Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

poniedziałek, 30 listopada 2015

Na co ja właściwie czekam?

Jezus powiedział do swoich uczniów: Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie. Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi. Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym. (Łk 21,25-28.34-36)
W kontekście I niedzieli Adwentu trzeba generalnie powiedzieć o dwóch sprawach. 

Po pierwsze, ludzie generalnie zatracili taki zmysł wyczekiwania na przyjście ponowne Pana Boga z biegiem czasu od momentu Wniebowstąpienia (pisałem o tym szerzej ze 2 tygodnie temu w kontekście Królestwa Bożego). Z naszą cierpliwością jak to jest, to każdy widzi - najlepiej na sobie - więc w sumie nic dziwnego. Tym niemniej, to, co się dzieje, widzimy i powinniśmy... no właśnie, co? Wyciągać wnioski. Nie bawiąc się w analityków - ale odnosząc to, co widzimy, do Słowa Bożego. 

Nie da się ukryć, to, co widać, optymizmem specjalnym nie napawa. Państwo Islamskie dzielnie rozwala Wschód, zabijani są ludzie nie tylko z powodu wiary i jej mężnego wyznawania (bo nie sądzę, aby to sprawdzano tak drobiazgowo), co za sam fakt bycia ochrzczonym - co, jak wiemy, czasami wcale nie przeszkadza w, delikatnie mówiąc, obojętności religijnej w ramach zasady "a po co się Bogu narzucać". Jesteś katolikiem i możesz tylko za to umrzeć. Ludzie są wyrzucani z pracy za to, że się przeżegnali w przerwie na posiłek albo za noszenie dyskretnego krzyżyka. Domaga się zrównania praw homoseksualistów z prawami rodziny, włącznie z prawem do "małżeństwa" i wychowywania dzieci (homoseksualizm kwitł już w antyku - jednakże jakoś był zawsze kwestią tabu). Przemysł aborcyjny kwitnie w ramach realizacji tzw. prawa kobiety do decydowania o samej sobie i swoim ciele - bo kto by się przejmował taką błahostką, jak prawo człowieka do życia (tego małego, nienarodzonego, po prawniczemu nasciturusa - nawet prawo rzymskie dawało mu szereg uprawnień!). Równocześnie, w starzejących się coraz bardziej społeczeństwach rzekomo chrześcijańskiej Europy szerzy się na potęgę przemysł eutanatyczny. I, tak bardziej prozaicznie, coraz bardziej różnej maści spece biją na alarm: te bogactwa naturalne zaraz się wyczerpią, zabraknie gazu, ropy, systemy zasilania nie wytrzymają kolejnych upałów. O, matko... Co to będzie?

Postawa wobec tych sytuacji - nie wiem, czy koniec świata będzie, dzisiaj, jutro, czy za 10 lat, ale można chyba przyjąć, że jest to bliżej niż dalej? - może być dwojaka. Albo "ostatni uciekający gasi światło", co widać bardzo często i przebija się w rozmowach, pomiędzy różnymi próbami zabezpieczenia siebie (co samo w sobie brzmi kuriozalnie - czekam na "ubezpieczenia od końca świata" :)) Albo zamiast bezmyślnej paniki zaczniemy słuchać Boga: "A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie". Warto uświadomić to sobie w kontekście, rozpoczętego wczoraj w Polsce, jubileuszu 1050-lecia chrztu naszego kraju. To spore dziedzictwo - nie mówię o tradycji - ludzi, którzy żyli w czasach o wiele trudniejszych od naszych, i wytrwali w wierze i ta wiara właśnie dawała im siły. Tu nie chodzi o bezmyślne papugowanie przez nas - ale o jakąś tam refleksję. 

Człowiek gotowy nie ma się czego bać w kontekście "końca świata", a właściwie to ponownego przyjścia Pana Jezusa. Bo właśnie jest gotowy i pozostaje gotowy nie tylko dzisiaj, ale stara się być taki i jutro, i starał się być gotowy wczoraj. Tak, jest to jakiś tam wysiłek. Ale warto. I ten właśnie Pan Jezus bardzo ładnie wymienia, powyżej, co można wziąć tak na "pierwszy ogień" w mojej własnej walce o tę gotowość: obżarstwo, pijaństwo (nie mylić z - potrzebną każdemu i po prostu naturalną od czasu do czasu dobrą zabawą, w której nie ma nic złego), troski doczesne czyli szeroko pojęty materializm. Z jedzeniem sam czasami mam problem, z pijaństwem chyba akurat nie (ale wielu ma), a materializm i zbieractwo to chyba problem każdego z nas. Jest duże pole do popisu i jeszcze calutkie 24 dni rozpoczynającego się jutro grudnia, aby ten Adwent wykorzystać kreatywnie i walczyć: nie ze sobą, ale z tym, co mi przeszkadza w byciu gotowym na spotkanie z Bogiem. Kapitalnie to wczoraj określił o. Grzegorz Kramer SI: "Dopiero ktoś, kto nabierze ducha, pozwoli Jemu panować w różnych dziedzinach życia, może podnieść głowę, bo nie ma nic do ukrycia". 

Po drugie zaś, to są słowa o oczekiwaniu i trzeba o nie właśnie zadać sobie pytanie. 

Oczywiście, to bardziej jakby naturalne wydaje się w kontekście tego, o czym tu piszę, dość łatwe do przewidzenia - czy ja w ogóle oczekuję tego Boga, wyczekuję Jego Narodzenia, czy betlejemska noc i szopka z narodzoną Maleńką Miłością to jest dla mnie jakikolwiek punkt odniesienia? Czy po prostu cały każdy dotychczasowy Adwent i każde święta to wyłącznie szopka taka. Jezus Chrystus przychodzi do tej szopki - ale nie dla szopki. Jeśli masz robić coś bez sensu, z przyzwyczajenia, dla świętego spokoju - to chyba lepiej daj sobie spokój. Będziesz dzięki temu uczciwy wobec siebie. Ten Bóg przychodzi właśnie do mnie i do ciebie, do każdego. Ale żeby Go spotkać, trzeba tam się najpierw wybrać, potem przejść drogami Adwentu i dotrzeć z zachwytem w sercu, nadzieją i miłością właśnie tam, do stajenki. Dać coś z siebie. Zawalczyć o siebie, pokazać, że chcesz czekać, że to oczekiwanie jest ważne i ma sens. 

Ale warto zastanowić się tak bardziej prywatnie. Czego ja oczekuję - od życia, od ludzi szczególnie dla mnie bliskich (rodzina, przyjaciele, sympatia, małżonek), a także, i to może najpierw, od siebie samego? Jezus Chrystus nie rodzi się jako automatyczny mesjasz, który naciśnie magiczny guzik i, tadam!, nastąpi "z urzędu" zbawienie każdego człowieka, czy mu się to podoba, czy nie. Bóg w Jezusie chce przyjść w indywidualny i wyjątkowy sposób do każdego ludzkiego serca - mojego, twojego, i ile by tam miliardów ich jeszcze nie było. I żeby w ogóle odnaleźć się wobec Jego propozycji - trzeba najpierw wiedzieć, czego się samemu chce. Co jest moim marzeniem, co jest sensem mojego życia, do czego porywa się moje serce. Odpowiedź na to pytanie nie jest egoizmem - jest punktem wyjścia do budowania dalej relacji, zarówno z Bogiem, jak z innymi. Żeby wiedzieć, kim chcesz być w relacji z drugą osobą - także Bogiem - musisz najpierw wiedzieć, kim jesteś sam, i do czego zmierzasz. 

Początek Adwentu to jest taki świetny moment, bo przełom roku (liturgicznego - do kalendarzowego jeszcze miesiąc). Pewnie, wiele mogło nie wyjść w tym kończącym się nie udać, może przesadziłem z postanowieniami, z których nic nie wyszło, a może wręcz odwrotnie, przesiedziałem go wygodnie z pozycji biernego widza, dzielnie kibicując albo podśmiewając się - byle tylko samemu nic nie zrobić. No to od tej niedzieli jest okazja, aby to zmienić - i nikt nie zrobi tego za Ciebie. 

Na koniec takie krótkie modlitewne westchnienie ze Świętej Przestrzeni:
Panie Jezu, Ty powiedziałeś, że jesteś Światłem Świata i naszą Drogą, Prawdą i Życiem. Daj mi odkryć jak mam podróżować z Tobą podczas tego adwentu w kierunku nowego Światła – Ciebie.

niedziela, 29 listopada 2015

Adwentowe propozycje rekolekcyjne

Startuje Adwent AD 2016.

Poczytałem, poszukałem, poszperałem. Oto kilka - oczywiście, bynajmniej nie jedynych osiągalnych albo wartych poświęcenia czasu - rekolekcji czy pomocy w tym, aby ten wyjątkowy (i uwielbiany przeze mnie!) czas przeżyć sensownie i coś z niego wynieść dla siebie, zbudować siebie jakoś. 

do posłuchania/oglądania
do poczytania
Głoszących powyższe rekolekcje przedstawiać chyba nie trzeba. Kaczkowski - "onkocelebryta", człowiek który oswaja świat ze śmiercią, młody ksiądz, który sam od podstaw zbudował hospicjum... żeby dowiedzieć się, że umiera na glejaka; i się nie poddaje. Szustak - chyba najbardziej znany młodym polski dominikanin, kaznodzieja, autor świetnych książek, głosiciel rekolekcji, znany z inicjatywy Langusta na Palmie (to też nazwa kanału na YT, gdzie wrzucane są jego rekolekcje). Fortuna - amerykański ex-kapucyn, współzałożyciel w latach 80. XX wieku tzw. Franciszkanów Odnowy, w Polsce określanych czasem mianem Braci z Bronxu. 

Takie "wow". Wszystkie - nie książkowe i nie tylko do czytania - powyższe rekolekcje są na YouTubie. Każdy zagląda i słucha/ogląda wtedy, kiedy chce. Świetne, prawda? A nawet, jak są napisane - to są, i po prostu można w dowolnej chwili zajrzeć, przeczytać, zadumać się, pomodlić, zasłuchać w Niego. Nie da się powiedzieć "nie mogę iść na roraty, bo..." bo nie ma argumentu :) 

Do wyboru, do koloru. Pewnie każdy sam znajdzie więcej. 

Niech dla każdego ten Adwent będzie owocny.

czwartek, 26 listopada 2015

Plan

Przeżywamy ostatnie dosłownie dni starego roku liturgicznego AD 2015 i w niedzielę rozpoczniemy nowym adwentem AD 2016.

Za oknem średnio - nie wiem, jak u Was, ale w moim Trójmieście teoretycznie sucho, choć od kilku dni już całkiem mroźno, pierwszy śnieg posypał, rano trzeba pastwić się nad samochodem z nie tyle może odśnieżaniem, co odszranianiem. Bez czapki i rękawiczek ani rusz. Ale za to, jak się człowiek wyczołguje rano z domu, jakie piękne gwiaździste niebo, bez jednej chmurki! Ogólnie nieco przygnębiająco - w tym sensie, że rano ciemno (jak docieram do fabryki robi się ładnie), i jak się z tej fabryki wychodzi to w sumie już też ciemno. Szkoda, ale - to akurat prawda w tym kontekście - taki mamy klimat.

Nie jestem fanem przesady i duchowej kulturystyki w tym sensie, aby ścigać się dla samego ścigania czy robić coś dla udowodnienia tylko sobie samemu jakiejś kwestii. Ale mam takie wrażenie - i pewnie każdy z nas podobnie, jako że mniej więcej tego rodzaju zachęta płynie chyba z każdej ambony czy to w adwencie, czy w wielkim poście, i słyszymy ją od dziecka - że to jest faktycznie dobry moment, żeby coś sobie postanowić i po prostu spróbować być lepszym dla ludzi, bardziej zasłuchanym w Boga, nie tylko wierzącym w Niego, ale ufającym Mu, otwierającym przed Nim swoje serce i zapraszającym Go do swojego życia nie tylko wtedy, kiedy właściwie nie ma już  w tym życiu czego zbierać.

Postanowienia w stylu: nie będę jadł słodyczy - w sumie, hm, też są dobre, ale to chyba dość infantylne? Oczywiście, mam pełną świadomość, że i ja mam z tym problem, i właściwie dobrze by było, żebym ich tyle nie jadł - ale to jakby zupełnie obok sfery duchowej, i tak trochę na poziomie małego dziecka. Bardzo ambitnym - jak dla mnie - wydaje się założenie codziennego uczestnictwa w roratach (czyli wyrwany kawałek snu od poniedziałku do soboty przez cztery tygodnie); u mnie niewykonalne z powodu godzin pracy, u wielu osób pewnie też. Mniej TV czy jakiegoś innego zapychacza czasu? Pewnie, żeby mieć czas dla bliskich i w nich odnajdywać Boga, wsłuchać się w to, co Bóg przez nich do mnie mówi, być bardziej dla nich niż dla siebie. Jakieś postanowienie modlitewne? Dziesiątka różańca to naprawdę nie jest wyczyn - ja ostatnio, dla utrzymania rytmu dnia, odmawiam w tym samym końcowym etapie dojazdu do pracy. 

Ja wracam do czegoś, co pewnie z 15 lat temu mi się udało - mianowicie mam ambitny zamiar od niedzieli najbliższej, czyli od początku adwentu, zabrać się za systematyczne czytanie Pisma Świętego i przeczytać je w całości. Raz się udało, więc czemu nie? Szukałem i szperałem nieco w internetach, czego efektem jest wybór planu czytania Biblii autorstwa Jacka Święckiego. Dlaczego ten? Bo nie jest tak - może nie tyle bezmyślnie, co mało czytelnie - że czyta się wszystko, a przede wszystkim ST, po kolei, jako że wcale nie oznacza to zachowania chronologii. Autor umiejętnie przestawia też pewne poszczególne rozdziały ksiąg, co wynika z wielu kwestii (na przestrzeni wieków pewne rzeczy pomylono i przesunięto). Poza tym są osobne bloki, tzw. rekonstrukcje, najtrudniejszych fragmentów Biblii. Całość wedle założenia ma zająć 104 tygodnie, czyli 2 lata.  

Zaplanowanie sobie czegoś na 2 lata uważam za mocno ambitne, tym bardziej więc proszę skromnie o wsparcie w tej materii. Plan tygodniowy podzielony jest na 6 dni - jest więc (niedziela?) zapasu, żeby nadgonić, w razie czego.

Zachęcam do odważnego, ale na miarę swoich możliwości, podejmowania jakiś pomysłów czy postanowień adwentowych, a przede wszystkim systematyczności w ich realizacji. 

Ps. Dodatkowy pomysł - odkładać jakieś pieniądze na boku przez te kilka tygodni. I przekazać na jakiś cel, czy chociażby wrzucić do skarbonki w kościele - żeby bardziej, materialnie, zaangażować się, zainwestować i wesprzeć to, co mój kościół - moja parafia - buduje. 

poniedziałek, 23 listopada 2015

Królestwo we mnie


Piłat powiedział do Jezusa: Czy Ty jesteś Królem żydowskim? Jezus odpowiedział: Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie? Piłat odparł: Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił? Odpowiedział Jezus: Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. Piłat zatem powiedział do Niego: A więc jesteś królem? / Odpowiedział Jezus: / Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu. (J 18,33b-37)
O tym Bożym Królestwie pisałem dosłownie z tydzień temu. Właściwie już tylko w Modlitwie Pańskiej, a więc "aż" w każdej Mszy Świętej, zostało takie - pewnie dla wielu nieświadome w ogóle - wspomnienie, kiedy wypowiadamy słowa przyjdź Królestwo Twoje. O co się modlimy? O Jego królowanie w naszych sercach już dzisiaj, tutaj, teraz, żeby ta Boża rzeczywistość nie była żadną utopią czy bajką, ale stawała się tym, w czym żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. Ale też właśnie - i może przede wszystkim - o to, aby On przyszedł ponownie do nas, po nas. Wyrażamy naszą tęsknotę do momentu przejścia, kiedy to, co jest, się zakończy, a Bóg uczyni wszystko nowym, odmieni, otoczy chwałą. 

Znamienny jest początek tekstu - Jezus pyta Piłata o intencje, o powód Jego pytania. On, który nigdy nikim się nie brzydził, nikogo (nawet stygmatyzowanych chorych czy trędowatych) nie unikał - zadaje proste pytanie: do czego ty, człowieku, zmierzasz, i co chcesz usłyszeć. On, Ten, który zna myśli serca. I oczywiście miał rację - Piłat z jednej strony, najpierw, szukał pretekstu do skazania Jezusa i potwierdzenia stawianych przez Żydów zarzutów bluźnierstwa i podawania się za Mesjasza - jak widać, Jezus nie próbował się jakoś uwolnić z opresji, potwierdził swoje pochodzenie i posłannictwo od Boga. Z drugiej jednak, paradoksalnie, jak wiadomo z dalszej części tekstu, w późniejszej części dramatu Wielkiego Piątku Piłat będzie starał się Jezusa obronić, uchronić od kary; z przyzwoitości trzeba przyznać, mało skutecznie - co skończy się słowami "krew na was i na dzieci wasze" i symbolicznym, acz świadczącym wyłącznie o tchórzostwie, symbolicznym geście umycia rąk przez namiestnika. (Pewna, dość ciekawa, powieść zasugeruje później, że Piłat pod wpływem tych wydarzeń i swojej żony podąży śladami Zmartwychwstałego i stanie się jednym z pierwszych męczenników Kościoła - kto wie?) 

Trzeba to powiedzieć jasno i wyraźnie: Jezus Chrystus przyszedł, aby dokonać przewrotu kopernikańskiego i uświadomić każdemu człowiekowi jego godność jako dziecka Bożego, umiłowanie i praktycznie nieskończone miłosierdzie, jakie ma dla człowieka Bóg. To jest dar, który człowiek - przyjmując - równocześnie czyni Boga w Trójcy Świętej jedynego swoim Panem i Królem. W sercu, w myślach, w uczynkach też bo tu nie może być sprzeczności - ale jest to dar ukryty, jest to relacja, więź, a więc coś przede wszystkim nienamacalnego. My mamy być tym Królestwem - z jednej strony nie z tego świata, bo odnoszącym się do zupełnie innych wartości, z drugiej strony już kiełkującym tu i dzisiaj, w tobie i we mnie. 

Tutaj chciałbym wyjaśnić dwie kwestie. 

Po pierwsze, Jezus nie jest królem w złotej klatce, jak jakaś złota rybka. Jemu nie zależy na tym, aby zostać zamkniętym w najpiękniejszym kościele i żeby wszyscy naokoło się zachwycali (pytanie, czy Nim czy kościołem?). Chyba trafnie niektórzy mówią o tym, że Kościół - księża, wierzący - najchętniej ograniczają Pana Boga do tego cotygodniowego minimum godzinnej Mszy Świętej, no od biedy w święta, ale aby broń Boże nie wyściubiał nosa z kościoła i nie kazał czegokolwiek robić publicznie. Stąd tak bardzo dużo oporu, zdegustowania i po prostu niezrozumienia dla apelu papieża Franciszka, aby wychodzić na ulice, aby robić raban, aby mówić o Bogu zawsze i wszędzie - a nie tylko odsiedzieć w swoje w ławce, przespać sumiennie kazanie, odbębnić różaniec (sam odmawiam często). Bóg chce zakrólować w sercu każdego człowieka i prosi, abyśmy pomogli Mu tego człowieka spotkać. 

Po drugie, pomysły w stylu intronizacji Jezusa Chrystusa na formalnego Króla Polski (Rozalia Celakówna itp.) to po prostu bzdura i dowód na kompletnie niezrozumienie tego, gdzie i w jakiej materii Jezus pragnie królować. Tak jak tamci Mu współcześni, którzy chcieli szykować wojsko i zbrojne powstanie przeciwko cesarstwu rzymskiemu - "bo nam się wydawało...". Źle się wydawało i źle się wydaje ich naśladowcom dzisiaj. Jego królowanie ma się objawiać w naszych deklaracjach, słowa, ale przede wszystkim codziennych czynach, najprostszych nawet wyborach życiowych. 

W tym, jakie wartości (nie jaką partię) popierasz i na kogo głosujesz - też, pewnie. W tym, czego uczysz swoje dzieci, jaki dajesz im przykład, czy jesteś pobożny na pokaz, czy modlisz się z rodziną, czy twoja wiara to pustosłowie i właściwie niezrozumiałe, bezmyślnie powtarzane ceremonie i gesty, czy odpowiedź na zaproszenie Boga "przyjdźcie na ucztę!", bo tego potrzebujesz i pragniesz. Na to jest zawsze czas - Dobry Łotr załapał się w ostatniej chwili życia, wisząc i dogorywając na krzyżu. Świetnie to określił o. Maciej Biskup OP, mówiąc o "intronizowaniu Chrystusa w swoim osobistym życiu, zaczynając od słyszalnej dla świata deklaracji w izdebce serca". Nie na pokaz. Nie pod sztandarami i złoconymi chorągwiami, w pierwszej ławce w kościele, żeby wszyscy sąsiedzi i znajomi widzieli. Dla Boga, szczerze, autentycznie. Jeśli przyjdzie okazja - daj świadectwo; jeśli nie - uwielbiaj Go i uczyń królem swojego życia i w ukryciu. 

O jednym trzeba pamiętać. Jeśli zapraszasz Boga do swojego życia i proponujesz Mu: "zakróluj w moim sercu", to bądź konsekwentny. Niech to będzie i spontaniczna, ale świadoma decyzja. Nie, niczego nie stracisz. Ale potraktuj Go poważnie - tak, jak On zawsze traktuje ciebie. 

Uroczystość Chrystusa Króla to jakby taka klamra wieńcząca i zamykająca kolejny rok liturgiczny AD 2015 - za tydzień rozpocznie się Adwent czyli AD 2016. Ja to odczytuję jako zachętę - postaraj się znowu, nie tylko na czas adwentowy, i zaproś Boga do swojego życia, oddaj Mu je, może zdobądź się na jakąś deklarację czy postanowienie bynajmniej nie tylko adwentowe (nie, nie chodzi o górnolotne deklaracje - coś na twoją miarę: modlitwa codziennie w jakiejś intencji, może jakieś umartwienie małe, albo dziesiątek różańca - da się, uwierz mi). Bóg przychodzi, aby zakrólować w tobie jako twój osobisty Pan i Zbawiciel - a nie tylko dziadek z brodą/świecące oko w trójkącie, ten "jakiś bóg albo sprawca wszystkiego", bliżej nieokreślony absolut. 

Jego Królestwem na ziemi masz być właśnie ty. 

Niestety, przykra dygresja. 

Wczoraj, Msza Święta wieczorna. Pani Danusia, o której pisałem, odstawiła show na cały kościół, z moim niewielkim udziałem. Przed Mszą próbowała wymusić na księdzu w zakrystii czytanie jednego z czytań mszalnych - ksiądz dał odpór. Co zrobiła? Jak się okazało, gdy już wyszliśmy do ołtarza... zabrała sobie do ławki lekcjonarz. Ksiądz wyraźnie powiedział - ona nie czyta, ja mam to zrobić. Ruszyłem do I czytania w trakcie kolekty, żeby ją uprzedzić przy ambonie i kobieta się zastanowiła. I co? Nic. Wyszła z ławki i podeszła - zdążyłem tylko wyłączyć mikrofon, jak się zaczęła przy ambonie przepychać, żeby ludzie nie słyszeli. Zaczęła się wpychać, i co miałem zrobić? Odszedłem i usiadałem. 

Wstyd straszny. Ja się nie przejmuję sobą - ale że coś takiego ma miejsce w kościele, przy ołtarzu, w trakcie Mszy Świętej? Niektórzy przyjęli to z rozbawieniem, ale pewnie są tacy, którzy się zgorszyli, i mieli prawo. Ta osoba jest chora i to jest oczywiste - ale takie sytuacje nie mogą mieć miejsca... Człowiek przychodzi się pomodlić, a wychodzi na to, że się tylko denerwuje. 

Pomódlcie się za nią, bo to się robi naprawdę niebezpieczne. Żeby się kobieta opamiętała. 

piątek, 20 listopada 2015

Daj Bogu szansę

Gdy Jezus był już blisko Jerozolimy, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi. Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, oblegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia. (Łk 19,41-44)
Ten tekst jakby trochę sprawia mi trudność. Bo to ostatnie zdanie, cóż, brzmi trochę jak taki wyrzut z konsekwencjami pod adresem tego, kto rozminął się z Bogiem - no a co z miłosierdziem Boga i tym, że On ciągle przychodzi?

Jezus zapłakał nad złem w Jerozolimie - przy czym dość jasno trzeba powiedzieć, że nie chodzi tu o zło okupacji rzymskiej jako takiej, ale zło ludzi, Żydów, ją zamieszkujących. Jak to ładnie ujęto w jednym z komentarzy, "sprawcami tego zła są nie tyle rzymscy okupanci, co „okupanci” umysłów, ci którzy odwrócili lud izraelski od żywego Boga do samej tylko tradycji". Jezus, oczywiście, miał rację - dwa powstania (lata 70 i 135 n.e.) zniszczyły Jerozolimę prawie całkowicie. 

Syn Boży przybył z misją pokoju i pojednania do Jerozolimy (Miasta Pokoju), a jednak niczego tam nie zdziałał. W tym obrazku przytoczono Jego wjazd do miasta - ale On dokładnie wiedział, kto i w jaki sposób przeciwko Niemu knuje i spiskuje, oraz do czego - dokąd - Go to doprowadzi. Na krzyż, który jednak nie stał się gorzkim znakiem porażki, ale wywyższył Jezusa i otworzył Mu drogę do zmartwychwstania. 

Co ciekawe, te słowa "czas swojego nawiedzenia" brzmią tak samo zarówno w Biblii Tysiąclecia, jak i najnowszym przekładzie Biblii Paulistów. Co oznaczają? To właśnie, jak bezmyślnie i bezrefleksyjnie ówcześni Żydzi przeszli nad Jezusem - uznając Go błędnie za jednego z samozwańczych mesjaszy i traktując, do kary włącznie, jako wichrzyciela i bluźniercę, z delikatną pomocą koniunkturalisty Piłata, który chciał mieć przysłowiowy święty spokój. Pomimo czynionych przez Niego znaków, cudów, nauczania. Zabrakło... no właśnie. Wiary? Chęci? Dobrej woli?Nawiedzenie przez Boga, który przyszedł nie tyle stanąć na czele powstania - na co, jak wiadomo, wielu liczyło - ale wyzwolić ludzi w mniej namacalny, ale o ile ważniejszy, bo duchowy, sposób. 

Można zaryzykować stwierdzenie, że Jerozolima musiała upaść, aby Boże Królestwo dosłownie rozlało, rozsypało się po całym ówczesnym świecie, i dalej, aż na całą ziemię. Co dokonało się na początku w dużej mierze rękami rozproszonych po świecie Żydów, spośród których przecież wielu było jednymi z pierwszych chrześcijan. Szli i głosili Tego, w którego uwierzyli. 

Tamci Żydzi po prostu rozminęli się z Bogiem, byli zbyt zajęci samymi sobą, swoim życiem, swoim prawem i skrupulanctwem w jego realizowaniu (w czym równocześnie nie było wiary ani ducha Bożego). Dość bezmyślnie stracili wielką szansę - mimo, że On był obok przez blisko 3 lata, chodził po tej krainie, nauczał, rozmawiał, mówił do serc, uzdrawiał choroby, a nawet wskrzeszał zmarłych. Mało powodów, żeby uwierzyć? To zależy, czy się chce. Bóg nas w tym nigdy nie wyręczy - bo szanuje naszą wolną wolę. Co więcej - to, jak wiele tamci obojętni stracili, nie rozpoznając czasu swojego nawiedzenia, najlepiej oddają karty Pisma Świętego w zakresie części Nowego Testamentu - a więc słowa tych właśnie ludzi, którzy czasami Jezusa znali osobiście, widzieli Go, mogli Go sami słuchać, a potem te słowa dla nas i dla wszystkich spisali. Gdy się czyta np. ewangelie, to aż bije z nich ten Boży Duch, Boży zapał i radość człowieka odnalezionego i ukochanego przez Boga - nie na zasadzie rozdzielnika, jak każdego, ale w indywidualny i wyjątkowy sposób. 

Jerozolima jako miasto upadła - przegapiła czas swojego nawiedzenia. Czy te słowa można odnieść do ludzi? Według mnie - nie. Każdy człowiek ma szansę dać Bogu szansę tak długo, dopóki żyje. Co samo w sobie jest już paradoksalne - kogo porównujemy? Małego człowieka z nieskończonym Bogiem i Stwórcą wszystkiego, w tym tego człowieczka. A jednak, zakochany w ludziach bez pamięci, to Bóg stara się i walczy o każdego człowieka. I przychodzi, puka, zagaduje, stara się zwrócić uwagę, przykuć spojrzenie, zainteresować. Nigdy nie zmusi, nigdy nie postawi pod ścianą - w "trudniejszych" przypadkach człowiek po prostu dochodzi sam do pewnych wniosków dopiero po niekiedy bardzo trudnych doświadczeniach. Ale sam musi wybrać. Jak to napisał Jerzy Liebert, "uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę". 

To jest właśnie nasza nadzieja. Bo mimo, że dzisiaj rano w pacierzu czy kilku słowach wyznałem w Niego wiarę - wcale nie znaczy, że w ciągu dnia pięć razy się Go nie wyprę. Upadamy, ale mamy możliwość powstawać - to z jednej strony nasza słabość, ale tu właśnie najmocniej też objawić się może ludzka wielkość, siła ducha. Nasz czas nawiedzenia trwa do końca naszego życia tutaj. Czasami jesteśmy bardziej świadomi, czujemy obecność Boga bardziej - czasami jest jak z bł. matką Teresą z Kalkuty (za rok kanonizacja!), kiedy doświadczamy tzw. ciemnej nocy duszy; wydaje się, że Boga nie ma, to wszystko bez sensu, bzdura, lipa (ona tak miała większość życia - a zobacz, ile zrobiła!). Ja jestem Bogu bardzo wdzięczny, że tym mnie nie doświadczył - czasami gdzieś tam są pewne bunty czy wątpliwości, ale wiem, że On jest. 

Nawet, jeśli Jezusa przegapimy w jakiejś sytuacji dzisiaj - On na bank jutro też przyjdzie. Oczywiście, prawdopodobieństwo, że stanie w białej szacie z aureolką i gadającym świecącym okiem oraz gołębiem nad głową (takie dziwne dość dla mnie wyobrażenie Trójcy Świętej?), a najlepiej jeszcze z podpisem na tabliczce "to ja, Jezus", jest dość małe. Ale przychodzi i do każdego z nas chce się zbliżyć, nawiedzić. Nie dla samej wizyty, ale aby zaprosić do pięknej z Nim przygody przez życie. Nie obieca, że będzie łatwo - bo nie jest, i nikt nie mówi, że ma być. Nie unikniesz bólu, rozczarowania, smaku porażki - bo to jest normalne, jesteśmy tylko ludźmi. 

Ale uwierz, nie ma większej i piękniejszej przygody niż z Nim. Czy jesteś samotny, czy masz żonę/męża, stadko dzieci, albo jesteś dziadkiem/babcią. To nie ma znaczenia. On dla każdego ma fantastyczny plan - który możesz poznać tylko ty. Daj Bogu szansę. 

czwartek, 19 listopada 2015

Mój kościół

Trochę osobistej refleksji. 

Przez wiele lat - właściwie, co tu dużo mówić, większość mojego świadomego chrześcijaństwa i bycia aktywnym członkiem Kościoła - mieszkałem w jednej i tej samej parafii. Tam mnie do kościoła ciągnęło, piękna, z bogatą historią i po prostu odczuwalnym "tym czymś" budowla, tam stawiałem swoje pierwsze kroki przy ołtarzu (gdzie spędziłem wieeele czasu), tam podejmowałem najważniejsze życiowe dotychczasowe decyzje. 

Potem, po ślubie, przyszło zmienić miejsce zamieszkania. Nowy dom, nowa parafia, nowy kościół. Bardzo dużo i dość nieciekawie nowoczesny. W sumie, betonowy klocek z niezbyt dobrze wykonaną wieżą - choć, nie można ukryć, z ciekawą mozaiką w prezbiterium. Ale praktycznie cały dzień spowiedź, a przynajmniej większość. Poza tym, bardzo przytulna i ogrzewana kaplica - fajne rozwiązanie na zimowe dni. Na początku trudno, powoli (nie mówię o służbie przy ołtarzu - to też, ale to nie jest najważniejsze, chodzi ogólnie o to czucie się w kościele jak w domu), ale i tam się w pewnym sensie zaaklimatyzowałem... właściwie po to i w momencie, kiedy przyszło się znowu przenosić. Synek był w drodze i musieliśmy pomyśleć o choćby o jeden pokój większym mieszkaniu.

Tak właśnie wylądowaliśmy tu, gdzie mieszkamy obecnie - prawie 5 lat. Niby nie daleko, to samo miasto. I znowu, całkiem nowy i dość nowy w sensie historii kościół, parafia licząca ok. 25 lat. Heh, moja Mama pamiętała, jak to osiedle było wielkim pastwiskiem z łąkami i pasącymi się krowami :) Kościół, dosłownie jak się okazało, budowany "na wyścigi" - dwaj księża ścigali się w położonych koło siebie dzielnicach. Obydwaj dzisiaj nie żyją, a zostały dwa... potworki? Może przesadzam. Dziwny kolor z zewnątrz, projekt ewidentnie przewidziany na amfiteatr, operę. Miał być dwupoziomowy, na szczęście dolnego kościoła nigdy nie stworzono - wystarczy powiedzieć, że ówcześnie ustanowiona (lata 80. XX wieku) parafia obecnie podzielona jest na co najmniej 3; i tak jest problem z zapełnieniem górnego. Duża przestrzeń, otwarte prezbiterium. I znowu, dość długo nie mogłem się tu zadomowić - kolejne miejsce, nowe twarze, zwyczaje, wspólnota. 

Piszę o tym, ponieważ od jakiegoś czasu - co uświadomiłem sobie... dzisiaj - pewnie jakieś pół roku dopiero czuję się tutaj jak u siebie. Mój kościół. Mój dom. I jest to bardzo przyjemne uczucie. Co za tym idzie, kilka razy byłem w tej swojej pierwszej, rodzinnej parafii - i niby miejsce to samo, te same mury, prezbiterium, ale już inaczej. Inni ludzie, inne twarze, nowe zwyczaje. Już nie moja bajka trochę (tym bardziej - centrum diecezji, jak to z katedrami bywa - miejsce pewnie ok. 90% wszelkich największych celebracji i uroczystości, z pompą i hukiem [dosłownie, przy tym ordynariuszu...]). Zawsze to miejsce - tamten kościół - lubiłem z powodu porannych cichych Mszy Świętych. Nic się nie zmieniło - tylko że dzisiaj mam mniej okazji (przez co może bardziej je doceniam?) i nowe miejsce, kościół w którym rano, kiedy zaświeci słońce, widoczna jest niesamowita gra świateł. Robi się tak... ciepło, domowo. 

A jak to jest z tobą? Masz swój dom, swój kościół?

środa, 18 listopada 2015

Nie ma grzechów międzypokoleniowych

Temat od jakiegoś czasu gdzieś tam mi się przewijał, ale - jak wynikało z materiałów, które widziałem - kwestia pozostawała otwarta w tym sensie, że Kościół nie powiedział jednoznacznie "nie". Co zmieniło się w ostatnich dniach. 

W dniu 06 października 2015 r. Episkopat Polski podjął uchwałę o zakazie celebrowania Mszy świętych i wszelkich nabożeństw z modlitwą o uzdrowienie z "grzechów pokoleniowych" czy o "uzdrowienie międzypokoleniowe".


Przesądzenie powyższej kwestii zostało poprzedzone opinią teologiczną Komisji Nauki Wiary Konferencji Episkopatu Polski, dostępną m.in. na Deonie (poniżej ogólnego artykułu). Tak naprawdę, jest w niej zawarte bardzo syntetyczne, a zarazem dokładne opisanie stanu faktycznego i problemu, jaki powstał na jego kanwie. 

Ja z tym zagadnieniem spotkałem się kilkakrotnie, a na potrzeby niniejszego tekstu poszukałem conieco. Nie zdziwiło mnie (niestety), że teksty na ten temat - w tym sensie, że nie tyle dotykające tematu, co po kontekście sądząc radzące jak zwalczać takie grzechy pokoleniowe - odnalazłem na Frondzie, stronie jezuickiego pisma Odnowy w Duchu Świętym.

Z mojej perspektywy wygląda to nieco na żerowanie na strachu ludzkim i wynajdowanie, tworzenie problemu, mającego leżeć u podstaw innych, wytwarzanie sztucznie problemu dla jego następnie rozwiązania. Przede wszystkim zaś błąd, z którym mamy do czynienia, to nic innego jak wmawianie ludziom - co nie znajduje oparcia w niczym i nie jest niczym uzasadnione - twierdzenia o niejako "dziedziczności" grzechów. Stąd czasami można spotkać się z używanym w kontekście tzw. grzechów pokoleniowych pojęciem "grzechów naszych ojców", "skażeniu międzypokoleniowym", "uzdrowieniu międzypokoleniowym". 

Jak jest to opisane na Frondzie: '„grzech pokoleniowy” jest to odziedziczona po przodkach niegodziwość, czyli skłonność ludzkiego serca do buntu, do nieposłuszeństwa przeciw Bożemu prawu i Jego przykazaniom, jest to podatność na grzech, tendencja do grzeszenia'. Sugeruje się tam nieświadome "wchodzenie" w grzechy ojców. Kompletnie absurdalnie brzmi przykładowe pytanie i odpowiedź: "Jakie grzechy mogą być pokoleniowymi? Aborcja, skłonności samobójcze, niepowodzenia w interesach, bieda, choroby genetyczne, depresje, kłamstwo, oszustwo". Choroba genetyczna jako grzech? Inny przykład: "Dziecko poczęte poza związkiem sakramentalnym może cierpieć na duszy i psychice z powodu grzechu swojej matki" albo upatrywanie grzechu międzypokoleniowego w nałogu alkoholowym w rodzinie (pismo Odnowy "Szum z nieba") - nie skomentuję. 

Równocześnie, ciekawe wydaje się to, że w każdym tekście pojawia się w miarę silnie zaakcentowane stwierdzenie odnośnie tego, że nie należy jako grzechu międzypokoleniowego rozumieć dosłownego przejścia grzechu np. z dziadka czy rodzica na daną osobę, jego dosłowne dziedziczenie. Więc co? A równocześnie pojawia się sformułowanie w stylu: " trzeba uznać, że moi przodkowie zgrzeszyli, po drugie muszę uznać, że ja popełniłem ten sam grzech, który widziałem u ojca, dziadka i pradziadka i muszę Pana Boga za niego przeprosić i odpokutować". Hm, kompletnie niespójne: bo albo to nie jest mój grzech i nie muszę wtedy za nic odpokutować, albo w jakiś dziwny sposób miałby przejść on na mnie co rodziło by konieczność pokuty. 

Pomocny tutaj wydaje się tekst sufragana wrocławskiego bp. prof. dr hab. Andrzeja Siemieniewskiego (opublikowany w maju 2014 r. - a więc zanim Episkopat zajął w tej materii jednoznaczne stanowisko):
Z jednej strony mamy tysiące ludzi garnących się do rekolekcji i sesji modlitewnych na temat uzdrowienia międzypokoleniowego, z drugiej zaś strony są raczej wątłe, by nie powiedzieć – wątpliwe podstawy tej modlitewnej praktyki: Pismo Święte i katolicka Tradycja takiej praktyki nie znają. Dochodzą do tego przestrogi przed przekraczaniem granicy między biblijną pobożnością chrześcijańską a pewnymi pojęciami New Age. Jaka więc winna być droga wyjścia? Przypomnijmy mądre uwagi Katechizmu: Kościół popiera formy religijności ludowej, ale równocześnie czuwa, by je rozświetlać światłem wiary. Mają rację gorliwie wierzący katolicy, jeśli domagają się od nas, swoich duszpasterzy, abyśmy wiedzieli, jak można dostąpić spotkania z Chrystusem, z Jego mocą uzdrowienia i zmiany życia. 
1. Korzystamy z nauk inicjatora i pomysłodawcy modlitwy o uzdrowienie międzypokoleniowe, Kennetha McAlla? To korzystajmy po katolicku. Po pierwsze, z zachowaniem jego roztropności co do uprzedniego badania medycznego trudniejszych przypadków, bez czego łatwo można stać się psychiatrycznym znachorem. Po drugie, on sam, choć nie był katolikiem, główny nacisk w swojej metodzie kładł na zbawienne skutki Eucharystii sprawowanej w intencji zmarłych z rodziny. Niech więc w tę samą stronę pójdzie i nasza modlitwa, jak to czyniliśmy w Tradycji Kościoła modlącego się w Mszach św. za naszych drogich zmarłych. 
2. Modlimy się za zmarłych? To módlmy się po katolicku, niekoniecznie korzystając z lektur, w których po latach ktoś znajdzie newage'owe pojęcia, gnostyckie hipotezy czy ezoteryczne wizualizacje. 
Można także przeczytać stanowisko w/w biskupa Siemieniewskiego w formie udzielonej w 2012 r. odpowiedzi na pytanie o kwestię grzechów międzypokoleniowych ze strony katolickiej Wspólnoty Droga we Wrocławiu.

Przytoczę w tym zakresie także dość obszerne fragmenty wspomnianej opinii komisji Episkopatu dla zobrazowania przyczyny zajęcia takiego, a nie innego stanowiska:
2. U podstaw mówienia o grzechu pokoleniowym leży przekonanie, że grzechy przodków wywierają wpływ na życie obecnie żyjących członków ich rodziny. Wpływ ten może mieć wymiar duchowy i cielesny, wyrażać się np. w postaci jakiejś choroby, może też być powodem kłopotów w dziedzinie psychiki i niepowodzeń w życiu małżeńskim czy rodzinnym. Obciążenie grzechem dziedziczonym po przodkach - według zwolenników tej teorii - domaga się uwolnienia człowieka, które dokonuje się w modlitwie o uzdrowienie lub przez egzorcyzm.
Uzdrowienie międzypokoleniowe jest specjalną modlitwą, którą należy objąć przodków osoby cierpiącej, sięgając w przeszłość nawet do piętnastego czy szesnastego pokolenia. Taka modlitwa obejmuje odmawianie egzorcyzmów, modlitwę wstawienniczą i Mszę świętą. Stąd modlitwy i nabożeństwa o uzdrowienie międzypokoleniowe czy Msze święte w tej intencji. (...)  
3. Praktyka "uzdrowienia międzypokoleniowego" wywodzi się z tradycji zakorzenionej w wierzeniach religii wschodnich, które szczególnym kultem otaczają przodków i wierzą w reinkarnację. To znaczy, że praktyka ta jest skutkiem synkretyzmu religijnego, który wykształcił nowe zjawisko nazwane "reinkarnacją grzechu". (...)  
5. Cytowane przez zwolenników "uzdrowienia międzypokoleniowego" fragmenty Biblii, które jakoby miały potwierdzać ich tezę o grzechu pokoleniowym i jego następstwach w życiu następnych pokoleń, mają swoje rozwinięcie i dopowiedzenie. Okazuje się, że są one trochę dłuższe, niż te cytowane w książkach. Czasem teksty te są tak manipulowane, by potwierdzały tezę o grzechu pokoleniowym czy o potrzebie międzypokoleniowego uzdrowienia. (...)  
6. "Grzech pokoleniowy" stoi w sprzeczności z prawdą o Bożym Miłosierdziu i o Jego przebaczającej Miłości. Jeśli nawet Lud Starego Przymierza dopatrywał się w różnych nieszczęściach kary Bożej za winy przodków, to Ludowi Nowego Przymierza takie przeświadczenie jest obce. Ta wyraźna zmiana optyki wiąże się z misją Wcielonego Syna Bożego, który doskonale wypełnił Prawo i Proroków, zwiastując miłość i miłosierdzie Boga. Wcześniej na gruncie legalizmu żydowskiego w Bogu widziano przede wszystkim Sędziego, skorego do wymierzania kary. Obraz Boga jako miłosiernego Ojca nie dopuszcza takiej myśli; otwiera człowieka na możliwość zyskania Bożego przebaczenia, ułaskawienia w każdej sytuacji. 
7. Kościół od samego początku naucza, że grzech jest zawsze czymś osobistym i wymaga decyzji woli. Podobnie jest z karą za grzech. Każdy osobiście ponosi karę za swój grzech. Wyraźnie pisze o tym św. Paweł w Liście do Rzymian, że "każdy z nas o sobie samym zda sprawę Bogu" (Rz 14,12). (...)  
8. Jedynym grzechem, który jest przekazywany z pokolenia na pokolenie jest grzech pierworodny. (...)  
10. Praktyka modlitwy, czy Mszy św. z modlitwą o uzdrowienie międzypokoleniowe, czy o wyzwolenie z grzechu pokoleniowego zdradza bardzo wyraźnie brak wiary, czy przynajmniej niedowierzanie w skuteczność łaski sakramentalnej, na pierwszym miejscu chrztu świętego. W tym sakramencie zostajemy wyzwoleni z wszelkiego grzechu. (...)  
Konkluzja: Mając na uwadze wszystkie poczynione uwagi, postuluje się, by władza kościelna jednoznacznie ostrzegała przed używaniem w przepowiadaniu pojęć: "grzech pokoleniowy" i "uzdrowienie międzypokoleniowe". Powinna też oficjalnie zakazać celebrowania Mszy świętych i nabożeństw z modlitwą o uzdrowienie z grzechów pokoleniowych czy o uzdrowienie międzypokoleniowe.  
W tym kontekście duszpasterzom byłoby dobrze przypomnieć, że najróżniejsze formy praktykowanej przez wieki modlitwy o uzdrowienie chorych, także w ramach liturgii Mszy św., powinny być celebrowane zgodnie z przepisami ksiąg liturgicznych oraz instrukcją Kongregacji Nauki Wiary Ardens felicitatis desiderium. 
W kościelnym przepowiadaniu należy zadbać o jasny wykład nauki Magisterium Kościoła na temat grzechu pierworodnego i jego skutków, rozumienia grzechów osobistych i ich skutków społecznych, skuteczności łaski sakramentalnej, zwłaszcza chrztu oraz sakramentu pokuty i pojednania, kwestii pojednania z Bogiem i z ludźmi, poczucia winy i przebaczenia.
A więc sprawa jest jasna i dokładnie wyjaśniona. Pytanie, czy - chyba dość liczni - zwolennicy takich praktyk przyjmą to do wiadomości?