Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie") Cieszę się, że tu zajrzałeś. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś dla siebie - i proszę, abyś też zostawił po sobie ślad, napisał coś, skomentował. Po to ten blog jest - aby siebie nawzajem ubogacać.

czwartek, 2 lutego 2012

Odpowiedzialność za parafię a to, co dana parafia proponuje

Wracając wczoraj do domu, słuchałem sobie Radia Maryja. Była taka popołudniowa dyskusja o churchingu (skądinąd, pojęcie ciekawe), o tym jak to ludzie chodzą/nie chodzą do swoich kościołów parafialnych, i z czego to wynika. Opinie były różne, wypowiadające się (młode) osoby czasami brzmiały dość zabawnie, starając się posługiwać bardzo wyszukanymi terminami i pojęciami "kościelnymi", co nie zawsze wychodziło (np. "ksiądz wychodzi na ołtarz"). Mówili ludzie różni - wywodzący się z miast, w których kościołów/parafii jest kilka i mają wybór, ale także osoby pochodzące z małych miejscowości z jednym kościołem, albo wręcz należących do parafii w której kościół np. był w innej miejscowości. 

Motywacją do napisania tego krótkiego przemyślenia stały się dla mnie słowa pewnych dziewczyn, chyba ze dwie mówiły dość podobnie, a które twierdziły, że dzisiaj jest problem, ponieważ ludzie nie utożsamiają się ze swoimi wspólnotami parafialnymi, że traktują kościoły "usługowo" wybierając "najfajniejsze" (kościół = fajny?), i wręcz mamy dzisiaj kryzys odpowiedzialności i utożsamiania się z parafią, z którą jednak ten dobry katolik zawsze powinien być związany, zaangażowany, aktywny. 

Pierwsze - zgoda, problem jest, bo ludzie się z parafiami nie utożsamiają. I generalnie, na tym wg mnie koniec. Bo co co reszty nijak się nie zgadzam. Teza o "usługowym" nastawieniu do parafii jest po prostu wielkim uproszczeniem i nieporozumieniem. Ok, być może tak podchodzi pewna grupa osób. Natomiast ja skupiam się na tych, którzy do tego kościoła przychodzą naprawdę z potrzeby: bo chcą, bo lubią, bo tego potrzebują, a nie bo im rodzic/babcia/ktokolwiek każe, albo bo wypada. Skoro do relacji z Bogiem podchodzą na poważnie i przychodzą do kościoła, ponieważ tego pragną, to takie podejście jest wobec nich krzywdzące. 

Ale prawdą jest, że kto może, ten wybiera. Wybieramy przyjmując różne kryteria. Młodzi rodzice - kościoły, gdzie jest osobna msza dla maluchów, gdzie ksiądz stara się te prawdy wiary tłumaczyć w sposób, który od małego zainteresuje dzieciaki i będzie dobrym fundamentem dla ich przyszłościowej bardziej dojrzałej i rozwijającej się przygody z wiarą, Bogiem i Kościołem. Młodzież szkolna (powiedzmy - liceum) i akademicka - kościoły, gdzie działają grupy duszpasterskie, w których mogą się odnaleźć, wzrastać w wierze w otoczeniu rówieśników, które skupiają się na rozwoju wiary na ich etapie, gdzie księża poruszają tematy istotne i ważne właśnie dla nich. Wreszcie - o czym się wg mnie zapomina, a taka grupa chyba jest coraz bardziej liczna, i zaliczam się do niej sam - ludzie młodzi, już po studiach, w małżeństwie (choć niekoniecznie), a nawet z dziećmi (ale np. za małymi jeszcze na msze dziecięce); osoby, które wyrosły już z duszpasterstw akademickich, ale poszukują liturgii porządnie przygotowanej, z odpowiednią oprawą muzyczną, z księdzem który przygotowuje się do homilii (nie kazania!), nie czyta niestety drętwych i mało zrozumiałych listów biskupich, i którego homilie po prostu trafiają do człowieka. 

W tym, że człowiek poszukuje w kościele (z małej litery) miejsca dla siebie nie ma nic dziwnego. Kościół (z dużej litery) jest dla nas wszystkich, ale każdy ma się w nim dobrze czuć. I to nie jest nieodpowiedzialność, brak odpowiedzialności za parafię, gdy człowiek musi szukać poza swoją macierzystą wspólnotą parafialną czy to wspólnoty, czy to niedzielnej Eucharystii. To oznacza, że w tej jego czegoś brakuje. Jest to łatwiej zrozumieć w kontekście małych parafii, gdzie jest jeden, często od wielu lat ten sam, ksiądz, nierzadko już starszy - trudno oczekiwać, aby rozwijał prężne duszpasterstwo dzieci, młodzieży czy akademickie (choć najlepszym przykładem, że się da, jest x prałat Tomasz Horak, felietonista GN, proboszcz przygranicznej parafii Nowy Świętów). Jednak gdy jest parafia, w której jest kilku księży - ja przepraszam, widzą ludzi, chodzą po kolędzie, słyszą o potrzebach. Co stoi na przeszkodzie, aby chociaż spróbować rozwinąć czy to msze dla maluchów, jakąś wspólnotę młodzieżową, albo DA? Głównie dobra wola, chcenie. 

W takiej sytuacji, gdy dany człowiek ma pewne potrzeby, których zaspokojenia nie znajduje w swojej parafii - jest zrozumiałe i wręcz oczywiste, że poszuka innego kościoła, gdzie daną wspólnotę albo mszę dla określonej grupy znajdzie. Bo nie chce stać w miejscu, bo chce się rozwijać. Żadna to nieodpowiedzialność. Pytanie jest proste - jaka jest relacja. Czy parafia jest dla człowieka, czy człowiek dla parafii? Parafia ma służyć samej sobie (jest żeby była), czy człowiekowi? Dla mnie jest oczywiste, że skoro człowiek jest drogą Kościoła, to relacja może być jedna: parafia dla człowieka. Skoro więc dana osoba nie znajduje pola do aktywności i działania w swojej parafii, po prostu szuka go gdzie indziej. Co jest jak najbardziej zrozumiałe.

środa, 1 lutego 2012

I tak sobie szufladkujemy

Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce. Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry? I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony. I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał. (Mk 6,1-6)
To takie nasze, ludzkie. Powątpiewać, drwić, naigrywać się, lekceważyć. Patrzeć na człowieka przez pryzmat tego, kim nam się wydaje, a nie tego co i jak robi. Jezusa znali jako "swojego" - jednego z mieszkańców miasta, znanego i kojarzonego (jego samego i rodziców), o znanej dalszej rodzinie. Wszyscy wiedzieli, że to syn cieśli - więc pewnie każdy Jego zdolności i umiejętności plasował, szeregował mniej więcej na poziomie wykształcenia technicznego, jakim mógł dysponować człowiek, od którego pewnie nikt nie oczekiwał więcej niż to, aby został dobrym cieślą i przejął obowiązki swojego ojca, Józefa.

A tu? Przychodzi do synagogi, i to w szabat, i zaczyna nauczać. Skąd ten pomysł? Jak On śmie! Kto Mu pozwolił? Chociaż z tonu tych wypowiedzi, które Marek cytuje, raczej pobrzmiewa lekceważenie niż złość. Co więcej - nawet zazdrość: skąd On to ma? Nie mogli zanegować - mówił pięknie, a zarazem prosto, w sposób trafiający do serca, w sposób zrozumiały dla prostych ludzi. Mówił... jakby to sam Bóg mówił do nich, do każdego z nich. Wystarczy dodać do tego te cuda, których już dokonał - aby zrozumieć: jego sąsiedzi musieli mieć nie lada zagwozdkę. 

Dzisiaj pewnie nie znajdziemy Jezusa chodzącego wśród nas, tak namacalnie, po ludzku. Nie mamy tej łaski, którą tamci mieli... i w piękny sposób ją zmarnowali, podśmiewając się z Niego. Nie przeszkadza to jednak nam nadal oceniać innych i szeregować, klasyfikować bardzo pobieżnie: czy to nieznanych a napotkanych na ulicy ludzi (po pozorach, chwilowym zachowaniu, wyglądzie - czyli pozorach), czy to osoby - jak tamci znali Jezusa - znane po prostu z widzenia, z okolicy, sąsiadów, znajomych ze szkoły/uczelni/pracy. Mamy te nasze małe i głupie kryteria, i tak sobie szufladkujemy. 

Bez sensu to jest, i tyle. W ten sam sposób wygradzamy miejsce Bogu - tu możesz (masz!) pomóc i ratować mnie, tu też, ale w te sfery (seksualność, moralność, uczciwość, wierność) wara, to moja własna sprawa. I żyjemy sobie w błogim przekonaniu, że Bóg jest skrępowany tymi naszymi płotkami. Skrępowany to pewnie jest, tylko naszą naiwnością i dwulicowością. On to wszystko, miłosiernie, ale na końcu podsumuje. A my, tak sobie wszystkich oceniając na prawo i na lewo jesteśmy na najlepszej drodze, żeby źle zaszufladkować kogoś, kto może być naszym prezentem od Boga, drogowskazem i konkretną pomocą. Nic to. Bóg nie pomoże nikomu na siłę, nawet On. Najpierw trzeba tej pomocy chcieć. Jak człowiek jest zbyt zajęty autorytarnym rozstawianiem innych po kątach - pewnie nie będzie miał na taką "pierdołę" czasu.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Boże zaproszenie pogromcy demonów

W mieście Kafarnaum Jezus w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie. Był właśnie w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: Milcz i wyjdź z niego. Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego. A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne. I wnet rozeszła się wieść o Nim wszędzie po całej okolicznej krainie galilejskiej. (Mk 1,21-28)
Nic dziwnego, że Jezus zwracał na siebie uwagę. Nic dziwnego, że takie właśnie - a nie inne - skojarzenie przyszło do głowy Markowi. Zresztą słusznie. Uczeni w Piśmie umieli się wykazać co najwyżej jako interpretatorzy prawa Starego Przymierza, zresztą nie zawsze w słusznym duchu i we właściwym rozumieniu. Jezus Chrystus, Syn Boży, a zarazem osobowy Bóg był Tym, który to prawo ustanowił, kto więc lepiej mógłby wiedzieć, o co, o jakiego ducha w tym Prawie chodzi? 

To On miał władzę, tę prawdziwą - a nie uzurpowaną, jak faryzeusze, którzy na odpowiednich interpretacjach Prawa budowali jedynie swoje autorytety i pozycje. I może właśnie przede wszystkim w tym ta Jezusowa władza się objawiała, że Jego tłumaczenie, Jego nauczanie po prostu było spójne z tym, co w ludzkich sercach miało znaczyć, jakie ramy miało wyznaczać Boże prawo. Tak, właśnie w ludzkim rozumieniu, tym autentycznym. Kochaj bliźniego jak siebie samego - a nie ząb za ząb. Podziel się z potrzebującym. Bądź miłosierny. Nic dziwnego, że takiego nauczania ludzie chcieli słuchać, garnęli i lgnęli do Niego. 

Swoją wielkość i możliwości (żaden pokaz, uleczenie chorego na duszy) Jezus miał dopiero objawić. Nic dziwnego, że wszelkiej maści pomioty Złego po prostu bały się Go jak ognia i od razu panikowały, gdy Jezus się zbliżał. Tak było także z duchem, który opętał jednego z obecnych wtedy w synagodze, gdy Jezus nauczał. Paradoksalnie, duchy nieczyste dawały tym samym piękne świadectwo o Nazarejczyku. Bo kim może być Człowiek, którego boją się demony? Oczywiście, faryzeusze dopasowali ładnie i składnie - jak to, ich władcą. Czy kogokolwiek to przekonało? Nie bardzo. 

Tak, ten Święty Boży przybył, aby wygubić demony. Nie było to Jego nadrzędnym celem - przyszedł na świat, aby zbawić ludzi. Ale jedno wiązało się z drugim. Wszędzie, gdzie na Jego drodze stanęło zło, widzialne czy ukryte, wysyłał je tam, skąd przychodziło, uwalniając serca zniewolonych. Egzorcyzmował tych biedaków, błogosławiąc ich - czasami bez słów - w imieniu Boga. A demony? Nie mogły Mu okazać nieposłuszeństwa, nie mogły Go opętać jak człowieka - którym był, ale przecież nie tylko. Musiały Go słuchać. 

Dobre pytanie - czy to była nowa nauka? W pewnym sensie, tak. Jeśli przyjąć, że interpretacje przykazań oficjalnie miały charakter i ducha takiego myślenia, jakie prezentowali faryzeusze, to fakt - to, czego nauczał Jezus, było przełomowe. Tylko że wszystko przez błędy ludzkie. Jezus tylko powtarzał i precyzował to, co Bóg objawił już człowiekowi w dotychczasowej historii Narodu Wybranego. Wyjaśniał, nauczał - i przede wszystkim tłumaczył, że dla tego, czego naucza i zaprasza nie ma granic ani barier: wyznania, płci, stanu, wykształcenia, klasy, narodowości. Boże zaproszenie, które światu przyniósł Jezus, było, jest i będzie dla każdego, bez wyjątku. Dla każdego, kto go zapragnie.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Rybacy ludzi na polu i za biurkiem

Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię. Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. Jezus rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi. I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. Idąc dalej, ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego Jana, którzy też byli w łodzi i naprawiali sieci. Zaraz ich powołał, a oni zostawili ojca swego, Zebedeusza, razem z najemnikami w łodzi i poszli za Nim. (Mk 1,14-20)
Tak naprawdę nic się nie zmieniło. Czy to Jan, czy Jezus, czy Andrzej. Robili dokładnie to samo - głosili Ewangelię Bożą, wypełniali tym samym Bożą misję. Nie miało znaczenia, że pierwszy i ostatni byli zwykłymi ludźmi, a drugi - człowiekiem, ale w równej mierze także Bogiem. Wszystkich troje też spotkał ten sam koniec - męczeńska śmierć. Czym zawinili? Byli zbrodniarzami, złodziejami, oprychami? Nie (oprycha wypuszczono przy procesie Jezusa - Barabasza). Byli konsekwentni i za nic nie chcieli wyrzec się tego, w co uwierzyli, co głosili i o czym własnym życiem świadczyli. 

To zabrzmi nieco jak masło maślane - ale czas cały czas wypełnia się w nas. Mój czas to moje życie, moje okazje, moje decyzje, moje wybory, i ich konsekwencje. I tak jak tamtych troje, moje wybory prowadzą także w konkretne miejsce, niekoniecznie do męczeństwa. Człowiek się boi tego, co Bóg proponuje, a jednak cały czas pozostaje to niesamowite odczucie i świadomość, że Jego zaproszenie jest jedyne w swoim rodzaju, wyjątkowe, że warto zaryzykować. Tak naprawdę, Jezus - powołując Piotra i Andrzeja - jakby tylko nieco ich "przebrażnowił". Dalej łowili - ale kogo... Nie miało znaczenia to, że byli ludźmi prostymi, niewykształconymi, rzemieślnikami a nie myślicielami. Ich serca autentyczne poruszyło zaproszenie Jezusa, dlatego zostawili wszystko, jak stali, i za Nim poszli. 

Dzisiaj to nie jest do końca tak samo. Owszem, do dosłownego porzucenia wszystkiego wzywa Bóg tych wybranych do kapłaństwa instytucjonalnego, albo do życia zakonnego. Pozostali, nazywanie zwykle świeckimi, a precyzyjniej - wezwani do kapłaństwa powszechnego - mają na Boży głos odpowiadać tam, gdzie są, w tym miejscu gdzie ich życie doprowadziło, a Bóg postawił. Jako nauczyciel, rzemieślnik, handlowiec, dyrektor, kierowca, czy nawet - rybak. Jako ojciec, matka, mąż, żona, brat, siostra; albo babcia czy dziadek. Nasze powołanie to nie jest jakaś enigmatyczna niewiadoma, ciągle gdzieś na horyzoncie. Powołanie to nic innego jak zrozumienie swoich pragnień i skonfrontowanie ich z wolą Bożą, którą najpierw trzeba chcieć usłyszeć. I tyle, nic więcej. Aha, jeszcze jedno - rezultat. Człowiek, który dobrze rozeznał swoje powołanie, jest po prostu szczęśliwy, gdzie i w jakich okolicznościach by nie był. 

Trwa Tydzień Modlitwy o Jedność Chrześcijan. Inicjatywa nie tak znowu stara, bardzo chwalebna; tak naprawdę, która powinna sięgać korzeniami pierwszych dużych rozłamów w Kościele, więc i 1000 lat wstecz. Cieszy, gdy zaglądam na diecezjalną witrynę www - z braku czasu nie mogę sam wziąć w tym udziału - i widzę kolejne galerie zdjęć ze wspólnych spotkań modlitewnych: a to u nas, katolików, a to u poszczególnych wspólnot protestanckich, a to u braci prawosławnych (pasuje tu niedzielny Andrzej Apostoł - jeden z najbardziej u nich czczonych). Ekumenizm kwitnie i musi się rozwijać, bo chrześcijanie mogą być wiarygodnym głosem w świecie tylko, gdy - mając na uwadze to, co dzieli - skupiają swoje wysiłki na poszukiwaniu wspólnego mianownika, tego co łączy a nie dzieli. 

A jednocześnie - spora przykrość. Ciągle powracają w mediach (katolickich, niestety reszta głupoty pisze) kolejne informacje nt. dialogu Kościoła z lefebrystami. A właściwie chyba bardziej by tu pasowało sformułowanie - monologu, czy wręcz walenia głową o ścianę. Benedykt XVI wykazał chyba już maksimum dobrej woli, ale to za mało. Żadnych konkretów, permanentna opozycja, kolejne warunki i żądania. A gdzie dobra wola? Kościół mało już zrobił? Oni - nic. Problem jest o tyle dla mnie smutny, bo lefebryści uwili sobie gniazdko akurat na terenie mojej obecnej rodzinnej parafii (oczywiście, "przypadkiem" nadając swojemu kościołowi ten sam tytuł, jaki nosi nasz kościół parafialny). W przyszłym roku będzie 25 lat od rozłamu, tych nieszczęsnych święceń biskupich. Co z tego, że papież - w dobrej woli, ale chyba niestety nieco naiwności - cofnął ekskomunikę. Jedności nie ma i jest do niej daleko. 

I kolejny przykład, tym razem z polskiego podwórka, czyli ks. Piotr Natanek. Żaden wizjoner, żaden natchniony kaznodzieja. Przykro to powiedzieć - oszołom. Człowiek, który się w tym wszystkim pogubił i stawia swój autorytet ponad autorytetem Kościoła, swoje zdanie ponad ślubowanym biskupowi posłuszeństwem. I w ten sposób dzieli nasz nieszczęsny Kościół w Polsce. Suspendowanie ma w nosie, zaszył się w swojej pustelni i siedzi tam sobie. Niedawne oświadczenie Rady Stałej KEP to nic innego, jak bardzo wymowny dowód - nie ma pomysłu, co z nim zrobić, jak ów problem jego i jego zwolenników rozwiązać. 

Ale to wszystko jest bez znaczenia. Nie takie "akcje" i nie tego typu, na o wiele większą skalę, problemy i podziały Kościół wytrzymywał. Te także wytrzyma. Może jednak uda się je zażegnać, albo przynajmniej zmniejszyć skalę działania tych, którzy dzielą. Do tego trzeba ufnej modlitwy - nie tylko w tych dniach, ale w ogóle.

czwartek, 19 stycznia 2012

Masakra

Niesympatyczny szef, wymyślający praktycznie (z uwagi na dostępne środki) awykonalne zadania, dodatkowo z oderwanymi od rzeczywistości terminami wykonania... Codzienne marudzenie i wypominanie "ale dostałeś to w poniedziałek". I co z tego? Siedzę nad tym od poniedziałku rana, ostatnio po 12 h dziennie. Za nadgodziny pies z kulawą nogą mi nie zapłaci, słowa podziękowania też nie dostanę. Dodatkowo, piętrzenie idiotycznych pytań. 

To właśnie moja rzeczywistość tego tygodnia, i powód dla którego nie piszę nic, bo nie mam czasu, a jak wyląduję w domu, to nie mam siły. A od wczoraj realnie myślę o szukaniu normalniejszej pracy, w której oczekiwania będą przekładały się na wynagrodzenie.
 
Dlatego bardzo proszę o wsparcie.

piątek, 13 stycznia 2012

On na pewno tego chce

Trędowaty przyszedł do Jezusa i upadając na kolana, prosił Go: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: Chcę, bądź oczyszczony! Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony. Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich. Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego. (Mk 1,40-45)
To pytanie na początku brzmi naprawdę jakoś... w sposób nierzeczywisty. Jeśli chcesz. Pytający, a właściwie proszący, pomimo tego wszystkiego, co o Jezusie słyszał (musiał słyszeć - inaczej by do Niego nie przyszedł i nie prosił), dopuszczał wątpliwość do siebie - stąd to "jeśli". W co wątpił? Czy Ten, którego prosił, jest w stanie mu pomóc? Czy może w to, czy Ten, którego prosił, będzie chciał mu pomóc?

Miał wiele szczęścia i niepotrzebne wątpliwości. Jezus i mógł, i chciał zaradzić cierpieniu zarówno jego, jak i każdego innego człowieka. Widział desperację trędowatego, widział niemą prośbę w jego oczach, w jego udręczonym ciele, trawionym przez tę okropną i dramatyczną chorobę. Co więcej, swojemu miłosierdziu dał szczególny wyraz. Musiał dotknąć go? Na pewno nie, mógł tylko wypowiedzieć swoje żądanie lub nawet je pomyśleć. Jednak nie - chciał pokazać, że ten człowiek nie jest w żaden sposób przez swoją chorobę i kalectwo gorszy, mniej zasługujący na litość i ulgę. 

Kolejny cud. Nie na zasadzie wyliczania "o, znowu...". Kolejny powód do radości, kolejne życie któremu na nowo nadano sens, kolejny człowiek uwolniony od krzyża który na pewno przesłaniał większość jego egzystencji, a na pewno spychał na margines, poza społeczeństwo. Bóg-człowiek czyni cud, po czym... prosi o dyskrecję. Nie zależy Mu na tłumie wielbicieli, na pustym poklasku i sławie. Cieszy się w duchu z tego, że mógł tamtemu pomóc. Co ciekawe, każe też zadośćuczynić prawu żydowskiemu co do ofiary za oczyszczenie. 

Nic dziwnego, że uzdrowiony Go nie posłuchał. Nic dziwnego, że radością, jaką miał w tym momencie w sercu, chciał podzielić się z ludźmi naokoło. Trudno go za to winić. Nieświadomie - bo nie wiemy czy rozumiał, że uzdrowił go Mesjasz - rozgłaszał Dobrą Nowinę, która w tym konkretnym momencie skumulowała się i znalazła ujście w zdarzeniu z jego udziałem, w jego uzdrowieniu. Bóg rozradował jego serce, przywracając mu zdrowie. 

Ten sam Bóg, który tak często puka do drzwi mojego serca. Może nie widzę swojego duchowego trądu? Może moja choroba nie jest widoczna, jest w środku? Albo faktycznie, jestem fizycznie chory, cierpię, ale brak umiejętności współpracowania z Bogiem w tym stanie zadręcza mnie wewnętrznie i niszczy od środka? On chce uzdrowić każdego. Tylko każdy sam musi to zrozumieć, i przyjść do niego. Nie chcesz sam usłyszeć "bądź oczyszczony"? On na pewno tego chce.

>>>

Teksty, jakie publikuję na tym blogu, pojawiają się także w serwisie Stukam.pl. Pod ostatnią notką dot. tekstu w GW o hospicjum x Jana Kaczkowskiego, z marginalną uwagą o WOŚP, rozgorzała dość dziwna dyskusja, tzn. z dziwnymi wypowiedziami pewnej osoby. 

Żeby było jasne. Fanem WOŚP ani personalnie Jerzego Owsiaka nie byłem i nie sądzę, abym kiedykolwiek został. Ale potrafię odróżnić medialną otoczkę przedsięwzięcia i osobę jego autora (z jego poglądami) od tego, ile daje samo przedsięwzięcie. Jest poi prostu dobre, pomimo swoich mankamentów, jednorazowości. Robi coś, wypełnia lukę, z którą nie potrafi sobie poradzić nasz rząd, NFZ ani Caritas (także Caritas w tym zakresie tyle sprzętu nie ufundował - wyjaśniałem to w jednym z komentarzy pod tym wpisem, ale tutaj na blogu, nie na Stukam.pl). 

Nie wchodząc w dyskusję - jak ktoś pisze, że ksiądz z serduszkiem WOŚP na sutannie, który jak tylu innych ludzi wrzuci do skarbonki to gorszyciel, a przy tym kilka innych utrzymanych w wyjątkowo autorytarnym tonie wypowiedzi o Kościele, co powinien, czego nie powinien, itp. - to mi się po prostu przykro robi. Nie tyle z braku zrozumienia prezentowanego przez osobę w ten sposób piszącą. Bardziej z powodu zaciekłości, uporu i przypisywania sobie prawa dla osądzania, co mieści się w ramach akceptowalnych przez Kościół (w co katolik może się zaangażować, wesprzeć), a co nie.

środa, 11 stycznia 2012

Żebranie na hospicjum i monopol na dobro

Gazetę Wyborczą zdarza mi się czytać bardziej niż rzadko. Przedwczoraj trafiło, że nic innego nie było w pewnej restauracji, gdzie jadłem, a nie lubię (fakt, brzydki zwyczaj) gdy jem sam siedzieć bezczynnie, więc szukam czegoś do poczytania. 

I trafiłem na wywiad Bożeny Aksamit pod dość dziwnym tytułem Ksiądz żebrze, Polak daje przeprowadzony z ks. dr. Janem Kaczkowskim, człowiekiem którego nota bene znam z dość zamierzchłych czasów, jeszcze sprzed jego święceń. Postać ciekawa. Sam nie do końca sprawny, ponieważ z bardzo dużą i wiele utrudniającą wadą wzroku. W Pucku zakotwiczył tuż po święceniach kapłańskich w 2002 r., najpierw jako wikariusz (wbrew temu, co piszą w artykule, nie jest nim do dzisiaj - od 2007 r. jest tam rezydentem). Zaczął od stworzenia hospicjum domowego, a w swoim uporze - zbudował od zera i prowadzi Puckie Hospicjum im. św. Ojca Pio.

Zachęcam do przeczytania całości tekstu. Wiele jest tam ciekawych myśli - choćby o tym, kto tę działalność i jak wspiera, czy takimi datkami ludzie nie próbują "uspokajać sumień". Mój ulubiony:
Nieznajomi potrafią przyjść i zostawić 2 tys. zł?
- To się często zdarza.
Coś mówią?
- Różnie. Kiedyś pod kościołem złapali mnie ludzie, których nie znałem, i dali mi 8 tys. zł. Powiedzieli, że wyszedł im interes. Inny postanowił, że jak dobrze sprzeda mieszkanie, to część da na hospicjum. Zeszłej zimy, był wtedy tęgi mróz, wracałem wieczorem do hospicjum, tuż przed drzwiami zobaczyłem kolesia w jakiejś fufajce i poplamionych dżinsach. Bez czapki, z czerwoną twarzą i brudnymi, styranymi dłońmi. Wyciągnął w moim kierunku rękę. Pomyślałem, że chce na wino, ale on otworzył dłoń, leżała na niej pięciozłotówka. - To dla księdza na hospicjum - wychrypiał. Często to są jakieś duchowe postanowienia. Im więcej dają, tym skromniej. Jak ktoś przynosi kawał pieniądza, to nim nie macha.
I wreszcie, króciutka ale jakże trafna myśl o WOŚP:
Oczekiwanie, że państwo da, państwo zrobi, stwarza coś na kształt homo sovieticusa, o którym mówił ksiądz Józef Tischner. Jeżeli będziemy myśleć, że państwo wszystko powinno, a co za tym idzie - wszystko może, to ta postawa zaowocuje społecznym bezruchem, swoistym otępieniem. Ruch społeczny polegający na tym, że jedni coś organizują, a inni dają na to pieniądze albo pomagają osobiście, jest bardzo ważny. Oczywiście ileś tam osób zarabia, pracując w wielkich fundacjach, ale inaczej się nie da. Można to nazwać dobroczynnym biznesem. I taka działalność ma swój dobroczynny wpływ na ludzi - aktywizuje ich. Nie siedzą wkurzeni na fotelu z nogą założoną na nogę i nie powtarzają: "Niech państwo mi da, bo mi się należy". Akcje społeczne uczą odpowiedzialności za otoczenie, budują społeczeństwo obywatelskie. A ponad to, że Orkiestra wyposaży jakiś szpital czy kupi respiratory dla placówek z połowy kraju, musimy pamiętać, że dzięki akcjom Jurka Owsiaka uratowano życie i zdrowie iluś tam osobom.
Ksiądz daje na Orkiestrę?
- Daję. Nie za dużo - 20, 50 zł. Przyklejam serduszko na sutannę i chodzę z nim całą niedzielę. My, chrześcijanie, nie mamy monopolu na dobro.