Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oczekiwanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oczekiwanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 grudnia 2015

Nagroda za wytrwałość

Gdy upłynęły dni ich oczyszczenia według Prawa Mojżeszowego, przynieśli Je do Jerozolimy, aby Je przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu. Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego. A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela. A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu. Była tam również prorokini Anna, córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach. Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą. Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy. A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta - Nazaret. Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim. (Łk 2,22-35)
Ten obrazek (teksty z wczoraj i dzisiaj) pokazuje, że Święta Rodzina to żadni ludzie, którzy w związku ze swoim wybraniem, swoją rolą i oddaniem im pod opiekę Jezusa uważali by się za lepszych, wyjętych spod Prawa, mogących robić, co im się podoba. Wiele lat później Jezus powie, że nie przyszedł prawa znieść, ale je wypełnić (Mt 5, 17). Dlatego doszło do tej sytuacji, dlatego tamtego dnia poszli do świątyni: aby uczynić zadość temu, co ustanawiało prawo mojżeszowe. 

Czym się wyróżniali Symeon i Anna? Pewnie niezbyt wieloma rzeczami. Na pewno byli już mocno posunięci w latach. A jednak, ewangelista mówi właśnie o nich. Dlaczego? Bo w ich życiu Bóg bardzo dobitnie pokazał, że spełnia obietnice. Że wypełnia dane słowo. Obydwoje byli ludźmi wiary, głębokiego zawierzenia (stąd działanie Ducha Świętego w nich, o czym mowa wprost); w stosunku do Anny pada wręcz pojęcie prorokini. Można by zapytać - na co, na Kogo czekali? Bo to nie takie oczywiste - dla wielu Izraelitów przyjście Mesjasza oznaczać miało po prostu rewolucję, zbrojny powstanie przeciw Rzymowi i zdobycie władzy, królowania w taki właśnie - namacalny, realny - sposób. 

Symeon czekał na Mesjasza - po prostu, Tego, którzy przyjdzie od Boga. Pewnie był człowiekiem bardzo doświadczonym i życie po prostu nauczyło go, aby nie zakładać nic, nie czynić niepotrzebnych założeń, nie stawiać tez i nie gdybać. Bóg obiecał, że ujrzy Mesjasza - więc czekał. A Duch Święty sprowadził go do świątyni (podobnie jak Annę) w tamtej właśnie chwili, kiedy wchodziła tam Święta Rodzina. Podobnie i Anna, która dosłownie służyła Bogu i czekała na Mesjasza tam, w miejscu uważanym za Jego dom, aby być blisko. 

Doczekali się obydwoje, choć wielu na ich miejscu mogło by być zdziwionych. Żart jakiś? Małe dziecko w pieluszkach, niemowlak nie umiejący pewnie jeszcze usiąść, jeść samodzielnie, a co dopiero cokolwiek powiedzieć, napisać czy zadziałać? To ma być ten Mesjasz? Tak, bo Bóg obiecał Mesjasza, i w taki właśnie, najbardziej normalny, sposób Mesjasz przyszedł między ludzi: urodził się człowiekiem, łącząc natury boską z ludzką w swojej osobie. Czy to jest aż tak dziwne i niezrozumiałe? Przy naszym rozumieniu władzy może i tak. Ale tak naprawdę - czy to nie był najbardziej oczywisty sposób? W każdym razie, wiara była potrzebna choćby do tego, aby pojąć taką a nie inną prawdę - wielki i nieograniczony Bóg w maleńkiej kruchej dziecinie. Prawda, którą ogarnąć można tylko wiarą. 

Ci dwaj staruszkowie to dla nas naprawdę niedościgniony wzór. Nie tylko uśmiechania się i rysowania rybek czy gołębi, jak jest fajnie i się wszystko układa - ale wytrwałości, oczekiwania i zawierzenia Bogu. I to nie na dzisiaj, jutro czy rok; oni czekali całe życie, kilkadziesiąt pewnie lat. Czekali może po ludzku bez sensu, wbrew logice i nadziei, którą wielu by dawno straciło - i dlatego w Ewangelii czytamy właśnie o nich, a nie o tylu innych młodych, narwanych, zmieniających zdanie, założenia czy punkt odniesienia co chwilę, w zależności od sytuacji. Warto było? Zobaczyli Jezusa, oczekiwanego Mesjasza. Tak, warto było. Bóg obiecał i słowa dotrzymał, nagrodził wytrwałość i cierpliwość. 

Dzisiaj kantyk Symeona Bóg jeden wie ile osób codziennie odmawia jako hymn w komplecie, ostatniej wieczornej godzinie kanonicznej w ramach modlitwy brewiarzowej. Piękna modlitwa dziękczynna - w liturgii godzin jako zwieńczenie dnia, w ustach Symeona jako wdzięczność ku Bogu za zrealizowanie obietnicy sprzed lat. 

Pan Jezus przychodzi i pragnie być rozpoznany, tak jak Go rozpoznali Symeon i Anna. Ile już razy odwracałeś, mniej lub bardziej świadomie, wzrok od Niego? Nie uciekaj, nie odwracaj się od Niego. I nie chowaj Go gdzieś do kieszeni, głęboko. Idź z Nim do każdego na swojej drodze, bo tam właśnie On pragnie dotrzeć. 

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Jan od oczywistych oczywistości

Pytały go tłumy: Cóż więc mamy czynić? On im odpowiadał: Kto ma dwie suknie, niech [jedną] da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni. Przychodzili także celnicy, żeby przyjąć chrzest, i pytali go: Nauczycielu, co mamy czynić? On im odpowiadał: Nie pobierajcie nic więcej ponad to, ile wam wyznaczono. Pytali go też i żołnierze: A my, co mamy czynić? On im odpowiadał: Nad nikim się nie znęcajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na swoim żołdzie. Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku dla oczyszczenia swego omłotu: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym. Wiele też innych napomnień dawał ludowi i głosił dobrą nowinę. (Łk 3,10-18)
Nie bez powodu Jezus powie - cztery rozdziały tej samej ewangelii później - że "między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana. Lecz najmniejszy w królestwie Bożym większy jest niż on" (Łk 7, 28), równocześnie, o czym wielu zapomina, dopowiadając, że tam, dokąd zmierzamy, każdy jeden najmniejszy będzie... większy od Jana. 

Na czym polegał fenomen Jana Chrzciciela? Wtedy tylko Jana - przydomek dostał później, a jeszcze później zaczęto określać go "świętym". Fenomen był, bo ludzie za nim szli, miał całą grupę uczniów - ewangelista zaś mówi o tłumach wręcz. Jan wymagał od ludzi. Nie oferował cukierkowych, lukrowanych i kapiących serduszkami obrazków o tym, jak to jest świetnie, sielsko, idealnie i nic nie trzeba robić, "tak mnie, Boże stworzyłeś, to mnie masz". My jesteśmy z natury bardzo leniwi (czego piszący te słowa jest przykładem wręcz fenomenalnym...), a mimo tego, cenimy, kiedy ktoś czegoś od nas wymaga. Zwracamy na taką osobę uwagę, słuchamy jej - kiedy na pytanie "co mamy czynić" dostajemy nawet trudną, ale konkretną odpowiedź. A to pytanie, prędzej czy później, stawia każdy. 

Z jednej strony się nie chce - ale z drugiej: hm, skoro on czegoś chce, formułuje jakieś twierdzenia i zalecenia, to mu na mnie zależy. Tak właśnie to działa Jezus, do którego Jan - czy sobie zdawał z tego sprawę, czy nie - prowadził ludzi. I może właśnie dlatego Jan jest taką klamrą, spinającą Stary Testament i otwierającą Nowy Testament, ostatnim prorokiem starotestamentalnym - tym, któremu dane zostanie, jak Symeonowi, wskazanie Syna Bożego (Łk 2, 25-32). Bóg nigdy nie obiecał, że będzie sielankowo, z górki, lajtowo - ale mówi wyraźnie: to rób, od tego wara. Może łatwo nie jest, ale nagroda murowana. Pretensje możemy mieć tylko do swoich własnych wyborów - a najczęściej, do ich konsekwencji. Róbta, co chceta - tylko się potem nie dziwta (jak to pewien ksiądz sparafrazował świetnie Jerzego Owsiaka). Bo mamy wolność wyboru - do konsekwencji tych wyborów włącznie; będą tylko nasze, ale i tam będzie przy mnie Bóg. 

O czym mówi Jan? Nic nowego w stosunku do tego, co powie Jezus. Nie kradnij. Nie wykorzystuj swojej pozycji do uciskania innych. Podziel się z tym, który ma mniej. Tu nie ma żadnej magicznej uniwersalnej recepty na wszystkie problemy życia - Jan nie mówi nic odkrywczego. A jednak, tłumy go słuchają. Nie dochodzi do żadnego cudu, powołania (jak w przypadku apostołów po spotkaniu Jezusa). Mówi - prozaicznie - do urzędników (celników i żołnierzy) o tym, aby przyzwoicie i uczciwie robili swoje. Nie każe porzucić wszystkiego i zamknąć się w jakiejś pieczarze na pustyni, aby się pościć i modlić. 

Brzmi dziwnie, jakoś tak... Smętnie? No właśnie nie. Nie bez powodu właśnie taki a nie inny tekst czytany jest w III niedzielę adwentu, czyli Gaudete. Nie żadna "niedziela radości" - ale wręcz tryb rozkazujący: radujcie się! Za 10 dni przyjdzie Pan. To nie jest tak, że Bóg nam opowiada jakieś truizmy i mamy sobie radzić. Bóg pokazuje, że radość od Niego płynącą można odnaleźć zawsze i do tego nas zaprasza. 

Mówi o tym I czytanie (So 3,14-18a) - zaufaj Panu, mocarzowi, w Nim złóż nadzieję, a on po prostu rozwali to, co jest na twojej drodze i co faktycznie (a nie w twoim odczuciu) jest złe. Bóg sobie z wszystkim poradzi - nasza rola to Mu zaufać i uwierzyć w to, co trochę ciężko zrobić z miną przegranego, który nie wierzy w nic i nikogo (a tak to wygląda często - wiem po sobie). Mówi o tym też kapitalne II czytanie, które uwielbiam:
Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się! Niech będzie znana wszystkim ludziom wasza wyrozumiała łagodność: Pan jest blisko! O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem! A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł waszych serc i myśli w Chrystusie Jezusie. (Flp 4,4-7)
Nie mamy, jak jakieś klauny, biegać i cieszyć się z byle czego. Bóg daje nam radość ostateczną, tą, która z Niego wypływa - bo On jest tuż, tuż, stoi prawie za płotem, nadchodzi. I znowu nawiązuje do tego, co mamy robić - złóż swoje troski i problemy przed Nim, przedstaw to wszystko Jemu, zostaw to Jemu. Podobnie jak u Sofoniasza, tam były słowa: "On zbawi, uniesie się weselem nad tobą, odnowi swą miłość, wzniesie okrzyk radości". To wystarczy. Nigdy dość mówienia o tym, że my mamy jakoś wbite do głów, że na Jego miłość musimy "zapracować", nie wiem, odmawiając konkretną ilość różańców czy litanii - nie! Po prostu uwierzyć, że On może i chce się zająć tym, co w moim życiu jest trudne, zagmatwane, poranione i tragiczne. Ale ja muszę Mu na to pozwolić. 

Ta radość jest dla każdego. Ale jest jeden warunek - musisz chcieć się nawrócić. I mieć świadomość, że może być niebezpiecznie - Jan, dosłownie, z powodu Jezusa stracił głowę. 

poniedziałek, 30 listopada 2015

Na co ja właściwie czekam?

Jezus powiedział do swoich uczniów: Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie. Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi. Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym. (Łk 21,25-28.34-36)
W kontekście I niedzieli Adwentu trzeba generalnie powiedzieć o dwóch sprawach. 

Po pierwsze, ludzie generalnie zatracili taki zmysł wyczekiwania na przyjście ponowne Pana Boga z biegiem czasu od momentu Wniebowstąpienia (pisałem o tym szerzej ze 2 tygodnie temu w kontekście Królestwa Bożego). Z naszą cierpliwością jak to jest, to każdy widzi - najlepiej na sobie - więc w sumie nic dziwnego. Tym niemniej, to, co się dzieje, widzimy i powinniśmy... no właśnie, co? Wyciągać wnioski. Nie bawiąc się w analityków - ale odnosząc to, co widzimy, do Słowa Bożego. 

Nie da się ukryć, to, co widać, optymizmem specjalnym nie napawa. Państwo Islamskie dzielnie rozwala Wschód, zabijani są ludzie nie tylko z powodu wiary i jej mężnego wyznawania (bo nie sądzę, aby to sprawdzano tak drobiazgowo), co za sam fakt bycia ochrzczonym - co, jak wiemy, czasami wcale nie przeszkadza w, delikatnie mówiąc, obojętności religijnej w ramach zasady "a po co się Bogu narzucać". Jesteś katolikiem i możesz tylko za to umrzeć. Ludzie są wyrzucani z pracy za to, że się przeżegnali w przerwie na posiłek albo za noszenie dyskretnego krzyżyka. Domaga się zrównania praw homoseksualistów z prawami rodziny, włącznie z prawem do "małżeństwa" i wychowywania dzieci (homoseksualizm kwitł już w antyku - jednakże jakoś był zawsze kwestią tabu). Przemysł aborcyjny kwitnie w ramach realizacji tzw. prawa kobiety do decydowania o samej sobie i swoim ciele - bo kto by się przejmował taką błahostką, jak prawo człowieka do życia (tego małego, nienarodzonego, po prawniczemu nasciturusa - nawet prawo rzymskie dawało mu szereg uprawnień!). Równocześnie, w starzejących się coraz bardziej społeczeństwach rzekomo chrześcijańskiej Europy szerzy się na potęgę przemysł eutanatyczny. I, tak bardziej prozaicznie, coraz bardziej różnej maści spece biją na alarm: te bogactwa naturalne zaraz się wyczerpią, zabraknie gazu, ropy, systemy zasilania nie wytrzymają kolejnych upałów. O, matko... Co to będzie?

Postawa wobec tych sytuacji - nie wiem, czy koniec świata będzie, dzisiaj, jutro, czy za 10 lat, ale można chyba przyjąć, że jest to bliżej niż dalej? - może być dwojaka. Albo "ostatni uciekający gasi światło", co widać bardzo często i przebija się w rozmowach, pomiędzy różnymi próbami zabezpieczenia siebie (co samo w sobie brzmi kuriozalnie - czekam na "ubezpieczenia od końca świata" :)) Albo zamiast bezmyślnej paniki zaczniemy słuchać Boga: "A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie". Warto uświadomić to sobie w kontekście, rozpoczętego wczoraj w Polsce, jubileuszu 1050-lecia chrztu naszego kraju. To spore dziedzictwo - nie mówię o tradycji - ludzi, którzy żyli w czasach o wiele trudniejszych od naszych, i wytrwali w wierze i ta wiara właśnie dawała im siły. Tu nie chodzi o bezmyślne papugowanie przez nas - ale o jakąś tam refleksję. 

Człowiek gotowy nie ma się czego bać w kontekście "końca świata", a właściwie to ponownego przyjścia Pana Jezusa. Bo właśnie jest gotowy i pozostaje gotowy nie tylko dzisiaj, ale stara się być taki i jutro, i starał się być gotowy wczoraj. Tak, jest to jakiś tam wysiłek. Ale warto. I ten właśnie Pan Jezus bardzo ładnie wymienia, powyżej, co można wziąć tak na "pierwszy ogień" w mojej własnej walce o tę gotowość: obżarstwo, pijaństwo (nie mylić z - potrzebną każdemu i po prostu naturalną od czasu do czasu dobrą zabawą, w której nie ma nic złego), troski doczesne czyli szeroko pojęty materializm. Z jedzeniem sam czasami mam problem, z pijaństwem chyba akurat nie (ale wielu ma), a materializm i zbieractwo to chyba problem każdego z nas. Jest duże pole do popisu i jeszcze calutkie 24 dni rozpoczynającego się jutro grudnia, aby ten Adwent wykorzystać kreatywnie i walczyć: nie ze sobą, ale z tym, co mi przeszkadza w byciu gotowym na spotkanie z Bogiem. Kapitalnie to wczoraj określił o. Grzegorz Kramer SI: "Dopiero ktoś, kto nabierze ducha, pozwoli Jemu panować w różnych dziedzinach życia, może podnieść głowę, bo nie ma nic do ukrycia". 

Po drugie zaś, to są słowa o oczekiwaniu i trzeba o nie właśnie zadać sobie pytanie. 

Oczywiście, to bardziej jakby naturalne wydaje się w kontekście tego, o czym tu piszę, dość łatwe do przewidzenia - czy ja w ogóle oczekuję tego Boga, wyczekuję Jego Narodzenia, czy betlejemska noc i szopka z narodzoną Maleńką Miłością to jest dla mnie jakikolwiek punkt odniesienia? Czy po prostu cały każdy dotychczasowy Adwent i każde święta to wyłącznie szopka taka. Jezus Chrystus przychodzi do tej szopki - ale nie dla szopki. Jeśli masz robić coś bez sensu, z przyzwyczajenia, dla świętego spokoju - to chyba lepiej daj sobie spokój. Będziesz dzięki temu uczciwy wobec siebie. Ten Bóg przychodzi właśnie do mnie i do ciebie, do każdego. Ale żeby Go spotkać, trzeba tam się najpierw wybrać, potem przejść drogami Adwentu i dotrzeć z zachwytem w sercu, nadzieją i miłością właśnie tam, do stajenki. Dać coś z siebie. Zawalczyć o siebie, pokazać, że chcesz czekać, że to oczekiwanie jest ważne i ma sens. 

Ale warto zastanowić się tak bardziej prywatnie. Czego ja oczekuję - od życia, od ludzi szczególnie dla mnie bliskich (rodzina, przyjaciele, sympatia, małżonek), a także, i to może najpierw, od siebie samego? Jezus Chrystus nie rodzi się jako automatyczny mesjasz, który naciśnie magiczny guzik i, tadam!, nastąpi "z urzędu" zbawienie każdego człowieka, czy mu się to podoba, czy nie. Bóg w Jezusie chce przyjść w indywidualny i wyjątkowy sposób do każdego ludzkiego serca - mojego, twojego, i ile by tam miliardów ich jeszcze nie było. I żeby w ogóle odnaleźć się wobec Jego propozycji - trzeba najpierw wiedzieć, czego się samemu chce. Co jest moim marzeniem, co jest sensem mojego życia, do czego porywa się moje serce. Odpowiedź na to pytanie nie jest egoizmem - jest punktem wyjścia do budowania dalej relacji, zarówno z Bogiem, jak z innymi. Żeby wiedzieć, kim chcesz być w relacji z drugą osobą - także Bogiem - musisz najpierw wiedzieć, kim jesteś sam, i do czego zmierzasz. 

Początek Adwentu to jest taki świetny moment, bo przełom roku (liturgicznego - do kalendarzowego jeszcze miesiąc). Pewnie, wiele mogło nie wyjść w tym kończącym się nie udać, może przesadziłem z postanowieniami, z których nic nie wyszło, a może wręcz odwrotnie, przesiedziałem go wygodnie z pozycji biernego widza, dzielnie kibicując albo podśmiewając się - byle tylko samemu nic nie zrobić. No to od tej niedzieli jest okazja, aby to zmienić - i nikt nie zrobi tego za Ciebie. 

Na koniec takie krótkie modlitewne westchnienie ze Świętej Przestrzeni:
Panie Jezu, Ty powiedziałeś, że jesteś Światłem Świata i naszą Drogą, Prawdą i Życiem. Daj mi odkryć jak mam podróżować z Tobą podczas tego adwentu w kierunku nowego Światła – Ciebie.

niedziela, 15 listopada 2015

Chwile oczekiwania

Jezus powiedział do swoich uczniów: W owe dni, po tym ucisku, słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte. Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą. Wtedy pośle On aniołów i zbierze swoich wybranych z czterech stron świata, od krańca ziemi aż do szczytu nieba. A od drzewa figowego uczcie się przez podobieństwo! Kiedy już jego gałąź nabiera soków i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach. Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą. Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec (Mk 13,24-32)
Zawsze - przy tych fragmentach mówiących o powtórnym przyjściu Jezusa na świat - bardzo zazdrościłem tym, którzy czy to (wow!) Jezusa w życiu mieli okazję jako człowieka widzieć, poznać, czy też żyli bezpośrednio w czasach i słuchali tych, którzy z Jezusem chodzili, słuchali Jego słów, patrzyli na Niego - mieli na wyciągnięcie ręki. Dlaczego? 

Bo dla nich to było coś oczywistego - Pan przyjdzie ponownie, i to nie w perspektywie tysiącleci, stuleci, dziesięcioleciu. Już niedługo. Za ich życia. Oni nie żyli w strachu, nie starali się tego odwieźć, oddalić - mieli świadomość ponownego przyjścia Zbawiciela, bardzo go pragnęli i wyczekiwali. Takie bezustanne, bo ciągle w perspektywie, w zasięgu wzroku - chwile oczekiwania. Tęsknota za Tym, który był, jest i który - jak to słyszymy w jednej z formuł pozdrowienia po rozpoczęciu Mszy Świętej - przede wszystkim przychodzi. Nie tylko niematerialnie, jako Żyjący i Zwycięski Pan i Władca, który przenika każdego dnia pragnienia i myśli naszych serc - ale Ten, który po prostu przyjdzie ponownie na świat. 

Co się stało potem i doprowadziło do tego, z czym mamy do czynienia najczęściej dzisiaj? Nie wiem. Znudzenie? Zniecierpliwienie? Zapomnienie? Czas leciał, a słowa Jezusa jakby się nie wypełniły dosłownie. Przeminęły pokolenia, i to niejedno, a nic się nie wydarzyło. Może dlatego, że Bóg liczy inaczej niż my? Nie wiem. Perspektywa Jezusa - Zwycięzcy, który wyszedł z grobu, a potem wstąpił do nieba - odsuwała się, niknęła gdzieś tam. Radość oczekiwania okrzepła. Przyzwyczailiśmy się do tej prawdy - słuchamy jej z, większym lub mniejszym, zainteresowaniem w kościele, czasami zastanawiamy się nad tym pewnie w kontekście odejścia kogoś bliskiego, pożegnania na pogrzebie. Okrzepło to, przyzwyczailiśmy się, zaszufladkowaliśmy tę wielką rzeczywistość, i tak sobie żyjemy. 

Właściwie już tylko w Modlitwie Pańskiej zostało takie - pewnie dla wielu nieświadome w ogóle - wspomnienie, kiedy wypowiadamy słowa przyjdź Królestwo Twoje. O co się modlimy? O Jego królowanie w naszych sercach już dzisiaj, tutaj, teraz, żeby ta Boża rzeczywistość nie była żadną utopią czy bajką, ale stawała się tym, w czym żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. Ale też właśnie - i może przede wszystkim - o to, aby On przyszedł ponownie do nas, po nas. Wyrażamy naszą tęsknotę do momentu przejścia, kiedy to, co jest, się zakończy, a Bóg uczyni wszystko nowym, odmieni, otoczy chwałą. 

Tu nie chodzi o życie w strachu, o bojaźń i apokaliptyczne spojrzenie na cały świat. Chodzi o świadomość własnej kruchości i tego, że Bóg może przyjść w każdej sekundzie, minucie czy godzinie życia. Teraz, jutro, za tydzień, albo tysiąc lat po mojej śmierci. O gotowość i umiejętność zdystansowania się do tego, co ziemskie - tak, dane nam do wykorzystania i czynienia dobra, ale przemijające, nietrwałe. 

Jezus nie mówi nam nic innego, jak tylko: patrz, obserwuj, wyciągaj wnioski. Widzimy zmiany pory roku, wzrost, owocowanie, przekwitanie. Tak samo będzie z Dniem Ostatecznym. Pewne znaki już widać - o ile tylko się chce je zobaczyć i zauważyć. Nie po to, żeby się bać i uciekać, bawić w zbieractwo (które i tak nic nie da) - ale po to, aby otworzyć serce i radośnie, z wiarą oczekiwać. To już tuż, tuż? Świetnie. Przecież na to wszyscy czekają, prawda? Nadejdzie Bóg Sędzia, ale nie w naszym małym ludzkim rozumieniu, ale sądzący z miłości i z miłosierdziem. Znajdujący w nas dobro, którego bardzo często sami nie umieliśmy zauważyć. 

Czy koniec świata jest bliski? To wie tylko On. Z perspektywy jednego z kilku miliardów ludzi na tym świecie można na pewno powiedzieć, że dzieje się bardzo wiele, zmienia się Kościół, zmienia się rzeczywistość, wydają się stawać na głowie różne porządki i pewniki, punkty odniesienia. My nie mamy się bać. To jest tylko przypomnienie - będą znaki? Będą. Wyciągaj wnioski. "Wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach". Czuwaj, bądź gotowy. Uporządkuj to, na co zwykle czasu brakowało, może nieświadomie. Poskładaj to, co się rozsypało. Może to już za chwilę?

Gdyby ktoś chciał poczytać świetnie napisaną w formie powieści historię o Sądzie Ostatecznym i tych dniach - polecam serię Jerry'ego B. Jenkinsa i Tima LaHaye wydaną w Polsce już dość dawno przez Vocatio - widzę, że dostępna np. w Księgarni Mateusza. Pierwsza część to "Dzień zagłady". Fikcja literacka, ale świetnie napisana. Sam nie przeczytałem jeszcze, ale sobie to obiecuję od dłuższego czasu. Ja polecam. 

sobota, 19 kwietnia 2014

Sobota


Ostatni dzień Triduum Paschalnego dla mnie jest wyjątkowy z kilku powodów. 

Tak naprawdę - pomimo, że mówi się, że to Wielki Piątek jest jedynym dniem roku bez Eucharystii - to tak naprawdę Wielki Piątek ma swoją własną liturgię (liturgię słowa i adorację krzyża), a Wielka Sobota nie. Bo święcenie pokarmów, jak by nie patrzeć, jest czymś nieco innym - a wieczorna liturgia Wigilii Paschalnej należy już do Niedzieli Zmartwychwstania. Ot, taki niuans liturgiczny. Taki dzień pomiędzy. 

Dzień pomiędzy tajemnicą Męki Zbawiciela, która jeszcze wybrzmiewa we wczorajszym Jezusowym "wykonało się", a - już nadchodzącą, wyczuwalną - radością pustego grobu i świadomością wszystkich tego konsekwencji. Dzień tak naprawdę milczenia i zadumy. Umęczony Król Świata umarł, adorujemy w ciszy Jego ciało złożone w grobie - żeby już wieczorem (ci, którzy wezmą udział w Wigilii Paschalnej - mniej więcej pewnie teraz, kiedy to piszę), albo w czasie niedzielnych Mszy Świętych radować się i wyśpiewywać całym sercem: Alleluja! Jezus żyje znów! Wciąż nieśmiało, jakby z jakąś niepewnością - czekamy na hymn "Niech w święto radosne paschalnej ofiary..." i ewangeliczne słowa z jakby retorycznym pytaniami: kogo szukacie? dlaczego szukacie żywego pośród umarłych? Tak, ten grób znowu okaże się pusty. 

Dzisiaj przychodzimy - czasami świadomie, specjalnie - do grobu Jezusa, aby Go adorować, zmówić przysłowiową choćby zdrowaśkę. Niektórzy przychodzą ot, jakby od niechcenia - "tradycyjnie" poświęcić pokarmy w kościele, chociaż równocześnie ich wiara i utożsamianie z chrześcijaństwem i katolicyzmem sprowadza się jedynie raz w roku do tego (w tym kontekście zupełnie niezrozumiałego i oderwanego od rzeczywistości) gestu; nie ma ich na Mszy Świętej (bo Bóg jest wszędzie), modlić się nie modlą (jak wyżej, więc On wie wszystko), itp. - co jest tematem wielu memów, krążących po sieci. Pół biedy, jeśli przy tej okazji chociaż chwilę pozawracają Bogu głowę, a może i nawet do spowiedzi pójdą. Najczęściej jednak po prostu (pustej i niezrozumiałej) tradycji staje się zadość i z poczucie dobrze spełnionego obowiązku wracają do domu. Dla mnie bez sensu.

Dla mnie ten dzień jest wyjątkowy w tym roku także z innego powodu - to pierwsza Wielkanoc bez Mamy. Za dwa miesiące minie rok od jej odejścia. Ciężko... Nie potrafię opanować łez, kiedy staję nad grobem. W tym sensie mogę powiedzieć - wcale nie jest tak, że czas leczy rany; zapominam o tym na co dzień, ale gdy ją wspominam, boli ciągle tak samo. Ale do rzeczy - Wielka Sobota to chyba dzień, kiedy najwięcej z nas udaje się na cmentarze. Zakupy zrobione, posprzątane, człowiek z tej przyzwoitości idzie odwiedzić także tych, którzy po pierwsze pewnie sami nas tego kiedyś uczyli, a po drugie sami są już po tej drugiej stronie, dokąd wszyscy zmierzamy. Te wszystkie groby - Jezusowy i naszych zmarłych - przeplatają się ze sobą, łączą. Modlitwa rozpoczęta na adoracji Jego grobu w kościele trwa nadal przy mogiłach naszych najbliższych: rodziców, dziadków, krewnych, znajomych. 

My mam nadzieję świadomie do tego Jezusowego grobu biegniemy - jak Piotr i Jan, o czym liturgia będzie mówiła jutro w ciągu dnia. Dzisiaj odwiedzaliśmy Grób Pański z modlitwą, otwierając serce przed Bogiem, który wypełniwszy swoją misję na ziemi, zastąpił do piekieł. Ot, choćby po to, aby podziękować za ten miniony rok, za Wielki Post, podsumować swoje wyrzeczenia, postanowienia, wyciszyć się w tym całym bałaganie przygotowań domowych (mycie, sprzątanie, gotowanie, zakupy). A równocześnie - mniej lub bardziej świadomie - zbliżamy się, najczęściej w biegu, z każdym dniem naszego życia do własnego grobu. Tylko że my wierzymy, że ten grób to nie koniec, to moment przejścia, trudny i konieczny początek czegoś o wiele piękniejszego, doskonałego - do czego zaprasza nas Bóg. Ten Bóg, którego Syna adorowaliśmy dzisiaj w grobie, który jutro uraduje cały świat swoją pustką. 

sobota, 14 grudnia 2013

Pokora, wiara i ofiara

Na wstępie - zdałem, II rok mam za sobą, jeszcze tylko jeden. Oficjalnie grudzień jest miesiącem odpoczynku, bez zajęć, co w moim przypadku oznacza jedynie brak konieczności taszczenia ze sobą akt do domu raz w tygodniu. I czasem na nadrabianie listopadowych zaległości (co już mi się prawie udało). 

Mam pełną świadomość, że zaliczenie tego kolokwium (powszechnie uznawanego za najgorsze na aplikacji) nie tyle jest zasługą mojej wiedzy, co pomocy Opatrzności, która postawiła przed nami takie a nie inne zadania (pasujące dokładnie do tego, pod kątem czego się przygotowywałem), a fakt zdobycia jednego punktu więcej niż wymagano do zaliczenia - to zasługa wielu życzliwych ludzi, którzy się o to modlili. 

Zatem, w telegraficznym skrócie, kilka myśli.

>>>

Gdy Jezus wszedł do Kafarnaum, zwrócił się do Niego setnik i prosił Go, mówiąc: Panie, sługa mój leży w domu sparaliżowany i bardzo cierpi. Rzekł mu Jezus: Przyjdę i uzdrowię go. Lecz setnik odpowiedział: Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale powiedz tylko słowo, a mój sługa odzyska zdrowie. Bo i ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu: Idź! - a idzie; drugiemu: Chodź tu! - a przychodzi; a słudze: Zrób to! - a robi. Gdy Jezus to usłyszał, zdziwił się i rzekł do tych, którzy szli za Nim: Zaprawdę powiadam wam: U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary. Lecz powiadam wam: Wielu przyjdzie ze Wschodu i Zachodu i zasiądą do stołu z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem w królestwie niebieskim. (Mt 8,5-11)
Piękne słowa (z poniedziałku 02 grudnia), których dzisiaj brakuje tak bardzo większości ludzi posiadającym władzę. Setnik - ten, który odpowiadał za stu mu podległych. W przełożeniu na dzisiejszy język - nie tyle kierownik, bardziej dyrektor. Świadomy tego, co może, ale także wiedzący, że w pewnych sprawach od ludzi pochodząca iluzoryczna władza naprawdę nie ma nic do rzeczy i nie jest argumentem. Że przed Bogiem takie kwestie nic nie znaczą - liczy się tylko człowiek, w tym wypadku cierpiący. Bóg widzi troskę tego przełożonego - który w trudnej chwili potrafi sam być człowiekiem. Co więcej, widzi też wielką wiarę i pokorę, które każą mu zaprotestować, kiedy Jezus proponuje, że sam przyjdzie, aby dokonać cudu. Wie, że Bóg potrafi zadziałać i bez tego. 

A ile razy my - stojąc już dosłownie pod ścianą - nie potrafimy tego pojąć, i bezmyślnie walimy łbem w mur, za wszelką cenę starając się własnymi siłami coś zdziałać, nawet gdy jest to praktycznie nierealne. Zamiast po prostu uklęknąć i poprosić. Co więcej - ile razy bezmyślnie de facto powtarzamy słowa setnika, które Kościół wkłada nam w usta podczas każdej Eucharystii - "Panie, nie jestem godzien...". 

>>>

I takie luźne przemyślenie, jakie usłyszałem w zeszłą niedzielę. Pro-konsumencka rzeczywistość praktycznie od 02 listopada, a czasami i wcześniej, kiedy niektórzy jeszcze w klimacie Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego odwiedzają groby, wali w nas ze wszystkich stron kolorowymi tlenionymi blondynkami w obcisłych czerwonych wdziankach albo podejrzanie wyglądającymi starszymi grubasami z brodą, stylizowanymi niby to na antycznego biskupa Miry o imieniu Mikołaj (którego dzisiaj 99% ludzi właśnie z takim pajacem w czerwieni kojarzy). 

Ale tak się nie da. Chrześcijanin tak nie może. Po to jest czas pomiędzy - ostatnia prosta roku liturgicznego, uroczystość Chrystusa Króla, a potem czterotygodniowe adwentowe radosne oczekiwanie. Ciemność kościoła, kiedy dopiero na Gloria rozświetla się światłami, wcześniej pełen pojedynczych migających lampek lampionów. To też jest przygotowanie - że człowiek zwleka się z wyra i idzie na te roraty, po ciemku, w śniegu, marznie czasami, a potem do szkoły czy pracy. To też może być postanowienie - nie tyle nie zjem słodyczy albo nie posiedzę mniej przy komputerze (choć to bardzo dobre), ale pójdę chociaż ze 2 razy w tygodniu. Bardzo żałuję, że nie mam jak brać w nich udziału - niestety, dojeżdżam do pracy tyle, że kiedy o 6:30 rozpoczynają się w parafii roraty, ja jestem już w drodze do pracy. Ja chciałbym tam być, a nie mogę - pytanie, ilu jest takich, którym nic nie stoi na przeszkodzie, poza lenistwem? Jest jeszcze czas, równe 10 dni. 

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Pobudka!

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak było za dni Noego, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Albowiem jak w czasie przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich, tak również będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. (Mt 24,37-44)
Dla mnie czas Adwentu to zawsze był moment o tyle bardziej zauważalnym, odczuwalny, że mocno wpisany w tą zupełnie inną porę roku. W naszym AD 2013 zmieniło się to prawie równo i wręcz odczuwalnie - od połowy zeszłego tygodnia przymrozki, posypało (zasypało?) przez 2 dni śniegiem, zima idzie, co bardzo mocno widać i po aurze, temperaturze, chmurach... To takie naturalne i logiczne - w tej właśnie scenerii, uczciwszy tydzień temu Jezusa jako prawdziwego Króla ze wszystkimi królewskimi prawdziwymi (nie ludzkimi) atrybutami, zamykamy rok kościelny i rozpoczynamy kolejny Adwent naszego życia. Który to już? U mnie będzie 28. 

Ten czas jest niesamowity choćby z jednego powodu - właśnie w Adwencie, dzięki tym słowom Marana Tha zwracamy się do Niego w taki sposób, w jaki powinno to mieć miejsce cały czas - z takim radosnym utęsknieniem, wyczekiwaniem. Przyjdź, Panie Jezu! Nie tak abstrakcyjnie, gdzieś tam na jakiejś gwieździe betlejemskiej czy komecie, jako prawie Mikołaj z workiem prezentów - ale tutaj, dzisiaj, do mnie, właśnie teraz, w tym momencie. Może dlatego właśnie kolejne słowa et Verbum caro factum Est czyli Słowo, które stało się Ciałem? Stanie się, i my tego pragniemy, do tego się przygotowujemy - właśnie przede wszystkim przez to, aby pozwolić Adwentowemu Słowu działać, zamieszkać dosłownie (nie tylko do 24 grudnia) i mocno we mnie. Stanie się Ciałem, o ile Mu na to pozwolimy - nie tylko mówiąc, idąc na roraty, robiąc postanowienia, czytając pobożne teksty - ale po prostu robiąc Mu miejsce i będąc gotowym. 

Pierwsza wskazówka jest już w I czytaniu - to o przekuwaniu mieczy na lemiesze i włóczni na sierpy (Iz 2, 1-5). W budowaniu inaczej pokoju - najpierw w sobie, potem wokół siebie, między ludźmi, szczególnie wyciągając rękę i umiejąc przebaczyć, schować urazy tym, od których szczególnie wiele nas dzieli. Zabrać swoją dumę, ego, pychę, pogardę, zazdrość i tę cała resztę brudu - i postarać się, aby w te święta Bóg nie tylko jakoś zmieścił się w moim sercu, ale by mógł być tam, gdzie dwóch lub trzech zbierze się w Jego imię - tych, którzy do tej pory szczególnie nie mogli na siebie patrzeć. 

Pobudka! O tym mówi Paweł (Rz 13, 11-14) do współczesnych mu Rzymian, czyli właściwie do całego znanego wtedy świata. U nas zima otula to wszystko, to ciche i mroczne nieco tym samym oczekiwanie - ale my wiemy, że w tej nocy swojego życia zbliżamy się do Światła, które w ciemności świeci i którego ciemność nie przezwycięży nigdy. Zbliża się czas przyjścia Pana, zbliża się ten dzień. Wystarczająco długo tkwimy w marazmie, beznadziei, egzystując (bo nie żyjąc) z dnia na dzień, byle jacy, z byka patrzący na siebie. Ten Adwent nie tylko ma nas obudzić, ale też pobudzić do tego, aby coś ze swoim życiem zrobić. 

Co? Tutaj każdy już sam musi sobie odpowiedzieć. Posłuchać. Nie siebie, jak zwykle, ale wsłuchać się w Niego. Roraty to bardzo dobry czas, kiedy światło nagle rozświetlające świątynię potrafi dosłownie oświecić serce i umysł, popchnąć do działania.  Bo to On działa. 

wtorek, 24 września 2013

Piękne pożegnanie

Pogrzeb Janka był piękną uroczystością, o ile pogrzeb może być piękny.

Piękny nowy i nie kiczowaty (co jest rzadkością) kościół, a tym piękniejszy, bo pełen ludzi, dla których Janek był ważny i chcieli go odprowadzić w ostatnią drogę. 

Bardzo zróżnicowana oprawa muzyczna - organista, solista wokalny, a i 2 pieśni na gitarze (w tym przepiękna i nieznana mi jedna, na uwielbienie). 

Tak, jak się spodziewałem, przyjechał ks. Darek - nasz katecheta ze szkoły. Chyba znał podłoże problemu, bo niewiele mówił. 

Ale powiedział piękną krótką homilię, w której nawiązał do tekstów czytań (Mdr 4, 7-15 i któraś wersja przypowieści o gospodarzu, który wraca niespodziewanie, ale zastawszy sługę gotowego, "przepasze się i będzie mu usługiwał" - Łk 12, 35-40?). Mówił, że w takiej sytuacji wydaje się, że najlepiej jest zamilknąć i rozważać w sercu, że słowa to za mało albo za dużo - ale z drugiej strony trzeba wyraźnie i mocno podkreślić, jaką należy wyciągnąć z odejścia - w tym wypadku Janka - naukę, szczególnie kierując te słowa do młodych. Nie ma śmierci zbyt wczesnej, nie ma śmierci zbyt późnej - każda jest dokładnie w sam raz, o czasie, o ile tylko człowiek jest na nią gotowy (to myśl ze zmarłego ks. Kazimierza Kloskowskiego, który też bardzo młodo odszedł, a miał wypowiedzieć ją nad grobem swojego brata). I w tym wszystkim taka nasza bezmyślna lekkomyślność, brak umiejętności wyciągania wniosków - stąd te gorzkie słowa "a ludzie patrzyli i nie pojmowali, ani sobie tego nie wzięli do serca, że łaska i miłosierdzie nad Jego wybranymi i nad świętymi Jego opatrzność" - i te słowa trzeba umieć odnieść do nas, którym tak bardzo często się wydaje - także w sytuacji konfrontacji z czyimś odejściem - że ja mam czas, ja zdążę, przecież mam życie przed sobą... No właśnie - mam albo nie mam. Tylko że tego nie wiem i nie dowiem się nijak (stąd Jezus mówi o "chwili, której się nie domyślacie"). Mam tylko jedną szansę, aby być gotowym. Jezus ciągle przychodzi, stuka i kołacze - a nadejdzie moment, kiedy będzie to zaproszenie nie do odrzucenia, na takie podsumowanie życia, które w tym momencie dobiegnie końca. 

I ja bardzo wierzę - bez względu na to, co doprowadziło Janka do śmierci - że nawet w swojej rozpaczy wierzył i wiedział, że Jezus był koło niego... choćby po to, aby go przeprowadzić dalej, na drugą stronę. Może niekoniecznie jako wzór człowieka wiary, "dobrego katolika" - Janek poprzedził nas w drodze tam, dokąd wszyscy zmierzamy i mniej lub bardziej świadomie pragniemy dotrzeć. On już nie ma wątpliwości - Bóg przytulił go do swego serca.

Adieu, Jasiu - do zobaczenia z Bogiem i w Bogu. Pilnuj nas z góry. 

Palec Boży? Tak, tym razem również. W poprzednim tekście wkleiłem linka do "Zdumienia" z oratorium Rubika. Które później usłyszeli wszyscy na zakończenie liturgii pogrzebowej, w bardzo pięknej aranżacji. To wszystko miało sens. Ma sens...

niedziela, 25 sierpnia 2013

Wielkie drzwi z kolumnami

Jezus nauczając, szedł przez miasta i wsie i odbywał swą podróż do Jerozolimy. Raz ktoś Go zapytał: Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni? On rzekł do nich: Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli. Skoro Pan domu wstanie i drzwi zamknie, wówczas stojąc na dworze, zaczniecie kołatać do drzwi i wołać: Panie, otwórz nam! lecz On wam odpowie: Nie wiem, skąd jesteście. Wtedy zaczniecie mówić: Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś. Lecz On rzecze: Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście. Odstąpcie ode Mnie wszyscy opuszczający się niesprawiedliwości! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów, gdy ujrzycie Abrahama, Izaaka i Jakuba, i wszystkich proroków w królestwie Bożym, a siebie samych precz wyrzuconych. Przyjdą ze wschodu i zachodu, z północy i południa i siądą za stołem w królestwie Bożym. Tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi. (Łk 13,22-30)
To zdecydowanie nie w naszym stylu. W ostatnich dniach miałem okazję zwiedzić kawałek Polski, mniejsza o szczegóły. W tym czasie przejechałem kawałek spory tzw. Polski B - czasami bida, aż przykro, ale jedno się powtarza: jak tylko jakiś porządniejszy dom stoi, to marmury (albo atrapy) i koniecznie kolumny z wielkimi drzwiami. Na bogato i z przytupem. A ten cały Jezus nam tu dzisiaj o czymś zupełnie innym mówi. 

Lubimy się rozpychać, przepychać, być pierwszymi, zauważonymi, znanymi i rozpoznawalnymi. I w tym wszystkim chyba dość rzadko ktokolwiek sobie zadaje pytanie: czy mi się to należy? czy nie ma kogoś bardziej zasługującego na pierwszeństwo? czy to nie jest niegrzeczne, nie wypada się tak wpychać? czy zdobywanie uwagi ludzi i mediów (a najczęściej ludzi przez, za pośrednictwem mediów) ma służyć tak naprawdę czemukolwiek poza zaspokojeniem swojej własnej pychy i rozdmuchanego do granic ego? Przykre bardzo jest to, że tak właśnie dzisiaj na świecie otwiera się wiele drzwi - im bardziej na pokaz, sztucznie i pod publiczkę, tym większa szansa, żeby się na coś fajnego załapać: kasę, sławę, kasę + sławę, albo choćby chwilową łaskawość i zainteresowanie kamer. Okazję do zaistnienia, choć tak naprawdę jako jeden z tłumu "znanych z tego, że są znani", o których nic więcej powiedzieć nie można i którzy tak naprawdę nic nie mają do zaoferowania poza przesadzonym mniemaniem o sobie. 

Taki cel łatwo osiągnąć - co widać dzisiaj wszędzie, na każdym kroku: gazety, telewizja, radio, tytuły prasowe, internet. Rośnie grupa ludzi, którzy skupiają się na byle jakim zaistnieniu tu i teraz, porzucając i tracąc z oczu (o ile kiedykolwiek przed nimi je mieli) to, do czego dążyć i zabiegać o co należy przede wszystkim. Te najważniejsze, choć może nie najbardziej reprezentatywne drzwi. To najpiękniejsze i najbardziej bezinteresowne zaproszenie ze wszystkich, bo od Boga pochodzące. Nie wystarczy bowiem nosić nawet najbardziej złoty i na najgrubszym złotym łańcuchu krzyżyk, chodzić i odstać niedzielną czy świąteczną Mszę Świętą, nie zabić i nie kraść (albo przynajmniej nie w sposób rzucający się w oczy), żeby zmieścić się w te wąskie drzwi, o których mówi Jezus. To, że nie jestem w sposób oczywisty zły, nie czyni mnie od razu dobrym. Można odmieniać imię Boże przez przypadki x razy dziennie, a usłyszeć od Niego w dniu sądu: nie znam cię, nie wiem, skąd jesteś. 

W tym tekście mowa jest o wąskich drzwiach - obrazek dość prosty - a gdzie indziej ewangelista zapisuje podobne słowa z posłużeniem się obrazem ucha igielnego, czegoś nierealnego. Przesłanie jest jednak oczywiste - wysiłek, nie pójście na łatwiznę, nie to co fajne i najbardziej oczywiste czy wygodne, ale to, co wymaga pracy, wyrzeczenia, wysiłku i zaangażowania. Te właśnie prowadzą do wąskich, ale tych lepszych, bo oferujących o wiele więcej za sobą drzwi. Dobrze jest też zwrócić uwagę na to, jak sformułowano pytanie, w odpowiedzi na które te słowa wypowiedział Jezus: czy tylko nieliczni będą zbawieni? A On - wielu będzie chciało, ale nie będą mogli. Ja tu jednak widzę nadzieję - bo według mnie jest w tych słowach mowa o czyśćcu, nie o potępieniu. Nie będą mogli, zamknięte drzwi, obserwowanie zbawionych, pierwsi jako ostatni - to przecież słowa o tych, którzy Niebo będą mieli przed sobą, choć jeszcze nie w tym momencie, ale w dalszej perspektywie. Nie odrzuceni, ale muszący jeszcze swoje przejść, poddać się czyśćcowi. Zatem - jeśli chcieć szukać odpowiedzi wprost - zbawienie to perspektywa dla każdego, pytanie tylko w jakim czasie: czy wystarczy nam życia tutaj na ziemi, czy też potrzebny będzie jeszcze czas później. Ale Jego Miłosierdzie i tak jest większe od nas. 

sobota, 30 marca 2013

Chwile oczekiwania

Twoja obecność łączy wszystkie serca,
Przyjdź do nas, Panie, pomóż pokonać słabości.
Z niecierpliwością Ciebie oczekujemy
Tęskniąc za Tobą. 
Jeszcze chwilę czekam tak, aż przyjdziesz, Panie.
Jeszcze chwilę wyśpiewam Tobie powitanie.
Jeszcze chwilę... 
W Twoim domu zawsze świeci jasność,
Dajesz ciepło ludziom, którzy przychodzą,
I kołaczą, Panie, tęskniąc za Tobą
Tęskniąc za Tobą. 
Jeszcze chwilę czekać na Ciebie, Panie, trzeba.
Jeszcze chwilę, by wszystkie znaki ujrzały nieba.
Że Pan się zbliża! 
Jeszcze chwilę czekam tak, aż przyjdziesz, Panie.
Jeszcze chwilę wyśpiewam Tobie powitanie.
Jeszcze chwilę...
Nigdy nie zastanawiałem się nad etiologią tego tekstu. Teoretycznie pasuje do Bożego Narodzenia. Nawet bardziej, bo - jak napisał ks. Artur Stopka - Jezusowi współcześni nie oczekiwali, nie czuwali w tę noc poprzedzającą Zmartwychwstanie. Oni nie wiedzieli, że coś takiego nastąpi, nie mieściło im się to w głowach - więc nie mieli na co czekać. 

Ale chyba żadne inne słowa tu i teraz lepiej nie oddają tego, co jest we mnie, co czuję. Jezus jako brakujące ogniwo łączące wierzących, ten który przyszedł i przeszedł przez krzyż, aby złamać wszelkie słabości, który - choć wtedy wcale nie oczekiwany - przychodził po kolei i objawiał się ludziom, który pozostawił najpiękniejszą obietnicę życia bez końca już po tym życiu, dla każdego, który zapragnie i zakołacze. 

My dzisiaj wiemy, co wtedy się wydarzyło - wspominamy te wydarzenia od przeszło 2000 lat. Szkoda, że tak wielu ludziom nawet taki szmat czaus nie wystarczył, aby się przekonać do Jezusa, aby Mu uwierzyć. My wierzymy i w tej - dziwnej, nawet jak na polskie realia - raczej zimowej i bożonarodzeniowej aurze przeżywamy nasze chwile oczekiwania. Paschalna noc zapada, a nad ranem...? Pusty grób z całą swoją wspaniałością i wymową. 

Czasami aż się boję, kiedy zdaję sobie sprawę, że dla niektórych ten czas oczekiwania może być nawet ważniejszy... bo później wrócą do swoich zajęć, jakby się nic nie stało, nie wyciągając żadnych wniosków. A w tych ostatnich dniach, Świętym Triduum, można się "zarazić" oczekiwaniem - w tym pozytywnym sensie, nie szału zakupów, prezentów, ciasta, żurku, jajek... 


Jezus prawdziwie zmartwychwstał - czy nam się to podoba, czy nie, i bez względu na to, ile czasu poświęcimy na próby udowadniania sobie, że jest inaczej, albo że te dni to jedna wielka laba święta obżarstwa, jajeczek, żurku, ciast, czekoladowych jaj, zająców itp. 

Aby Ten, który przychodzi jak świt, mniej lub bardziej wyczekiwany, zmartwychwstały przecież właśnie dla nas, zmartwychwstał w nas i pozwolił nam samym zmartwychwstawać z tego, co słabe, brudne, bezduszne i małe - tyle razy, ile trzeba, do końca. 

Nie bójmy się konfrontacji z Bożą miłością w obliczu Zmartwychwstałego!

niedziela, 9 grudnia 2012

Zabiegana gotowość

Spóźnione, zeszłotygodniowe...
Jezus powiedział do swoich uczniów: Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie. Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi. Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym. (Łk 21,25-28.34-36)>
Jezus nigdy człowieka nie straszy - choć ktoś może tak uważać, czytając pobieżnie te słowa. Tak naprawdę, zarówno pierwotni słuchacze tych słów wtedy, jak i my dzisiaj możemy powiedzieć śmiało - noo, sprawdza się. Bo tak jest. Tu nie chodzi o to, czy potrafimy sobie pewne zjawiska wytłumaczyć, że dzisiaj jest w tym zakresie lepiej - bo wiemy, co to zaćmienie księżyca, potrafimy je co do sekundy przewidzieć, rozumiemy na czym polegają komety, jak funkcjonują ciała niebieskie, staramy się zapobiegać powodziom czy tsunami albo huraganom. Choć, tak naprawdę, z tej wiedzy niewiele wynika - i tak, przy całej swojej technice i postępie, co chwilę jakby Bóg pokazywał palcem: za bardzo wierzycie w siebie i swoje możliwości. 

Stąd tak konkretne i dosadne słowa - uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. Można być człowiekiem bardziej niż bardzo zajętym, a równocześnie tracić czas na sprawy jedynie doczesne. W których, rzecz jasna, nie ma nic złego samego w sobie - mam rodzinę, pracuję, muszę zapewnić sobie i bliskim dach nad głową, pożywienie, pokarm itp. Ale w tym wszystkim nie mogę utracić Bożej optyki, nie mogę zapomnieć o Bogu i sprawach o wiele dalej niż do następnej wypłaty czy raty kredytu sięgających. 

Chrześcijanin to człowiek chodzący z podniesioną głową i także o tym Jezus nam dzisiaj przypomina. Ale nie ze względu na zarozumiałość czy wyjątkowo wysokie o sobie mniemanie, przerośnięte ego - nic z tych rzeczy. Człowiek chodzący z głową prawie że w chmurach - właśnie dlatego, że świadomy swojej małości, słabości i grzeszności, a zarazem nie chcący za nic przegapić Najważniejszego Gościa, który zmierza ku nam - z jednej strony, aby ponownie narodzić się w betlejemskiej stajni, a z drugiej strony od wieków z każdym dniem zbliża się, aby dokonać ostatecznego Sądu nad tym, co było, jest i kiedykolwiek będzie. Te nasze głowy w górze mają być po prostu uniesione Bożym Duchem, nie inaczej jak tylko z radości spowodowanej bliskością tego, czego wyczekujemy - przyjścia Pana. I nie ma tu żadnego znaczenia, czy On przyjdzie faktycznie za mojego życia, czy dopiero gdy moje kości zmienią się znowu w popiół po wielu latach czy wiekach spędzonych w grobie - liczy się to, czy i jak na Niego czekałem, co z tym swoim danym i zadanym życiem zrobiłem. 

Co więcej - adwent to czas podejmowania pracy nad sobą i wyrzeczeń, zatem Bóg prosi, abym - poza pracą i czasem dla Niego (to dopiero wyczyn...) - znalazł też w sobie chęć i umiejętność do podzielenia się z innymi, wsparcia ich. Wigilijne Dzieło Pomocy w postaci świec czy Szlachetna Paczka ks. Jacka Stryczka i jego Stowarzyszenia Wiosna to pewnie najbardziej rozpoznawalne pobożne inicjatywy - przy czym nie jedyne, więc warto popatrzeć, co się dzieje naokoło, w parafii, albo po prostu samemu spróbować pomóc, ot, choćby sąsiadowi w potrzebie, o którym mało kto wie. Twórczo i dobrze wykorzystać ten czas, a przede wszystkim nie zmarnować go na sobie jedynie. A może w tym wszystkim znaleźć inspirację i sposób na działanie dla innych nie tylko adwentowe? Paradoksalnie, człowiek bardzo w ten sposób zajęty z pewnością Boga nie przegapi, ani dnia Jego przyjścia. Po prostu będzie na niego gotowy - w tym, czym będzie się zajmował. Taka zabiegana gotowość. 

>>>

>Nie chwaliłem się dotąd, bo trochę zarobiony byłem po sesji, nadrabiając najpilniejsze zaległości - zakończona pozytywnie, wszystko pozdawane w pierwszych terminach ze średnią powyżej 4 :) Tak więc za wszelkie wsparcie niezmiernie dziękuję - biorąc pod uwagę np. przebieg kolokwium ustnego czy układ pytań testowych, nie wątpię, że Ktoś mi pomagał :)

>>>

Pewnie wielu ma takiego pecha, jak ja, ponieważ pracuje w godzinach, w których nijak się nie da brać udziału w roratach. Niestety. Paradoksalnie, sam byłem kilka lat wstecz w rodzinnej parafii przeciwnikiem "wieczornych" mszy roratnich.  

Trzeba sobie radzić - a ja polecam Langustę na palmie, czyli internetowe rekolekcje adwentowe o. Adama Szustaka OP pt. "Nocny złodziej" (linki do poszczególnych nagrań są na profilu o. Adama na FB). Nowe części w niedziele, wtorki i czwartki adwentu.

>>>

Bardzo dużo się dzieje. Nasz dotychczasowy sufragan odbył wczoraj ingres do katedry pelplińskiej, jego dotychczasowa stolica tytularna przypadła już, o ile pamiętam, nowemu sufraganowi białostockiemu, zresztą nie jedynemu polskiemu biskupowi mianowanemu w tych dniach (także za granicą). Papieski sekretarz ks. prałat Georg Gaenswein od wczoraj jest Prefektem Domu Papieskiego w randze arcybiskupa - ciekawe łączenie stanowisk, mnie martwi to, że może sugerować brak zaufania Benedykta XVI do innych osób i podejrzliwość w kontekście ledwo co zamkniętej (pytanie, czy do końca rozwiązanej w zakresie mocodawców?) afery z jego kamerdynerem. A z zakonnego podwórka - suspensa nałożona na dniach przez prowincjała na o. Fabiana Błaszkiewicza SI, znanego i charyzmatycznego kaznodziei, trenera rozwoju osobistego, który (nazwijmy to po imieniu) porzucił swój dom zakonny... po czym, po podaniu powyższego do wiadomości, odmówił komentarza, zdając się na wolę przełożonych. 

czwartek, 4 października 2012

Do-czekanie

Nigdy nie przypuszczałem, że przed 30-stką przyjdzie mi wracać do rodzinnej dzielnicy na pogrzeb rodziców kolegów ze szkoły podstawowej. A jednak...
 
We wtorek byłem na pogrzebie ojca jednego z najlepszych kumpli z podstawówki. Fakt, od jej ukończenia lat minęło -naście, relacje się - delikatnie mówiąc - rozluźniły, jednakże stwierdziłem, że powinienem tam być. Trudno, urwałem się z zajęć, i przyjechałem. Ładny słoneczny dzień, ciepło jak na jesień, pięknie wręcz - a takie przykre okoliczności.
 
Tragiczna historia - niespełna 54 lata, pojechał człowiek na ryby i już nie wrócił. Tzn. wracał, ale do domu nie dojechał, bo jakiś dzielny i brawurowy kierowca postanowił, że jego przepisy nie obowiązują, jechał środkiem i go, dosłownie, staranował. Uderzył samochodem tak, że tatę kolegi praktycznie zmiażdżył. Jedno dobre, że się człowiek nie męczył, zmarł od razu. Została żona, która spędziła z nim większość życia, syn i nastoletnia córka. Wszystko takie nierzeczywiste, nierealne.
 
Uroczystość była kameralna, ale bardzo piękna - mam na myśli Mszę, bo na pogrzeb nie mogłem pojechać. Proboszcz mówił ciut za długo, ale naprawdę mądrze i na temat (różnie z tym bywa). Żona zmarłego uczy w okolicznej podstawówce, więc pojawiło się troszkę nauczycielek - miło, że były, miło było mnie zobaczyć te osoby. Rodzina, sporo, no i przyjaciele dzieci.
 
Taka śmierć to niesamowite kazanie - mówione przez odchodzącego do nas, jako tych, którzy pozostają. Ewangelię słuchaliśmy na temat czuwania i gotowości. Mam takie głębokie przeświadczenie, że zmarły słuchał jej razem z nami, tylko z tej drugiej strony - zanurzony już w Boga tak mocno, jak to tylko możliwe, możliwe po śmierci. Zrozumiałe jest, że w takiej sytuacji - szczególnie ze strony najbliższych - padają pytania o sens, o cel, o przyczynę takiego zdarzenia; czemu on, czemu teraz, po co? Tylko że na to nie odpowiemy. To nas przekracza, przerasta.
 
Natomiast możemy i w takim kontekście powinniśmy zadać sobie pytanie o siebie, o to, co będzie, jeśli nas taka sytuacja spotka - i nagle nić życia po prostu się urwie, niekoniecznie w tak tragicznych okolicznościach. Wtedy nie będzie drugiej szansy - staniemy oko w oko z Bogiem, czy w niego wierzę, czy nie, bo tylko On tam jest. Gotowość to takie mądre i wymagające słowo - jednak w kontekście tego, o co prosi i co sugeruje Pan, nie stanowi czegoś niewykonalnego. Bo być gotowym to po prostu żyć z Nim, żyć z Bogiem i w Bogu - a nie obok, negując Go albo odsuwając jako folklorystyczny dodatek, taki kwiatek, o którym przypominam sobie przy niedzieli, święcie, ślubie, komunii czy - o, właśnie - pogrzebie. Gotowość to przejaw tej mądrości, która pozwala dobrze przeżyć życie, a przede wszystkim dobrze żyć - tu i teraz - bez względu na to, co czeka za zakrętem.
 
W zasadzie to jest całkiem logiczne - skoro w Niego wierzę, to czemu miałbym odwlekać i odsuwać od siebie, zostawiając na później, to, co powinno być nie tylko odległym celem, ale przede wszystkim pragnieniem i wyczekiwaniem mojego życia - moment spotkania ze Stwórcą, od którego każdy z nas pochodzi i każdy z nas zmierza. Chór TGD w jednym ze swoich kawałków śpiewa: "Oczekuję Ciebie, Panie, jesteś mym oczekiwaniem"...
 
Wierzę, że zmarły tata kolegi też na swój sposób oczekiwał, a tamto tragiczne wydarzenie sprzed kilku dni stało się dla niego prezentem, niespodzianką - takim do-czekaniem. Przeżył swoje oczekiwanie i Bóg przyjął Go do swego domu. O niego się nie martwię - nie mógł trafić w lepsze ręce. W tej sytuacji proszę za nich - za żonę, za kolegę i siostrę - aby On sam był dla nich ukojeniem, aby w ich skołatane i poranione tą śmiercią serca zesłał pokój, jaki tylko On może dać człowiekowi.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Staranie o wszystko - gotowość na wszystko

Jezus powiedział do swoich uczniów: Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie. Bo rzecz ma się podobnie jak z człowiekiem, który udał się w podróż. Zostawił swój dom, powierzył swoim sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. Lecz co wam mówię, mówię wszystkim: Czuwajcie! (Mk 13,33-37)
Nie wiem, jak ty, ale ja bardzo lubię adwent. Jest w tym okresie coś, co bardzo przyjemnie przywołuje wspomnienia z dzieciństwa, kiedy człowiek z radością, nawet bez budzika, zrywał się w środku nocy prawie, żeby na tę 6:00 być w kościele pełnym ludzi, w ciemności, wpatrywać się w procesję w bieli i potem radośnie śpiewać Chwała na wysokości Bogu, kiedy w kościele zabłysną światła. 

Zaczyna się nowy rok liturgiczny, AD 2012. Pozostawiamy za sobą tamtą rzeczywistość, tamten czas, to co było słabe i niedoskonałe. Z nadzieją, wpatrując się w mrok, kroczymy w kierunku Betlejem, gdzie już niebawem ma stać się cud. 

Oczywiście, w braku dobrej woli może być tak, że ktoś dojdzie do prostego (acz błędnego) wniosku - "znowu w tym Kościele straszą i rozstawiają po kątach". Ani o strach, ani o dyscyplinowanie nie chodzi. Bóg nie uważa nas za bezmózgie tłumoki, które nie rozumieją, co się do nich mówi - kocha nas i szanuje, ale jednocześnie wie i pamięta, jak często i łatwo zapominamy o tym, co najważniejsze. Bóg zaprasza do czujności i uwagi. To nie jest tak, że powinniśmy po prostu siedzieć i patrzeć się w niebo, nic nie robią. Życie tutaj - rodzina, przyjaciele, praca, zainteresowania, pasje - są ważne. Chodzi o to, aby nie tracić z oczu tego, do czego zmierzamy i nie pogubić perspektywy. Jesteśmy tutaj, dzisiaj żyjemy po ludzku - ale zmierzamy do tego, co po ludzku niezrozumiałe i niewytłumaczalne, ale po stokroć lepsze i piękniejsze, bo wieczne. 

Ludzie są tak dziwnie skonstruowani, że czasami im się myli Adwent z Wielkim Postem. Obydwa to okresy wyciszenia, ale jak bardzo inne. Owszem, postanowienia i wyrzeczenia w obydwu są bardzo mile widziane i na pewno z pobożnych pobudek podjęte mogą wiele pomóc. Ale w Adwencie jest jedna rzeczywistość, o której łatwo zapomnieć - radość. Adwent to radosne oczekiwanie. Więc tej właśnie radości zabraknąć nie powinno, i ona powinna być jakby naturalnym tłem tego czasu. 

Mamy wielkie zadanie do wypełnienia na świecie. Każdy - swoje własne, jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne. Bóg zostawił nam "staranie o wszystko", a tym "wszystkim" jest zarówno świat jako całość, jak każdy z nas. Zajęcie, jakie nie tyle wyznaczył, co ofiarował każdemu z nas, to nasze powołanie oraz talenty złożone w nasze ręce. Nie jest tak, że Bóg wziął i zaprogramował nas jakoś odgórnie i jesteśmy tylko małymi biegającymi terminatorkami z aureolką. To "wszystko" odkrywamy właśnie w Bogu, dzięki Niemu i przez Niego. To staranie się to nic innego jak tylko to, jak żyjemy - w pełni wolni i swobodni, mogący podejmować nieskrępowanie decyzje. Szkoda, że tak często zapominający, że wiążą się z nimi konkretne konsekwencje. Może właśnie dlatego punktem wyjścia dla sensownego przeżycia tegorocznego Adwentu będzie zastanowienie się - czemu poświęcam swój czas? Czy mam jakieś pasje? Czy naprawdę mocno, dobrze i sensownie przeżywam swoje życie? Jeśli nie - to jest czas, który Pan daje ci do pracy nad tym. Wtedy także czuwanie stanie się bardziej radosne. 

W naszej diecezji nie ma zbyt wielu kontemplacyjnych, klauzurowych zgromadzeń zakonnych - tylko żeńskie, i chyba tylko 3. Adwent to dla nich czas jeszcze głębszego, o ile to możliwe, zamknięcia się i wyciszenia. Cały czas adorują Boga z Najświętszym Sakramencie - w Adwencie w ogóle nie rozmawiają, nie spotykają się z osobami z zewnątrz, nic. Swoją radość oddają Temu, któremu służą. Przygotowują się na Jego narodzenie, i chcą zrobić to jak najlepiej - właśnie trwając przed Nim samym. To kolejny sposób - jeśli nie masz pomysłu, co z sobą zrobić, jak ten czas wykorzystać, idź po prostu przed tabernakulum albo wystawiony Najświętszy Sakrament, i zasłuchaj się w Niego. Tam znajdziesz odpowiedź, gdzie dla ciebie jest pole do popisu - aby czuwać lepiej, owocniej i sensowniej. 

Głowa do góry (o tym było niedawno). Obudź się - bo prześpisz ten jedyny w swoim rodzaju czas i wyjątkowy dzień Narodzenia. Otwórz oczy - nie po to, aby się gapić po kolorowych wystawach, plastikowych aniołkach, kolędach i Last Christmas puszczanych chyba od 3 listopada (sic!) - aby żyć uważnie, lepiej, bardziej i mocniej. Nie wiemy, kiedy On przyjdzie powtórnie - dlatego musimy być gotowi. Wiemy, kiedy przyjdzie tutaj, do betlejemskiej stajni, od wieków wyczekiwany - i tu mamy kolejną w życiu okazję, aby sprawdzić to, czy i jak nam to czuwanie wychodzi. Jeśli nie wychodzi - próbuj dalej. Kolejny Adwent pewnie przeżyjesz za rok - ale Jego powtórne przyjście będzie tylko jedno, bez prób i powtórek. 

niedziela, 12 grudnia 2010

To, czego ja chcę - a to, co daje Bóg. Konfrontacja i punkt odniesienia

Gdy Jan usłyszał w więzieniu o czynach Chrystusa, posłał swoich uczniów z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Jezus im odpowiedział: Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi. Gdy oni odchodzili, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on. (Mt 11,2-11)
Bardzo ciekawa sytuacja, nie sądzisz? Pokazuje, że Jan Chrzciciel jest człowiekiem, jak każdy inny, i ma wątpliwości. Widział i chciał bardzo dostrzec to, co Bóg mówił do ludzi - w tym do niego - przez tego niesamowitego człowieka, za którym coraz więcej ludzi szło, który uzdrawiał, czynił cuda, i tak pięknie, choć wymagająco, nauczał o Bogu zupełnie inaczej niż inni, akcentując miłość i miłosierdzie jako przymioty Stwórcy, ale też to, co powinno cechować ludzi w relacjach między nimi samymi.  

Jan co do jednego był pewny - i słusznie. Jego misja nie służyła samej sobie. Sam o sobie mówił głos wołającego na pustyni. Nie on był istotny - ale to, jak wszystkich miał przygotować na przyjście Tego, który miał nadejść po nim samym. Teraz, gdy grunt umykał mu spod nóg, gdy trafił do więzienia i słusznie spodziewał się tego, co miało niebawem nastąpić (jego śmierć), wiedział, że jest odpowiedzialny za tych, którzy za nim poszli. Odkrył jakby karty - zapytał tego, którego dotyczyły jego wątpliwości: czy ty jesteś Tym, którego wyczekujemy? Być może obawiał się nieco, co zrobią idący za nim ludzie, gdyby jego zabrakło - w końcu był w pewnym momencie sam bardziej znany i rozpoznawalny niż Jezus, a do tego, gdy wszyscy dowiedzieli się, że jego - Jana - zamknięto w więzieniu, to zakładając, że Jezus jest Mesjaszem, jak wyjaśnić brak Jego reakcji na uwięzienie przecież Jego proroka (nie mówiąc, że krewnego)? Musiał się dowiedzieć, aby jednoznacznie wskazać drogę tym, którzy szli za nim. 

No właśnie. Czemu Jezus nic nie zrobił? W końcu, po ludzku rzecz biorąc, tak właśnie powinien postąpić - conajmniej upomnieć się o niesprawiedliwie uwięzionego, a w opinii osób bardziej radykalnych - doprowadzić może i do powstania? Bardzo by to pasowało do idei Mesjasza - wyzwoliciela dosłownie narodu żydowskiego, który rozpocząłby i doprowadził skutecznie do końca walkę o niepodległość Izraela. Nie, Jan w żadnym wypadku nie był Zbawicielowi obojętny - stąd słowa Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Ale już w następnych słowach wskazuje - największy z ludzi jest karzełkiem w porównaniu z najmniejszym zbawionym. Rolą Jana w Bożych planach było, niestety, dać się zabić - jako świadectwo tego, co może czekać na tych, którzy pójdą za Mesjaszem. Niewdzięczna rola - ale przyjął ją z godnością i wiarą, wiedząc, Komu zaufał. Władza ziemska mogła go tylko skrócić o głowę, odebrać ziemskie życie - on miał obiecane o wiele więcej. 

Bo Jezus dąży w pewnym sensie do konfrontacji - tego, co my sobie o Nim wyobrażamy, z tym jaki On jest naprawdę. Stajemy przed Bogiem, modlimy się, prosimy i dziękujemy - ale to wszystko w ramach jakiegoś swojego wyobrażenia osoby Boga. Co Jezus odpowiedział uczniom Jana? Piłatowi w Wielki Piątek na pytanie czy Ty jesteś Mesjaszem? odpowie tak, Ja nim jestem. Dzisiaj jednak nie mówi o sobie - tak, to ja. Wskazuje na swoje czyny, na przejawy łaski Bożej przez Niego działającej - pozostawiając posłańcom, samemu Janowi i każdemu innemu samodzielne wyciągnięcie wniosku. Czy zwykły człowiek tyle może uczynić? To pięknie pokazuje - droga wiary, czy to będąc na jej początku, czy krocząc nią wiele lat, zawsze może zaprowadzić do wątpliwości, kryzysu, depresji. Tak się zdarza, takie bywają okoliczności - Jan zresztą miał pretekst, jego przyszłość nie rysowała się zbyt kolorowo. Ale nie załamał się - zwrócił się do źródła, bezpośrednio, zapytał Boga nawet o Niego samego. W trudnej, dramatycznej wręcz okoliczności dalej szukał, pytał, zastanawiał się. I uzyskał odpowiedź, która nadała sens temu wszystkiemu, co go dotknęło, i co miało go niebawem spotkać. 

Mamy prawo do własnych wyobrażeń, wizji, odbioru spraw i sytuacji. One w pewnym sensie są częściami składowymi naszej indywidualności, tego kim jesteśmy, wyjątkowości tak bardzo w nas ukochanej przez Boga. Ten tekst dzisiaj znowu pokazuje - Bóg nie traktuje nas jak bezmyślnej masy, nie zwracając uwagi na nasze potrzeby. Pyta przez swojego Syna wprost - Coście wyszli oglądać na pustyni? Coście wyszli zobaczyć? Słowa o trzcinie nawiązują do proroctwa Izajasza, że obiecany Mesjasz, gdy nadejdzie, nie złamie trzciny nadłamanej (Iz 42, 3). Trzcina, jak sobie rosła przed Jego przyjściem, tak samo będzie rosła i kołysała się na wietrze, gdy On przyjdzie. Ludzie w miękkich szatach? Symbol dobrobytu, przepychu, nawet zbytku - ale Mesjasz nie musi być i nie będzie władcą w ludzkim rozumieniu, żyjącym w pałacu, opływającym w bogactwo i ubierającym się w takie miękkie szaty. Nie takie jest Jego królestwo i królowanie. 

Te słowa, które Jezus wypowiedział, stanowią jakby kontynuację Jego odpowiedzi na pytanie, podane przez uczniów Jana (którzy już wówczas odeszli, jak podał ewangelista), przez samego Jana - czy On jest Mesjaszem? Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Proste jak drut. Jan (co sam Jan wiedział) miał wskazać ludziom Zbawiciela, i z pomocą i pod natchnieniem Ducha Świętego wskazał nad Jordanem Jezusa. Owszem, zwątpił chwilowo, w tych okolicznościach - ale swojego wskazania nigdy nie odwołał. A teraz - Ten, na którego wskazał, sam potwierdza trafność słów Jana. Spójność, konsekwencja. 

Możemy - porządni, spełniający uczynki miłosierdzia, modlący się, wspierający potrzebujących, uczciwi - znaleźć się także sami w momencie podobnym do tego, w jakim wtedy był Jan. I nie ma znaczenia, czy - jak dla Jana - będzie to koniec. Ważne jest to, czy nasza wiara wytrzyma taką noc duszy. Bóg nie ogranicza albo nie odbiera nam prawa do wątpliwości - ale pragnie, abyśmy przez takie próby przeszli zwycięsko. Aby błogosławieństwo obiecane tym, którzy nie zwątpili, mogło się stać także naszym udziałem. Trzeba w takich momentach zwrócić się do źródła, szukać odpowiedzi nie u szarlatanów i naciągaczy - ale Jednego, który zna odpowiedź na każde pytanie. Zawsze wracać do Boga, do modlitwy, do Kościoła. 

Teraz, w Adwencie, oczekujemy narodzenia Pana, przyjścia Zbawiciela. Warto czasami zadać samemu sobie pytanie i spróbować odpowiedzieć na to pytanie, które stawia sam Bóg. Czego szukasz? Czego potrzebujesz? Czego ci brakuje? I udzieliwszy odpowiedzi - zestawić to z tym, co proponuje Bóg, co On wskazuje jako to, co ważne, istotne, wartościowe, potrzebne. Aż wreszcie - nie wahać się odrzucić tego, co z Bożą hierarchią wartości stoi w sprzeczności. Dopiero wtedy można mówić o zwycięstwie, prawdziwej gaudete - radości - jaką przedstawia nam dzisiaj Kościół.

W tym kontekście warto zadać sobie samemu pytanie - czego szukasz w Kościele? Czym Kościół jest dla ciebie, czym powinien być? I co robisz, aby Kościół choć trochę zaczął przypominać ten twój, wymarzony? Jako mała pomoc - można poczytać, o jakim Kościele marzą pewne osoby publiczne. Te myśli napawają optymizmem. 

W tym kontekście - ciekawy motyw z dzisiejszego, rekolekcyjnego kazania. Przychodzi człowiek do osoby mocno uduchowionej, i zwierza się z problemu - trudności ze skupieniem podczas modlitwie; stara się modlić - a myśli uciekają do studiów, pracy, sympatii... Usłyszał odpowiedź od owego duchownego: Ja, jak stoję, to stoję; jak idę, to idę; jak biegnę - to biegnę. Ty - jak stoisz, to już idziesz; jak idziesz, to już biegniesz. Wniosek? Za bardzo się spieszymy - będąc tu, myślami wybiegamy już tam, do przodu - w efekcie to tu jest niedbałe, rozproszone. Czy chodzi o modlitwę, czy chodzi o cokolwiek innego - problem ze skupieniem zawsze jest problemem. A na wszystko trzeba umieć znaleźć i wygospodarować czas i przestrzeń. Owszem, podzielność uwagi to podobno zaleta - ale pewnych czynności efektywnie połączyć się nie da. 

>>>

Wczoraj zmarł najwybitniejszy polski specjalista z zakresu prawa kanonicznego - x infułat prof. Remigiusz Sobański. 80 lat to piękny wiek, a jego życie było z pewnością spełnione, pozostawił po sobie wielki dorobek myśli prawniczej. A jeszcze niedawno publikował co tydzień felietony w GN...

Jedynie o 5 lat przeżył go p. Edward - żaden profesor, infułat, prosty świecki człowiek, który od zawsze (do momentu pojawienia się nowego ordynariusza, dla którego był za stary...) był zakrystianinem w mojej rodzinnej parafii, który odszedł także w kończącym się tygodniu. Nigdy się nie skarżył, dla każdego miał dobre słowo, zawsze onieśmielony gdy mu się bezinteresownie pomogło. Od zawsze posługujący w parafii za darmo - a przez wiele lat był jedynym kościelnym. Naprawdę Boży człowiek. Chciałbym, żeby kiedyś ktoś o mnie pomyślał choć trochę tak dobrze, jak dobrze ja mogę pomyśleć dzisiaj o nim.

>>>

Adwentowo - o tym, gdzie teraz się znajdujesz, gdzie tak naprawdę oczekujesz na Pana - w wieczerniku, czy może w knajpie? Rozważają x Artur Stopka i Afro

poniedziałek, 29 listopada 2010

Adwent to całe nasze życie. Pobudka!

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak było za dni Noego, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Albowiem jak w czasie przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich, tak również będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. (Mt 24,37-44)
To nie jest tak, że Kościół kręci się w miejscu, zapętla się i w kółko, raz do roku, mówi o tym samym. Że to monotonne, spłycone, a nawet - łatwe (?). Tak, te słowa i wezwania się powtarzają. Tak, nawet teksty liturgiczne też (niedzielne - co do zasady - co 3 lata). Ale czy my - ty i ja - jesteśmy takim samym tobą i mną, jak byliśmy nawet nie te 3 lata temu, a np. rok temu? Ja uważam, że nie. Bóg przychodzi ciągle na nowo do tych samych ludzi, którzy się jednak zmieniają i de facto takimi samymi nie są. Dojrzewamy, dorastamy, zmienia się nasza optyka, punkt widzenia na wiele spraw - Kościół, wiarę, politykę, społeczeństwo. Nie stoimy w miejscu, jesteśmy dynamiczni. Bóg się z tego cieszy - takie jest nasze życie - i On swoją łaską chce uświęcić ten nasz dynamizm, nadać mu właściwy kierunek. 

Z tego, co pamiętam roraty dla dzieci, w jakich... z 15? lat temu brałem udział - zawsze była tam mowa o postanowieniach, jakie uczestnicy mieli podejmować na czas adwentu. Uwaga - nie mylić z wyrzeczeniami wielkopostnymi; tak, i tu i tam czas oczekiwania, ale na dwa zupełnie różne (choć oba bardzo ważne) wydarzenia, ale Wielki Post to zupełnie inny czas, cechujący się innym nastawieniem, innego rodzaju refleksją (Adwent to czas radosnego oczekiwania, czego z pewnością o Wielkim Poście powiedzieć nie można). I z tymi postanowieniami różnie to było - choć pomysł zdecydowanie dobry, bo maluchy to mobilizuje, gdy mogą w taki przede wszystkim dla siebie namacalny sposób zobaczyć, że sami coś zmieniają. Później, jak się zaczęło dorastać - oczywiście okazało się, że nie jest tak ładnie i prosto, i że najczęściej to się zakłada dużo zmian, a udaje się jedna rzecz, albo nawet nie. Dlatego ja zupełnie celowo nic nie postanawiam na ten Adwent. Powoli, małymi kroczkami chcę się stawać lepszy. Bo nie wiem nawet, na czym miałbym się skupić, za dużo tych mniejszych i większych wad. Chcę powoli starać się, aby każdy dzień był lepszy, mniej przez nie zdeterminowany.

Tylko że my bardzo często idziemy na łatwiznę. Z jednej strony w tego Boga wierzymy - Msza święta, paciorek, nie kradniemy i nie zabijamy - ale z drugiej strony najlepsza jest perspektywa, że On jest daleko, w ogólnie przyjętym Niebie i stamtąd sobie łypie na nas swoim Bożym okiem. Odpowiedni dystans, nie za blisko przypadkiem. Wtedy dowolnie można to interpretować, w zależności od sytuacji. Jest fajnie - thanks God, świetnie że jesteś [ale nie za blisko]! Jest mniej fajnie, albo wręcz beznadziejnie - Jaaa, Boże, to Twoja wina, gdzie Ty byłeś? [czemu tak daleko] Konsekwencja? Brak. I nic dziwnego - bynajmniej tak to nie wygląda, ale niektórzy tak właśnie chcą całość widzieć. 

To nie jest tak. Bóg z jednej strony cały czas jest przy nas, towarzyszy nam, wspiera nas i troszczy się o każdego jednocześnie. Ale z drugiej strony - On pragnie, aby inicjatywa wyszła także od nas. Pewnie, Jemu to do niczego nie jest potrzebne. Nie stanie się mniejszy/gorszy przez to, że jeden człowiek czy cały świat Go nagle, za przeproszeniem, oleje. Ale chciałby, abyśmy z Nim, z Jego łaską współpracowali. Odpowiedzieli na te dary, które nam ofiarowuje. Życie można przespać - ale nie o to chyba każdemu chodzi, i nawet Paweł w II czytaniu mówi to wprost (Rz 13,11-14): jeśli dotąd spałeś, stary, pobudka!

Niektórzy bardzo szybko się do Niego plecami odwracają - No jak to... Obiecywałeś, Boże, że mi pomożesz, a tu na studiach/w szkole zasuwać trzeba, pracować później, w domu czasami problemy, kasy nie starcza... Tak. Tylko że konia z rzędem temu, który mi pokaże, gdzie Bóg obiecał komukolwiek, że te problemy znikną? Nie obiecał, nie w tym rzecz. Bóg chce, żebyśmy z Jego pomocą poradzili sobie sami - bo da się. Tylko trzeba chcieć. To tak jak z obrazkiem wędki i ryby - człowiek najchętniej by dostał rybkę od razu, a Bóg chce nam dać wędkę, żebyśmy rybkę sami zdobyli. On będzie przy mnie i będzie mnie umacniał, wskazywał drogę, podpowiadał - ale ja mam tego dokonać sam. Nie dlatego, że Jemu się nie chce, czy On nie może - tylko żebym ja przezwyciężył swoje lenistwo. 

Niektórzy wolą jęczeć i przesypiać swoje życie. Mogą - Bóg nie zmusi, żeby z siebie coś wykrzesać, zrobić coś z tym życiem. Czasami postępują ewidentnie bez żadnego zamiaru zmiany czegokolwiek - czasami tylko, dzień po dniu, odwlekają jakiekolwiek konkretne decyzje, zmiany i posunięcia. Czyli - są na najlepszej drodze, żeby znaleźć się w grupie tych, którzy będą pozostawieni w dniu przyjścia Pana. Bóg nie wskazuje, nie wkłada w usta ewangelisty żadnego konkretnego kryterium - czym się będzie kierował w tym momencie. Trzeba to sobie dopowiedzieć - i przecież nietrudno. Czy ze spania, poza błogim stanem i faktem świadomości przelatywania czasu przez ręce, coś dobrego wynika? Raczej niewiele. 

My mamy być dynamiczni, czym byśmy się nie zajmowali. Tu nie chodzi o to, aby usiąść i mantrować cały Boży dzień: Marana Tha, przyjdź Panie Jezu. Długo byśmy pewnie - świeccy (nie mówię o zakonach klauzurowych np.) nie pożyli, bo i z czego? Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by porywami serca w ciągu dnia - w pracy, szkole, przy dzieciach, przy codziennych domowych obowiązkach - wyczekiwać z radością tego Jego przyjścia. Co więcej - Bóg nam w tym oczekiwaniu towarzyszy i będzie towarzyszył, dopingując i wskazując - to jest dobra droga. Trzeba jednak na nią wejść, żeby to zauważyć, odczuć. 

Adwent to całe nasze życie - tak, z pewnością. Rodzimy się i idziemy przez świat, oczekując dnia powtórnego spotkania ze Stwórcą. Ten wyliczalny, przewidywalny co toku czas w kalendarzu liturgicznym to tylko takie dyskretne przypomnienie dla każdego, kto czasami o obowiązku gotowości zapomina. Warto, szczególnie na początku, uświadomić sobie to i dobrze ten niespełna miesiąc wykorzystać. Żeby tej gotowości, której motyw będzie zdecydowanie na pierwszym planie, wystarczyło nie tylko do nocy Narodzenia Pana albo do nowego roku, ale na cały następny rok. A najlepiej - na zawsze.

I takie pytanie - żeby mieć się nad czym zastanawiać (także ja sam). Na co czekam teraz w życiu? Jeśli wiem - dobrze, pytanie czy jest to coś, na co czekać warto. Jeśli nie wiem - to teraz jest najlepszy czas, by poszukać odpowiedzi. Gdzie? W świetle Bożej miłości.



W Tobie jest światło
każdy mrok rozjaśnia
W Tobie jest życie
Ono śmierć zwycięża
Ufam Tobie, miłosierny
Jezu wybaw nas

piątek, 26 listopada 2010

Błogosławione oczekiwanie - do oporu

Jezus opowiedział swoim uczniom przypowieść: Patrzcie na drzewo figowe i na inne drzewa. Gdy widzicie, że wypuszczają pączki, sami poznajecie, że już blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, iż blisko jest królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą. (Łk 21,29-33)
Czy to, o czym mówi Jezus, wymaga jakiś specjalnych, wyjątkowych zdolności czy umiejętności? Według mnie - nie. Czy wymaga wybitnej bystrości i spostrzegawczości? Także nie. Czego wymaga? Wymaga uczciwości wobec siebie, wymaga uczciwości w odbiorze tego, co się wokół dzieje, czego jestem częścią, i umiejętności nazwania tego po imieniu, takim jakie jest. 

Niektórzy pierwsi chrześcijanie mieli taką tendencję, że niektórzy z nich uważali, że przyjście powtórne Chrystusa jest kwestią dosłownie lat. Skąd taki pomysł? Z dosłownej interpretacji słów Nie przeminie to pokolenie, aż się wszystko stanie. A może inaczej - z niezrozumienia tego, o czym Jezus mówił. Bo, jak widać, przeminęło ich pokolenie i lekko licząc przeszło 200 następnych, i świat kręci się nadal wokół swojej osi, tak jak kręcił się za Jezusowych czasów, i Dzień Sądu póki co nie nastąpił.

Jezus odniósł się do przykładu prostego jak przysłowiowy drut - bo każdy, także w jego czasach, wiedział, jak wygląda rozkwitanie roślin. Proces powolny, ale i łatwy do zaobserwowania - czym tak wtedy, jak i dzisiaj zajmują się ludzie zawodowo trudniący się uprawą różnej maści roślin uprawnych, warzyw czy kwiatów. Istnieją pewne zasady - ale co jest kluczowe? Właściwe rozpoznanie momentu, obserwowanie samej roślinki i podejmowanie odpowiednich kroków, zabiegów pielęgnacyjnych, gdy owa roślinka odpowiednio się rozwija, zmienia. A roślinka zmienia się, gdy nadejdzie odpowiednia pora - pora roku, warunki atmosferyczne i temperatura dla tej pory roku właściwe.

Czy Jezus więc celowo wprowadził kogoś w błąd tymi słowami o tym, że nie przeminie to pokolenie, aż się wszystko stanie? Myślę, że nie. Za to ludzie zinterpretowali Jego słowa na skróty. Co jest kluczowe w tym tekście? Słowa Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, iż blisko jest królestwo Boże. To jest najważniejsze. Bo te słowa po prostu nie odnoszą się do jakiegoś konkretnego momentu w historii, który w najczęstszym rozumowaniu miałby się odnosić do znaków zapowiadających koniec świata, powtórne przyjście Pana i Dzień Sądu. One mówią o konieczności uważnego obserwowania tego, co się dzieje wokół - tylko że permanentnie, zawsze, i przez każdego człowieka. Nie adresował tej porady do tamtych, ówczesnych tylko słuchaczy - ale jak zwykle były to słowa o wartości ponadczasowej. Mają tak samo, jak do tamtych Żydów, zastosowanie do nas dzisiaj, 2000 lat później.

Trzeba je czytać - to pogrubione zdanie - razem ze słowami niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą. Poza tym, że o Królestwie Bożym jako naszym głównym i podstawowym, ostatecznym celu musimy pamiętać zawsze, nie możemy lekceważyć tego, co i jak się wokół nas, na świecie, dzieje. Bez względu na to, jak zmienia się ogólnie przyjęta w danej społeczności, narodzie, kraju czy regionie świata hierarchia wartości - Jego słowa, Dobra Nowina, przykazania, błogosławieństwa, nakazy i zakazy się nie zmieniają. Może być tak, że zmieni się forma interpretacji pewnych kwestii - tak. Ale nie zasadnicze stanowisko. Świat się kręci - Bóg stoi, jest i był dokładnie tam, gdzie był u początków istnienia, i nigdzie się stamtąd nie wybiera. Nie zmienia poglądów. Pomimo powszechnej, niestety, akceptacji rozwiązłości seksualnej, społecznego przyzwolenia dla aborcji czy eutanazji - Bóg nadal wzywa każdego, aby był wierny małżonkowi, nie cudzołożył, chronił życie od samego momentu poczęcia do naturalnej śmierci. To się nie zmienia i się nie zmieni. 

My jesteśmy wezwani do tego, aby wyglądać, wyczekiwać tego Królestwa Bożego - kiedykolwiek  by ono nie miało nadejść. Być może ani my, ani nawet nasze wnuki tego nie dożyjemy. Ale musimy i mamy być gotowi, mieć zapalone pochodnie serc, aby powitać z radością przychodzącego ponownie Zbawiciela. Niebo i ziemia nie przeminą przed Jego przyjściem - chociaż może dla nas przeminą w tym sensie, że nasze ziemskie życie skończy się wcześniej. Nie ma to znaczenia. Liczy się nasza gotowość - to, z czym przywitamy przychodzącego Pana, czy to w dniu Jego powtórnego przyjścia na ziemię za naszego życia, czy to u tego naszego życia kresu. Wciąż jest czas, żeby się przygotować. Szczęśliwi, których Pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie...

>>>

Po tym, co wyczytałem we fragmentach, z niecierpliwością czekam na polskie wydanie nowej książki papieża Benedykta XVI Światłość świata, kolejnego wywiadu-rzeki, jaki przeprowadził z nim Peter Seewald.  Zawsze dotąd - przyznaję się, najwyraźniej błędnie - traktowałem papieża jako bardziej wykładowcę, myśliciela i teologa, oderwanego niejako od rzeczywistości duszpasterskiej, bez jakiegokolwiek doświadczenia na tym polu pracy w diecezji... Podczas gdy coraz częściej - i te krótkie cytaty z zapisu rozmowy pomiędzy nim a Seewaldem to potwierdzają - jawi mi się on jako naprawdę zatroskany o Kościół i zbawienie ludzi, niesamowicie inteligentny i konkretny, a zarazem mający wiele pokory i nieśmiałości człowiek, któremu po naprawdę owocnym życiu Bóg w jesieni życia postawił wyjątkowo wymagające zadanie, stawiając go na czele Kościoła. Coraz bardziej doceniam to, co robi, jakim jest człowiekiem. I widzę że w jego wyborze w 2005 naprawdę był palec Boży - człowiek, który ze swoją wiedzą i doświadczeniem może skutecznie przypominać światu Boże przesłanie. 

Piękna jest szczególnie forma. Papież kolejny raz odchodzi od formy oficjalnego stanowiska, dokumentu Kościoła - encykliki, adhortacji, listu apostolskiego - na rzecz dialogu. Na pewno świadomy swojej nieśmiałości - której jestem pewny - nie waha się udzielać odpowiedzi na pytania dziennikarzy w trakcie podróży, decyduje się także na rozmowę w formie wywiadu. Ktoś może powiedzieć - papież ustępuje pola, boi się stanowczych wypowiedzi i wdaje w dyskusje. A ja uważam, że papież pokazuje, że papież jakby schodzi z tronu na rzecz tego, aby zwykłym ludziom, w języku dla nich zrozumiałym, wyjaśniać prawdy wiary, przybliżać Boga. To jest przecież pierwotna misja całego Kościoła, wszystkich kapłanów i biskupów - a więc także biskupa Rzymu. Utworzenie Rady ds. Nowej Ewangelizacji tylko potwierdza, że papież traktuje te obecne potrzeby świata bardzo na serio. Udzielenie tego wywiadu to przejaw odwagi ze strony papieża, który decyduje się w tej prostej formie ułatwić ludziom zrozumienie pewnych prawd.

Oczywiście, nie obyło się bez medialnego szumu, o tytułach prawie w stylu Papież/Kościół zezwolił na prezerwatywy! Jak zwykle - prawdy w tym jest niewiele. Zacytuję:
Być może istnieją uzasadnione pojedyncze przypadki, gdy np. mężczyzna uprawiający prostytucję używa prezerwatywy w sytuacji, gdy takie postępowanie może być pierwszym krokiem na drodze do umoralnienia, jakimś zalążkiem odpowiedzialności, aby na nowo rozwinąć świadomość tego, iż nie wszystko jest dozwolone i nie wolno robić wszystkiego, na co ma się ochotę. Ale nie jest to rzeczywisty sposób na poradzenie sobie ze złem, jakim jest infekcja HIV. Taki rzeczywisty sposób może polegać natomiast na uczłowieczeniu seksualności. (...) Kościół oczywiście nie postrzega ich [prezerwatyw] jako rzeczywistego i moralnego rozwiązania. W jednym czy drugim przypadku może to być jednak - zakładając intencję danego człowieka, jaką jest zmniejszenie ryzyka zakażenia - pierwszy krok na drodze do inaczej przeżywanej, bardziej ludzkiej seksualności.
Czyli żadna zmiana całości podejścia, a przyznanie tego, co jest dopuszczalne - stosowania prezerwatyw przez zarażonych wirusem HIV (jako sposób ochrony przed chorobą człowieka), przy jednoznacznym podkreśleniu wyjątkowości takich sytuacji w stosunku do reguły, która odrzuca stosowanie prezerwatyw. Jak zauważył sam rzecznik Watykanu - tego typu poglądy prezentowali już m.in. kardynałowie Carlo Martini SI, Godfried Daneels, Cormac Murphy-O'Connor, George Cottier czy Javier Lozano Barragan.  Wskazał on również wprost, że Papież bynajmniej nie usprawiedliwia moralnie nieuporządkowanego życia seksualnego. Nie ulega natomiast wątpliwości - jest to wypowiedź przełomowa, z ust papieża (nie tylko tego konkretnego) takie słowa dotąd nie padły.  

>>>

Jak by na to nie patrzeć - pomimo, że Korea Północna pozostaje w stanie wojny z Koreą Południową od  przeszło pół wieku, formalnie od 1953 funkcjonowało zawieszenie broni. Pomiędzy państwami układało się wówczas różnie, mniejsze lub większe zaczepki zdarzyły się nie raz. Od kilku dni świat z zapartym tchem śledzi sytuację pomiędzy tymi krajami - odkąd Korea Północna ostrzelała wyspę Yeonpyeong na Morzu Żółtym należącą do Korei Południowej. Zginęli ludzie. 

Od lat mówi się o tym, że Korea Północna sprawdza, na ile może sobie pozwolić na Półwyspie Koreańskim,  przeprowadza próby nuklearne, i jak na razie w imię pokoju ani sąsiedzi z Południa, ani też jakikolwiek inny kraj nie uznał za stosowne pokazania im granicy i utarcia nosa. Co w najbliższym czasie, jak tak dalej pójdzie, może się zmienić. Sytuacja jest trudna, w okolicy - pod pozorem manewrów - stacjonuje już lotniskowiec USA. Wszystko wskazuje na to, iż to, co się wydarzy, w dużej mierze zależy od posunięć największego sojusznika Korei Północnej - Chin. 

W takich momentach należy szczególnie prosić Boga o dar pokoju.