Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

poniedziałek, 27 lutego 2012

Dwie perspektywy

Zaraz też Duch wyprowadził Go na pustynię. Czterdzieści dni przebył na pustyni, kuszony przez szatana. żył tam wśród zwierząt, aniołowie zaś usługiwali Mu. Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię. (Mk 1,12-15)
Pokusie podlegał każdy - nawet Bóg przez to, że stał się człowiekiem. Czy Mu było łatwiej im się oprzeć? Czy był jakoś uprzywilejowany? O ile, to w tym gorszym sensie - więcej można było od Niego wymagać. W innym fragmencie ewangelista przytoczy konkretne pokusy, jakie przez Nim stanęły. Sprostał im. Bo był Bogiem? Był jednocześnie człowiekiem, więc po ludzku mógł upaść... Chciał jednak dać przykład i pokazać, że człowiek sam może stawić czoło Złemu, że nie trzeba zawsze brać tego, co ładne, proste, pożądane, dobre, miłe, przyjemne i fajne. Że wyrzeczenie, dobrze ukierunkowane, umotywowane, uduchowione i przepełnione Bogiem ma sens i jest jak najbardziej wykonalne. 

To wyzwanie dla nas. To wyzwanie dla mnie - widzę po sobie, ledwo minęła pierwsza postna niedziela, a już generalnie porażki na całej linii gdy chodzi o postanowienia postne. No, może nie wszystkie, ale większość. Można się usprawiedliwiać, można argumentować - po co, skoro się i tak nie udało, można pójść na łatwiznę i człowieczeństwem wyjaśnić, usprawiedliwić własną bylejakość. Można. Bóg zaprasza do czegoś więcej. Do tego, co wymagać będzie zaparcia się swoich pokus, pragnień i zachcianek, co może być trudne i nawet bolesne, ale lepsze. Takie moje odkrycie ostatnich dni - zwyciężanie pokusy jest tym piękniejsze i bardziej cieszy, gdy nie uciekasz przed okazją do stawienia jej czoła, ale kiedy stawiasz jej wyzwanie: ot, np. przechodząc codziennie obok knajpki/baru do którego zbyt często zaglądasz (dieta, uzależnienie). Nie raz to już pisałem, i powtórzę: w samej pokusie nic złego nie ma; złe będzie ulegnięcie jej, słabość w jej zakresie. 

Bóg zaprasza do wypełnienia czasu czymś sensownym. Jan woła, że czas się wypełnił - mi się wydaje, że on się cały czas wypełnia. Tu i teraz, w nas - wypełnia się nasz czas. Teraz konkretnie czas dany jako okazja do zastanowienia nad sobą, do wyrzeczeń, do walki z pokusami. Kroczymy przez życie i nieuchronnie zbliżamy się do własnego dnia sądu. Tak, w tym sensie Królestwo Boże jest z każdą chwilą, każdym nawet napisanym tutaj (przeze mnie) czy przeczytanym (przez ciebie) słowem, bliższe. To jedna perspektywa. Druga, na którą zwraca Bóg naszą uwagę, to inna bliskość, zadana nam i na którą mamy większy wpływ, a przynajmniej możliwość wywierania wpływu. To, czy do tego Królestwa się chcemy zbliżyć, czy coś w tym kierunku robimy?

>>>

W niedzielę nawet na mszy nie byłem, nie było jak. Cały dzień w drodze albo u mamy w szpitalu. Niby zabieg się udał - ale to dopiero pierwszy. Nie ma już jednego płata płuca, ale to było to lżejsze schorzenie (przy czym nie wiadomo, co wyjdzie z badań histopatologicznych - może się okazać, że to pochodna nowotworu na drugim płucu, którego jeszcze nie ruszyli). Słabiuteńka, mizerna. Sporo sił mnie kosztowało zachowanie twarzy i uśmiech. Nie miała siły wstać - starszy sporo pan, ten sam zabieg tego samego dnia, już chodził spokojnie po oddziale. I rozmowa z lekarzem - że słabe rentgeny, że znowu bronchoskopia, i najgorsze: że ten nowotwór na dzień dzisiejszy nie nadaje się do operacji. Chemia? Nie wierzę, jest za słaba. Czekanie? Na co?

I to wszystko ze świadomością, że po kilku m-cach badań, 2 pobytach w szpitalach wypuścili ją na blisko 2 m-ce do domu, bez leków, bez diagnozy ("wychodziło im" zapalenie płuc... wykluczone już dawno wcześniej) w środku zimy, i bidulka siedziała z gorączką, bo nie chcieli leczyć antybiotykiem, żeby nie pogorszyć jej stanu i nie zrobić dobrze ew. niezdiagnozowanemu schorzeniu. Gdyby się ruszyli i badali porządnie - diagnoza była by pewnie ta sama. Tylko że wtedy mama była w o wiele lepszej formie. 

Ciężko, naprawdę... Tyle osób naokoło umiera na raka, zupełnie niespodziewanie...

piątek, 24 lutego 2012

środa, 22 lutego 2012

Wielki Post - czas autentycznego dawania z siebie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (Mt 6,1-6.16-18)
Środa Popielcowa to niezwykły dzień. Nie dlatego, że w kościele zjawiają się czasami wtedy ludzie, którzy przychodzą tam w Boże Narodzenie, Wielkanoc i Popielec właśnie. Jest to wyjątkowy dzień, ponieważ każdy człowiek biorący udział w liturgii staje się odbiorcą jedynej w swoim rodzaju homilii, którą ja porównuję tylko z Niedzielą Palmową, gdzie Kościół nic nie dodaje i homilią jest ewangeliczny opis męki Pańskiej. Dzisiaj tą homilią, zastępującą równocześnie akt pokuty, jest symboliczne posypanie głów popiołem. 

Przypomnienie - po ludzku jesteś tylko czymś tak kruchym i małym, popiołem, ale swój cel i dom masz tam, gdzie ma szansę dotrzeć to, co niezniszczalne i niematerialne, twoja dusza. Żyjesz wśród ludzi, tak bardzo ludzki i normalny, z całym tym bagażem doświadczeń, słabości, bólu i cierpienia, ale masz jako człowiek wierzący właściwie ustawiony kompas, który wskazuje drogę do tego, co tak bardzo inne, ale upragnione. Do zbawienia. Masz w tym wszystkim być autentyczny, ale i skromny - a najlepiej autentycznie skromny. To, co mamy, mamy wykorzystywać - ale nie dla napełniania swych kieszeni, ale dla prawdziwego dobra, i to niekoniecznie własnego. Wielu jest potrzebujących naokoło. 

Jałmużna bardzo łatwo może stać się prostym uspokojeniem sumienia, albo wręcz reklamą samego siebie, okazją do lansowania i pompowania własnego ego - podczas gdy ma sens i Kościół ją zaleca tylko wtedy, gdy ma być dobrowolnym i świadomym wyrzeczeniem, rezygnacją z czegoś dla siebie. Pole do popisu jest duże - w zależności od tego, kto jakimi środkami dysponuje. Jałmużnę złożyć można zawsze, czego pięknie uczy nas przypowieść o ubogiej wdowie. Nic nie miała, tylko pieniążek, ale darowała go do skarbony. Im mniej masz, tym łatwiej jest ci się podzielić. 

Modlitwa ma być prywatną, wręcz intymną relacją z Bogiem. Nie faryzejskim przedstawieniem na potrzeby tych, których ma budować moja "pobożność", dla których ma być przykładem i wręcz inspiracją. Przykładem to może i będzie - pytanie, na co? Bo co to za przykład, co jest tylko atrapą i z sednem zachowania, z powodu którego inni zwracają nań uwagę, nie ma nic wspólnego? Faryzeusze na rogach ulic, celnik ze swoją w sumie laurką głównie na własną cześć, a nie modlitwą, przykładów wiele. Modlitwa to bardziej wsłuchanie się w głos Boga, który jest tym lepiej słyszalny, im bardziej człowiek się skupi, wyciszy. Izdebka to bardziej metafora umiejętności oderwania się od zgiełku i pośpiechu otaczającego świata. Żeby np. zamknąć się w niej w drodze do szkoły/uczelni/pracy, odmawiając różaniec czy inną modlitwę. Mało kto pewnie może sobie pozwolić na własną de facto kapliczkę w wymiarze fizycznym - dzisiaj sztuką będzie zasłuchać się w Pana pośród tego, co naokoło, i odciąga od Niego wzrok. 

Post, symbol tego czasu, który dzisiaj znowu rozpoczynamy. I znowu - nie ten widoczny na zewnątrz, który może nic nie mieć wspólnego z prawdziwym postem. Post jako wyzwanie dla samego siebie, ale nie w sensie udowodnienia czegokolwiek samemu sobie dla samego udowodnienia. Ważny jest cel, intencja, powód dla którego poszczę. Post w sensie duchowym, jako praktyka człowieka wierzącego, będzie miły Bogu, gdy będzie - jak jałmużna - celowym i ukierunkowanym wyrzeczeniem. Dla Boga, żeby Jemu coś ofiarować, a przy tym zrezygnować z jakieś przyjemności, której zwykle sobie nie odmawiam. 

Kolejny Wielki Post, kolejne 40 dni. Do wykorzystania albo zmarnowania. Może właśnie największym wyzwaniem będzie to, aby ten post był prawdziwym Postem, który przyniesie owoce - nie poklasku, zachwytu i słów uznania osób postronnych dla mojej postawy, ale te prawdziwe wewnętrzne owoce szczerego podejmowania konkretnych praktyk wielkopostnych w postaci jałmużny, modlitwy i postu. Postem, który zaowocuje... właśnie dawaniem z siebie. 

wtorek, 21 lutego 2012

Kompleksowo - o ile Bogu pozwolisz

Gdy po pewnym czasie Jezus wrócił do Kafarnaum, posłyszeli, że jest w domu. Zebrało się tyle ludzi, że nawet przed drzwiami nie było miejsca, a On głosił im naukę. Wtem przyszli do Niego z paralitykiem, którego niosło czterech. Nie mogąc z powodu tłumu przynieść go do Niego, odkryli dach nad miejscem, gdzie Jezus się znajdował, i przez otwór spuścili łoże, na którym leżał paralityk. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy. A siedziało tam kilku uczonych w Piśmie, którzy myśleli w sercach swoich: Czemu On tak mówi? On bluźni. Któż może odpuszczać grzechy, prócz jednego Boga? Jezus poznał zaraz w swym duchu, że tak myślą, i rzekł do nich: Czemu nurtują te myśli w waszych sercach? Cóż jest łatwiej: powiedzieć do paralityka: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań, weź swoje łoże i chodź? Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów - rzekł do paralityka: Mówię ci: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu! On wstał, wziął zaraz swoje łoże i wyszedł na oczach wszystkich. Zdumieli się wszyscy i wielbili Boga mówiąc: Jeszcze nigdy nie widzieliśmy czegoś podobnego. (Mk 2,1-12)
Cały czas nie wiem, co z mamą - tzn. wiem, że nic nie wiem, ponieważ poza wstępną diagnozą nie ma żadnych nowych informacji, konsultacje trwają. Opatrzność jakby czuwała nade mną, podsuwając za pośrednictwem Kościoła kolejne teksty na ten sam temat - Jezus czyni cuda i uzdrawia. Jak ten niedzielny. 

Można przewidzieć, że dom, w którym doszło do opisywanej sytuacji, nie należał pewnie do jakiś pałaców. Mało kogo by na taki było stać. Co więcej, w tamtych czasach i klimacie bardzo często domostwa - nie tyle z powodu ubóstwa, co dla większej ilości powietrza i lepsze wentylacji, ważnych w wysokich temperaturach - posiadały dachy z lekkich materiałów, niekiedy i układanych warstwami liści palmowych. Tych czterech wykazało się nie lada sztuką - przynieśli swojego chorego i bardzo byli uparci w swoim dążeniu do zetknięcia się z Jezusem. Nie tylko że go przytaszczyli do domu, ale nie poddali się gdy okazało się, że nijak z noszami nie wejdą do domu. Dokonali nie lada ekwilibrystyki... wdrapując się z tym chorym na noszach prosto na dach! Jak wielka była wiara, która musiała ich determinować, aby dotrzeć do Pana. 

Jezus to widział. Wiedział, jak wiele wysiłku włożyli w to, aby zwrócić Jego uwagę na swego przyjaciela. Mniejsza o to, czy widzieli w Nim jedynie uzdrowiciela, czy przeszło im przez myśl, że mają do czynienia z żyjącymi i jak najbardziej ludzkim Bogiem samym. Czasami wiara przychodzi pod wpływem impulsu, takiego jak cudowne i niezrozumiałe po ludzki wydarzenia (np. uzdrowienie) - Jezusowi współcześni mieli tę łaskę, że wielu z nich nawróciło się pod wpływem impulsu, jakim było bezpośrednie spotkanie, kontakt z Bogiem żyjącym po prostu między nimi. 

Zastanawiające może być to, co powiedział. Nie padły słowa o uzdrowieniu - Zbawiciel nie rozkazał posłusznemu Mu ciału, aby ozdrowiało. Widział głębiej, dalej, to co najważniejsze. Widział grzechy które niszczyły serce, brud kalający człowieka od środka, czyniący go chorym i kalekim wewnętrznie, choć może nikt z tego poza Nim i owym biedakiem nie zdawał sobie sprawy. Umiał dobrać środki do potrzeb. Widząc wiarę tych, którzy przynieśli chorego, ulitował się nad każdą jego słabością - jednocześnie wskazując na kolejność. Najpierw dusza, potem ciało. Jego słowa, oczywiście, nie uszły uwadze "życzliwych", którzy uznali je oczywiście za bluźnierstwo. Pan nie wdawał się w dyskusje - potrafił całą sytuację, ku radości zebranych a tym bardziej do tej chwili chorego, przekuć w kolejny cichy, ale zarazem wielki dowód Jego mocy. Bóg kocha człowieka całego i całego go uzdrawia - nie tylko leczy ducha, ale naprawia ciało. Można sobie wyobrazić, jakie ludzie musieli mieć miny, kiedy paralityk po prostu wstał, po czym wziął jeszcze pod pachę łóżko i jakby nigdy nic - wyszedł pomiędzy nimi. 

Tamci wielbili Boga, bo nigdy nic takiego nie widzieli. My dzisiaj też mamy ku temu okazję - bo cuda nadal się zdarzają, nadal dochodzi do uzdrowień, łaska Boża objawia się w różnych miejscach, sytuacjach. Trzeba jednak o czymś pamiętać - nie każdemu musi być dane doświadczenie cudu. To nie komunizm - każdemu się należy. O ile w ogóle można użyć tu sformułowania "należy się" - a raczej nie pasuje ono - to większą szansę na cud będzie miał ten, który go pragnie i przede wszystkim który wierzy w możliwość jego nastąpienia. To bardzo proste - jak w tym dowcipie z człowiekiem, który wiele razy prosił Boga o wygraną w totolotka, po czym usłyszał: no dobrze, ale zagraj w końcu... 

>>>

W poniedziałek rano była Msza Święta za mamę. Czekamy. Na pewno w niedzielę do niej pojadę, w tygodniu nie mam jak. Za modlitwy bardzo dziękuję i nadal pokornie o nie proszę. 

piątek, 17 lutego 2012

Prośba

Właśnie dostałem bardzo przygnębiającą informację.

Bardzo proszę o wsparcie modlitewne w intencji mojej mamy. Oby z konsultacji z lekarzem specjalistą nie wynikło potwierdzenie wstępnej diagnozy... albo aby była możliwa operacja.

dopisane 21.02.2012
Nie zauważyłem nawet, w dniu kiedy pisałem ten tekst, w piątek, była 8. rocznica mojego spotkania z Janem Pawłem II. Zbieg okoliczności? Nie wierzę. Trudno w takiej sytuacji szukać innego wstawiennictwa u Boga. 

Kierunek - zbawienie

Potem Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: Za kogo uważają Mnie ludzie? Oni Mu odpowiedzieli: Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków. On ich zapytał: A wy za kogo mnie uważacie? Odpowiedział Mu Piotr: Ty jesteś Mesjasz. Wtedy surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili. I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa. Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. (Mk 8,27-33)
Chodził, nauczał, działał. Nie siedział w miejscu. Ciekawe mogą być okoliczności, w jakich ta rozmowa, którą opisuje ewangelista, miała miejsce. Szli gdzieś? A może podczas postoju.

Pytanie padło dość proste. Nie tyle - kim jestem, ale - za kogo inni mnie uważają? Jak mnie widzą? Co o mnie sądzą? Różne słowa, ale sedno to samo. Odpowiedzi padło kilka, pewnie ze strony kilku osób. Co ciekawe, nie odnieśli tego pytania do siebie. Przekazali Mistrzowi, za kogo uważają Go inni, nie oni sami.  Dlatego Jezus precyzuje - a wy, co sądzicie? Można się domyślać, że energiczność i spontaniczność Piotra (którą, nota bene, sam Jezus potępił w Ogrójcu, gdy Piotr rzucił się z mieczem na jednego z żołnierzy) spowodowała, że to właśnie od odpowiedział. Ty jesteś Mesjasz. Kawałek dalej, w innym miejscu, dodano jeszcze: Syn Boga żywego. 

Na czym polega piękno tych słów? Na ich prostocie i tym, że podyktowane były porywem serca Piotra. Bez uszczypliwości, trudno posądzać go - prostego rybaka - aby w tym momencie (nie mówię o tym, co działo się po zmartwychwstaniu) zdawał sobie w pełni sprawę z tego, kim był Jezus. Widział cuda, czuł że jest kimś wielkim, słyszał proroctwa i piękne, bo prawdziwe i z sercem głoszone nauczanie. Szedł za Jezusem - czy jednak wiedział, dokąd ta droga zaprowadzi, nie tylko jego, ale i Jezusa? Wówczas chyba jeszcze nie. 

Co innego - Jezus. Rozumiał, dokąd zmierza. Widział cierpienie, widział drogę krzyżową, biczowanie, krzyżowanie. Ale jego wzrok padał dużo dalej - poza krzyż, nawet poza grób. Wiedział, że Jego droga prowadzi dalej, że ta brutalna i straszna śmierć będzie zaczynem, początkiem czegoś co jest jedynym ratunkiem dla pogubionej kompletnie ludzkości. Wiedział, że swoją śmiercią uczyni wszystko nowe - to przecież Jego własne słowa. On sam będzie istniał dalej, jako zmartwychwstały Bóg-człowiek, jednak tym zmartwychwstaniem otworzy drzwi do życia bez końca dla innych, dla ludzi. 

Na koniec... Piotr dostał po uszach. Czemu nic nie mówić głośno? Czemu siedzieć cicho? Bo myślał po ludzku. Bo Jezus miał jeszcze wiele do zrobienia - a jakiekolwiek, dzisiaj byśmy nazwali, PR-owe działania po porostu by Mu zaszkodziły i przyspieszyły to, co miało się stać w odpowiednim momencie. Chociaż pewnie oznaczały by dla tych, którzy z Nim szli - w tym i Piotra - popularność, sławę i uznanie. Przyjemna perspektywa. Dla nas to też nauczka. Jezus nazwał go szatanem - dlaczego? Bo w piotrowym sposobie myślenia górę brały względy ludzkie, a nie boskie. A my przecież, choć żyjemy w świecie, musimy poruszać się w nim z dobrze ustawionym kompasem. Kierunek - niebo, zbawienie. 

środa, 15 lutego 2012

Świadectwo dla każdego

Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadając na kolana, prosił Go: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: Chcę, bądź oczyszczony! Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony. Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich. Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego. (Mk 1,40-45)
Kolejny, z niedzieli, opis uzdrowienia. Cuda za cudami, cud cudem pogania. Ale zawsze trzeba pamiętać, że nie na pokaz czynił to Jezus, ale - co tutaj mówi wprost - na świadectwo dla nich. Kogo miał na myśli? Na pewno faryzeuszy, uczonych w piśmie, ich przede wszystkim. Tych, którym pycha i pewność (siebie) zasłaniała oczy, czyniła ślepymi na działanie Boga, który chodził między nimi. Ale przecież także Jezus mówił o każdym z nas - wczoraj, dzisiaj, jutro - który czyta te słowa, albo był wręcz wtedy, przed wiekami, ich świadkiem. To świadectwo dla każdego. 

Jezus nie uciekł przed tym biedakiem. Co było w pełni zrozumiałe - tak wtedy, jak i dzisiaj, kiedy skutki tej strasznie wyglądającej choroby można zmniejszać. Widział, że ów człowiek go potrzebował. Nie mógł swojej miłości do ludzi ograniczyć, tej miłości starczyło także dla tamtego. Być może ujęła go także taka a nie inna prośba. Jeśli chcesz. Trędowaty wiedział, wierzył że On może to uczynić. Nie miał wątpliwości. Odwołał się tylko do woli Jezusa - jeśli chcesz. Jezus chciał, tak samo jak chce oczyszczać serce każdego człowieka, pomóc mu uporać się z tym brudem, z którego czasami sam zainteresowany w ogóle nie zdaje sobie sprawy. Pragnie czystości każdego człowieka, bez względu na to, jak ten ubrudził się, zbrukał i poniżył grzechami. 

A potem Jezus wycofał się na pustynię. Nie dlatego, że nie chciał czynić cudów czy uzdrawiać; wiedział, jak wielu na to czekało. Nie chciał żadnej władzy czy królowania ludzkiego, materialnego - chciał zakrólować w sercach ludzi ze względu na to, co im przynosił i ofiarował - zbawienie - a nie tylko uzdrowienie fizyczne, namacalne. Chciał uzdrawiać najpierw to, co zakryte, ale ważniejsze. Serce, ducha.  I jedno się przez te wieki nie zmieniło - ludzie nadal schodzą się do Niego: do kościołów, do kapłanów - szafarzy Jego sakramentów. Szukają i lgną do jedynego prawdziwego Uzdrowiciela, źródła życia tutaj i dalej. On czeka także na ciebie.

piątek, 10 lutego 2012

Uzdrawianie i otwieranie

Jezus opuścił okolice Tyru i przez Sydon przyszedł nad Jezioro Galilejskie, przemierzając posiadłości Dekapolu. Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę. On wziął go na bok, osobno od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: Effatha, to znaczy: Otwórz się! Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić. Jezus przykazał im, żeby nikomu nie mówili. Lecz im bardziej przykazywał, tym gorliwiej to rozgłaszali. I pełni zdumienia mówili: Dobrze uczynił wszystko. Nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę. (Mk 7,31-37)
Ciągle wędrował. Bo jak miał wysiedzieć w miejscu? Widział, ile może uczynić, wiedział ilu ludzi czekało na Jego obecność, dotknięcie, słowo, uzdrowienie. Tak było i tym razem. Tym razem - głuchoniemy. Co ciekawe, tutaj wyraźnie opis sugeruje, że kaleka posiadał wsparcie większej ilości osób - skoro "przyprowadzili go", liczba mnoga. A może szukali sensacji, chcieli zobaczyć coś spektakularnego? Życie wskazuje to drugie, wiara w ludzi każe wierzyć w to pierwsze. 

Nie zrobił tego publicznie. Odszedł z kaleką na bok. Fizyczny gest - dotknięcie narządów, które nie były sprawne i powodowały cierpienie, niepełnosprawność tamtego. Rozumiał jego cierpienie - jak trudne musiało być porozumiewanie się, kiedy człowiek i nie słyszał, i nie mówił. Pozostawał język migowy, niewielu znało pismo. Prosty gest - westchnięcie Syna do Ojca, skierowanie oczu ku Miejscu, gdzie Ojciec się znajduje. Żadne wyszukane gesty, magiczne tańce, nic widowiskowego. 

Effatha. Otwórz się. Bez zaklęć, gestów, wydziwiania. Mówi jak Ten, który ma władzę. Prosi o łaskę Boga Ojca, z którym przecież jest współistotny. Moc jest w Nim i tą mocą działa. Chore ciało jest Mu posłuszne, dzieje się to, co Bóg Człowiek rozkazuje. Dokonuje się uzdrowienie. Nic też dziwnego, że człowiek się cieszy i rozpowiada o tym, czego doświadczył. Bo Jezus dobrze uczynił, uczynił dobro. 

Tamten kaleka doświadczył cudu, bo go pragnął. A my? Jak wielu nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że - takiego czy innego - cudu potrzebuje. Jak wielu zamiast cudu poszukuje jakiegoś tandetnego substytutu, zamiennika, zagłuszacza prawdziwych pragnień i potrzeb. Jesteśmy nieszczęśliwi? Bo się zamykamy w swoich skorupkach, w swoich maskach, i szukamy nie tam gdzie trzeba. Co poradzić? Otwórz się. Bez tego nawet On nie zadziała. wbrew tobie. 

>>>

Mija rok od odejścia abp. Józefa Życińskiego. 

Poza wdzięczną modlitwą w jego intencji, krótkie słowa wspomnienia z dni po jego śmierci:
Był człowiekiem wiary ewangelicznej i odwagi rzadko spotykanej; był człowiekiem najwyższej klasy intelektualnej i prawości niepospolitej. Był pokorny wobec wartości chrześcijańskich i niepokorny wobec możnych tego świata.(...) Był mądrym kapłanem i wspaniałym obywatelem Rzeczypospolitej rogatych dusz. Nadto był człowiekiem miłosierdzia i dialogu z inaczej myślącymi. Takim (...) będziemy Go zawsze pamiętali.

czwartek, 9 lutego 2012

Chcesz być miły? Uważaj

Człowiek nie do końca pomyśli o konsekwencjach tego, co robi W pełni w dobrej wierze, w dobrej woli. Nie zamierzając się narzucać, urazić kogokolwiek czy powodować jakikolwiek dyskomfort.

I czasami zdarza się, że ta druga osoba zupełnie nic nie rozumie. Co więcej, zamiast powiedzieć wprost i wyraźnie, co o sytuacji sądzi, jakie jest jej nastawienie, po prostu używa półsłówek, nie mówi wprost, przez co (oczywiście) nie zostaje zrozumiana zgodnie z jej (rzekomą) intencją.

Tylko czemu, w takiej sytuacji, zamiast po prostu podejść i wyjaśnić nieporozumienie, osoba taka ucieka się do metod dalece bardziej stanowczych i wiążących się z przykrymi konsekwencjami dla tej pierwszej osoby, działającej w dobrej wierze? Mówiąc wprost - do gróźb, tylko składanych ustami jeszcze innej, trzeciej osoby. 

Nie rozumiem tego. Ale takie sytuacje nie zwiększają wiary w ludzi. Pokazują, niestety, że chcąc być w porządku i pomocnym, można czasem nie dość, że nie usłyszeć słowa dziękuję, to jeszcze zostać posądzonym o Bóg wie co, zbesztanym i prawie ukaranym. 

poniedziałek, 6 lutego 2012

Nie umiemy odpoczywać

Wtedy Apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco. Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu. Odpłynęli więc łodzią na miejsce pustynne, osobno. Lecz widziano ich odpływających. Wielu zauważyło to i zbiegli się tam pieszo ze wszystkich miast, a nawet ich uprzedzili. Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać. (Mk 6,30-34)
Tym razem to sobotni tekst. Bardzo na czasie, ponieważ odpoczynek to bardzo ważny problem - w obie strony.   Albo nie umiemy odpoczywać w ogóle, albo nic innego poza odpoczywaniem nie robimy. 

W czasach Jezusa było nieco inaczej. Ludzie, szczególnie prości i biedni, mieli mało czasu tak naprawdę na cokolwiek. Większość ich życia kręciła się wokół tego, jak przetrwać - zarobić na siebie, na pożywienie, jakiś strój, dach nad głową, zapewnić minimum bytowe dla rodziny: żony i dzieci, czasem także rodziców/teściów. Może nie wszyscy żyli z dnia na dzień - ale z pewnością, troska o zapewnienie bytu najbliższym była kluczowym problemem. Odpoczynek? W szabacie. Nie tyle nawet dlatego, żeby poodpoczywać, ale dlatego, że Bóg zakazał w tym dniu wykonywania jakiejkolwiek pracy. Owszem, wielu ten zakaz łamało - Jezus w innym miejscu wypomniał im to wprost, pytając o to, co by zrobili, gdyby dowiedzieli się o tym, że jakaś krzywda stała się w dniu szabatu ich zwierzętom (wiadomo, że zostawili by wszystko i wbrew zakazowi pobiegli ratować swój inwentarz). 

A dzisiaj? Pracoholizm urasta do rangi zalety, nic tylko czekać, aż ludzie zaczną wpisywać go sobie do CV, będąc zeń dumnym. Owszem, praca powinna być wykonywana dokładnie, prawidłowo, porządnie, a nawet z pasją - ale to jedno, a koncentrowanie się w życiu jedynie i tylko na pracy - co innego. Pracę najlepiej lubić, ale nie można skupiać się tylko na niej. Wystarczy przyjrzeć się spotkaniom, nawet towarzyskim, i niekoniecznie w gronie np. pracowników jednej firmy - o czym jest dyskusja? O pracy - jego, jej, znajomego, kolegi, konkurenta. Sprawy osobiste, dyskusje światopoglądowe schodzą na margines. Ludzie pod pretekstem pracy potrafią zaniedbywać rodzinę, dzieci, małżonka, bliskich, przyjaciół - dochodzi do dramatów, kiedy człowiek rozwala sobie w życiu wszystko przez przesadę w pracy, a jednocześnie ma żal do tych, których stracił, bo "przecież ta praca, to wszystko, to dla nich było". Przerost formy nad treścią.   

Albo w drugą stronę. Są ludzie, którzy ze względu na swoją sytuację życiową albo swój status materialny mogą pozwolić sobie na nic nie robienie. Lenistwo. Bylejakość. Leżenie do góry brzuchem. Mogą, więc tak właśnie postępują. A nie bez powodu już pierwsi chrześcijanie, apostołowie, dyskutowali na ten temat i doszli do wniosku dość prostego: "kto nie pracuje, niech też nie je" (2 Tes 3, 10). Każdy z nas ma dane od Boga dwie ręce i dwie nogi. Jeśli nie musi pracować na swoje utrzymanie - świetnie, ale nie stoi to na przeszkodzie, aby ze swoim życiem zrobił coś pożytecznego, zaangażował się w jakieś działania na rzecz tych, którzy są w gorszej sytuacji. 

To nie ma znaczenia - czy pracujesz te 40 h w tygodniu, czy się uczysz, czy jesteś zadowolonym z życia rentierem - Bóg pragnie, abyś swoje życie przeżył celowo, z sensem, coś robiąc i pozostawiając po sobie innym. Dopiero wtedy będziesz umiał naprawdę dobrze i w Boży sposób odpocząć. Odpocząć w Bogu i z Nim. Ani za dużo, ani za mało - tyle, ile trzeba. 

czwartek, 2 lutego 2012

Odpowiedzialność za parafię a to, co dana parafia proponuje

Wracając wczoraj do domu, słuchałem sobie Radia Maryja. Była taka popołudniowa dyskusja o churchingu (skądinąd, pojęcie ciekawe), o tym jak to ludzie chodzą/nie chodzą do swoich kościołów parafialnych, i z czego to wynika. Opinie były różne, wypowiadające się (młode) osoby czasami brzmiały dość zabawnie, starając się posługiwać bardzo wyszukanymi terminami i pojęciami "kościelnymi", co nie zawsze wychodziło (np. "ksiądz wychodzi na ołtarz"). Mówili ludzie różni - wywodzący się z miast, w których kościołów/parafii jest kilka i mają wybór, ale także osoby pochodzące z małych miejscowości z jednym kościołem, albo wręcz należących do parafii w której kościół np. był w innej miejscowości. 

Motywacją do napisania tego krótkiego przemyślenia stały się dla mnie słowa pewnych dziewczyn, chyba ze dwie mówiły dość podobnie, a które twierdziły, że dzisiaj jest problem, ponieważ ludzie nie utożsamiają się ze swoimi wspólnotami parafialnymi, że traktują kościoły "usługowo" wybierając "najfajniejsze" (kościół = fajny?), i wręcz mamy dzisiaj kryzys odpowiedzialności i utożsamiania się z parafią, z którą jednak ten dobry katolik zawsze powinien być związany, zaangażowany, aktywny. 

Pierwsze - zgoda, problem jest, bo ludzie się z parafiami nie utożsamiają. I generalnie, na tym wg mnie koniec. Bo co co reszty nijak się nie zgadzam. Teza o "usługowym" nastawieniu do parafii jest po prostu wielkim uproszczeniem i nieporozumieniem. Ok, być może tak podchodzi pewna grupa osób. Natomiast ja skupiam się na tych, którzy do tego kościoła przychodzą naprawdę z potrzeby: bo chcą, bo lubią, bo tego potrzebują, a nie bo im rodzic/babcia/ktokolwiek każe, albo bo wypada. Skoro do relacji z Bogiem podchodzą na poważnie i przychodzą do kościoła, ponieważ tego pragną, to takie podejście jest wobec nich krzywdzące. 

Ale prawdą jest, że kto może, ten wybiera. Wybieramy przyjmując różne kryteria. Młodzi rodzice - kościoły, gdzie jest osobna msza dla maluchów, gdzie ksiądz stara się te prawdy wiary tłumaczyć w sposób, który od małego zainteresuje dzieciaki i będzie dobrym fundamentem dla ich przyszłościowej bardziej dojrzałej i rozwijającej się przygody z wiarą, Bogiem i Kościołem. Młodzież szkolna (powiedzmy - liceum) i akademicka - kościoły, gdzie działają grupy duszpasterskie, w których mogą się odnaleźć, wzrastać w wierze w otoczeniu rówieśników, które skupiają się na rozwoju wiary na ich etapie, gdzie księża poruszają tematy istotne i ważne właśnie dla nich. Wreszcie - o czym się wg mnie zapomina, a taka grupa chyba jest coraz bardziej liczna, i zaliczam się do niej sam - ludzie młodzi, już po studiach, w małżeństwie (choć niekoniecznie), a nawet z dziećmi (ale np. za małymi jeszcze na msze dziecięce); osoby, które wyrosły już z duszpasterstw akademickich, ale poszukują liturgii porządnie przygotowanej, z odpowiednią oprawą muzyczną, z księdzem który przygotowuje się do homilii (nie kazania!), nie czyta niestety drętwych i mało zrozumiałych listów biskupich, i którego homilie po prostu trafiają do człowieka. 

W tym, że człowiek poszukuje w kościele (z małej litery) miejsca dla siebie nie ma nic dziwnego. Kościół (z dużej litery) jest dla nas wszystkich, ale każdy ma się w nim dobrze czuć. I to nie jest nieodpowiedzialność, brak odpowiedzialności za parafię, gdy człowiek musi szukać poza swoją macierzystą wspólnotą parafialną czy to wspólnoty, czy to niedzielnej Eucharystii. To oznacza, że w tej jego czegoś brakuje. Jest to łatwiej zrozumieć w kontekście małych parafii, gdzie jest jeden, często od wielu lat ten sam, ksiądz, nierzadko już starszy - trudno oczekiwać, aby rozwijał prężne duszpasterstwo dzieci, młodzieży czy akademickie (choć najlepszym przykładem, że się da, jest x prałat Tomasz Horak, felietonista GN, proboszcz przygranicznej parafii Nowy Świętów). Jednak gdy jest parafia, w której jest kilku księży - ja przepraszam, widzą ludzi, chodzą po kolędzie, słyszą o potrzebach. Co stoi na przeszkodzie, aby chociaż spróbować rozwinąć czy to msze dla maluchów, jakąś wspólnotę młodzieżową, albo DA? Głównie dobra wola, chcenie. 

W takiej sytuacji, gdy dany człowiek ma pewne potrzeby, których zaspokojenia nie znajduje w swojej parafii - jest zrozumiałe i wręcz oczywiste, że poszuka innego kościoła, gdzie daną wspólnotę albo mszę dla określonej grupy znajdzie. Bo nie chce stać w miejscu, bo chce się rozwijać. Żadna to nieodpowiedzialność. Pytanie jest proste - jaka jest relacja. Czy parafia jest dla człowieka, czy człowiek dla parafii? Parafia ma służyć samej sobie (jest żeby była), czy człowiekowi? Dla mnie jest oczywiste, że skoro człowiek jest drogą Kościoła, to relacja może być jedna: parafia dla człowieka. Skoro więc dana osoba nie znajduje pola do aktywności i działania w swojej parafii, po prostu szuka go gdzie indziej. Co jest jak najbardziej zrozumiałe.

środa, 1 lutego 2012

I tak sobie szufladkujemy

Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce. Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry? I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony. I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał. (Mk 6,1-6)
To takie nasze, ludzkie. Powątpiewać, drwić, naigrywać się, lekceważyć. Patrzeć na człowieka przez pryzmat tego, kim nam się wydaje, a nie tego co i jak robi. Jezusa znali jako "swojego" - jednego z mieszkańców miasta, znanego i kojarzonego (jego samego i rodziców), o znanej dalszej rodzinie. Wszyscy wiedzieli, że to syn cieśli - więc pewnie każdy Jego zdolności i umiejętności plasował, szeregował mniej więcej na poziomie wykształcenia technicznego, jakim mógł dysponować człowiek, od którego pewnie nikt nie oczekiwał więcej niż to, aby został dobrym cieślą i przejął obowiązki swojego ojca, Józefa.

A tu? Przychodzi do synagogi, i to w szabat, i zaczyna nauczać. Skąd ten pomysł? Jak On śmie! Kto Mu pozwolił? Chociaż z tonu tych wypowiedzi, które Marek cytuje, raczej pobrzmiewa lekceważenie niż złość. Co więcej - nawet zazdrość: skąd On to ma? Nie mogli zanegować - mówił pięknie, a zarazem prosto, w sposób trafiający do serca, w sposób zrozumiały dla prostych ludzi. Mówił... jakby to sam Bóg mówił do nich, do każdego z nich. Wystarczy dodać do tego te cuda, których już dokonał - aby zrozumieć: jego sąsiedzi musieli mieć nie lada zagwozdkę. 

Dzisiaj pewnie nie znajdziemy Jezusa chodzącego wśród nas, tak namacalnie, po ludzku. Nie mamy tej łaski, którą tamci mieli... i w piękny sposób ją zmarnowali, podśmiewając się z Niego. Nie przeszkadza to jednak nam nadal oceniać innych i szeregować, klasyfikować bardzo pobieżnie: czy to nieznanych a napotkanych na ulicy ludzi (po pozorach, chwilowym zachowaniu, wyglądzie - czyli pozorach), czy to osoby - jak tamci znali Jezusa - znane po prostu z widzenia, z okolicy, sąsiadów, znajomych ze szkoły/uczelni/pracy. Mamy te nasze małe i głupie kryteria, i tak sobie szufladkujemy. 

Bez sensu to jest, i tyle. W ten sam sposób wygradzamy miejsce Bogu - tu możesz (masz!) pomóc i ratować mnie, tu też, ale w te sfery (seksualność, moralność, uczciwość, wierność) wara, to moja własna sprawa. I żyjemy sobie w błogim przekonaniu, że Bóg jest skrępowany tymi naszymi płotkami. Skrępowany to pewnie jest, tylko naszą naiwnością i dwulicowością. On to wszystko, miłosiernie, ale na końcu podsumuje. A my, tak sobie wszystkich oceniając na prawo i na lewo jesteśmy na najlepszej drodze, żeby źle zaszufladkować kogoś, kto może być naszym prezentem od Boga, drogowskazem i konkretną pomocą. Nic to. Bóg nie pomoże nikomu na siłę, nawet On. Najpierw trzeba tej pomocy chcieć. Jak człowiek jest zbyt zajęty autorytarnym rozstawianiem innych po kątach - pewnie nie będzie miał na taką "pierdołę" czasu.