Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prośba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prośba. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 grudnia 2015

Nie bój się - oddaj to Panu

Wtedy Maryja rzekła:Wielbi dusza moja Pana,i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej. Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię a swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia [zachowuje] dla tych, co się Go boją. On przejawia moc ramienia swego, rozprasza [ludzi] pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia.Ujął się za sługą swoim, Izraelem,pomny na miłosierdzie swojejak przyobiecał naszym ojcom na rzecz Abrahama i jego potomstwa na wieki. Maryja pozostała u niej około trzech miesięcy; potem wróciła do domu. (Łk 1,46-56)
Co to jest? Pieśń osoby zachwyconej tym że została obdarowana - konkretnie (i to ma duże znaczenie) przez Boga właśnie. A tak historycznie - odpowiedź Maryi na słowa krewnej Elżbiety, wypowiedziane wtedy, kiedy odwiedziła Elżbietę i doszło do spotkania dwóch ciężarnych kobiet (Łk 1, 39-45). Ktoś mógłby powiedzieć: w sumie, wychwala samą siebie. Nie. Wyśpiewuje chwałę Boga, która się akurat w niej objawiła - a mogła tak naprawdę objawić w całkiem inny, równie dobry sposób. To jest "pieśń Maryi", jak się potocznie mówi w kontekście brewiarza, w tym sensie, że to Maryi słowa, ale ku czci i uwielbieniu Boga, nie samej Matki Boskiej. 

Dlaczego to jest ważne? Bo my bardzo często nie potrafimy darów od Niego docenić - i zamiast się nimi cieszyć, sensownie z nich korzystać, obdarowywać nimi ludzi naokoło, po prostu zamykamy się w sobie, bojąc się... no właśnie, że ktoś nam je zabierze?  Bez znaczenia, czy chodzi o coś materialnego, czy też niewidzialnego (jakąś relację, więź). Powiedzenie "jak trwoga, to do Boga" jest bardzo trafione - bo my umiemy do Niego się zwracać, jak się wali, pali, a najczęściej wtedy, kiedy już nie ma czego zbierać. Ale żeby podziękować, po fakcie, jak już wyciągnął nas za uszy z kolejnego syfu czy bagna? Eee, po co... 

I Maryja w tekście powyżej, i Anna z czytania (1 Sm 1,24-28) uczą nas, co należy zrobić. To w pewnym sensie jest jakiś elementarz savoir vivre'u czysto ludzkiego: proszę, dziękuję. Wyrażam wdzięczność. Każda z tych dwóch kobiet została obdarowana, każda darem macierzyństwa więc czymś nieprzeliczalnym. I oddają to Bogu - Anna wręcz namacalnie ofiarowuje Helego Panu w świątyni. Ja mogę wyjść z siebie i stanąć obok - ale bez Jego łaski to kompletnie nic nie da i nic na dłuższą metę z moich starań nie wyjdzie. A On, kiedy Go prosisz, zabiera strach i daje pokój serca. Kiedy umiemy do Pana zwracać się jako pierwszego - wtedy wszystko inne wydaje się jakby na sobie właściwym miejscu. 

niedziela, 18 października 2015

Błogosławiona zuchwałość

Jakub i Jan synowie Zebedeusza zbliżyli się do Jezusa i rzekli: Nauczycielu, chcemy, żebyś nam uczynił to, o co Cię poprosimy. On ich zapytał: Co chcecie, żebym wam uczynił? Rzekli Mu: Daj nam, żebyśmy w Twojej chwale siedzieli jeden po prawej, drugi po lewej Twej stronie. Jezus im odparł: Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić, albo przyjąć chrzest, którym Ja mam być ochrzczony? Odpowiedzieli Mu: Możemy. Lecz Jezus rzekł do nich: Kielich, który Ja mam pić, pić będziecie; i chrzest, który Ja mam przyjąć, wy również przyjmiecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej lub lewej, ale [dostanie się ono] tym, dla których zostało przygotowane. Gdy dziesięciu [pozostałych] to usłyszało, poczęli oburzać się na Jakuba i Jana. A Jezus przywołał ich do siebie i rzekł do nich: Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu. (Mk 10,35-45)
To taki ciekawy obrazek, gdzie wychodzi cecha bardzo nam ludziom - a już tym współczesnym, żyjącym dzisiaj, to wyjątkowo - znana i często spotykana. W pewnym sensie w naszych polskich realiach przy osobach starszych można to "zwalić" na naleciałość, jaka pozostała po poprzednim systemie. Załatwianie, ustawianie. Bo to mniej więcej próbowali zdziałać Jan i Jakub - według Mateusza, nieco inaczej, próbowała załatwić ich matka (Mt 20,20-24). 

Bóg, który przegląda się jak w lustrze w sercu i myślach człowieka, pyta - co chcesz, abym uczynił? Słysząc odpowiedź, doprecyzowuje - jakby uprzedza pytających, żeby wiedzieli, w co się pchają - czy chcecie, możecie? Bycie apostołem w momencie, kiedy misja Jezusa nabierała kształtów, był znany, było z pewnością (mają na uwadze, że byli to w większości prości ludzi) nobilitacją i wyróżnieniem. A jak by tu jeszcze się załapać na pierwsze stołki obok Niego, i to "przy wypłacie", po tym wszystkim? Woow. Zwróć uwagę - pytanie Jezusa jest niby banalne, a jednocześnie zawiera sedno, bo dotyka nie pozorów, ale pobudek, tej głębi serca, z której wypływa to, z czym przychodzisz: prośba, podziękowanie, pytanie. 

Nic dziwnego, że tym dwóm się dostało (nie od Jezusa, od pozostałych uczniów) - po prawdzie, może głównie dlatego, że pozostali mniej lub bardziej mieli podobne pragnienia, albo po prostu zazdrościli tamtym odwagi, że oni zapytali wprost? Ja w tym obrazku chcę widzieć jednak szczere pragnienie ludzi, którzy powiedzieli od serca, choć może nie do końca rozumieli, z czym się wiąże to, o co proszą - do czego po ludzku może doprowadzić ich przyznanie się do Chrystusa, dzielenie Jego kielicha cierpienia (obydwoje przecież zmarli jako męczennicy - jak wszyscy apostołowie, poza Janem [nie tym]). Stąd dostali szczerą odpowiedź, w sumie obietnicę. Zbawiciel uzmysłowił im, jak bardzo bez znaczenia było to, co wydawało im się ważne, o co prosili. 

Przykład Jakuba i Jana jest bardzo optymistyczny i to jest coś, czego naprawdę każdemu życzę, bo to jest umiejętność świadcząca wbrew pozorom o odwadze i dojrzałości. Przyjdź do Jezusa, otwórz serce z tym, co tam jest (raz przyjdziesz prosić, kiedy indziej - to ważna umiejętność, staram się pamiętać - podziękować; zdarzy się pewnie i pozłorzeczyć, ale czy taka szczera z Nim rozmowa albo uczciwe milczenie przed Nim nie są lepsze niż bezmyślne, za przeproszeniem, zdrowaśki?) i przedstaw Mu to, złóż to u Jego stóp. Jeśli chcesz, nazwij to zuchwałością - ale, jak to ktoś mądrze powiedział, gwałtownicy zdobywają niebo i nie ma w tym nic złego. Nie trzeba się silić - czasami jest bardziej lub mniej beznadziejnie, wystarczy szczere westchnięcie: Panie, powierzam to Tobie, ja już nie daję rady, poskładaj coś z tego... Pięknie się to układa z ostatnim zdaniem II czytania z dzisiaj: przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy otrzymali miłosierdzie i znaleźli łaskę w stosownej chwili (Hbr 4, 16). Bóg potwierdza, choć w innym miejscu - nie bój się, po prostu przyjdź. 

Takie przyjście to jedno - i już bardzo dobry krok. Potem pozostaje drugi - chcieć usłyszeć odpowiedź, zrozumieć ją i przyjąć. Ale to już kiedy indziej. 

środa, 14 października 2015

Prośba o modlitwę

Pozwalam sobie troszkę egoistycznie poprosić o wsparcie modlitewne. 

W najbliższych dniach, a może kilku tygodniach, rozstrzygnie się dla mnie sprawa bardzo ważna - chodzi o perspektywę nowej pracy. Finanse też są argumentem (milionami nie grzeszę, kredyt swój trzeba jeszcze długo płacić...), ale przede wszystkim o możliwość rozwoju, działanie na własne nazwisko, wypracowanie sobie jakiejś tam marki. Wreszcie coś sensownego. 

Wystarczy zdrowaśka, czy nawet westchnięcie "daj mu szansę!". 

Za wszelkie wsparcie - wielkie dzięki!

wtorek, 15 października 2013

(Nie)wdzięczność

Stało się, że Jezus zmierzając do Jerozolimy przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami. Na ich widok rzekł do nich: Idźcie, pokażcie się kapłanom. A gdy szli, zostali oczyszczeni. Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to Samarytanin. Jezus zaś rzekł: Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec. Do niego zaś rzekł: Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła. (Łk 17,11-19)
W tej historii praktycznie każdy detal ma sens. Dzisiaj mało zrozumiałe może być to, jakim w czasach Jezusa był trąd - choroba wtedy nieuleczalna, skazująca człowieka na powolne umieranie z powodu po prostu gnicia ciała i odpadania jego członków. Mało zrozumiałe - bo w naszych czasach tę chorobę można zwalczyć, wyleczyć. Jednak w biblijnych czasach trąd oznaczał samotność i wyrzucenie poza nawias społeczeństwa, życie poza nią - z koniecznością dawania wszystkim napotkanym osobom znać dzwoneczkiem, że mają do czynienia z trędowatym. Po prostu wegetacja, oczekiwanie na śmierć. 

Postawa tych dziesięciu była z początku jak najbardziej prawidłowa - przyszli, prosili, pragnęli litości. W pewnym sensie wyzwanli wiarę w Boga - Jezusa nazwali Mistrzem. Wykazali się niesamowitą odwagą - zamiast ostrzegać o swojej obecności, wręcz szli w kierunku Jezusa, dążyli do Niego i pragnęli przyciągnąć Jego uwagę (choć "zatrzymali się z daleka"). Pan widział, że ich pragnienia są szczere - i dokonał cudu, mimo że ani słowem nie wynika, że ich dotknął, przytulił, czy choćby nałożył błoto na oczy, jak to zrobił z niewidomym. Poszli do kapłanów - tylko oni mogli stwierdzić oczyszczenie - i oczyszczenie, jak podaje ewangelista, dokonało się w drodze. Gdy doszli na miejsce byli już zdrowi. 

Tutaj zaczęły się schody. Tylko 1 potrafił Bogu za dokonany cud podziękować - a może nie tyle potrafił, co zadał sobie trud, wrócił (po złośliwości pewnie nieco, autor wskazał, że był to ten "gorszy" - nie Żyd, a Samarytanin, cudzoziemiec). Tu nie chodziło o to, żeby przyjść i dziękować Jezusowi - ale uwielbić Boga w Trójcy jedynego za cud, jaki dzięki Jego łasce zaistniał. Tylko ten Samarytanin potrafił w tej sytuacji odnaleźć się na tyle, aby wysławiać Boga. 

Taki sam problem jest z nami. Nie ma nic przesady w staropolskim przysłowiu - jak trwoga, to do Boga. Jak się pali i wali, to nagle stajemy się wierzący (inna sprawa - w kogo, co? - czy modlimy się do Boga, czy obwieszamy się symbolami wszelkich możliwych religii i staramy się, na wszelki wypadek oczywiście, obłaskawić wszelkiej maści bóstwa), i jesteśmy gotowi na wszystko, byle by stało się po naszej myśli. Wszystko zmienia się, kiedy problem się rozwiąże. Gdzie jest dziewięciu? żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec. Pewnie i te proporcje - 1/10 - będą w miarę trafione, bo mało kto potrafi podziękować. Taka nasza roszczeniowa postawa - poprosić jeszcze jakoś tak, ale już żeby dziękować? Po co? Przecież po sprawie. Sam sobie to uświadomiłem w pewnym momencie - i wydaje mi się, że taka postawa jest strasznie dwulicowa, nieuczciwa. Dlatego tym bardziej staram się dziękować, kiedy dobry Bóg udzieli jakiejś łaski - a co jak co, w ostatnim czasie nie raz się o Jego łasce bardzo mocno przekonałem. Po prostu pewna konsekwencja: proszę i modlę się przed (nie tyle targuję, obiecuję "Boże, jak Ty mi pomożesz, to ja Ci...") - ale i dziękuję mocno po, najczęściej też na Mszy Świętej. 

Bardzo mocno widać to choćby po intencjach mszalnych - ile jest za żywych? Większość za zmarłych. Zapominamy o tych, którzy wsparcia modlitewnego potrzebują za życia. Mało to jest okazji? Urodziny, imieniny, urodzenie dziecka, rocznice. Warto o tym pamiętać, i nie wahać się, aby także te intencje polecać modlitwie eucharystycznej wspólnoty Kościoła. A potem wykazać to minimum - po prostu podziękować. 

niedziela, 28 lipca 2013

Problematyczna prostota

Gdy Jezus przebywał w jakimś miejscu na modlitwie i skończył ją, rzekł jeden z uczniów do Niego: Panie, naucz nas się modlić, jak i Jan nauczył swoich uczniów. A On rzekł do nich: Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo! Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto nam zawinił; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie. Dalej mówił do nich: Ktoś z was, mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu: Przyjacielu, użycz mi trzy chleby, bo mój przyjaciel przyszedł do mnie z drogi, a nie mam, co mu podać. Lecz tamten odpowie z wewnątrz: Nie naprzykrzaj mi się! Drzwi są już zamknięte i moje dzieci leżą ze mną w łóżku. Nie mogę wstać i dać tobie. Mówię wam: Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje. Ja wam powiadam: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Jeżeli którego z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień? Albo o rybę, czy zamiast ryby poda mu węża? Lub też gdy prosi o jajko, czy poda mu skorpiona? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą. (Łk 11,1-13)
Już sam początek tych słów to wskazówka niejako - co Jezus robił? Tak, sam będąc Bogiem - modlił się, jednoczył z Ojcem. W tym sensie pytający uczeń miał "nosa" - słusznie zadał pytanie o kwestię, można by powiedzieć, pierwszorzędną. Jak to z tą modlitwą ma być?

"Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo! Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto nam zawinił; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie" - to nic innego, jak Łukaszowy zapis pierwszej z modlitw, Modlitwy Pańskiej. Prostota nade wszystko - nie, jak większość kolekt w liturgii Kościoła (o ile nie wszystkie?) zaczynają się słowami "X Boże..."; tutaj mówimy prościej, w relacji o wiele bliższej - Ojcze. A to z kolei samo w sobie mówi o pewnej naturalności takiej relacji - takiej, jaka powinna być pomiędzy dzieckiem a ojcem właśnie. Ta modlitwa to spotkanie z osobowym, bliskim mi jak Ojciec Bogiem, który przychodzi specjalnie do mnie i pochyla się nade mną - nie z żadnym bliżej niesprecyzowanym świecącym okiem w chmurach, absolutem czy bezosobowym wielkim początkiem wszystkiego. Jeszcze raz ta modlitwa - prośba o nadejście Królestwa, o pokarm codzienny, o przebaczenie przy jednoczesnym przebaczeniu innym, o uwolnienie od pokusy. 

Strasznie mi się podoba ta druga część, przykłady obrazków życiowych. Trochę podobne do tej przypowieści o wdowie i tym, jak nachodziła sędziego, aby ją obronił - aż "wychodziła" swoje, bo sędzia chciał mieć spokój, czyli z mało właściwej pobudki. Tu - podobnie. Człowiek jest skłonny do dobrego uczynku czasem dosłownie mimowolnie i nieświadomie, bo z zupełnie innego powodu, dla własnego komfortu, żeby ten proszący przysłowiowej gitary już nie zawracał i poszedł sobie. A Bóg, jak to Bóg, wskazuje, że to samo w sobie jest dobrem nie jest - ale oznacza dobro dla proszącego. Z bezmyślnego działania Bóg potrafi wyprowadzić dobro, bo każde dobro ostatecznie właśnie z Niego ma początek. Dlatego tak ciekawie wybrzmiewa do pytanie na końcu, jakby retoryczne - skoro jesteś, mały brzydki pełen grzechów i słaby człowieku, zdolny do niezależnego od własnej woli de facto czynienia dobra, to o ile bardziej dobry jest Ten, który stanowi źródło wszelkiego dobra? Bardzo optymistyczne. 

Ten tekst jest bardzo piękny z jeszcze jednego powodu - ponieważ bardzo dobitnie pokazuje, że to w ogóle nie jest tak, że Bóg czegoś ode mnie chce, taki skrupulatny księgowy, który patrzy znad wielkich okularów i w swoim kapowniczku odznacza, kiedy nie było mnie na Mszy, zjadłem schabowego w piątek czy zgrzeszyłem w inny sposób. On nigdy nie był i nie jest przykrym obowiązkiem i przymusem - a jedynie wielką szansą i okazją. Ta obietnica jest właśnie do mnie i do ciebie:  Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Nie - jak poprosicie, i złożycie wniosek, albo udokumentujecie x dobrych uczynków - nie! Po prostu - poproś, a ja się tym zajmę. Szukaj, pukaj, stukaj, kołacz - nie ustawaj, pokaż, że ci zależy, że szukasz pomocy Kogoś większego. 

U Boga nie zdarza się, że nie ma czasu, że zapomniał, że przeoczył - tutaj problem jest już głównie z nami, że zamiast czasami trudnej i mało pasującej do naszej wizji wszystkiego Bożej odpowiedzi, liczymy na to, że będzie zgodnie z ułożonym planem, im łatwiej tym lepiej. Skoro przychodzisz i prosisz o umiejętność modlitwy - to po pierwsze naucz się dziękować, zawsze (z tym jest wielki problem - wystarczy popatrzeć po intencjach mszalnych: ile jest dziękczynnych?), a po drugie przyjmij do wiadomości, że dobry Bóg widzi więcej i wie lepiej, a nasza wiara jest prawdziwa dopiero wtedy, kiedy potrafimy przyjąć, że lepsze jest dla nas to, co niekoniecznie mieści się w sferze naszych planów. 

poniedziałek, 9 lipca 2012

Znowu proszę

Wszystko wskazuje na to, że nadchodzące dni będą dla mnie bardzo ważne i decydujące jeśli chodzi o przyszłość zawodową. Dwie powiązane ze sobą bardzo ważne sprawy do rozwiązania. 

Dlatego bardzo proszę o wsparcie modlitewne. 

wtorek, 6 marca 2012

Przemienienie ogłupia, a Bóg tylko prosi

Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden folusznik na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Nie wiedział bowiem, co należy mówić, tak byli przestraszeni. I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie. I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy powstać z martwych. (Mk 9,2-10)
Niedzielnie, jak zwykle z poślizgiem.

Bardzo często jest tak, że ludzie domagają się, wręcz roszczą od Pana Boga znaków i cudów: na potwierdzenie Jego istnienia, na udowodnienie czegoś, wbrew sobie albo komuś. W postawie: należy mi się, powinno tak być. Jak wiadomo, nie tędy droga, i takie osoby najczęściej po prostu pogrążają się we własnej słabości i małości, bo jak wiadomo - Bóg nie złota rybka i nie robi tego, co Mu się każe, ani wtedy kiedy Mu się każe. Można u Niego wiele zdziałać - ale nie w ten sposób, nie tak. W niedzielę ewangelista Marek pokazuje obrazek, w którym pewnie wziąć udział by chciało wielu. 

Pan Jezus, żyjący, człowiek, przed wielkimi rzeczami jakich dokonał w Triduum, uchyla rąbka swojej boskości przed kilkoma (wybranymi? przypadkowymi?) uczniami. (Może i wybranymi: Piotr jako najbardziej uparty, ale w końcu Skała; Jakub jako ten, który pierwszy zginie; Jan jako jedyny który wytrwa pod krzyżem i nie zginie jako męczennik) I co się dzieje? Apostołowie, świadkowie całego zdarzenia... głupieją. Wiedzą, kogo widzą - Jezusa z Eliaszem i Mojżeszem - i zaczynają proponować stawianie namiotów dla tych, których widzą. A przecież to ludzie wiele wieków wcześniej zmarli! Doświadczają cudu, i nie potrafią się w tej sytuacji odnaleźć. 

Pytanie - co z tej sytuacji zapamiętali? Głos Boga Ojca z obłoku - polecenie, zadanie i zarazem wskazówkę, kogo należy słuchać? Obawiam się, że bardziej przejęli się - co zanotował ewangelista - rozważaniem nad tym, czym miało by być owo "powstanie z martwych", które Jezus wskazał jako moment, kiedy mogli ujawnić to, co widzieli; nie wcześniej. Refleksja nad tym, czego byli świadkami, pewnie przyszła później, bardzo możliwe że już po zmartwychwstaniu. Ale przyszła. Kolejny kamyczek na wielkiej piramidzie dowodów na to, że Bóg działał przez Jezusa od początku do końca. 

I z tym wszystkim w I czytaniu Kościół zestawił nam (Rdz 22,1-2.9-13.15-18) obrazek Abrahama, którego Bóg wzywa do złożenia ofiary z jedynego, umiłowanego i przecież tak bardzo wyczekiwanego syna - Izaaka. Czas próby. Myślę, że wielu z nas - może i ja sam, od niedawna ojciec? - by się w podobnej sytuacji popukało w czoło i odwróciło plecami od Boga, który żąda czegoś tego rodzaju. Zabić własne, jedyne dziecko? Abraham widzi w tym wolę Bożą, idzie zgodnie ze wskazaniem. Ufa Bogu tak daleko, że wykonuje Jego polecenie. Nie waha się - w ostatniej chwili przed zabiciem dziecka powstrzymuje go anioł pański. Izaak był dla niego największym otrzymanym od Boga darem - a mimo tego nie zastanawiał się. Pan dał, Pan zabrał - niech imię Pańskie będzie błogosławione - jakby zacytować Hioba. 

Niewielu z nas Bóg prosi o porównywalne poświęcenie. Patrząc na wydarzenia ostatnich dni - można powiedzieć, że w sercu Bóg prosi o taką ofiarę rodziny ludzi, którzy przez ludzki błąd zginęły w katastrofie kolejowej w sobotę. Bożą wolą droga tych zmarłych się już zakończyła, są już razem z Nim. A my? Idziemy przez życie, niekiedy mocno bezmyślnie, nie zastanawiając się nad sobą, i bardzo często nie stać nas na nawet na rozmowę z Nim, krótką modlitwę, westchnienie czy poryw serca ku Niemu. On przychodzi i prosi - w Wielkim Poście np. o modlitwę, post i jałmużnę. Tak wiele? No nie. A i tak - jak niewiele osób potrafi na tę prośbę odpowiedzieć. Czasami przychodzi krzyż cierpienia i choroby - jak go znosimy? Najczęściej złorzecząc, i obwiniając Jego właśnie. 

Nie umiemy dostrzegać tego, że Bóg widzi dalej i lepiej od nas, i nigdy nie proponuje niczego bez sensu. Nawet jeśli sytuacja wygląda nie wiem jak beznadziejnie - On potrafi wyprowadzić z niej dobro. Oczywiście, o ile postąpimy tak, jak On prosi. Abrahamowi, po ludzku mówiąc, po prostu się to opłaciło - obietnica Pana, jaką usłyszał, spełniła się. Bo uwierzył, i bo potrafił zawierzyć. A my? Szukamy naokoło takich przemienień pańskich, cudów i tego, co spektakularne, nawet nie zastanawiając się, żeby dać cokolwiek z siebie, żeby spróbować posłuchać tego, co Bóg mówi. Nic dziwnego, że tak wielu szuka bez sensu i bez skutku. Żeby Go odnaleźć, potrzebny jest dialog - nie monolog. Posłuchaj, o co prosi Pan. Może to brzmieć dziwnie, a nawet strasznie. Nie bój się. 

czwartek, 1 marca 2012

Nieskończone zwielokrotnienie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień? Albo gdy prosi o rybę, czy poda mu węża? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą. Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy. (Mt 7,7-12)
Piękna kontynuacja tekstu dzisiejszego czytania (Est [Wlg] 14,1.3-5,12-14), w którym królowa Estera podjęła bardzo mądrą decyzję: zwrócenia się do Boga w bardzo pięknych słowach m.in. "Wspomnij, Panie, pokaż się w chwili udręczenia naszego i dodaj mi odwagi. Królu bogów i Władco nad wszystkimi władcami'. 

Pan Bóg już taki jest, że nie znosi lenistwa. Taka prawda. Nie mówi dzisiaj - siedź i rozmyślaj o niebieskich migdałach, a spadnie ci ode mnie manna z nieba. Spadała, ale gdy tego naprawdę wymagała sytuacja, w wypadku Narodu Wybranego. Bóg jest Bogiem czynu, ludzi aktywnych, ludzi gotowych do działania i walki. Szukać, kołatać, prosić. Działać. Zawierzyć swoje działanie Bogu - ale nie pozostawiać Go na polu działania jako Tego, co ma odwalić całą czarną robotę, a człowiek przychodzi potem na gotowe - i działać z Jego imieniem na ustach i w sercu. 

Nie wiem, czy każdy człowiek jest zły - natomiast  każdy z pewnością ma nagrabione wiele, nagrzeszone. Stworzeni na Boży obraz i podobieństwo, z natury rzeczy jesteśmy dobrzy i co najwyżej się psujemy w życiu, przez co stajemy się gorsi. Jeśli to zło, o którym pisze ewagngelista, a mówi Jezus, rozumieć jako grzeszność - niestety, smutna prawda. A jednak, w tej grzeszności potrafimy być między sobą dobrzy, pomocni, bezinteresowni, troskliwi. Potrafimy usłyszeć potrzeby innych - dzieci, wnuków, małżonka, osób najbliższych, przyjaciół. Nie sposób więc wątpić, aby Bóg był nieskończonym zwielokrotnieniem tych naszych pozytywnych cech, którymi kieruje się, działając wobec małego człowieczka. 

Lubimy, jak wszyscy naokoło są mili, uprzejmi, uczynni, pomocni - wobec mnie. Lubimy być obiektami tego, co dobre, przyjmować to wszystko. W drugą stronę - na zewnątrz - już gorzej, bo tu włącza się mentalność Kalego tak zwana. Jak ja świnię podrzucę komuś - to ok; ale jak ktoś mnie - to wara! Mało to konsekwentne, ale cóż. Bóg wskazuje na to, że powinniśmy jednak wykazać się tym minimum konsekwencji i  tak działać wobec innych, jakiego działania my od nich oczekujemy. Zwykła uczciwość. 

Mamy tendencję do proszenia, zasypywania Boga swoimi intencjami. Niektórzy mówią - bez przesady, pewne rzeczy można samemu... Można. Ale warto i w tych sprawach szukać Bożego wsparcia, zawierzać te sprawy Jemu wprost. Jezus jednak w wielu miejscach wskazuje prosto - proście! Proszenie zresztą przychodzi nam dość łatwo. A dziękowanie? Tu już gorzej. Najczęściej o tym zapominamy - jak się już uda, jak po wszystkim, to temat zamknięty; a podziękować? No bez przesady. Warto o tym pamiętać - i poza proszeniem pomyśleć o dziękczynieniu, rozmowie z Bogiem zupełnie innej, ale równie dobrej i skutecznej, a przede wszystkim: świadczącej o tym, że pamiętamy o Nim nie tylko w tych podbramkowych chwilach, ale także wtedy, gdy jest dobrze. 

Piękna sprawa. Prosić, kołatać, ale i dziękować - i w tych różnych relacjach, różnych płaszczyznach rozmowy, odnajdywać Jego wolę. 

Dziękuję za słowa modlitwy za moją mamę, na pewno ona sama jest za nie równie wdzięczna. Jest podobno lepiej, ale pozostaje wiele niewiadomych. Więc nadal proszę.

wtorek, 4 października 2011

Kolejna prośba

I znowu proszę...

Tym razem za moją mamę. Ma jutro dość ciężką operację, która ma rozwiązać i przynieść odpowiedź na ciągnące się dość długo problemy zdrowotne. 

Dzisiaj jeszcze się z nią widziałem, nastawienie ma na szczęście dobre.

Pomódlcie się za nią.

środa, 14 września 2011

Tobie mówię

Jezus udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a szli z Nim Jego uczniowie i tłum wielki. Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego - jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł do niej: Nie płacz! Potem przystąpił, dotknął się mar - a ci, którzy je nieśli, stanęli - i rzekł: Młodzieńcze, tobie mówię wstań! Zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce. A wszystkich ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: Wielki prorok powstał wśród nas, i Bóg łaskawie nawiedził lud swój. I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie. (Łk 7,11-17)
Jeden z wielu cudów największego z cudotwórców, i przede wszystkim - żadnego iluzjonisty. Boga samego. Cudu z jednej strony wyjątkowo spektakularnego, bo przecież nie tylko uzdrowił, ale wręcz wskrzesił z martwych, łamiąc (a może - naginając?) prawa tego świata; ale cudu z innej strony tak zwyczajnego, bo dokonanego na pewno po prostu po drodze, przemieszczając się w toku nauczania. 

Warto także zwrócić uwagę na coś innego. Znowu wybitnie ludzkie i kochające oblicze Jezusa. To samo, jakie widzimy, gdy Kościół wspomina scenę wskrzeszenia osoby na pewno Mu bliższej, niż ten dzisiejszy młodzieniec, Łazarza. I tu, i tam  Jezus okazał po prostu wzruszenie, smutek i żal nad faktem odejścia z tego świata tej czy innej osoby. On, Pan życia i śmierci, lituje się nad człowiekiem, którego czas nadszedł, i przywraca go  światu.

Wystarczyło kilka słów, proste polecenie - i zmarły powstaje. Ktoś patrząc na sytuację z boku mógłby powiedzieć - no jak to, po prostu rozkaże, i trup ożyje? Nic, tylko popukać się w głowę. A tu - bez czarów, zaklęć, nimbu tajemniczości czy nadprzyrodzoności. Moc w słabości się doskonali, Bóg-Człowiek, który ma w ręku władzę nad życiem i śmiercią, po prostu każe temu młodzieńcowi. Wróć do tego świata, wracaj do swojej matki, opiekuj się nią. 

Do nas Jezus też bardzo często się tak zwraca. Pewnie nie pomylę się, gdy powiem, że żadne z nas, choćby nie wiem ilu czytało te słowa, nie doświadczyło wskrzeszenia z martwych w taki sposób, jak Łazarz czy dzisiejszy bohater, ów młodzieniec. Do nas Pan mówi inaczej. Wzywa nas do powrotu w sposób bardziej subtelny, do powrotu w ramach tej rzeczywistości, tej egzystencji, tego życia. Wzywa do powrotu do tego, co święte, piękne, dobre, bezinteresowne, z miłości, z miłością, do autentycznego życia wiarą. Wzywa do powrotu do bycia takim, jakim człowiek był na początku i jakim być powinien; jakim być musi, jeśli Boga i wszystek Jego nauczania traktuje serio. 

Mamy wybór. Możemy się na Boga, za przeproszeniem, wypiąć. Jezus wtedy, widząc rozpacz matki, ulitował się nad nią i zwrócił jej syna. Nas dzisiaj nie zmusi do powrotu do bycia autentycznym chrześcijaninem, bo szanuje naszą wolną wolę. Ale nie traci nadziei, i raz po raz na naszej drodze życia przystaje, zaczepia, drąży. Młodzieńcze, tobie mówię... Może warto posłuchać, a nie wykręcać się uniwersalnym pośpiechem i brakiem czasu? 

>>>

Od dzisiaj jestem na urlopie, i tak do końca przyszłego tygodnia. Może coś napiszę, może nie. Intensywnie staram się przygotować do bardzo ważnego egzaminu. O siły, skupienie i dobre wykorzystanie tego czasu, czy wreszcie o powodzenie 24 września sam proszę - i będę wdzięczny bardzo za modlitwę w tej intencji.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Dwie prośby i gorzkie żale o prostactwie

Tak się ciekawie zbiegło - w piątek napisałem o tekstach, które czytane były także we wczorajszą niedzielę. I dobrze, bo chciałem o czymś innym. 

Najpierw prośby. 
 
Za koleżankę z poprzedniej pracy. Dzisiaj widzieliśmy się przez chwilę, trzyma się dzielnie. O co chodzi? Niespełna miesiąc temu zginął jej chłopak. Co więcej, prawie na jej oczach - jechał do niej, słyszała przed domem silnik jego motoru. Został potrącony przez samochód, sprawca uciekł, a biedak zmarł praktycznie jej na rękach. Sporo środków uspokajających, jakoś do pracy chodzi, nadrabia miną... ale wystarczy spojrzeć w jej oczy. Panie Boże - ja w Ciebie wierzę i ta sprawa tego nie zmieni. Ale w takich momentach się zastanawiam. To wszystko ma jakiś sens - w tych sytuacjach, gdy umiera młody człowiek, jest on wyjątkowo mocno ukryty. Ale wierzę, że jest - i że Ty sam będziesz dla niej pokojem serca, który ukoi jej ból.

I za koleżankę z obecnej pracy. Niedługo z nią w pokoju siedzę, obserwuję. Dziewczyna 3 lata po ślubie. Męża jej na oczy nie widziałem. Jakiś miesiąc temu wyprowadziła się, wynajęła mieszkanie i zamieszkała sama. Rozmów kilka wokół tego było - sam delikatnie podpytywałem, widząc jak sytuacja wygląda - i widzę, że nie było spektakularnej zdrady, oszustwa czy czegoś, co (zaznaczam - czysto teoretycznie) usprawiedliwiało by takie posunięcie. Co więcej - zapytana, wprost powiedziała, że miała dość, a samo wyprowadzenie się ma definitywnie zakończyć ich związek i zmotywować właśnie jej męża, aby przestał walczyć. Zgłupiałem. 3 lata po ślubie? Niecałe. Ona go nie zdradziła, on jej też nie. I co? Bo nie pasują do siebie? Widzę, że to nie ma na celu jakiś przemyśleń, a po prostu doprowadzenie do - prawniczo ujmując - trwałego rozkładu pożycia małżeńskiego. Zmobilizowania drugiej strony do pogodzenia się. I za jakiś czas, zrezygnowani - rozwód, i cześć. Najgorsze - niedawno miałem okazję porozmawiać z owej koleżanki bardzo bliską przyjaciółką - która także uważa, że owa osoba popełnia wielki błąd. Więc za nią Cię, Panie Boże, proszę. Mądra dziewczyna, dobry specjalista, sympatyczna - i tak spaprać sobie chce, pokomplikować życie. Niech sobie pomieszkają z dala od siebie, jeśli muszą, ale niech się im to małżeństwo nie rozwala. Sam mówiłeś, że nic nie ma prawa niszczyć miłości przez Ciebie pobłogosławionej - więc ich ratuj. Żeby tego za kilka lat nie żałowali. 

Wczoraj pierwszy raz widziałem na oczy nowego wikariusza w parafii, gdzie niebawem zamieszkamy. Sytuacja dość dziwna - kilka lat (wiekowo i kapłaństwem) starszy od proboszcza, co nie rokuje zbyt dobrej współpracy w takim a nie innym układzie podległości. Ale - w przeciwieństwie do proboszcza (zero pomysłowości, problemy z odpowiednią nawet składnią, brak umiejętności po prostu ładnego mówienia, a co dopiero pomysłów na homilie) i młodego wikarego (kazanie = beznamiętne odczytanie moralistycznie nastawionego tekstu przyniesionego w okładeczce czerwonej) - naprawdę ładny sposób mówienia zaprezentował, ciekawą intonację, umiejętnie stosował intonację. Szkoda, że w tym kościele - beznadziejna akustyka - nie przynosiło to zamierzonego efektu. Bardzo refleksyjnie, ciekawie, inaczej. Miło się go słuchało.

Może ktoś to potraktować jako przysłowiowe gorzkie żale. Trudno, czasami trzeba. Jak proboszcz parafii, niby to na okoliczność odpustu, zabiera się za publiczne dziękowanie osobie, która przez x lat bezinteresownie zajmowała się dekorowaniem kościoła kwiatami, przy czym ta osoba skończyła ową posługę przeszło rok temu - a teraz po prostu złamała rękę osoba obecnie zajmująca się kwiatami i nie ma kto ich układać - to niech mi ktoś powie, że ma to cokolwiek wspólnego z wdzięcznością, i nie ma na celu psychicznego publicznie przymuszenia owej osoby do tego, aby zajęła się ponownie owym dekorowaniem? Tym bardziej, że przed całym kościołem mówi, wręczając kwiaty - niby to podziękowanie za tamto dekorowanie, zakończone przeszło rok temu - coś w stylu bo teraz będziemy potrzebowali pani pomocy. Żenujące, żałosne i po prostu beznadziejne. A facetowi się wydaje, że taki pomysłowy, i że mu taka osoba nie odmówi. No to się zdziwi. 

piątek, 6 maja 2011

Prośba

Dzisiaj tylko o modlitwę proszę.

Od 13:30 biegamy po banku i notariuszu - załatwiając, formalizując i dopinając kredyt mieszkaniowy. 

Żeby wszystko się udało, i żeby nas przy tej okazji nikt nie oszukał jakoś.

niedziela, 6 lutego 2011

Dzisiaj proszę, bez kolejki przyjmij mnie


Wiem, że jesteś sam
Wiem, że masz na głowie tyle ważnych spraw
Nie pamiętasz już co znaczy dobry sen
Nie masz czasu na niepewność ani lęk
Wiem, że jesteś sam
Nic nie musisz mówić
Wiem, że jesteś sam
Pewnie teraz nie najlepszy na to czas
Ale dzisiaj potrzebuje twoich rad

Dzisiaj proszę cie
ten jeden raz zatrzymaj się
ten jeden raz stań tuż obok mnie
dziś czuje, że brak mi sił
ten jeden raz bądź blisko mnie
poczuć mi daj, że to wszystko ma sens
dziś wiem, że brak mi sił

Wiem, że jesteś tam
Nie widuję cię, lecz wiem, że jesteś tam
Cały dzień i noc ktoś puka do twych drzwi
Każdy chciałby wiedzieć jak ma dalej żyć.
Wiem, że jesteś tam
Dla każdego zawsze musisz znaleźć czas
I choć nigdy o nic nie prosiłam cię
Dzisiaj proszę bez kolejki przyjmij mnie

Dzisiaj proszę cie
ten jeden raz zatrzymaj się
ten jeden raz stań tuż obok mnie
dziś czuje, że brak mi sił
ten jeden raz bądź blisko mnie
poczuć mi daj, że to wszystko ma sens
Dziś wiem, że brak mi sił

Ten jeden raz
Ten jeden raz
Dziś czuję, że brak mi sił
Czasami tak to jest, że słuchasz piosenki, choć prostej, a jednak jest piękna i okazuje się być modlitwą. Bardzo udało się to Ani Wyszkoni. Lepiej swojej prośby zaadresować nie mogła.