże będzie to dziecię? Bo istotnie ręka Pańska była z nim. (Łk 1,57-66)
Co jest motywem przewodnim tego tekstu? Wg mnie - zdziwienie. Nawet w tle. Bo kto by się spodziewał, że mocno leciwa już Elżbieta zajdzie w ciążę i urodzi syna? Raczej nikt, sami przyszli rodzice Jana Chrzciciela w to nie wierzyli, było to jakby wbrew naturze. A jednak. I w sytuacji na obrazku - podobnie. Dla wszystkich naokoło było jasne, jak nazwać chłopca, zachowując obyczaj - imię jego ojca, Zachariasza, pasowało i powinno napełnić syna dumą. Kolejne zdziwienie - matka chłopca oponuje, proponuje nieznane w rodzinie imię Jan. Prawda jest taka, że pewnie tamci nie przejęli się jej sprzeciwem - taka decyzja, jak i w ogóle np. kwestia wychowania dziecka w wierze należała nie do matki, ale do ojca. Ojciec decydował. I Zachariasz zadecydował - jak? Ano tak, że kolejne zdziwienie - jednak Jan?

Żadne to były wymysły czy fanaberie. Tak chciał Bóg, taka była Jego wola, którą przekazał Zachariaszowi. A on wiedział, co to znaczy nie wierzyć Bogu - sam się o tym dość boleśnie przekonał, gdy zwątpił i nie uwierzył w zapowiedź, iż jednak zostanie ojcem, będzie miał dziecko. Efekt? Bóg odebrał mu mowę, stał się niemową. Teraz już wiedział - skoro Bóg chce, aby to dziecko miało na imię Jan - będzie Jan. Gdy tylko przekazał swoją wolę - Bóg przywrócił Mu mowę. Dlaczego? Bo jan.. Tak, te słowa, imię Jan, znaczą dosłownie Bóg jest łaskawy.

Niektórzy mówią, że okazywanie emocji jest niewłaściwe, oznacza słabość, nieprzygotowanie. Że zadając pytanie, powinno się mieć przewidziane, jakie mogą paść odpowiedzi, jak w szachach. Być może. Zdziwienie nie jest jednak złe. Warto umieć się zadziwić - bo bardzo często i to niekoniecznie w sprawach wielkich, Bóg nas czymś zdziwił i zdziwi nie raz. Narodzenie Jego Syna w szopie w Betlejem, pomiędzy zwierzętami, w warunkach nawet jak na tamte czasy bardziej niż nędznych - nie budzi zdziwienia? A to dopiero początek.

Lepiej jest zdziwić, gdy zdziwienie człowieka bierze, niż na siłę starać się samemu sobie i innym udowodnić, że wszystko da się jakoś wyjaśnić. Bóg działa cuda i negowanie tego nic nie zmieni., także tych cudów. Zdziwienie nic nie kosztuje. No, może tylko autentyczność.