Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cud. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cud. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 listopada 2015

Uwielbienie tak po prostu, krok po kroku

Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu
na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie,
że  n i e  j e s t e m  s t ą d.
Jakbym był posłany, żeby wchłonąć jak najwięcej
barw, smaków, dźwięków, zapachów, doświadczyć
wszystkiego, co jest
udziałem człowieka, przemienić co doznane
w czarodziejski rejestr i zanieść tam, skąd
przyszedłem.
Rzadko na tym blogu przytaczam wiersze - powyżej to "Gdziekolwiek" Czesława Miłosza z tomiku "To" z 2011 r. Cytuję go nieprzypadkowo - w kontekście źródła, w którym się na te słowa natknąłem - mianowicie książki "Pan Bóg? Uwielbiam" Marcina Jakimowicza, jednego z moich ulubionych autorów z GN (co ciekawe, z wykształcenia, kolegi po fachu bo prawnika). 

Kapitalny wstęp do bardzo dobrej książki, z której kilka co fajniejszych myśli chciałem tu zaproponować dzisiaj. Fakt, jest ich sporo, a to tylko świadczy na korzyść książki - przede wszystkim w sposób kapitalnie prosty rozprawiającej się z mentalnością i schematem "Boga który doświadcza chorobami". Myśli bardzo kreatywne, zmuszające do konfrontacji z własnym podejściem do Boga, zmierzenia się z własnymi lękami nie tyle dotyczącymi przejścia do zbawienia po śmierci - ale z tym, co może być trudne i fizycznie bolesne już tutaj, na ziemi. Stawienia czoła strachowi przed po prostu uwierzeniem Bogu i Jego obietnicom dla tych, którzy Mu naprawdę uwierzą - nie tylko gdzieś coś podpiszą. Z genialnym, zacytowanym co prawda od o. Michała Zioło OCSO, pojęciem "wspólnoty niedowierzania". Bardziej trafnie się nie da. 

Ostrzegam, jest tego całkiem sporo.
  • Znakiem pokory jest przyjęcie woli Bożej - pod warunkiem, że jej szukamy, pytamy, o co naprawę chodziło Najwyższemu.
  • Wertuję karty Ewangelii, starając się pochwycić Jezusa na gorącym uczynku i znaleźć choć jedną sytuację, w której zaproponował cierpiącemu, by zaakceptować chorobę. Nie znajduję. 
  • Duch nigdy nie przychodzi tak samo. Nie zna pojęcia stagnacji. Jego obecność jest niezwykle dynamiczna. Jest jak wiatr, ogień, strumień żywej wody. 
  • Można być osobą bardzo religijną i nie wierzyć w Boga. Wszyscy są w jakiś sposób religijni. Mamy wrodzoną religijność naturalną. Prowadzi ona do błędnego schematu - to ja muszę znaleźć Pana Boga, przypodobać Mu się, ofiarować jakieś dary, a jeśli On będzie zadowolony, będzie mi błogosławił.
  • Jezus, zapytany przez uczniów o to, jak mają się modlić, odpowiedział: "Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi" (dosłownie: Niech Twoja wola spełnia się na ziemi, tak jak w niebie). Jezus modlił się: "Ojcze, niech na ziemi będzie tak jak w niebie" (...) Dopiero teraz widać sens tej wypowiedzi. Bóg zdradził swoje pragnienie: chce, by ten skażony grzechem i przekleństwem świat już teraz zamieniać w królestwo. 
  • Nasze zadanie? Sprowadzanie nieba na ziemię. Chodzenie w Jego obecności. Krótkie pytanie: czy jestem w stanie zrezygnować z własnej chwały, by Jego królestwo wzrastało? czy chcę się zaprzeć samego siebie? Tylko tyle. Cała reszta już jest załatwiona. Jezus zapłacił za wszystko swoją krwią. 
  • Zbyt łatwo wszelkie nasze porażki pieczętujemy dewizą "wola Boża".
  • Wiesz, dlaczego Bóg nie może dać ci raka? Bo rak do Niego nie należy. 
  • Czytam Biblię i widzę, że Bóg jest dobry. Skoro ja, zły, egoistyczny i samolubny człowiek, nie chcę, by moje dzieci były wyniszczone przez chorobę, to dlaczego miałbym sądzić, że On sam tego pragnie? Po co miałby tego chcieć? By wyćwiczyć je w pokorze? Dać solidną lekcję posłuszeństwa? 
  • Jezus dostał to, na co ja zasłużyłem, aby mógł dostać to, na co On zasłużył.
  • Żyjemy w świecie skażonym grzechem, więc pełnię uzdrowienia zobaczymy dopiero wówczas, gdy powróci Ten, "w którego ranach jest nasze zdrowie". Wiem o tym. 
  • "Wszystko, co mam, jest twoje" - to obietnica Najwyższego, który zdaje się podpowiadać: dysponujesz całym pakietem darów, charyzmatów, którymi posługiwał się mój Syn. Otrzymaliśmy tego samego Ducha, który wskrzesił Jezusa z martwych.
  • "Powołałem cię po to, abyś szedł i przynosił owoc". To mocne zdanie. Przez długie lata rozpowiadałem na lewo i prawo: ja jedynie sieję, nie zbieram owoców. To bezpieczny manewr, pobożna wymówka, spełniająca wszelkie wymogi political correctness. Słowa "ie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał - aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje" (J 15, 16) zmieniają tę perspektywę. Powołałem cię - wyjaśnia Najwyższy - abyś przynosił owoc. Co więcej - by owoc twój trwał.
  • Wydajcie rozkaz górze. Czyńcie sobie ziemię poddaną. Obowiązują was reguły panujące w królestwie. Trzy lata chodziliście za mną krok w krok. Widzieliście cuda, znaki, uzdrowienia, wskrzeszenia. Dalej nic nie rozumiecie? 
  • To ja drżę. Boję się wydać rozkaz chorobie, aby nie skompromitować się przy innych. Często nawet dorabiam do tego pseudoideologię, by... nie skompromitował się sam Bóg (doprawdy karkołomna konstrukcja)!. Nie twierdzę, że uzdrowi wszystkich, a sale szpitalne opustoszeją. Nie wylewam dziecka z kąpielą, zapominając o teologii cierpienia, o tym, że nasze rany są kanałami Jego łaski. Nie! Wierzę jednak w to, że zanim "pochylimy się z troską nad zagadnieniem choroby" w życiu osoby, która prosi nas o wstawiennictwo, mamy prawo wołać o cud. On sam nas o to prosi. 
  • Nie znajduję w Ewangelii ani jednej sytuacji, w której Jezus podszedłby do chorego ze słowami: "Zaakceptuj swoją chorobę"! On ich uzdrawiał!
  • Co się, do cholery, stało? - to najbardziej dramatyczne pytanie świata. Krótkie, proste jak schemat linii warszawskiego metra instrukcje usłyszeli apostołowie. Uzdrawiajcie, wskrzeszajcie, wyganiajcie. My???
  • "Przechodząc doliną płaczu, przemieniają ją w źródło" - to kwintesencja chrześcijaństwa, które powinno być, jak chce prawosławny teolog Paul Evdokimov - "marszem życia przez cmentarze świata".
  • To zawsze mocno podejrzane, gdy ktoś zbyt łatwo zgadza się na cierpienie. Bo taka zgoda to ucieczka, po to by nie bolało. Z krzyżem jest trochę jak z tą drogą do Santiago. To nie my pokonujemy drogę, ale ona nas. To nie my radzimy sobie z cierpieniem, tylko ono radzi sobie z nami.
  • Jezus czynił takie cuda, jak wskrzeszenie Łazarza, bo wiedział, że w większości przypadków cuda i znaki potrzebne są nam, byśmy przylgnęli do serca Jego Ojca. Tacy jesteśmy. Nieufni, węszący spisek, odsuwający się na bezpieczną odległość. Na wszelki wypadek. - My, gawiedź. Chytra, kombinująca, szukająca zysku i unikająca ciosu, cyniczna lub może zbyt obolała, żeby wierzyć - opowiada trapista o. Michał Zioło. - Żyjemy, wyczekując. Mamy alibi, zawsze. Boimy się wysokości i jasności zbyt jasnej. Pojednaniu z niskością. Zdaje się, że już na zawsze. Podziwiamy męczenników, gdyż już nam więcej nie zagrażają. My, gawiedź, wspólnota niedowierzania, podobna ludziom przechodzącym od płaczu nad zmarłą dziewczynką do śmiechu i kpin z Jezusa, który odważył się powiedzieć, że dziewczynka nie umarła, lecz śpi. 
  • Chrześcijanie nie gonili za cudami. To cuda goniły za nimi.
  • Ludzie są zmęczeni moralizowaniem, duszpasterskim smrodkiem dydaktycznym. Chcą w Kościele zobaczyć żywego Jezusa, a nie tylko o Nim usłyszeć. Chcą Go dotknąć. I dopóki tego nie zrobią, nie uwierzą. (bp Grzegorz Ryś)
  • Jeżeli jesteśmy ludźmi, dla których wzorem jest życie Jezusa, to założenie, że Bóg "daje chorobę", stanowi pogwałcenie nauczania i praktyki Jezusa. 
  • W Kościele często pielęgnujemy cierpiętnictwo, które utwierdza nas w chorobie, zamiast pielęgnować wieź z Duchem Świętym, w mocy którego Jezus zadawał jej kres. 
  • Jeżeli proszę Pana Boga, to nie po to, aby Go o czymś poinformować (wie o wszystkim, zanim otworzę usta!), ale po to, by dać Mu prawo dostępu do konkretnego obszaru mojego życia. Bóg jest niezwykle dyskretny, nie narzucający się. Szanuje naszą wolność. Prosząc Go o uzdrowienie, dajemy Mu prawo do naszego wnętrza. My w tym momencie nie upraszamy u Boga konkretnej łaski, ale zapraszamy Go z nią do naszego życia. Nie upraszamy, ale zapraszamy.
  • Czy Pan Bóg jest bankomatem? Będę się modlił, aby Bóg mnie otworzył na swoją łaskę. Kiedy to "działa"? Wtedy, gdy po stronie zapraszających Boga jest wiara.
  • Fascynuje mnie sposób, w jaki Jezus patrzył na ludzi. On dostrzegał tych, których inni nie chcieli zauważyć. 
  • Wzorem modlitwy wstawienniczej jest dla mnie jedno krótkie zdanie wypowiedziane przez Maryję. Gdy zobaczyła, że impreza weselna w Kanie "dogorywa", rzuciła krótkie: "nie mają już wina". Koniec, kropka. 
  • Chcę usłyszeć: "jesteś wolny od niemocy". Desperacko szukam Jego obecności. Nie interesuje mnie rozmiękczona, grzeczna, pluszowa Ewangelia zredukowana do poziomu niedzielnych kazań. 
  • Lepiej być grzecznym i uradowanym, czy grzesznym i uratowanym? (o. Wojciech Ziółek SI)
  • To Bóg czyni pierwszy krok, jest źródłem dynamiki. 
  • Naszym największym zagrożeniem jest szary pragmatyzm codziennego życia Kościoła, w którym wszystko toczy się na pozór normalnie, w rzeczywistości jednak wiara zanika i zatraca się w małostkowości. Letniość. Bylejakość. Małostkowość. 
  • Jeśli chrześcijaństwo nie promieniuje, to nie dlatego, że napotyka w świecie opór - ale dlatego, że zabrakło mu gorliwości i świętości.
  • Myślę, że wielokrotnie Jezus puka od środka, abyśmy pozwolili Mu wyjść. Kościół zachowuje się, jakby pragnął zamknąć Jezusa wewnątrz i nie pozwolił Mu wyjść. 
  • Ludzie chcą w Kościele zobaczyć Jezusa, a nie tylko o Nim usłyszeć. Problem nowej ewangelizacji nie polega na tym, jak wyjść na ulice, ale... żeby wyjść (bp Grzegorz Ryś). 
  • Zauważyłem, że gadamy na okrągło o jedności i ekumenizmie, a nie potrafimy spotkać się z ludźmi z tej samej duszpasterskiej bajki. Jak możemy opowiadać o "parafii jako wspólnocie wspólnot", skoro nie znamy swoich imion?
  • Linia podziału przebiega tak głęboko i tak dotkliwie nas rani, że wychodzimy na ewangelizację z hasłem: "Po co mam to robić z kimś, skoro mogę zrobić coś sam?". Absurd! Głęboko podszyty zazdrością duchową i przekonaniem, że jeśli będę o kimś dobrze mówił i kogoś wywyższę, to automatycznie Bóg zabierze tę część z mojej puli, stracę coś. Tak jakby Bóg miał za mało i jeżeli przeleje na czyjeś konto, to ja już na nic się nie załapię... Nic dziwnego, że w Kościele nie czujemy się jak bracia i siostry, tylko partnerzy w konkurencji, rywalizacji. 
  • Coraz częściej czuję się bankrutem. Wiem, że nie mam absolutnie nic do dania. Nie mam czym zapłacić, dlatego załapuję się na gratisy od Pana Boga. Każdego dnia łapię się na tym, że chciałbym Mu dać wiele rzeczy, ale nie mam nic. Cokolwiek dobrego udało mi się zrobić, to zawsze początkiem była prośba: "zrób coś, bo ja jestem pusty" (Robert "Litza" Friedrich).
  • Im dłużej żyję i im częściej czytam Biblię, tym mocniej przekonuję się, że Pan Bóg nie obraża się, słysząc bezczelne a szczere słowa. Większą bezczelnością jest chyba mówienie do Niego w kościele: "Pan mym pasterzem, nie brak mi niczego", a po wyjściu z Mszy narzekanie tu i tam, jak to wiele nam rzeczy brakuje. Większą bezczelnością jest codzienne mówienie: "bądź wola Twoja" i oburzanie się na Boga wtedy, kiedy jest tak, jak On chce, a nie tak, jak my chcemy. Postawmy się trochę na miejscu Boga, który zna serca ludzkie. Czy nie bolała by nas nieszczerość ludzi, którzy zwracaliby się do nas na modlitwie?
  • Kryzysy uzmysławiają nam, że jesteśmy całkowicie zależni od Boga i wbrew temu, co sądzimy na co dzień, On świetnie dałby sobie radę bez nas, a to, że szuka z nami relacji, jest jedynie wyrazem jego przeogromnej tęsknoty.
  • Do momentu gdy nie zrozumiemy, że wszystko, absolutnie wszystko otrzymujemy za darmochę, będziemy siedzieć w czyśćcu, zamkniemy się na niebo.
  • Zobaczmy, kogo wybierał Jezus. Mam wrażenie, że On wybierał świadomie tych, o których wiedział, że do niczego Mu się nie przydadzą. Wybierał i wciąż wybiera tych, którzy sami mówili: "Ja się nie nadaję". Dlaczego? Bo ci ludzie przyjmują za darmochę to, co chce im dać, przyjmują orędzie zbawienia jako dar i nie chcą za to płacić. Nie mają zresztą czym zapłacić. Nie mają wobec Boga żadnych argumentów. 
  • Bóg, który nie cierpi grzechu, godzi się na moje grzechy. Dlaczego? Bo wie, że stawiają mnie one w pozycji dziecka: nie mam nic, nie mam żadnych zasług. Jak mi nie dasz, zdechnę z głodu. 
  • Jesteśmy gruboskórni, zamknięci na odczucie Bożej miłości. Odczuwamy ją przez nasze rany, pęknięcia. To boli. 
  • "Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia". Nie "z Tym" - ale "w Tym".
  • "Klient nasz pan" słyszę na każdym kroku. Na szczęście nasz pan nie traktuje mnie jako klienta.
  • Wyskakuję z tramwaju i mijam setki reklam: chwilówek, pożyczek, kredytów i sklepów typu Tani Armani. Potem wchodzę do kościoła i słyszę o darmowej miłości Najwyższego (żadnych promocji, ofert, zniżek) i zaczynam czuć się nieswojo. "Nie musisz płacić!" - przekonuje mnie kaznodzieja, a ja czuję się zakłopotany. Teoretycznie znam definicję charyzmatu - 5xD - dar darmo dany dla drugiego, ale podświadomie szepczę: przepraszam, ile to kosztuje?
  • Zbliżała się Pascha, gdy Jezus, jedyny Baranek, który gładzi grzechy świata, wszedł do świątyni. Nie zastał w niej ludzi, którzy się modlili. Zastał tych, którzy handlowali. Wygląda to tak, jakby ci ludzie chcieli kupić dary Ducha. Zadawali pytanie: "A ile to kosztuje?". 
  • Ileż w nas jest religijności naturalnej? Zasługiwania na Bożą miłość? Prób kupowania jej litaniami i nowennami? Nie potrafimy przyjąć tego, że jesteśmy zbawieni za darmo. Zachowujemy się tak, jakby przed dwoma tysiącami lat coś poszło nie tak, a krew Jezusa spłynęła niepotrzebnie i zmyła jedynie część grzechów. Odmawiamy kserowaną od sąsiada "koronkę szczęścia", pilnując, by broń Boże, nie uronić żadnej modlitwy, bo inaczej Główny Księgowy nie zaliczy i będziemy musieli powtarzać wszystko od początku. 
  • Choć w głębi nas samych tęsknimy za miłością bez granic, to stajemy przerażeni, kiedy ta miłość się objawia. Z Bogiem sprawiedliwym można ubijać interesy. Można z Nim kupczyć i próbować pozyskać Jego względy. Ale przeciw Bogu, który jest miłością i tylko miłością, nie mamy broni. 
  • Wyciągając różaniec czy odmawiając koronkę, nie wchodzę już w realizowanie teologii bankomatu. Nie zadaję bezczelnego pytania: "ile płacę?". 
  • Boża miłość jest za darmo. Nie można jej kupić. Relacja Boga do nas, Jego darmowa miłość, w Biblii jest określona jednym słowem: "łaska". Bóg ma łaskę. Jakkolwiek się zachowują synowie ojca w przypowieści o synu marnotrawnym, on zawsze kocha. Zawsze "ma łaskę".
  • Jeżeli patrzymy na Jezusa, na Tego, który jest nam dany za darmo, zaczynamy się uczyć logiki Boga. Przestajemy pytać: ile to kosztuje, bo... On jest ceną, On jest zapłatą. W katechizacji, nauczaniu, kazaniach przez wiele, wiele lat zbyt mocno akcentowano moralność. Moralność była centrum nauczania Kościoła. Tłumaczono nam, jak należy żyć, by być "dobrym człowiekiem". Owocem tego jest to, że czasami słyszę takie hasło na kolędzie: "ojcze, ja nie chodzę do kościoła, ale jestem dobrym człowiekiem" (o. Wit). 
  • Ja nie muszę niczego płacić. Nie jestem niczego winien. Ofiara Jezusa jest kompletna, całkowita, doskonała, pełna. Niczego jej nie brakuje. 
  • Grzechy, w które jestem uwikłany, były dla Niego ogromnym problemem przed 2000 lat. Odczuł je boleśnie na własnej skórze, poznał ciężar każdego z nich. Od chwili, gdy zmartwychwstał, nie wraca do nich. Nie prowadzi ewidencji: "winien - ma". 
  • Zmartwychwstały zachowuje się, jakby doznał amnezji. "Zresetowął" nie tylko same grzechy, ale i pamięć o nich! Jezus nie wypomina Rybakowi ucieczki, zdrady, tchórzostwa. Pyta: "Kochasz?". "Ale przecież uciekłem, zwiałem, stchórzyłem...". "Piotrze, kochasz?". "Ale...". "Kochasz?". 
  • Nie wolno głosić etyki w nawet tak istotnych kwestiach jak małżeństwo, jeśli najpierw się nie pokaże człowiekowi Jezusa Chrystusa. Jeśli nie doświadczy tej relacji, to każde przykazanie będzie ciężarem nie do uniesienia. Nawrócenie to spotkanie z Jezusem, w którym doświadczam tego, że jestem przez Niego kochany. 
  • Największą barierą w przyjęciu łaski jest nieprzebaczenie.
  • Nie musisz krzyczeć, skakać ani płakać czy miotać się po podłodze, aby coś od Niego dostać. Powinieneś tylko wierzyć w imię Jezus. Jezus nie musi się modlić za ciebie, tylko z tobą. On jest twoim adwokatem w niebie. Kiedy wypowiadasz Jego imię, mówi: "To jest zbyt ważna sprawa! Ja przelałem swoją krew i dałem mu swoje imię. Ojcze, obiecaliśmy, że jeżeli użyje mego imienia, otrzyma to czego pragnie". "Tak, amen" - mówi Ojciec - "Dajmy mu to". Imię Jezusa nie jest magiczną sztuczką z pieczątką imprimatur. Nie jest rodzajem katolickiego zaklęcia czy wytrychu. Wiara nie ma nic wspólnego z magią (Ulf Ekman). 
  • Jezus nie odpowiada w tej przypowieści [o miłosiernym Samarytaninie] na pytanie, kogo ja mam kochać, ale kto mnie kocha. Przestawienie akcentów. "Kto jest moim bliźnim?"nie znaczy "Komu mam jeszcze pomóc?", ale "Kto mi pomoże?" (o. Wojciech Ziółek SI).
  • Mamy wiele szczęścia, że żyjemy w takich czasach jak teraz. Mamy dziś do czynienia z Kościołem, który się zapada, i jednocześnie z Kościołem, który się odradza. Zapada się wiele starych struktur, które nie wytrzymują nowego tchnienia Ducha. W nowym, odradzającym się Kościele są ludzie, którzy przyjmują do serca Jezusa i rzeczywiście oddają Mu swe życie. Nie z powodów socjologicznych: tradycyjnych, rodzinnych, ale dlatego, że odczuwają taką potrzebę. Bóg podwaja dziś swoją łaskę. Zwyciężymy (o. Joseph-Marie Verlinde OP).
  • Jeśli chcecie apostołować, to proście Ducha Świętego o dar radości. Radość jest tym, co najbardziej przekonuje ludzi. A my mamy przecież pokazać życiem, że Jezus zmartwychwstał i pokonał śmierć (o. Raniero Cantalamessa OFMCap.). 
  • Jeśli opowiadasz o Bogu skrojonym na ludzką miarę, zredukowanym do twoich wyobrażeń i przefiltrowanym przez twe duszpasterskie niepowodzenia i wątpliwości, wiążesz Mu ręce. 
  • To, co my nazywamy przebudzeniem, Nowy Testament nazywa chrześcijaństwem.
  • Bóg błogosławi odważnym gestom. To gwałtownicy zdobywają królestwo!
  • Bóg błogosławi odważnym deklaracjom, w których w Jego imię zapieramy się samych siebie. Błogosławi tym, którzy wbrew wszystkiemu wkraczają na pole bitwy, wierząc, że wojna jest wygrana. 
  • Jezus uderzył w szatana ostatnim swoim tchnieniem na krzyżu. Bitwa jest wygrana, wróg pokonany. On nie jest tak mocny, jak usiłuje być. Jesteśmy dziś zaangażowani w działalność oczyszczającą za linią frontu pokonanego przeciwnika. 
  • Błogosławienie Boga w każdych, nawet najtrudniejszych sytuacjach, to absurd. Z punktu widzenia świata. A wynika to wprost z zachęty: "W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was" (1 Tes 5, 18).
  • Kto jak kto, ale niewinny niesłusznie oskarżony Jezus miałby wszelkie powody do przeklinania swojego losu. Co robił? Łamał chleb i szeptał: "Błogosławię"! 
  • Spójrz w niebo. To naprawdę znakomita perspektywa do oceny twej sytuacji. Zwłaszcza wówczas, gdy twoje położenie wydaje się beznadziejne. 
  • Nie chodzi mi o żadne pobożne czary-mary. Błogosławienie przywraca prawdziwe proporcje: nie ma sytuacji, która wymknęła by się Bogu spod kontroli. 
  • Skąd się w nas to bierze? Może jako naród z natury bardzo religijny dosłownie potraktowaliśmy słowa ewangelisty Mateusza: "Będą narzekać wszystkie narody ziemi" (Mt 24, 30)?
  • Uwielbienie jest okrzykiem zwycięstwa w bitwie, przed którą dopiero stoimy. Jest zawsze na wyrost. Jest rodzajem skoku w nieznane, aktem zaufania, wyznaniem:"To nie moja wojna. Wiem, Kto walczy po mojej stronie". 
  • Gdy zaczynasz uwielbiać Pana Boga, dochodzi do przemiany: On w twych oczach staje się większy, a problem, z którym się mierzyłeś, maleje. 
  • Uwielbienie zmienia rzeczywistość. Jest ono przecież tak konfrontacyjną rzeczywistością, tak inną od tego, co proponuje świat... To jedyna przestrzeń, w której człowiek nie jest w centrum, ale stoi z boku i jest wpatrzony w Boga, oddaje Mu (dosłownie!) chwałę. To jedyna przestrzeń, w której nie jesteśmy najważniejsi (Mate.o).
  • Uwielbienie jest łaknieniem czegoś, za czym wszyscy tęsknimy - bliskiej relacji z Kimś, kto nas bezgranicznie akceptuje (Grzegorz Głuch). 
  • Wiara to 24 godziny na dobę niepewności minus 1 minuta nadziei (Andre Frossard).
  • Ci, którzy rzucają światło Ewangelii, zazwyczaj stoją w mroku. Po drugiej stronie reflektora. Szukają pociechy, a słyszą: "Błogosławiony, kto we Mnie nie zwątpi".
  • Wiara jest pójściem w ciemno. Bez fajerwerków, Bez zabezpieczeń. Z GPSem Słowa Bożego, który jak na złość, zamiast wybrać najkrótszą drogę, nakazuje nam jazdę przez jałową, bezkresną pustynię. 
  • Spektakularność jest potrzebna nam, byśmy zwrócili uwagę na Boga. Bóg chce się z nami skomunikować. Ale to nie jest Jego ulubiony język. On stara się do nas dostosować. Widać to jak na dłoni w rozwoju wielu wspólnot. Po początkowym boomie charyzmatów i wysypie darów następuje czas uspokojenia, wyciszenia. I mam wrażenie, że Pan Bóg lepiej się w takiej rzeczywistości czuje (s. Bogna Młynarz).
  • Więc siedź na miejscu. Nie włócz się. I uwielbiaj. Sprowadzaj królestwo na ziemię. Niech spod twoich stóp wytryskują rzeki. 
  • Istnieje ciągłość między tym światem a tamtym. Tyle, że Pan Bóg przeniesie go do wersji 2.0. Podciągniętej, ulepszonej. Wierzę w to, że Bóg - najbardziej kreatywna trój-osoba wszechświata - będzie nas nieustannie czymś zaskakiwał. Niebo będzie dopełnieniem stworzenia. Skoro ten świat będzie przemieniony, to dlaczego miałby być z niego usunięty aspekt estetyczny? Umieramy w Boga. To jedyne "miejsce", w które można umrzeć. Po śmierci od razu wpadamy w Jego objęcia. Każdemu z nas Jezus obiecuje jednak jeszcze więcej: zmartwychwstanie ciała. Rozbrajająca jest ewangeliczna opowieść o Jezusie spotykającym nad jeziorem uczniów. Nie dowierzają, myślą, że to jakiś duch, a On wypala wprost: macie tu coś do jedzenia? Materialność zmartwychwstania jest dla wielu zgorszeniem. A ten fragment genialnie pokazuje nam, że istnieje niepodważalna ciągłość pomiędzy tym życiem a rzeczywistością zmartwychwstania. Są one - powiedzielibyśmy dziś - kompatybilne. To nie jest tak, że będziemy się musieli wszystkiego wyrzec, że po śmierci stracimy smak, nie będziemy pamiętać, rozpoznawać, rozumieć. Wręcz przeciwnie. Tam ryby będą lepsze! (ks. Grzegorz Strzelczyk)
  • Mam doświadczenie Boga. Nie jakąś wizję, ale poczucie, że zawarliśmy ze sobą konkretną umowę. Jesteśmy razem. Mówię Mu bardzo proste słowa, proszę Go o banalne rzeczy. Nie płaczę Mu w rękaw, tylko mówię, że jest ciężko. I Pan Bóg odpowiada w bardzo precyzyjny sposób. 
  • Przyszedł taki, jakiego się domyślałem już w dzieciństwie. Przyszedł do mnie. Nieśmiały, bezbronny. Nie narzucający się. Bóg przychodzi do mnie takiego, jaki jestem. Przychodzi i mówi: "Czego się smucisz?". "Bo jest smutno" - odpowiadam. I Pan Bóg to szanuje (o. Michał Zioło OCSO).
  • Zaświaty piją z nami herbatę, stoją na przystanku, cieszą się, płaczą. Jezus w łodzi, na weselu, przy kolacji. Pan z szalejącymi dzieciakami na ręku. Zgłodniały Bóg pytający: "macie coś do jedzenia?". Bóg przygotowujący dla mnie miejsce przy stole. Czym sobie zasłużyłem? Niczym. 
  • Pan Bóg ma spore poczucie humory. Potrafi dla naszego dobra zakpić z naszego nadęcia, z tego żałosnego napuszenia "kto my nie som". Ale to nigdy nie jest Bóg-cynik. Chrześcijaństwo nie jest suszeniem zębów, a do jego przykazań nie należy keep smiling. To jest radość na o wiele głębszym poziomie, radość obejmująca również bóle życia. Radość z tego, że śmierć została pokonana.
  • Zostaniemy przytuleni. Tyle że, czuję to nosem, będzie to doświadczenie tak intensywne, że wykroczy poza najszerzej rozumiane pojęcie przyjemności.  

czwartek, 24 września 2015

Mamy uzdrawiać. Dosłownie.

Jezus zwołał Dwunastu, dał im moc i władzę nad wszystkimi złymi duchami i władzę leczenia chorób. I wysłał ich, aby głosili królestwo Boże i uzdrawiali chorych. Mówił do nich: Nie bierzcie nic na drogę: ani laski, ani torby podróżnej, ani chleba, ani pieniędzy; nie miejcie też po dwie suknie! Gdy do jakiego domu wejdziecie, tam pozostańcie i stamtąd będziecie wychodzić. Jeśli was gdzie nie przyjmą, wyjdźcie z tego miasta i strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo przeciwko nim! Wyszli więc i chodzili po wsiach, głosząc Ewangelię i uzdrawiając wszędzie. (Łk 9,1-6)
We wspomnienie liturgiczne św. Pio z Pietrelciny, pewnie jednego z najbardziej niesamowitych świętych Kościoła XX wieku - który znany był także z wypraszania niesamowitych uzdrowień - Bóg daje nam ten fragment właśnie.  

Może nie zwróciłbym na niego uwagi, gdyby nie dość niezwykła książka, którą właśnie trawię, mianowicie "Pan Bóg? Uwielbiam!" Marcina Jakimowicza. Generalnie poświęcę jej osobny tekst, jak już przejdę całość, ale właściwie jednym z kilku takich punktów zwrotnych tego zbioru tekstów redaktora GN jest myśl właśnie o tym, co pogrubiłem. Bóg posyła swoich wyznawców po to, aby uzdrawiali. 

Tu nie ma powodu, aby doszukiwać się metafor, przenośni, spłycać te słowa do poziomu "no tak, ale przecież ważniejsze jest uzdrowienie duchowe, z grzechu - gdzie tam od razu na ciele...". Dla mnie to jest takie swego rodzaju odkrycie. Nam jest wygodniej tak te słowa rozumieć - żeby nie wystawiać wiary na próbę, żeby nie ryzykować. Tymczasem, moi drodzy parafianie, jednoznacznie "tu pisze", jak to niektórzy mówią: Bóg posyła ludzi wierzących po to, aby uzdrawiali! Uwaga, to nie dotyczyło wcale tylko Jezusa - bo przecież sam powiedział, że wierzący w Niego jeszcze większe znaki zdziałają, bo On sam idzie do Ojca (J 14, 12). 

Zazdroszczę Marcinowi Jakimowiczowi doświadczeń, o których napisał w swojej nowej książce. Bo sypie tam wieloma konkretnymi przykładami z życia swojego i swoich bliskich. On widział takie uzdrowienia mocą Boga. A ja? ... Ja się boję poprosić o coś takiego. Może dlatego, że jeszcze nikt bardzo mi bliski - poza + Mamą - nie odchodził w cierpieniu? Może dlatego, że jeszcze mnie osobiście doświadczenie choroby nie dotknęło dość mocno? 

Jedno jest pewne, a przekonała mnie do tego ta książka, że Bóg nigdzie nikomu nie kazał godzić się na cierpienie choroby w tym sensie, żeby się po prostu pogodził i nie spróbował nawet poprosić Boga o zdrowie. Bóg chce i może działać - ale czeka na nasze słowa. On może uzdrowić - tylko czy człowiek w to wierzy i Go o to prosi?

niedziela, 12 kwietnia 2015

Dał, co miał

Gdy Piotr i Jan wchodzili do świątyni na modlitwę o godzinie dziewiątej, wnoszono właśnie pewnego człowieka, chromego od urodzenia. Kładziono go codziennie przy bramie świątyni, zwanej Piękną, aby wstępujących do świątyni, prosił o jałmużnę. Ten zobaczywszy Piotra i Jana, gdy mieli wejść do świątyni, prosił ich o jałmużnę. Lecz Piotr wraz z Janem przypatrzywszy się mu powiedział: Spójrz na nas. A on patrzył na nich oczekując od nich jałmużny. Nie mam srebra ani złota - powiedział Piotr - ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź! I ująwszy go za prawą rękę, podniósł go. A on natychmiast odzyskał władzę w nogach i stopach. Zerwał się i stanął na nogach, i chodził, i wszedł z nimi do świątyni, chodząc, skacząc i wielbiąc Boga. A cały lud zobaczył go chodzącego i chwalącego Boga. I rozpoznawali w nim tego człowieka, który siadał przy Pięknej Bramie świątyni, aby żebrać, i ogarnęło ich zdumienie i zachwyt z powodu tego, co go spotkało. (Dz 3,1-10)

Heh, jak co roku w święta obiecuję sobie, że przejrzę kalendarz liturgiczny i w dniu, w którym jest to czytanie powyżej, pójdę na Mszę. Tym razem wiem - to środa w oktawie. Ale z założenia wyszło wielkie nic - bo uświadomiłem to sobie... dzisiaj, czyli co najmniej o jakieś 4 dni za późno. 

Jeśli ktoś - nie daj Boże - śledzi tego bloga, to z pewnością wracałem do tych słów nie raz, i jakoś nie zamierzam tego zmienić. Bo obrazek jest piękny i sytuacja bardzo do przemyślenia dla nas, ludzików z 2000 lat po tym wydarzeniu. Tu nie chodzi o cud - chociaż niewątpliwie trzeba odnotować, że do takiej kategorii zdarzenie to należy zakwalifikować. Tu chodzi o zachowanie Piotra, jego podejście, nastawienie, to w oparciu o co i o Kogo działa.

Ilu ludzi mogło tamtędy chodzić codziennie, obok tego wejścia do świątyni? Pojęcia nie mam, pewnie - nie tylko na ówczesne warunki - sporo. Miał, co tu ukrywać, żebrać, czyli zarabiać na siebie. Chromy czyli nie chodzący, pozbawiony władzy w nogach - czyli właściwie jakiejkolwiek wtedy możliwości zarobienia i utrzymania, skazany na los żebraka i litość ludzi (albo jej brak). Nie sądzę - i z zapisu autora natchnionego nie wynika - aby zdawał sobie sprawę, że trafił na uczniów Jezusa, o którym zresztą pewnie też nie słyszał. Tak, jak do innych - wyciągnął rękę, czekając na jakiś grosz. 

Piękne jest to, jak Piotr dokonał cudu - a może to przede wszystkim wiara Piotra tego dokonała. Ale zwróć uwagę, w jaki sposób postąpił, jakich on słów użył. Tamten biedak - nie znany nam z imienia - nie czekał na nic poza jałmużną (w obrazkach ewangelicznych tyle razy ktoś szukał u Jezusa wprost uzdrowienia - tu jest inaczej), a otrzymał o wiele więcej. Piotr jakby się tłumaczył - nie mam złota i srebra - a jednocześnie pozwala zastanowić się: jaką ono ma tak naprawdę wartość? Co ono daje? Temu choremu - mógłby mieć pałac, a i tak nie stanął by przez to na nogi. Ale Piotr dzieli się z żebrakiem czymś o wiele większym, wspanialszym i piękniejszym - mocą, jaką Bóg dał tym, którzy Mu ufają bez granic. Dlatego tamten wstaje, może skakać, dziękować i radować się uzdrowieniem. 

Niedowiarek powie - no co, jesteś wierzący? W sumie, jestem. To weź zrób coś podobnego. Uuu... Moja wiara jest za mała - ziarnko gorczycy to przy niej gigant. Nic nie szkodzi. Zresztą - kto wie, jeśli Bóg by zechciał... Ale to bez znaczenia. On może tego dokonać - uzdrowić ciało, a może czasami ważniejsze: serce, duszę. Bóg nadal tak działa - jeśli tylko chcę to zauważyć, a nie temu zaprzeczać. 

To wskazówka też dla nas. Można dzielić się z potrzebującym tym, co materialne - i chwała wszystkim, którzy (bez względu na kwoty!) robią to systematycznie, a nie od jednego wyrzutu sumienia do kolejnego. Ale można człowiekowi pomóc - i czasami tylko tego potrzebuje - także w inny sposób. Dać możemy najwięcej także nie dając materialnie nic. Dzieląc się tym, co sami otrzymaliśmy od Niego. Mnożenie przez dzielenie.

wtorek, 17 lutego 2015

Nie kumają

Uczniowie Jezusa zapomnieli wziąć chlebów i tylko jeden mieli z sobą w łodzi. Wtedy im przykazał: Uważajcie, strzeżcie się kwasu faryzeuszów i kwasu Heroda. Oni zaczęli rozprawiać między sobą o tym, że nie mają chleba. Jezus zauważył to i rzekł im: Czemu rozprawiacie o tym, że nie macie chleba? Jeszcze nie pojmujecie i nie rozumiecie, tak otępiały macie umysł? Macie oczy, a nie widzicie; macie uszy, a nie słyszycie? Nie pamiętacie, ile zebraliście koszów pełnych ułomków, kiedy połamałem pięć chlebów dla pięciu tysięcy? Odpowiedzieli Mu: Dwanaście. A kiedy połamałem siedem chlebów dla czterech tysięcy, ile zebraliście koszów pełnych ułomków? Odpowiedzieli: Siedem. I rzekł im: Jeszcze nie rozumiecie? (Mk 8,14-21)
Piękny tekst! Krótki i bardzo wymowny, dosadny.

Bazując tylko na Ewangelii Marka, widzimy dwa rozmnożenia chleba. Najpierw, kiedy zamiast odpoczynku, zlecieli się do nich ludzie z całej okolicy, słynne "Wy dajcie im jeść" i sytuacja, kiedy z 5 chlebów i 2 ryb Jezus wykarmia (skrupulatnie odnotowane) 5000 chłopa, z czego zostaje i tak 12 koszy ułomków (Mk 6, 30-44). Potem, w tym samym co dzisiaj rozdziale, na początku, kiedy po uzdrowieniu głuchoniemego znowu zrobiło się o Nim głośno, i tym razem 4000 ludzi nakarmiono kilkoma rybkami i 7 chlebami. Żadne czary - "odmówił modlitwę dziękczynną, połamał i dawał swoim uczniom" (Mk 8, 1-10). 

Uczniowie nie pamiętali tego. Można się domyśleć, że to wszystko wydarzenia na przestrzeni dość krótkiego okresu czasu - a jednak. Jak wynika z tekstu, tym razem nie zabrali nawet pożywienia dla siebie - nie chodziło już o osoby z zewnątrz, tych, którzy szli za Jezusem czy zbierali się w danym miejscu. Mnie nie dziwi reakcja Jezusa - pewnego rodzaju zniecierpliwienie, zawód, zmęczenie. Tyle cudów - jeśli by liczyć, ok. 9000 ludzi wykarmionych łącznie z 12 chlebów i paru ryb, a z tego wszystkie razem 19 koszy samych tylko ułomków, nie licząc wykarmionych!

Bóg na ich oczach dokonał, raz po razie, bardzo namacalne i widoczne cuda - zaspokoił głód wielkich mas. To nic nie dało. Uczniowie - pewnie Dwunastu - i tak mieli największy problem, że zapomnieli chleba dla siebie. Byli świadkami rozwiązania problemu dalece większych rozmiarów - ale to nic nie dało. Sytuacja jakby się powtórzyła - oni znowu myśleli brzuchami. 

Czemu wciąż nie rozumienie i nie pojmujecie? Jeszcze nie rozumiecie? Z nami jest tak samo - ile razy bardziej na twarz się nie da czegoś wyjaśnić, Bóg czytelnie coś pokazuje - a my nic, albo swoje. 

A u mnie - a'propos rozumienia w kontekście nauki - również: jakby im dalej, tym gorzej... 

wtorek, 3 lutego 2015

Tylko

Gdy Jezus przeprawił się z powrotem w łodzi na drugi brzeg, zebrał się wielki tłum wokół Niego, a On był jeszcze nad jeziorem. Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg i prosił usilnie: Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła. Poszedł więc z nim, a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd na Niego napierał. A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Słyszała ona o Jezusie, więc przyszła od tyłu, między tłumem, i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości. A Jezus natychmiast uświadomił sobie, że moc wyszła od Niego. Obrócił się w tłumie i zapytał: Kto się dotknął mojego płaszcza? Odpowiedzieli Mu uczniowie: Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: Kto się Mnie dotknął. On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła. Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę. On zaś rzekł do niej: Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości! Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela? Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi: Nie bój się, wierz tylko! I nie pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakubowego. Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Wobec zamieszania, płaczu i głośnego zawodzenia, wszedł i rzekł do nich: Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi. I wyśmiewali Go. Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca, matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: Talitha kum, to znaczy: Dziewczynko, mówię ci, wstań! Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. Przykazał im też z naciskiem, żeby nikt o tym nie wiedział, i polecił, aby jej dano jeść. (Mk 5,21-43)
Bóg widzi, jak bardzo człowiek potrzebuje Jego miłosierdzia, Jego uzdrawiającej miłości - która działa i czyni cuda w tej sytuacji także jakby przypadkowo, jak z tą kobietą. Czy jednak był to przypadek? Nie. Tak samo jak to, że Jezus dobrze wiedział, kogo Jego moc uzdrowiła - pewnie chciał zobaczyć, co powie uzdrowiona kobieta. Powiedziała prawdę - i zstąpił na nią Jego pokój, ten jedyny i prawdziwy, drugi dar obok uzdrowienia z krwotoku. 

Trudna była sytuacja drugiej osoby z tego obrazka, Jaira. Szedł po Jezusa z wiarą - córka choruje, ale On może ją uleczyć. W drodze jednak dowiedział się, że zmarła. Co dalej? Rozpacz? Pocieszenie przynosi sam Zbawiciel - nie bój się, wierz tylko! Dlatego idą dalej, z sercami przepełnionymi... no właśnie, czym? Chyba jednak wiarą, że On może to poskładać i zaradzić sytuacji, z nadzieją. Nie robi show z ludzkiego dramatu, spektaklu dla rodziny i przybyłych do domu Jaira. Cud dokonuje się w skrytości, w obecności najbliższych - i apostołów. Śmierć nie ma władzy nad tym, komu rozkazuje Pan Zastępów. Tak, jak później każe Łazarzowi wyjść z grobu po kilku dniach od złożenia go tam, tak i tutaj każe dziecku wstać - i dziecko wstaje. Łaska Boża tryumfuje, a w sercu ludzkim kiełkuje kolejne nasionko wiary. 

Dlatego dzisiaj pod koniec Mszy Świętej - ku zdziwieniu niektórych - zaśpiewaliśmy "Zwycięzcę śmierci". Pasuje, jak rzadko. 

Bóg działa i to bardzo mocno - jeżeli tylko człowiek chce tego działania i o Jego pomoc prosi. Nie bój się, wierz tylko!

niedziela, 17 sierpnia 2014

Upór w opresji

Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: Odpraw ją, bo krzyczy za nami! Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi! On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom. A ona odrzekła: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów. Wtedy Jezus jej odpowiedział: O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! Od tej chwili jej córka została uzdrowiona. (Mt 15,21-28)
Gdyby się tak zastanowić - Jezus nieco "pojechał po bandzie", rozmawiając z tą kobietą. Niezbyt pięknie się z nią obszedł, kiedy przyszła prosić o pomoc dla córki - porównując ją do psa. Czemu takich słów użył? Nie wiem. Czy takie słowa padły? Pewnie tak - wielu twierdzi, że Pismo Święte x razy preparowano, wycinając niewygodne kawałki - a ten? Po prostu dowód na ludzką naturę Jezusa. 

Ale ten tekst czyta się dzisiaj w kościołach nie dlatego, że Jezus to powiedział - ale dlatego, co się stało dalej, albo z powodu tego, co się stało później. Z powodu uporu i wytrwałości kobiety. Przy całej jej wierze w moc Jezusa - musiało tak być, skoro do Niego przyszła - nie była ani onieśmielona, ani nie zachowywała się w jakikolwiek uniżony sposób. Była zdecydowana walczyć o to, co było dla niej najważniejsze - zdrowie dziecka.

Apostołowie zareagowali mało wyrozumiale - podobnie jak w zbliżonej sytuacji ze ślepcem - i po prostu chcieli się jej pozbyć, no bo co, tylko krzyczy za nimi. I wtedy nastąpił ten niesamowity dialog. Z jednej strony Jezus mówiący o posłaniu Go do Narodu Wybranego (do którego tamta - Kananejka - nie należała), z drugiej zaś strony wielka wiara i wola walki kobiety. Nie uniosła się gniewem, nie wstała i odeszła obrażona, nie złorzeczyła. Tak - może i szkoda jedzenia dla dzieci dla psów, ale także szczenięta tych psów posilają się przecież resztkami ze stołu. Ty możesz pomóc także i mnie, mojej córce - ponieważ ja w to wierzę. 

Nie dała za wygraną - coś, od czego bardzo często dzieli nas bardzo niewiele, szczególnie w najtrudniejszych momentach: choroba, śmierć, utrata osoby najbliższej, strata pracy, wypadek. Tak, uzyskała to, o co prosiła - bo działała dalej, nie poddała się, podjęła dialog. Szorstka forma Jezusa jej nie zniechęciła, wiedziała dokładnie czego chce. 

A ty wiesz? Co z tego, że Jezus i tobie powie "niech ci się stanie, jak chcesz" - o ile zobaczy wiarę - ale czy ty wiesz, czego właściwie naprawdę chcesz. 

niedziela, 6 kwietnia 2014

Wszystko ma swój czas

Był pewien chory, Łazarz z Betanii, z miejscowości Marii i jej siostry Marty. Maria zaś była tą, która namaściła Pana olejkiem i włosami swoimi otarła Jego nogi. Jej to brat Łazarz chorował. Siostry zatem posłały do Niego wiadomość: Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz. Jezus usłyszawszy to rzekł: Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą. A Jezus miłował Martę i jej siostrę, i Łazarza. Mimo jednak że słyszał o jego chorobie, zatrzymał się przez dwa dni w miejscu pobytu. Dopiero potem powiedział do swoich uczniów: Chodźmy znów do Judei. Rzekli do Niego uczniowie: Rabbi, dopiero co Żydzi usiłowali Cię ukamienować i znów tam idziesz? Jezus im odpowiedział: Czyż dzień nie liczy dwunastu godzin? Jeżeli ktoś chodzi za dnia, nie potknie się, ponieważ widzi światło tego świata. Jeżeli jednak ktoś chodzi w nocy, potknie się, ponieważ brak mu światła. To powiedział, a następnie rzekł do nich: Łazarz, przyjaciel nasz, zasnął, lecz idę, aby go obudzić. Uczniowie rzekli do Niego: Panie, jeżeli zasnął, to wyzdrowieje. Jezus jednak mówił o jego śmierci, a im się wydawało, że mówi o zwyczajnym śnie. Wtedy Jezus powiedział im otwarcie: Łazarz umarł, ale raduję się, że Mnie tam nie było, ze względu na was, abyście uwierzyli. Lecz chodźmy do niego. Na to Tomasz, zwany Didymos, rzekł do współuczniów: Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć. Kiedy Jezus tam przybył, zastał Łazarza już do czterech dni spoczywającego w grobie. A Betania była oddalona od Jerozolimy około piętnastu stadiów i wielu Żydów przybyło przedtem do Marty i Marii, aby je pocieszyć po bracie. Kiedy zaś Marta dowiedziała się, że Jezus nadchodzi, wyszła Mu na spotkanie. Maria zaś siedziała w domu. Marta rzekła do Jezusa: Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga. Rzekł do niej Jezus: Brat twój zmartwychwstanie. Rzekła Marta do Niego: Wiem, że zmartwychwstanie w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym. Rzekł do niej Jezus: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to? Odpowiedziała Mu: Tak, Panie! Ja wciąż wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat. Gdy to powiedziała, odeszła i przywołała po kryjomu swoją siostrę, mówiąc: Nauczyciel jest i woła cię. Skoro zaś tamta to usłyszała, wstała szybko i udała się do Niego. Jezus zaś nie przybył jeszcze do wsi, lecz był wciąż w tym miejscu, gdzie Marta wyszła Mu na spotkanie. Żydzi, którzy byli z nią w domu i pocieszali ją, widząc, że Maria szybko wstała i wyszła, udali się za nią, przekonani, że idzie do grobu, aby tam płakać. A gdy Maria przyszła do miejsca, gdzie był Jezus, ujrzawszy Go upadła Mu do nóg i rzekła do Niego: Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Gdy więc Jezus ujrzał jak płakała ona i Żydzi, którzy razem z nią przyszli, wzruszył się w duchu, rozrzewnił i zapytał: Gdzieście go położyli? Odpowiedzieli Mu: Panie, chodź i zobacz. Jezus zapłakał. A Żydzi rzekli: Oto jak go miłował! Niektórzy z nich powiedzieli: Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł? A Jezus ponownie, okazując głębokie wzruszenie, przyszedł do grobu. Była to pieczara, a na niej spoczywał kamień. Jezus rzekł: Usuńcie kamień. Siostra zmarłego, Marta, rzekła do Niego: Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie. Jezus rzekł do niej: Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą? Usunięto więc kamień. Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: Ojcze, dziękuję Ci, żeś mnie wysłuchał. Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie lud to powiedziałem, aby uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał. To powiedziawszy zawołał donośnym głosem: Łazarzu, wyjdź na zewnątrz! I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce powiązane opaskami, a twarz jego była zawinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić. Wielu więc spośród Żydów przybyłych do Marii ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego. (J 11,1-45)
Pewnie jeden z tych ewangelicznych obrazków, które najbardziej pokazują ludzką naturę Jezusa. Już w pierwszych słowach osoba trzecia wskazuje, że Łazarz był postacią przez niego ukochaną. Później słowa o zapłakaniu o rozrzewnieniu. A jednak - nade wszystko działa, kierując się większą chwałą Bożą. Pewnie mógł przybyć wcześniej, zanim Łazarz zmarł. Nawet na pewno. A jednak - nie przyspiesza podróży i dociera na miejsce żałoby. 

Nawet ten, którego Bóg kocha - a tak naprawdę to znaczy: każdy z nas, czy sobie z tego sprawę zdaje, czy nie - nie jest przez to, jakby z tego tytułu pozbawiony cierpienia, chorób i perspektywy śmierci, która nadejdzie i jest jednym z niewielu pewnikiem. Pięknie to opisał o. Grzegorz Kramer SI: "[Śmierć] Choć sama, w sobie jest bezsensowna, to mocą Boga, staje się znakiem pokazującym siłę Boga".

Ludzie Jezusa nie rozumieli. Kiedy posłużył się pojęciem snu - myśleli, że Łazarz po prostu zasnął i On go obudzi. Jezus rozumiał, że Jego rolą w tej sytuacji nie było uratowanie Łazarza przed śmiercią - czego ostatecznie dokonał już z perspektywy krzyża i pustego grobu - ale ukazanie chwały Boga, który zwycięża śmierć i wskrzesza tego, który po prostu rozkładał się już w grobie po kilku dniach od śmierci. 

Piękna w tym wszystkim jest postawa Marty - tej "złej" z drugiej opowieści, kiedy Jezus do całej trójki rodzeństwa przybył w gościnę, a Marta skupiała się tylko na kwestiach materialnych. Teraz już wierzy i wie, że dla Zbawiciela nie ma rzeczy niemożliwych, Bóg Ojciec Mu nie odmówi. Co więcej, jest chyba jedną z niewielu osób, które rozumieją prawdę o zmartwychwstaniu umarłych, jakie nastąpi w dniu Powtórnego Przyjścia Syna Bożego na świat. Pan Jezus jest ponad to wszystko, On sam jest odpowiedzią - zmartwychwstaniem i życie, i wierzący w tę prawdę nawet po śmierci otrzyma życie. Druga z sióstr - Maria - z kolei, jak wtedy, poprzednim razem, upada do Jezusowych nóg i płacze. 

Paradoksalnie, świadkowie sytuacji nadal niczego nie rozumieli - swoje myśli skupiali na tym, "co by było, gdyby..." czyli jak potoczyły by się wydarzenia, gdyby Jezus był przy Łazarzu kilka dni wcześniej. Nikt nie wybiega myślami w drugą stronę - skoro On uzdrawia, to czy i w tej sytuacji nie uczyni cudu? Łazarz nie żyje - ale czy Syn Boży jest w stanie to odmienić? 

Można się domyślać, że cud dokonał się siłą wiary Marty i Marii, sióstr zmarłego. "Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą?" I ta piękna Jezusowa modlitwa: "Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: Ojcze, dziękuję Ci, żeś mnie wysłuchał. Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie lud to powiedziałem, aby uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał. To powiedziawszy zawołał donośnym głosem: Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!". Jezus nie prosi, nie mówi jako człowiek, który kieruje serce ku Bogu w trudnej sytuacji - ale jako Bóg, który rozkazuje władzy o wiele mniejszej i w porównaniu z Nim wręcz śmiesznej. Won, śmierci! Łazarzu, wracaj do nas! Już wtedy, wypowiadając to niejako polecenie do zmarłego, wiedział, że Bóg Ojciec Go wysłuchał. 

Dlaczego tak to wyglądało? Dlaczego Jezus nie przeniósł się nagle do Betanii i nie uleczył chorego zanim ten zmarł? Po to, aby w momencie cudu, opisanego wyżej, więcej osób na własnej skórze zobaczyło wielkość Boga i dzięki temu uwierzyło. I z nami jest tak samo. Jezus ciągle przychodzi, zaprasza, wyciąga rękę - ale nie zawsze wskazuje drogę na skróty, i bardzo często trzeba się namęczyć, poczekać, a na pewno dać coś z siebie, aby do Niego dotrzeć, zrozumieć, docenić. Czasami wydaje się, że On przychodzi w sytuacji bez wyjścia, beznadziejnej - kiedy dosłownie gnijemy już w grobie swoich grzechów, słabości, uzależnień, małości i bylejakości. To nic nie zmienia - każdy w swoim sercu usłyszy wezwanie, takie samo, jak wypowiedziane do Łazarza. Tylko że nie będzie to rozkaz - a zaproszenie, prośba, propozycja. Wyjdź z tego syfu, zbudujmy razem coś sensownego. Żeby docenić przemianę i nową jakość życia trzeba bowiem najpierw uświadomić sobie beznadzieję dotychczasowej egzystencji. 

poniedziałek, 31 marca 2014

Zwykły cud

Jezus przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym - on czy jego rodzice? Jezus odpowiedział: Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale /stało się tak/, aby się na nim objawiły sprawy Boże. Potrzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata. To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: Idź, obmyj się w sadzawce Siloam - co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. A sąsiedzi i ci, którzy przedtem widywali go jako żebraka, mówili: Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze? Jedni twierdzili: Tak, to jest ten, a inni przeczyli: Nie, jest tylko do tamtego podobny. On zaś mówił: To ja jestem. Mówili więc do niego: Jakżeż oczy ci się otwarły? On odpowiedział: Człowiek zwany Jezusem uczynił błoto, pomazał moje oczy i rzekł do mnie: Idź do sadzawki Siloam i obmyj się. Poszedłem więc, obmyłem się i przejrzałem. Rzekli do niego: Gdzież On jest? On odrzekł: Nie wiem. Zaprowadzili więc tego człowieka, niedawno jeszcze niewidomego, do faryzeuszów. A tego dnia, w którym Jezus uczynił błoto i otworzył mu oczy, był szabat. I znów faryzeusze pytali go o to, w jaki sposób przejrzał. Powiedział do nich: Położył mi błoto na oczy, obmyłem się i widzę. Niektórzy więc spośród faryzeuszów rzekli: Człowiek ten nie jest od Boga, bo nie zachowuje szabatu. Inni powiedzieli: Ale w jaki sposób człowiek grzeszny może czynić takie znaki? I powstało wśród nich rozdwojenie. Ponownie więc zwrócili się do niewidomego: A ty, co o Nim myślisz w związku z tym, że ci otworzył oczy? Odpowiedział: To prorok. Jednakże Żydzi nie wierzyli, że był niewidomy i że przejrzał, tak że aż przywołali rodziców tego, który przejrzał, i wypytywali się ich w słowach: Czy waszym synem jest ten, o którym twierdzicie, że się niewidomym urodził? W jaki to sposób teraz widzi? Rodzice zaś jego tak odpowiedzieli: Wiemy, że to jest nasz syn i że się urodził niewidomym. Nie wiemy, jak się to stało, że teraz widzi, nie wiemy także, kto mu otworzył oczy. Zapytajcie jego samego, ma swoje lata, niech mówi za siebie. Tak powiedzieli jego rodzice, gdyż bali się Żydów. Żydzi bowiem już postanowili, że gdy ktoś uzna Jezusa za Mesjasza, zostanie wyłączony z synagogi. Oto dlaczego powiedzieli jego rodzice: Ma swoje lata, jego samego zapytajcie! Znowu więc przywołali tego człowieka, który był niewidomy, i rzekli do niego: Daj chwałę Bogu. My wiemy, że człowiek ten jest grzesznikiem. Na to odpowiedział: Czy On jest grzesznikiem, tego nie wiem. Jedno wiem: byłem niewidomy, a teraz widzę. Rzekli więc do niego: Cóż ci uczynił? W jaki sposób otworzył ci oczy? Odpowiedział im: Już wam powiedziałem, a wyście mnie nie wysłuchali. Po co znowu chcecie słuchać? Czy i wy chcecie zostać Jego uczniami? Wówczas go zelżyli i rzekli: Bądź ty sobie Jego uczniem, my jesteśmy uczniami Mojżesza. My wiemy, że Bóg przemówił do Mojżesza. Co do Niego zaś nie wiemy, skąd pochodzi. Na to odpowiedział im ów człowiek: W tym wszystkim to jest dziwne, że wy nie wiecie, skąd pochodzi, a mnie oczy otworzył. Wiemy, że Bóg grzeszników nie wysłuchuje, natomiast Bóg wysłuchuje każdego, kto jest czcicielem Boga i pełni Jego wolę. Od wieków nie słyszano, aby ktoś otworzył oczy niewidomemu od urodzenia. Gdyby ten człowiek nie był od Boga, nie mógłby nic czynić. Na to dali mu taką odpowiedź: Cały urodziłeś się w grzechach, a śmiesz nas pouczać? I precz go wyrzucili. Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go rzekł do niego: Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego? On odpowiedział: A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył? Rzekł do niego Jezus: Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie. On zaś odpowiedział: Wierzę, Panie! i oddał Mu pokłon. Jezus rzekł: Przyszedłem na ten świat, aby przeprowadzić sąd, aby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą stali się niewidomymi. Usłyszeli to niektórzy faryzeusze, którzy z Nim byli i rzekli do Niego: Czyż i my jesteśmy niewidomi? Jezus powiedział do nich: Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: "Widzimy", grzech wasz trwa nadal. (J 9,1-41)
Nie da się ukryć - tekst niewątpliwie długi, ale i bardzo ciekawy - odzwierciedlający bardzo błędną mentalność i rozumowanie, które bardzo dobrze niestety zakorzeniły się i trwają nadal, mimo 2000 lat jakie upłynęły od czasu napisania tego tekstu. Mentalność Boga-złego sędziego: skoro komuś coś nie idzie, to na pewno przez Boga, z Jego woli. 

To nie jest tak, że ludzie rodzą się chorzy, niepełnosprawni, upośledzeni "bo Bóg tak chciał" i to Bóg chce kogoś w ten sposób ukarać - i naszą rolą jest się domyśleć: matkę? ojca? dalszą rodzinę? kogo? To wszystko ma służyć objawieniu się Boga. Po ludzku te wszystkie krzyże to tylko pole dla Bożej aktywności, jakby miejsca, w których może objawić się Bóg. Z jednej strony uzdrawiając ciało, ale przede wszystkim przychodząc do konkretnego człowieka i pragnąc uzdrowić jego serce, dać mu sens i cel. 

Jezus rozwala ten stereotyp czynem bardziej niż niepozornym - nakłada mu ślinę na oczy. Można by pomyśleć - wariat, jak nic. Uczynił dzieło - tylko jakie? Kazał niewidomemu iść do sadzawki i się obmyć - ale on odchodził już ze znakiem Jezusa, który wszedł w jego życie i postanowił zadziałać, uzdrowić tego nieszczęśnika.  

Ten człowiek, tuż po uzdrowieniu, pewnie nie rozumiał, co się stało. Widział cud. Nie można powiedzieć, aby ktokolwiek w jakikolwiek sposób przygotował go do powiedzenia w tym ogniu pytań i oskarżeń, aby świadectwo jakie dał o Jezusie było wyuczone i przygotowane. Mówił od serca. Trudno go również podejrzewać o teologiczne wykształcenie i zrozumienie pewnych niuansów. Rozumiał, że dotknęło go i jego udziałem stało się coś, co wymykało się ludzkim prawom i rozsądkowi. Stąd mówi - to prorok - wskazując na to, że nie ludzką i zmierzalną siłą dokonało się jego uzdrowienie. Równocześnie, z jaką płynnością i lekkością ów człowiek się wypowiada - bardzo łatwo zbijając argumenty adwersarzy. Nie bał się, aby dać świadectwo prawdzie, która go uzdrowiła. To jest jego indywidualny i świadomy wybór - w rodzicach w tej sytuacji nie znalazł oparcia, wykręcali się i, powołując się na jego wiek, kazali samego uzdrowionego pytać (nikt nie chciał być wyłączony z synagogi). Nikt nie mówił, że będzie lekko - a uzdrowiony, może częściowo nieświadomie, godzi się na to i podejmuje ryzyko. Wybór Jezusa to zdecydowany zysk - ale który nie raz i nie dwa razy przychodzi okupić, delikatnie mówiąc, niepopularnością, o ile nie cierpieniem. 

Bóg każdego z nas, inną, własną, indywidualną drogą, prowadzi do miejsca, które ukazuje zakończenie tego ewangelicznego obrazka - do momentu, kiedy - wiedząc, z Kim mamy do czynienia, stajemy przez Bogiem. A On nie zapyta o stan konta, wizytówki, kontakty, wiedzę, zdolności - tylko o to, czy wierzysz w Niego. Bóg przychodzi, aby otwierać oczy - ale tych, którzy najpierw zdają sobie sprawę z własnego błądzenia po omacku. 

wtorek, 15 października 2013

(Nie)wdzięczność

Stało się, że Jezus zmierzając do Jerozolimy przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami. Na ich widok rzekł do nich: Idźcie, pokażcie się kapłanom. A gdy szli, zostali oczyszczeni. Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to Samarytanin. Jezus zaś rzekł: Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec. Do niego zaś rzekł: Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła. (Łk 17,11-19)
W tej historii praktycznie każdy detal ma sens. Dzisiaj mało zrozumiałe może być to, jakim w czasach Jezusa był trąd - choroba wtedy nieuleczalna, skazująca człowieka na powolne umieranie z powodu po prostu gnicia ciała i odpadania jego członków. Mało zrozumiałe - bo w naszych czasach tę chorobę można zwalczyć, wyleczyć. Jednak w biblijnych czasach trąd oznaczał samotność i wyrzucenie poza nawias społeczeństwa, życie poza nią - z koniecznością dawania wszystkim napotkanym osobom znać dzwoneczkiem, że mają do czynienia z trędowatym. Po prostu wegetacja, oczekiwanie na śmierć. 

Postawa tych dziesięciu była z początku jak najbardziej prawidłowa - przyszli, prosili, pragnęli litości. W pewnym sensie wyzwanli wiarę w Boga - Jezusa nazwali Mistrzem. Wykazali się niesamowitą odwagą - zamiast ostrzegać o swojej obecności, wręcz szli w kierunku Jezusa, dążyli do Niego i pragnęli przyciągnąć Jego uwagę (choć "zatrzymali się z daleka"). Pan widział, że ich pragnienia są szczere - i dokonał cudu, mimo że ani słowem nie wynika, że ich dotknął, przytulił, czy choćby nałożył błoto na oczy, jak to zrobił z niewidomym. Poszli do kapłanów - tylko oni mogli stwierdzić oczyszczenie - i oczyszczenie, jak podaje ewangelista, dokonało się w drodze. Gdy doszli na miejsce byli już zdrowi. 

Tutaj zaczęły się schody. Tylko 1 potrafił Bogu za dokonany cud podziękować - a może nie tyle potrafił, co zadał sobie trud, wrócił (po złośliwości pewnie nieco, autor wskazał, że był to ten "gorszy" - nie Żyd, a Samarytanin, cudzoziemiec). Tu nie chodziło o to, żeby przyjść i dziękować Jezusowi - ale uwielbić Boga w Trójcy jedynego za cud, jaki dzięki Jego łasce zaistniał. Tylko ten Samarytanin potrafił w tej sytuacji odnaleźć się na tyle, aby wysławiać Boga. 

Taki sam problem jest z nami. Nie ma nic przesady w staropolskim przysłowiu - jak trwoga, to do Boga. Jak się pali i wali, to nagle stajemy się wierzący (inna sprawa - w kogo, co? - czy modlimy się do Boga, czy obwieszamy się symbolami wszelkich możliwych religii i staramy się, na wszelki wypadek oczywiście, obłaskawić wszelkiej maści bóstwa), i jesteśmy gotowi na wszystko, byle by stało się po naszej myśli. Wszystko zmienia się, kiedy problem się rozwiąże. Gdzie jest dziewięciu? żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec. Pewnie i te proporcje - 1/10 - będą w miarę trafione, bo mało kto potrafi podziękować. Taka nasza roszczeniowa postawa - poprosić jeszcze jakoś tak, ale już żeby dziękować? Po co? Przecież po sprawie. Sam sobie to uświadomiłem w pewnym momencie - i wydaje mi się, że taka postawa jest strasznie dwulicowa, nieuczciwa. Dlatego tym bardziej staram się dziękować, kiedy dobry Bóg udzieli jakiejś łaski - a co jak co, w ostatnim czasie nie raz się o Jego łasce bardzo mocno przekonałem. Po prostu pewna konsekwencja: proszę i modlę się przed (nie tyle targuję, obiecuję "Boże, jak Ty mi pomożesz, to ja Ci...") - ale i dziękuję mocno po, najczęściej też na Mszy Świętej. 

Bardzo mocno widać to choćby po intencjach mszalnych - ile jest za żywych? Większość za zmarłych. Zapominamy o tych, którzy wsparcia modlitewnego potrzebują za życia. Mało to jest okazji? Urodziny, imieniny, urodzenie dziecka, rocznice. Warto o tym pamiętać, i nie wahać się, aby także te intencje polecać modlitwie eucharystycznej wspólnoty Kościoła. A potem wykazać to minimum - po prostu podziękować. 

sobota, 30 marca 2013

Chwile oczekiwania

Twoja obecność łączy wszystkie serca,
Przyjdź do nas, Panie, pomóż pokonać słabości.
Z niecierpliwością Ciebie oczekujemy
Tęskniąc za Tobą. 
Jeszcze chwilę czekam tak, aż przyjdziesz, Panie.
Jeszcze chwilę wyśpiewam Tobie powitanie.
Jeszcze chwilę... 
W Twoim domu zawsze świeci jasność,
Dajesz ciepło ludziom, którzy przychodzą,
I kołaczą, Panie, tęskniąc za Tobą
Tęskniąc za Tobą. 
Jeszcze chwilę czekać na Ciebie, Panie, trzeba.
Jeszcze chwilę, by wszystkie znaki ujrzały nieba.
Że Pan się zbliża! 
Jeszcze chwilę czekam tak, aż przyjdziesz, Panie.
Jeszcze chwilę wyśpiewam Tobie powitanie.
Jeszcze chwilę...
Nigdy nie zastanawiałem się nad etiologią tego tekstu. Teoretycznie pasuje do Bożego Narodzenia. Nawet bardziej, bo - jak napisał ks. Artur Stopka - Jezusowi współcześni nie oczekiwali, nie czuwali w tę noc poprzedzającą Zmartwychwstanie. Oni nie wiedzieli, że coś takiego nastąpi, nie mieściło im się to w głowach - więc nie mieli na co czekać. 

Ale chyba żadne inne słowa tu i teraz lepiej nie oddają tego, co jest we mnie, co czuję. Jezus jako brakujące ogniwo łączące wierzących, ten który przyszedł i przeszedł przez krzyż, aby złamać wszelkie słabości, który - choć wtedy wcale nie oczekiwany - przychodził po kolei i objawiał się ludziom, który pozostawił najpiękniejszą obietnicę życia bez końca już po tym życiu, dla każdego, który zapragnie i zakołacze. 

My dzisiaj wiemy, co wtedy się wydarzyło - wspominamy te wydarzenia od przeszło 2000 lat. Szkoda, że tak wielu ludziom nawet taki szmat czaus nie wystarczył, aby się przekonać do Jezusa, aby Mu uwierzyć. My wierzymy i w tej - dziwnej, nawet jak na polskie realia - raczej zimowej i bożonarodzeniowej aurze przeżywamy nasze chwile oczekiwania. Paschalna noc zapada, a nad ranem...? Pusty grób z całą swoją wspaniałością i wymową. 

Czasami aż się boję, kiedy zdaję sobie sprawę, że dla niektórych ten czas oczekiwania może być nawet ważniejszy... bo później wrócą do swoich zajęć, jakby się nic nie stało, nie wyciągając żadnych wniosków. A w tych ostatnich dniach, Świętym Triduum, można się "zarazić" oczekiwaniem - w tym pozytywnym sensie, nie szału zakupów, prezentów, ciasta, żurku, jajek... 


Jezus prawdziwie zmartwychwstał - czy nam się to podoba, czy nie, i bez względu na to, ile czasu poświęcimy na próby udowadniania sobie, że jest inaczej, albo że te dni to jedna wielka laba święta obżarstwa, jajeczek, żurku, ciast, czekoladowych jaj, zająców itp. 

Aby Ten, który przychodzi jak świt, mniej lub bardziej wyczekiwany, zmartwychwstały przecież właśnie dla nas, zmartwychwstał w nas i pozwolił nam samym zmartwychwstawać z tego, co słabe, brudne, bezduszne i małe - tyle razy, ile trzeba, do końca. 

Nie bójmy się konfrontacji z Bożą miłością w obliczu Zmartwychwstałego!

niedziela, 10 lutego 2013

Połów-marzenie

Zdarzyło się raz, gdy tłum cisnął się do Niego, aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret - zobaczył dwie łodzie, stojące przy brzegu; rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy. Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów! A Szymon odpowiedział: Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci. Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na współtowarzyszy w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały. Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny. I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. Lecz Jezus rzekł do Szymona: Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił. I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim. (Łk 5,1-11)
Cieszę się, że bo najwyraźniej poziom homilii, wypowiadanych w kontekście tego tekstu, zmienia kierunek i przestaje on być odnoszony - jak, przynajmniej w mojej okolicy kilka lat temu - jedynie do kapłaństwa i życia zakonnego. Bo to po prostu uproszczenie, spłycenie i zatrzymanie się na bohaterach sceny (Piotr i pozostali - rybacy - powołani na apostołó), bez głębszego zastanowienia się, co tak naprawdę i o kim Bóg tutaj mówi.

Rybacy niewątpliwie byli fachowcami w swoim zawodzie, bo z pewnością sporo doświadczenia, sztuki i umiejętności potrzeba było, aby odpowiednio wypłynąć, znaleźć miejsce, prawidłowo zarzucić sieci, nie zniszczyć ich, a jeszcze złowione ryby dotransportować do brzegu. Z pewnością to umieli. Tego dnia jednak jakoś nie szło. Całonocny połów - i zero efektu. Nic innego, tylko przy brzegu zadbać o sprzęt, przepłukać sieci - może jutro będzie lepiej. 

Tym bardziej dziwić mogły słowa Jezusa - wypłyń, spróbuj, zarzuć sieci. Piotr w tej sytuacji zachował się bardzo roztropnie, nie polemizując - wiedział, że nie ma do czynienia ze zwykłym człowiekiem, ale Nauczycielem. Posłuchał, choć tak wiele razy później i tak robił swoje, posłuchał, choć najpierw wyraził wątpliwość - ale ostatecznie szacunek wobec Pana wziął górę. Nazywają to inaczej - po prostu zaufał. Co się dzieje dalej? Połów-marzenie, sieci się rwą prawie, łodzie zanurzone po same burty - trzeba cały wysiłek i kunszt włożyć w to, żeby te Boże dary dowlec do brzegu. 

Z nami jest bardzo podobnie. Problem polega na tym, że taka sytuacja na ogół zdarza się u większości dość rzadko, w myśl przysłowia "jak trwoga, to do Boga". Kiedy się wali, pali, tracimy grunt pod nogami, wtedy biegniemy do Niego, wypłakać się, przytulić, po raz kolejny coś tam obiecać... Byle by było lepiej. Tu może tak dramatycznie nie było - niewątpliwie jednak zerowy połów = zerowemu zarobkowi. I właśnie w takim momencie wkracza Jezus. Nie jako złota rybka, za którą przyjeżdża kontener mrożonych ryb - ale jako Ten, który może zaradzić. O ile człowiek zechce współpracować, zaufać, zawierzyć. Wypłyń, zarzuć sieci. Postawa Piotra to po prostu reakcja człowieka wiary, który z Bogiem idzie przez życie, umie i chce Go słuchać - bierze sobie te słowa do serca, wprowadza w czyn - i bardzo szybko przekonuje się, że warto było, bo Bóg nigdy nie wyprowadza na manowce, nie zwodzi (a jak ci się tak wydaje - to nie doszedłeś jeszcze do miejsca, dokąd cię prowadzi, albo za bardzo zapatrzyłeś się w siebie i użalasz się nad sobą). 

To Piotrowe "odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny" znowu w pewien sposób pokazuje - on nie do końca rozumiał, wydawało mu się że Jezus był tylko dla tych idealnych, bezgrzesznych, że on zbyt brudny i mały... Czyli dla kogo? Nie ma ideałów, nie ma ludzi bez grzechu - każdy z nas po prostu, częściej lub rzadziej, tapla się w takim czy innym syfie, a Jezus nie zwraca na to w ogóle uwagi - po prostu przychodzi, mimo wszystko (a może właśnie dlatego?). 

Wypłyń na głębię. Daj się Bogu zaprosić na ten jedyny w swoim rodzaju połów, który ma szansę stać się największą przygodą twojego życia. Zaufaj Mu - jeśli się wahasz, spróbuj w jakimś zakresie, daj Mu szansę tak samo, jak On ciągle nie rezygnuje z ciebie. Daj się zachwycić połowem jak marzenie, pozwówl wybrać się na tego, który dalej już sam będzie potrafił i chciał łowić. 

czwartek, 24 stycznia 2013

Owocujące stągwie

W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: Nie mają już wina. Jezus Jej odpowiedział: Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja? Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: Napełnijcie stągwie wodą! I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu! Oni zaś zanieśli. A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem - nie wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli - przywołał pana młodego i powiedział do niego: Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory. Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie. Następnie On, Jego Matka, bracia i uczniowie Jego udali się do Kafarnaum, gdzie pozostali kilka dni. (J 2,1-12)
W zeszłym tygodniu pisałem o Janie Chrzcicielu i cudzie, kiedy Bóg Ojciec wskazuje w momencie chrztu na Jezusa jako wybranego i umiłowanego Syna. Napomknąłem też o tym tekście - uważanym za pierwszy cud Jezusa przemienieniu wody w wino podczas wesela w Kanie - mówisz, masz: Kościół w swojej mądrości właśnie tym fragmentem w ramach II niedzieli zwykłej otwiera okres zwykły AD 2013.

Nie powiem nic odkrywczego stwierdzając, że kluczowa rola należy tu do Maryi. Obserwuje, widzi, reaguje - uderza do Syna. Nie ma wina - zaraz będzie draka. Wielu duchownych na wiele sposobów tłumaczyło te słowa, które padły w odpowiedzi ze strony Pana - droczył się? Chyba bardziej nie chciał działać spektakularnie, robić show. Stąd to jakby "temperowanie" Matki. Ona jednak w głębi serca wiedziała - Jezus zadziała, gdy przyjdzie pora. Stąd polecenie do sług - którzy jednak specjalnie pewnie nie mieli powodu do zdziwienia: skoro stągwie miały służyć do oczyszczeń, to logicznym było, iż powinna się w nich znajdować woda. Co innego - gdyby ktoś później zauważył, że ze stągwi pełnych wody nalewa się gościom weselnym wino... Oczywiście, wino - ten specyficzny prezent weselny Jezusa - okazało się o wiele lepsze od uprzednio przygotowanego. Cud? Pewnie tak. Być może nie głośno opiewany, ale słudzy na pewno podali dalej informację o tym, że wino prawie dosłownie "spadło z nieba".

Tak naprawdę dla człowieka wierzącego, poza ciekawym tłem, wątkiem i zbożną opowieścią, kluczowe wydaje się jedno proste zdanie, i to nawet nie Jezusa, a Maryi. Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Kościół przytacza je nie inaczej, a właśnie dlatego, że to dobra rada dla każdego z nas. Mamy w życiu wybór. Możemy stać jak te kruche naczynia gliniane (o których mowa w jednym z listów Pawła), albo możemy współpracować z łaską i pozwolić się wykorzystać jak te masywne stągwie kamienne, napełnione przez Boga - czym? Łaską właśnie, błogosławieństwem - tutaj przybrało ono postać wina, bo w chwili niewątpliwej radości było ono być może jedynym, czego brakowało. Może nie brzmi to zbyt zachęcająco, ale co może być lepsze nad niesienie Boga innym? W Jego bezpośredniej bliskości, dotykając Go na ile to możliwe - iść, nieść i głosić.

Bardzo dobrym uzupełnieniem jest tutaj II czytanie (1 Kor 12,4-11), gdzie Paweł mówi o różnych darach łaski właśnie, ale o jednym motorze napędowym tego wszystkiego - o Duchu. Czytanie, które można by streścić słowem - piękno w różnorodności. Po prostu nasze, ludzkie powołanie. Nie do mierzenia się nawzajem, porównywania, oceniania - ale możliwość, siły i umiejętności do bycia wyjątkowym będąc po prostu sobą i robiąc użytek z tego, co On mi dał. Nie lepszym, nie gorszym od tego czy tamtego - normalnym, własnym, wyjątkowym. I tą właśnie drogą, będąc na swój wyjątkowy sposób stągwią kamienną wypełnioną po brzegi Bogiem, owocować.

>>>

Wczoraj wieczorem Pan odwołał do siebie kard. Józefa Glempa, wieloletniego Prymasa Polski i metropolitę warszawsko-gnieźnieńskiego, wcześniej biskupa warmińskiego. Kiedy teraz o tym myślę - pewnie dochodził do kresu życia mniej więcej wtedy, kiedy w mediach były podane informacje o pogorszeniu się jego stanu zdrowia i prośbie e strony następcy - kard. Kazimierza Nycza - o modlitwę za chorego.

Mój sposób postrzegania zmarłego ewoluował. Dziś myślę, że to był człowiek, który lepiej niż to się na pierwszy rzut oka wydaje odegrał swoją rolę, bądź co bądź, w bardzo trudnych dla Polski i polskiego Kościoła latach. Miał prawo być przytłoczony poprzednikiem - Prymasem Tysiąclecia i jego przeszło 30-letnią posługą, a równocześnie czuł wsparcie z Watykanu, dzisiaj błogosławionego już, Jana Pawła II. A jednocześnie - musiał sprostać nowej rzeczywistości, kiedy po obaleniu komunizmu siły wrogie Kościołowi nie dały się już tak jednoznacznie wskazać i nazwać, kiedy człowiek miał coraz większe problemy z mądrym zagospodarowaniem wolności. Do tego - z pewnością trauma i rana związana z historią, również błogosławionego dziś, ks. Jerzego Popiełuszki, księdza z jego diecezji. Kiedyś można mu było zarzucić zbytni konserwatyzm - czy jednak słusznie?

Dzisiaj odpoczywa w Bogu.

>>>

Jakoś mnie wzięło - czytam od początku trylogię Grosera. Najnowszą, czwartą książkę "Jezus z Judenfeldu" już przeczytałem. Normalnie jak Gwiezdne Wojny - najwcześniejsza część pojawia się ostatnia. I pięknie wpisuje się w całość - tylko że doświadczenia tym razem niemieckie, dość ekumeniczne. Nie znoszę tylko tych grzegorczykowych zakończeń. Bardziej wieloznaczne by być nie mogły.

środa, 16 stycznia 2013

Przedstawienie. Albo prezentacja

Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie. (Łk 3,15-16.21-22)
Zawsze mnie to zastanawiało - czemu, skoro ten Jezusek dopiero co się urodził, Kościół świętowanie właśnie Jego narodzenia zamyka świętem, będącym wspomnieniem chrztu, który dokonał się przecież, lekko licząc, 30 lat później?

Jednak, ma to uzasadnienie nie tylko w Bożej, ale także ludzkiej logice. Chrzest to nie tylko początek przygody z Bogiem każdego chrześcijanina, katolika, przymierze zawierane od teraz na zawsze - ale w kontekście historii zbawienia i historii Syna Bożego to moment zwrotny i przełomowy, bowiem moment stanowiący jakby ujawnienie się Pana jako Mesjasza; obok wesela w Kanie Galilejskiej, gdzie dokonał się pierwszy i tak lubiany przez ludzi cud przemienienia wody w wino. 

Dochodzi także do sytuacji bez precedensu - kuzyn Jezusa, Jan, ostatni prorok, prorok przełomu Testasmentów i czasów, bo stanowiący przejście z tego Starego ku Nowemu, dosłownie palcem wskazuje - ludzie, zostawcie mnie w spokoju, Tego szukacie! On przychodzi w mocy Boga Ojca i Ducha Świętego, aby z siłą ognia dokonać dzieła odkupienia. I do tego ten, jakże wymowny, obrazek - porównanie do służebnej roli wiązania sandałów u nóg. Skoro Jana traktowali jak proroka - kto miałby być tym większym od niego, wobec którego Jan tak bardzo się uniża? Czyżby...?

Po co Jezus przystąpił do chrztu? Nie wiemy. W tym opisie nie ma przytoczonego dialogu, w którym Jan wyraźnie oponował ochrzczeniu Mesjasza, uległ wobec Jego wyraźnego życzenia. Może aby podkreślić swoją ludzką naturę? A jednak przecież On był bez grzechu. 

A mnie się wydaje, że tutaj dochodzi do pierwszego cudu - cudu, w którym sam Bóg Ojciec w Duchu Świętym zstępuje i przedstawia ludziom Tego, którego posłał. Aby nie mieli wątpliwości, aby nie wahali się, aby wiedzieli z kim mają do czynienia, aby zrozumieli, że Jego wola jako Syna jest tożsama z wolą Ojca i Ducha, że On jest tym, na którego oczekiwali. Można by powiedzieć - żeby uniknąć tego wszystkiego, co stało się przez 3 lata publicznej działalności Jezusowym kielichem goryczy, szyderstw, niedowiarstwa, prób podjudzania przeciwko Niemu, poddawania próbom, szukania haka - aż do ukoronowania (dosłownie) tych działań w pamiętny krwawy piątek... Bóg mówi wprost - człowiek w swojej wolności Go olewa, a On nadal kocha i Jezus idzie dalej, aż na krzyż, i ostatecznie do pustego grobu. Co my wtedy zrobimy? Pewnie nic. Dopiero w drodze do Emaus On sam raz jeszcze wszystko będzie musiał wyjaśnić. Dopiero wtedy zapałają serca. 

>>>

Nie dają mi spokoju słowa o. Jacka Krzysztofowicza OP, z linka do nagrania z jego pożegnania. Ta zmodyfikowana przypowieść o synu marnotrawnym, słowa o dojrzewaniu i Bogu dorosłości, czy to końcowe jakby dramatyczne - bierzecie...

czwartek, 3 stycznia 2013

Pasterski cud przemiany

Kilka noworocznych życzeń ode mnie. 

Żeby ten 2013 nie był gorszy, a najlepiej - lepszy. Żeby szczęście odbijało się w naszych oczach jak najczęściej, a wszelkie zło i problemy stanowiły szybko zapominane epizody. Pomysłów, wiary w siebie i nie tylko w siebie, pozytywnego nastawienia do tego, co przed nami. Umiejętności budowania, tworzenia, a nie niszczenia. I bycia po prostu szczęśliwym, będąc zwyczajnie sobą. 

>>>
Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki. (Łk 2,16-21)
To tylko kawałek (noworoczny) Łukaszowego opisu Narodzenia Pana. Jednak ukazuje to, co najważniejsze - wytrwali ludzie odnajdują Boga, choć w zupełnie niespodziewanych i dziwacznych jak na Króla okolicznościach. Kiedy usłyszeli anielskie zwiastowanie narodzenia Mesjasza - mogli je olać, po prostu zignorować i dalej robić swoje, doglądając stada. Ale ich serca już wtedy pałały, wiedząc, że zupełnie przypadkiem oni, prości pasterze, stają przed czymś, co jest większe i o wiele bardziej niesamowite niż cokolwiek, co było czy będzie ich udziałem kiedykolwiek, że stają się świadkami wydarzenia "od patriarchów wyczekiwanego", jak śpiewamy w jednej z kolęd.

Bóg przychodzi do człowieka jako człowiek, i tak naprawdę jedyne, co człowiek musi zrobić, aby ten dar docenić, wykorzystać i na niego odpowiedzieć - to zrobić krok w kierunku Boga, zbliżyć się do Niego, odpowiedzieć na zaproszenie do betlejemskiej stajenki, i nie zatrzymać się w zachwycie, ale wejść dalej, i oddać hołd Królowi królów. To może być dziwne - jak było dziwnym dla tych, którzy słuchali tego, co pasterze im opowiadali o objawieniu, którego doznali, i które zaprowadziło ich do Jezusa - tak samo, jak przez pół ówczesnego świata prowadziło trzech mędrców.

Tak naprawdę w życiu tych prostych ludzi nie zmieniło się nic - nadal byli tym, kim byli, z faktu, że byli jednymi z pierwszych, którzy widzieli Pana nie wypłynęła na nich żadna nobilitacja, bogactwo czy wywyższenie, dalej paśli swoje stada. A jednak - w sercu zmieniło się wiele, bo odtąd zamieszkał tam Bóg-Człowiek, zostali napełnieni łaską Boga jako świadkowie Tego, który przyszedł wybawić wszystkich. Maleńka Miłość położona w żłobie dokonała pierwszego cudu, tego, którego dokonywać będzie najczęściej - cudu przemiany ludzkich serc. 

niedziela, 2 września 2012

Maryjna dyskrecja i spostrzegawczość

Spóźnione praktycznie o tydzień myśli kilka o Wniebowziętej.

Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: «Nie mają już wina». Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja2?» Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie». Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń4, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: «Napełnijcie stągwie wodą!» I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: «Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu!» Oni zaś zanieśli. A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem - nie wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli - przywołał pana młodego i powiedział do niego: «Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory». Taki to początek znaków5 uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie. (J 2, 1-11)
Maryja jest w tym obrazie wzorem matki troskliwej, która zauważa sprawy umykające uwadze mniej zatroskanych i zainteresowanych, zaangażowanych. Tamtym w Kanie o włos zabrakło wina, i była by niezręczna sytuacja na weselu. Patrząc na popularny swego czasu program Co mnie gryzie można by stwierdzić, że brakuje nam wszystkiego - a to zdrowia, pieniędzy, przyjaźni, spełnienia, sensu, spokoju, udanych wakacji. Każdy coś doda od siebie. Czasami warto spojrzeć na samego siebie z perspektywy drugiego człowieka - jak uczyniła to Boża Matka - i w ten sposób dostrzec, czego naprawdę potrzebuję. A może się okazać, że sam fakt tego, że czasem ktoś moją potrzebę zauważy i zatroska się tym, sprawi iż poczuję się choć trochę lepiej. 

Maryja jest uparta, to nie ulega wątpliwości. Jak ta niewiasta, która szła za Jezusem i łapała za jego szatę, a potem dyskutował z Nim. Jak niewidomy, którego uciszali, kiedy wołał za Jezusem, aby go uleczył. I jak tylu innych. To błogosławiony upór. Można pomyśleć, że Jezus ją zbył - może po prostu nie uważał, aby nadszedł czas na manifestację Jego siły i mocy, nie chciał się wychylać? Maryja miała świadomość, że On wie, co poleca sługom - to były słowa z jednej strony do nich, ale także zrozumiały znak dla Jezusa. Pomóż, bo bez Ciebie będzie bieda. Przy okazji, to bardzo dobry dowód dla wszystkich, którzy uważają, że dla Boga szkoda czasu, bo on go dla nas i tak nie ma - jak widać, ma, tylko najpierw trzeba się do Niego zwrócić. 

Bóg może wszystko, ale pragnie ludzkiej współpracy. To, że Jezus zamienił wodę w wino, a nie wyczarował od razu wino i stągwie, jest znamienne. Bóg szuka u człowieka współpracy, pragnie aby człowiek choć trochę Mu zaufał. Stąd te słowa, aby słudzy napełnili stągwie wodą. Pytanie brzmi - czy ja pozwolę, aby woda moich wątpliwości, win, słabości i bojaźni zamieniła się w mocne Bogiem wino? Nie bez powodu to pierwszy Jezusowy cud, w pewnym sensie początek. I nie przypadkowo dokonany właśnie na weselu, a więc kontynuacji uroczystości ślubnej. To Boże zaproszenie, aby człowiek razem z Nim na nowo rozpoczynał. 

wtorek, 21 lutego 2012

Kompleksowo - o ile Bogu pozwolisz

Gdy po pewnym czasie Jezus wrócił do Kafarnaum, posłyszeli, że jest w domu. Zebrało się tyle ludzi, że nawet przed drzwiami nie było miejsca, a On głosił im naukę. Wtem przyszli do Niego z paralitykiem, którego niosło czterech. Nie mogąc z powodu tłumu przynieść go do Niego, odkryli dach nad miejscem, gdzie Jezus się znajdował, i przez otwór spuścili łoże, na którym leżał paralityk. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy. A siedziało tam kilku uczonych w Piśmie, którzy myśleli w sercach swoich: Czemu On tak mówi? On bluźni. Któż może odpuszczać grzechy, prócz jednego Boga? Jezus poznał zaraz w swym duchu, że tak myślą, i rzekł do nich: Czemu nurtują te myśli w waszych sercach? Cóż jest łatwiej: powiedzieć do paralityka: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań, weź swoje łoże i chodź? Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów - rzekł do paralityka: Mówię ci: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu! On wstał, wziął zaraz swoje łoże i wyszedł na oczach wszystkich. Zdumieli się wszyscy i wielbili Boga mówiąc: Jeszcze nigdy nie widzieliśmy czegoś podobnego. (Mk 2,1-12)
Cały czas nie wiem, co z mamą - tzn. wiem, że nic nie wiem, ponieważ poza wstępną diagnozą nie ma żadnych nowych informacji, konsultacje trwają. Opatrzność jakby czuwała nade mną, podsuwając za pośrednictwem Kościoła kolejne teksty na ten sam temat - Jezus czyni cuda i uzdrawia. Jak ten niedzielny. 

Można przewidzieć, że dom, w którym doszło do opisywanej sytuacji, nie należał pewnie do jakiś pałaców. Mało kogo by na taki było stać. Co więcej, w tamtych czasach i klimacie bardzo często domostwa - nie tyle z powodu ubóstwa, co dla większej ilości powietrza i lepsze wentylacji, ważnych w wysokich temperaturach - posiadały dachy z lekkich materiałów, niekiedy i układanych warstwami liści palmowych. Tych czterech wykazało się nie lada sztuką - przynieśli swojego chorego i bardzo byli uparci w swoim dążeniu do zetknięcia się z Jezusem. Nie tylko że go przytaszczyli do domu, ale nie poddali się gdy okazało się, że nijak z noszami nie wejdą do domu. Dokonali nie lada ekwilibrystyki... wdrapując się z tym chorym na noszach prosto na dach! Jak wielka była wiara, która musiała ich determinować, aby dotrzeć do Pana. 

Jezus to widział. Wiedział, jak wiele wysiłku włożyli w to, aby zwrócić Jego uwagę na swego przyjaciela. Mniejsza o to, czy widzieli w Nim jedynie uzdrowiciela, czy przeszło im przez myśl, że mają do czynienia z żyjącymi i jak najbardziej ludzkim Bogiem samym. Czasami wiara przychodzi pod wpływem impulsu, takiego jak cudowne i niezrozumiałe po ludzki wydarzenia (np. uzdrowienie) - Jezusowi współcześni mieli tę łaskę, że wielu z nich nawróciło się pod wpływem impulsu, jakim było bezpośrednie spotkanie, kontakt z Bogiem żyjącym po prostu między nimi. 

Zastanawiające może być to, co powiedział. Nie padły słowa o uzdrowieniu - Zbawiciel nie rozkazał posłusznemu Mu ciału, aby ozdrowiało. Widział głębiej, dalej, to co najważniejsze. Widział grzechy które niszczyły serce, brud kalający człowieka od środka, czyniący go chorym i kalekim wewnętrznie, choć może nikt z tego poza Nim i owym biedakiem nie zdawał sobie sprawy. Umiał dobrać środki do potrzeb. Widząc wiarę tych, którzy przynieśli chorego, ulitował się nad każdą jego słabością - jednocześnie wskazując na kolejność. Najpierw dusza, potem ciało. Jego słowa, oczywiście, nie uszły uwadze "życzliwych", którzy uznali je oczywiście za bluźnierstwo. Pan nie wdawał się w dyskusje - potrafił całą sytuację, ku radości zebranych a tym bardziej do tej chwili chorego, przekuć w kolejny cichy, ale zarazem wielki dowód Jego mocy. Bóg kocha człowieka całego i całego go uzdrawia - nie tylko leczy ducha, ale naprawia ciało. Można sobie wyobrazić, jakie ludzie musieli mieć miny, kiedy paralityk po prostu wstał, po czym wziął jeszcze pod pachę łóżko i jakby nigdy nic - wyszedł pomiędzy nimi. 

Tamci wielbili Boga, bo nigdy nic takiego nie widzieli. My dzisiaj też mamy ku temu okazję - bo cuda nadal się zdarzają, nadal dochodzi do uzdrowień, łaska Boża objawia się w różnych miejscach, sytuacjach. Trzeba jednak o czymś pamiętać - nie każdemu musi być dane doświadczenie cudu. To nie komunizm - każdemu się należy. O ile w ogóle można użyć tu sformułowania "należy się" - a raczej nie pasuje ono - to większą szansę na cud będzie miał ten, który go pragnie i przede wszystkim który wierzy w możliwość jego nastąpienia. To bardzo proste - jak w tym dowcipie z człowiekiem, który wiele razy prosił Boga o wygraną w totolotka, po czym usłyszał: no dobrze, ale zagraj w końcu... 

>>>

W poniedziałek rano była Msza Święta za mamę. Czekamy. Na pewno w niedzielę do niej pojadę, w tygodniu nie mam jak. Za modlitwy bardzo dziękuję i nadal pokornie o nie proszę.