Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jan chrzciciel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jan chrzciciel. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Wystarczy się Nim podzielić

Jan Chrzciciel stał wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: Oto Baranek Boży. Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: Czego szukacie? Oni powiedzieli do Niego: Rabbi! - to znaczy: Nauczycielu - gdzie mieszkasz? Odpowiedział im: Chodźcie, a zobaczycie. Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej. Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: Znaleźliśmy Mesjasza - to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa. A Jezus wejrzawszy na niego rzekł: Ty jesteś Szymon, syn Jana, ty będziesz nazywał się Kefas - to znaczy: Piotr. (J 1,35-42)
Myślę, że każdy z nas w pewnym momencie życia uświadamia sobie, że chciałby spotkać Boga - jako Tego, który jest sednem, odpowiedzią na wszystkie moje pragnienia, tęsknoty i potrzeby. 

Czasami dramat sytuacji polega na tym, że właśnie nie ma kto mi Boga pokazać. Że jestem tak bardzo zacietrzewiony, zawzięty, wściekły na Pana, na siebie, właściwie to na wszystkich i na wszystko, że... No właśnie. Zamykam się w takiej bezmyślnej spirali, nakręcając się coraz bardziej, obwiniając wszystko naokoło (oczywiście, poza sobą...) za moje niepowodzenia, porażki, niewłaściwe decyzje, a przede wszystkim ich konsekwencje. 

Jakie szczęście miał Piotr. Bo miał przy sobie Andrzeja, i to właśnie jego brat pokazał Mu Jezusa. Z kolei Andrzejowi - jak pokazuje ten obrazek - na Baranka Bożego wskazał nie kto inny, tylko Jan Chrzciciel. Działamy jak połączone naczynia i prawdą jest, że nikt nie jest samotną wyspą (John Donne). Wpływamy na siebie, dochodzi pomiędzy nami do interakcji. Pięknie, gdy sobie pomagamy i prowadzimy we właściwym kierunku - jak Jan Andrzej, a potem Andrzej Piotra. Gorzej, kiedy jeden niepoukładany człowiek zwodzi drugiego; jak to powie w innym miejscu ewangelista: jeśli ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną (Mt 15, 14b), i w dużym uproszczeniu tak to właśnie się kończy. 

Czasami to jest człowiek, czasami jakieś zdarzenie, bodziec, coś czego nie utożsamiamy może z nikim konkretnym. Dostajemy "na twarz" taki mocny i czytelny znak - właśnie tutaj i na ciebie działa Bóg. Przechodzi obok. Ogarnij się!

Kiedyś zastanawiałem się: o co chodzi z tym pytaniem Jezusa, gdzie mieszka? Człowiek wyraża zaciekawienie, zainteresowanie - bo Bóg przyciąga. Oczywiście, odpowiada i zachęca - chodź, sam zobacz. Ale sam - w sensie, wykonaj wysiłek, poświęć czas, zobacz sam. W tym obrazku po prostu poszli za Jezusem i spędzili z Nim dzień - ale nie zawsze musi być i będzie tak łatwo. Czasami ta droga, jaką człowiek musi odbyć, aby znaleźć Boga, będzie dłuższa, i będzie wymagała cierpliwości, uporu, konsekwencji. 

Ale warto. Dlaczego? Pewnie Andrzej nawet nie zauważył, ale od razu, może bezwiednie, sam zaczął przyciągać ludzi do Boga. Zaprowadził do niego Piotra - tego, który miał stać się Skałą. Pomyśl, kim ty sam możesz stać się dzięki Bogu i w Bogu. Wystarczy się Nim podzielić. 

niedziela, 20 grudnia 2015

Test zwątpienia

Za czasów Heroda, króla Judei, żył pewien kapłan, imieniem Zachariasz, z oddziału Abiasza. Miał on żonę z rodu Aarona, a na imię było jej Elżbieta. Oboje byli sprawiedliwi wobec Boga i postępowali nienagannie według wszystkich przykazań i przepisów Pańskich. Nie mieli jednak dziecka, ponieważ Elżbieta była niepłodna; oboje zaś byli już posunięci w latach. Kiedy w wyznaczonej dla swego oddziału kolei pełnił służbę kapłańską przed Bogiem, jemu zgodnie ze zwyczajem kapłańskim przypadł los, żeby wejść do przybytku Pańskiego i złożyć ofiarę kadzenia. A cały lud modlił się na zewnątrz w czasie kadzenia. Naraz ukazał mu się anioł Pański, stojący po prawej stronie ołtarza kadzenia. Przeraził się na ten widok Zachariasz i strach padł na niego. Lecz anioł rzekł do niego: Nie bój się Zachariasz! Twoja prośba została wysłuchana: żona twoja Elżbieta urodzi ci syna, któremu nadasz imię Jan. Będzie to dla ciebie radość i wesele; i wielu z jego narodzenia cieszyć się będzie. Będzie bowiem wielki w oczach Pana; wina i sycery pić nie będzie i już w łonie matki napełniony będzie Duchem Świętym. Wielu spośród synów Izraela nawróci do Pana, Boga ich; on sam pójdzie przed Nim w duchu i mocy Eliasza, żeby serca ojców nakłonić ku dzieciom, a nieposłusznych - do usposobienia sprawiedliwych, by przygotować Panu lud doskonały. Na to rzekł Zachariasz do anioła: Po czym to poznam? Bo ja jestem już stary i moja żona jest w podeszłym wieku. Odpowiedział mu anioł: Ja jestem Gabriel, który stoję przed Bogiem. A zostałem posłany, aby mówić z tobą i oznajmić ci tę wieść radosną. A oto będziesz niemy i nie będziesz mógł mówić aż do dnia, w którym się to stanie, bo nie uwierzyłeś moim słowom, które się spełnią w swoim czasie. Lud tymczasem czekał na Zachariasza i dziwił się, że tak długo zatrzymuje się w przybytku. Kiedy wyszedł, nie mógł do nich mówić, i zrozumieli, że miał widzenie w przybytku. On zaś dawał im znaki i pozostał niemy. A gdy upłynęły dni jego posługi kapłańskiej, powrócił do swego domu. Potem żona jego, Elżbieta, poczęła i pozostawała w ukryciu przez pięć miesięcy. Tak uczynił mi Pan - mówiła - wówczas, kiedy wejrzał łaskawie i zdjął ze mnie hańbę w oczach ludzi. (Łk 1,5-25)
Generalnie Zachariasz - bohater sobotniego obrazka - jest postacią pozytywną, jak podaje autor, byli ludźmi sprawiedliwymi i wypełniającymi przykazania dane od Boga. A jednak, wydaje się po ludzku, że był pechowcem, skoro Bóg - pomimo wybrania w rodzie kapłańskim do pełnienia służby w Świątyni Jerozolimskiej - był on bezdzietny. Tu nie chodzi o to, że był jakiś "lepszy", błękitnokrwisty dzięki swojej kapłańskiej posłudze - po prostu był człowiekiem żyjącym w relacji z Bogiem, zwyczajnym, jak setki czy tysiące innych. Mógł więc być postrzegany jako osoba w pewien sposób stygmatyzowana; w tamtych czasach przecież fakt posiadania potomstwa był znakiem i świadczył przede wszystkim o tym, że Bóg danej osobie błogosławi (stąd na końcu słowa o hańbie, którą okryci są ludzie bezdzietni). A tak między nami, mężczyznami, wiadomo - każdy facet chciałby mieć dziecko, syna. Po prostu.  

Myślę, że Zachariasz w swojej wierze i relacji z Panem nie raz zadawał pytanie, albo wręcz czynił zarzut: Boże, dlaczego ja? Czemu nie mam dzieci? I nie ma w tym nic złego. Jestem bardziej niż pewien, że Bóg o wiele bardziej cieszy się ze szczerych żali i autentycznej złości, niż z maski zadumania i bezmyślnego odtwarzania rytuałów przy braku jakiejkolwiek z Nim relacji. Docenia autentyczność i szczere myśli człowieka - nawet, gdy są to zarzuty, bo z czymś się nie godzę. 

Jedna rzecz to kwestia, że cudowne zapowiedzenie narodzin Jana ma miejsce właściwie tuż przed Zwiastowaniem Pańskim - pół roku przed. Jest to całkiem po ludzku logiczne - skoro Jan miał poprzedzić Jezusa i ogłosić Go przed ludem jako Mesjasza. Dwa cuda Boga właściwie w jednej rodzinie i w tak krótkim odstępie czasu - Niepokalane Poczęcie czyli dziewica rodząca dziecko i zachowująca, jak to nazywa Kościół, chwałę dziewictwa; i staruszka Elżbieta, która w wieku już sędziwym rodzi syna. Dwie cudowne ciąże. Druga rzecz, że Bóg nawiązuje dialog z Zachariaszem nie gdzie indziej, a właśnie w trakcie pełnienia przez niego posługi w świątyni - kiedy wszyscy wierni stali poza Przybytkiem i czekali na kapłana Zachariasza. 

Można uznać, że Zachariasza spotyka niebywałe szczęście - anioł zapowiada, że oto dostanie z żoną dokładnie to, czego w ich małżeństwie brakowało: wyczekiwanego dziecka. Niesamowite jest nie to, że spotyka go ta obietnica narodzenia się Jana - ale to, że w jej świetle... wątpi. Niektórzy myślą, że Zachariasz zwątpił wcześniej - ja nie wiem. Według mnie zwątpienie przychodzi na niego dopiero wobec tej obietnicy anioła, kiedy mówi: "Po czym to poznam? Bo ja jestem już stary i moja żona jest w podeszłym wieku". Tak te słowa odbiera archanioł Gabriel - a mimo wszystko  Bóg nijak nie wycofuje się ze swojej obietnicy - stąd słowa:  "oto będziesz niemy i nie będziesz mógł mówić aż do dnia, w którym się to stanie, bo nie uwierzyłeś moim słowom, które się spełnią w swoim czasie".

Bóg jest bogiem rzeczy niemożliwych - to bardzo mądre słowa. Niepłodność to dramat wielu par i małżeństw - dla Boga nie jest to jednak żadna trudność. Pytanie jest skierowane do każdego z nas - czy ty i ja dopuszczamy w ogóle sferę, dajemy Mu miejsce do działania w przestrzeni swojego życia? Czy mieści mi się w głowie to, że pewnego dnia przyjdzie to mnie tak, jak przyszedł przez anioła do Maryi czy Zachariasza? To nie działa tak, że z automatu Bóg - gdy w Niego uwierzysz - po prostu zastępuje, jak taka uniwersalna zmienna w matematycznym równaniu, wszystkie sytuacje problemowe, dylematy, trudności i rzeczy bolesne w życiu. On daje siłę do tego, aby walczyć z tym, co jest we mnie małe, złe, brudne, grzeszne, niedoskonałe - i w tym wszystkim z otwartym sercem czekać na "niesamowitość" tego, co może nastąpić, gdy On wejdzie z mocą w moje życie. Najpewniej zupełnie inaczej, niż ja bym się tego spodziewał czy kalkulował. 

piątek, 18 grudnia 2015

Już taki jest ten świat - jedynie Bóg zna odpowiedź

Jan przywołał do siebie dwóch spośród swoich uczniów i posłał ich do Pana z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Gdy ludzie ci zjawili się u Jezusa, rzekli: Jan Chrzciciel przysyła nas do Ciebie z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? W tym właśnie czasie wielu uzdrowił z chorób, dolegliwości i [uwolnił] od złych duchów; oraz wielu niewidomych obdarzył wzrokiem. Odpowiedział im więc: Idźcie i donieście Janowi to, coście widzieli i słyszeli: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi. (Łk 7,18b-23)
Zwolennicy jednej teorii powiedzą, że Jan tak naprawdę nie zwątpił - no bo jak to, ten, który wskazał Jezusa, miałby być niepewny? Ja jednak skłaniam się do podzielenia stanowiska odmiennego. Jan miał jakieś wątpliwości i stąd właśnie ten ewangeliczny środowy obrazek. 

Nie bez powodu Jan nazwany jest pierwszym prorokiem Nowego Testamentu - bo przecież to, czego on tutaj doświadczał, jest takie bardzo "nasze"; w na pewno moje. Kiedy człowiek rozpoczyna swoją relację z Bogiem, odkrywa Go, zachłystuje się prawie dosłownie doświadczeniem dobrego i wyrozumiałego Ojca, który zawsze jest i kocha - wtedy jest pięknie. Jan całe życie przygotowywał się na pustyni do swojej misji, która wypełniła się, kiedy zaczął w wodach Jordanu chrzcić Żydów, a potem pokazał palcem: Mesjasz! Pewnie po ludzku był w swoim żywiole - nie mam wątpliwości, że i wtedy, i dzisiaj mogli go uważać za nieco ekscentrycznego, szalonego. 

A potem budzimy się któregoś dnia w zwykłej, szarej rzeczywistości - tylko że ona taka po prostu zawsze była, raczej specjalnie się nic nie zmieniło, tylko we mnie to wszystko jakoś... okrzepło? spowszedniało? Przyzwyczaiłem się. U Jana to miało miejsce, kiedy "zrobił swoje", jego uczniowie podążyli za Jezusem - i co dalej? Pojawił się zły i zasiał wątpliwości. A może źle? Może to nie ten? Może Jan coś źle zrozumiał i wprowadził tylu ludzi w błąd? 

Wtedy wariantów jest kilka. Można dramatyzować, zamykać się w sobie i rozpaczać - co jest kompletnie bez sensu i całkiem niekonstruktywne. Nic nie da. Można też zacząć to wszystko rozkminiać w sobie - rozkładać na czynniki pierwsze, składać, i tak w kółko, dzieląc przysłowiowy włos na czworo. Niby mądrzejsze, ale według mnie bez sensu. Albo można udać się do źródła, przyczyny wszystkiego i odpowiedzi na wszystko - czyli do Boga. To właśnie zrobił Jan, wysyłając uczniów. Nie unosząc się emocjami - ale działając do bólu racjonalnie, mimo że zwracając się w tym sensie do Boga. 

Tak naprawdę, nie było by niczym specjalnie dziwnym, gdyby Jezus poczuł się trochę zawiedziony postawą Jana. Ale - zwróć uwagę - czy Jezus kiedykolwiek zrobił komukolwiek jakiś wyrzut z tego tylko powodu, że ktoś pyta, docieka? Nic takiego nie pada również tutaj. Co ciekawe, bynajmniej nie poklepuje go po ramieniu, nie opowiada banałów w stylu "spoko, jakoś to będzie, ułoży się" i nie rysuje idyllicznego obrazu tego, jak to będzie świetnie. Powołuje się nie na siebie jako Syna Bożego - ale na konkretne, zmierzalne niejako, dowody działania Boga: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. Mówi wprost - żeby ci posłańcy poszli i przekazali to Janowi. To nie jest komentarz, dygresja - ale wprost odpowiedź na pytanie. 

"A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi". Wątpienie to jedno, i przychodzi do mnie bardzo często nie tylko codziennie, ale nawet po kilka razy. Upadamy i wstajemy. Mamy nie zwątpić - czyli permanentnie, nie poddać się, nie usiąść i załamać ręce po prostu. Zasada "kto pyta, nie błądzi" nie jest obwarowana wyjątkiem dotyczącym Boga. Co innego - my bardzo często chcemy dostać konkretną odpowiedź - i tu się robi problem. Jeśli pytasz - pytaj szczerze i przygotuj się, że na 99% zdziwisz się odpowiedzią. Taki już jest Bóg. 

wtorek, 15 grudnia 2015

Radość pytania i szukania odpowiedzi

Gdy Jezus przyszedł do świątyni i nauczał, przystąpili do Niego arcykapłani i starsi ludu z pytaniem: Jakim prawem to czynisz? I kto Ci dał tę władzę? Jezus im odpowiedział: Ja też zadam wam jedno pytanie; jeśli odpowiecie Mi na nie, i Ja powiem wam, jakim prawem to czynię. Skąd pochodził chrzest Janowy: z nieba czy od ludzi? Oni zastanawiali się między sobą: Jeśli powiemy: z nieba, to nam zarzuci: Dlaczego więc nie uwierzyliście mu? A jeśli powiemy: od ludzi - boimy się tłumu, bo wszyscy uważają Jana za proroka. Odpowiedzieli więc Jezusowi: Nie wiemy. On również im odpowiedział: Więc i Ja wam nie powiem, jakim prawem to czynię. (Mt 21,23-27)
Trudny tekst i dość mało popularny. Trzeba się z nim zmierzyć.

Chyba nie można z gruntu zakładać, że ci, którzy "przystąpili" do Jezusa to ludzie źli. Pewnie, w tym gronie raczej mogli znaleźć się również tacy, którzy chcieli przyłapać Zbawiciela na jakimś potknięciu, niezgodności nauczania z tradycją czy Pismem Świętym, proroctwami; znaleźć przysłowiowego "haka" na Niego. Bo i to, co Jezus mówił, pomimo popularności - jak by nie patrzeć - stało w sprzeczności z tym, co głosili faryzeusze. Ich literze prawa nade wszystko Mesjasz przeciwstawiał działanie z Duchem Bożym. Raczej można zaryzykować tezę, że ludzie ci byli na swój sposób - a może i autentycznie - pobożni i zatroskani, pytając dlatego właśnie, że pojawił się jakiś facet, ot tak sobie, i zaczyna nauczać. Poza świątynią mógł - tutaj w środku musiał już udowodnić, skąd czerpie do tego prawo. Pomijając już kwestię zwykłej ludzkiej ciekawości jako przyczyny do zadania pytania. 

Kto mieczem wojuje... Znamy to. Tak było w tym właśnie przypadku. Człowiek jest po prostu za malutki, aby przechytrzyć Boga. To się nie mogło udać. Wystarczyło jedno pytanie i to kwestię podstawową - skąd pochodzi, z nieba czy od ludzi, chrzest. Przyznanie pochodzenia niebieskiego stawiało by pytających wobec krępującej konieczności uzasadnienia, czemu w takim razie go nie przyjmują? A z kolei uznanie go jako pochodzącego od ludzi, narażali się tłumowi wręcz zwolenników i słuchaczy Jana Chrzciciela. 

My tak mamy bardzo często i na własnej skórze "testujemy" Pana Boga. A jakby Go tu... Pan Bóg - tak jak na tym obrazku - nie wścieka się o to, bo to nie w Jego stylu, ale potrafi tak celnie i zmyślnie ripostować, że stawia nas wobec potrzeby konkretnego zadeklarowania, opowiedzenia po jednej konkretnej stronie. Tamci z Ewangelii się tego bali i unikali - bo tutaj kończy się mentalność tłumu, w kupie raźniej itp. Trzeba odpowiedzieć na pytanie samemu - konkretny jeden ja. A jeśli, nie daj Bóg, uznać, że właściwie ten Bóg ma rację? Olaboga... 

Jezus Chrystus nigdy nie unika odpowiedzi na pytanie człowieka. On sam jest właściwie pełnią tej odpowiedzi, odpowiedzią samą w sobie. Tylko bardzo często jest tak, żeby usłyszeć Jego odpowiedź - trzeba najpierw odpowiedzieć na inne pytania, które gdzieś tam na dnie serca się rodzą, kiełkują, albo nagle uświadamiam sobie, że właściwie to one są tam od zawsze albo od dość dawna, tylko jakoś nie wychodziło mi/nie chciało mi się ich zauważyć, albo udawanie że ich nie ma było po prostu bardziej na rękę. 

To nie będzie łatwe, a czasem może być bolesne. Ale prowadzi ku radości wyzwolonego serca, w którym jest bardzo dużo miejsca na autentyczną radość z tego, że On jest i znowu przychodzi. Nie uciekaj od Boga, który pyta o sprawy trudne - ale spróbuj właśnie w Nim i z Nim znaleźć odpowiedzi. Na te pytania, które już padły. I wszystkie inne, które się pojawią. 

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Jan od oczywistych oczywistości

Pytały go tłumy: Cóż więc mamy czynić? On im odpowiadał: Kto ma dwie suknie, niech [jedną] da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni. Przychodzili także celnicy, żeby przyjąć chrzest, i pytali go: Nauczycielu, co mamy czynić? On im odpowiadał: Nie pobierajcie nic więcej ponad to, ile wam wyznaczono. Pytali go też i żołnierze: A my, co mamy czynić? On im odpowiadał: Nad nikim się nie znęcajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na swoim żołdzie. Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku dla oczyszczenia swego omłotu: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym. Wiele też innych napomnień dawał ludowi i głosił dobrą nowinę. (Łk 3,10-18)
Nie bez powodu Jezus powie - cztery rozdziały tej samej ewangelii później - że "między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana. Lecz najmniejszy w królestwie Bożym większy jest niż on" (Łk 7, 28), równocześnie, o czym wielu zapomina, dopowiadając, że tam, dokąd zmierzamy, każdy jeden najmniejszy będzie... większy od Jana. 

Na czym polegał fenomen Jana Chrzciciela? Wtedy tylko Jana - przydomek dostał później, a jeszcze później zaczęto określać go "świętym". Fenomen był, bo ludzie za nim szli, miał całą grupę uczniów - ewangelista zaś mówi o tłumach wręcz. Jan wymagał od ludzi. Nie oferował cukierkowych, lukrowanych i kapiących serduszkami obrazków o tym, jak to jest świetnie, sielsko, idealnie i nic nie trzeba robić, "tak mnie, Boże stworzyłeś, to mnie masz". My jesteśmy z natury bardzo leniwi (czego piszący te słowa jest przykładem wręcz fenomenalnym...), a mimo tego, cenimy, kiedy ktoś czegoś od nas wymaga. Zwracamy na taką osobę uwagę, słuchamy jej - kiedy na pytanie "co mamy czynić" dostajemy nawet trudną, ale konkretną odpowiedź. A to pytanie, prędzej czy później, stawia każdy. 

Z jednej strony się nie chce - ale z drugiej: hm, skoro on czegoś chce, formułuje jakieś twierdzenia i zalecenia, to mu na mnie zależy. Tak właśnie to działa Jezus, do którego Jan - czy sobie zdawał z tego sprawę, czy nie - prowadził ludzi. I może właśnie dlatego Jan jest taką klamrą, spinającą Stary Testament i otwierającą Nowy Testament, ostatnim prorokiem starotestamentalnym - tym, któremu dane zostanie, jak Symeonowi, wskazanie Syna Bożego (Łk 2, 25-32). Bóg nigdy nie obiecał, że będzie sielankowo, z górki, lajtowo - ale mówi wyraźnie: to rób, od tego wara. Może łatwo nie jest, ale nagroda murowana. Pretensje możemy mieć tylko do swoich własnych wyborów - a najczęściej, do ich konsekwencji. Róbta, co chceta - tylko się potem nie dziwta (jak to pewien ksiądz sparafrazował świetnie Jerzego Owsiaka). Bo mamy wolność wyboru - do konsekwencji tych wyborów włącznie; będą tylko nasze, ale i tam będzie przy mnie Bóg. 

O czym mówi Jan? Nic nowego w stosunku do tego, co powie Jezus. Nie kradnij. Nie wykorzystuj swojej pozycji do uciskania innych. Podziel się z tym, który ma mniej. Tu nie ma żadnej magicznej uniwersalnej recepty na wszystkie problemy życia - Jan nie mówi nic odkrywczego. A jednak, tłumy go słuchają. Nie dochodzi do żadnego cudu, powołania (jak w przypadku apostołów po spotkaniu Jezusa). Mówi - prozaicznie - do urzędników (celników i żołnierzy) o tym, aby przyzwoicie i uczciwie robili swoje. Nie każe porzucić wszystkiego i zamknąć się w jakiejś pieczarze na pustyni, aby się pościć i modlić. 

Brzmi dziwnie, jakoś tak... Smętnie? No właśnie nie. Nie bez powodu właśnie taki a nie inny tekst czytany jest w III niedzielę adwentu, czyli Gaudete. Nie żadna "niedziela radości" - ale wręcz tryb rozkazujący: radujcie się! Za 10 dni przyjdzie Pan. To nie jest tak, że Bóg nam opowiada jakieś truizmy i mamy sobie radzić. Bóg pokazuje, że radość od Niego płynącą można odnaleźć zawsze i do tego nas zaprasza. 

Mówi o tym I czytanie (So 3,14-18a) - zaufaj Panu, mocarzowi, w Nim złóż nadzieję, a on po prostu rozwali to, co jest na twojej drodze i co faktycznie (a nie w twoim odczuciu) jest złe. Bóg sobie z wszystkim poradzi - nasza rola to Mu zaufać i uwierzyć w to, co trochę ciężko zrobić z miną przegranego, który nie wierzy w nic i nikogo (a tak to wygląda często - wiem po sobie). Mówi o tym też kapitalne II czytanie, które uwielbiam:
Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się! Niech będzie znana wszystkim ludziom wasza wyrozumiała łagodność: Pan jest blisko! O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem! A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie. (Flp 4,4-7)
Nie mamy, jak jakieś klauny, biegać i cieszyć się z byle czego. Bóg daje nam radość ostateczną, tą, która z Niego wypływa - bo On jest tuż, tuż, stoi prawie za płotem, nadchodzi. I znowu nawiązuje do tego, co mamy robić - złóż swoje troski i problemy przed Nim, przedstaw to wszystko Jemu, zostaw to Jemu. Podobnie jak u Sofoniasza, tam były słowa: "On zbawi, uniesie się weselem nad tobą, odnowi swą miłość, wzniesie okrzyk radości". To wystarczy. Nigdy dość mówienia o tym, że my mamy jakoś wbite do głów, że na Jego miłość musimy "zapracować", nie wiem, odmawiając konkretną ilość różańców czy litanii - nie! Po prostu uwierzyć, że On może i chce się zająć tym, co w moim życiu jest trudne, zagmatwane, poranione i tragiczne. Ale ja muszę Mu na to pozwolić. 

Ta radość jest dla każdego. Ale jest jeden warunek - musisz chcieć się nawrócić. I mieć świadomość, że może być niebezpiecznie - Jan, dosłownie, z powodu Jezusa stracił głowę. 

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Plac budowy

Było to w piętnastym roku rządów Tyberiusza Cezara. Gdy Poncjusz Piłat był namiestnikiem Judei, Herod tetrarchą Galilei, brat jego Filip tetrarchą Iturei i kraju Trachonu, Lizaniasz tetrarchą Abileny; za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni. Obchodził więc całą okolicę nad Jordanem i głosił chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów, jak jest napisane w księdze mów proroka Izajasza: Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego! Każda dolina niech będzie wypełniona, każda góra i pagórek zrównane, drogi kręte niech się staną prostymi, a wyboiste drogami gładkimi! I wszyscy ludzie ujrzą zbawienie Boże. (Łk 3,1-6)
W sumie może dziwić ten przydługawy wstęp - po co ta "metryczka"? Ano nie bez powodu. Bóg pokazuje, że zawsze Jego plan i działanie nie jest abstrakcyjne, gdzieś tam, ale konkretnie osadzone w czasie i miejscu, w precyzyjnych okolicznościach. Jego moc i Jego zbawienie dotykają człowieka w konkretnych okolicznościach - zawsze innych, ale i zawsze wyjątkowych i zaplanowanych. Tu Bóg zadziałał przez Jana Chrzciciela. 

Co jest niesamowitego w Janie? Dla mnie osobiście to, że... głosił w ciemno. Nie znał po ludzku Tego, o którym mówił, Tego, którego zapowiadał. Wiedział, że głosi Mesjasza, i zawierzył Bogu tak dalece, że nie wnikał w to, kim Zbawiciel obiecywany będzie. Wiedział, że Bóg Go objawi - i zamierzał to uczynić jego - Jana - rękami. 

To "prostowanie", o którym traktuje Jan Chrzciciel, to po naszemu właściwie porządkowanie, ogarnianie - tak bardziej zrozumiale. Drepczemy - jedni dłużej, inni krócej - drogami naszego własnego życia, które w różnych dziwnych momentach i konfiguracjach przecinają się z drogami życia innych ludzi, mniej lub bardziej dla nas ważnych, kochanych, lubianych, czy w ogóle zrozumiałych. Zawsze jednak ku celu - temu mojemu, założonemu, gdzieś tu w tym świecie, ale mniej lub bardziej świadomie przede wszystkim ku Bogu, zmierzając do Tego, od którego pochodzimy, i który sam w sobie jest celem i odpowiedzią, choć nie zawsze taką, jak bym chciał. 

Ale uwaga - bardzo ważne - nie dla siebie, dla udowodnienia tylko czegoś samemu sobie, dla sprawdzenia tylko, czy dam radę. Konkretnie, dla Boga, dla Niego - dla Tego, który za chwilę przyjdzie w ciszy i skupieniu betlejemskiej szopki, przez którym uklękną bydło i pasterze, a przez pół ówczesnego świata przyjdą trzej mędrcy z darami symbolizującymi to, co wielkie w świecie: po to, aby je złożyć przez nowonarodzonym i bezbronnym Panem. Zdążamy z jednej strony z Nim, ale i ku Niemu, a z drugiej strony z tymi, których On stawia na naszej drodze (a nas na ich drodze życia). Taka niekończąca się plątanina ludzkich losów, myśli, pragnień, zwycięstw i radości, porażek i łez. 

To, do czego w tej niedzielnej liturgii zaprasza Bóg, to prostowanie tego, co można wyprostować i co ma sens - bo to jest o tyle istotne, że - jak to na drodze - zdarzają się ślepe zaułki, drogi jednokierunkowe. Nie ma pewnie dróg bez wyjścia - są jednak takie, które prowadzą właściwie donikąd, w których tylko traci się czas. Czasami najlepszym bowiem, co można zrobić, to przyznać się do porażki i spróbować skorygować kurs swojego życia. Takie prostowanie dróg na pewno nie jest lekkie, łatwe i przyjemne - ja to mało techniczny jestem, ale widać po tempie i mozole prac na drogach, że najpierw trzeba ileś tam warstw zdzierać, spiłować, potem wyrównać na nowo, coś tam powylewać, rozjechać walcem, odczekać. Kupa pracy. Ale każdy z nas wie, że dopóki się buduje i wznosi cokolwiek, co stoi na lewym, niepewnym, nierównym fundamencie - ryzykujemy, że się to wszystko po wybudowaniu po prostu złoży i rozwali. 

Bóg proponuje nam dzisiaj generalne porządki - w życiu, w sercu, w przywiązaniach, w celach, założeniach, punktach odniesienia. Jak się to w życiu pomiesza, wychodzą straszne serpentyny, ostre zakręty, wyboiste trasy i drogi donikąd. Będzie na pewno dużo roboty, potrzeba zaparcia, wysiłku, kto wie czy nie pojawią się przysłowiowe "krew, pot i łzy" - ale Jego zaproszenie to trasa nie dla idących na łatwiznę, ale dla ambitnych. Uwielbiam cytat z Mateusza: 
od czasów Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je (Mt 11,12)
który wprost odnosi się właśnie do Jana Chrzciciela jako początku. Jezus poszukuje Bożych gwałtowników, ludzi konkretnych, radykalnych! Jeśli myślisz, że pójdziesz raz do spowiedzi, zmówisz "paciorek", jakąś litanijkę i będzie "cacy" - zapomnij, bo Bóg uwielbia zaskakiwać. 

Po co? No właśnie - dla zbawienia. Nagrody, celu tego wszystkiego. Jezus mówi to wprost - dla każdego, dla wszystkich. Dla ciebie. Te doliny do wypełnienia, góry do zrównania, drogi do wyprostowania - to ty i ja. Twoje i moje życie. Plac budowy, a właściwie przebudowy twojego życia. 

środa, 25 czerwca 2014

Jan jak każdy z nas

Dzisiejszy dzień w liturgii jest mocno nietypowy, wyjątkowy. Nie dość, że uroczystość - więc najwyższy stopień w hierarchii (uroczystość - święto - wspomnienie obowiązkowe - wspomnienie dowolne) - to jeszcze uroczystość związana z narodzeniem świętego; jedyny taki przypadek, kiedy świętuje się narodziny ziemskie, a nie te niebieskie (zresztą w przypadku Jana Kościół wspomina obydwa). Nie byle jakiego, bo takiego świętego przełomów. Jana Chrzciciela mianowicie. Tego, który swoją osobą połączył Stary Testament z Nowym Testamentem, bo będąc ostatnim prorokiem Testamentu Starego wskazał równocześnie jako jedyny wprost na Jezusa jako obiecanego Mesjasza. 

Cudownie wymodlone w starości Anny i Zachariasza dziecko, o pół roku od Jezusa starszy daleki Jego kuzyn, po którego poczęciu (samo w sobie cudowne, mając na uwadze wiek matki) działy się cuda jeszcze przed narodzeniem, kiedy ojcu Zachariaszowi Bóg odebrał mowę (dzisiejszy obrazek ewangeliczny - tak to jest, jak człowiek Bogu nie wierzy). Człowiek, który - można chyba powiedzieć - gromadził wokół siebie ludzi na pustyni tylko po to, żeby w końcu pokazać im palcem to, co dzisiaj powtarzamy w każdej Mszy Świętej: oto Baranek Boży, żaden inny. 

Rola na pewno niewdzięczna, którą Jan podjął z dużym wdziękiem. Nie raz i nie dwa razy musiał się pewnie tłumaczyć, jak to przytoczone w II czytaniu: "Ja nie jestem tym, za kogo mnie uważacie. Po mnie przyjdzie Ten, któremu nie jestem godny rozwiązać sandałów na nogach". Urzekająca pokora, takie mocne porównanie - mógł skończyć tylko na tym pierwszym zdaniu, a jednak, podkreśla, że nie jest godny wykonać Jezusowi najprostszej posługi ostatniego ze służących. To, że był konsekwentny, przypłacił głową - krytykowany za niemoralny związek z żoną własnego brata Herdodiadą Herod Antypas, niby nie chcąc ale bojąc się złożonej bezmyślnie obietnicy, skrócił Jana o głowę (stąd często przedstawiany jest z głową na misie). 

Znamienne są ostatnie słowa dzisiejszej Ewangelii: "Kimże będzie to dziecię? Bo istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem (...)". To o Janie oczywiście, ale wydaje mi się, że można je odnieść do każdego z nas, jaki by nie był. Kiedyś my sami, także pewnie rodzice, zastanawiali się - kim on/ona będzie, na kogo wyrośnie? Tak czy siak, Bóg pozostaje z nami całe życie, towarzyszy, jest obok, gotowy pomóc i wspierać. Ale tę Jego obecność można przyjąć z wdzięcznością, albo ją negować i zaprzeczać. Wszyscy rośniemy - a potem się starzejemy - i plan Boży zawsze sprowadza się do tego, abyśmy dojrzeli nie tylko fizycznie po ludzku, ale wzrastali w środku, tym, co mimo zniszczenia ciała pozostanie i będzie trwało dalej: duchem, duszą. Żebyśmy - tak się rozwijając i dojrzewając - każdego dnia odkrywali swoje powołanie, przyjmowali je i realizowali, na miarę swoich możliwości i talentów.  

środa, 16 stycznia 2013

Przedstawienie. Albo prezentacja

Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie. (Łk 3,15-16.21-22)
Zawsze mnie to zastanawiało - czemu, skoro ten Jezusek dopiero co się urodził, Kościół świętowanie właśnie Jego narodzenia zamyka świętem, będącym wspomnieniem chrztu, który dokonał się przecież, lekko licząc, 30 lat później?

Jednak, ma to uzasadnienie nie tylko w Bożej, ale także ludzkiej logice. Chrzest to nie tylko początek przygody z Bogiem każdego chrześcijanina, katolika, przymierze zawierane od teraz na zawsze - ale w kontekście historii zbawienia i historii Syna Bożego to moment zwrotny i przełomowy, bowiem moment stanowiący jakby ujawnienie się Pana jako Mesjasza; obok wesela w Kanie Galilejskiej, gdzie dokonał się pierwszy i tak lubiany przez ludzi cud przemienienia wody w wino. 

Dochodzi także do sytuacji bez precedensu - kuzyn Jezusa, Jan, ostatni prorok, prorok przełomu Testasmentów i czasów, bo stanowiący przejście z tego Starego ku Nowemu, dosłownie palcem wskazuje - ludzie, zostawcie mnie w spokoju, Tego szukacie! On przychodzi w mocy Boga Ojca i Ducha Świętego, aby z siłą ognia dokonać dzieła odkupienia. I do tego ten, jakże wymowny, obrazek - porównanie do służebnej roli wiązania sandałów u nóg. Skoro Jana traktowali jak proroka - kto miałby być tym większym od niego, wobec którego Jan tak bardzo się uniża? Czyżby...?

Po co Jezus przystąpił do chrztu? Nie wiemy. W tym opisie nie ma przytoczonego dialogu, w którym Jan wyraźnie oponował ochrzczeniu Mesjasza, uległ wobec Jego wyraźnego życzenia. Może aby podkreślić swoją ludzką naturę? A jednak przecież On był bez grzechu. 

A mnie się wydaje, że tutaj dochodzi do pierwszego cudu - cudu, w którym sam Bóg Ojciec w Duchu Świętym zstępuje i przedstawia ludziom Tego, którego posłał. Aby nie mieli wątpliwości, aby nie wahali się, aby wiedzieli z kim mają do czynienia, aby zrozumieli, że Jego wola jako Syna jest tożsama z wolą Ojca i Ducha, że On jest tym, na którego oczekiwali. Można by powiedzieć - żeby uniknąć tego wszystkiego, co stało się przez 3 lata publicznej działalności Jezusowym kielichem goryczy, szyderstw, niedowiarstwa, prób podjudzania przeciwko Niemu, poddawania próbom, szukania haka - aż do ukoronowania (dosłownie) tych działań w pamiętny krwawy piątek... Bóg mówi wprost - człowiek w swojej wolności Go olewa, a On nadal kocha i Jezus idzie dalej, aż na krzyż, i ostatecznie do pustego grobu. Co my wtedy zrobimy? Pewnie nic. Dopiero w drodze do Emaus On sam raz jeszcze wszystko będzie musiał wyjaśnić. Dopiero wtedy zapałają serca. 

>>>

Nie dają mi spokoju słowa o. Jacka Krzysztofowicza OP, z linka do nagrania z jego pożegnania. Ta zmodyfikowana przypowieść o synu marnotrawnym, słowa o dojrzewaniu i Bogu dorosłości, czy to końcowe jakby dramatyczne - bierzecie...

niedziela, 30 grudnia 2012

Niech ta moc będzie z wami

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Pojawił się człowiek posłany przez Boga Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości. Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali - łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył. (J 1,1-18)
Prolog ostatniej, jakże innej od pozostałych ewangelii Jana. Słowa, które w tych dniach jest okazja usłyszeć dwukrotnie - najpierw ci, którzy w dniu Narodzenia Pańskiego byli na Mszy w ciągu dnia lub wieczorem (nie na pasterce ani o świcie), ale też każdy, kto wybierze się na Mszę jutro, w ostatnim dniu kalendarzowym roku. Pozorna gra słów, o jakże głębokim znaczeniu. Chrystus jako Słowo wcielone, będące od początku z Boga i będące jednocześnie tym samym Bogiem. Praprzyczyna, siła sprawcza, życie wszystkiego, jedyna światłość. 

Nic dziwnego, że Jan odnosi się do... swojego imiennika, a Jezusowego kuzyna - Chrzciciela. Przecież współcześni im to właśnie Jana Chrzciciela uznali za Mesjasza, czemu ten musiał zaprzeczać, co uczynił wprost, nazywając się "głosem wołającego na pustyni" (Mt 3, 2), powołując się na "większego od siebie, któremu nie jest godzien zawiązać sandałów u nóg" (Mt 3, 11). Tutaj mamy podane wprost - nie Światłość czyli Mesjasz, ale posłany, aby Go wprost zapowiedzieć, wybrany spośród proroków do spięcia klamrą Starego i Nowego Przymierza, do wskazania ludziom Tego, na którego czekają - Światłość oświecającą, co prawda, wszystkich, ale mogącą oświecić naprawdę dopiero tego, który tego oświecenia szuka i pragnie, a z tym - jak wiemy -  już gorzej. 

Właśnie paradoks stajni betlejemskiej najlepiej opisują słowa - Bóg przychodzi do swojej własności, która Jego boskość skrytą pod postacią noworodka po prostu odrzuca, nie przyjmuje. Słowo stało się ciałem, można by powiedzieć, jakby na darmo, w ubóstwie, skrajnej nędzy, między pospólstwem i bydłem, na dodatek z żądnym krwi Herodem na karku. A jednak - to, że Słowo zamieszkało między nami nie umknęło uwadze wszystkich - są mędrcy, są pasterze, są chóry anielskie. Ci, którzy Boga chcą odnaleźć i zauważyć, nie zważając na pozory, dostępują tej wielkiej łaski powitania Króla Królów w Jego ziemskiej ludzkiej postaci. Chwała (na wysokości) Bogu - a na ziemi pokój ludziom dobrej woli; im właśnie. 

Ks. Artur Stopka udostępnił w tych dniach świetny obrazek. Nawiązanie do sagi Georga Lucasa jest bardzo na miejscu w kontekście użytego przez ewangelistę sformułowania - bardziej niż powszechnego. "Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi" - zatem i ja przyłączam się do życzeń, aby moc była z nami wszystkimi; nie żadna inna, żadna gwiezdna, z żadnej bajki - po prostu ta moc, którą przyniósł nam w darze, w prezencie na swoje urodziny, Syn Boży. Niech ta moc będzie z wami

>>>

Warto przytoczyć, tym bardziej że to słowa anglikańskiego zwierzchnika tejże wspólnoty, abp. Rowana Williamsa, z tegorocznej liturgii bożonarodzeniowej w katedrze w Canterbury:>
Jesus does not come just to answer the questions we think important … he does not come to give us a set of techniques for keeping God happy; and he certainly doesn't come to create a harmlessly eccentric hobby for speculative minds. He comes to make humanity itself new, to create fresh possibilities for being at peace with God.
>>>

I kilka świetnych zdań (końcówka w zasadzie) z "Bieganiny za miłością" ks. prof. Jana Kracika z świątecznego TP (dziwne, nie znalazłem na www tej części, tylko dość pocięte cytaty). Cały numer polecam - np. także świetny dialog Turnaua z Mancewiczem, albo opowieść o Jerozolimie jako mieście wiecznego adwentu. Ale do rzeczy:
W liturgii drugiego dnia świąt współistnieją słodkie kolędy i wspomnienie załtuczonego Szczepana. Także duchowe narodziny Chrystusa w ludzkim życiu - czyli rozpoznanie i przyjęcie Boga przychodzącego w sposób często nieoczekiwany, betlejemski - miewają miejsce o dowolnej porze roku. Przeżywanie bożonarodzeniowego wydarzenia w kościelnej wspólnocie sprzyja przyjęciu Jego przesłania, ale nie zastąpi przecież osobistej decyzji uczestniczenia w misterium spotkania z Nowonarodzonym.
Przeszłości nie zmienimy, przyszłości nie znamy. To dziejąca się nieustannie teraźniejszość woła o betlejemskie światło, o wytrwałe nawroty ku dobru, o ludzi cierpliwej przemiany. Jest w tym wołaniu i krzyk tęsknoty za listonoszem nadziei. Niesie ją innym ten, kto zaczyna od siebie. Chrześcijanin myśli o przemianie własnego serca nie w kategoriach osobistego wyczynu, lecz współdziałania z Tym, który - choć dawno już przyszedł - jest ciągle nie dość intensywnie obecny w szopie ludzkich myśli, mowy i uczynków.
To właśnie tam odbyć się ma raz jeszcze Boże Narodzenie. Ciągle na nowo potrzebne i prawdziwe - mimo pakowania go przez wielu w sentymentalizm, folklor czy kicz.  
Czego, za autorem, wszystkim nam życzę - na to po-świętach i nadchodzący pojutrze nowy 2013 rok.

I - mała prośba w imieniu całej naszej trójki - o zdrowie, bo z tym krucho (ja na zwolnieniu od 10 grudnia...), bo reszta nam naprawdę niepotrzebna, a póki co wszyscy chorujemy :/

środa, 21 grudnia 2011

Dialog nienarodzonych

W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w pokoleniu Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała: Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana. (Łk 1,39-45)
Pięknie pasuje do tekstu niedzielnego. Spotkanie dwóch krewnych, dwóch kobiet, dwóch matek nienarodzonych ale przecież już istniejących dzieci. Spotkanie dwóch świętych. Głęboka wspólnota, wzniosła kontemplacja dwóch osób, które odegrają znaczącą rolę w historii zbawienia - jedna jako matka ostatniego z proroków Starego Przymierza, Jana Chrzciciela, druga jako matka Mesjasza, którego ów prorok zapowiadał. 

One rozumieją się bez słów. Maleńki Jan w łonie Elżbiety od razu reaguje na pojawienie się Maryi i ukrytego w jej łonie Jezusa. Łączy zarówno ich, jak i ich matki, obecność Najwyższego, otulenie Jego łaską. Nie zastanawiają się nad wytłumaczeniem tego, co je spotkało - macierzyństwo w jesieni życia Elżbiety i niewytłumaczalne po ludzku poczęcie dziecka w łonie Maryi. Radują się sobą nawzajem i otrzymanymi od Boga darami, ich macierzyństwem. 

Mały Jezus działa i porusza, dosłownie, serca ludzi jeszcze przed swoim narodzeniem. Puka do tych serc, i na Jego pukanie odpowiadają nawet inne nienarodzone dzieci. Chrześcijanin, spotykając w swym życiu Boga, uczy się promieniować wszystkimi odcieniami miłości, czuje prawdziwe pragnienie otwarcia się - na Boga, na innych ludzi. Współpracując z Bogiem staje się sam, bezwiednie, darem dla tych, do których zmierza. Może w tym adwencie chodzi tylko o to, abym sam nauczył się być takim darem dla innych?

sobota, 17 grudnia 2011

Bóg zamknięty w lampie

Wysłaliście poselstwo do Jana i on dał świadectwo prawdzie. Ja nie zważam na świadectwo człowieka, ale mówię to, abyście byli zbawieni. On był lampą, co płonie i świeci, wy zaś chcieliście radować się krótki czas jego światłem. Ja mam świadectwo większe od Janowego. Są to dzieła, które Ojciec dał Mi do wykonania; dzieła, które czynię, świadczą o Mnie, że Ojciec Mnie posłał. (J 5,33-36)
Ciekawe, bo jakoś nigdy nie zwróciłem uwagi na ten fragment.

Pierwsze słowa mogą zabrzmieć nieco dziwnie. Jednak, kiedy się nad nimi zastanowić, są jak najbardziej sensowne. Do Adwentu pasują, choć wypowiedziane zostały w zupełnie innym momencie. Jezus nie zważa na świadectwo człowieka? Tak - w tym sensie, że nie jest Mu ono potrzebne, aby mógł pełnić swoją misję, aby prawdziwie był Bogiem. Jest Nim, czy nam się podoba, czy też nie. Jan był tym ostatnim z proroków, jedynym - poza starym Symeonem - który wprost wskazał na Mesjasza. Jego świadectwo nie jest, w związku z tymi słowami Jezusa, mniej ważne czy wartościowe. Miał pełną rację - tak, ten był Mesjaszem. Gdyby jednak swego świadectwa Jan nie złożył, czy ktokolwiek inny - Jezus również byłby Nim, tak samo. Bóg może się obejść bez człowieka, jego uznania boskości - a człowiek bez Boga?

Dalsza część tekstu pięknie nawiązuje do, znanej nam, tradycji lampionów, świec i świateł roratnich. Wchodzimy do ciemnego kościoła, oświecając sobie nimi drogę, aby przy dźwięku Gloria in excelsis Deo dopiero świątynia rozbłysła lampami. Pielgrzymujemy więc na te roratnie przygotowania, jak panny roztropne, o których nie tak dawno słuchaliśmy w liturgii. W naszych lampach płonie światło, a serca rozpala to prawdziwe, jedyne w swoim rodzaju światło oczekiwania i wiary zarazem. To światło, którym jest przychodzący i rodzący się Zbawiciel. Jedyne światło, jedyny punkt odniesienia - jak sam stwierdził - w przeciwieństwie do największego nawet proroka, jak Jan Chrzciciel. Każdy jest tylko lampą, przekaźnikiem. Bez źródła - światła - cała reszta nie ma znaczenia, jest bezużyteczna. 

Jest jeszcze kilka dni, aby wyruszyć ze swoimi lampami do źródła światła. Zanim Ten, wyczekiwany i wytęskniony, sam przyjdzie. 

piątek, 16 grudnia 2011

Jan i Jezus - który prorokiem, który Mesjaszem?

Gdy wysłannicy Jana odeszli, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w pałacach królewskich przebywają ci, którzy noszą okazałe stroje i żyją w zbytkach. Ale coście wyszli zobaczyć? Proroka? Tak, mówię wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana. Lecz najmniejszy w królestwie Bożym większy jest niż on. I cały lud, który Go słuchał, nawet celnicy przyznawali słuszność Bogu, przyjmując chrzest Janowy. Faryzeusze zaś i uczeni w Prawie udaremnili zamiar Boży względem siebie, nie przyjmując chrztu od niego. (Łk 7,24-30)
Dosłownie, ciąg dalszy tekstu, o którym ostatnio pisałem. Jezus zrozumiał, że ludzie mają wątpliwości. Szczerość poselstwa Jana, które dopiero co odeszło, Go w tym utwierdziła. Szukali szczerymi i pałającymi sercami Mesjasza - nie byli pewni, kogo widzą przed sobą. Bardzo chcieli, aby okazało się że On jest Mesjaszem. Ale czy był? Wielu było - wcześniej i później - oszustów, przed którymi sam Jezus nie raz ostrzegał. Więc jak to jest? Kim On jest?

Nie zakołysał trzciną na wietrze - co miało być nawiązaniem do proroctwa Izajasza (Iz 42, 1-3) - dokładnie tak, jak Bóg zapowiadał o "swoim słudze, którego podtrzymuje, wybranym jego, w którym ma upodobanie". Niewątpliwie, Duch Pański na Nim spoczywał - co Bóg poprzez tego właśnie Ducha wprost oznajmił Janowi w momencie chrztu, gdy nad Janem i Jezusem otworzyło się niebo. Nie krzyczał, nie posługiwał się siłą (z wyjątkiem sytuacji, gdy powyganiał kupczących w świątyni). Nie pasował do wizerunku, image'u żadnego z wielkich tamtego świata - żadnych gustownych i kosztownych szat, korony, berła, kosztowności. Te otrzymał tylko raz, od trzech mędrców, którzy prowadzeni gwiazdą przyszli do Jego miejsca narodzenia. Tylko oni z władców uznali Go jako Mesjasza, i w ten sposób uhonorowali. Zresztą On nie takim chciał być królem, w ludzkim rozumieniu zbytku, władzy, przerostu formy nad treścią, nieograniczonych możliwości i najczęściej oderwania od rzeczywistości poddanych. Jezus chciał i zakrólował w sercach ludzkich - to do nich mówił, i do nich chciał dotrzeć, bez względu na to, do jakiego stanu, narodu czy wyznania należeli ci, którzy Go słuchali. 

Prorokiem też nie był. Prorokiem był ten, który Go zapowiadał, i to jak skutecznym. Dziwne, prawda? Swego rodzaju paradoks. Jana uważano za Mesjasza i pytano, czy Nim nie jest - a on wskazywał na Jezusa. Z kolei Jezusa, tego jedynego prawdziwego Mesjasza, uważano za proroka... Tu nie chodziło o żadne konotacje rodzinne, o pokrewieństwo. W wypowiedzianych o Janie słowach Jezus chciał wskazać, jak wielkim był człowiekiem, jednocześnie podkreślając, o ile większym będzie od Jana każdy, kto otrzyma i przyjmie zbawienie.

Ostatnie dni adwentu... Za tydzień i jeden dzień rano ostatnie roraty, a wieczorem już wieczerza wigilijna. Pan jest coraz bliżej. Bliższy wtedy, tamtym ludziom, którym wykazywał, że proroctwa się do Niego właśnie odnoszą. Bliższy też nam. Oby.

środa, 14 grudnia 2011

Liczą się czyny, a nie tytuły i nazwy

Jan przywołał do siebie dwóch spośród swoich uczniów i posłał ich do Pana z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Gdy ludzie ci zjawili się u Jezusa, rzekli: Jan Chrzciciel przysyła nas do Ciebie z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? W tym właśnie czasie wielu uzdrowił z chorób, dolegliwości i uwolnił od złych duchów; oraz wielu niewidomych obdarzył wzrokiem. Odpowiedział im więc: Idźcie i donieście Janowi to, coście widzieli i słyszeli: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi. (Łk 7,18b-23)
Bardzo ładne uzupełnienie tekstu niedzielnego. A właściwe - jego logiczna kontynuacja. W końcu Jan zapowiada Mesjasza, i pewnie sam już rozumiał, kogo nad Jordanem w czasie chrztu wskazał mu Duch Święty. Mając świadomość epokowości tego wydarzenia, chce się jednak upewnić. I robi to w najbardziej prosty możliwy sposób - chce zapytać samego zainteresowanego. Kim Ty jesteś? 

Pewnie Jezus, czy to jako Syn Boży, czy po prostu człowiek który dokonywał takich a nie innych, nie da się ukryć - spektakularnych, dzieł, mógł użyć tutaj słów, w których jakoś tryumfalnie opisał by sam siebie czy też przedstawił wysłannikom Jana. Nic takiego nie ma miejsca. Znają Go z imienia, wiedzą kim jest. Nie odpowiada wprost. Żadne "tak, to ja", czy "tak, ja nim jestem" jak odpowie kilka lat później Piłatowi. Powołuje się nie tyle na swój autorytet - do którego jako Bóg-Człowiek ma przecież pełne prawo - ale na czyny, jakich dokonał. Uzdrawia ślepych, kalekich, oczyszcza trędowatych, przywraca słuch głuchym. Przy tym w Jego działaniu nie ma za grosz wyrachowania, dumy, chęci zaspokojenia ambicji, żądzy popularności, które pewnie prędzej czy później ujawniły by się w wypadku oszustów. Widzi człowieka, kocha go i dlatego chce zarazić jego cierpieniom. Absolutnie bezinteresownie. Z miłości.

I tylko to tajemnicze zdanie na końcu. Błogosławiony, kto we Mnie nie zwątpi. Ono rozwiewa wątpliwości. Żyjący Bóg nie przedstawia się wprost, jak kiedyś np. Mojżeszowi, nawet w formie słownej zagadki. Potwierdza tylko - ten, który Mnie słucha, dobrze wybrał i podąża właściwą drogą. Jego błogosławieństwem stanie się Ten, który czeka na każdego u kresu drogi jego życia. A na nas - już niedługo, bliżej - w belejemskiej stajence.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Dobra czy radosna?

Pojawił się człowiek posłany przez Boga - Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o światłości. Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: Kto ty jesteś?, on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: Ja nie jestem Mesjaszem. Zapytali go: Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem? Odrzekł: Nie jestem. Czy ty jesteś prorokiem? Odparł: Nie! Powiedzieli mu więc: Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz sam o sobie? Odpowiedział: Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską, jak powiedział prorok Izajasz. A wysłannicy byli spośród faryzeuszów. I zadawali mu pytania, mówiąc do niego: Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem? Jan im tak odpowiedział: Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała. Działo się to w Betanii, po drugiej stronie Jordanu, gdzie Jan udzielał chrztu. (J 1,6-8.19-28)
Adwent, wbrew pozorom, to trudny czas. Dlaczego? Bo na każdym kroku - samym sobie i wszystkim wokół - staramy się udowodnić, że jesteśmy samowystarczalni, potrafimy zapewnić sobie sami wszystko co naprawdę jest potrzebne, nikt ani nic nie jest nam do szczęścia potrzebne. I jak tu, tak uczciwie, szczerze i autentycznie, oczekiwać Kogoś, kto okazuje się być jedyną prawdą, właściwą drogą i wiecznym życiem - czyli odpowiedzią na wszystkie pragnienia i porywy ludzkiego serca? Ciężko. Trzeba się zdecydować. 

Ewangelista zaczyna dzisiaj w miejscu, gdzie kończy się prolog do ewangelii Janowej, który usłyszymy - ci, którzy będą uczestniczyli we Mszy Świętej w dzień - w uroczystość Narodzenia Pańskiego, już za 2 tygodnie (J 1,1-18). O Światłości Kościół odczyta, gdy ta Światłość nadejdzie. Dzisiaj skupia swój wzrok na tym, który ową Światłość zwiastował - na Janie. Wielkim proroku, ostatnim Starego Przymierza (wbrew temu, jak zaprzecza dzisiaj, gdy zostaje zapytany o to czy jest prorokiem), a jednak nie o Światłości - lecz posłanym, by o Niej świadczyć. To dobitne potwierdzenie, rozróżnienie, w zestawieniu z zadawanymi Janowi dzisiaj wieloma pytaniami pokazuje, jak bardzo ludzie pragnęli i wyczekiwali Mesjasza. Jan dał nadzieję, że być może to właśnie On. 

Pytający chyba się zawiedli. Ani Mesjasz, ani Eliasz, ani prorok. Więc kto? Tylko tak naprawdę - Eliasz przyszedł, wypełnił swoją misję dawno i odszedł. Jaki miało sens czekanie na niego? Nierealnie, mijające się z rzeczywistością. Ludzie tak bardzo wyczekiwali obiecanego Zbawiciela, że chcieli Go zobaczyć tam, gdzie Go nie było. Np. w Janie. Trzeba jednak uważać - szukać szczerze i uczciwie, a nie za wszelką cenę dopasować swoje oczekiwania do człowieka, a może na odwrót, byle by tylko się zgadzało. Nie każdemu dane było żyć w czasach, gdy Mesjasz miał nadejść. Czy to znaczyło, że mieli sobie Go wymyślić albo obwołać Nim kogoś, kto do Jego wyobrażenia pasował? Nie. 

Jan był prorokiem doskonałym, żeby zapowiedzieć "tego, który pośrodku nich stał, a którego oni nie znali", właśnie dzięki swojej bezkompromisowości, wręcz brawurze w napominaniu i wzywaniu do nawrócenia, także w formie piętnowania nadużyć władzy (co ostatecznie doprowadziło go do śmierci - jedyny przykład w historii Kościoła, gdzie wspomina się osobno zarówno narodzenie, jak i śmierć świętego). Mógł być odbierany jako dewocyjny dziwak, a jednak to właśnie w nim zajaśniała Światłość prawdziwa, która na świat przyszła - dzięki temu, że był przezroczysty, a nie skupiał się na własnym blasku, który wtedy by przesłonił Boga. Był bardzo... no właśnie. Wytrwały. Ktoś by powiedział - monotonny. Do znudzenia mówił o tym samym. Niby proste i oczywiste, a przede wszystkim fundamentalne sprawy - a ile z nimi problemów tamci mieli wtedy, i my dzisiaj mamy. Po ludzku może się wydawać, że nie spełnił swojego celu - bo czy "wszyscy uwierzyli przez niego"? Ci, którzy naprawdę chcieli - tak. W końcu tylko Jan wskazał Go po prostu palcem. Ten jest Mesjaszem. Dokładniej się nie dało. 

Nie sposób nie nawiązać do słów Izajasza z I czytania: "Duch Pana Boga nade mną, bo Pan mnie namaścił. Posłał mnie, by głosić dobrą nowinę ubogim, by opatrywać rany serc złamanych, by zapowiadać wyzwolenie jeńcom i więźniom swobodę; aby obwieszczać rok łaski Pańskiej" (Iz 61,1-2a). To jest sedno Jezusowej misji, którą Jan zapowiadał. A w tych słowach - kluczowe - wyzwolenie. Nie jakieś formalne, państwowe, w postaci rewolucji w Jerozolimie, ani też jakieś magiczne, metaforyczne. Wyzwolenie człowieka - wszystkich, każdego konkretnego, wtedy i dzisiaj - mnie i ciebie. Nie kiedyś w wieczności - tam nie będzie to już potrzebne. Tu i teraz. 

Gdyby tak zapytać przypadkowe osoby, załóżmy nawet - które zadeklarują się jako wierzący katolicy - po co Jezus przyszedł na świat i co chciał zdziałać, usłyszelibyśmy różne odpowiedzi, ale mniej lub bardziej sprowadzające się do tego, że nas zbawił, że dał przykazania. I w sumie się zgadza. Tylko z brzmienia tych słów pewnie mało by brzmiało, że to wszystko są wielkie i wspaniałe, a zarazem absolutnie darmo dane dary. Wielu ewangelie - serce Biblii - sprowadza do przypowieści, nauk, nakazów i zakazów. A to prawdziwe sedno, sens, jest tutaj właśnie, w słowach Izajasza: głosić dobrą nowinę ubogim, opatrywać rany serc złamanych, zapowiadać wyzwolenie jeńcom i więźniom swobodę, obwieszczać rok łaski Pańskiej.

To jest Ewangelia. εὐαγγέλιον, euangelion. Dobra Nowina? Tak. Ale bardziej pasuje - radosna nowina. Radosna, jak to oczekiwanie nasze adwentowe. 

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Prostowanie polskich dróg serc

Początek Ewangelii o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym. Jak jest napisane u proroka Izajasza: Oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją. Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, Jemu prostujcie ścieżki. Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając przy tym swe grzechy. Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym. I tak głosił: Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym. (Mk 1,1-8)
To już 2 niedziela, wyjątkowo krótkiego w tym roku adwentu, prawie półmetek (sobota 3. tygodnia adwentu to już wigilia Narodzenia Pana). Czas szybko leci, dynamiczna ewangelia przedstawia dzisiaj głównego adwentowego bohatera - można powiedzieć, Jezusowego kuzyna, Jana zwanego Chrzcicielem. My także nabieramy rozpędu w tych świątecznych przygotowaniach - mam tylko nadzieję, że wewnętrznych, układając w sersu pewne sprawy i nade wszystko tam robiąc porządek, a nie biegając od jednej wystawy do innej. Trwając w tym adwentowym klimacie radosnej zadumy - a nie tylko próbując jakoś przetrwać ten zakupowy szał.

Jan to postać niezmiernie ciekawa. O ile już jego narodzeniu towarzyszyły wydarzenia co najmniej dziwne i niezrozumiałe - bo czy normalnym jest, że staruszka rodzi dziecko? - o tyle później pewnie ludzie o tych okolicznościach zapomnieli i nic nie wskazywało, aby wyrastający chłopiec miał do odegrania jaką ważną rolę. Bóg patrzy inaczej i bardzo często wskazuje człowiekowi drogę, która wydawać mu się może dziwna i niezrozumiała. Zmusza do kreatywności, improwizacji. Tak właśnie staje się z Janem. Janem - nie ukrywajmy - nieco dziwnym nawet jak na tamte czasy, skoro "nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym". Można by powiedzieć - ekscentryczny (nawiedzony lekko?) charyzmatyczny kaznodzieja. Wielu takich było. 

Przyciągał bardzo ludzi. Owszem, w dużej mierze z tzn. marginesu. Schodzili do niego i pytali - co robić, co czynić? W odpowiedzi nie słyszeli moralizowania górnolotnego, a proste rady - nie kłam, nie kradnij, dziel się tym co masz, pomagaj potrzebującemu. Zacznij od małych spraw, wtedy gdy za jakiś czas weźmiesz się za większe, masz szansę, że ci się uda. Proste, prawda? Przy okazji - to dobry pomysł na dobieranie postanowień adwentowych - nie ilość, ale jakość i wykonalność. Lepiej skupić się na czymś małym i odnieść sukces, niż rzucać się z przysłowiową motyką na księżyc, i nie dać rady. 

Jan jakby dojrzewał na pustyni - miejscu bardzo znamiennym, biorąc pod uwagę historię Narodu Wybranego. Oni jako całość dojrzewali tam przez 40 lat, aby dotrzeć do Kanaan. W pustyni człowiek lepiej słyszy, więcej widzi. Musi wykazać się czujnością, nie może przestać czuwać. Wreszcie - na pustyni nic ani nikt nie odwraca uwagi od Boga. Umiera to, co pozorne, plastikowe, tandetne i kruche. Zostaje to, co najważniejsze. Oczywiście, są pokusy, wręcz się pewnie wzmagają. Tak, jak u nas dzisiaj - pójść np. na rekolekcje adwentowe, zerwać się z wyra na roraty, pójść na adorację, czy po prostu bezmyślnie poleżeć na kanapie przed tv czy monitorem komputera? Na pustyni albo poddasz się pokusom złego i odpadniesz, albo uświadomisz sobie własną słabość i grzeszność, które Bóg wypełni swoim miłosierdziem. Jest ciągle czas. Bóg, czekający na pustyni, jest cierpliwy, ma czas.

Pierwsza niedziela adwentu upłynęła pod znakiem czuwania, druga stawia przed nami pewne zadanie. Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, Jemu prostujcie ścieżki. Przygotować w pewnego rodzaju, ale potrzebnym, egoiźmie - bo skupiając się na sobie. Tak, nie moralizując innym, wytykając wszystkie możliwe (i te urojone, przy okazji, też) potknięcia i błędy. Przygotować swoje poletko, swój ogródek - i, jak Jan, wiedzieć, kiedy się wycofać. Zgromadził wokół siebie sporo ludzi, udzielał im chrztu z wody - ale wiedział, że nie na nim się to kończy, że za nim idzie większy, mocniejszy. On sam tylko przygotowywał grunt Panu. 

To także zadanie dla nas - uporządkować, co się da, i zaprosić w ten porządek Boga, aby go zagospodarował i nadał mu sens. Cytując x Artura Stopkę - nie tak, jak "prostowanie" dużej części polskich dróg, niech to nie trwa jak budowa autostrad Na dobry początek - porządny rachunek sumienia, szczera spowiedź, postanowienie o np. cotygodniowym sumiennym pełnym uczestniczeniu w Eucharystii. Tylko wtedy Słowo, które ponownie przyjdzie na świat, będzie miało szansę stać się Ciałem także we mnie.

wtorek, 18 stycznia 2011

Chrzciciele po swojemu - Boże światełka

Jan zobaczył Jezusa, nadchodzącego ku niemu, i rzekł: Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. To jest Ten, o którym powiedziałem: Po mnie przyjdzie Mąż, który mnie przewyższył godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. Ja Go przedtem nie znałem, ale przyszedłem chrzcić wodą w tym celu, aby On się objawił Izraelowi. Jan dał takie świadectwo: Ujrzałem Ducha, który jak gołębica zstępował z nieba i spoczął na Nim. Ja Go przedtem nie znałem, ale Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: Ten, nad którym ujrzysz Ducha zstępującego i spoczywającego nad Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym. Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym. (J 1,29-34)
To z niedzieli, jak zwykle jestem do tyłu... O czym to tekst? O radykalizmie. Ktoś zaprzeczy - nie, przecież wyraźnie, o Janie Chrzcicielu i chrzcie Jezusa. Niby ma rację. To fragment, jeden z wielu, opowieści o Jezusie - ale trzeba umieć ją przełożyć, jak zawsze, na język współczesnego człowieka, aby zrozumieć. Co zrozumieć? Sens tego, co Bóg mówi i na co wskazuje, co stawia nam jako przykład - i jak ja mam ten przykład zastosować, wykorzystać w swoim życiu. Bo po co się starać, bo życie jest monotonne, bo wszystko jest przewidywalne. Bo za mało pieniędzy, za słabo płacą, za mało doceniają, za dużo wymagają (także najbliżsi, rodzina, przyjaciele - a człowiek by w domu pospał, poleżał przed tv albo z gazetą), doba za krótka, itp.

Wiesz, co jest naszym największym problemem? Mamy tendencję do bylejakości. Sporo z tego, co robimy, robimy na pół gwizdka, w pracy odwalamy fuszerki, byle szybciej, byle łatwiej, po najmniejszej linii oporu. Robimy, bo musimy - nie dlatego, że chcemy dobrze zrobić. Co najgorsze - jak człowiek zaczyna tak podchodzić do obowiązków mniej przyjemnych, ale koniecznych (np. praca) - to potem bardzo szybko takie podejście może przenieść się też na inne rzeczy, materie, sprawy. Takie wszechogarniające zniechęcenie.

Pewnym drogowskazem, znakiem że takie rozumowanie jest zupełnie złe, jest I czytanie niedzielne. Czy Izajasz był byle jaki, zanim go Bóg powołał na proroka? Można założyć, że nie - był człowiekiem pobożnym, ale także bardzo dobrze wykształconym  odznaczał się znajomością spraw publicznych, polityki, kwestii religijnych i społecznych oraz wielką kulturą; był osobą znaną na królewskim dworze. Współcześni mu pewnie by powiedzieli - wybitny. A jednak, Bóg stawia sprawę jasno - to za mało:
 Tyś Sługą moim, Izraelu, w tobie się rozsławię. Wsławiłem się w oczach Pana, Bóg mój stał się moją siłą. A teraz przemówił Pan, który mnie ukształtował od urodzenia na swego Sługę, bym nawrócił do Niego Jakuba i zgromadził Mu Izraela. A mówił: To zbyt mało, iż jesteś Mi Sługą dla podźwignięcia pokoleń Jakuba i sprowadzenia ocalałych z Izraela! Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi. (Iz 49,3.5-6)
Wielkość po ludzku, znajomości, towarzystwo, referencje, wykształcenie - to za mało, nawet gdy człowiek jest bogobojny, pobożny, wierzący. To zbyt mało - słowa Boga. A na pewno za mało i źle, gdy byle jak wegetujemy z dnia na dzień, bez ambicji, marzeń, celów, starając się tylko przeżyć kolejny dzień, dożyć do weekendu. I tutaj Bóg znowu stawia nam przed nosem jakby dosłownie Jana Chrzciciela. Czy był on pewien tego, co ogłosił? Czy Bóg dosłownie wskazał mu Jezusa w sposób tak spektakularny, jak oddaje to Pismo Święte - otwarte niebo, gołębica, światło i głos Najwyższego? Może to tylko przenośnia, dodana aby uświadomić, że Bóg wprost, w sposób zdecydowany i dokładny wskazał Janowi Jezusa? Może to wszystko obyło się bez tak spektakularnych znaków - a sformułowano je, aby nam, czytającym po wiekach, łatwiej było zrozumieć: Bóg dał Janowi znak, wobec którego Jan nie miał żadnych wątpliwości?

Takie znaki są wszędzie wokół nas i dzisiaj. Zaproszeniem są choćby zacytowane wyżej słowa Izajasza. To nie tylko kawałek jego autobiografii - jak to sam został przez Boga wezwany i powołany - ale zaproszenie i zachęta, jaką Pan kieruje do każdego z nas. Światłość nie oznacza roli - proroka, chrzciciela grzeszników, mesjasza - ale postawy, sposobu życia. Tą światłością ma być każdy z nas - tam, gdzie aktualnie się znajduje. 

Nie da się ukryć, że Jan ryzykował. Nie mógł przewidzieć, co ludzie zrobią. Jak się poczyta cały ten 1 rozdział Janowej ewangelii, nie sposób niestety dojść do tego, wobec kogo wypowiedział te słowa o Jezusie, wskazując, iż jest On Mesjaszem - napisane jest, że rzekł. Do kogo, pod czyim adresem? Nie bał się jednak. Wiedział, pewny świadectwem i obietnicą Boga, że tak musi postąpić. Gwarantem, że to, co robi, ma sens - było nic innego jak zapewnienie Najwyższego (w tym wypadku - konkretne objawienie o osobie Jezusa). Czy wiedział, że jego misja doprowadzi go - jak i Tego, którego wskazał - do śmierci? Wiedział na pewno, że jego misją jest wzywanie do nawrócenia, i był jej wierny - do końca. W końcu, za to właśnie zginął, za uparte nazywanie grzechów grzechami i napominanie.

Czy to było łatwe zadanie? Pewnie, wiele osób szło za Janem - później wskazał im Jezusa, aby za Nim poszli - ale równie wiele, o ile nie więcej i potężniejszych miał wrogów i przeciwników. Grzechów i słabości, które nas drążą, ale do których sami przed sobą się nie przyznajemy, jest bardzo dużo - i bardzo nie lubimy, kiedy ktoś je wytyka palcami i nazywa po imieniu. To była ciężka praca. Jakaś analogia? Jak człowiek żyje uczciwie, wkłada siły w pracę, a serce w rodzinę, troszczy się o to wszystko i stara - to jest podobnie. Nie każdy z nas ma być Janem Chrzcicielem - ale każdy ma być taki, jak Jan: wytrwały, dobitny, zdecydowany i radykalny. 

 To jest ta światłość, którą mamy świecić, której chce dla nas Bóg, a o której mówi Izajasz. Nieprzypadkowo - światłość, bo pochodząca od pierwotnej Światłości - W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła (J 1, 4-5). Nie swoim własnym światłem, blaskiem własnych dokonań czy cnót mamy świecić - ale światłem Boga. Tego światła, realizowania się w ten sposób w głębi serca każdy z nas - czy sobie z tego zdaje sprawę, czy nie - pragnie. Pytanie brzmi - czy tylko na tęsknocie się skończy, czy spróbujesz wreszcie sam zaświecić?

>>>

Przykry przykład tego, że w imię poprawności politycznej Europie grozi zamykanie kościołów - i to z Barcelony, miejsca które bardzo lubię... I dlaczego? Bo papież ośmielił się przypomnieć w czasie zeszłorocznej pielgrzymki Hiszpanom o wartościach. A władze uniwersytetu, gdzie znajduje się kaplica, nie potrafią (a może nie chcą?) zapewnić modlącym się bezpieczeństwa. Brzmi dramatycznie - jakby mówić o jakimś miejscu na Bliskim Wschodzie, w Ziemi Świętej; a chodzi o środek cywilizowanej Europy. Widać nie tylko o tę cywilizowaność chodzi.

wtorek, 11 stycznia 2011

I to wszystko dzięki chrztowi

Jezus przyszedł z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie? Jezus mu odpowiedział: Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe. Wtedy Mu ustąpił. A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A głos z nieba mówił: Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie. (Mt 3,13-17)
Na początek - pytanie, które pewnie każdy z tych, którzy w niedzielę Chrztu Pańskiego (jakąkolwiek, nie tylko tą sprzed 2 dni) pojawili się w kościele, usłyszeli w jakieś tam formie. Czy pamiętasz datę swojego chrztu? Ja, tak się składa, tak. Większość ludzi nie pamięta, ale sam fakt zapamiętania tego detalu nie oznacza wiary i bycia na dobrej drodze. Jednak warto je sobie zadać. Bo to jest punkt odniesienia, początek człowieka jako członka wspólnoty Kościoła. Jak to powiedział, cytowany poprzednio, kard. Joachim Meisner, człowiek ma początek, ale nie ma końca - więc chrzest jest początkiem naszej wiary. A skoro na swojej drodze mamy wracać do źródła - warto umieć je umiejscowić, nie tylko jakoś abstrakcyjnie.

Dla kogoś, kto na tamtą sytuację patrzył z boku, mogła być ona co najmniej dziwna. Skoro Mesjasz - to bez grzechu. Więc co Mesjasz robi w kolejce grzeszników, czekających na obmycie z grzechów przez Jana Chrzciciela w wodach Jordanu? A to właśnie zobaczyli. Jan, jak zwykle, stał i chrzcił, pewnie czekała spora grupa ludzi - aż podchodzi do niego sam Jezus. Tak, daleki kuzyn, rodzina. Czy wcześniej zdawał sobie z tego sprawę? Pewnie nie. Jedno jest pewne - w tym momencie stało się to dla niego jasne: zapowiadany Zbawiciel, Pan stoi przed nim w ludzkiej postaci. Spełniły się słowa proroctw i pism - Mesjasz przybył!

Tekst ewangeliczny nie podaje wprost jednak, czy Jan jakkolwiek zwerbalizował, wypowiedział wobec ludzi to, co zrozumiał - czy powiedział coś w stylu Oto Mesjasz!, wskazał Go wprost. Nie musiał. Świadectwo o Jezusie dał sam Jego Ojciec, sam Bóg. To właśnie na Niego, na tego Człowieka czekacie. To w Jego głos i Jego nauki się wsłuchujcie. Żaden władca w ludzkim rozumieniu, bez wojska czy zaplecza politycznego koniecznego dla zorganizowania przewrotu (bo wielu, niestety, w ten sposób tylko rozumiało rolę i zadanie Mesjasza - wyzwolenie Izraela jako narodu, w ludzkim rozumieniu) - ale kto czyta ze zrozumieniem, ten widzi, że proroctwa w Nim samym się wypełniają. Inna rzecz - czy świadkami objawienia łaski Bożej w postaci gołębicy i wypowiedzianych słów był tylko sam Jan, czy też ujrzeli to wszyscy tam zgromadzeni - nie wiemy.

Po co Jezus pozwolił się ochrzcić? Po co na ten chrzest nalegał - widzimy to wyraźnie, że Jan nie chciał Go chrzcić, uświadomiwszy sobie, kim On jest. Może dlatego, że chciał wypełnić co do siebie wszystko to, co dotyczyło ludzi? Sam przecież był w pełni człowiekiem, pozostając jednocześnie Bogiem. Bez grzechu, choć ludzki. Może wiedząc o tym, że z tego gestu, z tego wydarzenia w Kościele, jaki pozostawi na świecie, czerpać będzie pierwszy i może przez to właśnie kluczowy sakrament, inicjacja chrześcijańska, czyli właśnie chrzest? Jesteśmy świadkami przełomu - ostatni prorok Starego Testamentu wskazuje na Tego, który jest początkiem Nowego Testamentu; Bóg zaś własnymi słowami jakby potwierdza to wskazanie.

Dla nas to wydarzenie jest jasną wskazówką. Nie ma znaczenia to, co się człowiekowi o Jezusie wydaje, kogo chciałby w Nim widzieć, jak bardzo On sam człowieka do siebie przekonał. Bóg sam potwierdza swoim słowem Jezusowe posłannictwo, poświadcza Jego rodowód. Bóg po prostu przyznaje się do tego, że sam posłał Jezusa, i nie jest On żadnym szarlatanem, fałszywym prorokiem czy uzurpatorem, jakich wielu wtedy i dzisiaj mami ludzi. Jest Zbawicielem, Odkupicielem, odpowiedzią na tęsknoty serca każdego człowieka. 

Co najważniejsze - Bóg przyszedł w swoim Synu na świat nie dla wybranej w jakiś sposób wyróżnionej grupy ludzi, ale dla każdego. Dał o tym świadectwo w pięknych słowach  (I czytanie z niedzieli) sam pierwszy następca Jezusa, czyli papież Piotr:
Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie. Posłał swe słowo synom Izraela, zwiastując im pokój przez Jezusa Chrystusa. On to jest Panem wszystkich. Wiecie, co się działo w całej Judei, począwszy od Galilei, po chrzcie, który głosił Jan. Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą. Dlatego że Bóg był z Nim, przeszedł On dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła, dlatego że Bóg był z Nim. (Dz 10,34-38)
To nie był żaden spektakl czy show - to, co zdarzyło się nad Jordanem. To było preludium dla całego szeregu po ludzku niewytłumaczalnych zdarzeń - cudów, uzdrowień, wypędzeń złych duchów, a nawet wskrzeszeń. Bóg działał w Jezusie. Bóg był w Nim - On był Bogiem. Cuda miały ułatwić przekonanie do Niego ludzi - ale nie tylko na cudach polegała Jego misja. Pamięć o tym, co cudowne, pozostała - ale najważniejsze jest to, że pozostało Jego Słowo, Pismo Święte, najlepsze drogowskazy dla każdego człowieka każdych czasów. Dzięki niemu Bóg pozostaje z nami - ze wszystkimi ludźmi - nawet dzisiaj, 2000 lat po tym, gdy Jezus odszedł z tego świata, wcześniej zabity, ale zmartwychwstały.

W tych słowach, jakie padły nad Jordanem, Bóg jakby wskazuje misję Jezusa - choć w dużym skrócie. Nie precyzuje planu, założeń czy głównych celów - potwierdza całość tego, co zamierza Jezus; posługuje się - w tym przekładzie - sformułowaniem upodobanie, a więc można je interpretować jako akceptację, zgodę i bezgraniczne poparcie dla samego Jezusa i wszystkiego, co dokona.

Tak samo jest z moim, twoim - chrztem każdego człowieka. To taki przełomowy moment, gdy Bóg w uroczysty sposób zwraca się do każdego z nas, a my pierwszy raz otwieramy przed Nim serce. To pierwszy krok na życiowej drodze odpowiadania na Boże zaproszenia - czasami jakby wykonywany za nas przez rodziców, gdy jesteśmy jeszcze malutcy. Oni chcą, abyśmy wzrastali w Kościele, jako członkowie Mistycznego Ciała Chrystusa, i abyśmy swoje życie splatali z Bogiem i szli przez nie z Jego pomocą. Nie chodzi o żaden automatyzm - kolejny w wielkiej rzeszy anonimowych ludzi - ale o żywą i trwałą relację pomiędzy Nim a mną. O to, że Bóg zwracając się do mnie, uświadamia mi moją własną wyjątkowość, i pokazuje, proponuje, jak tę swoją indywidualność mogę twórczo i owocnie spożytkować, co z nimi mogę zrobić dobrego w ramach czasu danego mi w życiu.

Bóg przychodzi w swojej świętości, aby nas uświęcając sobą, przemienić jednocześnie w żywe świątynie Jego samego. Zasiewa po raz pierwszy ziarno, które umacniane kolejnymi sakramentami ma we mnie i ze mną wzrastać. To nie jest coś, co nastąpi potem jakby samo z siebie, poza mną, niezależnie ode mnie. Co się z tym stanie - zależy tylko i wyłącznie, czy i co ja zrobię, jak postąpię. Pragnie współpracy i tylko w niej mogę wydać dobry owoc, a ten dar otrzymany na chrzcie nie zostanie zmarnowany. Nie o żaden narcyzm chodzi - ale uświadomienie sobie własnej wyjątkowości w oczach Boga. To jest motywacja. Od tego można zacząć, na tym budować.

I to wszystko dzięki chrztowi - temu konkretnemu, mojemu. To jak, pamiętasz jego datę?

>>>

Zarejestrowałem się w konkursie Blog roku, kategoria Ja i moje życie.

Gdyby ktoś miał ochotę - może na tego bloga (nie tyle na mnie) oddać głos - sms o treści A00108 na numer 7122 (1,23 zł brutto). Głosowanie trwa do 20.01.2011 do 12:00.

czwartek, 23 grudnia 2010

Zdziwienie to nic złego

To był dobry czas, te kilka dni ostatnich. 

Udało mi się być 3 dni pod rząd rano na mszy - jutro też się postaram. I dzisiaj poszedłem do spowiedzi, a jak to ze mną - spowiedź jest problemem, więc zbierałem się... Nie wiem, mam w sobie blokadę jakąś. I trafiłem tak, że lepiej nie mogłem - na naszego proboszcza. Pan po 60-tce już nieco, a wypowiadał się naprawdę wspaniale - tak, że nie było wątpliwości, że grzech jest grzechem, ale poza tym nie przekreślał człowieka, wykazał zrozumienie dla ludzkich słabości i umiał powiedzieć kilka naprawdę mądrych słów. Teraz moja rola - spróbujemy je wprowadzić w życie. 

Bardzo fajnie to u siebie o. Grzegorz Kramer SI opisał - że adwent jest udany wtedy, gdy poza Bogiem, człowiekowi udało się spotkać z drugim człowiekiem. To ważne, bo nie żyjemy sami jak palec na świecie, ale nasza droga do Boga to droga miłości, na której On sam stawia ludzi, którzy są dla nas swego rodzaju sprawdzianami, testami z tej miłości.
Dla Elżbiety zaś nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: Nie, lecz ma otrzymać imię Jan. Odrzekli jej: Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: Jan będzie mu na imię. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: Kimże będzie to dziecię? Bo istotnie ręka Pańska była z nim. (Łk 1,57-66)
Co jest motywem przewodnim tego tekstu? Wg mnie - zdziwienie. Nawet w tle. Bo kto by się spodziewał, że mocno leciwa już Elżbieta zajdzie w ciążę i urodzi syna? Raczej nikt, sami przyszli rodzice Jana Chrzciciela w to nie wierzyli, było to jakby wbrew naturze. A jednak. I w sytuacji na obrazku - podobnie. Dla wszystkich naokoło było jasne, jak nazwać chłopca, zachowując obyczaj - imię jego ojca, Zachariasza, pasowało i powinno napełnić syna dumą. Kolejne zdziwienie - matka chłopca oponuje, proponuje nieznane w rodzinie imię Jan. Prawda jest taka, że pewnie tamci nie przejęli się jej sprzeciwem - taka decyzja, jak i w ogóle np. kwestia wychowania dziecka w wierze należała nie do matki, ale do ojca. Ojciec decydował. I Zachariasz zadecydował - jak? Ano tak, że kolejne zdziwienie - jednak Jan?

Żadne to były wymysły czy fanaberie. Tak chciał Bóg, taka była Jego wola, którą przekazał Zachariaszowi. A on wiedział, co to znaczy nie wierzyć Bogu - sam się o tym dość boleśnie przekonał, gdy zwątpił i nie uwierzył w zapowiedź, iż jednak zostanie ojcem, będzie miał dziecko. Efekt? Bóg odebrał mu mowę, stał się niemową. Teraz już wiedział - skoro Bóg chce, aby to dziecko miało na imię Jan - będzie Jan. Gdy tylko przekazał swoją wolę - Bóg przywrócił Mu mowę. Dlaczego? Bo jan.. Tak, te słowa, imię Jan, znaczą dosłownie Bóg jest łaskawy.

Niektórzy mówią, że okazywanie emocji jest niewłaściwe, oznacza słabość, nieprzygotowanie. Że zadając pytanie, powinno się mieć przewidziane, jakie mogą paść odpowiedzi, jak w szachach. Być może. Zdziwienie nie jest jednak złe. Warto umieć się zadziwić - bo bardzo często i to niekoniecznie w sprawach wielkich, Bóg nas czymś zdziwił i zdziwi nie raz. Narodzenie Jego Syna w szopie w Betlejem, pomiędzy zwierzętami, w warunkach nawet jak na tamte czasy bardziej niż nędznych - nie budzi zdziwienia? A to dopiero początek.

Lepiej jest zdziwić, gdy zdziwienie człowieka bierze, niż na siłę starać się samemu sobie i innym udowodnić, że wszystko da się jakoś wyjaśnić. Bóg działa cuda i negowanie tego nic nie zmieni., także tych cudów. Zdziwienie nic nie kosztuje. No, może tylko autentyczność.

niedziela, 12 grudnia 2010

To, czego ja chcę - a to, co daje Bóg. Konfrontacja i punkt odniesienia

Gdy Jan usłyszał w więzieniu o czynach Chrystusa, posłał swoich uczniów z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Jezus im odpowiedział: Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi. Gdy oni odchodzili, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on. (Mt 11,2-11)
Bardzo ciekawa sytuacja, nie sądzisz? Pokazuje, że Jan Chrzciciel jest człowiekiem, jak każdy inny, i ma wątpliwości. Widział i chciał bardzo dostrzec to, co Bóg mówił do ludzi - w tym do niego - przez tego niesamowitego człowieka, za którym coraz więcej ludzi szło, który uzdrawiał, czynił cuda, i tak pięknie, choć wymagająco, nauczał o Bogu zupełnie inaczej niż inni, akcentując miłość i miłosierdzie jako przymioty Stwórcy, ale też to, co powinno cechować ludzi w relacjach między nimi samymi.  

Jan co do jednego był pewny - i słusznie. Jego misja nie służyła samej sobie. Sam o sobie mówił głos wołającego na pustyni. Nie on był istotny - ale to, jak wszystkich miał przygotować na przyjście Tego, który miał nadejść po nim samym. Teraz, gdy grunt umykał mu spod nóg, gdy trafił do więzienia i słusznie spodziewał się tego, co miało niebawem nastąpić (jego śmierć), wiedział, że jest odpowiedzialny za tych, którzy za nim poszli. Odkrył jakby karty - zapytał tego, którego dotyczyły jego wątpliwości: czy ty jesteś Tym, którego wyczekujemy? Być może obawiał się nieco, co zrobią idący za nim ludzie, gdyby jego zabrakło - w końcu był w pewnym momencie sam bardziej znany i rozpoznawalny niż Jezus, a do tego, gdy wszyscy dowiedzieli się, że jego - Jana - zamknięto w więzieniu, to zakładając, że Jezus jest Mesjaszem, jak wyjaśnić brak Jego reakcji na uwięzienie przecież Jego proroka (nie mówiąc, że krewnego)? Musiał się dowiedzieć, aby jednoznacznie wskazać drogę tym, którzy szli za nim. 

No właśnie. Czemu Jezus nic nie zrobił? W końcu, po ludzku rzecz biorąc, tak właśnie powinien postąpić - conajmniej upomnieć się o niesprawiedliwie uwięzionego, a w opinii osób bardziej radykalnych - doprowadzić może i do powstania? Bardzo by to pasowało do idei Mesjasza - wyzwoliciela dosłownie narodu żydowskiego, który rozpocząłby i doprowadził skutecznie do końca walkę o niepodległość Izraela. Nie, Jan w żadnym wypadku nie był Zbawicielowi obojętny - stąd słowa Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Ale już w następnych słowach wskazuje - największy z ludzi jest karzełkiem w porównaniu z najmniejszym zbawionym. Rolą Jana w Bożych planach było, niestety, dać się zabić - jako świadectwo tego, co może czekać na tych, którzy pójdą za Mesjaszem. Niewdzięczna rola - ale przyjął ją z godnością i wiarą, wiedząc, Komu zaufał. Władza ziemska mogła go tylko skrócić o głowę, odebrać ziemskie życie - on miał obiecane o wiele więcej. 

Bo Jezus dąży w pewnym sensie do konfrontacji - tego, co my sobie o Nim wyobrażamy, z tym jaki On jest naprawdę. Stajemy przed Bogiem, modlimy się, prosimy i dziękujemy - ale to wszystko w ramach jakiegoś swojego wyobrażenia osoby Boga. Co Jezus odpowiedział uczniom Jana? Piłatowi w Wielki Piątek na pytanie czy Ty jesteś Mesjaszem? odpowie tak, Ja nim jestem. Dzisiaj jednak nie mówi o sobie - tak, to ja. Wskazuje na swoje czyny, na przejawy łaski Bożej przez Niego działającej - pozostawiając posłańcom, samemu Janowi i każdemu innemu samodzielne wyciągnięcie wniosku. Czy zwykły człowiek tyle może uczynić? To pięknie pokazuje - droga wiary, czy to będąc na jej początku, czy krocząc nią wiele lat, zawsze może zaprowadzić do wątpliwości, kryzysu, depresji. Tak się zdarza, takie bywają okoliczności - Jan zresztą miał pretekst, jego przyszłość nie rysowała się zbyt kolorowo. Ale nie załamał się - zwrócił się do źródła, bezpośrednio, zapytał Boga nawet o Niego samego. W trudnej, dramatycznej wręcz okoliczności dalej szukał, pytał, zastanawiał się. I uzyskał odpowiedź, która nadała sens temu wszystkiemu, co go dotknęło, i co miało go niebawem spotkać. 

Mamy prawo do własnych wyobrażeń, wizji, odbioru spraw i sytuacji. One w pewnym sensie są częściami składowymi naszej indywidualności, tego kim jesteśmy, wyjątkowości tak bardzo w nas ukochanej przez Boga. Ten tekst dzisiaj znowu pokazuje - Bóg nie traktuje nas jak bezmyślnej masy, nie zwracając uwagi na nasze potrzeby. Pyta przez swojego Syna wprost - Coście wyszli oglądać na pustyni? Coście wyszli zobaczyć? Słowa o trzcinie nawiązują do proroctwa Izajasza, że obiecany Mesjasz, gdy nadejdzie, nie złamie trzciny nadłamanej (Iz 42, 3). Trzcina, jak sobie rosła przed Jego przyjściem, tak samo będzie rosła i kołysała się na wietrze, gdy On przyjdzie. Ludzie w miękkich szatach? Symbol dobrobytu, przepychu, nawet zbytku - ale Mesjasz nie musi być i nie będzie władcą w ludzkim rozumieniu, żyjącym w pałacu, opływającym w bogactwo i ubierającym się w takie miękkie szaty. Nie takie jest Jego królestwo i królowanie. 

Te słowa, które Jezus wypowiedział, stanowią jakby kontynuację Jego odpowiedzi na pytanie, podane przez uczniów Jana (którzy już wówczas odeszli, jak podał ewangelista), przez samego Jana - czy On jest Mesjaszem? Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Proste jak drut. Jan (co sam Jan wiedział) miał wskazać ludziom Zbawiciela, i z pomocą i pod natchnieniem Ducha Świętego wskazał nad Jordanem Jezusa. Owszem, zwątpił chwilowo, w tych okolicznościach - ale swojego wskazania nigdy nie odwołał. A teraz - Ten, na którego wskazał, sam potwierdza trafność słów Jana. Spójność, konsekwencja. 

Możemy - porządni, spełniający uczynki miłosierdzia, modlący się, wspierający potrzebujących, uczciwi - znaleźć się także sami w momencie podobnym do tego, w jakim wtedy był Jan. I nie ma znaczenia, czy - jak dla Jana - będzie to koniec. Ważne jest to, czy nasza wiara wytrzyma taką noc duszy. Bóg nie ogranicza albo nie odbiera nam prawa do wątpliwości - ale pragnie, abyśmy przez takie próby przeszli zwycięsko. Aby błogosławieństwo obiecane tym, którzy nie zwątpili, mogło się stać także naszym udziałem. Trzeba w takich momentach zwrócić się do źródła, szukać odpowiedzi nie u szarlatanów i naciągaczy - ale Jednego, który zna odpowiedź na każde pytanie. Zawsze wracać do Boga, do modlitwy, do Kościoła. 

Teraz, w Adwencie, oczekujemy narodzenia Pana, przyjścia Zbawiciela. Warto czasami zadać samemu sobie pytanie i spróbować odpowiedzieć na to pytanie, które stawia sam Bóg. Czego szukasz? Czego potrzebujesz? Czego ci brakuje? I udzieliwszy odpowiedzi - zestawić to z tym, co proponuje Bóg, co On wskazuje jako to, co ważne, istotne, wartościowe, potrzebne. Aż wreszcie - nie wahać się odrzucić tego, co z Bożą hierarchią wartości stoi w sprzeczności. Dopiero wtedy można mówić o zwycięstwie, prawdziwej gaudete - radości - jaką przedstawia nam dzisiaj Kościół.

W tym kontekście warto zadać sobie samemu pytanie - czego szukasz w Kościele? Czym Kościół jest dla ciebie, czym powinien być? I co robisz, aby Kościół choć trochę zaczął przypominać ten twój, wymarzony? Jako mała pomoc - można poczytać, o jakim Kościele marzą pewne osoby publiczne. Te myśli napawają optymizmem. 

W tym kontekście - ciekawy motyw z dzisiejszego, rekolekcyjnego kazania. Przychodzi człowiek do osoby mocno uduchowionej, i zwierza się z problemu - trudności ze skupieniem podczas modlitwie; stara się modlić - a myśli uciekają do studiów, pracy, sympatii... Usłyszał odpowiedź od owego duchownego: Ja, jak stoję, to stoję; jak idę, to idę; jak biegnę - to biegnę. Ty - jak stoisz, to już idziesz; jak idziesz, to już biegniesz. Wniosek? Za bardzo się spieszymy - będąc tu, myślami wybiegamy już tam, do przodu - w efekcie to tu jest niedbałe, rozproszone. Czy chodzi o modlitwę, czy chodzi o cokolwiek innego - problem ze skupieniem zawsze jest problemem. A na wszystko trzeba umieć znaleźć i wygospodarować czas i przestrzeń. Owszem, podzielność uwagi to podobno zaleta - ale pewnych czynności efektywnie połączyć się nie da. 

>>>

Wczoraj zmarł najwybitniejszy polski specjalista z zakresu prawa kanonicznego - x infułat prof. Remigiusz Sobański. 80 lat to piękny wiek, a jego życie było z pewnością spełnione, pozostawił po sobie wielki dorobek myśli prawniczej. A jeszcze niedawno publikował co tydzień felietony w GN...

Jedynie o 5 lat przeżył go p. Edward - żaden profesor, infułat, prosty świecki człowiek, który od zawsze (do momentu pojawienia się nowego ordynariusza, dla którego był za stary...) był zakrystianinem w mojej rodzinnej parafii, który odszedł także w kończącym się tygodniu. Nigdy się nie skarżył, dla każdego miał dobre słowo, zawsze onieśmielony gdy mu się bezinteresownie pomogło. Od zawsze posługujący w parafii za darmo - a przez wiele lat był jedynym kościelnym. Naprawdę Boży człowiek. Chciałbym, żeby kiedyś ktoś o mnie pomyślał choć trochę tak dobrze, jak dobrze ja mogę pomyśleć dzisiaj o nim.

>>>

Adwentowo - o tym, gdzie teraz się znajdujesz, gdzie tak naprawdę oczekujesz na Pana - w wieczerniku, czy może w knajpie? Rozważają x Artur Stopka i Afro.