Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

sobota, 26 grudnia 2015

Słowo, które postawiło świat na głowie

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Pojawił się człowiek posłany przez Boga Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości. Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali - łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył. (J 1,1-18)
To może zabrzmieć dziwnie - ale dla mnie liturgia Narodzenia Pańskiego to nie opisy stajenki, samych okoliczności przyjścia Jezusa jako dziecka, czy też pokłonu pasterzy, ale właśnie ten tekst, wstęp do ewangelii Jana, który tak naprawdę w żaden sposób nie opisuje samego wydarzenia, ale mówi bardziej ogólnikowo, ale tajemniczo. Co ciekawe, tekst ten w ramach samej uroczystości Narodzenia odczytywany jest pewnie najczęściej, bo przypisany do tzw. mszy w dzień (czyli każdej poza pasterką czy mszą odprawianą o świcie). 


Skąd ta fascynacja? Z tego, że oto odwieczne marzenia wszystkich ludzi - nie tylko Żydów - zbiegają się i realizują w osobie Jezusa Chrystusa. Bóg przychodzi, aby jednoczyć niebo z ziemią. Przychodzi jako Ten, który zna i rozumie (bo w końcu też stał się człowiekiem) wszystkie ludzkie tęsknoty i pragnienia. Kiedyś, gdzieś tam w Starym Testamencie, można było odnieść wrażenie, że Bóg jest daleko, z boku, jakby ukryty. W tajemnicy Wcielenia przychodzi tak blisko i tak po ludzku, że bardziej się nie da. Oczywiście, mógł tego dokonać na pewnie milion innych sposobów - ale wybrał właśnie ten i Jego ludzka natura to nie chwilowy kaprys, ale fakt, odtąd już na zawsze. 

Paradoks tej całej sytuacji polega na tym, że Bóg w Jezusie w całości oddał się w ręce kruchych ludzi, powierzając Swojego Syna Maryi i Józefowi. Zwykłym grzesznikom (no, poza Maryją), żadnym celebrytom czy bogato ustosunkowanym personom. Cieśli i kilkunastoletniej dziewczynie, którzy "na dzień dobry" musieli uciekać przez kawał ówczesnego świata przed szalonym Herodem i jego strachem o własny stołek. Dali radę - i tak właściwie, jako młody ojciec, to moja rola przede wszystkim, podobnie do Józefa, sprowadza się do zapewnienia bezpieczeństwa mojej rodzinie. Nic się nie zmieniło. 

Maleńka Miłość przychodzi do serc wszystkich ludzi. Wszystkich bez wyjątku. Nie jako spektakularny Król, który robi "wejście smoka", z fanfarami, fajerwerkami i całą spektakularnością. Za to z rozbrajającą i chwytającą za serce bezpośredniością małego dziecka, w pieluszkach, w słomie w żłobie czy też grocie. Biednie nawet jak na ludzkie kryteria. 


Ten cytat z Izajasza jest bardzo ważny. Bóg przychodzi w konkretnym celu - żeby nas zbawić. Nie przez anioła, nie przez posłańca. Sam we własnej Trójjedynej Osobie, która dzięki Maryi zyskała ciało i całą ludzką naturę. Żeby przeżyć wszystko od początku do końca, na własnej skórze. Bóg z miłości do człowieka przekracza samego siebie. I czyni to w sposób, przepraszam za sformułowanie, nawet po ludzku pokręcony: właściwie przedmałżeńska ciąża (teoretycznie zaślubieni, Maryja z Józefem nie mieszkali jeszcze ze sobą), dramat wątpliwości Józefa, jak tę sytuację ugryźć, a potem od razu tyle niebezpieczeństw czyhających na małego Jezusa, pomijając już trudną dla Maryi podróż w zaawansowanej ciąży do Betlejem, zwieńczoną zakwaterowaniem ze zwierzętami, bo "nie było miejsca dla Ciebie", jak mówi tekst pastorałki. Więc czemu tyle osób twierdzi, że Bóg stoi gdzieś obok, daleko, i ma to wszystko w pewnym poważaniu? On od samego początku miał jako człowiek "pod górkę". 

Nic się od tamtej pory nie zmieniło. Bóg nadal w tę betlejemską noc przychodzi i puka do ludzkich serc. Wszystkich i każdego bez wyjątku - nie dlatego, że musi, ma obowiązek, ale dlatego, że chce przytulić do swojego serca każde, nawet najbardziej pokręcone ludzkie życie. Zwróć uwagę, Herod też miał wtedy wybór: Mędrcy powiedzieli mu o Jezusie, mógł wyruszyć z nimi i oddać Zbawicielowi pokłon (i wcale nie musiało się to wiązać z jakimkolwiek oddawaniem faktycznej władzy, zresztą posiadanej z nadania rzymskiego okupanta). Wolał za to wymordować wszystkich małych chłopców, w tym dzieci we własnej rodzinie. Ze strachu. Maleńki Jezus przychodzi i tylko ja w ciszy swojego serca i własnego sumienia decyduję, co z tym zrobię. Mogę Mu oddać pokłon w stajence, mogę się po prostu ucieszyć, a mogę to kompletnie zlekceważyć. On się nie obrazi i nadal będzie czekał. 

Słowo stało się ciałem, et verbum caro factum est. Nie słowo prawa, które już było od czasów Mojżesza, ale słowo łaski i prawdy. Bóg bez końca miłosierny. Ciekawe jest to, co pisze autor natchniony nieco dalej, co jest jakby po prostu stwierdzeniem: "i oglądaliśmy Jego chwałę". Bo to jest pewnik, bo ona, ta chwała się objawiła. Można to uznać i uwielbić Boga, a można trochę bez sensu i właściwie na próżno negować, kwestionować. Tylko po co? 

Kapitalnie fenomen tej sytuacji oddał śp. ks. Jan Twardowski w wierszu "Naucz się dziwić": "I pomyśl--- jakie to dziwne, / że Bóg miał lata dziecinne, / matkę, osiołka, Betlejem". Bo ta sytuacja, szczególnie w kontekście Bóstwa Jezusa, jest dla nas dziwna, bo Król nie taki powinien być. A jednak On przyszedł tak właśnie i nie inaczej, i nic z tym nie możemy zrobić poza jednym: zadumaniem, dlaczego? co chciał nam pokazać? Może po prostu, że nie cała ta otoczka, splendor, się liczą, to co przeliczalne (wersja dla młodszych: wypasione prezenty), ale zupełnie inne kwestie. Miłość, bliskość, troska, relacje, wspólnota, rodzina. To wszystko, co my także w czasie świąt czasami bezmyślnie spychamy na bok na rzecz lekkomyślnego obżerania się przed telewizorem przy oglądanych milionowy raz przygodach chłopca o imieniu na k, który raz został sam w domu, a innym razem w Nowym Jorku... 


Maleńki Jezus przyszedł i ta łaska tu jest, obok, na wyciągnięcie ręki. Dotyka ciebie w Jego pełnym miłości i miłosierdzia spojrzeniu. Przychodzi, aby uczyć dostrzegania tego, co banalne, spotkania w prawdzie, zwykłej wdzięczności za Jego przyjście i codzienne dary (ale też umiejętności ofiarowania i oddania Mu tego, co trudne i bo boli). Co z tym zrobisz? Przychodzący Jezus stworzył most pomiędzy niebem i ziemią. I on już zawsze będzie. 

Gotowość męczeństwa

Dzisiaj na Mszy Świętej - bardzo miłe zaskoczenie. Zamiast listu rektora KUL, tradycyjnie odczytywanego w kościołach w II dzień Narodzenia Pańskiego - nasz rodzinny (parafialny) diakon powiedział krótką, acz bardzo fajną homilię. 

Jest to o tyle fajne, że nigdy nie rozumiałem, z jakiego powodu, jak już spora część z tych, co się katolikami deklarują, z uwagi na święta i chyba większe wtedy wyrzuty sumienia (albo i presję społeczną, w rodzinie - albo wszystko razem) już w końcu dotrze do kościoła, i to ze 2 dni pod rząd (a w tym roku - przez niedzielę - wyszły nawet 3) to się ich zanudza wynurzeniami pewnego profesora. Ale tak już było. 

Ad rem, nasz diakon zwrócił uwagę - w kontekście św. Szczepana jako pierwszego według tradycji męczennika - dwie kapitalne w swej prostocie rzeczy. 

zdjęcie z nagrania egzekucji 21 chrześcijańskich koptów w Libii, ściętych w lutym 2015 r.

Po pierwsze, wcale nie jest tak, że to czasy antyku (czyli początki chrześcijaństwa) były okresem męczenników, kiedy najwięcej ludzi oddawało życie za wiarę. To znaczy, na pewno tak było: stare wierzenia się broniły, coś nowego, opór społeczny itp. Ale patrząc na statystyki - to XX i teraz XXI wieku to czasy męczenników, nowa epoka pełna tych, którzy za wiarę w Jezusa Chrystusa oddają życie. Tu nie chodzi o statystyki - te są różne - ale o pewną prawidłowość. Na początku uczniów Jezusa prześladowali, bo byli czymś nowym. Potem, znamy historię, jakoś to okrzepło, Kościół się rozwijał nawet w formie państwowości (do schyłku XIX wieku). Dzisiaj historia jakby zatoczyła koło - są miejsca na świecie, gdzie nie za zrobienie czegokolwiek, ale za bycie chrześcijaninem można dostać w łeb. Nie przysłowiowo - ale maczetą czy kulą z pistoletu. I to nawet nie za bycie praktykującym - jak wiemy, różnie to bywa między deklaracjami a rzeczywistością. Są takie miejsca, gdzie możesz być i niepraktykujący i nie narzucający się Bogu: katolik, to trzeba obić albo i zabić. Może i liczby nie są takie same, ale ilość męczenników wzrasta. 

Po drugie, my czasami kompletnie opacznie to rozumiemy. Tu nie chodzi o wolę bycia męczennikiem - bo nie mamy niczego deklarować, ani pchać się pod nóż czy przed muszkę karabinu jakimś szaleńcom. Mamy być gotowi w sercu na męczeństwo, o ile zajdzie ku temu potrzeba - gotowi, aby oddać za wiarę i za Jezusa życie. Nie szukać śmierci, nie prowokować w jakikolwiek sposób przemoc w sposób świadomy. Żyć tak, żeby mieć tę świadomość - kurczę, kto wie, co będzie, ale jestem gotowy. 

Nikola Sarić - ikona 21 męczenników koptyjskich z Libii 

Pewnie szansę na męczeństwo my, Europejczycy, a już raczej Polacy w kraju mamy niewielką. Ofiary z życia od nas raczej nikt nie będzie oczekiwał - przynajmniej póki co tak to wygląda. Wystarczy jednak rozejrzeć się, co się dzieje i wyrabia w Europie Zachodniej: Francja, Niemcy, Skandynawia. I zapytać siebie: co ja zrobię, jeśli kiedyś musiałbym wybierać. 

czwartek, 24 grudnia 2015

Moje życzenia


Życzę wszystkim i każdemu z osobna po prostu pięknych świąt - nie jako świętowania dla samego świętowania, ale zaproszenia Boga do swojego życia. 

On wszystko zmienia, bo jeśli jest, to wtedy wszystko się da.

Niech więc będą piękne!

wtorek, 22 grudnia 2015

Zmarł o. Jan Góra OP

W dobie internetu informacje rozchodzą się bardziej niż szybko - wiedziałem już wczoraj. Mniej więcej o tej porze podano publicznie informację o śmierci o. Jana Góry OP (1948-2015). Parafrazując ks. Adama Bonieckiego w kontekście jego książki "Abonent czasowo niedostępny" - do listy takich abonentów, którzy przeszli już na drugą stronę, doszedł kolejny - w mojej ocenie wielki - człowiek. Zmarł - i "umarła" na jakiś czas dominikańska www, serwer kaznodziejów nie wytrzymał ilości wejść... 


Nazwisko pewnie gdzieś tam każdemu się kołacze w głowie, szczególnie jeśli zestawić je z jowialną i dobrotliwą twarzą, opatrzoną siwą czupryną - a całość w białym habicie. "Człowiek od Lednicy". 

Rocznik 1948, w Zakonie Kaznodziejskim już od 1966 r., śluby wieczyste złożył w 1972 r., święcony 2 lata później. Z 41 lat kapłaństwa jakieś 39 spędził w Poznaniu, właściwie jako duszpasterz akademicki przez całe życie (wcześniej lata 1974-1976 spędził w Tarnobrzegu). "Człowiek od młodych". 

Polska poznała go szerzej i zaistniał medialnie, gdy w 1997 r. zaangażował się w dzieło swojego życia: nad Jeziorem Lednickim wybudował stalową bramę w kształcie ryby – znaku pierwszych chrześcijan. Obrazek, jaki zna dzisiaj pewnie większość, niewierzących i wierzących. Wydarzenie, event, które od kilkunastu lat gromadzi całe rzesze młodych ludzi w I sobotę czerwca na wspólnej modlitwie i uwielbieniu Boga (od jakiegoś czasu także mające odpowiednik dla starszych - Lednicę Seniora). Całkowicie oddany w organizację Lednicy, twórca ośrodka duszpasterstwa młodzieży Dom św. Jacka w Jamnej. Stworzył tam również... pustelnię św. Marii Magdaleny, którą bardzo cenił (dla mnie - wow! - człowiek, który również interesował się św. Charbelem! - napiszę o nim, postaram się niedługo, zbieram się już od jakiegoś czasu, ale nie wychodzi). 

Co jest ciekawe - a o czym nie wszyscy wiedzą i nawet teraz nie wszędzie się mówi - nie zawsze było o. Janowi po drodze z hierarchią kościelną w naszym kraju. Początkowo jego inicjatywa wcale nie budziła zachwytu, o czym napisał ks. Adam Boniecki MIC. Jak wspomina bp Edward Dajczak:
Ceniłem w tym człowieku coś bardzo ważnego. On miał odwagę  robić rzeczy, których wielu ludzi robić się bało. Tworzył niepowtarzalną historię Kościoła, dlatego w Kościele w Polsce nie zawsze było mu łatwo znaleźć się z tym wszystkim. 
Duże znaczenie miała osoba ówczesnego ordynariusza - abp. Henryka Muszyńskiego - który najwyraźniej aprobował działania dominikanina. Pewną, hm, słabość, a na pewno estymą darzył o. Jana św. Jan Paweł II, który zaaprobował tę inicjatywę, błogosławił Lednicę z lotu ptaka. Efekt? Zaczęli się tam pojawiać hierarchowie kościelni, z młodymi jeździ tam tłum księży. Wydarzenie opisywały media katolickie z każdej możliwej "strony" - teksty w Tygodniku Powszechnym, reportaże i relacje w TV Trwam. Uniwersalność, która docierała wszędzie. 

O jego skromności i dystansie do samego siebie świadczyły pięknie te słowa:
Zapytano Go kiedyś, jaki byłby Kościół, gdyby każdy duchowny był na miarę Jana Góry? „Byłby nie do zniesienia i nie do wytrzymania. Jeżeli mnie samemu ze sobą jest tak ciężko, to aż strach pomyśleć, co by było, gdyby wszyscy byli tacy sami” – odparł.
Niesamowicie bezpośredni, skuteczny po prostu w tym co robił, jak pisze Marcin Jakimowicz:
Był bezczelny. Pamiętam, jak wparzył kiedyś bez zapowiedzi do Wydawnictwa św. Jacka i od drzwi wypalił: „Ile książek dacie mi dla mojej młodzieży?”. Na tak postawione pytanie trudno było dać odmowną odpowiedź. Bez tej bezczelności nie byłoby jednak Hermanic, Jamnej i wielotysięcznych spotkań pod Rybą…

Zresztą cały powyższy tekst daje konkretny obraz zmarłego, bo autor sporo miejsca oddał na wypowiedzi samego o. Jana. 

Paradoks - dzień przed śmiercią wygłosił homilię na Mszy Świętej z okazji 50-lecia święceń kapłańskich o. Karola Meissnera OSB, zarejestrowaną w całości. Czy wiedział, że zbliża się jego czas? Że przed nim ostatnia noc na tym świecie? Zakończył ją bardzo krótko, ale jak wymownym cytatem: Jestem Twój. Więc zbaw mnie. Amen! U Boga nie ma przypadków. Wierzę, że go wysłuchał. 

O. Jan Góra zmarł 21 grudnia o godz. 19.33 w Poznaniu. Zasłabł w trakcie odprawiania Mszy Świętej  a podjęta reanimacja nie przyniosła efektu. Przyczyną śmierci było ustanie akcji serca i obrzęk płuc. Umarł "na służbie" - dosłownie, przy ołtarzu. Trudno o piękniejsze odejście dla kapłana. I to jeszcze u zwieńczenia czasu Adwentu. 

Co będzie dalej? Życie się potoczy. Mam nadzieję, że dzieło związane z Lednicą i Jamną przetrwa wraz z duchem o. Góry i będzie pięknie kontynuowane. Oby. 

Pewnie w internecie milion zdjęć o. Góry można znaleźć. To jakoś mi pasuje do jego odejścia, nie wiem, czemu. 


Dzisiaj modlę się za o. Jana i każdego czytającego te słowa o to proszę. Ale jestem dziwnie spokojny, że to bardziej on z góry modli się ze mną, i za mnie. 

Nie bój się - oddaj to Panu

Wtedy Maryja rzekła:Wielbi dusza moja Pana,i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej. Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię a swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia [zachowuje] dla tych, co się Go boją. On przejawia moc ramienia swego, rozprasza [ludzi] pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia.Ujął się za sługą swoim, Izraelem,pomny na miłosierdzie swojejak przyobiecał naszym ojcom na rzecz Abrahama i jego potomstwa na wieki. Maryja pozostała u niej około trzech miesięcy; potem wróciła do domu. (Łk 1,46-56)
Co to jest? Pieśń osoby zachwyconej tym że została obdarowana - konkretnie (i to ma duże znaczenie) przez Boga właśnie. A tak historycznie - odpowiedź Maryi na słowa krewnej Elżbiety, wypowiedziane wtedy, kiedy odwiedziła Elżbietę i doszło do spotkania dwóch ciężarnych kobiet (Łk 1, 39-45). Ktoś mógłby powiedzieć: w sumie, wychwala samą siebie. Nie. Wyśpiewuje chwałę Boga, która się akurat w niej objawiła - a mogła tak naprawdę objawić w całkiem inny, równie dobry sposób. To jest "pieśń Maryi", jak się potocznie mówi w kontekście brewiarza, w tym sensie, że to Maryi słowa, ale ku czci i uwielbieniu Boga, nie samej Matki Boskiej. 

Dlaczego to jest ważne? Bo my bardzo często nie potrafimy darów od Niego docenić - i zamiast się nimi cieszyć, sensownie z nich korzystać, obdarowywać nimi ludzi naokoło, po prostu zamykamy się w sobie, bojąc się... no właśnie, że ktoś nam je zabierze?  Bez znaczenia, czy chodzi o coś materialnego, czy też niewidzialnego (jakąś relację, więź). Powiedzenie "jak trwoga, to do Boga" jest bardzo trafione - bo my umiemy do Niego się zwracać, jak się wali, pali, a najczęściej wtedy, kiedy już nie ma czego zbierać. Ale żeby podziękować, po fakcie, jak już wyciągnął nas za uszy z kolejnego syfu czy bagna? Eee, po co... 

I Maryja w tekście powyżej, i Anna z czytania (1 Sm 1,24-28) uczą nas, co należy zrobić. To w pewnym sensie jest jakiś elementarz savoir vivre'u czysto ludzkiego: proszę, dziękuję. Wyrażam wdzięczność. Każda z tych dwóch kobiet została obdarowana, każda darem macierzyństwa więc czymś nieprzeliczalnym. I oddają to Bogu - Anna wręcz namacalnie ofiarowuje Helego Panu w świątyni. Ja mogę wyjść z siebie i stanąć obok - ale bez Jego łaski to kompletnie nic nie da i nic na dłuższą metę z moich starań nie wyjdzie. A On, kiedy Go prosisz, zabiera strach i daje pokój serca. Kiedy umiemy do Pana zwracać się jako pierwszego - wtedy wszystko inne wydaje się jakby na sobie właściwym miejscu. 

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Wilki dwa 02

Ciąg dalszy - myśli na przemian Roberta "Litzy" Friedricha i o. Adama Szustaka OP:
  • [Zły] nas nie zaatakuje w jakiś perwersyjny sposób, bo wie, że coś takiego byśmy odrzucili. Zawsze poszuka czegoś delikatnego. Jeżeli masz jakiekolwiek problemy z tym wilkiem - wilkiem pożądania i nieczystości - to poszukaj początków, zobacz, gdzie to się zaczyna, w jaki sposób ten wilk próbuje się co ciebie dostać.
  • Chrześcijanie mają 3 ołtarze. Jeden ołtarz to ten, na którym sprawuje się Eucharystię, gdzie Chrystus składa się w ofierze. Drugi - to stół. Tak często brakuje go w naszych domach - normalny stół, przy którym je się obiady, ale też leży Pismo Święte, które można czytać z dziećmi i rozmawiać na te tematy. I trzeci ołtarz, chyba najtrudniejszy w życiu małżeńskim, to ołtarz celebracji sakramentu małżeństwa.
  • To jest bardzo skomplikowana historia wchodzić w wolę Boga, bo narażam w ten sposób swoje życie. Jaka jest wola Boża? Być dobrym mężem. W tym roku mija 25 lat mojego małżeństwa i przez tyle lat narażam swoje życie. 
  • Śmierć codziennie. Ale też zmartwychwstanie, bo na końcu okazuje się, że jestem bardziej szczęśliwy, kiedy żyję dla niej, niż kiedy żyję dla siebie. Z jednej strony tragedia, umarło to, co było moim planem, moje spojrzenie na świat, umiera moje "ja". 
  • On, jeśli Mu się zaufa, przyjmuje Jego pomysły, które czasami wydają się dziwaczne albo za trudne, albo coś nam zabierają, to już w tym życiu chce nam dać naprawdę niewiarygodne szczęście. 
  • Zawsze wtedy, kiedy się zdecydowałem: pójdę za czymś, co On proponuje, mimo że mi się nie chce, wydaje mi się to bezsensowne i rozwala moje plany, to nagle się okazywało, że z tego zabranego rosło trzydzieści razy większe dobro, którego nie byłem w stanie przewidzieć. 
  • Pan Bóg ocala. Pan Bóg jest zawsze po twojej stronie. Jeśli czujesz, że do czegoś cię wzywa, a tobie się nie chce, bo masz wrażenie, że coś ci zabierze, zaufaj, zrób to. 
  • Pan Bóg chciał właśnie tak przyjść na świat. To wcale nie było tak, że On pragnął przyjść inaczej i został odrzucony. Nie. Właśnie tak Chrystus chciał się narodzić. Wybrał sobie taki czas, takie miejsce, takich ludzi, taką wioskę, dlatego że Jemu nie zależy na tym, aby być odrzuconym. On po prostu chciał przyjść na ten świat najciszej i najpokorniej jak się dało, więc wykorzystał wszystkie możliwe warunki, żeby się po prostu zjawić. 
  • Pan Bóg wszystko, co robi, robi dlatego, że chce. Tak jak postanowił, tak zrobił. Wybrał taki, a nie inny sposób przyjścia i trzeba się temu sposobowi po prostu przyjrzeć. 
  • On strasznie lubi siedzieć przy stole, rozmawiać z ludźmi, przychodzić w niepozornych sytuacjach. 
  • Pan Bóg czasem wybiera takie momenty dla niektórych ludzi, bo może inaczej się nie da albo do czegoś tego potrzebuje, ale mam przekonanie, że zazwyczaj On przychodzi tak po prostu. 
  • Nasz błąd polega na tym, że ciągle czekamy, aż wydarzy się coś nadzwyczajnego, będzie jakieś wielkie "łup", Pan Bóg zrobi widowisko i nas spektakularnie zaskoczy. Czytasz to i możliwe, że nic z tych rozważań ci nie zostało, masz wrażenie, że nic się nie zmieniło. I może tak ma być. Może Pan Bóg chce tak po prostu przyjść, dzisiaj, bez żadnego wielkiego wydarzenia? Może właśnie teraz w twoim sercu do ciebie mówi, bo właśnie teraz po prostu i zwyczajnie chce cię do siebie przygarnąć.
  • On wszystko zmienia, bo jeśli jest, to wtedy wszystko się da.
  • Jan z Maryją stoją pod krzyżem. Wszyscy zawsze koncentrujemy się w tej scenie na Maryi, że właśnie tam została Matką wszystkich ludzi. Tylko że jest też druga strona tego wydarzenia. Jeżeli Chrystus mówi do Maryi: (...) oto syn Twój" (J 19,26), to mówi też do Jana: ty jesteś moim bratem. Pod krzyżem nie tylko dokonało się ustanowienie Maryi Opiekunką i Matką wszystkich ludzi, ale dokonało się też uczynienie z każdego człowieka brata Pana Jezusa, co jednocześnie oznacza, że razem z Nim jesteśmy synami i córkami Boga Ojca. Dosłownie. 
  • Bóg nas stwarza w każdej chwili. To znaczy, że nie jest tak, iż zostaliśmy stworzeni tylko na początku, a potem poszliśmy w świat i żyjemy. Święty Tomasz uważa, że Bóg w każdej sekundzie potwierdza istnienie każdego człowieka. 
  • Jedynie Bóg potrafi zadziałać skutecznie w 3 dni. Cała historia zbawienia wydarzyła się w weekend: ukrzyżowanie, śmierć i zmartwychwstanie. 
  • To wszystko po prostu łaska - dar darmo dany... i absolutnie niezasłużony. Łaska to jest niczym niesprowokowane działanie Boże, które nie ma nic wspólnego z twoją gotowością bądź niegotowością. Łaska nie ma żadnego uzależnienia od nas. Całe sedno Bożej miłości polega na tym, że nic nie możesz zrobić, żeby ją dostać. 
  • Łaska do skandal, kolejna niezrozumiała rzeczywistość. I jest nadużywana często, wtedy, kiedy nie wiadomo, co powiedzieć. 
  • Takie myślenie, że nic nie mogę dać i że dostanę coś gratis, to chyba jest dobra rzecz.
  • Jest w tym fragmencie o paralityku pytanie z tłumu, które wyraża ludzką wątpliwość: "kto może odpuszczać grzechy prócz samego Boga?". I jest w tym fragmencie odpowiedź Jezusa: "wstań i chodź". To pokazuje, że Jezus uzdrowił tego paralityka nie ze względu na ludzką wiarę, ale ze względu na ludzką wątpliwość. 
  • Owocność, która się dzieje, jest obrazem tego, jak Pan Bóg potrafi łaskawie działać. Mogę by grzeszny czy sparaliżowany, dokładnie tak, jak ten bidok - w nim Jezus nie zobaczył wiary, ale dał mu łaskę, by inni zobaczyli możliwość odpoczynku od grzechów.
  • Dlatego Pan Bóg tak często się zgadza, żebyśmy wchodzili w miejsca, gdzie jesteśmy totalnie bezsilni. On bardzo lubi te sytuacje. Mam wrażenie, że może wręcz trochę prowokuje w pewnych chwilach, bo dopiero wtedy człowiek może uzmysłowić sobie: to naprawdę nie jest ze mnie. 
  • Łaska przychodzi mimo drzwi zamkniętych. 
  • Jeśli doświadczasz małej śmierci, masz małe cierpienia, to będziesz miał małe zmartwychwstanie. A kiedy masz konkretne doświadczenie, to masz mocniejsze przeżycie zmartwychwstania. 
  • Życie pędzi i ty nie chcesz umierać. Ale kiedy już jesteś w sytuacji podbramkowej - z przodu masz Morze Czerwone, z tyłu jest faraon - to są dwie opcje do wyboru: albo Bóg jest, albo Go nie ma. Jeśli Go nie ma, to wszystko, co się dzieje, nie ma sensu. Jeżeli jest, to na pewno coś wymyśli. 
  • Jest taka bardzo ładna interpretacja stworzenia świata u Ojców Kościoła: kiedy Bóg stwarzał, to musiał się ograniczyć trochę, bo nie było miejsca na świat. On jest wszystkim. I żeby nas stworzyć, musiał oddać część siebie, musiał umrzeć. Dokładnie tak, jak Jezus na krzyżu. Bóg oddał siebie. Choć zbawienie mogło się odbyć inaczej. Syn Boży mógł przyjść i powiedzieć: no, to teraz wszystko naprawiam!
  • Bóg to świetny chirurg, który momentami rozcina nas nawet bez znieczulenia, bo nie ma czasu. Musi szybko dostać się do naszego wnętrza. 
  • Jak ktoś był gorliwym katolikiem, bo chodził do kościoła, a później odchodzi, to być może Pan Bóg ma dla niego właśnie taką drogę. Być może tylko ram czeka na niego dwóch aniołów. Może Pan Bóg zgadza si e na odejścia, bo skoro nie może znaleźć człowieka w Kościele, to szuka go w innych miejscach? Pan Bóg zawsze próbuje odnaleźć si w zaproponowanej przez nas sytuacji. 
  • Bóg w swojej niewiarygodnej pokorze oraz miłości dostosowuje się do tego, co zrobiliśmy. Próbuje nas znaleźć tam, gdzie poszliśmy. 
  • Mogę postawić siebie obok historii, którą Pan Bóg chce ze mną przeżyć. Prawdą jest, że jeśli nie zdążę na tramwaj, to Pan Bóg poczeka ze mną i pojedzie tym drugim. Albo można też pojechać w odwrotnym kierunku. Bóg to nie jest jakaś ideologia, za którą składamy ofiary ze swojego czasu i drobnych pieniędzy, by przekonać Go, że warto nam błogosławić i kochać nas. To jest Rzeczywistość Realna, w której można bardzo świadomie postawić się poza historią zbawienia i na własne życzenie nie zostać zbawionym. Możesz do końca z uporem trwać we własnej woli i szukać siebie w życiu. 
  • Wierzę, że Bóg jest w stanie tak oczarować sobą, tak pokazać swoje piękno, że żaden człowiek nie zdoła Mu się oprzeć i nigdy nie wybierze zła. I nie chodzi mi o uwodzenie, zniewalanie. Człowiek, który jest całkowicie pociągnięty miłością do kogoś, nie uznaje się za zniewolonego. 
  • Wierzymy, że każdy sakrament jest Bożą ingerencją w coś, czego nie jesteśmy w stanie po ludzku zmienić, do czego nie możemy się przygotować. I wszędzie tam, gdzie nie potrafimy przewalczyć swoich słabości, wchodzi Bóg. 
  • Wiele razy mam takie odczucie, że jeżeli doświadczam miłości Pana Boga, to moje życie nabiera funkcji życia z wdzięcznością. Nieraz jestem zaskoczony faktem, że kopałem w jakimś miejscu, gdzie myślałem, że znajdę skarb, a tam go nie było. Bo był cały czas z tyłu, za mną, albo obok...
  • W życiu spotyka się taką miłość, na jaką się chce odpowiedzieć. 
  • Dobro nie jest odpowiedzią na zło. Dobro jest odpowiedzią na miłość. 
  • Boża miłość jest niesprawiedliwa i na tym polega jej cudowność. 
  • Tam, gdzie nie ma Ducha Bożego, tam nie ma Kościoła. Tam gdzie nie ma Kościoła, tam nie ma zbawienia. To zdanie oznacza, że Kościół nie ogranicza się wyłącznie do instytucji. Kościół jest tam, gdzie jest Duch Święty, a On jest wszędzie tam, gdzie ktoś czyni jakiekolwiek dobro. 
  • Jeżeli muzułmanin wierzy w Jednego Boga i żyje dobrze, to można powiedzieć, że jest w Kościele katolickim - powszechnym. Znowu odsyłam do greki: catholicos - uniwersalny, powszechny, dotyczący wszystkich. Oczywiście byłoby dobrze, żeby poznał Chrystusa i przyjął Go jako swojego Pana, uwierzył w Niego jako Zbawiciela i Syna Bożego. Ale jeśli tak się nie stanie, jeśli będzie żył dobrze jako muzułmanin, szukając dobra i wierząc w Boga, to właśnie to wystarczy Bogu, żeby zbawić tego człowieka i doprowadzić go do pełni prawdy, do której również nas będzie doprowadzał, bo to, że jesteśmy w Kościele katolickim nie oznacza, że wszystko już wiemy, rozumiemy i nic przed nami nie stoi do odkrycia. 
  • Jeżeli jest jedno Źródło życia, którym jest Bóg i z którego wytryskuje obfitość darów, to im dalej od Niego jesteśmy, tym jest z nami gorzej.
  • Ja już teraz jestem w stanie przetrwać każdy dzień, a wieczorem mogę stanąć przed Bogiem i powiedzieć: zobacz, było nam dzisiaj nieźle razem... To dobranoc. Następny dzień jest inny.
  • To, co zepsujesz, Bóg naprawi. 
  • Doświadczam wiele razy, że jak zaproszę do słabości Boga i poproszę, żeby pomagał, by to, co robimy, nie dawało tylko nam chwały, ale żeby pomagało komuś drugiemu, to jest najbardziej skuteczne. 
  • Kiedy masz przed sobą jakieś zadanie, to odpowiedz sobie na pytanie: czego tam szukasz? Jeżeli będziesz szukał Bożej chwały, to nawet gdyby to było najbardziej liche i beznadziejne, wystarczy. Jeśli zrobisz to dla swojej chwały, to nawet gdybyś miał trzysta tysięcy żołnierzy, polegniesz. 
  • Bóg jest przyziemny i prosty. Zresztą wszystkie przypowieści są takie: jak nie baba, to chłop siejący ziarno na polu. Albo na przykład przypowieść o łowieniu ryb. Jezus nie używa żadnych wzniosłych obrazów. Tylko sięga po rzeczy z tego świata. 
  • Myślę, że najlepszą rzeczywistością, która oskrobuje z tej całej górnolotności, jest po prostu nieustanne zadawanie sobie pytania: gdzie mam kogoś kochać. 
  • Najlepszą metodą jest kochanie drugiego człowieka. Ono ściąga nas z tego wymyślonego piedestału, na którym mamy być widoczni, do takiego minimum. A w tym minimum jest wszystko.
I to (aż...) by było na tyle. 

Ostatnia prosta


I tyle. Bo dzisiaj (21 grudnia) tekst dokładnie ten sam, co z 04. niedzieli Adwentu. Nic dodać, nic ująć. Może tylko właśnie zapytać - czy ja to w końcu ogarnę i uwierzę?

Zostały 2,5 dni tego pięknego czasu - choć aura nie nastraja, mało zimowa, i bardziej pasuje powiedzenie, że piękną mamy wiosnę/jesień (w zależności od tego, czy słońce świeci) tej zimy. Ostatnia prosta, bardziej niż dosłownie. Prezenty już raczej pewnie pokupowane, zakupy porobione, zaczyna się powoli pichcenie, pieczenie, duszenie, i inne takie kuchenne działania. 

Ważne jest to, żeby nie stracić z oczu istoty tego, na co, a właściwie na Kogo się przygotowujemy. Bo bywa bardzo różnie, i w ferworze walki z czasem zdarza się, że się gubimy, zaczynamy wściekać, awanturować, padają jakieś niepotrzebne słowa, wyrzuty. Czy przygotowanie do świąt to czas dany nam, żeby sobie poskakać do gardeł i powyrzucać? Nie. Pewnie, zdarza się stres, spinanie, żeby zdążyć, przygotować, odpicować... Ja uświadomiłem sobie na przykład, że gdyby mi żona nie powiedziała, żyłbym w błogiej nieświadomości odnośnie konieczności zmiany i wyprania firan; człowiek uczy się całe życie. 

Jeśli to przygotowanie do świąt ma się skończyć karczemną awanturą i obrażaniem - to nie ma sensu. Lubię mówić, że szopka wystarczy jedna - ta z Jezusem, do której pójdziemy w kościele, i jeśli w domu robimy szopkę z cyrkiem przygotowań, to mijamy się kompletnie z celem. Jak to kapitalnie ujął w jednych rekolekcjach internetowych ks. Jan Kaczkowski: "gwiazdka" nie może być tylko pustym sygnałem dla odpalenia naszej wigilijnej obrzędowości - w takim ludzkim wymiarze: prezenty, rytuał z obowiązkową pasterką, przez którą stoi się pod kościołem. Świetne. Udawanie nie ma żadnego sensu - chyba uczciwiej po prostu nie brać w tym świętowaniu na siłę, wbrew sobie, udziału. 

To jest czas dany na to, żeby się wyciszyć i podsumować ten Adwent. Co wyszło, co nie wyszło. Nie potępiać się, nie zadręczać, nie biczować - ale podziękować za to, co było dobre, co się udało. Prosić Pana o natchnienie i siłę na walkę w przyszłym roku - zawsze znajdzie się pole do działania. Rozliczyć samego siebie, tak uczciwie. Nie chodzi o to, czy nie jadłem słodyczy - sorry, to jest dobre dla dzieci... Czy próbowałem w czymś choćby najzwyklejszym być bardziej sumienny, lepszy. Tu nie chodzi o przewrót kopernikański - ale to, aby coś w sobie zmienić. Bóg przez te niepełne 4 tygodnie dał naprawdę dużo słów inspiracji. 

Jest jeszcze okazja na spowiedź. Wczoraj było bardzo ładne wezwanie w modlitwie powszechnej za tych właśnie, którzy ciągle zwlekają z posprzątaniem tej najważniejszej, choć niewidocznej sfery. Pewnie odstoisz trochę już w kolejce - ale warto. 

On znowu się narodzi, pokój wam!