Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jezus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jezus. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 listopada 2015

Królestwo we mnie


Piłat powiedział do Jezusa: Czy Ty jesteś Królem żydowskim? Jezus odpowiedział: Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie? Piłat odparł: Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił? Odpowiedział Jezus: Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. Piłat zatem powiedział do Niego: A więc jesteś królem? / Odpowiedział Jezus: / Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu. (J 18,33b-37)
O tym Bożym Królestwie pisałem dosłownie z tydzień temu. Właściwie już tylko w Modlitwie Pańskiej, a więc "aż" w każdej Mszy Świętej, zostało takie - pewnie dla wielu nieświadome w ogóle - wspomnienie, kiedy wypowiadamy słowa przyjdź Królestwo Twoje. O co się modlimy? O Jego królowanie w naszych sercach już dzisiaj, tutaj, teraz, żeby ta Boża rzeczywistość nie była żadną utopią czy bajką, ale stawała się tym, w czym żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. Ale też właśnie - i może przede wszystkim - o to, aby On przyszedł ponownie do nas, po nas. Wyrażamy naszą tęsknotę do momentu przejścia, kiedy to, co jest, się zakończy, a Bóg uczyni wszystko nowym, odmieni, otoczy chwałą. 

Znamienny jest początek tekstu - Jezus pyta Piłata o intencje, o powód Jego pytania. On, który nigdy nikim się nie brzydził, nikogo (nawet stygmatyzowanych chorych czy trędowatych) nie unikał - zadaje proste pytanie: do czego ty, człowieku, zmierzasz, i co chcesz usłyszeć. On, Ten, który zna myśli serca. I oczywiście miał rację - Piłat z jednej strony, najpierw, szukał pretekstu do skazania Jezusa i potwierdzenia stawianych przez Żydów zarzutów bluźnierstwa i podawania się za Mesjasza - jak widać, Jezus nie próbował się jakoś uwolnić z opresji, potwierdził swoje pochodzenie i posłannictwo od Boga. Z drugiej jednak, paradoksalnie, jak wiadomo z dalszej części tekstu, w późniejszej części dramatu Wielkiego Piątku Piłat będzie starał się Jezusa obronić, uchronić od kary; z przyzwoitości trzeba przyznać, mało skutecznie - co skończy się słowami "krew na was i na dzieci wasze" i symbolicznym, acz świadczącym wyłącznie o tchórzostwie, symbolicznym geście umycia rąk przez namiestnika. (Pewna, dość ciekawa, powieść zasugeruje później, że Piłat pod wpływem tych wydarzeń i swojej żony podąży śladami Zmartwychwstałego i stanie się jednym z pierwszych męczenników Kościoła - kto wie?) 

Trzeba to powiedzieć jasno i wyraźnie: Jezus Chrystus przyszedł, aby dokonać przewrotu kopernikańskiego i uświadomić każdemu człowiekowi jego godność jako dziecka Bożego, umiłowanie i praktycznie nieskończone miłosierdzie, jakie ma dla człowieka Bóg. To jest dar, który człowiek - przyjmując - równocześnie czyni Boga w Trójcy Świętej jedynego swoim Panem i Królem. W sercu, w myślach, w uczynkach też bo tu nie może być sprzeczności - ale jest to dar ukryty, jest to relacja, więź, a więc coś przede wszystkim nienamacalnego. My mamy być tym Królestwem - z jednej strony nie z tego świata, bo odnoszącym się do zupełnie innych wartości, z drugiej strony już kiełkującym tu i dzisiaj, w tobie i we mnie. 

Tutaj chciałbym wyjaśnić dwie kwestie. 

Po pierwsze, Jezus nie jest królem w złotej klatce, jak jakaś złota rybka. Jemu nie zależy na tym, aby zostać zamkniętym w najpiękniejszym kościele i żeby wszyscy naokoło się zachwycali (pytanie, czy Nim czy kościołem?). Chyba trafnie niektórzy mówią o tym, że Kościół - księża, wierzący - najchętniej ograniczają Pana Boga do tego cotygodniowego minimum godzinnej Mszy Świętej, no od biedy w święta, ale aby broń Boże nie wyściubiał nosa z kościoła i nie kazał czegokolwiek robić publicznie. Stąd tak bardzo dużo oporu, zdegustowania i po prostu niezrozumienia dla apelu papieża Franciszka, aby wychodzić na ulice, aby robić raban, aby mówić o Bogu zawsze i wszędzie - a nie tylko odsiedzieć w swoje w ławce, przespać sumiennie kazanie, odbębnić różaniec (sam odmawiam często). Bóg chce zakrólować w sercu każdego człowieka i prosi, abyśmy pomogli Mu tego człowieka spotkać. 

Po drugie, pomysły w stylu intronizacji Jezusa Chrystusa na formalnego Króla Polski (Rozalia Celakówna itp.) to po prostu bzdura i dowód na kompletnie niezrozumienie tego, gdzie i w jakiej materii Jezus pragnie królować. Tak jak tamci Mu współcześni, którzy chcieli szykować wojsko i zbrojne powstanie przeciwko cesarstwu rzymskiemu - "bo nam się wydawało...". Źle się wydawało i źle się wydaje ich naśladowcom dzisiaj. Jego królowanie ma się objawiać w naszych deklaracjach, słowa, ale przede wszystkim codziennych czynach, najprostszych nawet wyborach życiowych. 

W tym, jakie wartości (nie jaką partię) popierasz i na kogo głosujesz - też, pewnie. W tym, czego uczysz swoje dzieci, jaki dajesz im przykład, czy jesteś pobożny na pokaz, czy modlisz się z rodziną, czy twoja wiara to pustosłowie i właściwie niezrozumiałe, bezmyślnie powtarzane ceremonie i gesty, czy odpowiedź na zaproszenie Boga "przyjdźcie na ucztę!", bo tego potrzebujesz i pragniesz. Na to jest zawsze czas - Dobry Łotr załapał się w ostatniej chwili życia, wisząc i dogorywając na krzyżu. Świetnie to określił o. Maciej Biskup OP, mówiąc o "intronizowaniu Chrystusa w swoim osobistym życiu, zaczynając od słyszalnej dla świata deklaracji w izdebce serca". Nie na pokaz. Nie pod sztandarami i złoconymi chorągwiami, w pierwszej ławce w kościele, żeby wszyscy sąsiedzi i znajomi widzieli. Dla Boga, szczerze, autentycznie. Jeśli przyjdzie okazja - daj świadectwo; jeśli nie - uwielbiaj Go i uczyń królem swojego życia i w ukryciu. 

O jednym trzeba pamiętać. Jeśli zapraszasz Boga do swojego życia i proponujesz Mu: "zakróluj w moim sercu", to bądź konsekwentny. Niech to będzie i spontaniczna, ale świadoma decyzja. Nie, niczego nie stracisz. Ale potraktuj Go poważnie - tak, jak On zawsze traktuje ciebie. 

Uroczystość Chrystusa Króla to jakby taka klamra wieńcząca i zamykająca kolejny rok liturgiczny AD 2015 - za tydzień rozpocznie się Adwent czyli AD 2016. Ja to odczytuję jako zachętę - postaraj się znowu, nie tylko na czas adwentowy, i zaproś Boga do swojego życia, oddaj Mu je, może zdobądź się na jakąś deklarację czy postanowienie bynajmniej nie tylko adwentowe (nie, nie chodzi o górnolotne deklaracje - coś na twoją miarę: modlitwa codziennie w jakiejś intencji, może jakieś umartwienie małe, albo dziesiątek różańca - da się, uwierz mi). Bóg przychodzi, aby zakrólować w tobie jako twój osobisty Pan i Zbawiciel - a nie tylko dziadek z brodą/świecące oko w trójkącie, ten "jakiś bóg albo sprawca wszystkiego", bliżej nieokreślony absolut. 

Jego Królestwem na ziemi masz być właśnie ty. 

Niestety, przykra dygresja. 

Wczoraj, Msza Święta wieczorna. Pani Danusia, o której pisałem, odstawiła show na cały kościół, z moim niewielkim udziałem. Przed Mszą próbowała wymusić na księdzu w zakrystii czytanie jednego z czytań mszalnych - ksiądz dał odpór. Co zrobiła? Jak się okazało, gdy już wyszliśmy do ołtarza... zabrała sobie do ławki lekcjonarz. Ksiądz wyraźnie powiedział - ona nie czyta, ja mam to zrobić. Ruszyłem do I czytania w trakcie kolekty, żeby ją uprzedzić przy ambonie i kobieta się zastanowiła. I co? Nic. Wyszła z ławki i podeszła - zdążyłem tylko wyłączyć mikrofon, jak się zaczęła przy ambonie przepychać, żeby ludzie nie słyszeli. Zaczęła się wpychać, i co miałem zrobić? Odszedłem i usiadałem. 

Wstyd straszny. Ja się nie przejmuję sobą - ale że coś takiego ma miejsce w kościele, przy ołtarzu, w trakcie Mszy Świętej? Niektórzy przyjęli to z rozbawieniem, ale pewnie są tacy, którzy się zgorszyli, i mieli prawo. Ta osoba jest chora i to jest oczywiste - ale takie sytuacje nie mogą mieć miejsca... Człowiek przychodzi się pomodlić, a wychodzi na to, że się tylko denerwuje. 

Pomódlcie się za nią, bo to się robi naprawdę niebezpieczne. Żeby się kobieta opamiętała. 

piątek, 20 listopada 2015

Daj Bogu szansę

Gdy Jezus był już blisko Jerozolimy, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi. Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, oblegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia. (Łk 19,41-44)
Ten tekst jakby trochę sprawia mi trudność. Bo to ostatnie zdanie, cóż, brzmi trochę jak taki wyrzut z konsekwencjami pod adresem tego, kto rozminął się z Bogiem - no a co z miłosierdziem Boga i tym, że On ciągle przychodzi?

Jezus zapłakał nad złem w Jerozolimie - przy czym dość jasno trzeba powiedzieć, że nie chodzi tu o zło okupacji rzymskiej jako takiej, ale zło ludzi, Żydów, ją zamieszkujących. Jak to ładnie ujęto w jednym z komentarzy, "sprawcami tego zła są nie tyle rzymscy okupanci, co „okupanci” umysłów, ci którzy odwrócili lud izraelski od żywego Boga do samej tylko tradycji". Jezus, oczywiście, miał rację - dwa powstania (lata 70 i 135 n.e.) zniszczyły Jerozolimę prawie całkowicie. 

Syn Boży przybył z misją pokoju i pojednania do Jerozolimy (Miasta Pokoju), a jednak niczego tam nie zdziałał. W tym obrazku przytoczono Jego wjazd do miasta - ale On dokładnie wiedział, kto i w jaki sposób przeciwko Niemu knuje i spiskuje, oraz do czego - dokąd - Go to doprowadzi. Na krzyż, który jednak nie stał się gorzkim znakiem porażki, ale wywyższył Jezusa i otworzył Mu drogę do zmartwychwstania. 

Co ciekawe, te słowa "czas swojego nawiedzenia" brzmią tak samo zarówno w Biblii Tysiąclecia, jak i najnowszym przekładzie Biblii Paulistów. Co oznaczają? To właśnie, jak bezmyślnie i bezrefleksyjnie ówcześni Żydzi przeszli nad Jezusem - uznając Go błędnie za jednego z samozwańczych mesjaszy i traktując, do kary włącznie, jako wichrzyciela i bluźniercę, z delikatną pomocą koniunkturalisty Piłata, który chciał mieć przysłowiowy święty spokój. Pomimo czynionych przez Niego znaków, cudów, nauczania. Zabrakło... no właśnie. Wiary? Chęci? Dobrej woli?Nawiedzenie przez Boga, który przyszedł nie tyle stanąć na czele powstania - na co, jak wiadomo, wielu liczyło - ale wyzwolić ludzi w mniej namacalny, ale o ile ważniejszy, bo duchowy, sposób. 

Można zaryzykować stwierdzenie, że Jerozolima musiała upaść, aby Boże Królestwo dosłownie rozlało, rozsypało się po całym ówczesnym świecie, i dalej, aż na całą ziemię. Co dokonało się na początku w dużej mierze rękami rozproszonych po świecie Żydów, spośród których przecież wielu było jednymi z pierwszych chrześcijan. Szli i głosili Tego, w którego uwierzyli. 

Tamci Żydzi po prostu rozminęli się z Bogiem, byli zbyt zajęci samymi sobą, swoim życiem, swoim prawem i skrupulanctwem w jego realizowaniu (w czym równocześnie nie było wiary ani ducha Bożego). Dość bezmyślnie stracili wielką szansę - mimo, że On był obok przez blisko 3 lata, chodził po tej krainie, nauczał, rozmawiał, mówił do serc, uzdrawiał choroby, a nawet wskrzeszał zmarłych. Mało powodów, żeby uwierzyć? To zależy, czy się chce. Bóg nas w tym nigdy nie wyręczy - bo szanuje naszą wolną wolę. Co więcej - to, jak wiele tamci obojętni stracili, nie rozpoznając czasu swojego nawiedzenia, najlepiej oddają karty Pisma Świętego w zakresie części Nowego Testamentu - a więc słowa tych właśnie ludzi, którzy czasami Jezusa znali osobiście, widzieli Go, mogli Go sami słuchać, a potem te słowa dla nas i dla wszystkich spisali. Gdy się czyta np. ewangelie, to aż bije z nich ten Boży Duch, Boży zapał i radość człowieka odnalezionego i ukochanego przez Boga - nie na zasadzie rozdzielnika, jak każdego, ale w indywidualny i wyjątkowy sposób. 

Jerozolima jako miasto upadła - przegapiła czas swojego nawiedzenia. Czy te słowa można odnieść do ludzi? Według mnie - nie. Każdy człowiek ma szansę dać Bogu szansę tak długo, dopóki żyje. Co samo w sobie jest już paradoksalne - kogo porównujemy? Małego człowieka z nieskończonym Bogiem i Stwórcą wszystkiego, w tym tego człowieczka. A jednak, zakochany w ludziach bez pamięci, to Bóg stara się i walczy o każdego człowieka. I przychodzi, puka, zagaduje, stara się zwrócić uwagę, przykuć spojrzenie, zainteresować. Nigdy nie zmusi, nigdy nie postawi pod ścianą - w "trudniejszych" przypadkach człowiek po prostu dochodzi sam do pewnych wniosków dopiero po niekiedy bardzo trudnych doświadczeniach. Ale sam musi wybrać. Jak to napisał Jerzy Liebert, "uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę". 

To jest właśnie nasza nadzieja. Bo mimo, że dzisiaj rano w pacierzu czy kilku słowach wyznałem w Niego wiarę - wcale nie znaczy, że w ciągu dnia pięć razy się Go nie wyprę. Upadamy, ale mamy możliwość powstawać - to z jednej strony nasza słabość, ale tu właśnie najmocniej też objawić się może ludzka wielkość, siła ducha. Nasz czas nawiedzenia trwa do końca naszego życia tutaj. Czasami jesteśmy bardziej świadomi, czujemy obecność Boga bardziej - czasami jest jak z bł. matką Teresą z Kalkuty (za rok kanonizacja!), kiedy doświadczamy tzw. ciemnej nocy duszy; wydaje się, że Boga nie ma, to wszystko bez sensu, bzdura, lipa (ona tak miała większość życia - a zobacz, ile zrobiła!). Ja jestem Bogu bardzo wdzięczny, że tym mnie nie doświadczył - czasami gdzieś tam są pewne bunty czy wątpliwości, ale wiem, że On jest. 

Nawet, jeśli Jezusa przegapimy w jakiejś sytuacji dzisiaj - On na bank jutro też przyjdzie. Oczywiście, prawdopodobieństwo, że stanie w białej szacie z aureolką i gadającym świecącym okiem oraz gołębiem nad głową (takie dziwne dość dla mnie wyobrażenie Trójcy Świętej?), a najlepiej jeszcze z podpisem na tabliczce "to ja, Jezus", jest dość małe. Ale przychodzi i do każdego z nas chce się zbliżyć, nawiedzić. Nie dla samej wizyty, ale aby zaprosić do pięknej z Nim przygody przez życie. Nie obieca, że będzie łatwo - bo nie jest, i nikt nie mówi, że ma być. Nie unikniesz bólu, rozczarowania, smaku porażki - bo to jest normalne, jesteśmy tylko ludźmi. 

Ale uwierz, nie ma większej i piękniejszej przygody niż z Nim. Czy jesteś samotny, czy masz żonę/męża, stadko dzieci, albo jesteś dziadkiem/babcią. To nie ma znaczenia. On dla każdego ma fantastyczny plan - który możesz poznać tylko ty. Daj Bogu szansę. 

niedziela, 15 listopada 2015

Chwile oczekiwania

Jezus powiedział do swoich uczniów: W owe dni, po tym ucisku, słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte. Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą. Wtedy pośle On aniołów i zbierze swoich wybranych z czterech stron świata, od krańca ziemi aż do szczytu nieba. A od drzewa figowego uczcie się przez podobieństwo! Kiedy już jego gałąź nabiera soków i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach. Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą. Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec (Mk 13,24-32)
Zawsze - przy tych fragmentach mówiących o powtórnym przyjściu Jezusa na świat - bardzo zazdrościłem tym, którzy czy to (wow!) Jezusa w życiu mieli okazję jako człowieka widzieć, poznać, czy też żyli bezpośrednio w czasach i słuchali tych, którzy z Jezusem chodzili, słuchali Jego słów, patrzyli na Niego - mieli na wyciągnięcie ręki. Dlaczego? 

Bo dla nich to było coś oczywistego - Pan przyjdzie ponownie, i to nie w perspektywie tysiącleci, stuleci, dziesięcioleciu. Już niedługo. Za ich życia. Oni nie żyli w strachu, nie starali się tego odwieźć, oddalić - mieli świadomość ponownego przyjścia Zbawiciela, bardzo go pragnęli i wyczekiwali. Takie bezustanne, bo ciągle w perspektywie, w zasięgu wzroku - chwile oczekiwania. Tęsknota za Tym, który był, jest i który - jak to słyszymy w jednej z formuł pozdrowienia po rozpoczęciu Mszy Świętej - przede wszystkim przychodzi. Nie tylko niematerialnie, jako Żyjący i Zwycięski Pan i Władca, który przenika każdego dnia pragnienia i myśli naszych serc - ale Ten, który po prostu przyjdzie ponownie na świat. 

Co się stało potem i doprowadziło do tego, z czym mamy do czynienia najczęściej dzisiaj? Nie wiem. Znudzenie? Zniecierpliwienie? Zapomnienie? Czas leciał, a słowa Jezusa jakby się nie wypełniły dosłownie. Przeminęły pokolenia, i to niejedno, a nic się nie wydarzyło. Może dlatego, że Bóg liczy inaczej niż my? Nie wiem. Perspektywa Jezusa - Zwycięzcy, który wyszedł z grobu, a potem wstąpił do nieba - odsuwała się, niknęła gdzieś tam. Radość oczekiwania okrzepła. Przyzwyczailiśmy się do tej prawdy - słuchamy jej z, większym lub mniejszym, zainteresowaniem w kościele, czasami zastanawiamy się nad tym pewnie w kontekście odejścia kogoś bliskiego, pożegnania na pogrzebie. Okrzepło to, przyzwyczailiśmy się, zaszufladkowaliśmy tę wielką rzeczywistość, i tak sobie żyjemy. 

Właściwie już tylko w Modlitwie Pańskiej zostało takie - pewnie dla wielu nieświadome w ogóle - wspomnienie, kiedy wypowiadamy słowa przyjdź Królestwo Twoje. O co się modlimy? O Jego królowanie w naszych sercach już dzisiaj, tutaj, teraz, żeby ta Boża rzeczywistość nie była żadną utopią czy bajką, ale stawała się tym, w czym żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. Ale też właśnie - i może przede wszystkim - o to, aby On przyszedł ponownie do nas, po nas. Wyrażamy naszą tęsknotę do momentu przejścia, kiedy to, co jest, się zakończy, a Bóg uczyni wszystko nowym, odmieni, otoczy chwałą. 

Tu nie chodzi o życie w strachu, o bojaźń i apokaliptyczne spojrzenie na cały świat. Chodzi o świadomość własnej kruchości i tego, że Bóg może przyjść w każdej sekundzie, minucie czy godzinie życia. Teraz, jutro, za tydzień, albo tysiąc lat po mojej śmierci. O gotowość i umiejętność zdystansowania się do tego, co ziemskie - tak, dane nam do wykorzystania i czynienia dobra, ale przemijające, nietrwałe. 

Jezus nie mówi nam nic innego, jak tylko: patrz, obserwuj, wyciągaj wnioski. Widzimy zmiany pory roku, wzrost, owocowanie, przekwitanie. Tak samo będzie z Dniem Ostatecznym. Pewne znaki już widać - o ile tylko się chce je zobaczyć i zauważyć. Nie po to, żeby się bać i uciekać, bawić w zbieractwo (które i tak nic nie da) - ale po to, aby otworzyć serce i radośnie, z wiarą oczekiwać. To już tuż, tuż? Świetnie. Przecież na to wszyscy czekają, prawda? Nadejdzie Bóg Sędzia, ale nie w naszym małym ludzkim rozumieniu, ale sądzący z miłości i z miłosierdziem. Znajdujący w nas dobro, którego bardzo często sami nie umieliśmy zauważyć. 

Czy koniec świata jest bliski? To wie tylko On. Z perspektywy jednego z kilku miliardów ludzi na tym świecie można na pewno powiedzieć, że dzieje się bardzo wiele, zmienia się Kościół, zmienia się rzeczywistość, wydają się stawać na głowie różne porządki i pewniki, punkty odniesienia. My nie mamy się bać. To jest tylko przypomnienie - będą znaki? Będą. Wyciągaj wnioski. "Wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach". Czuwaj, bądź gotowy. Uporządkuj to, na co zwykle czasu brakowało, może nieświadomie. Poskładaj to, co się rozsypało. Może to już za chwilę?

Gdyby ktoś chciał poczytać świetnie napisaną w formie powieści historię o Sądzie Ostatecznym i tych dniach - polecam serię Jerry'ego B. Jenkinsa i Tima LaHaye wydaną w Polsce już dość dawno przez Vocatio - widzę, że dostępna np. w Księgarni Mateusza. Pierwsza część to "Dzień zagłady". Fikcja literacka, ale świetnie napisana. Sam nie przeczytałem jeszcze, ale sobie to obiecuję od dłuższego czasu. Ja polecam. 

sobota, 4 lipca 2015

Pragnienie obecności

Od wczoraj - radca prawny pełną gębą :) Tak tylko na wstępie, bo ślubowanie złożone.

>>>

- Dobrze jest być w Bogu zakochanym.
- Terapeuci mówią, że jak kończy się zakochanie, to zaczyna się miłość. Ale do zakochania wracać trzeba. W życiu ojców duchowości Bóg często znika, milczy. Zapada ciemna noc wiary. To czas, którym interesują się i teologowie duchowości, i psychiatrzy. 
- Co wtedy dzieje się z człowiekiem?
- Cierpi z powodu milczenia Boga. Matka Teresa z Kalkuty mówiła, że to było trudne doświadczenie. Święta Teresa Wielka wiedziała, że niektórzy w ciągu tygodni przerabiali etapy duchowości, które ona przechodziła przez lata.
- Czemu Bóg milczy? Jak to tłumaczy terapeuta?
- Żeby dać szansę człowiekowi zdobycia się na bezinteresowną miłość. Ona jest po ludzku wbrew nadziei, nie niesie ze sobą gratyfikacji. I to jest doświadczenie Chrystusa na krzyżu. Najpierw dramatycznie woła: "Boże, czemuś mnie opuścił?". Bóg milczy i w Jego życiu. Chrystus umiera i zdobywa się - już nie siłą emocji, ale swojej woli - by powiedzieć: "Pragnę". Święty Augustyn mówił tu o akcie miłości: "Amo: volo ut sis" (Kocham: pragnę, abyś był). Chrystus, który umierając, nie doświadcza Boga, ostatnim aktem woli mówi: "Pragnę (abyś był)". I w tym słowie spotykają się wiara, nadzieja i miłość.
- To "Pragnę" interpretujemy jako wolę zaspokojenia fizycznego pragnienia.
- To jest interpretacja żołnierzy rzymskich. A na krzyżu chodzi o akt miłości. W sytuacji, w której człowiek mógłby popaść w rozpacz i odwrócić się od Boga, Chrystus przekracza siebie i pragnie, by Dawca życia dalej był. Ojciec Richard Rohr, terapeuta, mówi, że "cierpienie, które nie uległo transformacji, ulega transmisji".
- Czyli?
- Jeżeli nie przepracujemy cierpienia, naszych traum, to możemy ranić innych. Jeśli ktoś doświadczył przemocy, agresji, to będzie to odtwarzał w swojej rodzinie, Chrystus tak transformuje swoje cierpienie, że nikogo nie rani.
- A jak Chrystus przepracował rany?
- W trakcie zmartwychwstania. Widzimy Chrystusa, który ma rany. One mu nie znikają, ale Go już nie bolą. Chrystus tymi ranami świeci. I to jest zaproszenie, żeby się swoich ran nie bać. Bo gdybyśmy nie mieli ran, nie mielibyśmy czym świecić po naszym zmartwychwstaniu. 

Kilka naprawdę ciekawych myśli z rozmowy Joanny Bątkiewicz-Brożek z dr. hab. n, med. Krzysztofem Krajewskim-Siuda pt. "Jak klucz do zamka" z GN. Z tym ranieniem innych - oj, z całą pewnością to prawda, bo pewne sprawy widzę po sobie. A przede wszystkich - genialne wytłumaczenie tego Jezusowego "Pragnę" na krzyżu - nie jako wyrazu zwątpienia, bezradności i porzucenia, ale wezwania i wyznania wiary z Boga, aktu miłości Boga-Człowieka do Boga Ojca. Kapitalna myśl. 

środa, 2 lipca 2014

Nie ma lekko - ale nie w tym problem

Gdy Jezus wszedł do łodzi, poszli za Nim Jego uczniowie. Nagle zerwała się gwałtowna burza na jeziorze, tak że fale zalewały łódź; On zaś spał. Wtedy przystąpili do Niego i obudzili Go, mówiąc: Panie, ratuj, giniemy! A On im rzekł: Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary? Potem wstał, rozkazał wichrom i jezioru, i nastała głęboka cisza. A ludzie pytali zdumieni: Kimże On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne? (Mt 8,23-27)
Obrazek dość dramatyczny i często rozumiany jako to, że Jezus jest gwarantem naszego spokoju, bezpieczeństwa, uporządkowania i tego, że będzie fajno. Że człowiek - jak tamci w łodzi - może sobie słodko i beztrosko spać, a On przyjdzie, zrobi, załatwi i będzie dobrze, wyprostuje i uciszy każdą burzę w życiu. A tu nic bardziej mylnego. 

Burza pojawiła się w obrazku nawet pomimo tego, że Jezus tam był, w tej łodzi. Gdy człowiek podejmuje "ryzyko" bycia z Bogiem, zaprasza Go do swojego życia i oddaje Mu to swoje czasami bardzo pokręcone życie - to nie znaczy, że dalej już będzie "z górki", lekko, łatwo i przyjemnie. Nie staje się nagle, jakby z automatu, jedna wielka sielanka i beztroska, z wielkim bananem na twarzy. Ten, kto zakłada coś takiego, popełnia bardzo dużą pomyłkę. 

Bóg to wyzwanie - przy czym dla każdego, przy naszej różnorodności i odmienności, inne; zawsze jednak na miarę naszych - moich - możliwości. Podjęcie wyboru życia z Bogiem wręcz wiąże z sobą konieczność walki z pokusami, cierpieniami, doświadczeniami. Nie bez powodu w innym miejscu jest mowa: skoro Mnie prześladowali, i was prześladować będą (J 15, 20). To, co daje nam Bóg w takiej sytuacji, to zdolność sprostania i wyjścia zwycięsko z tego wszystkiego. On nam daje w Jezusie siłę do zwyciężenia tego wszystkiego, co pojawia się trudnego i bolesnego na naszej drodze. Z Nim nie ma już rzeczy niewykonalnych - ale trzeba Mu zawierzyć wszystko, nie jako jakiś deal, ale bezwarunkowo. Inaczej to nie ma sensu. 

Nie warto jest wątpić w Niego i poddawać pod wątpliwość Jego możliwości - bo jeśli nie On, to kto? Od tamtej historii nic się w tym zakresie nie zmieniło. Nie musimy wołać - jak tamci - żeby Bóg nas zauważył, żeby gdzieś w swoim zapchanym terminarzu sobie o nas przypomniał (to raczej jest chyba na odwrót: to wielu z nas dopiero w takich "podbramkowych" sytuacjach przypomina sobie o Nim!). On widzi i bez naszego wołania ogarnia wszystko - także to, jak mała jest nasza wiara. I w tym jest nasza nadzieja. 

piątek, 18 kwietnia 2014

Piątek


Wielokrotnie zastanawiałem się - jak by to mogło być? Czemu było akurat tak? Jezus w sposób oczywisty narażał się wielu - od rzymskiej władzy poczynając, na władzy żydowskiej, faryzeuszach przede wszystkim kończąc. Czy musiał jednak dotrzeć w swojej historii do tak spektakularnego finału? Czy Jego koniec musiał być taki? Czy Jezusa musieli umęczyć i ukrzyżować? 

Wydaje mi się, że nie. Chociaż On sam, paradoksalnie, mówił o tym wprost - w przypowieści o winnicy i nieuczciwych rządcach, dzierżawcach. Bóg Ojciec to właściciel winnicy (ziemi obiecanej), dzierżawiący ją to właśnie Naród Wybrany. Wysłał po zapłatę swoje sługi - to prorocy - których Izraelici dzielnie kamienowali i zabijali na różne sposoby. Liczył Bóg, że uszanują Jego Syna - a oni zrobili w Wielki Piątek to, co zrobili. 

Mogło być inaczej. Jezus mógł dożyć sędziwej starości, umrzeć... i tak samo zbawić świat. Tylko mniej spektakularnie. Rozłożyć swoje zwycięstwo bardziej w czasie, nie przegrywając po drodze swojego życia na krzyżu. Ale i to miało swój symbol - jak kiedyś Bóg wyprowadził Żydów z Egiptu w święto Paschy, tak i Jego Syn zwyciężył ostatecznie w dniu święta Paschy. 

Fenomenalny jest, incydentalny i marginalny jakby w całej treści, zapis o pierwszej kanonizacji, dokonanej nawet nie przez Piotra jako "pierwszego papieża", ale samego Jezusa, z wysokości krzyża. "Dziś ze Mną będziesz w raju", czyli słowa do Dyzmy, Dobrego Łotra, umierającego tuż obok na takim samym krzyżu. Jak w przypowieści o robotnikach w (znowu!) winnicy - nagrodę główną dostaje także ten, który załapał się w ostatniej chwili. Może to właśnie jest największe z Bożego przesłania? Nie ważne kiedy - abyś się otrząsnął i wyciągnął wnioski? Mnie zastanawia też co innego - w żadnym momencie Jezus nie potępił tego drugiego, "Złego Łotra". Ewangelia mówi, że tamten Mu złorzeczył, a potem jest dialog z Dyzmą. Nie wiemy, ile mu pozostało czasu życia - może i tamten wykorzystał swoją szansę? 

A do tego ten piękny, choć bardzo trudny, dialog Jezusa - a raczej ludzkiej części Jego natury - z Bogiem Ojcem w Ogrodzie Oliwnym. Fantastycznie pokazał to Gibson w "Pasji", z motywem Złego kuszącego Jezusa. Syn Boży po ludzku się bał - ale wytrwał. 

Pewnie wiele osób w ferworze przygotowań do świąt nie ma dzisiaj czasu na nic - co akurat jest strasznie bez sensu, że powiem wprost. Przygotowanie - do czego? Do dwudniowego żarcia i picia, przeplatanego seansami średnich filmów w telewizji? Jeśli będzie w tym wszystkim czas na słowo "przepraszam", na wyrażenie uczuć najbliższym, choćby spacer - to już dobrze. Bo jeżeli świętować - to co? Kogo? Jeśli świętować zwycięstwo Jezusa - to po pierwsze z czystym serem (w kościołach i kaplicach trwa maraton spowiadania, jest jeszcze czas - w święta w wielu kościołach spowiedzi nie ma!), po drugie poświęciwszy chociaż troszkę czasu na kontemplację tajemnicy (żadnej magii) tych dni, zgłębienie piękna Triduum. Żeby to, co w domu - na stole, dekoracjach, odświętnym stroju - było na swoim miejscu, czyli tylko dodatkiem do tego, co w sercu. Nigdy na odwrót!  

niedziela, 6 kwietnia 2014

Wszystko ma swój czas

Był pewien chory, Łazarz z Betanii, z miejscowości Marii i jej siostry Marty. Maria zaś była tą, która namaściła Pana olejkiem i włosami swoimi otarła Jego nogi. Jej to brat Łazarz chorował. Siostry zatem posłały do Niego wiadomość: Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz. Jezus usłyszawszy to rzekł: Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą. A Jezus miłował Martę i jej siostrę, i Łazarza. Mimo jednak że słyszał o jego chorobie, zatrzymał się przez dwa dni w miejscu pobytu. Dopiero potem powiedział do swoich uczniów: Chodźmy znów do Judei. Rzekli do Niego uczniowie: Rabbi, dopiero co Żydzi usiłowali Cię ukamienować i znów tam idziesz? Jezus im odpowiedział: Czyż dzień nie liczy dwunastu godzin? Jeżeli ktoś chodzi za dnia, nie potknie się, ponieważ widzi światło tego świata. Jeżeli jednak ktoś chodzi w nocy, potknie się, ponieważ brak mu światła. To powiedział, a następnie rzekł do nich: Łazarz, przyjaciel nasz, zasnął, lecz idę, aby go obudzić. Uczniowie rzekli do Niego: Panie, jeżeli zasnął, to wyzdrowieje. Jezus jednak mówił o jego śmierci, a im się wydawało, że mówi o zwyczajnym śnie. Wtedy Jezus powiedział im otwarcie: Łazarz umarł, ale raduję się, że Mnie tam nie było, ze względu na was, abyście uwierzyli. Lecz chodźmy do niego. Na to Tomasz, zwany Didymos, rzekł do współuczniów: Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć. Kiedy Jezus tam przybył, zastał Łazarza już do czterech dni spoczywającego w grobie. A Betania była oddalona od Jerozolimy około piętnastu stadiów i wielu Żydów przybyło przedtem do Marty i Marii, aby je pocieszyć po bracie. Kiedy zaś Marta dowiedziała się, że Jezus nadchodzi, wyszła Mu na spotkanie. Maria zaś siedziała w domu. Marta rzekła do Jezusa: Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga. Rzekł do niej Jezus: Brat twój zmartwychwstanie. Rzekła Marta do Niego: Wiem, że zmartwychwstanie w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym. Rzekł do niej Jezus: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to? Odpowiedziała Mu: Tak, Panie! Ja wciąż wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat. Gdy to powiedziała, odeszła i przywołała po kryjomu swoją siostrę, mówiąc: Nauczyciel jest i woła cię. Skoro zaś tamta to usłyszała, wstała szybko i udała się do Niego. Jezus zaś nie przybył jeszcze do wsi, lecz był wciąż w tym miejscu, gdzie Marta wyszła Mu na spotkanie. Żydzi, którzy byli z nią w domu i pocieszali ją, widząc, że Maria szybko wstała i wyszła, udali się za nią, przekonani, że idzie do grobu, aby tam płakać. A gdy Maria przyszła do miejsca, gdzie był Jezus, ujrzawszy Go upadła Mu do nóg i rzekła do Niego: Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Gdy więc Jezus ujrzał jak płakała ona i Żydzi, którzy razem z nią przyszli, wzruszył się w duchu, rozrzewnił i zapytał: Gdzieście go położyli? Odpowiedzieli Mu: Panie, chodź i zobacz. Jezus zapłakał. A Żydzi rzekli: Oto jak go miłował! Niektórzy z nich powiedzieli: Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł? A Jezus ponownie, okazując głębokie wzruszenie, przyszedł do grobu. Była to pieczara, a na niej spoczywał kamień. Jezus rzekł: Usuńcie kamień. Siostra zmarłego, Marta, rzekła do Niego: Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie. Jezus rzekł do niej: Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą? Usunięto więc kamień. Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: Ojcze, dziękuję Ci, żeś mnie wysłuchał. Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie lud to powiedziałem, aby uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał. To powiedziawszy zawołał donośnym głosem: Łazarzu, wyjdź na zewnątrz! I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce powiązane opaskami, a twarz jego była zawinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić. Wielu więc spośród Żydów przybyłych do Marii ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego. (J 11,1-45)
Pewnie jeden z tych ewangelicznych obrazków, które najbardziej pokazują ludzką naturę Jezusa. Już w pierwszych słowach osoba trzecia wskazuje, że Łazarz był postacią przez niego ukochaną. Później słowa o zapłakaniu o rozrzewnieniu. A jednak - nade wszystko działa, kierując się większą chwałą Bożą. Pewnie mógł przybyć wcześniej, zanim Łazarz zmarł. Nawet na pewno. A jednak - nie przyspiesza podróży i dociera na miejsce żałoby. 

Nawet ten, którego Bóg kocha - a tak naprawdę to znaczy: każdy z nas, czy sobie z tego sprawę zdaje, czy nie - nie jest przez to, jakby z tego tytułu pozbawiony cierpienia, chorób i perspektywy śmierci, która nadejdzie i jest jednym z niewielu pewnikiem. Pięknie to opisał o. Grzegorz Kramer SI: "[Śmierć] Choć sama, w sobie jest bezsensowna, to mocą Boga, staje się znakiem pokazującym siłę Boga".

Ludzie Jezusa nie rozumieli. Kiedy posłużył się pojęciem snu - myśleli, że Łazarz po prostu zasnął i On go obudzi. Jezus rozumiał, że Jego rolą w tej sytuacji nie było uratowanie Łazarza przed śmiercią - czego ostatecznie dokonał już z perspektywy krzyża i pustego grobu - ale ukazanie chwały Boga, który zwycięża śmierć i wskrzesza tego, który po prostu rozkładał się już w grobie po kilku dniach od śmierci. 

Piękna w tym wszystkim jest postawa Marty - tej "złej" z drugiej opowieści, kiedy Jezus do całej trójki rodzeństwa przybył w gościnę, a Marta skupiała się tylko na kwestiach materialnych. Teraz już wierzy i wie, że dla Zbawiciela nie ma rzeczy niemożliwych, Bóg Ojciec Mu nie odmówi. Co więcej, jest chyba jedną z niewielu osób, które rozumieją prawdę o zmartwychwstaniu umarłych, jakie nastąpi w dniu Powtórnego Przyjścia Syna Bożego na świat. Pan Jezus jest ponad to wszystko, On sam jest odpowiedzią - zmartwychwstaniem i życie, i wierzący w tę prawdę nawet po śmierci otrzyma życie. Druga z sióstr - Maria - z kolei, jak wtedy, poprzednim razem, upada do Jezusowych nóg i płacze. 

Paradoksalnie, świadkowie sytuacji nadal niczego nie rozumieli - swoje myśli skupiali na tym, "co by było, gdyby..." czyli jak potoczyły by się wydarzenia, gdyby Jezus był przy Łazarzu kilka dni wcześniej. Nikt nie wybiega myślami w drugą stronę - skoro On uzdrawia, to czy i w tej sytuacji nie uczyni cudu? Łazarz nie żyje - ale czy Syn Boży jest w stanie to odmienić? 

Można się domyślać, że cud dokonał się siłą wiary Marty i Marii, sióstr zmarłego. "Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą?" I ta piękna Jezusowa modlitwa: "Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: Ojcze, dziękuję Ci, żeś mnie wysłuchał. Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie lud to powiedziałem, aby uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał. To powiedziawszy zawołał donośnym głosem: Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!". Jezus nie prosi, nie mówi jako człowiek, który kieruje serce ku Bogu w trudnej sytuacji - ale jako Bóg, który rozkazuje władzy o wiele mniejszej i w porównaniu z Nim wręcz śmiesznej. Won, śmierci! Łazarzu, wracaj do nas! Już wtedy, wypowiadając to niejako polecenie do zmarłego, wiedział, że Bóg Ojciec Go wysłuchał. 

Dlaczego tak to wyglądało? Dlaczego Jezus nie przeniósł się nagle do Betanii i nie uleczył chorego zanim ten zmarł? Po to, aby w momencie cudu, opisanego wyżej, więcej osób na własnej skórze zobaczyło wielkość Boga i dzięki temu uwierzyło. I z nami jest tak samo. Jezus ciągle przychodzi, zaprasza, wyciąga rękę - ale nie zawsze wskazuje drogę na skróty, i bardzo często trzeba się namęczyć, poczekać, a na pewno dać coś z siebie, aby do Niego dotrzeć, zrozumieć, docenić. Czasami wydaje się, że On przychodzi w sytuacji bez wyjścia, beznadziejnej - kiedy dosłownie gnijemy już w grobie swoich grzechów, słabości, uzależnień, małości i bylejakości. To nic nie zmienia - każdy w swoim sercu usłyszy wezwanie, takie samo, jak wypowiedziane do Łazarza. Tylko że nie będzie to rozkaz - a zaproszenie, prośba, propozycja. Wyjdź z tego syfu, zbudujmy razem coś sensownego. Żeby docenić przemianę i nową jakość życia trzeba bowiem najpierw uświadomić sobie beznadzieję dotychczasowej egzystencji. 

poniedziałek, 31 marca 2014

Zwykły cud

Jezus przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym - on czy jego rodzice? Jezus odpowiedział: Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale /stało się tak/, aby się na nim objawiły sprawy Boże. Potrzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata. To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: Idź, obmyj się w sadzawce Siloam - co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. A sąsiedzi i ci, którzy przedtem widywali go jako żebraka, mówili: Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze? Jedni twierdzili: Tak, to jest ten, a inni przeczyli: Nie, jest tylko do tamtego podobny. On zaś mówił: To ja jestem. Mówili więc do niego: Jakżeż oczy ci się otwarły? On odpowiedział: Człowiek zwany Jezusem uczynił błoto, pomazał moje oczy i rzekł do mnie: Idź do sadzawki Siloam i obmyj się. Poszedłem więc, obmyłem się i przejrzałem. Rzekli do niego: Gdzież On jest? On odrzekł: Nie wiem. Zaprowadzili więc tego człowieka, niedawno jeszcze niewidomego, do faryzeuszów. A tego dnia, w którym Jezus uczynił błoto i otworzył mu oczy, był szabat. I znów faryzeusze pytali go o to, w jaki sposób przejrzał. Powiedział do nich: Położył mi błoto na oczy, obmyłem się i widzę. Niektórzy więc spośród faryzeuszów rzekli: Człowiek ten nie jest od Boga, bo nie zachowuje szabatu. Inni powiedzieli: Ale w jaki sposób człowiek grzeszny może czynić takie znaki? I powstało wśród nich rozdwojenie. Ponownie więc zwrócili się do niewidomego: A ty, co o Nim myślisz w związku z tym, że ci otworzył oczy? Odpowiedział: To prorok. Jednakże Żydzi nie wierzyli, że był niewidomy i że przejrzał, tak że aż przywołali rodziców tego, który przejrzał, i wypytywali się ich w słowach: Czy waszym synem jest ten, o którym twierdzicie, że się niewidomym urodził? W jaki to sposób teraz widzi? Rodzice zaś jego tak odpowiedzieli: Wiemy, że to jest nasz syn i że się urodził niewidomym. Nie wiemy, jak się to stało, że teraz widzi, nie wiemy także, kto mu otworzył oczy. Zapytajcie jego samego, ma swoje lata, niech mówi za siebie. Tak powiedzieli jego rodzice, gdyż bali się Żydów. Żydzi bowiem już postanowili, że gdy ktoś uzna Jezusa za Mesjasza, zostanie wyłączony z synagogi. Oto dlaczego powiedzieli jego rodzice: Ma swoje lata, jego samego zapytajcie! Znowu więc przywołali tego człowieka, który był niewidomy, i rzekli do niego: Daj chwałę Bogu. My wiemy, że człowiek ten jest grzesznikiem. Na to odpowiedział: Czy On jest grzesznikiem, tego nie wiem. Jedno wiem: byłem niewidomy, a teraz widzę. Rzekli więc do niego: Cóż ci uczynił? W jaki sposób otworzył ci oczy? Odpowiedział im: Już wam powiedziałem, a wyście mnie nie wysłuchali. Po co znowu chcecie słuchać? Czy i wy chcecie zostać Jego uczniami? Wówczas go zelżyli i rzekli: Bądź ty sobie Jego uczniem, my jesteśmy uczniami Mojżesza. My wiemy, że Bóg przemówił do Mojżesza. Co do Niego zaś nie wiemy, skąd pochodzi. Na to odpowiedział im ów człowiek: W tym wszystkim to jest dziwne, że wy nie wiecie, skąd pochodzi, a mnie oczy otworzył. Wiemy, że Bóg grzeszników nie wysłuchuje, natomiast Bóg wysłuchuje każdego, kto jest czcicielem Boga i pełni Jego wolę. Od wieków nie słyszano, aby ktoś otworzył oczy niewidomemu od urodzenia. Gdyby ten człowiek nie był od Boga, nie mógłby nic czynić. Na to dali mu taką odpowiedź: Cały urodziłeś się w grzechach, a śmiesz nas pouczać? I precz go wyrzucili. Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go rzekł do niego: Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego? On odpowiedział: A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył? Rzekł do niego Jezus: Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie. On zaś odpowiedział: Wierzę, Panie! i oddał Mu pokłon. Jezus rzekł: Przyszedłem na ten świat, aby przeprowadzić sąd, aby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą stali się niewidomymi. Usłyszeli to niektórzy faryzeusze, którzy z Nim byli i rzekli do Niego: Czyż i my jesteśmy niewidomi? Jezus powiedział do nich: Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: "Widzimy", grzech wasz trwa nadal. (J 9,1-41)
Nie da się ukryć - tekst niewątpliwie długi, ale i bardzo ciekawy - odzwierciedlający bardzo błędną mentalność i rozumowanie, które bardzo dobrze niestety zakorzeniły się i trwają nadal, mimo 2000 lat jakie upłynęły od czasu napisania tego tekstu. Mentalność Boga-złego sędziego: skoro komuś coś nie idzie, to na pewno przez Boga, z Jego woli. 

To nie jest tak, że ludzie rodzą się chorzy, niepełnosprawni, upośledzeni "bo Bóg tak chciał" i to Bóg chce kogoś w ten sposób ukarać - i naszą rolą jest się domyśleć: matkę? ojca? dalszą rodzinę? kogo? To wszystko ma służyć objawieniu się Boga. Po ludzku te wszystkie krzyże to tylko pole dla Bożej aktywności, jakby miejsca, w których może objawić się Bóg. Z jednej strony uzdrawiając ciało, ale przede wszystkim przychodząc do konkretnego człowieka i pragnąc uzdrowić jego serce, dać mu sens i cel. 

Jezus rozwala ten stereotyp czynem bardziej niż niepozornym - nakłada mu ślinę na oczy. Można by pomyśleć - wariat, jak nic. Uczynił dzieło - tylko jakie? Kazał niewidomemu iść do sadzawki i się obmyć - ale on odchodził już ze znakiem Jezusa, który wszedł w jego życie i postanowił zadziałać, uzdrowić tego nieszczęśnika.  

Ten człowiek, tuż po uzdrowieniu, pewnie nie rozumiał, co się stało. Widział cud. Nie można powiedzieć, aby ktokolwiek w jakikolwiek sposób przygotował go do powiedzenia w tym ogniu pytań i oskarżeń, aby świadectwo jakie dał o Jezusie było wyuczone i przygotowane. Mówił od serca. Trudno go również podejrzewać o teologiczne wykształcenie i zrozumienie pewnych niuansów. Rozumiał, że dotknęło go i jego udziałem stało się coś, co wymykało się ludzkim prawom i rozsądkowi. Stąd mówi - to prorok - wskazując na to, że nie ludzką i zmierzalną siłą dokonało się jego uzdrowienie. Równocześnie, z jaką płynnością i lekkością ów człowiek się wypowiada - bardzo łatwo zbijając argumenty adwersarzy. Nie bał się, aby dać świadectwo prawdzie, która go uzdrowiła. To jest jego indywidualny i świadomy wybór - w rodzicach w tej sytuacji nie znalazł oparcia, wykręcali się i, powołując się na jego wiek, kazali samego uzdrowionego pytać (nikt nie chciał być wyłączony z synagogi). Nikt nie mówił, że będzie lekko - a uzdrowiony, może częściowo nieświadomie, godzi się na to i podejmuje ryzyko. Wybór Jezusa to zdecydowany zysk - ale który nie raz i nie dwa razy przychodzi okupić, delikatnie mówiąc, niepopularnością, o ile nie cierpieniem. 

Bóg każdego z nas, inną, własną, indywidualną drogą, prowadzi do miejsca, które ukazuje zakończenie tego ewangelicznego obrazka - do momentu, kiedy - wiedząc, z Kim mamy do czynienia, stajemy przez Bogiem. A On nie zapyta o stan konta, wizytówki, kontakty, wiedzę, zdolności - tylko o to, czy wierzysz w Niego. Bóg przychodzi, aby otwierać oczy - ale tych, którzy najpierw zdają sobie sprawę z własnego błądzenia po omacku. 

wtorek, 17 grudnia 2013

Genealogia

Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama. Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci; Juda zaś był ojcem Faresa i Zary, których matką była Tamar. Fares był ojcem Ezrona; Ezron ojcem Arama; Aram ojcem Aminadaba; Aminadab ojcem Naassona; Naasson ojcem Salmona; Salmon ojcem Booza, a matką była Rachab. Booz był ojcem Obeda, a matką była Rut. Obed był ojcem Jessego, a Jesse ojcem króla Dawida. Dawid był ojcem Salomona, a matką była /dawna/ żona Uriasza. Salomon był ojcem Roboama; Roboam ojcem Abiasza; Abiasz ojcem Asy; Asa ojcem Jozafata; Jozafat ojcem Jorama; Joram ojcem Ozjasza; Ozjasz ojcem Joatama; Joatam ojcem Achaza; Achaz ojcem Ezechiasza; Ezechiasz ojcem Manassesa; Manasses ojcem Amosa; Amos ojcem Jozjasza; Jozjasz ojcem Jechoniasza i jego braci w czasie przesiedlenia babilońskiego. Po przesiedleniu babilońskim Jechoniasz był ojcem Salatiela; Salatiel ojcem Zorobabela; Zorobabel ojcem Abiuda; Abiud ojcem Eliakima; Eliakim ojcem Azora; Azor ojcem Sadoka; Sadok ojcem Achima; Achim ojcem Eliuda; Eliud ojcem Eleazara; Eleazar ojcem Mattana; Mattan ojcem Jakuba; Jakub ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem. Tak więc w całości od Abrahama do Dawida jest czternaście pokoleń; od Dawida do przesiedlenia babilońskiego czternaście pokoleń; od przesiedlenia babilońskiego do Chrystusa czternaście pokoleń. (Mt 1,1-17)
Tekst dość nietypowy, z wczoraj (17.12), ale także czytany podczas tzw. wieczornej Mszy Świętej wigilijnej - tej pierwszej już o Narodzeniu Pańskim, choć jeszcze nie Pasterki. 

Nigdy go nie rozumiałem - po co Kościół czyta jakąś tam wyjątkowo długą, pełną dziwnych, nic większości ludzi nie mówiących imion, listę, jakby Jezusowe drzewo genealogiczne? Na co to komu? Kto powtórzy choćby połowę. Dla nas może być to niezrozumiałe - inna była jednak perspektywa w czasach Jemu współczesnych, kiedy Mesjasz chodził po Palestynie. 

Przecież całe, szeroko w sumie zakrojone, działania faryzeuszy i uczonych w Piśmie sprowadzały się dyskredytowania Jezusa właśnie jako Mesjasza, Syna Bożego. Najpopularniejsze są fragmenty ewangeliczne, kiedy próbowali "zagiąć" Go jakimś wydarzeniem, sytuacją, stanem faktycznym - a to pytając o podatki, o karę dla jawnogrzesznicy, wydobycie uwięzionych wołów czy łuskanie kłosów w szabat, i wiele innych. To jedno. Ale równocześnie kwestionowano to, aby Jezus pochodził z Narodu Wybranego, że był Żydem. Tymczasem ten właśnie dziwaczny i przydługawy fragment, umiejscowiony na samym początku ewangelii Mateusza (nota bene - kierowanej wprost do nawróconych Żydów właśnie, nawiązującej do żydowskiego Prawa, Starego Testamentu) pokazuje jasno - możemy dokładnie prześledzić genealogię Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, począwszy od Abrahama! To nie jest fikcja ani spreparowana lista - tylko fakt. Jezus po ludzku wywodził się z domu i rodu Abrahama - więc tym bardziej mógł wypełnić proroctwa i pisma mówiące o tym, że Mesjasz przybędzie spośród Narodu Wybranego. 

sobota, 23 marca 2013

Radość bez końca

Jezus powiedział do Żydów: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli kto zachowa moją naukę, nie zazna śmierci na wieki. Rzekli do Niego Żydzi: Teraz wiemy, że jesteś opętany. Abraham umarł i prorocy - a Ty mówisz: Jeśli kto zachowa moją naukę, ten śmierci nie zazna na wieki. Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Abrahama, który przecież umarł? I prorocy pomarli. Kim Ty siebie czynisz? Odpowiedział Jezus: Jeżeli Ja sam siebie otaczam chwałą, chwała moja jest niczym. Ale jest Ojciec mój, który Mnie chwałą otacza, o którym wy mówicie: Jest naszym Bogiem, ale wy Go nie znacie. Ja Go jednak znam. Gdybym powiedział, że Go nie znam, byłbym podobnie jak wy - kłamcą. Ale Ja Go znam i słowa Jego zachowuję. Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień - ujrzał /go/ i ucieszył się. Na to rzekli do Niego Żydzi: Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś? Rzekł do nich Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Zanim Abraham stał się, Ja jestem. Porwali więc kamienie, aby je rzucić na Niego. Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni. (J 8,51-59)
To takie bardzo nasze, ludzkie. Kiedy ktoś mówi coś, czego na pierwszy rzut oka nie rozumiemy, co się nam w małych głowach nie mieści - czujemy się zagrożeni, odczuwamy potrzebę zaatakowania. Zaczęło się od słów o opętaniu, potem zdziwienie po słowach na temat Abrahama, wreszcie najlepszy argument - rękoczyny, kamienie. 

Mieli rację - Abraham jako człowiek umarł, i oczekiwał na zmartwychwstanie, które przyniósł światu ten właśnie wyśmiewany i wyszydzany Jezus. To była jego obietnica - życia bez końca, nie po ludzku, ale w Bogu. Ich rozumowanie było proste - Bóg jest Bogiem, po Bogu zaś pierwszy był Abraham, który jako człowiek umarł - więc jak jakiś cieśla z Nazaretu może mówić i oferować życie bez końca? 

Tylko że tych słów nie mówił prosty cieśla, byle kto że tak powiem - ale Syn Boży, współistotny Ojcu, obdarzony tą samą mocą i potęgą, przed którym stało zadanie odkupienia rodzaju ludzkiego. Mógł to obiecywać, ponieważ był władny obdarować życiem wiecznym każdego, kto tego zapragnął. To nie były słowa na wiatr rzucane, czcze i bez pokrycia obietnice szarlatana - ale pełne miłości zaproszenie Boga: pójdź za Mną. Chwała, którą miał zostać otoczony, nie pochodziła od niego - ale od Boga Ojca, którego tak naprawdę mógł poznać tylko ten, który otworzył się na Jezusa. Tego Jezusa, na którego widok rozradował się Abraham i wszyscy sprawiedliwi, którzy odeszli wcześniej i oczekiwali odkupienia. Cóż bardziej mogło ich rozradować? On nadchodził. 

Nie jest sztuką Boga ukamienować - wspominamy to wydarzenie co roku. W tradycji mojej diecezji wczoraj drogi krzyżowe przechodziły na pamiątkę tego wydarzenia ulicami miast i wsi. Za tydzień, w Piątek Wywyższenia będziemy wspominali rocznicę tamtego dnia, kiedy Miłość Boga do ludzi umarła na krzyżu. Po to, abyśmy mogli się rozradować, i aby tej naszej radości nie było końca.

niedziela, 24 lutego 2013

Góra paradoksów

Jezus wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić. Gdy się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe. A oto dwóch mężów rozmawiało z Nim. Byli to Mojżesz i Eliasz. Ukazali się oni w chwale i mówili o Jego odejściu, którego miał dokonać w Jerozolimie. Tymczasem Piotr i towarzysze snem byli zmorzeni. Gdy się ocknęli, ujrzeli Jego chwałę i obydwóch mężów, stojących przy Nim. Gdy oni odchodzili od Niego, Piotr rzekł do Jezusa: Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Nie wiedział bowiem, co mówi. Gdy jeszcze to mówił, zjawił się obłok i osłonił ich; zlękli się, gdy [tamci] weszli w obłok. A z obłoku odezwał się głos: To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie! W chwili, gdy odezwał się ten głos, Jezus znalazł się sam. A oni zachowali milczenie i w owym czasie nikomu nic nie oznajmili o tym, co widzieli. (Łk 9,28b-36)
To bardzo ważny fragment, ponieważ jak chyba żaden inny pokazuj bezsilność i nieumiejętność ludzkiego zachowania w sytuacji "bliskiego spotkania", wręcz namacalnego, z majestatem Boga samego. To, co dokonuje się na Taborze - górze paradoksów - jest po ludzku niepojęte i niewytłumaczalne. 

Jezus - niewątpliwie człowiek, przez wielu uważany za proroka, a przez niektórych "podejrzewany" o bycie Mesjaszem, w swojej ludzkiej istocie przemienia się - ukazując cały majestat bóstwa, łączącego się w Nim w jedyny i niepowtarzalny w historii człowieka sposób z człowieczeństwem. Będąc Bogiem - pozostał człowiekiem, i będąc w całości (z wyjątkiem brudu grzechu) człowiekiem - nie umniejszył tym w żaden sposób swojego bóstwa. To był, po prawniczemu nazywając, po prostu dowód - niewątpliwie istotny i potrzebny dla tego początkującego Kościoła, którego tak właściwie nie było, dla tych, którzy mieli niebawem stanąć u jego podwalin i na czele poszczególnych jego wspólnot - apostołów. 

Góra paradoksów? Dokładnie tak. Wielkość i majestat przemienionego Pana, na którą przyszły pierwszy papież, pierwszy apostoł męczennik i umiłowany uczeń Pana przeżywają tak, że nie wiedzą za bardzo, co powiedzieć - stąd ta dość dziwna deklaracja o stawianiu namiotów, czyli ludzkiego zabezpieczenia noclegu... dla nie żyjących od wieków Mojżesza i Eliasza. I jednocześnie cień niepokoju, gdy przysłuchiwali się rozmowie dwóch mężów z Jezusem, mówiąc o jakimś bliżej nieokreślonym odejściu Jezusa, które miało dokonać się w Jerozolimie - czytelny dla nas, dla nich pewnie wtedy nie bardzo, znak i zapowiedź męki, śmierci, ale i zmartwychwstania. 

Apostołowie tam obecni nie wiedzieli, jak zareagować, co ze sobą począć, co właściwie z tym wszystkim, co widzieli i słyszeli zrobić. My dzisiaj o wiele jesteśmy bogatsi - znamy ich historię, mamy Pismo Święte, przeszło 20 wieków historii Kościoła z całym Jego bogactwem i tradycją, nieprzebrane rzesze kanonizowanych i nie tylko po prostu ludzi świętych. Ale mimo wszystko - tak bardzo często nie wiemy, co robić, jakie decyzje podejmować, czym się w poszczególnych zwrotnych momentach życia kierować. Tak czesto wydaje się, że jestem w sytuacji bez wyjścia, jakby Bóg celowo coś mi w życiu komplikował, mnożył i piętrzył problemy, a już na pewno nie pomagał... Tymczasem tak naprawdę jest inaczej. 

Góra paradoksów to miejsce, gdzie Bóg nie mówi wprost, nie wyjaśnia, nie wykłada, nie pokazuje palcem. A jednocześnie wyraża się tak precyzyjnie, że bardziej trudno sobie wyobrazić - "to jest mój Syn wybrany, Jego słuchajcie". Niby tylko niewielka wskazówka - ale jeśli ktoś szuka sercem, odnajdzie (może nie najprostsze) te właściwe odpowiedzi właśnie w Nim. 

niedziela, 17 lutego 2013

Pustynna pokusa

Jezus pełen Ducha Świętego, powrócił znad Jordanu i czterdzieści dni przebywał w Duchu na pustyni, gdzie był kuszony przez diabła. Nic w owe dni nie jadł, a po ich upływie odczuł głód. Rzekł Mu wtedy diabeł: Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz temu kamieniowi, żeby się stał chlebem. Odpowiedział mu Jezus: Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek. Wówczas wyprowadził Go w górę, pokazał Mu w jednej chwili wszystkie królestwa świata i rzekł diabeł do Niego: Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je odstąpić, komu chcę. Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie Twoje. Lecz Jezus mu odrzekł: Napisane jest: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz. Zaprowadził Go też do Jerozolimy, postawił na narożniku świątyni i rzekł do Niego: Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się stąd w dół! Jest bowiem napisane: Aniołom swoim rozkaże o Tobie, żeby Cię strzegli, i na rękach nosić Cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień. Lecz Jezus mu odparł: Powiedziano: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego. Gdy diabeł dokończył całego kuszenia, odstąpił od Niego aż do czasu. (Łk 4,1-13)
Stało się - kolejny Wielki Post naszego życia. Popielec przeleciał - pewnie nie każdy nawet "znalazł czas", żeby zajrzeć do kościoła. Ja za to po raz kolejny przekonałem się u siebie, że niestety słusznym jest przesuwanie sypania popiołem z momentu tuż po jego poświęceniu (przed modlitwą powszechną) na zakończenie Eucharystii; dlaczego? bo jak u nas posypali ludziom głowy w trakcie Mszy - to na modlitwie powszechnej w kościele zostało już połowę tego, co było na początku - reszta prosto od posypania wyszła.  

Mam wrażenie, że my postu dzisiaj w ogóle nie rozumiemy - na pewno młodzi. Gdzieś tam coś dzwoni - post, modlitwa i jałmużna - w zakamarkach skrzętnie pochowanej (przed sobą samym) wiedzy z katechezy. Niewątpliwie naleciałość żydowska - tylko że bardzo słuszna i potrzebna. Modlitwa jako postawa wobec Boga, w tym prośba o właściwą (jałmużna) postawę wobec ludzi i o nabieranie sił duchowych w ramach postu właśnie. Zapominamy o tym - te trzy pojęcia brzmią jak zupełnie abstrakcyjne hasła z zakurzonej książeczki do nabożeństwa. 

Ten dzisiejszy obrazek ewangeliczny strasznie mocno pokazuje, że Zły nie musi od razu namawiać do czegoś z gruntu złego. On po prostu kusi, podsuwa propozycje z pozoru neutralne, o ile nie nawet bardzo korzystne. Zamień kamień w chleb - przecież jesteś głodny, a możesz. Oddaj mi pokłon - co się przejmujesz, zobacz, ile zyskasz. Skocz z narożnika - aniołowie cię ochronią, niczym nie ryzykujesz. Czy Jezus, czyniąc zadość namowom Złego, uczynił by coś złego sam? Wydaje mi się, że nie. Poza tym, że łaska Boża i Jego moc, którymi dysponował, nie służyła by dobru, a użyciu ich dla samego użycia. Zły proponuje Jezusowi wszystkie królestwa świata - nęcące? Nawet bardziej. Już nawet ta propozycja dotycząca chleba - nawet Syn Boży musiał być głodny po 40 dniach. 

Bóg nie stawia przed nami zadań niewykonalnych. Kto kiedyś miał okazję być na pustyni, niekoniecznie nawet w Ziemi Świętej, ten wie, że może być kusząca oderwaniem od tego, co światowe, codzienne, męczące. Cały dowcip polega na tym, aby tę pustynię - na dobry początek w Wielkim Poście - odnaleźć i umiejscowić w sobie. Być tu, gdzie jestem i robić to, co robię - mało kto może sobie pozwolić na zamknięcie się np. w klasztorze czy na rekolekcjach - i w pustyni własnego serca przeżywać post. Także cieleśnie - bo czy jest wyczynem np. w piątek wytrzymać o chlebie i wodzie? Da się - wydawało się trudne, a nie miałem problemu. Nie dość, że zdrowe, to jeszcze człowiek się lepiej czuje - ale nie to jest najważniejsze, ale intencja. Nie bez powodu egzorcyści, za Jezusem powtarzają, że pewne rodzaje pomiotów Złego tylko postem można wygonić (czego także apostołowie nie rozumieli). 

Warto wybrać się na taką pustynię swojego życia - nawet fizycznie się z niego nigdzie nie ruszając. Strzepnąć z siebie ten brud, osad, wszystko co oddziela od prawdziwych relacji z Bogiem i z drugim człowiekiem, nie pozwala być autentycznym. Postarać się też o taki prawdziwy post - niekoniecznie związany z jedzeniem (chyba, że ktoś ma z tym problem - ja mam...), ale na przykład z używkami, telewizją, czasem przepuszczanym w internecie czy przed grami. Niby niewiele - ale zauważysz różnicę, kto wie,. może Ci się spodoba - nie dla samego robienia, ale dla odmienienia siebie, a przy tym porządkowania tego, co między tobą a Bogiem. Co najlepsze, to wtedy, kiedy się uda - myślisz, schudłem, nie palę, odstawiłem alkohol - pojawią się te same pokusy, jakie dzisiaj widać u Jezusa. Zły znajdzie sposób, żeby coś podsunąć - a twoją rolą będzie umiejętne wysłanie go na przysłowiowe drzewo. To dopiero będzie sprawdzian, czy ta pustynia się na coś przydała, i na ile. Dopiero wtedy się okaże, czy te postanowienia, plany i wyrzeczenia były coś warte. Jakiś czas temu podśmiewałem się w duchu ze skrzyneczek papierowych Caritasu, do których dzieci zbierały pieniądze na jakiś zbożny cel przez okres postu - kto wie? Nie musi być skrzyneczka, rozejrzyj się, sam wymyśl zbożny cel - i odłóż, ale nie z tego, co zbywa, a rezygnując z czegoś dla siebie, oddając to komuś. I nie po to, żeby od wielkanocnego Alleluja dalej robić swoje, jak dawniej - tylko żeby w tym poście, modlitwie i jałmużnie się rozsmakować, na dłużej, optymalnie na stałe. 

Ta sytuacja Jezusa kuszonego na pustyni to nie był teatrzyk na potrzeby Ewangelii, odpowiednio ubarwiony i podkolorowany. To jest opis tego, jak Bóg - będąc równocześnie i nie mniej człowiekiem - doświadczał ludzkiej słabości. Tak, jak ty czy ja. Po swojemu, na swój sposób, kiedy Zły walił w Niego w to, co najbardziej było wątłe - zaczął od jedzenia, skoro Jezus był głodny. Mimo, że - jak powiedziałem - teoretycznie Zły nic złego Mu nie proponował. 

O ile Wielki Post to czas zdecydowanie mniej radosny od Adwentu, to chyba jednak lepszy na takie gruntowe odgruzowywanie siebie, porządki, spróbowania bycia nie tyle lepszym (we własnym mniemaniu), co innym, bardziej dla innych, bardziej z Bogiem po drodze, umiejącym łączyć życie z Nim i życie między innymi. Potraktuj to jako zadanie - ale bardziej długoterminowe niż te matematyczne 40 dni. 

niedziela, 10 lutego 2013

Połów-marzenie

Zdarzyło się raz, gdy tłum cisnął się do Niego, aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret - zobaczył dwie łodzie, stojące przy brzegu; rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy. Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów! A Szymon odpowiedział: Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci. Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na współtowarzyszy w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały. Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny. I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. Lecz Jezus rzekł do Szymona: Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił. I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim. (Łk 5,1-11)
Cieszę się, że bo najwyraźniej poziom homilii, wypowiadanych w kontekście tego tekstu, zmienia kierunek i przestaje on być odnoszony - jak, przynajmniej w mojej okolicy kilka lat temu - jedynie do kapłaństwa i życia zakonnego. Bo to po prostu uproszczenie, spłycenie i zatrzymanie się na bohaterach sceny (Piotr i pozostali - rybacy - powołani na apostołó), bez głębszego zastanowienia się, co tak naprawdę i o kim Bóg tutaj mówi.

Rybacy niewątpliwie byli fachowcami w swoim zawodzie, bo z pewnością sporo doświadczenia, sztuki i umiejętności potrzeba było, aby odpowiednio wypłynąć, znaleźć miejsce, prawidłowo zarzucić sieci, nie zniszczyć ich, a jeszcze złowione ryby dotransportować do brzegu. Z pewnością to umieli. Tego dnia jednak jakoś nie szło. Całonocny połów - i zero efektu. Nic innego, tylko przy brzegu zadbać o sprzęt, przepłukać sieci - może jutro będzie lepiej. 

Tym bardziej dziwić mogły słowa Jezusa - wypłyń, spróbuj, zarzuć sieci. Piotr w tej sytuacji zachował się bardzo roztropnie, nie polemizując - wiedział, że nie ma do czynienia ze zwykłym człowiekiem, ale Nauczycielem. Posłuchał, choć tak wiele razy później i tak robił swoje, posłuchał, choć najpierw wyraził wątpliwość - ale ostatecznie szacunek wobec Pana wziął górę. Nazywają to inaczej - po prostu zaufał. Co się dzieje dalej? Połów-marzenie, sieci się rwą prawie, łodzie zanurzone po same burty - trzeba cały wysiłek i kunszt włożyć w to, żeby te Boże dary dowlec do brzegu. 

Z nami jest bardzo podobnie. Problem polega na tym, że taka sytuacja na ogół zdarza się u większości dość rzadko, w myśl przysłowia "jak trwoga, to do Boga". Kiedy się wali, pali, tracimy grunt pod nogami, wtedy biegniemy do Niego, wypłakać się, przytulić, po raz kolejny coś tam obiecać... Byle by było lepiej. Tu może tak dramatycznie nie było - niewątpliwie jednak zerowy połów = zerowemu zarobkowi. I właśnie w takim momencie wkracza Jezus. Nie jako złota rybka, za którą przyjeżdża kontener mrożonych ryb - ale jako Ten, który może zaradzić. O ile człowiek zechce współpracować, zaufać, zawierzyć. Wypłyń, zarzuć sieci. Postawa Piotra to po prostu reakcja człowieka wiary, który z Bogiem idzie przez życie, umie i chce Go słuchać - bierze sobie te słowa do serca, wprowadza w czyn - i bardzo szybko przekonuje się, że warto było, bo Bóg nigdy nie wyprowadza na manowce, nie zwodzi (a jak ci się tak wydaje - to nie doszedłeś jeszcze do miejsca, dokąd cię prowadzi, albo za bardzo zapatrzyłeś się w siebie i użalasz się nad sobą). 

To Piotrowe "odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny" znowu w pewien sposób pokazuje - on nie do końca rozumiał, wydawało mu się że Jezus był tylko dla tych idealnych, bezgrzesznych, że on zbyt brudny i mały... Czyli dla kogo? Nie ma ideałów, nie ma ludzi bez grzechu - każdy z nas po prostu, częściej lub rzadziej, tapla się w takim czy innym syfie, a Jezus nie zwraca na to w ogóle uwagi - po prostu przychodzi, mimo wszystko (a może właśnie dlatego?). 

Wypłyń na głębię. Daj się Bogu zaprosić na ten jedyny w swoim rodzaju połów, który ma szansę stać się największą przygodą twojego życia. Zaufaj Mu - jeśli się wahasz, spróbuj w jakimś zakresie, daj Mu szansę tak samo, jak On ciągle nie rezygnuje z ciebie. Daj się zachwycić połowem jak marzenie, pozwówl wybrać się na tego, który dalej już sam będzie potrafił i chciał łowić. 

niedziela, 27 stycznia 2013

Wizytówka

Wielu już starało się ułożyć opowiadanie o zdarzeniach, które się dokonały pośród nas, tak jak nam je przekazali ci, którzy od początku byli naocznymi świadkami i sługami słowa. Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil i opisać ci po kolei, dostojny Teofilu, abyś się mógł przekonać o całkowitej pewności nauk, których ci udzielono. Potem powrócił Jezus w mocy Ducha do Galilei, a wieść o Nim rozeszła się po całej okolicy. On zaś nauczał w ich synagogach, wysławiany przez wszystkich. Przyszedł również do Nazaretu, gdzie się wychował. W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał, aby czytać. Podano Mu księgę proroka Izajasza. Rozwinąwszy księgę, natrafił na miejsce, gdzie było napisane: Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski od Pana. Zwinąwszy księgę oddał słudze i usiadł; a oczy wszystkich w synagodze były w Nim utkwione. Począł więc mówić do nich: Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli. (Łk 1,1-4.4,14-21)
Jezus odczytuje słowa Izajasza, proroka. Pewnie słuchacze czekali na słowa nadziei, obietnicę zapowiadanego Mesjasza, bliskości Jego przyjścia. A jednak - nic z tych rzeczy. W Jezusie bowiem spełniło się wszystko to, co Izajasz w swojej księdze zapowiadał. Te słowa to nic innego, jak rodzinna inauguracja działalności Jezusa, w Nazarecie. Nie pozostawił słuchaczom żadnej wątpliwości - to na Mnie czekaliście. 

Niekoniecznie wszyscy musieli od razu Mu uwierzyć - co nie dziwi, biorąc pod uwagę znaną z historii ilość samozwańczych mesjaszy, pojawiających się w tych czasach, nawoływania i masowego gromadzenia ludzi oraz ich równie spektakularnych później klęsk i upadków. Jezusa od nich różniło to, że koniec końców udowodnił, że miał rację - cudami, znakami, prorokowaniem, a przede wszystkim swoją męką, śmiercią i zmartwychwstaniem. Czy komuś innemu się to udało? 

Jednocześnie wprost powiedział, co zamierza: głosić Dobrą Nowinę, przede wszystkim ubogim. Uwięzionym głosić wyzwolenie i wolność jeńcom. Uwalniać ludzi. Obwoływanie i obdarowywanie łaską Boga. Nie było w tym przechwał, reklamy i marketingu, choćby i politycznego - tylko powołanie się na, niekwestionowane przez Żydów, słowa proroka, i odniesienie ich do siebie przez Jezusa. On nigdy nie był samozwańcem, ponieważ sam nie ogłosił się Mesjaszem - a jedynie wypełniał powierzoną Mu przez Boga Ojca misję. A to jest zasadnicza różnica. 

Niektórzy - z nas, słuchaczy, znających dalszy ciąg i koniec historii Jezusa - mogą, mimo pozytywnego epilogu w pewnym sensie być zasmuceni tym, co pomiędzy dzisiejszym radosnym obrazkiem z Nazaretu a zmartwychwstaniem miało miejsce, czyli faktem męki Pańskiej. I po ludzku jest to bardziej niż zrozumiałe. Tutaj z pomocą przychodzi pierwsze czytanie i kończące je słowa proroka Nehemiasza: A nie bądźcie przygnębieni, gdyż radość w Panu jest waszą ostoją! Pomimo bowiem tych cierpień, które nadeszły na Zbawiciela, nic nie powinno człowiekowi wierzącemu przesłonić radości ze zbawienia. Którego bez Jezusa i całej Jego drogi - w tym gorzkiej prawdy triduum - by nie było. 

środa, 16 stycznia 2013

Przedstawienie. Albo prezentacja

Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie. (Łk 3,15-16.21-22)
Zawsze mnie to zastanawiało - czemu, skoro ten Jezusek dopiero co się urodził, Kościół świętowanie właśnie Jego narodzenia zamyka świętem, będącym wspomnieniem chrztu, który dokonał się przecież, lekko licząc, 30 lat później?

Jednak, ma to uzasadnienie nie tylko w Bożej, ale także ludzkiej logice. Chrzest to nie tylko początek przygody z Bogiem każdego chrześcijanina, katolika, przymierze zawierane od teraz na zawsze - ale w kontekście historii zbawienia i historii Syna Bożego to moment zwrotny i przełomowy, bowiem moment stanowiący jakby ujawnienie się Pana jako Mesjasza; obok wesela w Kanie Galilejskiej, gdzie dokonał się pierwszy i tak lubiany przez ludzi cud przemienienia wody w wino. 

Dochodzi także do sytuacji bez precedensu - kuzyn Jezusa, Jan, ostatni prorok, prorok przełomu Testasmentów i czasów, bo stanowiący przejście z tego Starego ku Nowemu, dosłownie palcem wskazuje - ludzie, zostawcie mnie w spokoju, Tego szukacie! On przychodzi w mocy Boga Ojca i Ducha Świętego, aby z siłą ognia dokonać dzieła odkupienia. I do tego ten, jakże wymowny, obrazek - porównanie do służebnej roli wiązania sandałów u nóg. Skoro Jana traktowali jak proroka - kto miałby być tym większym od niego, wobec którego Jan tak bardzo się uniża? Czyżby...?

Po co Jezus przystąpił do chrztu? Nie wiemy. W tym opisie nie ma przytoczonego dialogu, w którym Jan wyraźnie oponował ochrzczeniu Mesjasza, uległ wobec Jego wyraźnego życzenia. Może aby podkreślić swoją ludzką naturę? A jednak przecież On był bez grzechu. 

A mnie się wydaje, że tutaj dochodzi do pierwszego cudu - cudu, w którym sam Bóg Ojciec w Duchu Świętym zstępuje i przedstawia ludziom Tego, którego posłał. Aby nie mieli wątpliwości, aby nie wahali się, aby wiedzieli z kim mają do czynienia, aby zrozumieli, że Jego wola jako Syna jest tożsama z wolą Ojca i Ducha, że On jest tym, na którego oczekiwali. Można by powiedzieć - żeby uniknąć tego wszystkiego, co stało się przez 3 lata publicznej działalności Jezusowym kielichem goryczy, szyderstw, niedowiarstwa, prób podjudzania przeciwko Niemu, poddawania próbom, szukania haka - aż do ukoronowania (dosłownie) tych działań w pamiętny krwawy piątek... Bóg mówi wprost - człowiek w swojej wolności Go olewa, a On nadal kocha i Jezus idzie dalej, aż na krzyż, i ostatecznie do pustego grobu. Co my wtedy zrobimy? Pewnie nic. Dopiero w drodze do Emaus On sam raz jeszcze wszystko będzie musiał wyjaśnić. Dopiero wtedy zapałają serca. 

>>>

Nie dają mi spokoju słowa o. Jacka Krzysztofowicza OP, z linka do nagrania z jego pożegnania. Ta zmodyfikowana przypowieść o synu marnotrawnym, słowa o dojrzewaniu i Bogu dorosłości, czy to końcowe jakby dramatyczne - bierzecie...

niedziela, 2 września 2012

Maryjna dyskrecja i spostrzegawczość

Spóźnione praktycznie o tydzień myśli kilka o Wniebowziętej.

Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: «Nie mają już wina». Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja2?» Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie». Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń4, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: «Napełnijcie stągwie wodą!» I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: «Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu!» Oni zaś zanieśli. A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem - nie wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli - przywołał pana młodego i powiedział do niego: «Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory». Taki to początek znaków5 uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie. (J 2, 1-11)
Maryja jest w tym obrazie wzorem matki troskliwej, która zauważa sprawy umykające uwadze mniej zatroskanych i zainteresowanych, zaangażowanych. Tamtym w Kanie o włos zabrakło wina, i była by niezręczna sytuacja na weselu. Patrząc na popularny swego czasu program Co mnie gryzie można by stwierdzić, że brakuje nam wszystkiego - a to zdrowia, pieniędzy, przyjaźni, spełnienia, sensu, spokoju, udanych wakacji. Każdy coś doda od siebie. Czasami warto spojrzeć na samego siebie z perspektywy drugiego człowieka - jak uczyniła to Boża Matka - i w ten sposób dostrzec, czego naprawdę potrzebuję. A może się okazać, że sam fakt tego, że czasem ktoś moją potrzebę zauważy i zatroska się tym, sprawi iż poczuję się choć trochę lepiej. 

Maryja jest uparta, to nie ulega wątpliwości. Jak ta niewiasta, która szła za Jezusem i łapała za jego szatę, a potem dyskutował z Nim. Jak niewidomy, którego uciszali, kiedy wołał za Jezusem, aby go uleczył. I jak tylu innych. To błogosławiony upór. Można pomyśleć, że Jezus ją zbył - może po prostu nie uważał, aby nadszedł czas na manifestację Jego siły i mocy, nie chciał się wychylać? Maryja miała świadomość, że On wie, co poleca sługom - to były słowa z jednej strony do nich, ale także zrozumiały znak dla Jezusa. Pomóż, bo bez Ciebie będzie bieda. Przy okazji, to bardzo dobry dowód dla wszystkich, którzy uważają, że dla Boga szkoda czasu, bo on go dla nas i tak nie ma - jak widać, ma, tylko najpierw trzeba się do Niego zwrócić. 

Bóg może wszystko, ale pragnie ludzkiej współpracy. To, że Jezus zamienił wodę w wino, a nie wyczarował od razu wino i stągwie, jest znamienne. Bóg szuka u człowieka współpracy, pragnie aby człowiek choć trochę Mu zaufał. Stąd te słowa, aby słudzy napełnili stągwie wodą. Pytanie brzmi - czy ja pozwolę, aby woda moich wątpliwości, win, słabości i bojaźni zamieniła się w mocne Bogiem wino? Nie bez powodu to pierwszy Jezusowy cud, w pewnym sensie początek. I nie przypadkowo dokonany właśnie na weselu, a więc kontynuacji uroczystości ślubnej. To Boże zaproszenie, aby człowiek razem z Nim na nowo rozpoczynał. 

środa, 23 maja 2012

Now it's your turn

Jezus rzekł do nich: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie. Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdził naukę znakami, które jej towarzyszyły.  (Mk 16,15-20)
To nie mógł być dla apostołów łatwy moment. Skończyło się prowadzenie za rękę, dreptanie za Jezusem, wpatrywanie się w Niego i piękne deklaracje. Zaczynało się to wszystko, czego mieli przedsmak w dniach Jego męki i śmierci, kiedy (pytanie, czy na pewno?) oczekiwali Zmartwychwstania. Zaczęło się życie na własną rękę, zaczęła się ewangelizacja, zaczęła się tak naprawdę ich misja. 

Dla nich sprawa była o tyle prosta, że podjęli już wybór - poszli za Jezusem. Zgadza się, wielu to kiedyś uczyniło, po czym szeregi Jego naśladowców topniały, aby w Wielki Piątek praktycznie zniknąć, ograniczając się do kilku kobiet i Jana, jedynego który wytrwał do końca. Wytrwali w tym wszystkim jednak, i usłyszeli to wiekopomne "Pokój Wam!" w wieczerniku i tylu innych miejscach, kiedy On przyszedł, aby tym pokojem napełnić ich serca, uczynić kolejny krok ku ich duchowej i apostolskiej samodzielności. 

W tych pierwszych latach więcej było wiary w ludziach, bo i faktycznie apostołowie czynili znaki porównywalne z tymi cudami Jezusa (no, może nie wskrzeszali zmarłych). Ale i złe duchy wyrzucali, i - jak Piotr już w pierwszych dniach Kościoła - przemawiali językami, o których znajomość trudno by podejrzewać poliglotów, a co dopiero prostych rybaków z Galilei, uzdrawiali także. Nieśli Jezusowe dobro, Jezusowe uzdrowienie do wszystkich, którzy go pragnęli, którzy otwierali przed Jezusem swoje serca i zapraszali Go do swojego, choćby nie wiem jak pokręconego, połamanego i pogubionego życia. A On przychodził, właśnie przez posługę apostołów. 

W tym zapisie ewangelista nie przytoczył słów "a oto jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata". Ale jest. Może nie było to tak oczywiste dla tamtej Dwunastki, która wpatrywała się w niebo, gdy Jezus wstępował na prawicę Boga Ojca. Dopiero po jakimś czasie mogli zrozumieć, że to już teraz, że to ich czas, że teraz nie ma wymówki, zasłaniania się Jezusem i czekania, aż On sam coś powie, aż On coś zrobi - bo to przecież Zbawiciel Pan. Teraz wszystko zależało od nich. Teraz Jezus miał tylko ich ręce, nogi, usta, i tylko nimi mógł dotrzeć do ludzi. Dlatego wyruszyli, i dlatego są w drodze ich następcy, aż do dzisiaj. 

Te dni to czas święceń kapłańskich w poszczególnych diecezjach Polski. W mojej rodzinnej diecezji odbyły się właśnie w zeszłą niedzielę. Warto pamiętać w modlitwie o neoprezbiterach - to dzięki nim, tym którzy szli przed nimi i którzy przyjdą po nich, mamy sakramenty i Eucharystię, ciągle tę samą, najświętszą. 

>>>

Mama jest po pierwszej chemioterapii, póki co jest dobrze, na razie nie jest osłabiona. 

>>>

W pracy jest masakrycznie. Przełożony przestał w jakikolwiek sposób maskować niechęć wobec mojej osoby. Jutro czeka mnie rozmowa, kto wie czy nie skończy się zakończeniem współpracy z moim pracodawcą. Co zabawniejsze, w sytuacji, kiedy zasuwam jak głupi, siedzę po godzinach. Cóż, zawsze można wymyślić zadanie niewykonalne, albo dać na coś bardzo złożonego o wiele za mało czasu, a potem mieć pretensje. Ja nie będę wieczorami i w weekendy siedział w pracy. 

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Krzykacz żąda - Bóg się zgadza

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej książce, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31)


Mój imiennik w roli głównej. Cóż, nie ma się co dziwić - sam do niedowiarków pewnie należę w jakimś sensie. Niby wierzący, ale... Coś w człowieku jest, że próbuje wszystko sobie przełożyć "z Bożego na nasze", wytłumaczyć po swojemu, zaszufladkować. Szkoda, że najczęściej sporo się przy tym miesza, a w efekcie zmienia się sens. 

Tym razem narrator natchniony nie mówi nic o obawach uczniów - poza tym, że bali się tych, którzy cały czas szukali po ulicach i zaułkach Jerozolimy ludzi, którzy "wykradli ciało Jezusa", jak to zapobiegliwie arcykapłani raczyli porozpowiadać po mieście. Co więcej - uczniowie radują się, i to widząc rany Zbawiciela! To samo, co kilka dni wcześniej ich odstraszało, tak że tylko Jan doszedł pod krzyż, teraz motywuje i utwierdza, że to żaden duch, a po prostu ich Pan. Stąd ta radość, radość prawdziwa. Bo jak można czegokolwiek się bać, gdy stoi przed tobą Ten, którego nawet śmierć nie była w stanie powstrzymać? 

Jezus na pewno nie rzuca słów na wiatr, ani też nie powtarza się bez celu. To podwójne "Pokój wam" ma bardzo konkretny sens i brzmienie. Pokój wam - bo to wy tak drżeliście, was ogarniał strach, wy pouciekaliście, za wami musiałem iść nawet do Emaus i wyjaśniać wszystko jeszcze raz, to mnie szukaliście między tkaninami w pustym grobie. Pokój wam - bo tylko ten prawdziwy, od Boga pochodzący pokój, który wam przynoszę, może pomóc objąć sercem i umysłem ogrom wydarzeń, jakich byliście świadkami, jakie doprowadziły do tego, że jestem z wami. Tylko z tym pokojem chrześcijanin może w twórczy sposób wykorzystać Bożą łaskę - "niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie, mój Boże". Pokój z jednej strony dany, ale i zadany jako podstawa, obok wiary, nadziei i miłości. Tylko taki pokój może przedrzeć się przez zamknięte drzwi ludzkich serc, nawet tych które kiedyś było stać na ryzyko zawierzenia, a później gdzieś, coś się poplątało, i dzisiaj trwają w świecie bez celu i sensu, a Ten, który może im je nadać, jest tuż obok. Tylko taki pokój może zamknięte ludzkie serca otworzyć... na inne zamknięte serca, uzdolnić je, aby ich głos otwierał serca innych ludzi.  

Dla mnie to te słowa są pierwszym posłaniem uczniów, takim dojrzałym, rozesłaniem ich samodzielnie, już bez Jego fizycznej obecności - wydarzeniem, które jakby się dopełniło w momencie Wniebowstąpienia. Wtedy rozesłał ich jakby ostatecznie - ale Jezus wysłał ich już tutaj, mówi to wprost. Nie sam swoją mocą, ale w imię Boga Ojca - jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam - aby szli i kontynuowali to dzieło, które On rozpoczął. 

Euforia - widzieliśmy Pana! I wtedy na scenę wchodzi czarny charakter - Tomuś. Jezus? Taak? A skąd ja mogę wiedzieć? Czemu zaufać? Przecież widziałem - zabili Go, a Józef pochował. Czemu mam uwierzyć? I za tym - szereg warunków pt. "uwierzę, o ile...", co narrator dość dokładnie opisuje z anatomicznego punktu widzenia jako wkładanie ręki do boku czy dotykanie ran po gwoździach. I znowu, Bóg robi coś, czego kompletnie nie rozumiem, czego robić na pewno nie musiał. Dostosowuje się. Krzykacz żąda - Bóg się zgadza. Jezus przychodzi ponownie, wręcz sam zaprasza Niedowiarka, podtyka mu pod nos ręce i nogi, pokazuje bok. Jest w tym działaniu Boża logika - bo człowiek klęka i wyznaje wiarę w Boga dzięki temu, co zobaczył. Pan mój i Bóg mój. 

My mamy, w tym sensie, nieco trudniej. Jego fizycznie nie ma między nami (choć Joanna Bątkiewicz-Brożek z GN w pewnym sensie - i słusznie - kwestionuje, warto przeczytać, zdarza się że Jezus sam robi wyjątki i rzuca się, dosłownie, człowiekowi w oczy). Nie ma to jednak znaczenia. Objawienie jest kompletne. Pan Bóg nic nowego nam już nie powie, co najwyżej będzie się przypominał. Cały ten depozyt mamy złożony w swoje ręce. Po co? Żeby sięgnąć po błogosławieństwo dla tych, którzy - choć nie widzieli - to uwierzyli.

Przychodzisz, Panie, mimo drzwi zamkniętych,
Jezu Zmartwychwstały ze śladami męki.
Ty jesteś z nami, poślij do nas Ducha,
Panie nasz i Boże uzdrów nasze życie.

piątek, 13 kwietnia 2012

czwartek, 12 kwietnia 2012

I wszystko jasne

Uczniowie opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak poznali Jezusa przy łamaniu chleba. A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: Pokój wam! Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha. Lecz On rzekł do nich: Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie się Mnie i przekonajcie: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam. Przy tych słowach pokazał im swoje ręce i nogi. Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: Macie tu coś do jedzenia? Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i jadł wobec nich. Potem rzekł do nich: To właśnie znaczyły słowa, które mówiłem do was, gdy byłem jeszcze z wami: Musi się wypełnić wszystko, co napisane jest o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach. Wtedy oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma, i rzekł do nich: Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie, w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego. (Łk 24,35-48)
To brzmi dość dziwnie. Z jednej strony - wszyscy się cieszą, radują się ze spotkania ze Zmartwychwstałym. Przeżywają to, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Można powiedzieć - swego rodzaju euforia. Po tych kilku dniach, szeptanych przekazach o tym, jak On cierpiał na drodze krzyżowej, jak Go krzyżowali i jak dogorywał na drzewie krzyża - przejście w zupełnie odmienną skrajność. On żyje! 

Dochodzi do spotkania, które serca tak nastawionych ludzi tym bardziej powinno uradować. Ten, którego świętują, staje pomiędzy nimi - i co się dzieje? Zmieszanie, żeby nie powiedzieć że lekki strach. Jaka zmiana. Jezus nie przejmuje się tym - wskazuje na dowody, kim jest. I znowu się przedstawia - Ja jestem - znowu nawiązuje do tego, jak Bóg przedstawia się Narodowi Wybranemu od początku dziejów zbawienia. Nie mogli mieć wątpliwości - to samo ciało, te same rany. Zmartwychwstały człowiek, choć równocześnie ani przez chwilę nie przestaje być Bogiem.

Tak jak przez śmiercią, Jezus tłumaczy im - setny pewnie raz - to, co już powtarzał. Nie dokonał niczego, co nie zostało zapowiedziane i przepowiedziane przez Boga mówiącego ustami proroków. Teraz pozwolił im tę prawdę zrozumieć. I w tych ostatnich słowach - piękna zapowiedź, a zarazem potwierdzenie rozumowania, jakie przyjął najpierw Paweł z Tarsu, a później przejął i uczynił swoim Kościół. Że zbawienie jest dla każdego, że Jezus nie przyszedł tylko do Żydów, ale pragnie uszczęśliwienia każdego człowieka, bez względu na rasę, poglądy. 

Ostatnie zdanie - zadanie dla nas. Te słowa nie ograniczają się tylko do bezpośrednich odbiorców, tych którzy tam z Jezusem siedzieli. To słowa dla i do wszystkich, którzy Jemu zawierzyli. Autentyczna wiara w zmartwychwstanie to nic innego jak świadectwo, do którego dawania jesteśmy posłani.