Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiana. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 maja 2015

Przebudzenie Jareckiego

Tygodnik Powszechny po raz kolejny się spisał - publikując coś, czego próżno (a szkoda) szukać na łamach choćby i Gościa Niedzielnego. Bp Piotr Jarecki zasłynął w sensie negatywnym ok. 2 lat temu, kiedy pod wpływem alkoholu w biały dzień wjechał samochodem w latarnię. Teraz, na progu powrotu do czynnej posługi, rozmowę na temat tego trudnego czasu przeprowadził z biskupem x Adam Boniecki MIC. 

Zawieszony w obowiązkach sufragana warszawskiego, trafił na leczenie, a następnie na własne życzenie spędził czas w klasztorze trapistów. Nie jako ekscelencja, ale jako członek wspólnoty - robił, to co oni, żył jak oni, pracował bez żadnej taryfy ulgowej. 

Padają w tym wywiadzie mocne słowa - że był zbyt apodyktyczny, że na wszystko patrzył przez pryzmat doktryny (co z biegiem czasu było uderzające w kontekście zupełnie innych realiów pracy w parafii), Przyznał, że w tak dramatyczny sposób Bóg zmusił go do rewizji dotychczasowego życia, w tym do zmierzenia się z problemem alkoholu (sporo mówi też o tym, co picie robi z człowiekiem, jak izoluje, powoduje problemy), na zasadzie jakby terapii wstrząsowej. Zachwycał się wiedzą, teorią - nie widząc, że sam rozmija się z jej stosowaniem w praktyce (na końcu rozmowy powie wręcz, że wiedza jest zimna i niebezpieczna). Nie godził się na słabość ludzką. Bardzo mocno zaakcentował, że dramat wielu ludzi to rozbieżność w sprawach najważniejszych pomiędzy przekonaniami (teorią, słowami) a działaniem jako sposobem życia. 

Szczególnie przejmująco, przynajmniej dla mnie, zabrzmiały słowa odnośnie problemów życia biskupów, traktowanych jako ideały, którzy nie robią nic, aby wiernych od tego (błędnego) przekonania odwieźć. Funkcjonuje nawet pojęcie "zbiskupieć" jako określenie zjawiska, kiedy, hmm, sakra biskupia negatywnie wpływa na zdolność postrzegania przez biskupa i zaślepia (delikatnie mówiąc). Funkcjonuje cały barokowy rytuał wizyt biskupich, celebry, proszenie, ochy i achy, dziękowanie "za to, że Jego Ekscelencja zechciał łaskawie zaszczycić..." jakby nie to właśnie było celem posługi biskupa. Z konkluzją - wiedzą o tym i bardziej świadomi świeccy, i sami biskupi, i większość z obydwu stron i tak akceptuje to, co jest, podśmiewając się tylko. Biskup, jak to powiedział x Jarecki, musi znać realia życia, zdawać sobie sprawę z wartości pieniądza nie tylko w zakresie rzędu wielkości kosztów budowy czy remontu kościoła, ale średniej pensji ludzi - polecając, że powinien choćby zakupy zrobić czasami sam, nie był wyalienowany. Znaleźć formę tego, aby być jakoś blisko ludzi. Wykonywać normalne czynności - ugotować, posprzątać, ogarnąć się. I żeby w tym wszystkim potrafił z nową siłą głosić Ewangelię, nie jako abstrakcyjną prawie prehistoryczną opowiastkę, ale coś, co do ludzi trafi i zainteresuje, przyciągnie uwagę. Co ciekawe, postanowił również zaniechać odprawiania Mszy w prywatnej kaplicy, a znaleźć wspólnotę i jej posługiwać, a także w jakiejś innej formie służyć ludziom. 

W Wielki Czwartek kard. Kazimierz Nycz ogłosił decyzję Stolicy Apostolskiej: bp Piotr Jarecki podejmie na nowo obowiązki biskupa pomocniczego archidiecezji warszawskiej w zakresie posługi duszpasterskiej. 

To bardzo dobrze. Myślę, że to na swój sposób nowy człowiek - i ludzi może nie z dokładnie takimi doświadczeniami, ale z takim podejściem Kościół bardzo dzisiaj potrzebuje. A właściwie, doświadczenie grzechu wręcz może pomóc w lepszym zrozumieniu ludzi, którzy do takich pasterzy przyjdą. 

środa, 6 listopada 2013

Zdeterminowany Zacheusz

Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: Do grzesznika poszedł w gościnę. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło. (Łk 19,1-10)
Najpierw kontekst historyczny - celników nie znoszono, bo stanowili uosobienie znienawidzonej rzymskiej władzy okupacyjnej. Rzym nie zajął Jerozolimy hobbystycznie, odnosił z tego tytułu konkretne korzyści - nakładając na mieszkańców podbitych terenów podatki i obowiązki płacenia na jego rzecz danin. 

Pytanie podstawowe - czemu Jezus wybrał i wypatrzył właśnie Zacheusza? Jest takie przysłowie - w relacji Bóg-człowiek to Bóg zrobi 99 kroków do człowieka, ale pod warunkiem że człowiek uczyni ten jeden, symboliczny, pierwszy krok. Wykaże inicjatywę, pokaże że mu zależy. To właśnie zrobił Zacheusz. O ile samo to, że wlazł na drzewo nie musiało być tak dziwne, jeśli wierzyć tłumom jakie miały podążać za Jezusem - o tyle musiało wzbudzić zdziwienie to, kto na drzewo wszedł, urzędnik rzymski. Jezus zaś, poza tym co tak ludzkie i widoczne, widział serce i myśli, pragnienia Zacheusza. 

Bóg odpowiada na nasze potrzeby, o ile tylko są prawdziwe i dotyczą kwestii naprawdę (a nie tylko w moim własnym mniemaniu) ważnych. Oczywiście, jeśli także zadamy sobie trochę trudu i spróbujemy Go posłuchać. Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Na pewno Zacheusz był wniebowzięty tym wyróżnieniem - co nie przeszkodziło temu, że ludzie, jak to ludzie, szemrali (podobnie jak przy sytuacji z jawnogrzesznicą, uzdrowieniem w szabat). Tak, jak dzisiaj ludziom nie podoba się, że papież Franciszek nie jeździ limuzyną a fordem focusem, nie nosi czerwonych butów i złotych ozdóbek biskupich, mówi wprost o potrzebie wychodzenia do ludzi, troski o ubogich, aktywnego duszpasterstwa a nie byle jakiego odfajkowywania na zasadzie konfesjonał - msza - biuro parafialne i święty spokój. 

A Zacheusz potrafił docenić to, że Bóg go zauważył, że nie przejął się jego robotą i rolą w społeczeństwie. Był wdzięczny i wyciągnął wnioski. Podjął też bardzo radykalny krok - bo jak inaczej nazwać to, że zamiast po prostu wyrównać spowodowaną szkodę, decyduje się na poczwórne odszkodowanie? Do tego niezwykle miłosierne posunięcie - połowa majątku dla ubogich. Ilu z nas tak naprawdę - nie dla uspokojenia sumienia, ze zbytku - w ogóle wspiera cokolwiek związanego z pomocą ubogim, choćby okazjonalnie, nie mówiąc o systematycznym działaniu? Zacheusz bardzo wiele tego dnia otrzymał - rozumiał, że to zobowiązuje i potrafił, chciał dać także wiele od siebie. 

Bóg nie przychodzi do tych idealnych, wymuskanych, pełnych samozadowolenia i wysokiego mniemania o swojej doskonałości, pobożności. Tacy ludzie Go po prostu nie zauważają, zbyt zapatrzeni w siebie. Bóg zauważa i wypatruje w tłumie takich Zacheuszów - nieszczęśliwych, czasami o mocno pokręconych życiorysach, niewdzięcznych profesjach, mających wiele za uszami - którzy dojrzeli, dorośli do tego, aby zapragnąć zmian, i są gotowi do ich podjęcia. Nie dla pozoru, radykalnie. Zdeterminowanych. 

sobota, 13 lipca 2013

Przykazanie wersja XYZ+1

Przede wszystkim problem jest nieco nadmuchany - o tyle, że Watykan jeszcze zmiany nie zaakceptował ("Nowe sformułowanie przykazań kościelnych wymaga jeszcze zatwierdzenia przez Stolicę Apostolską"), co jednak zapewne jest zaledwie formalnością.

Rozchodzi się o zmianę obowiązujących w Polsce przykazań kościelnych, a dokładnie czwarte z nich - przytoczę, aby nie było wątpliwości (nie kryję się, sam mam z tym problem, trzydziestki nie mam, a jest to już któraś wersja znana mi, dość inna od uczonej w podstawówce): 
  1. W niedziele i święta nakazane uczestniczyć we Mszy Świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych.
  2. Przynajmniej raz w roku przystąpić do Sakramentu Pokuty.
  3. Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię Świętą.
  4. Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w okresach pokuty w okresie Wielkiego Postu powstrzymywać się od udziału w zabawach.
  5. Troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła.
Zmiana dość widoczna, pokreśliłem (skreślone - tak jest dzisiaj; nadpisane - tak miało by być po zmianie). Dla mnie ta cała sytuacja jest o tyle dziwna, że formalnie rzecz biorąc zmienia wiele - bowiem wprost ogranicza zakaz zabaw (już nie "hucznych") do nie tyle "okresów pokuty", co interpretuje się jako Adwent i Wielki Post razem - a literalnie do Wielkiego Postu. Za to Episkopat Polski i sporo ludzi o odpowiedniej wiedzy i pozycji (zaczynając od sekretarza generalnego KEP bp. Wojciecha Polaka, którzy przedstawił informację) od razu zaczyna tłumaczyć sytuację w tonie "ale właściwie to się nic nie zmieniło". No to w końcu - jak?

Zmiany są możliwe i dopuszczalne - to nie przykazania Boże, które jak Bóg podał Abrahamowi, tak jest ich 10 i będą takie same (wbrew różnym teoriom spiskowym). Tutaj brzmienie może być różne, w zależności od miejsca świata, uwarunkowań kulturalnych. Sami widzimy - tak jak prawo cywilne, w tym zakresie w Polsce zmian jest bardzo dużo (ewolucję widać czytelnie na zmianach nanoszonych w wersji KKK na Opoce). Zapis 2041 tegoż Katechizmu mówi, że "Przykazania kościelne odnoszą się do życia moralnego, które jest związane z życiem liturgicznym i czerpie z niego moc. Obowiązujący charakter tych praw pozytywnych ogłoszonych przez władzę pasterską ma na celu zagwarantowanie wiernym niezbędnego minimum ducha modlitwy i wysiłku moralnego we wzrastaniu miłości Boga i bliźniego:" Czyli takie wskazówki, zestaw podstawowych spraw, które porządny katolik powinien ogarniać. Ustanowione (w przeciwieństwie do przykazań Bożych) przez ludzi, pierwszy raz bodajże w XIII w., w liczbie pięciu chyba od czasów soboru trydenckiego (XVI w.). 

Większość mniej więcej równolatków zna pewnie wersję w brzmieniu ustalony przez polski Episkopat w 1948 r. (wtedy obecne IV przykazanie było jeszcze jako V w brzmieniu "W czasach zakazanych zabaw hucznych nie urządzać"), potem była zmiana w 1994 r., corrigenda z 1998 r. Nie da się ukryć - sporo wersji, książeczki do nabożeństwa w domach często dość stare, więc było pewne zamieszanie - które tenże Episkopat w 2001 r.wyprostowywał, publikując wprost obowiązującą wersję. Z kolei w 2003 r. powstał list biskupów wyjaśniający, o co chodzi. 

Wracając do tematu - na czym polega zmiana? Ano na tym, że teoretycznie zakaz zabaw obejmuje tylko Wielki Post. Czyli bez piątków w ciągu roku - od których wyłączone były te przypadające w dni świąteczne. Zmiana przykazania nie wpływa na zmianę tego, że piątek pozostaje dniem pokutnym - czyli obowiązuje wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych (przyznaję się, ja mam z tym problem - nie celowo, po prostu bezwolnie, w ogóle o tym zapominam). Ktoś może to nazywać drobiazgowością, skoro ludzie (bo nie Bóg to wymyślił) sami sobie ustanawiają przykazania w zakresie spraw, które powinny być oczywiste - bo oczywiste były dla pierwszych z nas, którzy rozchodzili się na świat z Jerozolimy przeszło 2000 lat temu. Im nikt nie musiał pisać przykazań, żeby brali udział w niedzielę w Eucharystii, a kiedy indziej pilnowali postu czy regularnie spowiadali się. Idziemy coraz bardziej na łatwiznę i te przykazania to wyraz (często nie rozumianej) mądrości Kościoła, który licząc na posłuszeństwo w duchu wiary - bo co może zrobić, jak zagrozić? - wskazuje: tędy, kieruj się tym, postaraj się, daj coś z siebie. Nie sztuka dla sztuki, post dla postu czy schudnięcia i fajnej na lato sylwetki - ale w jakiejś intencji, w jakimś szlachetnym celu, dla czegoś wyższego. Bo i pościć i unikać zabaw można zupełnie bezmyślnie - aczkolwiek literalnie, zgodnie z przykazaniami - i nic to nie da. 

Dobre jest to, że Kościół jednoznacznie wskazuje, że mylne było by za okres pokutny traktowanie Adwentu - z czym w mentalności ludzi do dzisiaj spotykam się nagminnie. W tym sensie sprecyzowanie przykazania co do Wielkiego Postu wprost jest potrzebne. Wyjaśnienie biskupów z 2003 r. w ramach wspomnianego listu mówiło, iż "Powstrzymywanie się od zabaw obowiązuje we wszystkie piątki i w czasie wielkiego postu. Przypominamy w ten sposób wszystkim uczestnikom zabaw oraz tym, którzy je organizują, by uszanowali dni pokuty, a zwłaszcza czas Wielkiego Postu". 

Co powodowało biskupami do tegorocznej zmiany? Bp Marek Mendyk, przewodniczący Komisji Episkopatu ds. Wychowania Katolickiego, tłumaczył, że chodzi o >"wyjście naprzeciw sytuacji praktycznej". Rozmaite imprezy rodzinne czy szkolne często i tak są przenoszone na piątek. Biskupi nie chcą więc walczyć z wiatrakami. - Wchodząc naprzeciw sytuacji praktycznej, biskupi polscy zawężają czas zakazany, w którym nie należy organizować i uczestniczyć w zabawach, do Wielkiego Postu, co nie znaczy, aby nie powstrzymać się od nich w pozostałe piątki roku<.

Ja nie mogę się oprzeć poczuciu, że biskupi poszli w pewnym sensie na łatwiznę. Zgadza się, coraz więcej obchodów i uroczystości - szkoła, praca, rodzina - odbywać się zaczyna w piątki, także np. śluby. Ludziom zależało czasami na dyspensie - więc księża ją dawali, i sprawa z założenia jako wyjątek coraz bardziej szła w kierunku reguły. Argumentacja przedstawiona powyżej mnie nie przekonuje - skoro nadal wymagana jest wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych (plus inne czyny pokutne: modlitwa, jałmużna, umartwienie, post), czyli wyrzeczenie bardziej może wewnętrzne i niewidoczne, czemu odpuszczono na polu bardziej widocznym?  Przede wszystkim - tak zupełnie praktycznie - o ile ktoś chce zorganizować imprezę, to i tak musi o dyspensę się starać - tyle że nie na imprezę samą w sobie, co na spożywanie w jej ramach mięsa. 

Mnie się wydaje, że to krok w złym kierunku, pójście właśnie na łatwiznę. Co więcej - potwierdzają to głosy wielu internautów. Kościół - nasz, katolicki - tym się odróżnia i za to jest często ceniony, że wiele kwestii jest takich samych i pewnych sfer się nie dotyka. Oczywiście, jak mówiłem, to zagadnienie jest jak najbardziej możliwe do zmiany - ale czy to oznacza, że należało zmiany dokonać, i świadczy o właściwości zmiany dokonanej? Mam wątpliwości. Wielu ludzi tego nie respektowało zakazu zabaw piątkowych - ich wybór, czy to znaczy, że należy z tego powodu zmienić zasadę dla wszystkich. W Ewangelii jest taki fragment o owcach, jak to Pasterz zostawiał 99 i szukał 1, która się pogubiła - a tu mam wrażenie, że tych 99 powinno się dostosować do tej 1 pogubionej, a de facto to właśnie w ramach przykazania zafundował nam Episkopat. 

Przecież tak naprawdę piątek - czy się go nazwie dniem pokutnym, czy nie - od zarania chrześcijaństwa był dniem szczególnej refleksji, i dopiero z tego wypływały dalsze praktyki: wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych czy zabaw. I pozostanie takim, ale opuszczono poprzeczkę w dół - po co? Mało osób robi to samemu? 

Warto też zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. Jaki dzisiaj powinien być post? Czy dla wegetarianina czy człowieka na diecie post będzie w ogóle jakimś wyrzeczeniem? No nie. Post - poza tym, co nakazuje Kościół wprost, powinien być świadomym wyborem w sercu każdego człowieka - rezygnacji dobrowolnej z czegoś, co mam pod ręką, co lubię i zajmuje czas, bardzo często odwodząc od Boga. Sam z siebie to zostawiam w jakiejś pobożnej intencji czy sprawie. O to chodzi - jeden wyłącza komórkę, inny nie siada do komputera, jeszcze inny nie opycha się słodyczami, a ktoś inni robi jeszcze coś innego, np. zamiast kolejnej pary butów czy jakiegoś ciucha przeznaczy te pieniądze na zbożny cel czy po prostu wesprze bezdomnego. 

niedziela, 17 lutego 2013

Pustynna pokusa

Jezus pełen Ducha Świętego, powrócił znad Jordanu i czterdzieści dni przebywał w Duchu na pustyni, gdzie był kuszony przez diabła. Nic w owe dni nie jadł, a po ich upływie odczuł głód. Rzekł Mu wtedy diabeł: Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz temu kamieniowi, żeby się stał chlebem. Odpowiedział mu Jezus: Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek. Wówczas wyprowadził Go w górę, pokazał Mu w jednej chwili wszystkie królestwa świata i rzekł diabeł do Niego: Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je odstąpić, komu chcę. Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie Twoje. Lecz Jezus mu odrzekł: Napisane jest: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz. Zaprowadził Go też do Jerozolimy, postawił na narożniku świątyni i rzekł do Niego: Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się stąd w dół! Jest bowiem napisane: Aniołom swoim rozkaże o Tobie, żeby Cię strzegli, i na rękach nosić Cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień. Lecz Jezus mu odparł: Powiedziano: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego. Gdy diabeł dokończył całego kuszenia, odstąpił od Niego aż do czasu. (Łk 4,1-13)
Stało się - kolejny Wielki Post naszego życia. Popielec przeleciał - pewnie nie każdy nawet "znalazł czas", żeby zajrzeć do kościoła. Ja za to po raz kolejny przekonałem się u siebie, że niestety słusznym jest przesuwanie sypania popiołem z momentu tuż po jego poświęceniu (przed modlitwą powszechną) na zakończenie Eucharystii; dlaczego? bo jak u nas posypali ludziom głowy w trakcie Mszy - to na modlitwie powszechnej w kościele zostało już połowę tego, co było na początku - reszta prosto od posypania wyszła.  

Mam wrażenie, że my postu dzisiaj w ogóle nie rozumiemy - na pewno młodzi. Gdzieś tam coś dzwoni - post, modlitwa i jałmużna - w zakamarkach skrzętnie pochowanej (przed sobą samym) wiedzy z katechezy. Niewątpliwie naleciałość żydowska - tylko że bardzo słuszna i potrzebna. Modlitwa jako postawa wobec Boga, w tym prośba o właściwą (jałmużna) postawę wobec ludzi i o nabieranie sił duchowych w ramach postu właśnie. Zapominamy o tym - te trzy pojęcia brzmią jak zupełnie abstrakcyjne hasła z zakurzonej książeczki do nabożeństwa. 

Ten dzisiejszy obrazek ewangeliczny strasznie mocno pokazuje, że Zły nie musi od razu namawiać do czegoś z gruntu złego. On po prostu kusi, podsuwa propozycje z pozoru neutralne, o ile nie nawet bardzo korzystne. Zamień kamień w chleb - przecież jesteś głodny, a możesz. Oddaj mi pokłon - co się przejmujesz, zobacz, ile zyskasz. Skocz z narożnika - aniołowie cię ochronią, niczym nie ryzykujesz. Czy Jezus, czyniąc zadość namowom Złego, uczynił by coś złego sam? Wydaje mi się, że nie. Poza tym, że łaska Boża i Jego moc, którymi dysponował, nie służyła by dobru, a użyciu ich dla samego użycia. Zły proponuje Jezusowi wszystkie królestwa świata - nęcące? Nawet bardziej. Już nawet ta propozycja dotycząca chleba - nawet Syn Boży musiał być głodny po 40 dniach. 

Bóg nie stawia przed nami zadań niewykonalnych. Kto kiedyś miał okazję być na pustyni, niekoniecznie nawet w Ziemi Świętej, ten wie, że może być kusząca oderwaniem od tego, co światowe, codzienne, męczące. Cały dowcip polega na tym, aby tę pustynię - na dobry początek w Wielkim Poście - odnaleźć i umiejscowić w sobie. Być tu, gdzie jestem i robić to, co robię - mało kto może sobie pozwolić na zamknięcie się np. w klasztorze czy na rekolekcjach - i w pustyni własnego serca przeżywać post. Także cieleśnie - bo czy jest wyczynem np. w piątek wytrzymać o chlebie i wodzie? Da się - wydawało się trudne, a nie miałem problemu. Nie dość, że zdrowe, to jeszcze człowiek się lepiej czuje - ale nie to jest najważniejsze, ale intencja. Nie bez powodu egzorcyści, za Jezusem powtarzają, że pewne rodzaje pomiotów Złego tylko postem można wygonić (czego także apostołowie nie rozumieli). 

Warto wybrać się na taką pustynię swojego życia - nawet fizycznie się z niego nigdzie nie ruszając. Strzepnąć z siebie ten brud, osad, wszystko co oddziela od prawdziwych relacji z Bogiem i z drugim człowiekiem, nie pozwala być autentycznym. Postarać się też o taki prawdziwy post - niekoniecznie związany z jedzeniem (chyba, że ktoś ma z tym problem - ja mam...), ale na przykład z używkami, telewizją, czasem przepuszczanym w internecie czy przed grami. Niby niewiele - ale zauważysz różnicę, kto wie,. może Ci się spodoba - nie dla samego robienia, ale dla odmienienia siebie, a przy tym porządkowania tego, co między tobą a Bogiem. Co najlepsze, to wtedy, kiedy się uda - myślisz, schudłem, nie palę, odstawiłem alkohol - pojawią się te same pokusy, jakie dzisiaj widać u Jezusa. Zły znajdzie sposób, żeby coś podsunąć - a twoją rolą będzie umiejętne wysłanie go na przysłowiowe drzewo. To dopiero będzie sprawdzian, czy ta pustynia się na coś przydała, i na ile. Dopiero wtedy się okaże, czy te postanowienia, plany i wyrzeczenia były coś warte. Jakiś czas temu podśmiewałem się w duchu ze skrzyneczek papierowych Caritasu, do których dzieci zbierały pieniądze na jakiś zbożny cel przez okres postu - kto wie? Nie musi być skrzyneczka, rozejrzyj się, sam wymyśl zbożny cel - i odłóż, ale nie z tego, co zbywa, a rezygnując z czegoś dla siebie, oddając to komuś. I nie po to, żeby od wielkanocnego Alleluja dalej robić swoje, jak dawniej - tylko żeby w tym poście, modlitwie i jałmużnie się rozsmakować, na dłużej, optymalnie na stałe. 

Ta sytuacja Jezusa kuszonego na pustyni to nie był teatrzyk na potrzeby Ewangelii, odpowiednio ubarwiony i podkolorowany. To jest opis tego, jak Bóg - będąc równocześnie i nie mniej człowiekiem - doświadczał ludzkiej słabości. Tak, jak ty czy ja. Po swojemu, na swój sposób, kiedy Zły walił w Niego w to, co najbardziej było wątłe - zaczął od jedzenia, skoro Jezus był głodny. Mimo, że - jak powiedziałem - teoretycznie Zły nic złego Mu nie proponował. 

O ile Wielki Post to czas zdecydowanie mniej radosny od Adwentu, to chyba jednak lepszy na takie gruntowe odgruzowywanie siebie, porządki, spróbowania bycia nie tyle lepszym (we własnym mniemaniu), co innym, bardziej dla innych, bardziej z Bogiem po drodze, umiejącym łączyć życie z Nim i życie między innymi. Potraktuj to jako zadanie - ale bardziej długoterminowe niż te matematyczne 40 dni. 

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Wiejska światłość i dobre rozeznanie

>Wyspy, posłuchajcie Mnie! Ludy najdalsze, uważajcie! Powołał Mnie Pan już z łona mej matki, od jej wnętrzności wspomniał moje imię. Ostrym mieczem uczynił me usta, w cieniu swej ręki Mnie ukrył. Uczynił ze mnie strzałę zaostrzoną, utaił mnie w swoim kołczanie. I rzekł mi: Tyś Sługą moim, Izraelu, w tobie się rozsławię. Ja zaś mówiłem: Próżno się trudziłem, na darmo i na nic zużyłem me siły. Lecz moje prawo jest u Pana i moja nagroda u Boga mego. Wsławiłem się w oczach Pana, Bóg mój stał się moją siłą. A teraz przemówił Pan, który mnie ukształtował od urodzenia na swego Sługę, bym nawrócił do Niego Jakuba i zgromadził Mu Izraela. A mówił: To zbyt mało, iż jesteś Mi Sługą dla podźwignięcia pokoleń Jakuba i sprowadzenia ocalałych z Izraela! Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi.  (Iz 49,1-6)


Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: Nie, lecz ma otrzymać imię Jan. Odrzekli jej: Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: Jan będzie mu na imię. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: Kimże będzie to dziecię? Bo istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem, a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem. (Łk 1,57-66.80)
Zamiast 12. niedzieli zwykłej, słuchaliśmy wczoraj tekstów z uroczystości narodzenia św. Jana Chrzciciela (jeśli ktoś ma wątpliwości co do znaczenia takiego wyróżnienia Jana - wystarczy przypomnieć, że w liturgii Kościoła wspominamy tylko 3 narodzenia: narodzenie Pana, narodzenie Matki Bożej - i Jana właśnie). 

Dla mnie ta Msza była szczególna w taki sposób, w jaki szczególną była dotąd każda, kiedy człowiek ma świadomość, że ostatni raz - przed przeprowadzką na nową placówkę - odprawia ją ksiądz, do którego człowiek się przywiązał. Z tym, o którym piszę, nie znaliśmy się bezpośrednio. Pracował u nas, w sumie, tylko rok. Mimo wszystko, dla mnie był tym, którego słuchałem najchętniej. Czy to z ambony - w ramach niedzielnych homilii, czy tych głoszonych w ramach kilkuzdaniowych rozważań w tygodniu. Czy to w konfesjonale, do którego - gdy spowiadał więcej niż 1 kapłan - zawsze stało najwięcej chętnych. Czym się wyróżniał? Wiekiem - w sumie, też niezręczna sytuacja, gdy wikariusz jest kilka lat starszy (wiekiem i kapłaństwem) od proboszcza - na pewno. Ale głównie tym, że mówił prosto, do serca, w sposób zrozumiały dla ludzi, bez jakiś górnolotnych frazesów i wyświechtanych sformułowań, które ułożone w dowolnej konfiguracji stanowią wielokrotnie złożone zdanie, pasujące na każdą okazję - czyli o niczym, nijak. Tak, zdecydowanie wolę coś takiego od najpiękniej napisanego i przeczytanego tekstu z kartki. 

Co mnie ucieszyło - ów ksiądz do nowego wyzwania podchodzi z radością, z zapałem i optymizmem. Co nie  jest tak oczywiste biorąc pod uwagę, dokąd idzie - przysłowiowy koniec świata, wieś na opłotkach diecezji, popegeerowska okolica, biedna dość, 2 kościoły zabytkowe wymagające sporych nakładów, a przy tym dziedziczony po poprzedniku dług na spłatę prac już wykonanych. Pewnie nie jest on "światłością dla pogan", o której - w kontekście Jezusa, na 600 lat przed Jego narodzeniem - prorokował w I czytaniu Izajasz, jednak wydaje się, iż jego zadaniem w najbliższym czasie będzie właśnie takie świecenie, oświetlanie i rozpromienianie tamtych ludzi, z ich sprawami, problemami, radościami i smutkami, właśnie tam dokąd Bóg wolą biskupa go kieruje, właśnie między nimi i z nimi, właśnie w zakresie tego, z czym oni w swojej rzeczywistości kroczenia drogami życia będą się mierzyć.

Tego mu życzę. Żeby jego kapłaństwo pięknie się realizowało w tej zupełnie dla niego nowej rzeczywistości, żeby umiał do tych ludzi dotrzeć, żeby umiał zaradzić ich potrzebom i owocnie prowadzić ich do Boga, a Boga im przybliżać. 

A wracając do tekstów - to słowa o powołaniu. Powołaniu, które niestety dość często - patrząc po ludziach - mylnie rozpoznajemy. Bo trzeba odróżnić dwie sprawy - znalezienie/rozpoznanie powołania, a dokonanie wyboru. Dwa kroki, jeden prowadzący do drugiego - tylko że pomylić można przy każdym z nich. Izajasz mówi jakby o walce, jaką człowiek toczy - nie z Bogiem, ale z samym sobą - dopóki właściwie nie odkryje swojego powołania. Co - w wypadku błędnej decyzji - może oznaczać brak szczęścia, spełnienia przez całe życie. Niestety. Nie potrafimy słuchać Boga, nie potrafimy się w Niego zasłuchać, przez co podejmujemy decyzje, przekonani że jest zgodna z Jego wolą, podczas gdy kierujemy się tak naprawdę tylko swoim chceniem, swoim ego i swoim widzimisię. Nic dziwnego, że takie drogowskazy często prowadzą w złą stronę. Gdy trafiamy w niewłaściwe miejsce - w szkole, na studiach, w pracy - staramy się ten stan rzeczy zmienić, zmieniając klasę, uczelnię, kierunek studiów, czy szukając innego zatrudnienia. A gdy człowiek zabłądzi przy tej najważniejszej życiowej decyzji - małżeństwo, kapłaństwo czy życie zakonne?

Rodzina i krewni Zachariasza i Elżbiety od narodzin Jana zastanawiali się "kimże będzie to dziecię?". To postawa jak najbardziej słuszna, i szkoda, że dzisiaj wydawać się może, że ludzie - owszem, też tak podchodzą - ale jedynie do kwestii wykształcenia (żeby szkoła była prestiżowa, najlepiej przedszkole prywatne, no i matura na maxa, żeby się na najlepszy kierunek dziecko dostało) i pozycji zawodowej oraz materialnej. Trzeba zakładać, że kieruje nimi autentyczna troska o człowieka, o jego dobro, o wykorzystanie umiejętności i możliwości. Należy jednak brać też pod uwagę, jaki ten człowiek jest - czym się interesuje, co go pociąga, do czego ma uzdolnienia czy predyspozycje. Nie raz i nie dwa razy zdarza się, że dziecko jest unieszczęśliwiane przez rodziców, którzy wyżywają się na nim, każąc realizować ich własne, niespełnione kiedyś, aspiracje.  

Wsłuchujmy się w głos Boga. Czasami lepiej przeczekać, żeby wszystko potrwało dłużej, ale być pewnym podejmowanej decyzji, wykonywanego kroku. Nic dziwnego, że dzisiaj coraz więcej zgromadzeń i wspólnot zakonnych tworzy dodatkowy etap na drodze zakonnej - jeszcze przed nowicjatem - gdzie kandydat żyje razem ze wspólnotą, ale nie jako jej członek, i ma np. rok czasu na przyglądanie się jej, na rozeznanie. Bo o nie właśnie - o to dobre rozeznanie - chodzi. Gdy serce się ku czemuś rwie - wsłuchaj się z Boży głos w środku. Nogi gdzieś niosą - ale czy to jest dobre? Teraz człowiek już gdzieś leci - ale jak będzie to wyglądało w perspektywie np. 5 czy 10 lat? W interesie własnym i tych wszystkich, których swoją pochopną decyzją możesz skrzywdzić, albo krzywdzić w przyszłości. Masz jedno życie, i pewne decyzje można podjąć tylko raz. 

To nie są pesymistyczne słowa - tylko prawdziwe. To słowa przestrogi dla wszystkich, którzy są o krok od podjęcia pochopnej decyzji. Przemyśl ją, a najlepiej przemódl. Może warto wyjechać na chwilę, pobyć gdzie indziej, aby się zastanowić? A pamięci modlitewnej polecam dzisiaj wszystkich, którzy w tym czasie podejmują pierwsze dorosłe wybory, maturzystów. Niech Boże światło wskaże im tę właściwą drogę - nie najłatwiejszą, najprzyjemniejszą czy najprostszą - ale tę jedyną, bo ich własną.        

poniedziałek, 31 października 2011

Radosne świętowanie

(refleksja nagrana na komórce, gdy wychodziłem kilka dni temu z cmentarza)
Najlepszym punktem wyjścia, początkiem świętowania dnia jutrzejszego - uroczystości Wszystkich Świętych - jest uświadomienie sobie, kogo świętujemy, kogo wspominamy. 

Nie zmarłych. Żadne święto zmarłych! 1 listopada wspomina się i świętuje (masło maślane) wszystkich świętych. Czyli tych, którzy we współpracy z Bogiem przeżyli swoje życie. Tych, których życie po ludzku się skończyło, a jednak, które ma swój ciąg dalszy. Swoją lepszą część, która trwa nadal. I nigdy się nie skończy. Jak takie punkty na osi czasu, dążącej ku nieskończoności. Mają swój punkt powstania, moment narodzin, ale się nie kończą. 

Życie trwa dalej. Zmienia się, ale się nie kończy, jak mówi jedna z prefacji na msze za zmarłych. Nie wiemy, jak to jest, nie wiemy, jak to wygląda. I pewnie się dowiemy. Kościół pozostawia to jako tajemnicę. Tajemnicę świętych obcowania. Świętych, którzy duchowo są tutaj z nami, ale tak naprawdę są już tam, z Bogiem. Zakorzenieni w Bogu w taki sposób, że nic nie jest już w stanie ich od Niego rozdzielić. Nie tak jak my, którzy mamy swoje problemy, grzechy, brudy, upadki - ale w Bogu tak naprawdę, na maxa, do końca. 

I choć ten dzień dla wielu, siłą rzeczy, jest trudny, bo wspominamy - niektórzy pradziadków, niektórzy dziadków, ale wielu z nas też rodziców, rodzeństwo, ciotki, wujów, niektórzy przeżywają dramat tego, że kiedyś pochowali i w tych dniach stają nad grobem czy to współmałżonka, czy nawet dziecka. Ale to jest piękny czas. Bo głęboko wierzymy, że nie tyle pamiętamy o nich jako tych, którzy wiernie żyli i zmarli - ale jako tych cichych i często anonimowych świętych z naszych podwórek, z naszych rodzin i środowisk. Anonimowych świętych, ale przez to w żaden sposób mniej świętych. Świętych - więc dlatego wspominamy ich już jutro. Sam nie wiem, dlaczego, ale ja zawsze, kiedy wchodzę na cmentarz, nie czuję strachu, tylko ogarnia mnie taki niesamowity spokój. Spokój, jakby ci wszyscy, których doczesne szczątki kiedyś zostały tam złożone, byli takim niemym, ale bardzo mocnym potwierdzeniem. To wszystko ma sens. To wszystko, w co wierzysz, to prawda, a my jesteśmy tego najlepszym dowodem.

Bywa, że łza się w oku zakręci, za tą czy tamtą osobą, na wspomnienie wspólnych chwil, ale to przecież normalne. Tym większe przed nami zadanie. Uwierzyć w to obcowanie świętych. Uwierzyć i świętować to, tak naprawdę. Niech tern jutrzejszy dzień, ani Dzień Zaduszny, nie będą smutnym rozpamiętywaniem tych, którzy kiedyś byli, a teraz już odeszli - ale radosnym wspomnieniem tego, co było w nich dobre, radosne i piękne, za co ich kochaliśmy, za co nam ich tak bardzo brakuje. I też takim radosnym oczekiwaniem. Na spotkanie w wieczności. My ze sobą, my między sobą, my z nimi - ale przede wszystkim: my z Bogiem. Wtedy już święci tak, jak On tego pragnie.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Metanoia - tracenie głowy dla Boga

W owym czasie wystąpił Jan Chrzciciel i głosił na Pustyni Judzkiej te słowa: Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie . Do niego to odnosi się słowo proroka Izajasza, gdy mówi: Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, Dla Niego prostujcie ścieżki. Sam zaś Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a jego pokarmem była szarańcza i miód leśny. Wówczas ciągnęły do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nad Jordanem. Przyjmowano od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając przy tym swe grzechy. A gdy widział, że przychodzi do chrztu wielu spośród faryzeuszów i saduceuszów, mówił im: Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem? Wydajcie więc godny owoc nawrócenia, a nie myślcie, że możecie sobie mówić: Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi. Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym. (Mt 3,1-12)
Co słyszę, kiedy czytają w kościele te słowa? Co one we mnie powodują? Wariant najbardziej pożądany - spokojną radość człowieka, który wie o tym, co w bliżej nieokreślonej przyszłości ma nastąpić, i jest na to przygotowany, bo żyje tak, jak powinien. Wariant o wiele bardziej prawdopodobny - co najmniej lekkie zaniepokojenie, a może i paniczny strach? Oby to, co w nas wzbiera w tym momencie, było szczere. Bo to jest pewna miara nas samych: czy chociaż przed samym sobą potrafię być szczery? Czy nawet w ciszy swojego sumienia - już nawet nie przed innymi - staram się zagłuszyć to wszystko, na co Jan Chrzciciel stara się w tym i nie tylko tym tekście zwrócić uwagę.

To nie jest tak - Bóg każe się zmienić, bo tacy mamy być, i tyle. Nawrócenie nie jest robieniem czegoś tylko dlatego, że Bóg tak chce, Bóg tak każe. Prawda jest taka, że Bóg nie może nam nic kazać. Takich nas stworzył, wyposażył w wolną wolę - i proponuje, pokazuje, wyjaśnia. Do nas należy decyzja, co z tym zrobimy - i to, co robimy, taką właśnie naszą decyzją jest. Jaka by ta decyzja nie była. Bóg nam nie rozkazuje - ale przez kolejne osoby, czy to na kartach Pisma Świętego, czy w naszej nawet współczesności (Jan Paweł II, o. Pio, m. Teresa z Kalkuty, s. Małgorzata Chmielewska, Mali Bracia Jezusa i tylu innych), stara się nas naprostować, skierować we właściwą stronę. Choć, oczywiście, możemy się zaprzeć, olać to i pójść swoją drogą, nawet dokładnie w przeciwną stronę.

O. Grzegorz Kramer SI w swoim rozważaniu udowadnia, że nie mamy się zmieniać dla samego zmieniania - tylko dla Boga. Ma rację. Nie chodzi o jakieś estetyczne pobudki, chwilowy wyrzut sumienia, albo postępowanie w myśl zasady jak inni - to ja też. Adwent i praca z nim związana nie ma być jakimś magicznym rytuałem, albo rzeczą do odbębnienia, załatwienia, odfajkowania. To ma być kolejny krok w mojej drodze do lepszego poznania i odkrycia Boga w swoim życiu. A jak dopiero się do tego zabieram - to pierwszy, być może najważniejszy (bo bez niego nie będzie na pewno dalszych). Dla siebie? Też. Ale dla Boga - Przygotujcie drogę Panu, dla Niego prostujcie ścieżki. Nie z kaprysu, nie dla picu. Dla Boga.

Nawrócenie to po grecku metanoia - co w wolnym tłumaczenia dwóch składowych meta i noia oznacza przekraczanie ludzkiego pojmowania spraw. Bóg nie wzywa nas do tego, byśmy byli odrobinę lepsi w naszej ludzkiej słabości - ale abyśmy te słabości pokonywali i stawali się radykalnie nastawieni na bycie po prostu świętymi. Nie masz taplać się w swoim grajdołku ludzkich wad, niedoskonałości, ułomności i beznadziei - ale masz wreszcie wstać i się zabrać z tego grajdołka, i to nie na chwilę, ale permanentnie!

Taka zmiana może wiele od człowieka wymagać. Wystarczy spojrzeć na Jana Chrzciciela. Nawet jak na tamte czasy ludzie z pewnością patrzyli na niego dziwnie. Wielbłądzia skóra (właściwie tylko przepaska), byle jakie pożywienie. Co chciał przez to pokazać - tamtym, ale i nam? Że to są detale, sprawy nieistotne. Bóg sam zatroszczy się o człowieka, który tego Boga kocha, szanuje i Jego wolę wypełnia. Oczywiście - dzisiaj, mając rodzinę i dzieci, raczej trudno sobie wyobrazić, aby ktoś w ten sposób dał sobie radę - ale chodzi o sposób podejścia, nastawienia. Rodzinie trzeba zapewnić warunki do życia, na co potrzebne są środki - ale samo posiadanie nie jest i nie może stać się celem. 

Ani Jan Chrzciciel, ani tym bardziej Bóg nie oczekuje, żebyśmy jak Jan ubrali się w dziwne ciuchy i uciekli na pustynię. Ani też abyśmy potraktowali ten adwent jako jakiś bliżej nieokreślony magiczny czas, który - równie szybko, jak rozpoczęty - zakończy się w wigilijny wieczór, i dalej będziemy robić swoje, będąc jak dawniej, samolubni, egoistyczni, pewni siebie, pyszni, zapatrzeni w kasę i korzyści, bez serca, nieuczciwi, etc. Taki adwent to po prostu czas stracony. Nikogo, a na pewno już Boga, nie oszukasz zewnętrzną powierzchownością, nawracaniem na pokaz. Choćbyś nawet i na wszystkich roratach był i spowiadał się raz w tygodniu. To nie wystarczy. Chodzi o zmianę w sobie, w środku, tak naprawdę. Wtedy i bez lampionów czy obecności codziennie na roratach (choć wskazana) się obejdzie. 

Tu nie chodzi o to, byśmy się bali - chociaż niektórzy pewnie mają czego. Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem? Wydajcie więc godny owoc nawrócenia, a nie myślcie, że możecie sobie mówić: Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi. Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. Odstawienie szopki adwentowej, żeby wszystkich o swojej zmianie przekonać (może nawet siebie?) nic nie da. Wtedy byli faryzeusze - dzisiaj też są, tylko nikt ich tak wprost nie nazywa. Jest nim każdy, komu się wydaje, że udobrucha Boga, spinając się i będąc niby to lepszym przez te kilka tygodni. Tłumaczenie przecież jestem katolikiem, do kościoła (rzadko, bo rzadko) chodzę, do spowiedzi (jeszcze rzadziej - ale w przykazaniach jest: raz w roku, to i raz w roku pójdę) też, na tacę daję (czyli proboszcz z mojej kieszeni żyje), nie kradnę (a nawet jeśli - za rękę nikt mnie dotąd nie złapał), nie zabiłem nikogo - więc o co chodzi? Faktycznie, nic tylko w ramkę i jako przykład pokazywać, co? 

Bóg może, co najwyżej, i to z ojcowską dobrocią, pogrozić palcem. Przypomnieć - człowieku, zrób coś ze sobą. Czyli źle ze mną? Czyli możesz lepiej, stać się na więcej - o ile ci się zachce - o to chodzi. Jesteśmy mistrzami świata w wymaganiu od innych - równocześnie wymyślając setki powodów na usprawiedliwienie własnej bylejakości, lenistwa i chodzenia na skróty. I to mamy zmienić. Nikt nie każe wyjść z siebie i stanąć obok. Masz być najlepszy, jak potrafisz - i to nie tylko w adwencie, ale począwszy od adwentu dalej, cały czas. Trudne? I co z tego? A ktoś obiecywał, że łatwo będzie? To kłamał - i na pewno nie był to Bóg. 

Jan głosił Królestwo Boże - to, które ma przyjść kiedyś, ale i to, które już dzisiaj ma w nas istnieć. Jan przypomina, że bez nawrócenia - my po prostu sami się z niego, tego Królestwa, wykluczamy. Wyuczone formuły religijne, gesty, znaki krzyża, klękanie, różańce - bez odpowiedniej formy nie wystarczą. Faryzeuszom się wydawało inaczej - i co? W błędzie byli. Człowiek ma się rozwijać, rozkwitać, osiągać pełnię swoich możliwości - nie tylko w sensie kariery, ale także ducha. Nie mamy żyć, na pół gwizdka, ale pełną parą, pełną piersią! Także jako ludzie wierzący. Bo wiara - o ile jest prawdziwa - jest integralną częścią całego mnie. 

A więc ta nasza metanoia - to nic innego jak ciągłe przekraczanie samych siebie, dawanie z siebie wszystkiego i maksymalny wysiłek - dla Boga, który przychodzi czy to do stajenki betlejemskiej, czy do naszych przede wszystkim serc. Jak ten czas zmarnujemy - to i śpiewanie kolęd, klimat świąt sam w sobie nic nie da. On ma przede wszystkim przynieść radość i nadzieję do mojego serca - a przecież nie jest to możliwe, jeśli moje oczekiwanie nie jest szczere, było tylko pozą. 

Skoro Jan głosi, że to Królestwo jest blisko. Skoro założenie jest takie, że radość przy żłóbku ma być autentyczna. Skoro wiem i wierzę, że stać mnie na więcej - na co czekać? Trzeba walczyć - najpierw ze sobą, z tym co we mnie słabe, a potem z tym wszystkim, co wokół nas ze świętowania narodzenia Boga-Człowieka chce zrobić po prostu szopkę, pretekst do wyprzedaży sklepowych i czas tandetnych dekoracji, bez czegokolwiek głębszego. Tak - niektórych trzeba obudzić, stąd tak mocne porównanie do wycinki drzew. 

To nie będzie łatwe. To nie będzie zawsze przyjemne. A już na pewno nie będzie opłacalne - bo czasami trzeba jednoznacznie się opowiedzieć po jednej stronie, i stracić zysk możliwy do uzyskania za cenę pominięcia pewnych zasad i reguł. To na pewno będzie trudne, wyczerpujące - ale jak bardzo satysfakcjonujące! Mimo wrodzonego lenistwa - cieszymy się, gdy widzimy, że jesteśmy w czymś dobrzy, że coś zrobiliśmy prawidłowo (albo i lepiej), że postępujemy właściwie. Jan z tego powodu - dosłownie - stracił głowę. Miejmy nadzieję, że żadnego z nas dekapitacja z powodu wiary nie spotka - ale zdecydowanie, dla Boga warto stracić głowę.

Bóg przychodzi - po co? Żeby nas wyzwolić z pewnych szablonów, schematów... w których sami siebie upchaliśmy i którymi się zniewoliliśmy. Przychodzi, by pokazać nam drogę - przychodzi, by pokazać, że jesteśmy silniejsi i lepsi, o ile się trochę postaramy. Najtrudniejszy jest początek. Bóg niczego nam nie odbierze - On po prostu chce nauczyć nas, jak my sami możemy poradzić sobie z tym, co w nas zmiany wymaga. Jesteśmy takimi kagankami, które ledwo płoną, a które wygaszają nasze grzechy, słabości, bylejakość. Bóg przychodzi w ogniu, który ma zniszczyć to wszystko, oczyścić naczynia naszych serc. Da nam narzędzia, wskaże drogę - reszta to nasza, moja ciężka praca, którą zdecydowanie warto podjąć. Stawka gry zwanej życiem jest wielka.

wtorek, 25 maja 2010

Z PERSPEKTYWY ĆWIERĆWIECZA

Piotr powiedział do Jezusa: „Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą”. Jezus odpowiedział: „Zaprawdę powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał sto kroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym. Lecz wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi”. (Mk 10,28-31)
To pytanie nie zostało w ogóle zadane wprost przez Piotra. Ale podtekst jest oczywisty - co my z tego będziemy mieli, Jezu? Może i życie w Palestynie w tamtych czasach nie było jakoś specjalnie wyszukane i wspaniałe dla prostych ludzi (a takimi była większość apostołów), ale - bądź co bądź - pozostawili swoje łodzie, swoje rybactwo, prace i zajęcia, prawdopodobnie też rodziny, no i poszli za Nim. Tak bez niczego. Jak stali - tak poszli. Zresztą - to przecież tak bardzo ludzkie, pytać o korzyści. Nawet gdy motywacja nie jest materialna, a dotyczy czegoś innego, innej sfery, duchowości.

Ksiądz rano na mszy bardzo ładnie powiedział - że Bóg nigdy nie jest dłużnikiem człowieka. Bóg nigdy nie pozostawia jakiś niedomówień, niezałatwionych porachunków z człowiekiem. Oni nie poszli wtedy za Jezusem ot tak, żeby iść za Nim do Jerozolimy, On dał się zabić - a oni wrócili do swojej codzienności. Nie, nic takiego nie miało nastąpić. Spotkali Jezusa - i nigdy nic nie było takie samo. Albo inaczej - było, ale ich optyka na świat była inna. Dzięki Niemu. 

Już wtedy, w czasach Jezusowi współczesnych, był choćby obrazek ewangeliczny z młodzieńcem, który chciał - a przynajmniej to deklarował - pójść za Nim, i pytał, co ma zrobić. Jezus wiedział, że był dobry, prawy, ale i bogaty - więc polecił rozdać majątek i wtedy wrócić. I tutaj się skończyły ambicje i plany pytającego; nie potrafił pozbyć się majątku. Przez te wieki - nic się w tym zakresie nie zmieniło. Ludzie tak samo, o ile nie jeszcze bardziej, gonią za kasą i bardzo często dosłownie wszystko podporządkowują jej zdobywaniu, pomnażaniu, liczeniu, trwonieniu, i tak w kółko... 

Co mi da to, że wierzę? Przy takim, materialistycznym nastawieniu, pewnie nic. Nawet trudniej będzie - bo zamiast pracować w weekendy Bóg każe do kościoła iść, nie spędzać czasu nad papierami - tylko zająć się rodziną, małżonkiem. Rozmawiać, być dla siebie, pomagać sobie - a przecież ile w tym czasie forsy ucieka między palcami... Tylko że na kasie świat się nie kończy. A korzyści, które wspomniał Jezus, to nie tylko i nie zawsze w ogóle coś, co można przeliczyć na pieniądze. Ale zawsze będzie to coś cenniejszego - co pozwoli dać sobie radę nawet gdy tych zer na koncie czy w portfelu nie będzie tyle, ile byśmy chcieli. 

Jeśli nie widzisz, czym Bóg cię ubogacił - to nie znaczy, że dajesz Mu czas, wierzysz, a On ma to w nosie. To znaczy, że w tym wszystkim jeszcze za bardzo patrzysz na siebie - a za mało zasłuchujesz się w Niego, w Jego Ducha, i przez to nie widzisz, co i ile On ci daje. Co wtedy? Jeszcze bardziej zaprzeć się samego siebie, zepchnąć gdzieś w kąt egoizm, samolubstwo, zapatrzenie w siebie, wszelkie ja, mnie, moje - zrzucić z siebie ten szczelny pancerzyk egoisty i egocentryka.
I dopiero wtedy - tak naprawdę wolny - pójść za Nim nawet (a może zwłaszcza) wtedy, gdy nagle przewróci wszystko do góry nogami i poprowadzi w najmniej spodziewane miejsce. I to będzie początek drogi ku temu, co On pragnie ofiarować tobie.

>>>

Dzisiaj, a konkretnie za jakieś niespełna 2 godziny, skończę 25 lat.

Jak tak sobie rano w łóżku myślałem - cóż, drogi Boże są dość niezbadane. Gdyby mi ktoś zadał np. w III klasie LO pytanie - co będziesz robił mając 25 lat... pewnie bym odpowiedział, że przygotowywałbym się do święceń kapłańskich. Bo taki wtedy był mój pomysł na życie, taka wydawała mi się droga, którą coraz wyraźniej Bóg przede mną kreślił.

Potem moją obecną kochaną żonkę postawił na tej drodze, i wszystko się poprzestawiało :) Długo ze (za?) sobą chodziliśmy, zdążyliśmy skutecznie zacząć i skończyć (wspólnie) studia, no i w sierpniu AD 2009 pobraliśmy się. Mamy gdzie mieszkać, mamy za co żyć, milionerami nie jesteśmy, ale jest nam dobrze. Mamy, mniejsze lub większe (a raczej do zrealizowania w krótszej lub dłuższej perspektywie) plany, kochamy się. Czegoś więcej potrzeba? Mnie - nie. 
 
To też było - nawiązując do Ewangelii - takie pójście za Nim, właśnie tym trudniejsze, że chyba ja sam byłem pewien: kapłaństwo, i najtrudniej to mnie samemu było uświadomić sobie, że moje miejsce jednak nie jest w seminarium. Bóg pokazał figę, i zaproponował inną drogę :)

Trochę mnie krępuje bycie dzisiaj trochę na świeczniku - na szczęście, w pracy się nie pochwaliłem (bo i czym), ale co rusz smsy, życzenia na GG, n-k czy facebooku. I choć z roku na rok pamięta o tym dniu coraz mniej osób - to jakby tym bardziej każde z życzeń przyjmuję z większą wdzięcznością. Bo to chyba znaczy, że stanowi się element czyjegoś życia, że jest się choć trochę ważnym. Przynajmniej ja to tak odbieram i staram się pamiętać o urodzinach/imieninach znajomych. 

Wieczorem przyjadą rodzice i teściowie, posiedzimy, pogadamy, ciacho tymi ręcami zrobione zjemy. To przyjemny moment, w którym tę radość można podzielić z ludźmi najważniejszymi, kochanymi, tymi którzy od początku (rodzice - życia; teściowie - znajomości z żoną) mam wrażenie i wierzę że bardzo mocno mi kibicowali i kibicują. 

Co dalej? Nic. To samo. Ta jedna cyferka z tyłu nic nie zmienia. Przypomina - czas ucieka, wieczność czeka. Trzeba być gotowym. Trzeba dobrze czas wykorzystywać, nie można pozwolić sobie na nudę i bezczynność. Bo z nich też Bóg rozliczy. Zawsze jest coś, co można zrobić, pomóc, wymyśleć, przemodlić. Zawsze jest coś, co można zrobić, żeby być bardziej świętym - a mnie nawet do tego, aby tym świętym być choć troszkę, baaardzo dużo brakuje...

I o siły do tego wszystkiego - miłości, planów, marzeń, pomysłów, ich realizacji, o otwartość na odczytywanie Jego woli - nieśmiało proszę zarówno Boga, jak i czytających te słowa, aby również w moim imieniu Go o nie poprosili.