Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gotowość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gotowość. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 grudnia 2015

Gotowość męczeństwa

Dzisiaj na Mszy Świętej - bardzo miłe zaskoczenie. Zamiast listu rektora KUL, tradycyjnie odczytywanego w kościołach w II dzień Narodzenia Pańskiego - nasz rodzinny (parafialny) diakon powiedział krótką, acz bardzo fajną homilię. 

Jest to o tyle fajne, że nigdy nie rozumiałem, z jakiego powodu, jak już spora część z tych, co się katolikami deklarują, z uwagi na święta i chyba większe wtedy wyrzuty sumienia (albo i presję społeczną, w rodzinie - albo wszystko razem) już w końcu dotrze do kościoła, i to ze 2 dni pod rząd (a w tym roku - przez niedzielę - wyszły nawet 3) to się ich zanudza wynurzeniami pewnego profesora. Ale tak już było. 

Ad rem, nasz diakon zwrócił uwagę - w kontekście św. Szczepana jako pierwszego według tradycji męczennika - dwie kapitalne w swej prostocie rzeczy. 

zdjęcie z nagrania egzekucji 21 chrześcijańskich koptów w Libii, ściętych w lutym 2015 r.

Po pierwsze, wcale nie jest tak, że to czasy antyku (czyli początki chrześcijaństwa) były okresem męczenników, kiedy najwięcej ludzi oddawało życie za wiarę. To znaczy, na pewno tak było: stare wierzenia się broniły, coś nowego, opór społeczny itp. Ale patrząc na statystyki - to XX i teraz XXI wieku to czasy męczenników, nowa epoka pełna tych, którzy za wiarę w Jezusa Chrystusa oddają życie. Tu nie chodzi o statystyki - te są różne - ale o pewną prawidłowość. Na początku uczniów Jezusa prześladowali, bo byli czymś nowym. Potem, znamy historię, jakoś to okrzepło, Kościół się rozwijał nawet w formie państwowości (do schyłku XIX wieku). Dzisiaj historia jakby zatoczyła koło - są miejsca na świecie, gdzie nie za zrobienie czegokolwiek, ale za bycie chrześcijaninem można dostać w łeb. Nie przysłowiowo - ale maczetą czy kulą z pistoletu. I to nawet nie za bycie praktykującym - jak wiemy, różnie to bywa między deklaracjami a rzeczywistością. Są takie miejsca, gdzie możesz być i niepraktykujący i nie narzucający się Bogu: katolik, to trzeba obić albo i zabić. Może i liczby nie są takie same, ale ilość męczenników wzrasta. 

Po drugie, my czasami kompletnie opacznie to rozumiemy. Tu nie chodzi o wolę bycia męczennikiem - bo nie mamy niczego deklarować, ani pchać się pod nóż czy przed muszkę karabinu jakimś szaleńcom. Mamy być gotowi w sercu na męczeństwo, o ile zajdzie ku temu potrzeba - gotowi, aby oddać za wiarę i za Jezusa życie. Nie szukać śmierci, nie prowokować w jakikolwiek sposób przemoc w sposób świadomy. Żyć tak, żeby mieć tę świadomość - kurczę, kto wie, co będzie, ale jestem gotowy. 

Nikola Sarić - ikona 21 męczenników koptyjskich z Libii 

Pewnie szansę na męczeństwo my, Europejczycy, a już raczej Polacy w kraju mamy niewielką. Ofiary z życia od nas raczej nikt nie będzie oczekiwał - przynajmniej póki co tak to wygląda. Wystarczy jednak rozejrzeć się, co się dzieje i wyrabia w Europie Zachodniej: Francja, Niemcy, Skandynawia. I zapytać siebie: co ja zrobię, jeśli kiedyś musiałbym wybierać. 

niedziela, 15 listopada 2015

Chwile oczekiwania

Jezus powiedział do swoich uczniów: W owe dni, po tym ucisku, słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte. Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą. Wtedy pośle On aniołów i zbierze swoich wybranych z czterech stron świata, od krańca ziemi aż do szczytu nieba. A od drzewa figowego uczcie się przez podobieństwo! Kiedy już jego gałąź nabiera soków i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach. Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą. Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec (Mk 13,24-32)
Zawsze - przy tych fragmentach mówiących o powtórnym przyjściu Jezusa na świat - bardzo zazdrościłem tym, którzy czy to (wow!) Jezusa w życiu mieli okazję jako człowieka widzieć, poznać, czy też żyli bezpośrednio w czasach i słuchali tych, którzy z Jezusem chodzili, słuchali Jego słów, patrzyli na Niego - mieli na wyciągnięcie ręki. Dlaczego? 

Bo dla nich to było coś oczywistego - Pan przyjdzie ponownie, i to nie w perspektywie tysiącleci, stuleci, dziesięcioleciu. Już niedługo. Za ich życia. Oni nie żyli w strachu, nie starali się tego odwieźć, oddalić - mieli świadomość ponownego przyjścia Zbawiciela, bardzo go pragnęli i wyczekiwali. Takie bezustanne, bo ciągle w perspektywie, w zasięgu wzroku - chwile oczekiwania. Tęsknota za Tym, który był, jest i który - jak to słyszymy w jednej z formuł pozdrowienia po rozpoczęciu Mszy Świętej - przede wszystkim przychodzi. Nie tylko niematerialnie, jako Żyjący i Zwycięski Pan i Władca, który przenika każdego dnia pragnienia i myśli naszych serc - ale Ten, który po prostu przyjdzie ponownie na świat. 

Co się stało potem i doprowadziło do tego, z czym mamy do czynienia najczęściej dzisiaj? Nie wiem. Znudzenie? Zniecierpliwienie? Zapomnienie? Czas leciał, a słowa Jezusa jakby się nie wypełniły dosłownie. Przeminęły pokolenia, i to niejedno, a nic się nie wydarzyło. Może dlatego, że Bóg liczy inaczej niż my? Nie wiem. Perspektywa Jezusa - Zwycięzcy, który wyszedł z grobu, a potem wstąpił do nieba - odsuwała się, niknęła gdzieś tam. Radość oczekiwania okrzepła. Przyzwyczailiśmy się do tej prawdy - słuchamy jej z, większym lub mniejszym, zainteresowaniem w kościele, czasami zastanawiamy się nad tym pewnie w kontekście odejścia kogoś bliskiego, pożegnania na pogrzebie. Okrzepło to, przyzwyczailiśmy się, zaszufladkowaliśmy tę wielką rzeczywistość, i tak sobie żyjemy. 

Właściwie już tylko w Modlitwie Pańskiej zostało takie - pewnie dla wielu nieświadome w ogóle - wspomnienie, kiedy wypowiadamy słowa przyjdź Królestwo Twoje. O co się modlimy? O Jego królowanie w naszych sercach już dzisiaj, tutaj, teraz, żeby ta Boża rzeczywistość nie była żadną utopią czy bajką, ale stawała się tym, w czym żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. Ale też właśnie - i może przede wszystkim - o to, aby On przyszedł ponownie do nas, po nas. Wyrażamy naszą tęsknotę do momentu przejścia, kiedy to, co jest, się zakończy, a Bóg uczyni wszystko nowym, odmieni, otoczy chwałą. 

Tu nie chodzi o życie w strachu, o bojaźń i apokaliptyczne spojrzenie na cały świat. Chodzi o świadomość własnej kruchości i tego, że Bóg może przyjść w każdej sekundzie, minucie czy godzinie życia. Teraz, jutro, za tydzień, albo tysiąc lat po mojej śmierci. O gotowość i umiejętność zdystansowania się do tego, co ziemskie - tak, dane nam do wykorzystania i czynienia dobra, ale przemijające, nietrwałe. 

Jezus nie mówi nam nic innego, jak tylko: patrz, obserwuj, wyciągaj wnioski. Widzimy zmiany pory roku, wzrost, owocowanie, przekwitanie. Tak samo będzie z Dniem Ostatecznym. Pewne znaki już widać - o ile tylko się chce je zobaczyć i zauważyć. Nie po to, żeby się bać i uciekać, bawić w zbieractwo (które i tak nic nie da) - ale po to, aby otworzyć serce i radośnie, z wiarą oczekiwać. To już tuż, tuż? Świetnie. Przecież na to wszyscy czekają, prawda? Nadejdzie Bóg Sędzia, ale nie w naszym małym ludzkim rozumieniu, ale sądzący z miłości i z miłosierdziem. Znajdujący w nas dobro, którego bardzo często sami nie umieliśmy zauważyć. 

Czy koniec świata jest bliski? To wie tylko On. Z perspektywy jednego z kilku miliardów ludzi na tym świecie można na pewno powiedzieć, że dzieje się bardzo wiele, zmienia się Kościół, zmienia się rzeczywistość, wydają się stawać na głowie różne porządki i pewniki, punkty odniesienia. My nie mamy się bać. To jest tylko przypomnienie - będą znaki? Będą. Wyciągaj wnioski. "Wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach". Czuwaj, bądź gotowy. Uporządkuj to, na co zwykle czasu brakowało, może nieświadomie. Poskładaj to, co się rozsypało. Może to już za chwilę?

Gdyby ktoś chciał poczytać świetnie napisaną w formie powieści historię o Sądzie Ostatecznym i tych dniach - polecam serię Jerry'ego B. Jenkinsa i Tima LaHaye wydaną w Polsce już dość dawno przez Vocatio - widzę, że dostępna np. w Księgarni Mateusza. Pierwsza część to "Dzień zagłady". Fikcja literacka, ale świetnie napisana. Sam nie przeczytałem jeszcze, ale sobie to obiecuję od dłuższego czasu. Ja polecam. 

sobota, 24 października 2015

Beton i poklepywanie

W tym samym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie. I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć.(Łk 13,1-9)
Lubimy się podnosić na duchu, pocieszać, poklepywać po ramionach - jest dobrze, a nawet jak nie jest tak dobrze jak by się chciało, to są tacy, co mają gorzej... Bardzo chrześcijańskie, prawda? A jednak. Jak się komuś - w rodzinie, sąsiadowi, koledze - noga powinie, to aż się iskierki w oczach pojawiają: uff, jak to dobrze, że nie ja... i od razu, na jednym oddechu, dodawane - no co, ma za swoje, prawda? Dokładnie tak samo rozumowali tamci z dzisiejszego ewangelicznego obrazka - Piłat tamtych dorwał, a nie nas; tamtym się na łeb wieża zwaliła, to pewnie musieli Bogu podpaść. Tak samo, gdy w innym miejscu Jezus uzdrowił bodajże głuchoniemego - ludzie, można uznać, bardziej zajmowali się tym, za czyje niby to grzechy tamten był "pokarany przez Boga" chorobą. 

Jezus takich zbyt zadowolonych z siebie po prostu betoni - nie ma się z czego głupkowato cieszyć, zmień coś w sobie, albo twój koniec będzie równie marny. Co jak co, ale śmierć jest pewnikiem - być może Zbawiciel miał na myśli to, że tamci nie byli na nią gotowi, nie otworzyli swoich serc przed Bogiem i szli przez życie własną drogą, ewentualnie może oddając Panu Bogu świecę (jak to pobożni Żydzi), a diabłu ten przysłowiowy ogarek. Jak to w znanym polskim przeboju, można powiedzieć, że "życie choć piękne, tak kruche jest" - i to jest rzeczywistość, którą chrześcijanin powinien mieć zawsze przed oczami. Nie po to, aby się bać. Ten, kto poznał Boga, ukochał Go i stawia Jego Słowo na pierwszym miejscu, żyjąc nim, nie ma się czego bać - bo jest po prostu gotowy, i to, czy umrze dzisiaj, za tydzień, czy za 50 lat nie ma znaczenia. Boją się ci, którzy wszystko - w tym Boga - odkładają na to magiczne "później", na które czasami życia nie starcza, bo potrafi się ono skończyć dla nas i w czasie i w miejscu zupełnie niespodziewanym. "A bo ja myślałem... miałem tyle planów". A może liczą na coś więcej? Być może, tylko raczej bezpodstawnie. Ciśnie się na na usta to, co zmarłemu bogaczowi z przypowieści o nim i Łazarzu miał powiedzieć Abraham: "jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą" (Łk 16, 31). Objawienie jest kompletne, mamy wszystko podłożone pod nos - i do nas należy wybór, co z tym robimy, oraz wszystkie jego konsekwencje. To się nazywa ładnie wolną wolą - czymś, co nawet Bóg, mimo że większy od nas w sposób absolutnie nie do ogarnięcia, szanuje i nie łamie. 

No właśnie, logika Boża. Zupełnie po ludzku bez sensu, prawda? Pokazuje to pięknie - na nasze szczęście - ostatni kawałek dzisiejszego tekstu, ten o właścicielu winnicy i nieurodzajnym drzewie figowym. Ta sytuacja powtarza się bowiem tak naprawdę w życiu każdego jednego - mnie, ciebie - przy każdym naszym upadku, których, wiem dobrze po sobie, potrafi być niezliczona ilość. Każdego dnia. Mniej lub bardziej bezmyślnie, zamiast wykorzystać szansę i owocować, robimy z siebie takie liche drzewka oliwne, które każdy inny by wyciął w pień i przeznaczył na podpałkę - no bo na co ma stać, skoro nic z niej nie ma? A jednak, znowu ta Boża perspektywa - On lubi pokazywać, że każdy ma w sobie to coś, co pozwala dać dobre owoce; osobną sprawą jest to, że często potrzeba na to bardzo dużo czasu. Bóg jest cierpliwy i liczy na to, że coś z nas będzie. Każde beznadziejne drzewko dostaje swoją szansę, dopóki żyje - ma szansę owocować. 

Tylko że ten czas się kiedyś skończy. Tego nie wiemy, i nie dowiemy się - ile go mam ja, ile masz go ty. Na tym polega zabawa. Tylko że... to nie jest zabawa. Bo stawką jest twoje życie, twoje zbawienie. 

niedziela, 6 września 2015

Zaryglowane

Jezus opuścił okolice Tyru i przez Sydon przyszedł nad Jezioro Galilejskie, przemierzając posiadłości Dekapolu. Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę. On wziął go na bok, osobno od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: Effatha, to znaczy: Otwórz się! Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić. /Jezus/ przykazał im, żeby nikomu nie mówili. Lecz im bardziej przykazywał, tym gorliwiej to rozgłaszali. I pełni zdumienia mówili: Dobrze uczynił wszystko. Nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę. (Mk 7,31-37)
Dla mnie ta niedzielna ewangelia bardzo fajnie koresponduje z fragmentem z I czytania: "Odwagi! Nie bójcie się!" (Iz 35,4-7a). Co więcej - te słowa padają nie w kontekście super wierzących, nigdy nie chwiejących się w wierze, supermanów różańca itp. Padają w kontekście osób... małodusznych. Czyli w pewnym sensie gdzieś tam - każdego z nas. Bóg nie sprawi, że wszystko to, co złe, po prostu zniknie i tego nie będzie, ot tak sobie. Bóg jest rozwiązaniem. On sam. Tylko On. 

Te Jezusowe słowa o otwieraniu się można interpretować co najmniej dwojako. 

Z jednej strony - otwórz się na drugiego człowieka, na potrzeby ludzi naokoło, przestań być egoistą, wyjdź poza swoje uprzedzenia, zainteresuj się nie tylko czubkiem własnego nosa, zrób coś bezinteresownie dla drugiego. Inna kwestia - jakiego znaczenia te słowa nabierają w obecnej tragicznej sytuacji związanej z imigrantami (osobna sprawa, zbieram się żeby coś o tym napisać). Bądź nie tylko dla siebie - ale dla drugiego. Bardziej dla niego niż dla siebie. 

Z drugiej strony - otwórz siebie samego na Niego, dla Niego. Bóg zaprosił tamtego biedaka na miejsce osobne, a dzisiaj dla każdego z nas chce znajdować miejsce indywidualne, intymne, wyjątkowe. Ma czas i miejsce dla każdego z nas, kiedy tylko do Niego przychodzimy. Każdy jest dla Niego ważny, wyjątkowy, umiłowany. Bóg najlepiej przychodzi w ciszy serca, w oddali od zgiełku i pędu codzienności. Wtedy możemy dojrzeć do tego, że można przeczytać stertę mądrych i pobożnych lektur, odmawiać stek litanii dziennie, cały różaniec, worek koronek... i nie znać Boga. Bo Boga trzeba samemu doświadczyć i tego nijak się nie da zastąpić. Dopiero to doświadczenie może nam pomóc się otworzyć na Niego i na Jego miłość, Jego plan wobec mnie samego. Ja decyduję - robię ten krok i idę ku Niemu, czy stoję w miejscu, a właściwie się cofam. Warto zwrócić uwagę - Bóg nie stawia warunków: "otwórz się, o ile... jeżeli...". Do jest dar, to jest Jego łaska. Po prostu kiedy decyduje się otworzyć, otwierasz się. Tak po prostu. I On jest. 

środa, 21 maja 2014

Pokój, który niszczy lęk

Kto by pomyślał? 17 maja minęły 4 lata tego bloga. Czas niesamowicie leci.

>>>
Jezus powiedział do swoich uczniów: Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka. Słyszeliście, że wam powiedziałem: Odchodzę i przyjdę znów do was. Gdybyście Mnie miłowali, rozradowalibyście się, że idę do Ojca, bo Ojciec większy jest ode Mnie. A teraz powiedziałem wam o tym, zanim to nastąpi, abyście uwierzyli, gdy się to stanie. Już nie będę z wami wiele mówił, nadchodzi bowiem władca tego świata. Nie ma on jednak nic swego we Mnie. Ale niech świat się dowie, że Ja miłuję Ojca, i że tak czynię, jak Mi Ojciec nakazał. (J 14,27-31a)
Ten obrazek może wielu osobom kojarzyć się z momentem pożegnania, odejścia ukochanej osoby - po prostu śmierci. Tym bardziej po 02 kwietnia 2005 r., kiedy właśnie w słowach "Ojciec Święty odszedł do domu Ojca" abp Leonardo Sandri obwieścił śmierć Jana Pawła II, dzisiaj już świętego. Po ludzku to moment smutku, żałoby - dla człowieka wiary, przeciwnie, powód do radości i dziękczynienia. Ten, który odszedł, osiągnął cel - dotarł do domu. 

To są rzeczy i sytuacje zupełnie nieprzewidywalne, których nie da się zaplanować, do których nie sposób się przygotować (może wyjątek - gdy ktoś choruje, ciężko, długo, wiadomo że odejście to kwestia czasu). Od czasu odejścia Mamy - za miesiąc będzie rok... - kilka razy powiedziałem do osoby, która wiem, że ma pod opieką bardzo (nieuleczalnie) chorą babcię: zazdroszczę ci, bo ty wiesz, co się stanie, możesz się przygotować, powiedzieć wiele rzeczy; ja nie miałem takiej możliwości. Dygresja, ad rem. To są sytuacje, kiedy najbardziej sprawdza się ta nasza wiara, jaka by to na nie była - nie deklaracje, różańce, pobożne spojrzenia, czas spędzony w kościele. Praktyka. Każdy potrafi być królem świata, kiedy jest fajnie, wszystko się układa, wszystkiego jest z bród. Tego, ile jest warta nasza wiara, możemy się przekonać właśnie wtedy, kiedy życie daje nam przysłowiowego kopa, kiedy różne rzeczy (często naraz) się sypią. 

Nie jestem w tym sam. On jest przy mnie - stąd te słowa: niech się nie trwoży serce! Tak podobne do tych słów w wieczerniku, kiedy Zmartwychwstały właśnie od "pokój wam!" rozpoczyna spotkanie z uczniami, którzy tam właśnie pochowali się przed Żydami. Strach jest stąd, nasz, ludzki, ziemski - a my mamy pamiętać, że to wszystko tutaj nas nie krępuje, że to tylko na chwilę, a potem jest Wszystko i jest On, który także dzisiaj czuwa. 

Pokój to chyba najpiękniejszy z Bożych darów. Ukojenie, ufna pewność, że jestem w dobrych rękach. Ten jedyny i prawdziwy - nie żaden święty spokój, zagłuszający sumienie i karzący iść na skróty. To nie jest gwarancja bezstresowego życia i zera problemów - tylko dar, który pozwala przez te wszystkie trudne momenty przejść i je przetrwać. Pokój przez Ojca dany Synowi, który Syn ofiarowuje dalej, konkretnemu człowiekowi, aby pielęgnując go w sobie, równocześnie nim zarażał i dzielił się z innymi. Pokój czystego serca, pełnego przebaczenia i miłosierdzia. Nic dziwnego, że słowa te wracają dosłownie w każdej liturgii Mszy Świętej, na rozpoczęcie modlitwy, po której następuje przekazanie znaku pokoju. Niech to nie będzie tylko znak - żebym to ja sam był znakiem, stawał się nim dla innych. 

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Pobudka!

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak było za dni Noego, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Albowiem jak w czasie przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich, tak również będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. (Mt 24,37-44)
Dla mnie czas Adwentu to zawsze był moment o tyle bardziej zauważalnym, odczuwalny, że mocno wpisany w tą zupełnie inną porę roku. W naszym AD 2013 zmieniło się to prawie równo i wręcz odczuwalnie - od połowy zeszłego tygodnia przymrozki, posypało (zasypało?) przez 2 dni śniegiem, zima idzie, co bardzo mocno widać i po aurze, temperaturze, chmurach... To takie naturalne i logiczne - w tej właśnie scenerii, uczciwszy tydzień temu Jezusa jako prawdziwego Króla ze wszystkimi królewskimi prawdziwymi (nie ludzkimi) atrybutami, zamykamy rok kościelny i rozpoczynamy kolejny Adwent naszego życia. Który to już? U mnie będzie 28. 

Ten czas jest niesamowity choćby z jednego powodu - właśnie w Adwencie, dzięki tym słowom Marana Tha zwracamy się do Niego w taki sposób, w jaki powinno to mieć miejsce cały czas - z takim radosnym utęsknieniem, wyczekiwaniem. Przyjdź, Panie Jezu! Nie tak abstrakcyjnie, gdzieś tam na jakiejś gwieździe betlejemskiej czy komecie, jako prawie Mikołaj z workiem prezentów - ale tutaj, dzisiaj, do mnie, właśnie teraz, w tym momencie. Może dlatego właśnie kolejne słowa et Verbum caro factum Est czyli Słowo, które stało się Ciałem? Stanie się, i my tego pragniemy, do tego się przygotowujemy - właśnie przede wszystkim przez to, aby pozwolić Adwentowemu Słowu działać, zamieszkać dosłownie (nie tylko do 24 grudnia) i mocno we mnie. Stanie się Ciałem, o ile Mu na to pozwolimy - nie tylko mówiąc, idąc na roraty, robiąc postanowienia, czytając pobożne teksty - ale po prostu robiąc Mu miejsce i będąc gotowym. 

Pierwsza wskazówka jest już w I czytaniu - to o przekuwaniu mieczy na lemiesze i włóczni na sierpy (Iz 2, 1-5). W budowaniu inaczej pokoju - najpierw w sobie, potem wokół siebie, między ludźmi, szczególnie wyciągając rękę i umiejąc przebaczyć, schować urazy tym, od których szczególnie wiele nas dzieli. Zabrać swoją dumę, ego, pychę, pogardę, zazdrość i tę cała resztę brudu - i postarać się, aby w te święta Bóg nie tylko jakoś zmieścił się w moim sercu, ale by mógł być tam, gdzie dwóch lub trzech zbierze się w Jego imię - tych, którzy do tej pory szczególnie nie mogli na siebie patrzeć. 

Pobudka! O tym mówi Paweł (Rz 13, 11-14) do współczesnych mu Rzymian, czyli właściwie do całego znanego wtedy świata. U nas zima otula to wszystko, to ciche i mroczne nieco tym samym oczekiwanie - ale my wiemy, że w tej nocy swojego życia zbliżamy się do Światła, które w ciemności świeci i którego ciemność nie przezwycięży nigdy. Zbliża się czas przyjścia Pana, zbliża się ten dzień. Wystarczająco długo tkwimy w marazmie, beznadziei, egzystując (bo nie żyjąc) z dnia na dzień, byle jacy, z byka patrzący na siebie. Ten Adwent nie tylko ma nas obudzić, ale też pobudzić do tego, aby coś ze swoim życiem zrobić. 

Co? Tutaj każdy już sam musi sobie odpowiedzieć. Posłuchać. Nie siebie, jak zwykle, ale wsłuchać się w Niego. Roraty to bardzo dobry czas, kiedy światło nagle rozświetlające świątynię potrafi dosłownie oświecić serce i umysł, popchnąć do działania.  Bo to On działa. 

środa, 6 listopada 2013

Zdeterminowany Zacheusz

Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: Do grzesznika poszedł w gościnę. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło. (Łk 19,1-10)
Najpierw kontekst historyczny - celników nie znoszono, bo stanowili uosobienie znienawidzonej rzymskiej władzy okupacyjnej. Rzym nie zajął Jerozolimy hobbystycznie, odnosił z tego tytułu konkretne korzyści - nakładając na mieszkańców podbitych terenów podatki i obowiązki płacenia na jego rzecz danin. 

Pytanie podstawowe - czemu Jezus wybrał i wypatrzył właśnie Zacheusza? Jest takie przysłowie - w relacji Bóg-człowiek to Bóg zrobi 99 kroków do człowieka, ale pod warunkiem że człowiek uczyni ten jeden, symboliczny, pierwszy krok. Wykaże inicjatywę, pokaże że mu zależy. To właśnie zrobił Zacheusz. O ile samo to, że wlazł na drzewo nie musiało być tak dziwne, jeśli wierzyć tłumom jakie miały podążać za Jezusem - o tyle musiało wzbudzić zdziwienie to, kto na drzewo wszedł, urzędnik rzymski. Jezus zaś, poza tym co tak ludzkie i widoczne, widział serce i myśli, pragnienia Zacheusza. 

Bóg odpowiada na nasze potrzeby, o ile tylko są prawdziwe i dotyczą kwestii naprawdę (a nie tylko w moim własnym mniemaniu) ważnych. Oczywiście, jeśli także zadamy sobie trochę trudu i spróbujemy Go posłuchać. Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Na pewno Zacheusz był wniebowzięty tym wyróżnieniem - co nie przeszkodziło temu, że ludzie, jak to ludzie, szemrali (podobnie jak przy sytuacji z jawnogrzesznicą, uzdrowieniem w szabat). Tak, jak dzisiaj ludziom nie podoba się, że papież Franciszek nie jeździ limuzyną a fordem focusem, nie nosi czerwonych butów i złotych ozdóbek biskupich, mówi wprost o potrzebie wychodzenia do ludzi, troski o ubogich, aktywnego duszpasterstwa a nie byle jakiego odfajkowywania na zasadzie konfesjonał - msza - biuro parafialne i święty spokój. 

A Zacheusz potrafił docenić to, że Bóg go zauważył, że nie przejął się jego robotą i rolą w społeczeństwie. Był wdzięczny i wyciągnął wnioski. Podjął też bardzo radykalny krok - bo jak inaczej nazwać to, że zamiast po prostu wyrównać spowodowaną szkodę, decyduje się na poczwórne odszkodowanie? Do tego niezwykle miłosierne posunięcie - połowa majątku dla ubogich. Ilu z nas tak naprawdę - nie dla uspokojenia sumienia, ze zbytku - w ogóle wspiera cokolwiek związanego z pomocą ubogim, choćby okazjonalnie, nie mówiąc o systematycznym działaniu? Zacheusz bardzo wiele tego dnia otrzymał - rozumiał, że to zobowiązuje i potrafił, chciał dać także wiele od siebie. 

Bóg nie przychodzi do tych idealnych, wymuskanych, pełnych samozadowolenia i wysokiego mniemania o swojej doskonałości, pobożności. Tacy ludzie Go po prostu nie zauważają, zbyt zapatrzeni w siebie. Bóg zauważa i wypatruje w tłumie takich Zacheuszów - nieszczęśliwych, czasami o mocno pokręconych życiorysach, niewdzięcznych profesjach, mających wiele za uszami - którzy dojrzeli, dorośli do tego, aby zapragnąć zmian, i są gotowi do ich podjęcia. Nie dla pozoru, radykalnie. Zdeterminowanych. 

czwartek, 24 października 2013

Boże wyposażenie

Jezus powiedział do swoich uczniów: To rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. Wtedy Piotr zapytał: Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich? Pan odpowiedział: Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby na czas wydzielił jej żywność? Szczęśliwy ten sługa, którego pan powróciwszy zastanie przy tej czynności. Prawdziwie powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. Lecz jeśli sługa ów powie sobie w duszy: Mój pan ociąga się z powrotem, i zacznie bić sługi i służące, a przy tym jeść, pić i upijać się, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; każe go ćwiartować i z niewiernymi wyznaczy mu miejsce. Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. (Łk 12,39-48)
Sprawiedliwość Pana Boga można rozpatrywać w wielu różnych aspektach - i jeden z nich został bardzo ładnie zobrazowany w tym fragmencie. Nie ma jednej, uniwersalnej  miarki, którą przyłożą do każdego z nas w godzinie Sądu Ostatecznego, ważąc dobro i zło, które było naszym udziałem. Jesteśmy różni od siebie, każdy jest zupełnie inny, pomimo wszelkich podobieństw nie ma dwóch takich samych osób na świecie. Różne mamy dary, talenty i możliwości - od których zależy to, w jakiej dziedzinie i co możemy zdziałać. O ile nam się zachce. No właśnie...

Jeśli ktoś dostał więcej - zrozumiałe jest, że więcej się od niego wymaga i oczekuje niż od tego, który ma mniejsze możliwości i mniej otrzymał. Pan Bóg wymaga od nas na tyle, na ile nas wyposażył - nigdy na wyrost. Niektórym się może wydawać, że On przesadza - ale wtedy jest kwestia tego, na ile mi się chce, na ile mam wolę zrobienia czegoś, a nie tylko bezmyślnego wylegiwania się i czekania na przysłowiowe boskie zmiłowanie. O ile bardzo często ja nie zdaję sobie sprawy z tego, ile mogę, jak wiele jestem w stanie zrobić - o tyle kto jak kto, ale Stwórca wie to najlepiej; często lepiej niż ten, o kogo chodzi. 

Szkoda, że wielu jest takich, którym się wydaje, że są przebiegli, że mogą poużywać sobie i nie ponosić później konsekwencji złych wyborów. Tak się nie da po prostu - tylko najczęściej się o tym przekonujemy, kiedy właśnie dochodzi do podobnej, jak w powyższym obrazku sytuacji: zawaliłem i wyszło to w przykry sposób na jaw. Dziwi nieco pytanie Piotra - do nas mówisz? - bo to "wy" Jezusa w sposób oczywisty jest skierowane do wszystkich, którzy Go słuchają, a może przede wszystkim tych, którym się wydaje, że ich to nie dotyczy. 

Ten ewangeliczny obrazek to taki bardzo praktyczny przykład gotowości - tej, o której można się przekonać nie na podstawie CV, deklaracji czy rekomendacji danej osoby, ale na podstawie tego, jak człowiek żyje; jakich dokonuje wyborów i przede wszystkim: co robi z tymi darami, talentami i możliwościami, w które wyposażył go Pan. Nam się może wydawać, że mamy słabe wyposażenie - ot, taki samochód w wersji standard. Ale w każdym w wypadku Boże wyposażenie, niekoniecznie rzucające się w oczy, błyszczące i przyciągające uwagę, jest na miarę tego, który je otrzymuje - i przy odrobinie wysiłku ma mu pomóc osiągnąć to, co najważniejsze. 

wtorek, 24 września 2013

Piękne pożegnanie

Pogrzeb Janka był piękną uroczystością, o ile pogrzeb może być piękny.

Piękny nowy i nie kiczowaty (co jest rzadkością) kościół, a tym piękniejszy, bo pełen ludzi, dla których Janek był ważny i chcieli go odprowadzić w ostatnią drogę. 

Bardzo zróżnicowana oprawa muzyczna - organista, solista wokalny, a i 2 pieśni na gitarze (w tym przepiękna i nieznana mi jedna, na uwielbienie). 

Tak, jak się spodziewałem, przyjechał ks. Darek - nasz katecheta ze szkoły. Chyba znał podłoże problemu, bo niewiele mówił. 

Ale powiedział piękną krótką homilię, w której nawiązał do tekstów czytań (Mdr 4, 7-15 i któraś wersja przypowieści o gospodarzu, który wraca niespodziewanie, ale zastawszy sługę gotowego, "przepasze się i będzie mu usługiwał" - Łk 12, 35-40?). Mówił, że w takiej sytuacji wydaje się, że najlepiej jest zamilknąć i rozważać w sercu, że słowa to za mało albo za dużo - ale z drugiej strony trzeba wyraźnie i mocno podkreślić, jaką należy wyciągnąć z odejścia - w tym wypadku Janka - naukę, szczególnie kierując te słowa do młodych. Nie ma śmierci zbyt wczesnej, nie ma śmierci zbyt późnej - każda jest dokładnie w sam raz, o czasie, o ile tylko człowiek jest na nią gotowy (to myśl ze zmarłego ks. Kazimierza Kloskowskiego, który też bardzo młodo odszedł, a miał wypowiedzieć ją nad grobem swojego brata). I w tym wszystkim taka nasza bezmyślna lekkomyślność, brak umiejętności wyciągania wniosków - stąd te gorzkie słowa "a ludzie patrzyli i nie pojmowali, ani sobie tego nie wzięli do serca, że łaska i miłosierdzie nad Jego wybranymi i nad świętymi Jego opatrzność" - i te słowa trzeba umieć odnieść do nas, którym tak bardzo często się wydaje - także w sytuacji konfrontacji z czyimś odejściem - że ja mam czas, ja zdążę, przecież mam życie przed sobą... No właśnie - mam albo nie mam. Tylko że tego nie wiem i nie dowiem się nijak (stąd Jezus mówi o "chwili, której się nie domyślacie"). Mam tylko jedną szansę, aby być gotowym. Jezus ciągle przychodzi, stuka i kołacze - a nadejdzie moment, kiedy będzie to zaproszenie nie do odrzucenia, na takie podsumowanie życia, które w tym momencie dobiegnie końca. 

I ja bardzo wierzę - bez względu na to, co doprowadziło Janka do śmierci - że nawet w swojej rozpaczy wierzył i wiedział, że Jezus był koło niego... choćby po to, aby go przeprowadzić dalej, na drugą stronę. Może niekoniecznie jako wzór człowieka wiary, "dobrego katolika" - Janek poprzedził nas w drodze tam, dokąd wszyscy zmierzamy i mniej lub bardziej świadomie pragniemy dotrzeć. On już nie ma wątpliwości - Bóg przytulił go do swego serca.

Adieu, Jasiu - do zobaczenia z Bogiem i w Bogu. Pilnuj nas z góry. 

Palec Boży? Tak, tym razem również. W poprzednim tekście wkleiłem linka do "Zdumienia" z oratorium Rubika. Które później usłyszeli wszyscy na zakończenie liturgii pogrzebowej, w bardzo pięknej aranżacji. To wszystko miało sens. Ma sens...

czwartek, 28 marca 2013

Posłani na peryferia

Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty syna Szymona, aby Go wydać, wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. Podszedł więc do Szymona Piotra, a on rzekł do Niego: Panie, Ty chcesz mi umyć nogi? Jezus mu odpowiedział: Tego, co Ja czynię, ty teraz nie rozumiesz, ale później będziesz to wiedział. Rzekł do Niego Piotr: Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał. Odpowiedział mu Jezus: Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną. Rzekł do Niego Szymon Piotr: Panie, nie tylko nogi moje, ale i ręce, i głowę. Powiedział do niego Jezus: Wykąpany potrzebuje tylko nogi sobie umyć, bo cały jest czysty. I wy jesteście czyści, ale nie wszyscy. Wiedział bowiem, kto Go wyda, dlatego powiedział: Nie wszyscy jesteście czyści. A kiedy im umył nogi, przywdział szaty i znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy Mnie nazywacie Nauczycielem i Panem i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem. (J 13,1-15)
Co roku mam problem - o którym z tych dwóch tekstów pisać: ewangelii z Mszy Krzyżma, czy z Wieczerzy Pańskiej. Chyba jednak ten drugi jest ważniejszy. 

Myślę, że nazwanie dzisiejszego dnia dniem kapłana i Eucharystii nie jest przesadą. Wszystko, czego dostępujemy dzięki posłudze kapłańskiej i co otrzymujemy z eucharystycznego stołu - pochodzi i swój początek ma właśnie tam, w wielkoczwartkowy wieczór w wieczerniku. Nie z Bożego kaprysu - ale z bezgranicznej miłości, w imię której Jezus "umiłowawszy swoich, któzy byli na ziemi, do końca ich umiłował"
(moje ulubione sformułowanie, o ile pamiętam, ujęte w IV modlitwie eucharystycznej). Bóg-człowiek, świadomy jak nigdy przedtem swojego posłannictwa, rodowodu, misji i nieuchronności zbliżającej się rzeczywistości krzyża, a jednocześnie świadomy zbliżania się ku Bogu Ojcu... czyni coś zupełnie po ludzku niezrozumiałego. Staje przed uczniami nagi, jedynie przepasany prześcieradłem - i zaczyna obmywać im nogi. Piękny gest, którego chyba nigdy w naszej katedrze nie uraczyłem. Absurdalność po ludzku tego gestu najlepiej rozumie sam Piotr - oponuje, nie zgadza się, po czym ustępuje w końcu. 

Ten niesamowicie piękny gest naśladuje dzisiaj papież Franciszek - jako kardynał w 2001 r. obmył nogi chorym na AIDS! - odprawiając tę jedyną w swoim rodzaju w roku liturgicznym Mszę... w zakładzie karnym dla nieletnich. Kolejny ludzki paradoks - widoczny zwierzchnik Kościoła na ziemi swoją posługą dociera do tych nawet przez świat przekreślonych, pogubionych, stłamszonych i naznaczonych, mimo młodego wieku, ciężarem błędów i konsekwencji ich popełnienia. Piękny gest, króciutka kilkuminutowa homilia - powrót do źródeł? Oby. Zero pompatyczności, przepychu, celebry (celebrytyzmu?) - po prostu treść odarta z czasami przesadzonej i zasłaniającej kontekst formy. Skoro dla Jezusa w tak ważnym momencie najistotniejszym było umywanie nóg - co ja z tym zrobię? Nie po to On wezwał do czynienia tego samego innym. Jesteśmy powołani do bycia dla drugich bardziej, niż dla siebie, dla swojego ego. 

Wczoraj, podaczas pierwszej audiencji generalnej, w miesiąc równy po rezygnacji Benedyka XVI, Franciszek mówił: "W Chrystusie Bóg dał nam pewność, że jest z nami, pośród nas. Powiedział: „Lisy mają nory i ptaki powietrzne - gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć” (Mt 8, 20). Jezus nie miał domu, bo jego domem byli ludzie, to my, jego misją było otworzenie wszystkim bram Boga, uobecnianie miłości Boga." To my jesteśmy i mamy być dla Boga domem, z którego będzie On mógł wychodzić i docierać na cały świat, i którym my sami ze swojego serca będziemy chcieli i potrafili się dzielić z innymi. Ważna jest Eucharystia - ale bez człowieka, którego serce ma ona umacniać na drodze, nie ma czemu służyć. Niewątpliwie to największy chyba dar dla nas - jednak czy miał by on jakikolwiek cel sam w sobie, bez tych, których miała by ona umacniać, karmić, posilać? Nie wierzę, aby Bóg działał bez celu. Mamy Eucharystię, bo i sami jesteśmy - idąc, mniej lub bardziej sensownie przez ten świat, po to aby móc się nią karmić. Bez znaczenia jest, że dzisiaj tamten wieczernik to muzeum, gdzie Mszy się w ogóle nie odprawia. Ważne jest, że ciągle trwa i ma dla kogo trwać na całym świecie dokonywanie na Jego pamiątkę tego, co po raz pierwszy sam Jezus uczynił, wtedy i tam właśnie, 

Myślę, że nazywanie dzisiejszego dnia "dniem księdza" to nie przesada. Takim zbiorowym - bo co innego dzień poszczegónych rocznic święceń, inna sprawa. To dzień, w którym kapłani dziękują za ten wielki dar, złożony w słabe i często po prostu niegodne ręce. Kiedyś pewien ksiądz powiedział mi, że za nich trzeba się modlić - nie mają rodzin, dzieci, wnuków, którzy by to robili potem; jeśli zapomną o nich ci, którym służyli, pamięć zachowa tylko Bóg. Jest w tym dużo prawdy. Mamy bardzo wiele powodów, aby modlić się za kapłanów. Kiedy są słabi, upadają, robią coś nie tak, ulegają tak bardzo ludzkim słabościom, kręcą się jakby uwięzieni i nieszczęśliwi - przede wszystkim o dar odnajdywania woli Bożej w ich życiu i tym posługiwaniu. Kiedy dają piękne świadectwo, docierają do wielu serc ludzkich, mobilizują, dają dobry przykład, angażują się w różne formy działania - tym bardziej, żeby doby Bóg dawał im siły, aby pozwolił (On sam jako ten, który daje wzrost) owocować efektom ich prac nie tyle najbardziej spektakularnie, co najlepiej. Warto się za nich modlić - nie tylko właśnie, gdy usłyszymy coś mądrego, przekonywującego, trafnego; przede wszystkim wtedy, kiedy mam wrażenie, że w życiu nie słyszałem bardziej beznamiętnie przeczytanego z kartki tekstu albo bardziej pokręconego, niespójnego i przypadkowego "rzeźbienia" na żywo tzw. homilii. Oni są dla nas, żadni supermeni w czarnych ciuchach, a ludzie nierzadko jeszcze od nas słabsi. Przecież moc w słabości się doskonali. 

Nie wiem, czy rację miał ks. Twardowski pisząc, że kapłaństwa się boi, lęka. Mnie się bardziej wydaje, że w kapłaństwo - jako dar i łaskę od Boga, nie dla siebie ale do rozdawania swoimi rękami dla innych - po prostu dany człowiek musi uwierzyć, aby mogło dzięki niemu przynosić owoce. Z niewolnika nie ma pracownika - nieszczęśliwy kapłan owoców nie przyniesie. 

Ja w tym dniu szczególną pamięcią otaczam tych, którzy już odeszli, a z których bogactwa kapłaństwa i posługi czerpałem. A różni, wierz mi, oni byli. Tym niemniej, bez względu na słabości, a może właśnie ze względu na nie szczególnie zasługiwali na szacunek, codziennie się z nimi mierząc. Bóg cały ten Kościół składa w bardziej niż kruche ręce nas, grzeszników - a kapłani nie biorą się z Marsa, tylko spomiędzy nas. Takich kapłanów mamy, jak się modlimy. Czyli jest duże pole do popisu jeszcze. A oni, kapłani, jak to ujął papież Franciszek, mają jeszcze więcej do zrobienia i do dotarcia aż na peryferia - miast, ale przede wszystkim ludzkich. Chociażby po to, aby ci, którzy tam żyją, widzieli w nich i przez nich, że On jest a oni nie są Mu obojętni. 

niedziela, 9 grudnia 2012

Zabiegana gotowość

Spóźnione, zeszłotygodniowe...
Jezus powiedział do swoich uczniów: Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie. Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi. Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym. (Łk 21,25-28.34-36)>
Jezus nigdy człowieka nie straszy - choć ktoś może tak uważać, czytając pobieżnie te słowa. Tak naprawdę, zarówno pierwotni słuchacze tych słów wtedy, jak i my dzisiaj możemy powiedzieć śmiało - noo, sprawdza się. Bo tak jest. Tu nie chodzi o to, czy potrafimy sobie pewne zjawiska wytłumaczyć, że dzisiaj jest w tym zakresie lepiej - bo wiemy, co to zaćmienie księżyca, potrafimy je co do sekundy przewidzieć, rozumiemy na czym polegają komety, jak funkcjonują ciała niebieskie, staramy się zapobiegać powodziom czy tsunami albo huraganom. Choć, tak naprawdę, z tej wiedzy niewiele wynika - i tak, przy całej swojej technice i postępie, co chwilę jakby Bóg pokazywał palcem: za bardzo wierzycie w siebie i swoje możliwości. 

Stąd tak konkretne i dosadne słowa - uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. Można być człowiekiem bardziej niż bardzo zajętym, a równocześnie tracić czas na sprawy jedynie doczesne. W których, rzecz jasna, nie ma nic złego samego w sobie - mam rodzinę, pracuję, muszę zapewnić sobie i bliskim dach nad głową, pożywienie, pokarm itp. Ale w tym wszystkim nie mogę utracić Bożej optyki, nie mogę zapomnieć o Bogu i sprawach o wiele dalej niż do następnej wypłaty czy raty kredytu sięgających. 

Chrześcijanin to człowiek chodzący z podniesioną głową i także o tym Jezus nam dzisiaj przypomina. Ale nie ze względu na zarozumiałość czy wyjątkowo wysokie o sobie mniemanie, przerośnięte ego - nic z tych rzeczy. Człowiek chodzący z głową prawie że w chmurach - właśnie dlatego, że świadomy swojej małości, słabości i grzeszności, a zarazem nie chcący za nic przegapić Najważniejszego Gościa, który zmierza ku nam - z jednej strony, aby ponownie narodzić się w betlejemskiej stajni, a z drugiej strony od wieków z każdym dniem zbliża się, aby dokonać ostatecznego Sądu nad tym, co było, jest i kiedykolwiek będzie. Te nasze głowy w górze mają być po prostu uniesione Bożym Duchem, nie inaczej jak tylko z radości spowodowanej bliskością tego, czego wyczekujemy - przyjścia Pana. I nie ma tu żadnego znaczenia, czy On przyjdzie faktycznie za mojego życia, czy dopiero gdy moje kości zmienią się znowu w popiół po wielu latach czy wiekach spędzonych w grobie - liczy się to, czy i jak na Niego czekałem, co z tym swoim danym i zadanym życiem zrobiłem. 

Co więcej - adwent to czas podejmowania pracy nad sobą i wyrzeczeń, zatem Bóg prosi, abym - poza pracą i czasem dla Niego (to dopiero wyczyn...) - znalazł też w sobie chęć i umiejętność do podzielenia się z innymi, wsparcia ich. Wigilijne Dzieło Pomocy w postaci świec czy Szlachetna Paczka ks. Jacka Stryczka i jego Stowarzyszenia Wiosna to pewnie najbardziej rozpoznawalne pobożne inicjatywy - przy czym nie jedyne, więc warto popatrzeć, co się dzieje naokoło, w parafii, albo po prostu samemu spróbować pomóc, ot, choćby sąsiadowi w potrzebie, o którym mało kto wie. Twórczo i dobrze wykorzystać ten czas, a przede wszystkim nie zmarnować go na sobie jedynie. A może w tym wszystkim znaleźć inspirację i sposób na działanie dla innych nie tylko adwentowe? Paradoksalnie, człowiek bardzo w ten sposób zajęty z pewnością Boga nie przegapi, ani dnia Jego przyjścia. Po prostu będzie na niego gotowy - w tym, czym będzie się zajmował. Taka zabiegana gotowość. 

>>>

>Nie chwaliłem się dotąd, bo trochę zarobiony byłem po sesji, nadrabiając najpilniejsze zaległości - zakończona pozytywnie, wszystko pozdawane w pierwszych terminach ze średnią powyżej 4 :) Tak więc za wszelkie wsparcie niezmiernie dziękuję - biorąc pod uwagę np. przebieg kolokwium ustnego czy układ pytań testowych, nie wątpię, że Ktoś mi pomagał :)

>>>

Pewnie wielu ma takiego pecha, jak ja, ponieważ pracuje w godzinach, w których nijak się nie da brać udziału w roratach. Niestety. Paradoksalnie, sam byłem kilka lat wstecz w rodzinnej parafii przeciwnikiem "wieczornych" mszy roratnich.  

Trzeba sobie radzić - a ja polecam Langustę na palmie, czyli internetowe rekolekcje adwentowe o. Adama Szustaka OP pt. "Nocny złodziej" (linki do poszczególnych nagrań są na profilu o. Adama na FB). Nowe części w niedziele, wtorki i czwartki adwentu.

>>>

Bardzo dużo się dzieje. Nasz dotychczasowy sufragan odbył wczoraj ingres do katedry pelplińskiej, jego dotychczasowa stolica tytularna przypadła już, o ile pamiętam, nowemu sufraganowi białostockiemu, zresztą nie jedynemu polskiemu biskupowi mianowanemu w tych dniach (także za granicą). Papieski sekretarz ks. prałat Georg Gaenswein od wczoraj jest Prefektem Domu Papieskiego w randze arcybiskupa - ciekawe łączenie stanowisk, mnie martwi to, że może sugerować brak zaufania Benedykta XVI do innych osób i podejrzliwość w kontekście ledwo co zamkniętej (pytanie, czy do końca rozwiązanej w zakresie mocodawców?) afery z jego kamerdynerem. A z zakonnego podwórka - suspensa nałożona na dniach przez prowincjała na o. Fabiana Błaszkiewicza SI, znanego i charyzmatycznego kaznodziei, trenera rozwoju osobistego, który (nazwijmy to po imieniu) porzucił swój dom zakonny... po czym, po podaniu powyższego do wiadomości, odmówił komentarza, zdając się na wolę przełożonych. 

wtorek, 20 listopada 2012

Najlepszy budowniczy na gruzach

Jezus powiedział do swoich uczniów: W owe dni, po tym ucisku, słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte. Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą. Wtedy pośle On aniołów i zbierze swoich wybranych z czterech stron świata, od krańca ziemi aż do szczytu nieba. A od drzewa figowego uczcie się przez podobieństwo! Kiedy już jego gałąź nabiera soków i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach. Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą. Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec. (Mk 13,24-32)
I niech mi ktoś powie, że nie żyjemy w czasach ostatecznych. Niektórym wydaje się, że człowiek osiągnął praktycznie szczyty możliwości i okiełznał wszystko, co się do okiełznania było - a co rusz widzimy, że jota w jotę spełnia się to, o czym 2000 lat temu powiedział Jezus, z którego nawet dzisiaj niektórzy chcą zrobić wiejskiego quasi-mesjasza, zamiast po prostu Mu uwierzyć. Miał rację także w sprawach takich, jak te w niedzielnym fragmencie. Zaćmienia księżyca, tsunami, coraz więcej huraganów, trąby powietrzne. O katastrofach kosmicznych, gdy jakieś ciało niebieskie miało by zniszczyć Ziemię, póki co obejrzeć można filmy science fiction - ale kto wie, nie jest to nierealne. Ktoś powie - pewnie, da się je wyjaśnić naukowo, zresztą były, są i będą. I pewnie tak. Przypadkiem jednak ilość tych kataklizmów wzrasta, a człowiek - pan wszystkiego rzekomo - jest w stosunku do nich tak samo, o ile nie bardziej (z całym postępem) bezradny?

Bóg nie bez powodu używa takich, a nie innych słów. Pokazuje nam kruchość tego, co jest wokół nas, co dla nas cenne, na czym budujemy, co tworzymy - nie tylko to, co namacalne, materialne, ale także to, co wewnętrzne. Czasami Bóg musi mną wstrząsnąć, żebym wreszcie się ocknął, zechciał Go zauważyć i posłuchać. Przygotowuje nas tym samym na ten ostateczny wstrząs - na dzień Sądu, który czeka każdego z nas, czy to za naszego życia na Ziemi, czy to w momencie naszego przejścia z tego życia do innego. 

Po tym wszystkim przyjdzie Bóg, ujrzymy Go tak jak Jezus właśnie wskazuje, jako odkupiciela i zbawiciela, w którego już nikt nie zwątpi. To jednocześnie wielka dla nas obietnica - nie każdą burzę i nawet taki mały, własny koniec świata, powoduje Bóg, ale po każdej z nich On właśnie czeka ze swoją obietnicą, propozycją, z wyciągniętą ręką. On, najlepszy budowniczy na gruzach - potrafiący jako jedyny nadać sens temu, co po ludzku bez perspektyw, złamane, zniszczone, stracone. 

Ten fragment o aniołach posłanych do zbierania wybranych - dla mnie, w nurcie myśli o. Wacława Hryniewicza OMI, to nic innego jak zapowiedź tego, że Bóg kocha dalej, niż my potrafimy nagrzeszyć, i ludzka słabość nie będzie dla Niego przeszkodą. Nie na siłę - ale wbrew naszej głupocie i małości - spotkamy się kiedyś, z Nim. 

Drzewo figowe to ciekawy przykład, po prostu pasujący do tamtych czasów. Po to dostaliśmy rozum i oczy, aby z nich korzystać, patrzeć, widzieć i rozumieć znaki. Jesteśmy mistrzami w wyłapywaniu nic nie znaczących informacji o promocjach, wyprzedażach, okazjach i innych pierdołach - a równocześnie nie potrafimy i nie chcemy usłyszeć cichego, ale stale będącego wśród nas głosu, delikatnego Bożego zaproszenia do bycia gotowym. Tu nie ma wielkiej filozofii - trzeba tylko chcieć widzieć i słyszeć sprawy proste, ot, tak jak zmienia się drzewo figowe. 

O tej nieprzemijalności to jedne z najczęściej kontestowanych słów Biblii. Skoro miało chodzić o jedno pokolenie sprzed 2000 lat - to coś się nie zgadza. Tak? Koniec świata przysłowiowy dla Żydów nastąpił zgodnie z tą zapowiedzią, kiedy  w 70 r. n.e. Rzymianie zburzyli Jerozolimę. Legło w gruzach to, co było ich życiowym centrum, punktem odniesienia - państwo żydowskie miało odrodzić się prawie 1900 lat później, a dzisiejsza sytuacja na Bliskim Wschodzie pokazuje, że na pokój się tam nie zanosi, i jego istnienie dla wielu stoi pod znakiem zapytania. A zaproszenie Pana jest skierowane do każdego z pokoleń, jakie były, są i będą po nas.

Ale najpiękniejsze słowa Bóg zostawił na sam koniec - wielka obietnica Tego, który stwarza samym tylko słowem, zamysłem. Może się wydawać, że On już się nie liczy, że ważne jest coś innego - może. Jaki jest tylko sens licytowania się z Panem, żeby i tak na końcu przyznać Mu rację?

>>> 

Za wsparcie przy najtrudniejszym ustnym kolokwium dziękuję - jeszcze "tylko" piątkowe, i koniec :) Polecam się pamięci ok. 14:00. 

niedziela, 4 listopada 2012

Czas obumierania ziarna

Jak człowiek coś mądrego przeczyta, to warto się tym podzielić. Przytaczam rozmowę z poprzedniego GN (43/2012) w całości. Oryginał tutaj. 

Na śmierć i życie

O umieraniu każdego dnia i wielbieniu Boga przez zaciśnięte zęby z ks. Mirosławem Nowosielskim rozmawia Marcin Jakimowicz.

Marcin Jakimowicz: Chrześcijaństwo ze świętą bezczelnością twierdzi: jesteśmy nieśmiertelni, życie pokonało śmierć. A jednocześnie na każdym kroku słyszymy refren: „Ziarno musi obumrzeć...”.

Ks. Mirosław Nowosielski: – To obumieranie z dnia na dzień przygotowuje nas do życia wiecznego.

Nie ma Ksiądz dość tego obumierania?

– Mam dość (śmiech). Cały buntuję się przeciwko niemu. To naturalne. Jestem pysznym człowiekiem. Ale jednocześnie jest też we mnie ogromne pragnienie bliskości Jezusa. Dlatego desperacko mówię: „Te wszystkie świecidełka to jest nic! Poddaję się”. Ktoś powie: argumentem jest życie wieczne. Nie! Argumentem jest jedność z Jezusem.

Dlaczego Bóg na początku drogi częstuje nas cukierkami i zasypuje słowami o życiu, a potem woła zza ukrycia: obumierajcie!

– Bo inaczej człowiek by za Nim nie poszedł. Gdybym kilkanaście lat temu zobaczył wszystkie moje grzechy, przeraziłbym się. Nie wytrzymałbym napięcia, uciekłbym. Nie uwierzyłbym, że jestem w stanie dopuścić się takich rzeczy. Pan – pisze o tym wyraźnie św. Paweł – przeprowadza przez ogień. Po to, by nie zostało nic poza miłością.

Wielu autorów (m.in. Augustyn Pelanowski w „Umieraniu ożywiającym”) pisze wyraźnie: to trudniejsze od fizycznej śmierci...

– ... i mają rację! Jako psycholog pracuję z niedoszłymi samobójcami. Śmierć wydaje im się rozwiązaniem, ucieczką. Mówię pacjentom: „Nie, kochani, to jest zbyt łatwe. O wiele trudniejsze jest umieranie z dnia na dzień”.

Dla przełożonych, rodziny, wspólnoty?

– Małżeństwo jest sztuką umierania dla siebie. To jest dokładnie to, co Karol Wojtyła powiedział, prowadząc rekolekcje dla Pawła VI: są dwie drogi: miłość siebie prowadzi do wyniszczenia Boga, miłość Boga prowadzi do wyniszczenia siebie. Chodzi o zatracenie siebie dla Jezusa. A czym jest tak naprawdę życie duchowe, jeśli nie traceniem się dla Jezusa?

Niezbyt sielankowa perspektywa dla zakochanych, którzy zamawiają właśnie salę balową.

– Narzeczeni często niewiele wiedzą o prawdziwej miłości. Bo ona, paradoksalnie, rodzi się właśnie w procesie umierania dla siebie. Po dwudziestu latach małżeństwa można powiedzieć już coś konkretnego (śmiech)...

Pamięta Ksiądz jeszcze klimat modlitewnych spotkań u paulinów na Długiej, gdzie Bóg ponad 15 lat temu dotykał setek osób, w tym czołowych muzyków polskiego undergroundu?

– Jasne! Nie zapomnę tego nigdy. To, co tam się działo, było dla nas szokiem. Najciekawsze było to, że kompletnie nie wiedzieliśmy, że w kościele modlą się jacyś pierwszoligowi muzycy. Pamiętam, jak wpadł do zakrystii znajomy i powiedział: „W kościele jest Armia”. „Armia zbawienia?” – pomyślałem (śmiech). Ludzie pytali: „Co zrobiłeś, że przyciągnąłeś ich do kościoła?”. Odpowiadałem: „Ależ ja ich kompletnie nie znałem!”. Nic nie zrobiłem. Nie planowałem tych sytuacji. Powiem szczerze: największych dzieł Pan Bóg dokonywał wówczas, gdy niczego nie planowałem, w sytuacjach, które rozgrywały się poza mną. Tam, gdzie popróbowałem bardzo szlachetnie kombinować, zazwyczaj odchodziłem z niczym. Nie zapomnę nigdy, w jaki sposób Bóg przemieniał serca tych muzyków. Jednego po drugim. Po kolei.

Tyle że po pierwszym etapie z cyklu „Alleluja i do przodu” Tomek Budzyński zaczął opowiadać: „Jestem jak Izrael po wyjściu z Egiptu: przede mną Morze Czerwone, czyli śmierć, za mną wojsko faraona, czyli też pewna śmierć”.

– Całkiem normalna sytuacja. Pan Bóg zaczyna zabierać podpórki. Widzę to każdego dnia. Gdy tylko przywiążę się do czegoś emocjonalnie, On to zabiera. Boli tym bardziej, że ja nie zamierzałem wycofywać się z tego wygodnego układu. To jednak jest konieczne, bo sam bym nigdy z wielu rzeczy nie zrezygnował.

Budzyński śpiewa: „Umieraj! Umieraj po to, aby żyć”. Jego koledzy śpiewają sporo o śmierci. Trzeba wywoływać wilka z lasu?

– Nie ma się czego bać. Bardzo dobrze robią, że śpiewają o śmierci, bo przypominają wszystkim wokół, że życie jest kruche. Kiedyś zżymałem się: dlaczego w Łowiczu pogrzeby z katedry maszerują przez całe miasto? Nie ma już autobusów? A proboszcz odparował: „Dobrze, że tak się dzieje. Niech mieszkańcy mają przed oczami ten niezwykle czytelny znak”.

Pisze Ksiądz: „Uwielbiaj Pana Boga drewnianymi wargami. Mimo udręki wejdź w modlitwę wielbiącą i zobacz, że wtedy łatwiej jest żyć”. Wiśta wio, łatwo powiedzieć.

– To nie jest teoretyczne pobożne rozważanko. Na własnej skórze doświadczyłem wielokrotnie, że ratowała mnie modlitwa uwielbienia. Gdy jestem zrezygnowany i niczego mi się nie chce, mówię: „Bądź uwielbiony Panie. Bądź uwielbiony”.

I przychodzi pokój serca?

– Często przychodzi. Bo zły duch nie wkracza w wypełnione uwielbieniem tereny. Ta modlitwa mnie wyciąga. Jezus mówi: „Błogosławcie jałowe, trudne, martwe sytuacje. Nie przeklinajcie ich!”. Gdy niedawno mocno wkurzyłem się na współpracownika, pobiegłem do kaplicy i powiedziałem: „Chwała Tobie, Panie”. Uspokoiłem się. Mam już nawyk: gdy ktoś mnie zdenerwuje, od razu wpuszczam Jezusa w ten konflikt.

Kilkudziesięcioosobowe wspólnoty po latach zamieniają się w grupki kilkunastu osób. To też klasyka gatunku?

– Oczywiście! To prawidłowy proces... Czas obumierania ziarna.

Gdy żaliłem się kiedyś jednemu z kapłanów, on powiedział: „Zostało was niewielu? Jezus nie miał więcej przyjaciół”.

– I miał w stu procentach rację. Pan Bóg nie patrzy na ilość. On niezwykle ceni sobie wierność. Zakładałem z bratem wspólnoty: „Zwiastowanie” w Wesołej i „Apostoł” w Skierniewicach. Gdy startowaliśmy, była ponad setka młodych ludzi. Po czasie w jednej ze wspólnot pozostało dwanaście osób, w drugiej... pięć. Przerobiły na własnej skórze etap umierania. Powiedziałem tej garstce: nawet jeśli zostaną trzy osoby, będziemy uwielbiać Pana. W tej chwili znowu przychodzi na spotkania dużo więcej osób.

Nasza wspólnota przeżywa podobne etapy. Powiedzmy sobie szczerze: jak długo można dostawać słowa o umieraniu? Odbijało się nam już tym umieraniem...

– Nawrócenia nigdy dość! (śmiech). Jeszcze podziękujemy Bogu za to umieranie z dnia na dzień. Istotna uwaga: nie wolno zatrzymywać się na umieraniu. W tym procesie obumierania ziarna trzeba mówić: „Chwała Panu!”.

Przez zaciśnięte zęby?

– Tak. Wie pan, co mnie wielokrotnie ratowało? Różaniec. Odmawiam wszystkie części dziennie. Nie chce mi się modlić, mam ochotę zwiać w jakąś lekturę, a jednak szepczę: „Zdrowaś, Maryjo...”. Sporo nauczyłem się od ks. Jana Twardowskiego. Mówił mi: słuchaj, gdy ci się już nic nie chce, nie rozstawaj się z różańcem. Bo wtedy mimo tego, że pozornie trwasz w rozproszeniu, a myśli uciekają ci we wszystkie strony, trzymasz przez cały czas Pana Boga za rękę. Dajesz Mu się prowadzić jak dziecko. Nie wolno koncentrować się na umieraniu, na użalaniu się typu: i co teraz ze mną będzie? Celem jest Bóg, odrodzenie w Nim i jedno z Nim.

Odrodzenie??? Kiedy to nastąpi? Ani widu, ani słychu...

– Szybka potrzeba gratyfikacji – cierpią na nią dziś miliony – to wyraz niedostosowania społecznego, niedojrzałości. Człowiek chce, by od razu się udało. Momentalnie. Tuż po naciśnięciu guzika.

I nie może pojąć, dlaczego Izrael drałował przez pustynię aż 40 lat?

– A skąd ja mam wiedzieć, ile to u mnie potrwa? Prowadzę wiele ewangelizacji i chciałbym, by wszyscy przyjęli do serca Jezusa. Ale nie ja rozdaję tu karty. Może niektórzy mają się nawrócić dopiero przed śmiercią? Uwielbienie Boga uwalnia od oceniania. Z rekolekcji, które organizujemy w Mikaszówce na Suwalszczyźnie, niektórzy wyjeżdżają niezadowoleni. Życzliwi „faryzeusze” kręcą głowami: „I co im dały te rekolekcje?”. Mamusia wypala do córki: „Wróciłaś z oazy i nie jesteś wcale lepsza!”. Przepraszam bardzo, a gdzie jest napisane, że ma być lepsza? Spokojnie – mówię – wszystko ma swój czas. A może Pan Bóg dotknął na rekolekcjach jakiejś bolesnej rany i córka będzie dwa razy gorsza? Uzdrowienie to proces. Słyszałem świetną interpretację na temat promieni, które wypływają z serca Maryi na cudownym medaliku. Są różnej długości. Dlaczego? Bo to łaski, którymi obdarza Maryja, ale ludzie nie są jeszcze gotowi, by je przyjąć.

To wytrych bezpieczeństwa. Zawsze mogę powiedzieć, że nie byłem gotowy.

– To prawda. To często łatwe usprawiedliwienie. Pan Bóg nie zmusi człowieka do niczego. Nie wejdzie w nasze życie z butami. Pan Bóg jest bardzo delikatny. To zły duch pakuje się bez zaproszenia. Gdy wyjeżdżałem z parafii, powiedziałem wiernym wyraźnie: „Gdy ktoś mi powie, że nie miał możliwości nawrócenia, będzie zwyczajnie kłamał. Było mnóstwo możliwości. Wszystko było kwestią naszej wewnętrznej decyzji”.

Ojciec Stanisław Jarosz powiedział kiedyś: „Leżysz na łopatkach i mówisz: »Panie, niech się stanie wola Twoja«. Umierasz, a wtedy łaska płynie rzeką. Ogromną rzeką”.

– Podobnie jest z posłuszeństwem w Kościele. Gdy człowiek jest do bólu posłuszny (nawet wbrew własnej woli!), Pan Bóg zaczyna niesamowicie błogosławić i Jego łaska rzeczywiście płynie strumieniem.

Czy koniecznie trzeba doświadczyć jakiejś formy umierania, by wiarygodnie opowiadać o zmartwychwstaniu?

– Oczywiście! Inaczej nie będziemy głosili żywego słowa, ale jedynie sypali z rękawa złotymi myślami. Słowem, które się głosi, trzeba żyć. Kapłan nie może prowadzić podwójnego życia (i nie mówię tu wcale o aspekcie moralnym: można wieść życie poukładane, posprzątane, ale z Jezusem pozostawionym za drzwiami). Wiarygodnym świadkiem jest jedynie ten, kto żyje w dynamice Paschy.

Zrobił nam się wywiad na śmierć i życie…

– To świetne określenie. Kocham Kościół za Jego kerygmat głoszony „na śmierć i życie”. Bo wbrew pozorom to dwie strony tej samej rzeczywistości.


Ks. dr Mirosław Nowosielski – psycholog, wykładowca na UKSW w Warszawie, moderator wspólnot Odnowy w Duchu Świętym

>>>

W tym tygodniu raczej nic więcej nie napiszę - najtrudniejsze kolokwium już w piątek, do tego ustne. Więc będę bardzo wdzięczny za modlitwę.

>>>

I taka przykra refleksja nad uroczystościami pogrzebowymi ostatniego Prezydenta RP na Uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego. Dobry humor obecnych tam polityków (z małymi wyjątkami) połączony z brakiem obecności w tak ważnym momencie obecnego Prezydenta RP (relaks w górach...), Prezesa Rady Ministrów czy choćby Ministra Spraw Zagranicznych (zajętego mocno dyskutowaniem na Twitterze) jest najlepszym dowodem na to, że nawet w tak przenikniętych świadomością odchodzenia i umierania dniach, gdzie myślą przewodnią jest pamięć o tych, którzy odeszli, nie potrafimy okazać zwykłego szacunku zmarłym - nawet gdy są to osoby o tak niewątpliwych zasługach dla kraju. 

niedziela, 30 września 2012

Napominanie "tych porządnych"

Wtedy Jan powiedział do Jezusa: Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z nami, jak w Twoje imię wyrzucał złe duchy, i zabranialiśmy mu, bo nie chodził z nami. Lecz Jezus odrzekł: Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami. Kto wam poda kubek wody do picia, dlatego że należycie do Chrystusa, zaprawdę, powiadam wam, nie utraci swojej nagrody. Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze. Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony. I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie, chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła. Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie. (Mk 9,38-43.45.47-48)
To takie bardzo ludzkie rozumowanie. Dwunastu się wścieka, bo innego spotkali, który w imię Jezusa czynił wielkie rzeczy. Nie przyszło im nawet do głowy, żeby cieszyć się z tego, że Ewangelia jest głoszona także poza ich małą grupką - przyczepili się, bo to był "obcy". Trochę ta sytuacja jest podobna do obrazka, kiedy matka Jakuba i Jana przyszła do Jezusa i prosiła Go, aby jej synowie mieli zapewnione miejsce po jego prawej i lewej stronie w Królestwie Bożym. Wiem lepiej (znam Jezusa, słucham Go, jestem uczniem), więc niech Bóg zrobi tak, jak ja uważam. Tak jak był to problem wtedy, tak jest i dzisiaj. Nie potrafimy zrozumieć, że łaska Boża działa poza naszymi wzorami i planami. Pokłosie chorej ambicji, pychy, dążenia do lansowania siebie - wystarczy spojrzeć na niejakiego ks. Piotra Natanka, czy ciągnący się od lat problem lefebrystów (nie dalej jak kilka dni temu znowu któryś z ich biskupów, już nie ekskomunikowanych, podkreślił, że do jedności daleko - czyli de facto sprawy stoją w miejscu). Bo tak naprawdę to wielka sztuka, której ja sam z pewnością nie opanowałem - cieszyć się łaskami i darami, jakie Bóg rozdziela cudzymi rękami. 

"Kto wam poda kubek wody do picia, dlatego że należycie do Chrystusa, zaprawdę, powiadam wam, nie utraci swojej nagrody" - to zdanie bardzo mnie zastanawiało. Pójście za Jezusem to nie tylko niesienie Jego samego w sercu, ustach, na dłoniach, ale także otwartość na to, co mam otrzymać, bo ktoś rozpoznaje we mnie Boga. Czasami to może być wsparcie materialne, dobre słowo, podziękowanie, dowód zainspirowania się moją postawą... a czasami coś, co wbije kolejną szpilkę w moją pychę, bo ktoś coś wypomni, zwróci uwagę. Dowodem raz że dojrzałości, dwa że pokory jest umiejętność przyjęcia także tych trudnych słów. Moje chrześcijaństwo, moja wiara, to nie tylko to, co piękne, ale i to, co bolesne. 

Mocne są słowa "Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą...". I wydaje mi się, że skierowane są szczególnie tutaj do tych, którzy dla ludzi stanowią uosobienie Jezusa na świecie - kapłanów, zakonników, siostry zakonne. Mało to jest afer z główną rolą tych, których misją jest umacnianie wiary, a nie jej gaszenie? O co najmniej jednym takim przypadku i kompletnie niezrozumiałej dla mnie reakcji biskupa (przewodniczącego KEP...) pisałem nie tak dawno. Polska i tak jest w komfortowej sytuacji pod tym względem, porównując np. z Irlandią czy USA. Grzech raz że boli grzesznika, ale ma też wielkie pole rażenia, kiedy wychodzi na jaw, skrzętnie ukrywany. O tym mało kto myśli, załamany czy wściekły, że właśnie wyszło na jaw coś, co stanowi rysę na jego kryształowym obliczu - a ilu jest takich, których ta sytuacja, to twoje zachowanie doprowadziło do odejścia od Kościoła, od Boga, albo zachwiało mocno ich wiarą? 

Końcówka o odcinaniu rąk i nóg przypomina mi wykłady z historii prawa, bowiem powiedzmy do czasów średniowiecznych kary mutylacyjne (tak to się fachowo nazywa) stanowiły najbardziej popularne, bo skuteczne, środki karania (nie mówiąc o karze ostatecznej, najlepszej, bo grzesznik trafiał od razu z miłosierne ramiona Stwórcy - niby zbożne, ale co z 5 przykazaniem?). Na szczęście, nie o to Jezusowi chodziło. To przenośnia, nie chęć uczynienia z Jego wyznawców kaleków. Odnosi się do złą w człowieku, do grzechu i słabości. Nie ma czasu na to, aby po malutku, powoli, nie spiesząc się, rozczulać się nad słabościami i zwalczać je po kawałku. Nasze powołanie sprowadza się do wezwania do zerwania z grzechem, od razu, całkowicie, na zawsze. Temu właśnie służy obrzęd chrztu, w którym pada m.in. pytanie: "czy wyrzekasz się zła, aby żyć w wolności dzieci Bożych?". Skoro się wyrzekam - to od razu, od teraz już do końca. 

czwartek, 5 kwietnia 2012

Miłość gotowa na wszystko

Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty syna Szymona, aby Go wydać, wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. Podszedł więc do Szymona Piotra, a on rzekł do Niego: Panie, Ty chcesz mi umyć nogi? Jezus mu odpowiedział: Tego, co Ja czynię, ty teraz nie rozumiesz, ale później będziesz to wiedział. Rzekł do Niego Piotr: Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał. Odpowiedział mu Jezus: Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną. Rzekł do Niego Szymon Piotr: Panie, nie tylko nogi moje, ale i ręce, i głowę. Powiedział do niego Jezus: Wykąpany potrzebuje tylko nogi sobie umyć, bo cały jest czysty. I wy jesteście czyści, ale nie wszyscy. Wiedział bowiem, kto Go wyda, dlatego powiedział: Nie wszyscy jesteście czyści. A kiedy im umył nogi, przywdział szaty i znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy Mnie nazywacie Nauczycielem i Panem i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem. (J 13,1-15)
Każdy, kto weźmie dzisiaj udział w liturgii Wieczerzy Pańskiej, wieczorem, usłyszy powyższe słowa - jedynej Eucharystii odprawianej w dniu będącym pamiątką jej ustanowienia, poza Mszą Krzyżma (jedna w każdej diecezji, nie ma jej w poszczególnych parafiach - gromadzi prezbiterium diecezji wraz z biskupem).

Ewangelista, nie wiem czy świadomie, ubiera to, co działo się w sercu Pana w bardzo piękne słowa -  umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. Jeśli istnieje jakiś bezmiar miłości - to tylko właśnie w Bogu, a więc i w Jego Synu, który wręcz kipiał tą miłością do ludzi, gdy przemierzał ziemię jako człowiek. Wiedział, co Go czeka, w tych dnia stawało się to jeszcze bardziej czytelne, a zarazem zrozumiałym było, że ten moment się zbliża, że jest już bardzo blisko. Miłość bez końca ofiarowuje się w całości, bezwarunkowo, gotowa na wszystko. 

Piotr to, co Jezus dokonywał, rozumiał dosłownie. I w tym sensie jego reakcja jest zrozumiała. No jak to, Syn Boży ma mi usługiwać, obmywać nogi? Za chwilę, kiedy Jezus wyjaśniał, odwrotnie - najlepiej dał by Mu się cały umyć. Jednak symbolika tego czynu była inna; poza przykładem pokory i tego, jak jeden chrześcijanin powinien postępować wobec drugiego. Tu nie chodziło aż o obycie nóg jako takie - a tylko o obmycie nóg. Ci, którzy uwierzyli Bogu, stawali się czyści, wolni od brudu grzechów czy przywiązania do zła. To właśnie była ta kąpiel, którą Jezus miał na myśli - pójście za Nim, przylgnięcie do Niego, identyfikowanie się z Jego przesłaniem i nauczaniem. 

Szkoda, że w tak niewielu kościołach można zaobserwować obmywanie nóg w trakcie dzisiejszej liturgii. "Bo to nie wypada, przecież to kościół, no bez przesady...". Kiedy właśnie wypada, i to najbardziej jak to tylko możliwe - sam Jezus to przypomina. Tym bardziej, że żadna to sztuka, nic logistycznie trudnego. 

wtorek, 20 grudnia 2011

Moje własne przewracające świat do góry nogami fiat

Jak zwykle z poślizgiem, niedzielnie. 
W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa! Wtedy odszedł od Niej anioł. (Łk 1,26-38)
Słowa tyle razy słyszane, a jakże dziwne. Sytuacja dziwna. Młoda dziewczyna (warto pamiętać - wg ówczesnych standardów na pewno młodsza niż dzisiaj, kiedy [planowo, nie na skutek "wpadki"] kobiety zostają matkami) ma bardziej niż niespodziewane odwiedziny. Staje przed nią anioł - pewnie niekoniecznie tak wyglądający, jak my dzisiaj (albo malarze w historii) sobie je wyobrażamy - ale dziewczyna wie, że to gość z niebios. Nie dość, że przychodzi wprost do niej, nie przypadkowo, to jeszcze od drzwi jakby komplementuje ją, obsypuje pozdrowieniami i superlatywami. O co chodzi? Pewnie nieco strachu, jak to ewangelista nazwał - zmieszania - ale i ciekawości. Czemu akurat do mnie? 

Wiemy, że Maryja była osobą bogobojną, skromną, wierzącą. Wydaje mi się, że cała odpowiedź na pytanie, czemu akurat ona, znajduje się w tych krótkich słowach - znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Znalazła, bo szukała? W pewnym sensie, tak. Znalazła, bo chciała być dla tego Boga - służyć mu swoim życiem, jakie by ono nie miało być, w końcu stała dopiero u jego progu jako osoba młoda. Była otwarta na przyjęcie Bożego planu do niej skierowanego. Chciała być dla Boga po prostu użyteczna, przydatna. I może właśnie dla tej otwartości Bóg postanowił powierzyć jej swojego Syna. Wiedział, że ona się zgodzi - de facto, w ciemno. Zaryzykuje, aby spełnić Bożą wolę. Mając swoje plany i marzenia, jakieś pragnienia, zdecyduje się je porzucić dla anielskiego zaproszenia.

Można odnieść wrażenie, że słowa anioła nie znoszą sprzeciwu - wypowiada się w formie dokonanej: poczniesz i porodzisz. Nie ma tu znaku zapytania. Ale to żaden przymus. Gabriel rysuje przed Maryją to, czego ona sama ma się stać częścią, co dzięki niej i z jej wielkim udziałem jako rodzicielki ma nastąpić. Przyjście na świat zapowiadanego i wyczekiwanego Mesjasza. Wielki, odwieczny, wszechmocny. Opisowo tłumaczy. Pomimo całej niesamowitości tego, co właśnie jej zaproponowano, Maryja zadaje bardzo racjonalne, ludzkie pytanie - jak? Dziewica ma urodzić dziecko? Kto będzie ojcem? Strach jest zrozumiały - w żydowskich społecznościach ciężarne niezamężne kobiety po prostu kamienowano - więc czekał ją nieciekawy los (spokojnie, Bóg zadziałał i postawił na jej drodze Józefa). Nie wiadomo, czy znała już cieślę Józefa, czy poznała go później. Żyła w czystości, zatem pytanie było jak najbardziej zasadne. Cała odpowiedź Gabriela można streścić w jej ostatnim zdaniu - dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Jako dowód - ciąża uznawaną za bezpłodną, a poza tym już staruszki Elżbiety, o której Maryja, już wtedy ciężarna, będzie się niebawem mogła sama przekonać, gdy uda się do krewnej z wizytą.

To wystarczy. Dialog mógłby pewnie trwać jeszcze długo - co, jak, dlaczego, czemu ja... Nie ma potrzeby. Odpowiedź Maryi jest jednocześnie piękną deklaracją i świadomością tego, że jest narzędziem w Bożych planach, pomimo wielkości powierzonej jej misji. Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa. Tak, później okaże się, że serce Maryi przeniknie miecz (jak to ujmie starzec Symeon). Teraz jednak Maryja w jej wybraniu i wizycie anioła widzi po prostu błogosławieństwo. Pomimo trudności, pomimo skandalu jaki na pewno jej ukrywana ciąża wywołała pośród rodziny. Pomimo wstydu, jakiego pewnie nie raz najadł się Józef, kiedy zaręczył się z ciężarną już Maryją, o czym na pewno ludzie "gadali" w mieście. 

Ta cała sytuacja pięknie pokazuje pewną prawdę, której chyba nie zawsze jesteśmy świadomi. Bóg przychodzi do człowieka, wychodzi z propozycją - bo kocha nas jako mnie i ciebie, a nie tylko enigmatycznej niedookreślonej masy "wszystkich". Bóg przychodzi często tak, że w ogóle tego nie rozumiemy, że się gubimy w tym, co staje na naszej drodze - i dopiero po chwili zastanowienia dochodzimy do wniosku, że może to Boża ręka tak mnie prowadzi? Że to może być tak dziwne, że tylko Bóg może chcieć coś poprzestawiać w moim życiu, bo właśnie jestem na najlepszej drodze żeby je zmarnować, a z pewnością nie wykorzystuję w pełni swoich talentów? 

Ale Bogu nie powinno się odmawiać. Nie dlatego, bo jest Bogiem właśnie, tak po prostu - ale dlatego, że chyba ciężko było by znaleźć przykład kogoś, kto na takiej odmowie dobrze wyszedł. Bóg nie obiecuje, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie, ale obiecuje, że będzie sensownie i spójnie. Z jasno określonym i realnym celem. Przekonuje się o tym każdy, który na Boże zaproszenie odpowiada, składa mu takie swoje - jak Maryja - fiat. Niech tak się stanie. Pomimo, że Jego propozycja może się wydawać jakaś dziwaczna, w świetle tego gdzie jestem tu i teraz. Bóg zaprasza każdego, kto nie boi się zaryzykować, nie lęka się dać przewrócić swoje życie do góry nogami. Pozwolić Bogu poprzestawiać wszystko, ale i nadać temu jakiś sens. 

Jeśli żyjesz sobie w ciepełku własnego samouwielbienia, pewien swojej nieomylności i doskonałości, gwiazda i człowiek sukcesu zapatrzony w odbicie w lustrze - szkoda czasu. Z takim nastawianiem nie masz po co iść do betlejemskiej stajenki, dokąd przez udzieloną dzisiaj Bogu odpowiedź powoli zmierza Maryja. Tam nie ma miejsca dla chodzących ideałów. Takim nie potrzeba Boga - bo są bogami samych siebie. Świta coś? Pogubiłeś się? Właśnie tak postępujesz? Głowa do góry - uświadomienie sobie tego to dobry początek. Poczytaj ten fragment ewangelii, jeśli trzeba to i kilka razy. Aż dojdziesz do swojego, szczerego i świadomego fiat.

sobota, 17 grudnia 2011

Bóg zamknięty w lampie

Wysłaliście poselstwo do Jana i on dał świadectwo prawdzie. Ja nie zważam na świadectwo człowieka, ale mówię to, abyście byli zbawieni. On był lampą, co płonie i świeci, wy zaś chcieliście radować się krótki czas jego światłem. Ja mam świadectwo większe od Janowego. Są to dzieła, które Ojciec dał Mi do wykonania; dzieła, które czynię, świadczą o Mnie, że Ojciec Mnie posłał. (J 5,33-36)
Ciekawe, bo jakoś nigdy nie zwróciłem uwagi na ten fragment.

Pierwsze słowa mogą zabrzmieć nieco dziwnie. Jednak, kiedy się nad nimi zastanowić, są jak najbardziej sensowne. Do Adwentu pasują, choć wypowiedziane zostały w zupełnie innym momencie. Jezus nie zważa na świadectwo człowieka? Tak - w tym sensie, że nie jest Mu ono potrzebne, aby mógł pełnić swoją misję, aby prawdziwie był Bogiem. Jest Nim, czy nam się podoba, czy też nie. Jan był tym ostatnim z proroków, jedynym - poza starym Symeonem - który wprost wskazał na Mesjasza. Jego świadectwo nie jest, w związku z tymi słowami Jezusa, mniej ważne czy wartościowe. Miał pełną rację - tak, ten był Mesjaszem. Gdyby jednak swego świadectwa Jan nie złożył, czy ktokolwiek inny - Jezus również byłby Nim, tak samo. Bóg może się obejść bez człowieka, jego uznania boskości - a człowiek bez Boga?

Dalsza część tekstu pięknie nawiązuje do, znanej nam, tradycji lampionów, świec i świateł roratnich. Wchodzimy do ciemnego kościoła, oświecając sobie nimi drogę, aby przy dźwięku Gloria in excelsis Deo dopiero świątynia rozbłysła lampami. Pielgrzymujemy więc na te roratnie przygotowania, jak panny roztropne, o których nie tak dawno słuchaliśmy w liturgii. W naszych lampach płonie światło, a serca rozpala to prawdziwe, jedyne w swoim rodzaju światło oczekiwania i wiary zarazem. To światło, którym jest przychodzący i rodzący się Zbawiciel. Jedyne światło, jedyny punkt odniesienia - jak sam stwierdził - w przeciwieństwie do największego nawet proroka, jak Jan Chrzciciel. Każdy jest tylko lampą, przekaźnikiem. Bez źródła - światła - cała reszta nie ma znaczenia, jest bezużyteczna. 

Jest jeszcze kilka dni, aby wyruszyć ze swoimi lampami do źródła światła. Zanim Ten, wyczekiwany i wytęskniony, sam przyjdzie. 

poniedziałek, 28 listopada 2011

Staranie o wszystko - gotowość na wszystko

Jezus powiedział do swoich uczniów: Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie. Bo rzecz ma się podobnie jak z człowiekiem, który udał się w podróż. Zostawił swój dom, powierzył swoim sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. Lecz co wam mówię, mówię wszystkim: Czuwajcie! (Mk 13,33-37)
Nie wiem, jak ty, ale ja bardzo lubię adwent. Jest w tym okresie coś, co bardzo przyjemnie przywołuje wspomnienia z dzieciństwa, kiedy człowiek z radością, nawet bez budzika, zrywał się w środku nocy prawie, żeby na tę 6:00 być w kościele pełnym ludzi, w ciemności, wpatrywać się w procesję w bieli i potem radośnie śpiewać Chwała na wysokości Bogu, kiedy w kościele zabłysną światła. 

Zaczyna się nowy rok liturgiczny, AD 2012. Pozostawiamy za sobą tamtą rzeczywistość, tamten czas, to co było słabe i niedoskonałe. Z nadzieją, wpatrując się w mrok, kroczymy w kierunku Betlejem, gdzie już niebawem ma stać się cud. 

Oczywiście, w braku dobrej woli może być tak, że ktoś dojdzie do prostego (acz błędnego) wniosku - "znowu w tym Kościele straszą i rozstawiają po kątach". Ani o strach, ani o dyscyplinowanie nie chodzi. Bóg nie uważa nas za bezmózgie tłumoki, które nie rozumieją, co się do nich mówi - kocha nas i szanuje, ale jednocześnie wie i pamięta, jak często i łatwo zapominamy o tym, co najważniejsze. Bóg zaprasza do czujności i uwagi. To nie jest tak, że powinniśmy po prostu siedzieć i patrzeć się w niebo, nic nie robią. Życie tutaj - rodzina, przyjaciele, praca, zainteresowania, pasje - są ważne. Chodzi o to, aby nie tracić z oczu tego, do czego zmierzamy i nie pogubić perspektywy. Jesteśmy tutaj, dzisiaj żyjemy po ludzku - ale zmierzamy do tego, co po ludzku niezrozumiałe i niewytłumaczalne, ale po stokroć lepsze i piękniejsze, bo wieczne. 

Ludzie są tak dziwnie skonstruowani, że czasami im się myli Adwent z Wielkim Postem. Obydwa to okresy wyciszenia, ale jak bardzo inne. Owszem, postanowienia i wyrzeczenia w obydwu są bardzo mile widziane i na pewno z pobożnych pobudek podjęte mogą wiele pomóc. Ale w Adwencie jest jedna rzeczywistość, o której łatwo zapomnieć - radość. Adwent to radosne oczekiwanie. Więc tej właśnie radości zabraknąć nie powinno, i ona powinna być jakby naturalnym tłem tego czasu. 

Mamy wielkie zadanie do wypełnienia na świecie. Każdy - swoje własne, jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne. Bóg zostawił nam "staranie o wszystko", a tym "wszystkim" jest zarówno świat jako całość, jak każdy z nas. Zajęcie, jakie nie tyle wyznaczył, co ofiarował każdemu z nas, to nasze powołanie oraz talenty złożone w nasze ręce. Nie jest tak, że Bóg wziął i zaprogramował nas jakoś odgórnie i jesteśmy tylko małymi biegającymi terminatorkami z aureolką. To "wszystko" odkrywamy właśnie w Bogu, dzięki Niemu i przez Niego. To staranie się to nic innego jak tylko to, jak żyjemy - w pełni wolni i swobodni, mogący podejmować nieskrępowanie decyzje. Szkoda, że tak często zapominający, że wiążą się z nimi konkretne konsekwencje. Może właśnie dlatego punktem wyjścia dla sensownego przeżycia tegorocznego Adwentu będzie zastanowienie się - czemu poświęcam swój czas? Czy mam jakieś pasje? Czy naprawdę mocno, dobrze i sensownie przeżywam swoje życie? Jeśli nie - to jest czas, który Pan daje ci do pracy nad tym. Wtedy także czuwanie stanie się bardziej radosne. 

W naszej diecezji nie ma zbyt wielu kontemplacyjnych, klauzurowych zgromadzeń zakonnych - tylko żeńskie, i chyba tylko 3. Adwent to dla nich czas jeszcze głębszego, o ile to możliwe, zamknięcia się i wyciszenia. Cały czas adorują Boga z Najświętszym Sakramencie - w Adwencie w ogóle nie rozmawiają, nie spotykają się z osobami z zewnątrz, nic. Swoją radość oddają Temu, któremu służą. Przygotowują się na Jego narodzenie, i chcą zrobić to jak najlepiej - właśnie trwając przed Nim samym. To kolejny sposób - jeśli nie masz pomysłu, co z sobą zrobić, jak ten czas wykorzystać, idź po prostu przed tabernakulum albo wystawiony Najświętszy Sakrament, i zasłuchaj się w Niego. Tam znajdziesz odpowiedź, gdzie dla ciebie jest pole do popisu - aby czuwać lepiej, owocniej i sensowniej. 

Głowa do góry (o tym było niedawno). Obudź się - bo prześpisz ten jedyny w swoim rodzaju czas i wyjątkowy dzień Narodzenia. Otwórz oczy - nie po to, aby się gapić po kolorowych wystawach, plastikowych aniołkach, kolędach i Last Christmas puszczanych chyba od 3 listopada (sic!) - aby żyć uważnie, lepiej, bardziej i mocniej. Nie wiemy, kiedy On przyjdzie powtórnie - dlatego musimy być gotowi. Wiemy, kiedy przyjdzie tutaj, do betlejemskiej stajni, od wieków wyczekiwany - i tu mamy kolejną w życiu okazję, aby sprawdzić to, czy i jak nam to czuwanie wychodzi. Jeśli nie wychodzi - próbuj dalej. Kolejny Adwent pewnie przeżyjesz za rok - ale Jego powtórne przyjście będzie tylko jedno, bez prób i powtórek.