Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłosierdzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłosierdzie. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 listopada 2015

Nie ma grzechów międzypokoleniowych

Temat od jakiegoś czasu gdzieś tam mi się przewijał, ale - jak wynikało z materiałów, które widziałem - kwestia pozostawała otwarta w tym sensie, że Kościół nie powiedział jednoznacznie "nie". Co zmieniło się w ostatnich dniach. 

W dniu 06 października 2015 r. Episkopat Polski podjął uchwałę o zakazie celebrowania Mszy świętych i wszelkich nabożeństw z modlitwą o uzdrowienie z "grzechów pokoleniowych" czy o "uzdrowienie międzypokoleniowe".


Przesądzenie powyższej kwestii zostało poprzedzone opinią teologiczną Komisji Nauki Wiary Konferencji Episkopatu Polski, dostępną m.in. na Deonie (poniżej ogólnego artykułu). Tak naprawdę, jest w niej zawarte bardzo syntetyczne, a zarazem dokładne opisanie stanu faktycznego i problemu, jaki powstał na jego kanwie. 

Ja z tym zagadnieniem spotkałem się kilkakrotnie, a na potrzeby niniejszego tekstu poszukałem conieco. Nie zdziwiło mnie (niestety), że teksty na ten temat - w tym sensie, że nie tyle dotykające tematu, co po kontekście sądząc radzące jak zwalczać takie grzechy pokoleniowe - odnalazłem na Frondzie, stronie jezuickiego pisma Odnowy w Duchu Świętym.

Z mojej perspektywy wygląda to nieco na żerowanie na strachu ludzkim i wynajdowanie, tworzenie problemu, mającego leżeć u podstaw innych, wytwarzanie sztucznie problemu dla jego następnie rozwiązania. Przede wszystkim zaś błąd, z którym mamy do czynienia, to nic innego jak wmawianie ludziom - co nie znajduje oparcia w niczym i nie jest niczym uzasadnione - twierdzenia o niejako "dziedziczności" grzechów. Stąd czasami można spotkać się z używanym w kontekście tzw. grzechów pokoleniowych pojęciem "grzechów naszych ojców", "skażeniu międzypokoleniowym", "uzdrowieniu międzypokoleniowym". 

Jak jest to opisane na Frondzie: '„grzech pokoleniowy” jest to odziedziczona po przodkach niegodziwość, czyli skłonność ludzkiego serca do buntu, do nieposłuszeństwa przeciw Bożemu prawu i Jego przykazaniom, jest to podatność na grzech, tendencja do grzeszenia'. Sugeruje się tam nieświadome "wchodzenie" w grzechy ojców. Kompletnie absurdalnie brzmi przykładowe pytanie i odpowiedź: "Jakie grzechy mogą być pokoleniowymi? Aborcja, skłonności samobójcze, niepowodzenia w interesach, bieda, choroby genetyczne, depresje, kłamstwo, oszustwo". Choroba genetyczna jako grzech? Inny przykład: "Dziecko poczęte poza związkiem sakramentalnym może cierpieć na duszy i psychice z powodu grzechu swojej matki" albo upatrywanie grzechu międzypokoleniowego w nałogu alkoholowym w rodzinie (pismo Odnowy "Szum z nieba") - nie skomentuję. 

Równocześnie, ciekawe wydaje się to, że w każdym tekście pojawia się w miarę silnie zaakcentowane stwierdzenie odnośnie tego, że nie należy jako grzechu międzypokoleniowego rozumieć dosłownego przejścia grzechu np. z dziadka czy rodzica na daną osobę, jego dosłowne dziedziczenie. Więc co? A równocześnie pojawia się sformułowanie w stylu: " trzeba uznać, że moi przodkowie zgrzeszyli, po drugie muszę uznać, że ja popełniłem ten sam grzech, który widziałem u ojca, dziadka i pradziadka i muszę Pana Boga za niego przeprosić i odpokutować". Hm, kompletnie niespójne: bo albo to nie jest mój grzech i nie muszę wtedy za nic odpokutować, albo w jakiś dziwny sposób miałby przejść on na mnie co rodziło by konieczność pokuty. 

Pomocny tutaj wydaje się tekst sufragana wrocławskiego bp. prof. dr hab. Andrzeja Siemieniewskiego (opublikowany w maju 2014 r. - a więc zanim Episkopat zajął w tej materii jednoznaczne stanowisko):
Z jednej strony mamy tysiące ludzi garnących się do rekolekcji i sesji modlitewnych na temat uzdrowienia międzypokoleniowego, z drugiej zaś strony są raczej wątłe, by nie powiedzieć – wątpliwe podstawy tej modlitewnej praktyki: Pismo Święte i katolicka Tradycja takiej praktyki nie znają. Dochodzą do tego przestrogi przed przekraczaniem granicy między biblijną pobożnością chrześcijańską a pewnymi pojęciami New Age. Jaka więc winna być droga wyjścia? Przypomnijmy mądre uwagi Katechizmu: Kościół popiera formy religijności ludowej, ale równocześnie czuwa, by je rozświetlać światłem wiary. Mają rację gorliwie wierzący katolicy, jeśli domagają się od nas, swoich duszpasterzy, abyśmy wiedzieli, jak można dostąpić spotkania z Chrystusem, z Jego mocą uzdrowienia i zmiany życia. 
1. Korzystamy z nauk inicjatora i pomysłodawcy modlitwy o uzdrowienie międzypokoleniowe, Kennetha McAlla? To korzystajmy po katolicku. Po pierwsze, z zachowaniem jego roztropności co do uprzedniego badania medycznego trudniejszych przypadków, bez czego łatwo można stać się psychiatrycznym znachorem. Po drugie, on sam, choć nie był katolikiem, główny nacisk w swojej metodzie kładł na zbawienne skutki Eucharystii sprawowanej w intencji zmarłych z rodziny. Niech więc w tę samą stronę pójdzie i nasza modlitwa, jak to czyniliśmy w Tradycji Kościoła modlącego się w Mszach św. za naszych drogich zmarłych. 
2. Modlimy się za zmarłych? To módlmy się po katolicku, niekoniecznie korzystając z lektur, w których po latach ktoś znajdzie newage'owe pojęcia, gnostyckie hipotezy czy ezoteryczne wizualizacje. 
Można także przeczytać stanowisko w/w biskupa Siemieniewskiego w formie udzielonej w 2012 r. odpowiedzi na pytanie o kwestię grzechów międzypokoleniowych ze strony katolickiej Wspólnoty Droga we Wrocławiu.

Przytoczę w tym zakresie także dość obszerne fragmenty wspomnianej opinii komisji Episkopatu dla zobrazowania przyczyny zajęcia takiego, a nie innego stanowiska:
2. U podstaw mówienia o grzechu pokoleniowym leży przekonanie, że grzechy przodków wywierają wpływ na życie obecnie żyjących członków ich rodziny. Wpływ ten może mieć wymiar duchowy i cielesny, wyrażać się np. w postaci jakiejś choroby, może też być powodem kłopotów w dziedzinie psychiki i niepowodzeń w życiu małżeńskim czy rodzinnym. Obciążenie grzechem dziedziczonym po przodkach - według zwolenników tej teorii - domaga się uwolnienia człowieka, które dokonuje się w modlitwie o uzdrowienie lub przez egzorcyzm.
Uzdrowienie międzypokoleniowe jest specjalną modlitwą, którą należy objąć przodków osoby cierpiącej, sięgając w przeszłość nawet do piętnastego czy szesnastego pokolenia. Taka modlitwa obejmuje odmawianie egzorcyzmów, modlitwę wstawienniczą i Mszę świętą. Stąd modlitwy i nabożeństwa o uzdrowienie międzypokoleniowe czy Msze święte w tej intencji. (...)  
3. Praktyka "uzdrowienia międzypokoleniowego" wywodzi się z tradycji zakorzenionej w wierzeniach religii wschodnich, które szczególnym kultem otaczają przodków i wierzą w reinkarnację. To znaczy, że praktyka ta jest skutkiem synkretyzmu religijnego, który wykształcił nowe zjawisko nazwane "reinkarnacją grzechu". (...)  
5. Cytowane przez zwolenników "uzdrowienia międzypokoleniowego" fragmenty Biblii, które jakoby miały potwierdzać ich tezę o grzechu pokoleniowym i jego następstwach w życiu następnych pokoleń, mają swoje rozwinięcie i dopowiedzenie. Okazuje się, że są one trochę dłuższe, niż te cytowane w książkach. Czasem teksty te są tak manipulowane, by potwierdzały tezę o grzechu pokoleniowym czy o potrzebie międzypokoleniowego uzdrowienia. (...)  
6. "Grzech pokoleniowy" stoi w sprzeczności z prawdą o Bożym Miłosierdziu i o Jego przebaczającej Miłości. Jeśli nawet Lud Starego Przymierza dopatrywał się w różnych nieszczęściach kary Bożej za winy przodków, to Ludowi Nowego Przymierza takie przeświadczenie jest obce. Ta wyraźna zmiana optyki wiąże się z misją Wcielonego Syna Bożego, który doskonale wypełnił Prawo i Proroków, zwiastując miłość i miłosierdzie Boga. Wcześniej na gruncie legalizmu żydowskiego w Bogu widziano przede wszystkim Sędziego, skorego do wymierzania kary. Obraz Boga jako miłosiernego Ojca nie dopuszcza takiej myśli; otwiera człowieka na możliwość zyskania Bożego przebaczenia, ułaskawienia w każdej sytuacji. 
7. Kościół od samego początku naucza, że grzech jest zawsze czymś osobistym i wymaga decyzji woli. Podobnie jest z karą za grzech. Każdy osobiście ponosi karę za swój grzech. Wyraźnie pisze o tym św. Paweł w Liście do Rzymian, że "każdy z nas o sobie samym zda sprawę Bogu" (Rz 14,12). (...)  
8. Jedynym grzechem, który jest przekazywany z pokolenia na pokolenie jest grzech pierworodny. (...)  
10. Praktyka modlitwy, czy Mszy św. z modlitwą o uzdrowienie międzypokoleniowe, czy o wyzwolenie z grzechu pokoleniowego zdradza bardzo wyraźnie brak wiary, czy przynajmniej niedowierzanie w skuteczność łaski sakramentalnej, na pierwszym miejscu chrztu świętego. W tym sakramencie zostajemy wyzwoleni z wszelkiego grzechu. (...)  
Konkluzja: Mając na uwadze wszystkie poczynione uwagi, postuluje się, by władza kościelna jednoznacznie ostrzegała przed używaniem w przepowiadaniu pojęć: "grzech pokoleniowy" i "uzdrowienie międzypokoleniowe". Powinna też oficjalnie zakazać celebrowania Mszy świętych i nabożeństw z modlitwą o uzdrowienie z grzechów pokoleniowych czy o uzdrowienie międzypokoleniowe.  
W tym kontekście duszpasterzom byłoby dobrze przypomnieć, że najróżniejsze formy praktykowanej przez wieki modlitwy o uzdrowienie chorych, także w ramach liturgii Mszy św., powinny być celebrowane zgodnie z przepisami ksiąg liturgicznych oraz instrukcją Kongregacji Nauki Wiary Ardens felicitatis desiderium. 
W kościelnym przepowiadaniu należy zadbać o jasny wykład nauki Magisterium Kościoła na temat grzechu pierworodnego i jego skutków, rozumienia grzechów osobistych i ich skutków społecznych, skuteczności łaski sakramentalnej, zwłaszcza chrztu oraz sakramentu pokuty i pojednania, kwestii pojednania z Bogiem i z ludźmi, poczucia winy i przebaczenia.
A więc sprawa jest jasna i dokładnie wyjaśniona. Pytanie, czy - chyba dość liczni - zwolennicy takich praktyk przyjmą to do wiadomości?

wtorek, 3 listopada 2015

Nadzieja głośniejsza od strachu


Ten obrazek powyżej znalazłem chyba 01 listopada, tak sobie rozmyślając - jak to będzie. Nie, nie mam problemu z tym, czy "po drugiej stronie" odnajdę tych, których kochałem, za którymi tęsknię bo odeszli czy odchodzą - wierzę w to mocno. Ale w takich momentach powraca pytanie - no tak, ale co z pozostałymi? Co z innymi? A nawet... co, jeśli ktoś z tych mi bliskich nie osiągnął po śmierci zbawienia? 

I tu przychodzi z pomocą nieoceniony i uwielbiany przeze mnie "teolog nadziei" czyli o. Wacław Hryniewicz OMI w rozmowie z Marcinem Żyłą z jednego z ostatnich numerów TP pt. "Jasna strona śmierci" (polecam - na stronie TP udostępniają wiele tekstów w całości, w tym ten, wystarczy założyć konto). 

O tym, jak bardzo chcemy Boga upchnąć w nasze ramy ludzkich ograniczeń i postawić tamę dla Jego miłości, co do której równocześnie przyznajemy, że nie ma granic (sprzeczność dość oczywista, prawda?). O tej pięknej perspektywie, gdy człowiek - już po zamknięciu swojej drogi tutaj - sam zobaczy, jakby retrospekcję, to jaki był, co robił... i wtedy chyba nikt świadomie Boga nie odrzuci. O Bogu, który działa po coś, i jeśli uświadamia człowiekowi słabość i zło - to po to, aby ten mógł wyciągnąć wniosek i miał szansę dokonania dobrego wyboru, bo kara jako sama w sobie jest bez sensu. 

Kawałek tejże rozmowy poniżej (podkreślenia wyłącznie moje):
Te dwa światy – ziemski i wieczny – przenikają się, choć tego nie widzimy i nie możemy usłyszeć tak wyraźnie, jak słów Ewangelii. Jezus obiecał: „Oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do końca świata” (Mt 28, 20). I mówił: „Zapewniam was, to, co uczyniliście jednemu z tych braci [i sióstr] moich najmniejszych, Mnie uczyniliście” (Mt 25, 40).
Tu jest właśnie ten styk życia i śmierci, wymiaru ziemskiego i boskiego. W drugim człowieku, który potrzebuje pomocy, spotykamy się z Niewidzialnym.
 
Dzieci jednak i tak nie przestaną pytać o zmarłych: gdzie oni są? 
Odpowiadajmy im: nie błąkają się. Człowiek zabłąkany to ktoś, kto stracił orientację, nie może znaleźć wyjścia, ma poczucie, że nikt nie wie, gdzie on jest. Zmarli są po stronie Boga, w nowym domu, gdzie „jest wiele mieszkań” (J 14, 2). Nie wydzielajmy im specjalnych miejsc. Może potrzebują jeszcze oczyścić się z tego, co złego uczynili? Muszą trochę poczekać?
 
Czy przeczuwają, jaki los ich czeka?
Czekają na Sąd. Ale wierzę, że będzie to Sąd życzliwy. Sędzią jest Bóg miłujący ludzi. Po śmierci każdy zobaczy, jakie było jego życie. Bóg, który jest Miłością i Światłością, pomoże mu je zobaczyć. Potępi to, co było niedobrego. Jeśli ukarze, to tak, aby kara nas uleczyła, poprawiła i nawróciła.
 
Kara nie będzie wieczna?
Bóg nie chce kary, która byłaby niegodna Jego samego. Kara, która nie ma żadnego celu – która wyczerpuje się w samej tylko czynności karania – do niczego nie prowadzi. To tylko my, ludzie, potrafimy karać i nie przebaczać. Ci, którzy odchodzą, pozostają w zasięgu Bożego wzroku, Jego niepojętej troski. Tam prawdziwie jednają się z tymi, których skrzywdzili. Przedzierają się do Bożego światła, są przez Boga przyciągani.
Teologowie uważali, że moment śmierci jest dla człowieka chwilą ostatecznej decyzji. Stoisz w obliczu śmierci, masz już większe rozeznanie niż za życia. Widzisz, że istnieje ta Niewidzialna Rzeczywistość. Decyduj się. W kościelnym nauczaniu ze śmierci uczyniono granicę możliwości nawrócenia.
Wiodący od początku chrześcijaństwa przez wieki nurt nadziei na powszechność zbawienia nie ogranicza decyzji do momentu śmierci. Przekonuje, że nawrócenie możliwe jest też później. Wierzę, że ze zmarłymi może być tak jak z niegrzecznym dzieckiem, któremu rodzice mówią: idź teraz do swojego pokoju, przemyśl, co niedobrego zrobiłeś lub zrobiłaś. Potem tata lub mama pukają do drzwi: następuje pojednanie, ucałowanie, łzy, radość. Nadzieja głosi, że spotkamy się wszyscy po drugiej stronie. To jest także moja życiowa nadzieja.
 
Spotkamy się tam wszyscy bez wyjątku?
Ten nurt myślenia ma w chrześcijaństwie swoich wielkich orędowników i poważne racje. Z biegiem lat widzę ich coraz więcej. Mowa w tym nurcie bowiem o nadziei, która ma swoje argumenty. Nie jest tylko ślepą, płytką nadzieją ufającą Bogu miłosiernemu i sprawiedliwemu. Nie jest wyrazem przekonania, że Bóg przebacza, „bo to jego zawód”. Bóg nie jest naiwnym tatusiem. Potrafi nie tylko przebaczać, ale i stawiać wymagania.
Jestem przekonany, że świadectw nadziei jest w Piśmie Świętym więcej niż tych o tzw. wiecznej Gehennie. Jeżeli Bóg dopuszcza jakąś karę, jest to kara w celu poprawy, nawrócenia, uzdrowienia. Inna kara naprawdę nie byłaby godna Jego miłosiernej sprawiedliwości i sprawiedliwego miłosierdzia.
Być może nie nadszedł jeszcze czas, który sprzyjałby takiemu życzliwemu spojrzeniu na myślenie o terapeutycznej karze dla grzeszników. Oficjalna doktryna Kościoła, opowieść o przerażającym piekle, pozostaje wciąż zawieszona nad wiarą i nadzieją chrześcijan. Ale nadzieja woła głośniej niż lęk i strach. Jestem tego pewien. Gdy było się blisko śmierci, pozostaje wtedy po prostu więcej ufności i zaufania dobremu Bogu.

wtorek, 5 maja 2015

Zbawienna perspektywa nadziei

Dwa świetne teksty, a właściwie cytaty o. Wacława Hryniewicza OMI, znalezione gdzieś na Facebooku. O tym, jaka jest - a przynajmniej być powinna - chrześcijańska nadzieja. I o tym, co może jej szkodzić. 
Dlatego właśnie sąd rozumiany jako spotkanie z Bogiem nie jest żadnym odwetem z Jego strony. Otuchą i nadzieją napawa mnie myśl, że ludzie, którzy w życiu, a zwłaszcza w dzieciństwie, nie doświadczyli dobroczynnej siły miłości, dopiero chyba na Sądzie spotkają się z prawdziwą miłością Tego, który jest najbardziej bezinteresowną i czystą miłością. Choć za życia odpłacali innym wrogością, pogardą i nienawiścią, czy będą chcieli tę miłość odrzucić? Wierzę i mam nadzieję, że w spotkaniu z Bogiem ci, którzy w życiu nie doświadczyli miłości, sponiewierali ją lub od dzieciństwa byli naznaczeni piętnem odrzucenia – na sądzie po raz pierwszy otrzymają łaskę spotkania z prawdziwą miłością, której nie odrzucą.
W swoim życiu jedynie szukam teologii bardziej wyrozumiałej, bardziej ludzkiej, bliższej doświadczeniu ludzi. Boję się teologii wpędzającej ludzi w rozpacz. Boję się teologii serwującej ludziom beznadzieję, lek przed Bogiem. Boję się teologii tak mówiącej o sprawach ostatecznych, że ludzie ze strachem i grozą odchodzą z tego świata, tak żegnają ziemię swojego dzieciństwa, swoich lat dojrzałych, swojej starości. Nieraz z poczuciem determinacji i niespełnienia. Czy mają odchodzić bez nadziei? Boję się teologii lamentującej nad ludzkimi grzechami, zestawiającej katalogi grzechów, osądzającej ludzi, tworzącej atmosferę osądu. Boję się teologii płaczliwej, która nie ma słów pocieszenia dla ludzi.
Piękne słowa, przepełniające nadzieją. Tak bardzo w mojej ocenie zbliżone do tego, co papież Franciszek przed kilkoma dniami mówił do 19 neoprezbiterów, którym udzielił święceń kapłańskich. Kazał im mianowicie, aby byli niestrudzenie miłosierni. "Przez Chrzest włączycie nowych wiernych do Kościoła. Nie odmawiajcie nigdy Chrztu tym, którzy o niego proszą. W sakramencie pojednania będziecie odpuszczać grzechy w imię Jezusa i Kościoła. Proszę was, byście nigdy nie męczyli się byciem miłosiernymi! W konfesjonale będziecie po to, by przebaczać, a nie, by potępiać. Naśladujecie Ojca, który nigdy nie męczy się przebaczaniem!"

Co ciekawe, w bardzo podobnym tonie wypowiadał się wczoraj na pogrzebie Władysława Bartoszewskiego mój ulubiony bp Grzegorz Ryś: "Warto również – szukając odpowiedzi – odwołać się do wrażliwości Kościoła, który nie mówi nigdy o grzechu, jeśli nie mówi jednocześnie o odkupieniu. Takie są chrześcijańskie symbole wiary. Jeśli zdobywają się na odwagę, by skonfrontować człowieka z prawdą o jego grzechu, to tylko wtedy, gdy natychmiast ogłaszają mu prawdę o tym, że jest on zgładzony przez Chrystusa! To nie tylko wiara w Boga, który nie stracił kontroli nad losami świata: trzyma je w ręku, i ostatnie w nich słowo należy do Niego, a więc do DOBRA. To także wiara w człowieka, który jest większy w swojej wolności od wszystkich okoliczności i uwarunkowań – zewnętrznych i wewnętrznych; który zawsze może je przerosnąć, KU DOBRU! Pokazywać zło, bez wskazania możliwość wyjścia znaczy tyle samo, co zabić człowieka!".

Bardzo się cieszę, że nie tylko szeregowi duchowni, ale też czy to świeccy, czy papież zwracają na to uwagę. My wystarczająco dużo sami się potępiamy w kontekście naszych grzechów. Można nadrabiać miną, ale kac moralny i ssanie w środku pozostaje. Cierpimy przez zło, które stało się udziałem przez nasze ręce - czy się do tego przyznajemy, czy nie; czy dzisiaj, czy dopiero jutro, albo za jakiś czas. Dlatego tak ważne jest ukazywanie tej perspektywy, Bożej perspektywy: On wybacza, przytula, obdarza miłosierdziem. Księża nie są od straszenia - ale od dawania nadziei i przebaczania. 

wtorek, 28 kwietnia 2015

Moje odbicie w Jego ranach

Jako że jak zwykle jestem "do tyłu", tym razem teksty ewangeliczne z 2 niedziel - II i III wielkanocnej.
Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz /domu/ i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej książce, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31) 
Uczniowie opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak poznali Jezusa przy łamaniu chleba. A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: Pokój wam! Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha. Lecz On rzekł do nich: Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie się Mnie i przekonajcie: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam. Przy tych słowach pokazał im swoje ręce i nogi. Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: Macie tu coś do jedzenia? Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i jadł wobec nich. Potem rzekł do nich: To właśnie znaczyły słowa, które mówiłem do was, gdy byłem jeszcze z wami: Musi się wypełnić wszystko, co napisane jest o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach. Wtedy oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma, i rzekł do nich: Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie, w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego. (Łk 24,35-48)
Niedziela Miłosierdzia Bożego to niedziela... Bożego niedowiarka, jak to mówią - pieszczotliwie (?) określając tak mojego imiennika. Ja się z tym sformułowaniem nie zgadzam - no chyba że przyjmiemy, że niedowiarkiem jest każdy nas. Takim właśnie Bożym niedowiarkiem. Serio. Bóg przychodzi do człowieka ze znakami męki (żeby pokazać, że to On a nie jakiś tam inny czy przebieraniec), i przynosić w tych zranionych rękach naznaczonych męką jedyny pokój, jaki na tym (i innym też) świecie ma sens: Boży pokój. Ludzkie serce reaguje spontanicznie - wielka radość, zrozumiała. Serca się radują - ale Jezus równocześnie przypomina, po co przychodzi, czego kontynuację i przedłużenie tamci z Wieczernika i ich następcy mają zapewnić. Głosić Ewangelię, posłani na dosłownie każde krańce i wszystkie ostatnie wioski świata (dzisiaj, paradoksalnie, misjonarze z jeszcze niedawno "końca świata" przybywają do niby takiej wiernej chrześcijańskiej Europy na misje, np. do Francji).

Czy Tomasz zrobił coś niestosownego? Nie. Sam Jezus zachęcał (drugi obrazek, z III niedzieli zmartwychwstania): chodźcie, zobaczcie rany, dotknijcie, próbuje po ludzku przekonać ludzi, że sam także jest człowiekiem, a nie zjawą, duchem. Wtedy też zaczyna od przekazania pokoju (tak dzisiaj potrzebnego światu - i którego, paradoksalnie, brakuje także pomiędzy podzielonymi częściami Kościoła...). Po co daje ten pokój? Tu można ładnie nawiązać do Bożego miłosierdzia -z tej wcześniejszej, II niedzieli zmartwychwstania i święta Miłosierdzia Bożego - Mesjasz przyszedł nie dla samego przyjścia, ale dla głoszenia odpuszczenia grzechów! Nie ma czego się bać. Bóg jest specjalistą od tego, co wykracza poza ludzkie zrozumienie, co się w głowie nie mieści, w tym także przebaczania tego, z czym ja sam nie potrafię sobie poradzić i nie umiem wybaczyć sobie - bo trudno byłoby, żeby nasze małe "ja" ogarnęło Wszechmocnego. Śmierć nie może Boga ograniczyć - przyjął i zgodził się na nią jako człowiek, który umarł, ale stanowiła ona granicy i końca Jego boskiej natury, która zwyciężyła i powróciła zwycięska. 

Fantastycznie mówił o Tomaszu w ramach Regina Coeli tego dnia papież Franciszek (przekład za Radiem Maryja): "Tomasz jest kimś, kto nie zadowala się i poszukuje, chce zobaczyć na własne oczy, doświadczyć osobiście. Po początkowych oporach i niepokojach, w końcu i on dochodzi do wiary, pomimo trudności, dochodzi do wiary. Jezus go cierpliwie oczekuje i podarowuje się [w tłumaczeniu GN, które bardziej mi pasuje - ofiarowuje się] temu przybyłemu ostatniemu z jego trudnościami i niepewnościami. Chrystusa nazywa „błogosławionymi”  tych, którzy, nie widzieli a uwierzyli (por. w. 29) – pierwszą z nich jest Maryja, Jego Matka – chociaż wychodzi także naprzeciw potrzebom niedowierzającego ucznia: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce …” (w. 27). Poprzez zbawczy kontakt z ranami zmartwychwstałego Pana, Tomasz objawia swoje własne rany, własne zranienia, i upokorzenia, własne rozdarcia. W znaku gwoździ znajduje swój osobisty dowód na to, że jest kochany, oczekiwany, rozumiany. Stoi przed Mesjaszem pełnym łagodności, miłosierdzia, czułości. To był ten sam Pan, którego szukał w ukrytej głębi swojego istnienia, bo zawsze wiedział, że ​​taki jest. A ilu z nas próbuje w głębi swego serca spotkać Jezusa, takiego jakim jest: słodkiego, miłosiernego, czułego. Bo my w istocoe wiemy, żed On taki  jest. Odnajdując osobisty kontakt z miłością i cierpliwością miłosiernego Chrystusa, Tomasz rozumie głęboki sens Zmartwychwstania, zostaje przemieniony wewnętrznie, deklaruje swoją pełną i całkowitą wiarę w Niego, wołając: „Pan mój i Bóg mój”". 

Do tych słów Franciszka naprawdę nic nie trzeba dodawać i są mądrzejsze oraz piękniejsze - mimo ich syntetyczności - od naprawdę chyba większości (o ile nie wszystkich) homilii, jakie słyszałem w związku z tym tekstem. Zawierzenie Bogu to nic innego, jak odwaga do stanięcia w prawdzie przed Nim, z całym swoim brudem, ze wszystkimi wątpliwościami, upadkami i wzlotami, pytaniami i zarzutami. Bóg przychodzi i zaprasza nie po to, aby Go ustanawiać uchwałami królem Polski, ale aby człowiek - uświadamiając sobie Jego miłość, Jego umiłowanie mnie samego - odnalazł dla siebie miejsce w przestrzeni zmartwychwstania, w zranionych ramionach Boga, który przychodzi do każdego z nas. Przychodzi nie po to, aby grozić palcem i złorzeczyć czy wyrzucać upadki - ale, jak ten miłosierny ojciec, przytulić do swojego serca.

Jeśli na tym polega bycie niedowiarkiem, szukanie i wołanie Boga - to takim niedowiarkiem chętnie będę.

niedziela, 30 marca 2014

Człowiek w bieli na kolanach


Papież Franciszek wzbudził powszechne zdziwienie... swoją spowiedzią. W pewnym sensie zastanawiam się - tym, że przyznaje się, że co 2 tygodnie się spowiada? czy tym, jak ta spowiedź w jego wydaniu miała miejsce. 

O ile pierwsze zdziwienie i zaciekawienie wydaje mi się kompletnie bez sensu - skoro ktoś jest praktykującym katolikiem (a trudno oczekiwać, aby zwierzchnik Kościoła nim nie był), to zrozumiałym jest, że się spowiada; i raczej naturalnym jednocześnie, że częściej niż w tym zakresie nakład wymóg polski zapis drugiego z 5 przykazań kościelnych. 

Zdziwienie wzbudziła forma - papież wyspowiadał się publicznie, i to w sensie europejskim w sposób mało znany. Natomiast według mnie - po prostu piękny. Nie dość, że Franciszek dał świadectwo - papież nie jest żadnym supermanem, człowiekiem bez grzechu, wyjętym za pomocą czarodziejskiej różdżki spod pokus i zakusów Złego. Jest normalnym człowiekiem, powołanym do wyjątkowej godności, a jednocześnie tak samo słabym, jak każdy z nas - który ma czym "pozawracać Bogu" głowę w konfesjonale (mimo, że bardzo często nam się wydaje, że my nie mamy czego tam szukać, bo właściwie to nie grzeszymy). Jan Paweł II, tak samo jak Benedykt XVI i ich poprzednicy, spowiadali się regularnie - ale prywatnie, u swojego spowiednika. Papież zadziwił - założenie przecież było takie, że przybywa na liturgię pokutną, aby wyspowiadać kilka osób - a tu nagle sam, już w komży i z fioletową stułą na szyji, postanowił dać wspaniały przykład. Sam mam rozgrzeszyć - więc moje serce powinno być najpierw czyste. Nie zazdroszczę zdziwienia księdzu, na którego trafiło, ale z pewnością nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji. Niemniej sam wymiar tego małego wydarzenia jest niewątpliwie piękny - dla każdego z nas, czy to świeckich jako penitentów, jak również kapłanów, stających w roli tak penitentów, jak i spowiedników. 

Mnie urzekła forma tego gestu - papież nie wszedł do konfesjonału, nie zamknął się w nim razem ze spowiednikiem. Zrobił to "po argentyńsku" - po prostu ukląkł na przeciwko spowiednika i wyznał grzechy, po czym uzyskał rozgrzeszenie. Dla mnie takie ciekawe nawiązanie do formy neokatechumenalnej - co mi się w tych wspólnotach bardzo podoba - tam penitent klęka przed stojącym spowiednikiem, który po wysłuchaniu spowiedzi, nauce i rozgrzeszeniu podnosi go z kolan i ściska. Piękna symbolika - tak samo jak w tej sytuacji, kiedy widzialna głowa Kościoła po prostu pada na kolana przed zwykłym księdzem, aby uzyskać z jego rąk Boże przebaczenie. Powiem szczerze, dużo bardziej taka forma do mnie trafia, niż drewniane, szczelne konfesjonały i ta kratka... 

I kilka pięknych papieskich myśli, z tym tematem powiązanych, w ramach kursu dla spowiedników, zorganizowanego przez Penitencjarię Apostolską, których przyjął 28 marca 2014 r. na audiencji w Auli Błogosławieństw Pałacu Apostolskiego w Watykanie (za info.wiara.pl):
Ojciec Święty przyznał, że istnieje dziś wiele trudności z sakramentem spowiedzi. Wynika to z różnych przyczyn natury zarówno historycznej, jak i duchowej. "My jednak wiemy, że Pan Bóg chciał dać Kościołowi ten ogromny dar, by wierni mieli pewność, że Ojciec im przebaczył" – powiedział Franciszek. Przypomniał, że najważniejszy w posłudze pojednania jest Duch Święty, gdyż to przez Niego zmartwychwstały Pan przekazuje nam nowe życie w wyniku sakramentalnego przebaczenia. „Dlatego macie być zawsze ludźmi Ducha Świętego, radosnymi i pełnymi mocy świadkami i głosicielami zmartwychwstania Pana" – zaapelował papież. Zwrócił uwagę, że "świadectwo to odczytuje się z kapłańskiego oblicza, słychać je w głosie księdza, który z wiarą i namaszczeniem sprawuje sakrament pojednania". Ojciec Święty zaznaczył, że kapłan ma przyjmować wiernych "nie jak sędzia ani tym bardziej jako zwykły przyjaciel, lecz z dobrocią Boga, z miłością ojca, który widzi, jak wraca jego syn i wychodzi mu naprzeciw, z miłością pasterza, który odnalazł zagubioną owcę". "Serce kapłana potrafi się wzruszyć, nie ze względów sentymentalnych czy emocjonalnych, lecz z głębi Bożego miłosierdzia! Choć tradycja rzeczywiście wskazuje na podwójną rolę spowiednika jako lekarza i sędziego, to jednak nie zapominajmy, że jako lekarz ma on uzdrawiać, a jako sędzia uniewinniać” - podkreślił Franciszek. Zwrócił ponadto uwagę na potrzebę odpowiedniego podejścia do penitentów, pamiętając, że z natury trudno jest wyznawać własne grzechy drugiemu człowiekowi. "Dlatego powinniśmy pracować nad sobą, nad naszym ludzkim podejściem, aby nigdy nie być przeszkodą, lecz zawsze ułatwiać przystępowanie do tego sakramentu" – powiedział Ojciec Święty. „Lecz jakże często się zdarza, że ktoś mówi: nie spowiadam się od tak wielu lat, zrezygnowałem ze spowiedzi po spotkaniu z kapłanem, który mi powiedział to i to. Od takich osób dowiadujemy się o nieostrożności, braku miłości duszpasterskiej. Oddalają się oni z powodu złych doświadczeń ze spowiedzią. Nigdy się coś takiego nie stanie, jeśli jest postawa ojcowska, która wypływa z dobroci Boga. I należy się wystrzegać dwóch skrajności: rygoryzmu i rozluźnienia. Żadna nie jest korzystna, bo przy żadnej z nich nie traktuje się poważnie osoby penitenta. Natomiast miłosierdzie słucha rzeczywiście sercem Bożym i chce towarzyszyć duszy na drodze pojednania. Spowiedź nie jest sądem potępienia, lecz ma być doświadczeniem przebaczenia i miłosierdzia” – podkreślił papież.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Wielkie drzwi z kolumnami

Jezus nauczając, szedł przez miasta i wsie i odbywał swą podróż do Jerozolimy. Raz ktoś Go zapytał: Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni? On rzekł do nich: Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli. Skoro Pan domu wstanie i drzwi zamknie, wówczas stojąc na dworze, zaczniecie kołatać do drzwi i wołać: Panie, otwórz nam! lecz On wam odpowie: Nie wiem, skąd jesteście. Wtedy zaczniecie mówić: Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś. Lecz On rzecze: Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście. Odstąpcie ode Mnie wszyscy opuszczający się niesprawiedliwości! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów, gdy ujrzycie Abrahama, Izaaka i Jakuba, i wszystkich proroków w królestwie Bożym, a siebie samych precz wyrzuconych. Przyjdą ze wschodu i zachodu, z północy i południa i siądą za stołem w królestwie Bożym. Tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi. (Łk 13,22-30)
To zdecydowanie nie w naszym stylu. W ostatnich dniach miałem okazję zwiedzić kawałek Polski, mniejsza o szczegóły. W tym czasie przejechałem kawałek spory tzw. Polski B - czasami bida, aż przykro, ale jedno się powtarza: jak tylko jakiś porządniejszy dom stoi, to marmury (albo atrapy) i koniecznie kolumny z wielkimi drzwiami. Na bogato i z przytupem. A ten cały Jezus nam tu dzisiaj o czymś zupełnie innym mówi. 

Lubimy się rozpychać, przepychać, być pierwszymi, zauważonymi, znanymi i rozpoznawalnymi. I w tym wszystkim chyba dość rzadko ktokolwiek sobie zadaje pytanie: czy mi się to należy? czy nie ma kogoś bardziej zasługującego na pierwszeństwo? czy to nie jest niegrzeczne, nie wypada się tak wpychać? czy zdobywanie uwagi ludzi i mediów (a najczęściej ludzi przez, za pośrednictwem mediów) ma służyć tak naprawdę czemukolwiek poza zaspokojeniem swojej własnej pychy i rozdmuchanego do granic ego? Przykre bardzo jest to, że tak właśnie dzisiaj na świecie otwiera się wiele drzwi - im bardziej na pokaz, sztucznie i pod publiczkę, tym większa szansa, żeby się na coś fajnego załapać: kasę, sławę, kasę + sławę, albo choćby chwilową łaskawość i zainteresowanie kamer. Okazję do zaistnienia, choć tak naprawdę jako jeden z tłumu "znanych z tego, że są znani", o których nic więcej powiedzieć nie można i którzy tak naprawdę nic nie mają do zaoferowania poza przesadzonym mniemaniem o sobie. 

Taki cel łatwo osiągnąć - co widać dzisiaj wszędzie, na każdym kroku: gazety, telewizja, radio, tytuły prasowe, internet. Rośnie grupa ludzi, którzy skupiają się na byle jakim zaistnieniu tu i teraz, porzucając i tracąc z oczu (o ile kiedykolwiek przed nimi je mieli) to, do czego dążyć i zabiegać o co należy przede wszystkim. Te najważniejsze, choć może nie najbardziej reprezentatywne drzwi. To najpiękniejsze i najbardziej bezinteresowne zaproszenie ze wszystkich, bo od Boga pochodzące. Nie wystarczy bowiem nosić nawet najbardziej złoty i na najgrubszym złotym łańcuchu krzyżyk, chodzić i odstać niedzielną czy świąteczną Mszę Świętą, nie zabić i nie kraść (albo przynajmniej nie w sposób rzucający się w oczy), żeby zmieścić się w te wąskie drzwi, o których mówi Jezus. To, że nie jestem w sposób oczywisty zły, nie czyni mnie od razu dobrym. Można odmieniać imię Boże przez przypadki x razy dziennie, a usłyszeć od Niego w dniu sądu: nie znam cię, nie wiem, skąd jesteś. 

W tym tekście mowa jest o wąskich drzwiach - obrazek dość prosty - a gdzie indziej ewangelista zapisuje podobne słowa z posłużeniem się obrazem ucha igielnego, czegoś nierealnego. Przesłanie jest jednak oczywiste - wysiłek, nie pójście na łatwiznę, nie to co fajne i najbardziej oczywiste czy wygodne, ale to, co wymaga pracy, wyrzeczenia, wysiłku i zaangażowania. Te właśnie prowadzą do wąskich, ale tych lepszych, bo oferujących o wiele więcej za sobą drzwi. Dobrze jest też zwrócić uwagę na to, jak sformułowano pytanie, w odpowiedzi na które te słowa wypowiedział Jezus: czy tylko nieliczni będą zbawieni? A On - wielu będzie chciało, ale nie będą mogli. Ja tu jednak widzę nadzieję - bo według mnie jest w tych słowach mowa o czyśćcu, nie o potępieniu. Nie będą mogli, zamknięte drzwi, obserwowanie zbawionych, pierwsi jako ostatni - to przecież słowa o tych, którzy Niebo będą mieli przed sobą, choć jeszcze nie w tym momencie, ale w dalszej perspektywie. Nie odrzuceni, ale muszący jeszcze swoje przejść, poddać się czyśćcowi. Zatem - jeśli chcieć szukać odpowiedzi wprost - zbawienie to perspektywa dla każdego, pytanie tylko w jakim czasie: czy wystarczy nam życia tutaj na ziemi, czy też potrzebny będzie jeszcze czas później. Ale Jego Miłosierdzie i tak jest większe od nas. 

niedziela, 7 kwietnia 2013

Niewierny czy poszukujący?

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz /domu/ i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś Tomaszu, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31)
Na początku krótka dygresja do, ciekawej (i opisywanej zarówno przez Tygodnik Powszechny, jak i Gościa Niedzielnego) teorii Paula Badde, dziennikarza znanego z badań nad całunem turyńskim i chustą z Manopello. Czego bali się uczniowie? Czego się obawiali? Skoro wszystko miało być stracone - Jezus umęczony, zabity, ukrzyżowany - to po co siedzieli jak trusie w Jerozolimie? Był czas Paschy, mogli spokojnie w tłumie pielgrzymów zniknąć z miasta, wydostać się z niego i udać dokądkolwiek, raczej nie niepokojeni. Żydom chodziło o Jezusa, o pozbycie się "wichrzyciela", "uzurpatora" i "bluźniercy" - nie o nich. A więc? Teoria bardzo ciekawa - posiadali już wtedy wielki skarb. Skąd? Opisuje to Jan w innym miejscu, ciut wcześniej (J 20, 3-10), kiedy Jan z Piotrem biegli do pustego grobu - co zauważyły kobiety. Musieli tam odnaleźć coś, co stanowiło dowód zmartwychwstania Pana, skoro Jan "ujrzał i uwierzył". Wizerunki Pana umęczonego (całun), a także chustę Zwycięzcy zmartwychwstałego (chusta z Manopello). To je zabrali z grobu - choć przecież według prawa żydowskiego stali się przez to nieczyści - i to ich strzegli w opisywanej sytuacji, właśnie z ich powodu - wielkiego znaczenia, po prostu dowodu - obawiali się Żydów. Ale to temat na osobny tekst.

Jezus nie daje za wygraną. Pozostawia znaki, kolejny raz przychodzi, aby człowieka umocnić. Przynosi największy i najpiękniejszy dar, jaki tylko On może ofiarować - Boży pokój. Żaden święty spokój, żaden luz, brak stresu - Boży pokój, którym pragnie tchnąć na każdego z nas. Stąd ta radość zebranych - teraz, poza dowodami w postaci całunu i chusty, które kazały im pozostać w Jerozolimie i czekać, co będzie dalej (czy wtedy już wierzyli wszyscy, że On prawdziwie zmartwychwstał?), widzieli Jego samego. Tego samego, tak bardzo nieziemsko pięknego, a równocześnie ludzkiego - z poranionymi dłońmi, nogami i bokiem. Co więcej, Jezus dokładnie podtrzymuje to, co mówił za życia - otrzymują obiecanego Ducha Pocieszyciela, i ponownie zostają posłani na niekończący się połów ludzkich serc. 

I tu jakby zaczyna się drugi wątek opowieści - mój radosny imiennik, historycznie ochrzczony niewiernym. Nie było go, nie widział, opowiadali - i co? Żądał dowodu, chciał ujrzeć Pana na własne oczy, takiego jak oni mieli widzieć, poranionego a żyjącego. Czy należy jego postać potępiać? Moim zdaniem - nie. Czy ja nie postąpił bym tak samo? Wydaje mi się, że tak. Pokazali chustę i całun, opowiadają wiarygodnie, zbieżnie, wielce podekscytowani, czyli zachowują się zupełnie inaczej niż uczniowie kogoś, kto miałby pozostawać umarły, zabity, umęczony. Tomasz jednak nigdy nie zanegował, że do zmartwychwstania nie doszło. Pragnął z serca, pałał ku temu, aby samemu, na własne oczy ujrzeć Zbawiciela. Tęsknota? Poszukiwanie odpowiedzi? Poszukiwanie sensu i zrozumienia czasu, jaki spędził, wędrując z Jezusem przed męką? 

Ja go po prostu rozumiem, też bym tego chciał. Tym bardziej, że Jezus nie neguje, nie potępia, nie beszta Tomasza za to zachowanie - zachęca jednak do wiary bez dowodów, i tych, których na nią stać, nazywa błogosławionymi (przepełnionymi Bogiem). To wielka nadzieja i obietnica właśnie dla nas. Pozwala się obejrzeć, pokazuje, wręcz podsuwa pod nos Didymosowi swoje rany. Wzywa do wiary w Niego - czy można takie wezwanie zlekceważyć, gdy płynie z ust człowieka, który umarł, pochowany został w grobie, a teraz nadal żyje, choć naznaczony znakami tej męki? Zwycięzca śmierci, piekła i szatana. Czy można olać zaproszenie od Boga, Zbawiciela, dla którego nie ma granic? No właśnie można - mamy wolną wolę, ze wszystkimi jej konsekwencjami. Ale czy warto? 

Zawsze będzie Tomasz - który wątpi, ale nie odchodzi. Taki Tomasz siedzi sobie w każdym z nas, czasami daje o sobie znać słabiej, kiedy indziej mocniej. Mamy prawo do wątpliwości, pytania, czasami nawet kłócenia się z Panem. To jest o wiele bardziej twórcze, niż bezmyślne czasami mechaniczne czynności, zdrowaśki, różańce, przespane msze i nabożeństwa. Bóg kocha człowieka i pragnie z Nim dialogu, chce być odpowiedzią na pytania i wątpliwości. Takie natchnione wątpliwości, wypływające z dobrej woli, umożliwiają nawiązanie głębszej relacji z Bogiem - który sam jeden jest odpowiedzią na wszystko. Ważne jest co innego - wątpić, ale nie odchodzić. Szukać, drążyć - ale trwać przy Zmartwychwstałym. Dotrwać i dorosnąć do własnego, dojrzałego i świadomego wyznania: Pan mój i Bóg mój. 

Nie bez powodu dzisiaj Niedziela Miłosierdzia Bożego - wielki ukłon pod adresem bł. Jana Pawła II, który już jako metropolita krakowski odkurzył kult Miłosierdzia, przypomniał światu niepozorną i posądzaną o chorobę psychiczną Faustynę Kowalską z jej Dzienniczkiem, którą później beatyfikował i kanonizował. Może sanktuarium w krakowskich Łagiewnikach do najpiękniejszych nie należy - ale jest niesamowite z tym ogromnym prezbiterium, wokół którego stoi - co? Konfesjonały. Miejsca z jednej strony dla tych, którzy widzą w sobie coś, co odsuwa ich od Boga, i chcą coś z tym zrobić. Dla tych z drugiej strony, którzy - posłani jak tamci z Ewangelii - mają odpuszczać grzechy Bożą mocą, jednać skruszonych z Nieopisanym. 

Sakramentu pokuty i pojednania często nie rozumiemy. Tego, czego pragnie dla nas Bóg - także. To dobry czas, aby zajrzeć do Dzienniczka s. Faustyny - choćby jakiś urywek przeczytać. Dla mających problemy ze spowiedzią - wydaje mi się, sensowne są książki o. Piotra Jordana Śliwińskiego OFMCap. (np. Spowiedź w kratkę). Jest czas radości zmartwychwstania - najlepszy możliwy, jeśli człowiek jeszcze nie pojednał się z Panem, aby do tej radości włączyć się w pełni, z czystym sercem. 

niedziela, 17 marca 2013

Zmęczeni kombinowaniem

Jezus udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Cały lud schodził się do Niego, a On usiadłszy nauczał ich. Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz? Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień. I powtórnie nachyliwszy się pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. Wówczas Jezus podniósłszy się rzekł do niej: Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił? A ona odrzekła: Nikt, Panie! Rzekł do niej Jezus: I Ja ciebie nie potępiam. - Idź, a od tej chwili już nie grzesz. (J 8,1-11)
Wiedzieli, że będzie Mu trudno wybrnąć z tej sytuacji. Jeśli opowiedział by się za literą prawa Mojżeszowego - wydał by wyrok na kobietę. Gdyby stanął wprost w jej obronie - wystąpił by przeciwko prawu, złamał je. Mieli Go w garści - a przynajmniej tak im się wydawało. Tu nie chodziło o sprawiedliwość,  o moralną ocenę cudzołóstwa, ale okazję do przyłapania, znalezienia haka na Jezusa. 

Tradycja mówi - Jezus pisał na piasku ich grzechy (więc pewnie tego pisania było sporo). Nie dawali za wygraną - a Ty co mówisz? Wystarczyło jedno zdanie - kto jest bez grzechu. Tylko prawdziwa świętość dawała prawo do dokonywania tak surowej oceny innych, która miała prowadzić do poważnych, wręcz życiowych konsekwencji - w innym obrocie wydarzeń kobietę pewnie by ukamienowano. Jezus powiedział, że kto jest bez grzechu, ten może rzucić kamień. Zabrzmiało to jednak w pewnym sensie jak pytanie - kto? No właśnie - z tego towarzystwa nikt, a z całej sytuacji zapewne tylko On sam jeden. 

To nie jest tak, że my nie mamy prawa do oceniania innych - mamy. Tylko że najpierw musimy dokonać swojej oceny, zestawić oceniany czyn czy zachowanie ze swoją osobą - i w przypadku pozytywnej weryfikacji (ja w tym zakresie jestem w porządku wobec Boga i ludzi) dopiero możemy napominać, oceniać, wyrokować. A najczęściej jest tak, że w gębie to każdy jest najmocniejszy, oskarżać, plotkować, oczerniać przychodzi łatwo - po czym, jak przychodzi co do czego, to sam okazuje się mieć za uszami dwa razy tyle co nieszczęśnik, na którym przed chwilą jeszcze psy wieszał. 

Piękne słowa w tym kontekście wypowiedział dzisiaj papież Franciszek: - Gdy tylko zostałem biskupem w 1992 r., do Buenos Aires przybył obraz Matki Boskiej Fatminskiej. Odbyła się wtedy msza dla chorych, w czasie której spowiadałem. Podeszła do mnie skromna, pokorna kobieta, ponad 80-letnia. Powiedziałem do niej: "Babciu, czy masz dużo grzechów?". "Wszyscy mamy dużo grzechów" - odpowiedziała. Zapytałem: "Skąd ta pewność?", a ona pewna odpowiedziała: "Gdyby Bóg wszystkiego nie wybaczał, świat już by nie istniał". To była mądrość Ducha Świętego. Bóg nigdy nie męczy się wybaczaniem nam. Problem polega na tym, że my męczymy się proszeniem o łaskę. (...) W tych dniach mogłem przeczytać ksiązkę kard. Caspera. (...) Bardzo dobrze mi ona zrobiła. Kardynał mówi w niej, że miłosierdzie wszystko zmienia. Odrobina miłosierdzia ociepla świat i dodaje mu sprawiedliwości

Tego właśnie miłosierdzia zabrakło wtedy faryzeuszom, jego także brakuje nam dzisiaj. Dlatego też tak trudno przychodzi nam wybaczanie innym, dlatego też - w cichości serca - nie potrafimy bardzo często wybaczać samemu sobie sytuacji nawet sprzed wielu lat. Zapędzamy się w tym swoim wyrokowaniu i ocenianiu, a potem jakoś tak głupio prosić o wybaczenie Boga, skoro samemu potępiło się właśnie wszystkich ludzi, którzy przyszli do głowy. Nie ma się jednak czego obawiać - na szczęście Bóg działa zupełnie inaczej, a Jego specjalnością jest właśnie miłosierdzie. 

Idź i nie grzesz więcej - to słowa, które usłyszeć może każdy, które mogą rozradować także twoje serce. O ile przyjdziesz i o to miłosierdzie poprosić. Wielki Post, za chwilę Niedziela Palmowa - to bardzo dobry czas, aby tę prawdę zrozumieć.  

niedziela, 10 marca 2013

Zmarnowany i odzyskany

W owym czasie zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie. Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi. Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada. Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał. Wtedy zastanowił się i rzekł: Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca. A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem. Lecz ojciec rzekł do swoich sług: Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się. I zaczęli się bawić. Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to ma znaczyć. Ten mu rzekł: Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego. Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedzał ojcu: Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę. Lecz on mu odpowiedział: Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął a odnalazł się. (Łk 15,1-3.11-32)
Nie znoszę wręcz obrazu Rembrandta, powszechnie kojarzonego z tą sceną - w mojej ocenie, jedną z najbardziej dla człowieka jako grzesznika optymistyczną w Piśmie Świętym. Tym bardziej dlatego, że jej przbieg stoi w całkowitej sprzeczności z tym, co po ludzku ów ojciec powinien był zrobić z synem marnotrawnym.

Facet dał ciała na całej linii. Nie było bowiem czymś specjalnie taktownym dzielenie, de facto, spadku po ojcu już za jego życia, występowanie do niego z tego typu roszczeniem. Ojciec zrozumiał, podzielił, przekazał część ojcowizny, na pewno wierząc, że dziecko się chce usamodzielnić, rozwinąć skrzydła, zacząć żyć na własny rachunek. No i zaczął - przepił, przejadł i co tam jeszcze mógł zrobić, to zrobił z tymi pieniędzmi, w efekcie czego pozostał przysłowiowo goły i wesoły. Skończył jako świniopas, który nie mógł nawet liczyć na resztki - nie tyle ze stołu pana, co z tego, co dawano świniom. Był mniej od nich warty - świnie przynosiły korzyść, było z nich mięso. Dlatego, tak po ludzku zgnojony, zdecydował się na krok, króego wcześniej pewnie w ogóle nie przewidywał - wstaje i wraca do swojego ojca, chcąc błagać go o włączenie w poczet choćby jego najemników, nie zasługiwał bowiem na miano jego syna. 

Ojciec, skoro wybiegł mu na przeciw, musiał wyczekiwać jego powrotu - pomimo upływu czasu! Daje synowi najlepszą szatę, pierścień - symbol synostwa, sandały na stopy. Wydaje ucztę z radości, że odzyskał swoje dziecko całej i zdrowe. W ogóle nie zwraca uwagę na to, że syn stracił pewnie kawał fortuny, że nie dawał przez x czasu znaku życia, że jego odejście musiało boleć. 

My tak działąmy, jak ten syn - nie mówię, że zawsze, ale wtedy zawsze kiedy odwracamy się od Boga. Bo prędzej czy później uświadamiamy sobie, że potrzebujemy Jego miłosierdzia, że pragniemy wrócić w otwarte i czekające, co najważniejsze, ramiona Ojca. Zdajemy sobie po fakcie sprawę z tego, że znowu dokonaliśmy złego wyboru, że u Ojca jest, było i będzie lepiej. Z pewną dozą niepewności, ale decydujemy się na powrót i ukorzenie przed Nim - a on podnosi z klęczek, przytula, mówi wyraźnie: ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się. Każdy taki powrót syna marnotrawnego w mojej własnej osobie jest dowodem na umiejętność refleksji nad sobą i okazania skruchy - to nic innego jak skierowanie się do konfesjonału, aby wyznać winy, okazać skruczę i prosić o przebaczenie. To dowód na dojrzałość, a przy tym dowód wiary w Boga bogatego w miłosierdzie, który tym miłosierdziem obdziela z chęcia każdego, kto go pragnie. 

I niech nas ręka tego samego Boga broni przed postawą starszego syna - niby porządnego, wiernego, wspierającego ojca w starości i zarządzaniu majątkiem, niby niczego za to nie oczekującego. A jednak - kiedy przychodzi co do czego - obraża się, odmawia powrotu do domu. Mierzy po ludzku - nie rozumie, że za grzech wystarczy skrucha i wola poprawy, które jego młodszy brat wykazał. To one się liczyły, a nie to, że nie odzyskał zmarnowanych pieniędzy ojca. W swojej ocenie starszy brat uważał się za tego porządnego - nie zabił, nie kradł, był przy ojcu - a tu taki (niby to) afront. I dobrze, że był w porządku - tylko że pokazaną w tej sytuacji pychą swoją porządność niejako przekreślił. Nie rozumiał, że Bóg wybacza, jest miłosierny i w takiej sytuacji zależy Mu właśnie na tym, który powraca jako marnotrawny. Że on sam jako ten, kto nie grzeszy, nie jest w żaden sposób pominęty czy lekceważony - po prostu Bóg w tej danej chwili cieszy się z odzyskania tego, który wydawał się zaginiony, a człowiek naprawdę porządny powinien się do tej radości przyłączyć, a nie obrażać się, że to nie on sam jest w centrum. 

środa, 17 sierpnia 2011

Liczy się każda godzina

Wpis nr 200 :)
Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie? Odpowiedzieli mu: Bo nas nikt nie najął. Rzekł im: Idźcie i wy do winnicy! A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych! Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty. Na to odrzekł jednemu z nich: Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry? Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi. (Mt 20,1-16a)
Klasyczny i jak dobrze znany przejaw ludzkiej zazdrości, typowy przykład postawy czy się stoi, czy się leży, 400 się należy. Ktoś powie - z poprzedniej epoki. Nawet nie, bo to stare jak świat. I ciągle aktualne. Ale tacy właśnie jesteśmy. Bez względu na to, czy w ogóle i ile się napracowaliśmy, oczekujemy wiele; najczęściej w ogóle na to nie zasługując. 

Czy którykolwiek z najętych przez gospodarza robotników został w jakikolwiek sposób pokrzywdzony? Nie. Wiemy, że tamci pierwsi - później tak bardzo roszczeniowi - mieli dostać dniówkę w wysokości denara. Ile obiecał pozostałym, których najmował w ciągu dnia? Nie wiemy. Najwyraźniej uznał, że skoro i oni przyłożyli się do pracy w winnicy, należała im się taka sama wypłata. Mógł tak postąpić? Mógł. Ci pierwsi, z którymi umówił się co do kwoty, nie dostali mniej - a dokładnie tyle, ile dostać mieli. Kłuło ich oczy, że inni, którzy dołączyli do nich przy pracy później, otrzymali tyle samo. Przecież oni właśnie tyrali tam od rana - a gospodarz zrównał ich wynagrodzenie z takimi, którzy zabrali się do roboty późnym popołudniem. 

Tacy już jesteśmy. Zamiast zająć się tym, czy prawidłowo nam odmierzono, i cieszyć się, gdy tak jest - zajmujemy się wszystkimi na około. A czemu ten dostał tyle samo? Ale przecież pracował mniej. Ale przecież mu się nie należy tak wiele. Ale... Same "ale". Taka nasza przewrotność. Jednak czemu w tej sytuacji? Skoro troszczymy się o własne interesy - o co chodzi? Przecież tu nie ma troski o drugiego - a, błędne, poczucie pokrzywdzenia mnie samego. Dostałem tyle, ile miałem. Więc o co chodzi? 

Bóg, na szczęście, patrzy i rozdziela inaczej. Dla Niego nie ma znaczenia, kiedy ktoś Go zauważył, w jakim momencie, w jakiej porze życia odpowiedział na Jego zaproszenie, dzisiaj przykładowo zobrazowane jako praca w winnicy. Tak, On jest dobry - jeśli o kimkolwiek właśnie można tak powiedzieć, to najpierw o Bogu. I właśnie ta dobroć, a przede wszystkim związana z nią miłość bez granic każe wychodzić samemu czy wysyłać swoich posłańców, aby poszukiwali tych, którzy marnują bezproduktywnie, bezczynnie kolejne dni swojego życia, nie zajmując się niczym. On ich szuka i chce ich byciu nadać sens. Pewnie mało kto odmówi wprost, ale zawsze znajdą się malkontenci - tacy, którzy jak ci najęci z samego rana, będą gardłować i dywagować o sprawiedliwości wynagrodzenia za ten sensowny trud, jakiego się podjęli. 

I tu dochodzimy do sedna. Przy pieniądzach te dywagacje mogą mieć sens. Ale przy zbawieniu? Zupełnie. Przychodzisz do Boga, odpowiadasz na Jego wezwanie - wygrałeś, zbawienie staje się twoim udziałem. Nie ma znaczenia moment, pora. Bóg nie może zbawić tylko kawałka człowieka, stosownie do tego, jaką część życia człowiek przeżył dobrze. Liczy się to, że Boga odnalazł, choćby i w jesieni życia. Liczyć się będzie każda godzina przepracowana w Bożej winnicy.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Cheesburger miłosierdzia

Dwa obrazki, sytuacje z dzisiejszego dnia. 

Obrazek pierwszy. Krótkie, w ramach tzw. przerwy obiadowej, spotkanie z kiedyś bardzo bliską osobą (żaden związek - przyjaźń). Tak, kiedyś. Osoba, która - choć niewiele młodsza - była dla mnie naprawdę wzorem i motywacją w zakresie swojej postawy wobec Boga, wiary i świadczenia o niej. Kiedyś, lat temu pewnie blisko 10. Później różnie bywało, aż do momentu, gdy podczas jednego ze spotkań usłyszałem, że straciła wiarę, że Boga nie ma, że jesteśmy przysłowiowymi kowalami własnego losu i tylko od nas zależy, co i jak robimy, tylko przed sobą z tego odpowiadamy. Jakoś tak wyszło, że kontakt - nie z tego powodu, choć mocno tę zmianę jej postawy przeżywałem - rozluźniał się, widywaliśmy się coraz rzadziej. Dzisiaj widzieliśmy się po raz pierwszy od... pół roku? Rozmowa jakby drętwa, pytania lakoniczne, standardowe. Dowiadywanie się nawzajem, kto z kim ma kontakt, co tam słychać u znajomych - a ten ma zaraz ślub, a tamta za miesiąc. Siebie przyłapałem na zadaniu raz, ją zaś - kilka razy - pytań odnośnie spraw, o których rozmawialiśmy i pytaliśmy się nawzajem poprzednim razem; czyli nawet wtedy, ani ja jej, ani ona mnie specjalnie zbyt dokładnie nie słuchała. 
 
Cieszę się, że się spotkaliśmy - bo kiedyś ta relacja fajniejsza była, a to zawsze okazja, choćby w środku, do wspomnień. Cieszę się, że tej osobie się układa - zawodowo, i (wreszcie) w związku. Szkoda, że planuje po prostu zamieszkać ze swoim partnerem, i wystarczy. Ja powiedziałem wprost - nie rozumiem, co stoi na przeszkodzie małżeństwu, skoro ludzie chcą być razem, szczególnie gdy - jak w ich przypadku - ani do związku cywilnego, ani sakramentalnego przeciwwskazań nie ma. No, poza wolą. Ona - że uważa inaczej. Cóż... Czy to ludzie się tak zmieniają? Czy poglądy ludzi się zmieniają? Czy wreszcie poglądy zmieniają samych ludzi? 

Obrazek drugi. Wracam, zadumany, z wspomnianego wyżej krótkiego spotkania. Przelotem w McDonaldzie, z pośpiechu, bo w fast foodach nie gustuję (ale jak nie wiem, gdzie zjeść, wolę iść tam, bo wiem mniej więcej, co dostanę), po kilka cheesburgerów w ramach mało zdrowego, ale szybkiego obiadu. Idę szybkim krokiem w kierunku pracy, staję na światłach. Podchodzi niepozorny, acz schludnie ubrany, choć dość lekko, starszy pan. Zaczyna od tego, że on przeprasza że przeszkadza, i czy nie poratowałbym go czymś do jedzenia, bo od rana chodzi i żebrze, i głodny jest. Pogoda pod przysłowiowym psem, duszno, ale natrętna i dość mocna mżawka. Pierwsza myśl - spławić, wielu jest takich naciągaczy. Druga - przecież to też człowiek, dobrze mu z oczu patrzy, na naciągacza nie wygląda. 
 
No i podzieliłem się z nim swoim obiadem, po pół. Na pewno jemu ten posiłek był bardziej potrzebny ode mnie. Tak, może to sposób na ukojenie swojego sumienia... Wiele razy takim ludziom odmawiam. Czemu? Pisałem kiedyś, jak kilka razy dałem, i to sporo proszącemu, po czym na własne oczy widziałem, jak szedł i przepijał te pieniądze. Może i powinienem pomagać więcej potrzebującym, choćby wspierając różne organizacje zajmujące się stałą pomocą potrzebującym - w końcu w nie tak długim czasie moje zarobki wzrosły dość mocno. Inna rzecz - potrzeby związane z większą rodziną także. Ale na pewno zrobiłem coś dobrego, i z tego się cieszę. 
 
Cieszę się, że ten pan poprosił mnie o pomoc. Ubodło, jak zaczął dziękować, a ja na to, że żaden problem. Spojrzał na mnie wtedy z wdzięcznością, ale i smutkiem w oczach - oj, panie, nawet pan nie wie, jaki to dla innych problem. Jezus dzielił 2000 lat temu chleb i ryby, karmiąc ludzi - jak tu nie podzielić się dzisiaj cheesburgerem? Okazja do gestu miłosierdzia. Oby nie ostatnia. Obym każdą potrafił wykorzystać.

środa, 20 kwietnia 2011

Dramat - nie zdrajcy, ale człowieka bez nadziei

Jeden z Dwunastu, imieniem Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów i rzekł: Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam. A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników. Odtąd szukał sposobności, żeby Go wydać. W pierwszy dzień Przaśników przystąpili do Jezusa uczniowie i zapytali Go: Gdzie chcesz, żebyśmy Ci przygotowali Paschę do spożycia? On odrzekł: Idźcie do miasta, do znanego nam człowieka, i powiedzcie mu: Nauczyciel mówi: Czas mój jest bliski; u ciebie chcę urządzić Paschę z moimi uczniami. Uczniowie uczynili tak, jak im polecił Jezus, i przygotowali Paschę. Z nastaniem wieczoru zajął miejsce u stołu razem z dwunastu. A gdy jedli, rzekł: Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was mnie zdradzi. Bardzo tym zasmuceni zaczęli pytać jeden przez drugiego: Chyba nie ja, Panie? On zaś odpowiedział: Ten, który ze Mną rękę zanurza w misie, on Mnie zdradzi. Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził. Wtedy Judasz, który Go miał zdradzić, rzekł: Czy nie ja, Rabbi? Odpowiedział mu: Tak jest, ty. (Mt 26,14-25)
Ktoś mógłby powiedzieć - smutna historia o Judaszu, ot co, wszyscy znamy to aż za dobrze. Czyżby? To bardzo duże i niesprawiedliwe uproszczenie. Choćby dlatego, że do samej zdrady tu nie dochodzi - to dopiero w późniejszym fragmencie (choć - chronologicznie - tego samego dnia). Ja widziałbym w tym tekście bardziej piękny przykład na to, jak człowiek może, o ile chce, współpracować z Bogiem. Dowód na to, że Bóg zawsze wskaże człowiekowi drogę, o ile tylko człowiek u Niego chce tej drogi szukać, i do Niego o jej wskazanie się zwróci. 

Tak, to dotyczy również Judasza. On się po prostu miotał. Wierzył w Jezusa? W coś wierzył na pewno - nie mógł wątpić, iż działał on cuda. Czy wierzył, że On jest Mesjaszem? Być może. Na pewno wierzył, że Mesjasz powinien zupełnie inaczej działać, że powinien dokonać widocznego i odczuwalnego przewrotu po prostu politycznego, obalić dyktaturę Rzymu i odnowić Izrael jako mocarstwo, przywrócić mu państwowość i niepodległość. Tego mu brakowało. Jezus - świetnie - uzdrawiał, leczył, rozmnażał jedzenie, głosił piękne słowa - ale gdzie czyny? Judasz za mało słuchał i rozważał w sercu to, czego Jezus nauczał - a zbyt wiele uwagi przykładał do swojego wyobrażenia tego, kim Mesjasz winien być. 

Z jednej strony - podążając za Jezusem, jako jeden z Jego najbliższych uczniów, z drugiej - chciał zrobić coś, aby Jezus, jakby zmuszony okolicznościami i sytuacją, objawił swoją siłę, potęgę, i zaczął działać tak, jak on - Judasz - tego (błędnie) oczekiwał. Innymi słowy - chciał sprowokować sytuację, gdzie Jezus wykorzystał by boskie atrybuty, aby się bronić. Zły nie próżnował, podsuwając pomysły, zaś Judasz okazał się na nie podatny. Okazja się nadarzyła, zbliżała się Pascha. Zresztą, atmosfera wokół Jezusa była wystarczająco napięta. Nie bez powodu przebywał w Betanii, u Marii, Marty i Łazarza - wielu było zdania, że nie powinien przybyć do Jerozolimy na święto, bo nie był tam bezpieczny. Jezus nie zważał na to. Moim pokarmem jest pełnić wolę twoją, o Panie. 

Czy Jezus już wtedy, wysyłając uczniów aby przygotowali Paschę, wiedział, kto - de facto - zdradził Go, przyjmując zawczasu pieniądze za wydanie Go żołnierzom? Być może. Na pewno - co wynika jednoznacznie z dialogu - był tego świadomy podczas wieczerzy paschalnej z apostołami. Wiemy, że o tym, że zostanie zdradzony powiedział na głos - co obudziło spekulacje między uczniami. Wydaje się jednak, że ów dialog pomiędzy Jezusem a Judaszem toczył się już jakoś obok, jako prywatna wymiana zdań - np. właśnie w zgiełku rozmów pomiędzy pozostałymi biesiadnikami na temat tego, kto zdradzi.

Ta rozmowa nie miała służyć potępieniu, ocenieniu, podsumowaniu - pomimo ostrych słów ze strony Jezusa. Miała Judaszowi uświadomić - Bóg widzi dalej, wie, co kombinujesz, nawet gdy ty sam nie zdajesz sobie z tego sprawy. To miało go przywołać do porządku, naprostować, sprowadzić na właściwą drogę. Pieniądze zawsze można zwrócić - zresztą, próbował to zrobić także po wydaniu Pana, w szale rozpaczy. Niestety, Judasz chyba już podjął decyzję - nie bez powodu ewangelista kawałek dalej napisze, że po posiłku opuścił wieczernik i poszedł po żołnierzy, którzy niebawem mieli zaskoczyć Jezusa i pozostałych w Getsemani, i że wstąpił w niego Zły. 

Judasz opamiętał się zbyt późno, aby uratować Jezusa. Lawina tego, co doprowadziło Jezusa na krzyż, już ruszyła. Nie, nie można powiedzieć, że Judasz wykonał z góry jakiś założony i ustalony - przez Boga? - plan, odegrał swoją rolę, która mu była pisana od zawsze. I tak - bez niego to wszystko również odnalazło by swój zbawczy finał w boskim planie. Czy Jezus umarł by na krzyżu tak, jak się to stało? Nie wiem, i nie ma to znaczenia. Judasz jest postacią dramatyczną - ale jego dramat polega nie tyle na tym, że wydał Jezusa, ale co zrobił później. Przekreślił sam siebie. Zwątpił i załamał się tak dalece, że utracił wiarę w to, że Bóg swoim miłosierdziem jest w stanie także jego uleczyć. Do czego to doprowadziło - wiemy. 

Dla nas, na półmetku Wielkiego Tygodnia, płynie z tej historii piękna i jakże optymistyczna nauka. Bóg człowieka nie przekreśla - tylko kocha i wybacza, zawsze stojąc przed domem jak ten miłosierny ojciec, wypatrujący marnotrawnego syna. Marnotrawny syn - ty, ja, każdy z nas - musi jednak zebrać się w sobie i wrócić do domu. Bóg czeka z otwartymi ramionami, bez względu na to, co i jak bardzo dobitnie wskazał ci palcem odnośnie ciebie, wytknął ci jakby. Nie możesz tylko sam siebie przekreślić. Reszta jest otwarta.

czwartek, 13 stycznia 2011

Bóg robi to samo. S. Małgorzata Chmielewska i Wspólnota Chleb Życia

Tak jakoś o książkach ostatnio - nic nie poradzę, nadrabiam zaległości czytelnicze - skoro siedzę w domu praktycznie z niewielką przerwą już drugi tydzień. Tym razem sięgnąłem po Generał w habicie. Opowieść o siostrze Małgorzacie Chmielewskiej i Wspólnocie Chleb Życia Stanisława Zawady. Jest to, jak pisze wydawca, opowieść o najsłynniejszej polskiej zakonnicy - i dużo w tym prawdy. Tak się składa, że od jakiegoś czasu staram się systematycznie śledzić bloga s. Małgorzaty - do czego każdego zachęcam, zadziwiając się, jak tak zapracowana osoba ma jeszcze czas na bardzo regularne umieszczanie krótkich, a jednocześnie świetnych zapisków, spostrzeżeń dotyczących życia, świata, wiary i Boga.

Jej brązowy habit i białą chustkę na głowie znają wszyscy. Tak samo jak wysoką, szczupłą sylwetkę i ostry głos. Przyznaje, że robiła w życiu wiele rzeczy. Była nauczycielką, sprzątaczką w męskim klasztorze, pracowała z niewidomymi, odwiedzała kobiety w więzieniu, czasem zabierała do siebie na przepustki. Od wielu lat mieszka z bezdomnymi, alkoholikami, samotnymi matkami i recydywistami po długich wyrokach. Dla niektórych jest źródłem zgorszenia, bo ma dzieci, niekiedy zaklnie jak szewc, bo kurzy papierosa za papierosem. Ci jednak należą do nielicznych. Dla większości jest postacią charyzmatyczną. Każdy, kto choć raz ją spotkał, twierdzi, że nigdy jej nie zapomni.

Generał w habicie to nie tylko opowieść o Małgorzacie Chmielewskiej i jej najbliższych. Przede wszystkim to historie ludzi, z którymi żyje na co dzień, tych, którym po ludzku się nie powiodło.

Małgorzata Chmielewska (ur. 1 stycznia 1951 w Poznaniu) - przełożona Wspólnoty „Chleb Życia”. W dzieciństwie rodzice nie dbali o jej wychowanie religijne. Po ukończeniu nauki w szkole średniej rozpoczęła studia biologiczne na Uniwersytecie Warszawskim. Dopiero po ich zakończeniu zwróciła uwagę na katolicyzm. Początkowo myślała o wstąpieniu do zakonu benedyktynek, następnie do małych sióstr Karola de Foucauld. Pracowała jako katechetka z niewidomymi dziećmi w Laskach i w duszpasterstwie niewidomych u ks. Stanisława Hoinki na ul. Piwnej w Warszawie. Organizowała także pomoc dla kobiet z więzienia przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. W 1990 wstąpiła do wspólnoty „Chleb Życia” w Bulowicach koło Kęt, śluby wieczyste złożyła we Francji w 1998 roku. Obecnie prowadzi domy dla bezdomnych, chorych, samotnych matek oraz noclegownie dla kobiet i mężczyzn. Kobieta Roku 1996 ma czworo adoptowanych dzieci.

Mało szablonowy życiorys, prawda? Zachwyca mnie przede wszystkim jej upór, dążenie do znalezienia swojego miejsca na ziemi i w Kościele. Próbowała w wielu miejscach, pukała do różnych zgromadzeń - w każdym z nich szukała swojego powołania. Co ją wyróżnia? Potrafiła szczerze powiedzieć, Bogu i sobie - to nie to, nie tego szukam. I szukała dalej, aż znalazła najbardziej radykalną formę pomocy tym wszystkim, których my sami odtrącamy - ludzi z marginesu, nałogowców, bezdomnych, odrzuconych - po prostu zamieszkała z nimi, oferując im perspektywę, możliwość godnego życia, wspólnotę. 
 
O czym jest ta książka? To chyba każdy powinien ocenić sam. Już pierwsza jej karta, po stronie tytułowej, zwyczajowo poświęcana dedykacji autora, zawiera bardzo mocne słowa. Nie, nie dedykacji. Przypomnienia, zwrócenia uwagi, jakby wręcz wyrzutu sumienia. Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40). A dalej? Przejmująca i jakże prawdziwa historia samej s. Małgorzaty, jej poszukiwania, tworzenia wspólnoty Chleb Życia tak na świecie, jak i w Polsce, i codzienności, życiowych sytuacji w domach, które wspólnota prowadzi dla tych, którzy się pogubili. A to wszystko - nie dość, że bardzo twardo osadzone w realiach, rzeczywiste, żadne laurki pełne ochów i achów - jeszcze przeplatane opowieściami osób, opisującymi im pokręcone niekiedy bardzo mocno życia, którzy odnaleźli się jakoś właśnie we wspólnocie Chleb Życia. 

To książka o tych, których my - może nie tyle ludzie sukcesu, co jakoś tam sobie dający radę, z pracą, domem, rodziną, perspektywami, planami - często nie zauważamy, albo bardzo staramy się nie zauważać. Dużo może w niej brutalności - ale nie dlatego, żeby coś jaskrawo przedstawić, wywrzeć wrażenie - tylko dlatego, że tak wygląda codzienność ludzi bezdomnych, bez perspektyw, pozostawionych samym sobie. To ludzie, którzy gdzieś kiedyś popełnili błędy - i, co może wydać się dziwne, gdy sami o tym mówią, nie próbują się usprawiedliwiać; mówią, jak jest, wiedzą że źle postąpili. I próbują poskładać te swoje życia, wyjść na przysłowiową prostą. Nie stają się przez te postanowienia ideałami - dalej ciąży im bagaż doświadczeń, cierpienia, odrzucenia, nałogi, ciągoty związane z życiem na ulicy. Jednym się udaje zmienić, innym nie. Może właśnie dlatego opowieść o nich jest tak prawdziwa - bo nie zawsze są w niej happy endy.

Oto ledwie garść najciekawszych krótkich myśli (s. Małgorzaty, ale także innych, cytowanych tam osób) - nie sposób przytoczyć wszystkie, bo niektóre mają sens tylko w kontekście całych, czasem sporych opisów sytuacji: 
Nie umoralniam nigdy. Zastanawiam się, jak im pomóc. 

Miłosierdzie potrzebuje wyobraźni.

Tych, którzy przychodzą po pomoc, nazywa prorokami. - To Chrystus ich do nas przysyła i sprawdza, czy widzimy Go w drugim człowieku - tak uważa. 
 
Nie ma pojęcia "mam dość swojej biedy". Biedak może zawsze pomóc drugiemu biedakowi, który jest w jeszcze gorszej sytuacji.

Żebym mogła z czystym sumieniem zjeść obiad i spokojnie położyć się spać, muszę mieć pewność, że zrobiłam wszystko, żeby inni też mogli spać i jeść. 

Nie stać nas było na wszystko, ale niedobrze, gdy na wszystko stać. Człowiek wychowywany bez ograniczeń nigdy nie zrozumie, że w życiu są ograniczenia. 

Zaczęłam rozumieć, że Kościół to coś więcej niż moja parafia.

Nie można zrywać więzów z ludźmi, za których jesteśmy odpowiedzialni. Miłość to wierność.

Gdy człowiek przestaje szukać - to jest koniec życia. Mam nadzieję, że Pan Bóg nie raz mnie jeszcze w życiu zaskoczy. 

Chrystus prowadzi nas, wskazuje drogę, i pyta - co ty na to? Trzeba mieć tylko odwagę i wyruszyć. 

Miłość zakłada poszanowanie wolności drugiego człowieka. Jeśli czyjś wybór jest zły - pozostaje nam czekać, aż ten ktoś to zrozumie i wróci. Bóg robi to samo. 

Nie wystarczy komuś dać talerz zupy, ale trzeba z nim być.

- Skąd u bezdomnych powołanie do kontemplacji?
Andrzej, który z Agnieszką prowadzi dom na Potrzebnej, tłumaczy: Przecież ci ludzie potrafią godzinami siedzieć na dworcu i patrzeć przed siebie. Wystarczy tylko ukierunkować ich wzrok na Chrystusa. 

Nie można pomagać Bogu przez potyczki z innymi. Można komuś pokazać grzech, ale nie można go niszczyć. 

[x Jacek, mieszka i pracuje w jednym z domów wspólnoty]
- Nie możemy się wynosić ponad nich. Oni potrzebują kromki chleba i okazywania solidarności, a nie naszego wywyższania się. 
Zapalił papierosa, mówi dalej:
- Może my nie jesteśmy wcale od nich lepsi, tylko otrzymaliśmy więcej talentów - powiada. - A może jesteśmy słabsi, a oni silniejsi? I dlatego oni dostali większy krzyż, bo go udźwigną, a my byśmy nie podołali?

[s. Małgorzata] Idzie tam [do kaplicy] zawsze, gdy musi podjąć trudną decyzję. Klęka przed Najświętszym Sakramentem i szuka odpowiedzi. 
- Bez Eucharystii zajdziemy tylko w ludzkie relacje ze sobą i albo będziemy do siebie przywiązani, albo nieprzywiązani - mówi. - A to byłaby katastrofa. 

To my jesteśmy niecierpliwi. Szczególnie w stosunku do innych. Bóg czeka czasami wiele lat. I przez te wszystkie lata idzie krok przed człowiekiem, przecierając szlak. On nigdy nie traci co do nas nadziei. 
Bardzo mocno zachęcam - najpierw do kupienia książki, bo z pewnością jakaś część z dochodu z jej sprzedaży zasila dzieła s. Małgorzaty (kosztuje niecałe 30 zł). 
 
Dalej - do śledzenia:

czwartek, 4 listopada 2010

Nadzieja pełna nieśmiertelności

Dusze sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka. Zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie, a oni trwają w pokoju. Choć nawet w ludzkim rozumieniu doznali kaźni, nadzieja ich pełna jest nieśmiertelności. Po nieznacznym skarceniu dostąpią dóbr wielkich, Bóg ich bowiem doświadczył i znalazł ich godnymi siebie. Doświadczył ich jak złoto w tyglu i przyjął ich jak całopalną ofiarę. Ci, którzy Mu zaufali, zrozumieją prawdę, wierni w miłości będą przy Nim trwali: łaska bowiem i miłosierdzie dla Jego wybranych. (Mdr 3,1-6.9)

Jesteśmy przekonani, że Ten, który wskrzesił Jezusa, z Jezusem przywróci życie także nam i stawi nas przed sobą razem z wami. Wszystko to bowiem dla was, ażeby w pełni obfitująca łaska zwiększyła chwałę Bożą przez dziękczynienie wielu. Dlatego to nie poddajemy się zwątpieniu, chociaż bowiem niszczeje nasz człowiek zewnętrzny, to jednak ten, który jest wewnątrz, odnawia się z dnia na dzień. Niewielkie bowiem utrapienia naszego obecnego czasu gotują bezmiar chwały przyszłego wieku dla nas, którzy się wpatrujemy nie w to, co widzialne, lecz w to, co niewidzialne. To bowiem, co widzialne, przemija, to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie. Wiemy bowiem, że jeśli nawet zniszczeje nasz przybytek doczesnego zamieszkania, będziemy mieli mieszkanie od Boga, dom nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie. (2 Kor 4,14--5,1)

Jezus powiedział do swoich uczniów: Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę. Odezwał się do Niego Tomasz: Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę? Odpowiedział mu Jezus: Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. (J 14,1-6)
Sporo, prawda? Liturgia słowa III mszy wspomnienia wszystkich wiernych zmarłych, czyli z Dnia Zadusznego - tego prawdziwego, 2 listopada, a nie z Wszystkich Świętych. W całości przytaczam praktycznie - bo piękna, i bardzo tutaj jedno z drugiego wynika. 

Już pierwsze z tych słów są jednoznaczne: Dusze sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka. Czy więc, jednak, nadzieja dla wszystkich? Każdy do ostatniej chwili życia ma czas, aby w oczach Boga stać się tym sprawiedliwym w oczach Boga. Nie na pokaz, nie dla własnej korzyści (choć z innej strony - jak bardzo tylko dla siebie) - ale choćby porywem serca, przylgnięciem do Niego, gdy sił może nie starczyć już na nic innego. Czasami myśl to największy - i jedyny - możliwy ze strony człowieka przejaw woli. 

Nie liczy się to, jak ciebie widzą tutaj, na świecie - jak po swojemu, po ludzku, oceniają, szeregują, przypisują do takich a nie innych ludzi. Ważne jest, abyś ty sam wiedział, co jest twoim punktem odniesienia, kompasem, do czego zmierzasz - i tego się trzymał z uporem. Wtedy nie zabłądzisz. Wtedy zawsze, bez względu na opinie innych, będziesz na właściwej drodze - choćby ona była nie wiem jak dziwna, niezrozumiała, trudna czy prawie na pierwszy rzut oka niemożliwa do przejścia. 

Czym jest to nieznaczne skarcenie? Pewnie o czyściec chodzi. Im dalej przez życie idę, i patrzę na to wszystko - tym bardziej mi się wydaje, że zjawisko przeludnienia przenosi się z ziemi na czyściec chyba... bo mało kto wydaje się żyć tak, aby niebo od razu stało dla niego otworem. Jednak nie to jest najważniejsze. Czyściec to przecież też zbawienie - tylko jakby odroczone. Stamtąd już nie ma potępienia. Tylko niemożliwy do przeliczenia po ludzku czas, jaki dusza musi spędzić, uświadamiając sobie to, ile Bożej miłości odrzuciła.  Ból? Tak, ale z pewną nadzieją. Zresztą - czyściec to nie tyle czas, co stan.

Paweł mówi wprost - jako mali i grzeszni ludzie po ludzku niszczejemy, niszczeje ten nasz garnitur człowieczeństwa, skażony naszymi występkami. To jednak nijak nie blokuje działania łaski, która ma nas odnawiać wewnętrznie przez całe życie. O ile tę łaskę, oczywiście, przyjmiemy. O ile nie zamkniemy się na to, i zapragniemy tej odnowy, będziemy nad nią pracowali i starali się.

To bowiem, co widzialne, przemija, to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie. Czy nam się podoba, czy nie. Każdy ma jakiś tam czas, dany od Boga, i nie przeskoczy go. Uważam, że to nawet dobrze, że nie znamy dnia ani godziny, jak to się mówi, naszej śmierci. Czy to by coś pomogło? Coś polepszyło? Bynajmniej. Tylko by przerażała ta bardziej namacalna nieuchronność śmierci - bo znana z daty i godziny. Po co cokolwiek robić - skoro i tak umrę? Niby dzisiaj też każdy to wie, a jednak żyjemy najczęściej - na szczęście - jak najmocniej, starając się najbardziej owocnie przeżyć swój czas, dobrze go wykorzystać. Tak jest lepiej. Po co ci ta wiedza? Śmierć nadchodzi, kiedy ma nadejść - i wiedza o tym momencie nic nie zmieni, niczego nie odwlecze. 

Naszym przeznaczeniem - wolą Boga względem każdego człowieka - jest trwanie także po śmierci. Życie, którego śmierć jest początkiem - paradoks, skoro tyle osób na głowie staje, żeby uświadomić, że po tym ziemskim życiu to już nic nie ma... Możemy tę Bożą wolą przyjąć i z nią współdziałać, chcąc żyć po śmierci - możemy to odrzucić. Pytanie pozostaje o konsekwencje - jak to jest? Logicznie - skoro Bóg daje wolną wolę aż do zanegowania i odrzucenia Jego samego... to taka decyzja człowieka powinna być uszanowana przez Niego. Nawet taka. Czyli takie własnoręczne potępienie się przez kogoś, kto Boga olewa. 

Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Tak, tu o nic innego, jak tylko o strach nie chodzi. Boimy się. Zaryzykuję stwierdzenie - im więcej po ludzku mamy do stracenia (poprzez śmierć), tym bardziej - kasa, splendor, tytuły, majątek, opinia. Nie wnikam - czy te dobra zdobyte uczciwie, czy nie, słusznie czy niesłusznie - ale to boli, gdy człowiek nagle uświadamia sobie, że jak umrze, to nic z tego ze sobą nie weźmie dalej. Że ten cały Bóg popatrzy na niego dokładnie takiego samego, jak go na ten świat powołał - nagiego, bezbronnego. Tyle że z naręczem... no właśnie, czego? Uczynków - ale dobrych czy złych? 

Nie mamy się bać. Bo nie ma się czego bać. Bo to, co nas czeka po śmierci - to nie jest jakiś los na loterii, kwestia przypadku czy zbiegu okoliczności, farta lub jego braku. To, co nas czeka po śmierci - to logiczne następstwo tego, jacy tu byliśmy, co i jak robiliśmy, jakie decyzje podejmowaliśmy. Zbawienie nie jest naszym jakimś trofeum - ale wypadkową tego, co Bóg mi zaproponował, i tego jak ja na tę propozycję odpowiedziałem; nie słowami - ale czynami. Słabi jesteśmy, więc grzechy nas męczą - ale i na to jest sposób: wola walki, chęć zmian i praca w tym kierunku, a po drodze - spowiedź sakramentalna. Bóg nie oczekuje od człowieka doskonałości i tego, żeby był aniołkiem - anioły ma w niebie. Oczekuje tego, aby człowiek choćby już u kresu życia to właśnie zrozumiał, za tym zbawieniem zatęsknił i chciał je osiągnąć. Z tym w parze zawsze pójdzie żal za to, co złe było. A wtedy, uważam, bramy do nieba stoją przed człowiekiem otworem - w najgorszym wypadku, po przejażdżce do czyśćca. 
Choć nas zasmuca nieunikniona konieczność śmierci, * znajdujemy pociechę w obietnicy przyszłej nieśmiertelności. * Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy, * i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, * znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie. (I prefacja za zmarłych)
Życie zakończy się tutaj, na ziemi, tylko wtedy, gdy człowiek odrzuci Boga i to wszystko, co On proponuje, świadomie i dobrowolnie. Tzn. i tak się nie skończy dosłownie - ale przemieni się... w mękę. Niestety. Czy Miłosierdzie Boże może przewyższyć ludzką wolę? Czy Bóg może zbawić wbrew woli człowieka? Myśląc o ludziach - było by dobrze, gdyby tak to działało. Jak to sformułował Jan Turnau - dobrze by było, by Boża wszechmoc mocniejsza była niż ludzka wolność. Oj, dobrze by było. 

Sobota i niedziela upłynęły pod znakiem odwiedzania cmentarzy, co dobre było. Na W. - rodzina generalnie ze strony mamy. Babcia, prababcia i cale stado rodzeństwa prababci i dalszych krewnych z tej strony. No i grób wujka ojca - gdzie pierwszy raz poszliśmy. I grób ojczyma mamy. Ale też grób pewnej pani, która zmarła w 1957 - przyjaciółki prababci. Porzucony grób, już od jakiegoś czasu do likwidacji. Ale mama, od kiedy pamiętam, zawsze tam chodzi. I grób W. - kolegi rodziców, który zmarł tuż po 50. urodzinach. Przesympatyczny, gruby, wielki facet, którego śmiech wszystkich urzekał.

Potem - drugi koniec miasta, S. Tu z kolei rodzina ze strony ojca. Dziadkowie obydwoje, kawałek dalej prababcia. Okazuje się, że wolne miejsce koło grobu dziadków to miejsce, jakie ojciec już wykupił z myślą o sobie i mamie. Hmm, dziwnie tak, jak się o tym mówi wprost... Nie mam z nim nie wiem jak dobrych relacji - ale ciężko by było, jakby odszedł. W końcu to ojciec. A jednak - czas leci, widać że rodzice się starzeją - dobitniej w przypadku teściów, ale i na moich też czas zaczyna się odznaczać. Trzeba być gotowym - śmierć jest bardziej pewna niż cokolwiek innego na tym świecie.

Podeszliśmy też na grób Arkadiusza Rybickiego. Niepozorny, drewniany szkielet i prosty krzyż. Fakt, blisko głównej arterii nekropolii. Śmiesznie nieco, bo nieopodal części... hm, zasłużonych poprzedniego systemu - jak się idzie, to wszędzie tow. XY i podobne inskrypcje. Ale widać, o Aramie wielu pamięta - sporo świeczek, kwiaty.

A we Wszystkich Świętych na największy trójmiejski cmentarz - Ł. - gdzie leżą rodzice teściowej. Rodzina teścia - w Pile, stamtąd pochodzi. Poza dziadkami żonki poszliśmy na grób jej wuja, ojca świadkowej na naszym ślubie. 

Choć to były dni refleksji, to spędzone miło. Fajnie było się tak razem po cmentarzach przejść z rodzicami i teściami. Trochę się człowiek o rodzinach dowiedział przy okazji, a co. Przeraża mnie nieuchronnie przybliżający się moment, że kiedyś przecież to my sami - z naszym synkiem - przyjdziemy na te same cmentarze... już na ich, rodziców, groby. Ale taka przecież jest kolej rzeczy, prawda? Trzeba być na to przygotowanym.

Tak sobie uświadomiłem - mama nigdy nie poznała teścia (a mojego dziadka, ojca ojca), bo zmarł kiedy ojciec był kilkunastoletnim chłopakiem. Dziadek P. wnuków nie doczekał się. Babcie nas poznały - mnie i młodego, czy żonę (babcia S. - mama teściowej - odeszła 2 lata i 2 dni przed naszym ślubem...). Te odwiedziny na grobach były jakby symboliczne - nasi dziadkowie (i pradziadkowie, itp) poznali swojego (pra)wnuczka - maleństwo, które żonka pod sercem nosi.

Te dni pamięci o zmarłych... przytłaczają. Pozytywnie, w sensie. Im dłużej idziemy przez życie, im dalej się w to życie zapędzamy - siłą rzeczy, tym więcej osób po drodze mijamy, którzy nas w wędrówce na to bezpośrednie z Bogiem spotkanie wyprzedzają, umierając. Dużo takich osób. W zeszłym miesiącu pisałem o B. Kwieceń - Smoleńsk. I raz na jakiś czas - kolejni, którzy odchodzą. Bardzo wiele tych osób - mniej lub bardziej bliskich, ale jakoś tam znanych, jak nie osobiście to z relacji najbliższych. I taka świadomość - skoro oni dzisiaj pozostają w naszej, i mojej, wdzięcznej pamięci - to znaczy, że byli ludźmi dobrymi, że są wzorami do naśladowania. A to jest wyzwanie, także (może przede wszystkim) dla mnie. Bardzo często staram się modlić o coś, może śmiesznego - żeby ci zmarli przodkowie, którzy patrzą na nas z drugiej strony, nie musieli się za nas wstydzić. 

We Dzień Zaduszny w rodzinnych stronach dobiegłem na mszę za zmarłych wieczorem, a potem wziąłem udział w kawałku (niestety, nie dałem rady być na całości) procesji różańcowej na cmentarzu. I pomiędzy tymi zdrowaśkami, jakby w nie wpleceni, z jednej strony ci wszyscy, których werbalnie wspominaliśmy w poszczególnych dziesiątkach, o czym była mowa, z drugiej dusze tych, którzy tam leżą na tym konkretnym cmentarzu, a wreszcie z trzeciej strony - myśli pełne wdzięczności i tęsknoty do tych wszystkich mnie bliskich, rodziny, przyjaciół, znajomych, księży, którzy gdzieś tam w życiu moim zaistnieli, i tak szybko odeszli. 
Nazywają cię brzydulą
uciekają w te pędy po kolei
biorę ciebie na ręce
jak królika na szczęście

śmierci - chwilo największej nadziei