Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

środa, 11 listopada 2015

wielkaPolskakatolicka?

Tytuł dość bez sensu, tak samo jak w sumie całość sytuacji. Tym niemniej, postanowiłem na nią zwrócić uwagę, ponieważ jest po prostu niebezpieczna i nie powinna mieć miejsca. 

We wczorajszą, 97. już, rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, przez cały kraj wzdłuż i wszerz przetoczyły się różne marsze. Jeden również miał swój - jak rozumiem - finał na warszawskich błoniach, podczas którego nagrano ok. 10-minutową... no właśnie: wypowiedź? wrzask? postulaty? nie wiem co? pewnego księdza, który najpewniej w jego własnym mniemaniu zrobił coś dobrego. Czemu on krzyczy? Czemu nie mówi normalnie? 

Moje pierwsze spostrzeżenie - ksiądz ów - niejaki Jacek Międlar CM, wikariusz parafii św. Anny we Wrocławiu - porusza się i zachowuje lekko mało normalnie, w sposób wskazujący jako by zażył jakieś środki, hm, wspomagające. Żeby nie napisać wprost, że się naćpał. I mantruje, nie wiadomo po co, jaki by on nie był, swój przekaz przerywając różnymi wrzaskami. Pomijając to, że nie wiadomo, po co ma Pismo Święte w ręku, jako że nie zajrzał do niego ani razu (o, wybacz - raz zajrzał w przerwie na oklaski - pewnie miał tam jakiś konspekt). 

Po drugie - Wielka Polska Katolicka? Nie wiem, co to jest, nie słyszałem. Polska w dużej części katolicką pozostaje nie dlatego, że ktoś tego sformułowania używa (lub nie), ale ponieważ tworzą ją ludzie wierzący, katolicy właśnie; nie w sensie metrykalnym, ale osoby po prostu praktykujące wiarę. I nie mam tu na myśli uczestników takich spędów, w kominiarkach, z racami i Bóg wie czym jeszcze. 

"Jesteśmy Kościołem walczącym, jesteśmy wojownikami wielkiej Polski". "Ewangelia a nie Koran". "Wielka Polska narodowa". "Armia patriotów, narodowców i kibiców, która ma Boga w sercu, i jest gotowa oddać za nią życie". Lewacy, którzy chcą "zniszczyć Kościół i naród Polski" - co, wg autora, się nie uda, bo są "Kościół walczący i wojownicy Wielkiej Polski". Tu - przerwa na wrzaski: "duma, duma, narodowa duma". Potem żal, że oto nikt nie chce "ich" słuchać w debacie publicznej, a to "oni" są "przyszłością Wielkiej Katolickiej Polski", jako - jak rozumiem - jedyni świadomi korzeni i dziedzictwa Polski. "My musimy walczyć, my musimy iść na peryferia wiary, do których wzywa papież Franciszek". "Jesteście wielką armią Kościoła, jesteście wielką armią Polski". Przyrównanie agresji sowieckiej do imigrantów i wniosek "chce się nam wcisnąć islamski fundamentalizm - nie pozwolimy na to nigdy!".  Walka "mieczem prawdy, mieczem miłości, mieczem Ewangelii, mieczem który jest Jezus Chrystus". "Mamy prawo się lękać przed upadkiem narodowo-chrześcijańskiego dziedzictwa". I moje ulubione - "mamy prawo do lęku i nikt nas nie może tego pozbawić!". "My chcemy dialogu, ale nikt nie chce z nami rozmawiać".

Poza tymi dość dziwnie składanymi frazesami - ksiądz wydaje się być dobrze obeznany w różnych hasłach i przyśpiewkach zgromadzonych tam ludzi - bowiem dość często i gęsto wplata je w swoje wystąpienie. 

No i wręcz przepiękne "my się boimy fundamentalizmu". A przepraszam - ten cały filmik to co innego pokazuje? Lekarzu, ulecz siebie sam (Łk 4, 23). 

Totalnym nieporozumieniem jest dla mnie to, że Gość Niedzielny opisuje wydarzenie, gęsto cytując właśnie owego księdza, co sugeruje poparcie dla jego, takich właśnie, działań, okraszając całość "duszpasterstwem środowisk narodowych" i takiego sformułowania używając pod adresem ks. Międlara. Co najgorsze, gazeta cytuje ks. Międlara mówiącego o papieżu Franciszku, wręcz sugeruje uznawanie i afirmację jego działań jako, w niezrozumiały dla mnie sposób, rzekomo wpisujących się w działania i słowa papieża. Nazywanie go zaś kapelanem to jeszcze większa bzdura - przecież to wystąpienie pasowało by bardziej do nacjonalizującego i grającego na tej nucie lidera politycznego. Autor nie odważył się podpisać nazwiskiem - niejaki "kam" - ale GN mocno przez takie coś traci w moich oczach. 

Najgorsze jest to, że ów ks. Międlar to neoprezbiter, czyli człowiek świeżo, kilka miesięcy po święceniach. Już w internecie pojawiają się komentarze, że jego - uwypuklone na tym filmie poglądy i zapatrywania - znane były przełożonym. Pojawia się pytanie - co oni na to i czy nikt nie zastanowił się, czy takiego do święceń dopuszczać? Żeby szczuł ludzi? Nie uwierzę w to, że z takimi a nie innymi poglądami nie ujawnił się przez całe seminarium. Pewnym wyjaśnieniem mogło by być uznanie, iż działa jeśli nie za zgodą, to za wiedzą i przyzwoleniem przełożonych zakonnych - co było by tym smutniejsze (a o czym przekonamy się szybko - jeśli nie będzie żadnej reakcji albo reakcja opluwająco-obronna). Poza tym - uczy katechezy w szkole - więc pojawia się pytanie: czego właściwie i w jaki sposób, co może przekazać człowiek o takich właśnie, jak widać na filmiku, poglądach?

Na mówcę wiecowego to być może człowiek ten się nadaje, do polityki pewnie też. I co z tego, że co drugie słowo mówi o czymś powiązanym z wiarą? To jest pomieszanie z poplątaniem kompletne, żeby nie powiedzieć, że bełkot. Wychodzi mi na to, że biedna ta Polska i Kościół, bo ciągle ktoś chce ten kraj i Kościół zniszczyć. Strach wychodzić z domu, bo wróg czyha za rogiem chałupy lub za zakrystią. A równocześnie - mówi te słowa, sugerujące jeden wielki spisek na Kościół, do wielu tysięcy ludzi zebranych pod sceną imprezy masowej, co samo w sobie przeczy jego tezie (gdyby Kościół był taki prześladowany, to chyba by na coś takiego nie pozwolono, prawda?). 

Problem jest tym większy, że to nie pierwsza "akcja" ks. Międlara - poprzednia miała miejsce we Wrocławiu w październiku br., kiedy ks. Międlar wziął udział w manifestacji przeciwko emigrantom. Aż przykro czytać, jakie tam słowa padały. Schemat był zresztą ten sam: pokrzyczał, modlitwa do Matki Bożej - tak samo jak w Warszawie. Podobno wrocławski metropolita miał interweniować w tej sprawie u przełożonych zakonnych; jak widać, z niewielkim skutkiem. 

A wcześniej wypowiedzi antyimigranckie padały w czasie kazania 13 września 2015 r. w parafii, w której pracuje we Wrocławiu. Cytując świadka: "kazanie pełne było odniesień antyimigranckich - opowiada. - Ksiądz mówił, że powinniśmy pamiętać o swoich korzeniach i uchodźcom nie powinniśmy w ogóle pomagać, bo nasza wiara nie jest na tyle silna, by przetrwać konfrontację z islamem. Całość zakończył stwierdzeniem, że od zagrożeń związanych z napływem do Polski fali uchodźców może uratować nas tylko narodowo-chrześcijański radykalizm. Potem jeszcze o tym, że zdaje sobie sprawę z kontrowersyjności swoich poglądów, ale jako duchownego w kwestii imigrantów nie obowiązuje go poprawność polityczna", co poskutkowało gratulacjami od jednych słuchaczy, a skargami i bojkotem parafii przez innych. 

Mnie ta osoba i sytuacja, a tym bardziej jej aprobowanie czy przez ludzi, czy przez przełożonych zakonnych po prostu przeraża. Facet buduje swój kapitał na bliżej nieokreślonym i wyimaginowanym strachu - a ludzie to kupują. Ile jeszcze rozrób będzie trzeba, żeby się ktoś opamiętał i spacyfikował tego człowieka? Po prostu jedzie na nacjonalistycznym slangu, kilku hasłach, pokrzykuje - i znajduje słuchaczy oraz innych pokrzykujących. Czy ludzie - biorący w tego rodzaju spędach udział czy zachwycający się nimi - mają tak krótką pamięć, że zapomnieli, do czego takie nastroje doprowadziły w Europie w XX wieku?

Jak to roztropnie ktoś skomentował w odmętach Facebooka: "Pozostaje modlitwa, ale też w miarę możliwości mozolne, nieustanne i mądre przeciwdziałanie". Od siebie dodam - i modlitwa o opamiętanie chyba też

edit - polecam bardzo fajny komentarz Szymona Hołowni

poniedziałek, 9 listopada 2015

Hipokryzja, płaszcze, objadanie

Jezus nauczając mówił do zgromadzonych: Strzeżcie się uczonych w Piśmie. Z upodobaniem chodzą oni w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku, pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne miejsca na ucztach. Objadają domy wdów i dla pozoru odprawiają długie modlitwy. Ci tym surowszy dostaną wyrok. Potem usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie. (Mk 12,38-44)
Tu najpierw trzeba jedno powiedzieć wyraźnie - nie chodzi Jezusowi bynajmniej o potępienie wszystkich ludzi, którzy zasługiwali na podziw, których honorowano pierwszymi miejscami przy stole, pozdrawiano na ulicy, bo tak generalizować po prostu nie można. Jezus, posługując się przykładem (a więc wady te pewnie w tej właśnie grupie społecznej były szczególnie widoczne) uczonych w piśmie i ma na myśli tych, którzy działają specjalnie, w celu bycia zauważonym, uznanym, skomplementowanym, wychwalanym, ważnym, celebrytą etc. 

Po drugie, tu nawet nie o sam grzech pychy jako taki się rozchodzi - ale jego zestawienie z równoczesnym umoralnianiem, pozycją jako przywódców duchowych, nauczycieli, którą owi ludzie wykorzystywali dla zwykłych, partykularnych swoich własnych interesów: nabijania kasy i tyle. Pojęcie "objadania" chyba najprościej sprowadzić do nadużywania gościny, a z kolei odniesienie do grupy wdów to nic innego, jak tylko nawiązanie do tych najsłabszych (poza sierotami - kobiet pozbawionych mężów, którzy by stanęli w ich obronie), a więc jeszcze raz podkreślenie ich trudnej pozycji - co czyni wyżej opisany wyzysk tym bardziej nikczemnym i karygodnym. 

Znawcy prawa - wykorzystujący to prawo (jak to powiedzieli mądrze Rzymianie, mające być sztuką dobra i sprawiedliwości - ius est ars boni et aequi - chyba najsensowniejsza znana mi łacińska paremia prawnicza) dla uciskania najsłabszych, wykorzystujący swoją pozycję. Pozoranctwo w zakresie odprawiania długich modlitw - a więc udawanie pobożności, także na pokaz; tu mi się bardzo nasuwa przypowieść o modlitwie faryzeusza i celnika ("Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam”. Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika” - Łk 18, 10-13). Modlitwa? Chyba raczej rysowanie sobie przed Bogiem pokrętnej i do imentu podkolorowanej, nijak mającej się do rzeczywistości, laurki. 

Czyli - krecia robota wobec Boga. Totalna hipokryzja w sferze wiary, połączona z wyzyskiwaniem społecznym najbardziej nieporadnych i najbiedniejszych. Ich nadzieja w tym, że wyrok "dostaną" - czyli czas przyszły, a więc jeszcze to nie nastąpiło, jeszcze mogą się opamiętać. Dramatycznie prosta i jasna ocena - ale i z nadzieją: jeszcze się mogą opamiętać. 

I teraz - do kogo to Jezus mówił? Tak, do "zgromadzonych". Ja bym te słowa odnosił przede wszystkim do Apostołów, a także w sposób oczywisty do duchownych, także dzisiaj. Bardzo jasne i czytelne wymagania - do których nie raz i nie dwa razy nawiązywał papież Franciszek. Mówi o tym od początku pontyfikatu, od wiosny 2013 r. I teraz - po prostu ręce opadają - nie wiem, jak nazwać, jak opisać to, co dzieje się obecnie, po pewnie ok. 2,5 latach - kiedy taki kard. Tarcisio Bertone, do niedawna "szyszka watykańska", numer 1 po Benedykcie XVI jako jego sekretarz stanu (co jest ciekawe - papież Ratzinger to człowiek niewątpliwie skromny, prosty, a to on wypromował Bertonego jako swojego ucznia), który niejako żali się, jak podkreśla prasa, "zmęczonym głosem": "Moje mieszkanie to niecałe 300 metrów kwadratowych i mieszka tu również wspólnota trzech sióstr, pomagających mi w pracy". 

No coś strasznego.. 300 / 4 = jakieś 75 m kwadratowych na głowę (siostry pewnie mają i tak mniej miejsca). Ja zazdroszczę - pomijając fakt, że to na kredyt (spłacać go będę jeszcze... 26 lat), dysponuję z trzyosobową rodziną horrendalnym M2 o powierzchni metrów kwadratowych niespełna 50. Nie na głowę - na 3 osoby. I żyjemy. A ta wypowiedź - jak i wiele innych hierarchów Kościoła katolickiego - pokazuje w tym zakresie całkowite oderwanie od rzeczywistości i brak zrozumienia tego, jak żyją ludzie. Ja nie narzekam, choć miło by było mieć te 25 m więcej, bo wtedy mielibyśmy sypialnię. Da się żyć - a są tacy, którzy mają dużo mniej.

W tekście jest mowa o "powłóczystych szatach". Brzmi znajomo? Niektórzy tego nie rozumieją - i stąd tu i ówdzie pojawiają się przebierańcy tego pokroju co kard. George Pell. Pomijając to, czy kard. Bergoglio powiedział, czy tylko mu przypisano słynne "karnawał się skończył" tuż po wyborze przez konklawe - czy Kościół to cyrk albo parada klaunów? Czy ten przepych jest czymkolwiek uzasadniony, czemukolwiek służy poza pompowaniu własnej dumy i pychy? Nie sądzę. Czarna sutanna z obszyciem, jak już ktoś musi to pas. Po co te wszystkie fiolety i purpury, płaszcze, kapy? A papieżowi się wypomina, że czemu nosi czarne spodnie i te same buty. Bo są dobre, nie zużyły się i nie ma sensu wydawać kasy na nowe! Bo jak ma się oszczędzać w skali zarządzania Kościołem - skoro nie potrafi się oszczędzać w zakresie prostych zakupów dotyczących garderoby?

A z tym wszystkim - Jezus zestawia ubogą wdowę. Tu nie chodzi o to, ile ona dała, a ile dawał ktoś inny - być może o wiele więcej. Tu chodzi o to, ile dała w stosunku do tego, co miała sama, dla siebie, na przeżycie. Skoro nie miała prawie nic i to wszystko dała - więc wyraźnie dała więcej niż inni. 

Ile razy siadam sobie w kościele, na chwilę, na medytację krótką, i widzę siłą rzeczy tą skarbonkę. Czasami po człowieku - strój, chód, sposób zachowania - widać niejako stan posiadania, i widać, że są tacy, którzy przy takich skarbonach przychodzą leczyć kaca moralnego, uspokoić wyrzuty sumienia. Wrzuca taki 50 zł, czasami 100 zł albo więcej - i odchodzi jakby zadowolony, uspokojony, pełen poczucia jakby dobrze spełnionego obowiązku. Odfajkowane. Nikt mi nie powie, że zły katolik - przecież na tacę daję, a tu, o, stówę im wrzuciłem! Inna sprawa - łatwo policzyć: jeśli by każdy człowiek w kościele nawet średnio wypełnionym dał tę złotówkę albo dwie, ile by się uzbierało... A tu - jak jest, każdy widzi. Najczęściej dają ci, którzy mają mniej, albo w ogóle bardzo mało. Tak, jak ta wdowa. 

Pewnie, czasami jest ciężko, przeliczasz w myśli stan konta, jak tu dociągnąć do kolejnej wypłaty. Znam to bardzo dobrze - rzeczywistość prawie każdego miesiąca. I wiesz, co? Panu Bogu nie powinno się odmawiać. Każdy może coś dać, coś wrzucić. Tu nie chodzi o to, aby zawsze szeleścić głośno - żeby wszyscy w ławce zauważyli - papierową dyszką czy dwiema. Ale postarać się o konsekwencję. Powiem tylko - kiedy ja starałem się być w tym systematyczny, to mam wrażenie, że nigdy mi (nam) nie zabrakło, i te sprawy finansowe jakby płynniej się układały. Nie, nie wygrał nikt w Totka, nie spadła nam z nieba góra pieniędzy. Ale Pan Bóg pamiętał i dbał o nas. Nigdy nie brakowało. 

Swoją drogą - Bóg nie jest materialistą. Nie każdy ma pieniądze. Można zaangażować się na rzecz Kościoła - swojej parafii - czasem, wiedzą, pracą, poświęceniem, wsparciem. Form jest wiele i zaręczam, że w każdej parafii znajdzie się sposób na zagospodarowanie dobrych chęci. Twój wdowi grosz może mieć różną formę - ale wygospodaruj go. 

niedziela, 8 listopada 2015

Uwielbienie tak po prostu, krok po kroku

Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu
na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie,
że  n i e  j e s t e m  s t ą d.
Jakbym był posłany, żeby wchłonąć jak najwięcej
barw, smaków, dźwięków, zapachów, doświadczyć
wszystkiego, co jest
udziałem człowieka, przemienić co doznane
w czarodziejski rejestr i zanieść tam, skąd
przyszedłem.
Rzadko na tym blogu przytaczam wiersze - powyżej to "Gdziekolwiek" Czesława Miłosza z tomiku "To" z 2011 r. Cytuję go nieprzypadkowo - w kontekście źródła, w którym się na te słowa natknąłem - mianowicie książki "Pan Bóg? Uwielbiam" Marcina Jakimowicza, jednego z moich ulubionych autorów z GN (co ciekawe, z wykształcenia, kolegi po fachu bo prawnika). 

Kapitalny wstęp do bardzo dobrej książki, z której kilka co fajniejszych myśli chciałem tu zaproponować dzisiaj. Fakt, jest ich sporo, a to tylko świadczy na korzyść książki - przede wszystkim w sposób kapitalnie prosty rozprawiającej się z mentalnością i schematem "Boga który doświadcza chorobami". Myśli bardzo kreatywne, zmuszające do konfrontacji z własnym podejściem do Boga, zmierzenia się z własnymi lękami nie tyle dotyczącymi przejścia do zbawienia po śmierci - ale z tym, co może być trudne i fizycznie bolesne już tutaj, na ziemi. Stawienia czoła strachowi przed po prostu uwierzeniem Bogu i Jego obietnicom dla tych, którzy Mu naprawdę uwierzą - nie tylko gdzieś coś podpiszą. Z genialnym, zacytowanym co prawda od o. Michała Zioło OCSO, pojęciem "wspólnoty niedowierzania". Bardziej trafnie się nie da. 

Ostrzegam, jest tego całkiem sporo.
  • Znakiem pokory jest przyjęcie woli Bożej - pod warunkiem, że jej szukamy, pytamy, o co naprawę chodziło Najwyższemu.
  • Wertuję karty Ewangelii, starając się pochwycić Jezusa na gorącym uczynku i znaleźć choć jedną sytuację, w której zaproponował cierpiącemu, by zaakceptować chorobę. Nie znajduję. 
  • Duch nigdy nie przychodzi tak samo. Nie zna pojęcia stagnacji. Jego obecność jest niezwykle dynamiczna. Jest jak wiatr, ogień, strumień żywej wody. 
  • Można być osobą bardzo religijną i nie wierzyć w Boga. Wszyscy są w jakiś sposób religijni. Mamy wrodzoną religijność naturalną. Prowadzi ona do błędnego schematu - to ja muszę znaleźć Pana Boga, przypodobać Mu się, ofiarować jakieś dary, a jeśli On będzie zadowolony, będzie mi błogosławił.
  • Jezus, zapytany przez uczniów o to, jak mają się modlić, odpowiedział: "Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi" (dosłownie: Niech Twoja wola spełnia się na ziemi, tak jak w niebie). Jezus modlił się: "Ojcze, niech na ziemi będzie tak jak w niebie" (...) Dopiero teraz widać sens tej wypowiedzi. Bóg zdradził swoje pragnienie: chce, by ten skażony grzechem i przekleństwem świat już teraz zamieniać w królestwo. 
  • Nasze zadanie? Sprowadzanie nieba na ziemię. Chodzenie w Jego obecności. Krótkie pytanie: czy jestem w stanie zrezygnować z własnej chwały, by Jego królestwo wzrastało? czy chcę się zaprzeć samego siebie? Tylko tyle. Cała reszta już jest załatwiona. Jezus zapłacił za wszystko swoją krwią. 
  • Zbyt łatwo wszelkie nasze porażki pieczętujemy dewizą "wola Boża".
  • Wiesz, dlaczego Bóg nie może dać ci raka? Bo rak do Niego nie należy. 
  • Czytam Biblię i widzę, że Bóg jest dobry. Skoro ja, zły, egoistyczny i samolubny człowiek, nie chcę, by moje dzieci były wyniszczone przez chorobę, to dlaczego miałbym sądzić, że On sam tego pragnie? Po co miałby tego chcieć? By wyćwiczyć je w pokorze? Dać solidną lekcję posłuszeństwa? 
  • Jezus dostał to, na co ja zasłużyłem, aby mógł dostać to, na co On zasłużył.
  • Żyjemy w świecie skażonym grzechem, więc pełnię uzdrowienia zobaczymy dopiero wówczas, gdy powróci Ten, "w którego ranach jest nasze zdrowie". Wiem o tym. 
  • "Wszystko, co mam, jest twoje" - to obietnica Najwyższego, który zdaje się podpowiadać: dysponujesz całym pakietem darów, charyzmatów, którymi posługiwał się mój Syn. Otrzymaliśmy tego samego Ducha, który wskrzesił Jezusa z martwych.
  • "Powołałem cię po to, abyś szedł i przynosił owoc". To mocne zdanie. Przez długie lata rozpowiadałem na lewo i prawo: ja jedynie sieję, nie zbieram owoców. To bezpieczny manewr, pobożna wymówka, spełniająca wszelkie wymogi political correctness. Słowa "ie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał - aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje" (J 15, 16) zmieniają tę perspektywę. Powołałem cię - wyjaśnia Najwyższy - abyś przynosił owoc. Co więcej - by owoc twój trwał.
  • Wydajcie rozkaz górze. Czyńcie sobie ziemię poddaną. Obowiązują was reguły panujące w królestwie. Trzy lata chodziliście za mną krok w krok. Widzieliście cuda, znaki, uzdrowienia, wskrzeszenia. Dalej nic nie rozumiecie? 
  • To ja drżę. Boję się wydać rozkaz chorobie, aby nie skompromitować się przy innych. Często nawet dorabiam do tego pseudoideologię, by... nie skompromitował się sam Bóg (doprawdy karkołomna konstrukcja)!. Nie twierdzę, że uzdrowi wszystkich, a sale szpitalne opustoszeją. Nie wylewam dziecka z kąpielą, zapominając o teologii cierpienia, o tym, że nasze rany są kanałami Jego łaski. Nie! Wierzę jednak w to, że zanim "pochylimy się z troską nad zagadnieniem choroby" w życiu osoby, która prosi nas o wstawiennictwo, mamy prawo wołać o cud. On sam nas o to prosi. 
  • Nie znajduję w Ewangelii ani jednej sytuacji, w której Jezus podszedłby do chorego ze słowami: "Zaakceptuj swoją chorobę"! On ich uzdrawiał!
  • Co się, do cholery, stało? - to najbardziej dramatyczne pytanie świata. Krótkie, proste jak schemat linii warszawskiego metra instrukcje usłyszeli apostołowie. Uzdrawiajcie, wskrzeszajcie, wyganiajcie. My???
  • "Przechodząc doliną płaczu, przemieniają ją w źródło" - to kwintesencja chrześcijaństwa, które powinno być, jak chce prawosławny teolog Paul Evdokimov - "marszem życia przez cmentarze świata".
  • To zawsze mocno podejrzane, gdy ktoś zbyt łatwo zgadza się na cierpienie. Bo taka zgoda to ucieczka, po to by nie bolało. Z krzyżem jest trochę jak z tą drogą do Santiago. To nie my pokonujemy drogę, ale ona nas. To nie my radzimy sobie z cierpieniem, tylko ono radzi sobie z nami.
  • Jezus czynił takie cuda, jak wskrzeszenie Łazarza, bo wiedział, że w większości przypadków cuda i znaki potrzebne są nam, byśmy przylgnęli do serca Jego Ojca. Tacy jesteśmy. Nieufni, węszący spisek, odsuwający się na bezpieczną odległość. Na wszelki wypadek. - My, gawiedź. Chytra, kombinująca, szukająca zysku i unikająca ciosu, cyniczna lub może zbyt obolała, żeby wierzyć - opowiada trapista o. Michał Zioło. - Żyjemy, wyczekując. Mamy alibi, zawsze. Boimy się wysokości i jasności zbyt jasnej. Pojednaniu z niskością. Zdaje się, że już na zawsze. Podziwiamy męczenników, gdyż już nam więcej nie zagrażają. My, gawiedź, wspólnota niedowierzania, podobna ludziom przechodzącym od płaczu nad zmarłą dziewczynką do śmiechu i kpin z Jezusa, który odważył się powiedzieć, że dziewczynka nie umarła, lecz śpi. 
  • Chrześcijanie nie gonili za cudami. To cuda goniły za nimi.
  • Ludzie są zmęczeni moralizowaniem, duszpasterskim smrodkiem dydaktycznym. Chcą w Kościele zobaczyć żywego Jezusa, a nie tylko o Nim usłyszeć. Chcą Go dotknąć. I dopóki tego nie zrobią, nie uwierzą. (bp Grzegorz Ryś)
  • Jeżeli jesteśmy ludźmi, dla których wzorem jest życie Jezusa, to założenie, że Bóg "daje chorobę", stanowi pogwałcenie nauczania i praktyki Jezusa. 
  • W Kościele często pielęgnujemy cierpiętnictwo, które utwierdza nas w chorobie, zamiast pielęgnować wieź z Duchem Świętym, w mocy którego Jezus zadawał jej kres. 
  • Jeżeli proszę Pana Boga, to nie po to, aby Go o czymś poinformować (wie o wszystkim, zanim otworzę usta!), ale po to, by dać Mu prawo dostępu do konkretnego obszaru mojego życia. Bóg jest niezwykle dyskretny, nie narzucający się. Szanuje naszą wolność. Prosząc Go o uzdrowienie, dajemy Mu prawo do naszego wnętrza. My w tym momencie nie upraszamy u Boga konkretnej łaski, ale zapraszamy Go z nią do naszego życia. Nie upraszamy, ale zapraszamy.
  • Czy Pan Bóg jest bankomatem? Będę się modlił, aby Bóg mnie otworzył na swoją łaskę. Kiedy to "działa"? Wtedy, gdy po stronie zapraszających Boga jest wiara.
  • Fascynuje mnie sposób, w jaki Jezus patrzył na ludzi. On dostrzegał tych, których inni nie chcieli zauważyć. 
  • Wzorem modlitwy wstawienniczej jest dla mnie jedno krótkie zdanie wypowiedziane przez Maryję. Gdy zobaczyła, że impreza weselna w Kanie "dogorywa", rzuciła krótkie: "nie mają już wina". Koniec, kropka. 
  • Chcę usłyszeć: "jesteś wolny od niemocy". Desperacko szukam Jego obecności. Nie interesuje mnie rozmiękczona, grzeczna, pluszowa Ewangelia zredukowana do poziomu niedzielnych kazań. 
  • Lepiej być grzecznym i uradowanym, czy grzesznym i uratowanym? (o. Wojciech Ziółek SI)
  • To Bóg czyni pierwszy krok, jest źródłem dynamiki. 
  • Naszym największym zagrożeniem jest szary pragmatyzm codziennego życia Kościoła, w którym wszystko toczy się na pozór normalnie, w rzeczywistości jednak wiara zanika i zatraca się w małostkowości. Letniość. Bylejakość. Małostkowość. 
  • Jeśli chrześcijaństwo nie promieniuje, to nie dlatego, że napotyka w świecie opór - ale dlatego, że zabrakło mu gorliwości i świętości.
  • Myślę, że wielokrotnie Jezus puka od środka, abyśmy pozwolili Mu wyjść. Kościół zachowuje się, jakby pragnął zamknąć Jezusa wewnątrz i nie pozwolił Mu wyjść. 
  • Ludzie chcą w Kościele zobaczyć Jezusa, a nie tylko o Nim usłyszeć. Problem nowej ewangelizacji nie polega na tym, jak wyjść na ulice, ale... żeby wyjść (bp Grzegorz Ryś). 
  • Zauważyłem, że gadamy na okrągło o jedności i ekumenizmie, a nie potrafimy spotkać się z ludźmi z tej samej duszpasterskiej bajki. Jak możemy opowiadać o "parafii jako wspólnocie wspólnot", skoro nie znamy swoich imion?
  • Linia podziału przebiega tak głęboko i tak dotkliwie nas rani, że wychodzimy na ewangelizację z hasłem: "Po co mam to robić z kimś, skoro mogę zrobić coś sam?". Absurd! Głęboko podszyty zazdrością duchową i przekonaniem, że jeśli będę o kimś dobrze mówił i kogoś wywyższę, to automatycznie Bóg zabierze tę część z mojej puli, stracę coś. Tak jakby Bóg miał za mało i jeżeli przeleje na czyjeś konto, to ja już na nic się nie załapię... Nic dziwnego, że w Kościele nie czujemy się jak bracia i siostry, tylko partnerzy w konkurencji, rywalizacji. 
  • Coraz częściej czuję się bankrutem. Wiem, że nie mam absolutnie nic do dania. Nie mam czym zapłacić, dlatego załapuję się na gratisy od Pana Boga. Każdego dnia łapię się na tym, że chciałbym Mu dać wiele rzeczy, ale nie mam nic. Cokolwiek dobrego udało mi się zrobić, to zawsze początkiem była prośba: "zrób coś, bo ja jestem pusty" (Robert "Litza" Friedrich).
  • Im dłużej żyję i im częściej czytam Biblię, tym mocniej przekonuję się, że Pan Bóg nie obraża się, słysząc bezczelne a szczere słowa. Większą bezczelnością jest chyba mówienie do Niego w kościele: "Pan mym pasterzem, nie brak mi niczego", a po wyjściu z Mszy narzekanie tu i tam, jak to wiele nam rzeczy brakuje. Większą bezczelnością jest codzienne mówienie: "bądź wola Twoja" i oburzanie się na Boga wtedy, kiedy jest tak, jak On chce, a nie tak, jak my chcemy. Postawmy się trochę na miejscu Boga, który zna serca ludzkie. Czy nie bolała by nas nieszczerość ludzi, którzy zwracaliby się do nas na modlitwie?
  • Kryzysy uzmysławiają nam, że jesteśmy całkowicie zależni od Boga i wbrew temu, co sądzimy na co dzień, On świetnie dałby sobie radę bez nas, a to, że szuka z nami relacji, jest jedynie wyrazem jego przeogromnej tęsknoty.
  • Do momentu gdy nie zrozumiemy, że wszystko, absolutnie wszystko otrzymujemy za darmochę, będziemy siedzieć w czyśćcu, zamkniemy się na niebo.
  • Zobaczmy, kogo wybierał Jezus. Mam wrażenie, że On wybierał świadomie tych, o których wiedział, że do niczego Mu się nie przydadzą. Wybierał i wciąż wybiera tych, którzy sami mówili: "Ja się nie nadaję". Dlaczego? Bo ci ludzie przyjmują za darmochę to, co chce im dać, przyjmują orędzie zbawienia jako dar i nie chcą za to płacić. Nie mają zresztą czym zapłacić. Nie mają wobec Boga żadnych argumentów. 
  • Bóg, który nie cierpi grzechu, godzi się na moje grzechy. Dlaczego? Bo wie, że stawiają mnie one w pozycji dziecka: nie mam nic, nie mam żadnych zasług. Jak mi nie dasz, zdechnę z głodu. 
  • Jesteśmy gruboskórni, zamknięci na odczucie Bożej miłości. Odczuwamy ją przez nasze rany, pęknięcia. To boli. 
  • "Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia". Nie "z Tym" - ale "w Tym".
  • "Klient nasz pan" słyszę na każdym kroku. Na szczęście nasz pan nie traktuje mnie jako klienta.
  • Wyskakuję z tramwaju i mijam setki reklam: chwilówek, pożyczek, kredytów i sklepów typu Tani Armani. Potem wchodzę do kościoła i słyszę o darmowej miłości Najwyższego (żadnych promocji, ofert, zniżek) i zaczynam czuć się nieswojo. "Nie musisz płacić!" - przekonuje mnie kaznodzieja, a ja czuję się zakłopotany. Teoretycznie znam definicję charyzmatu - 5xD - dar darmo dany dla drugiego, ale podświadomie szepczę: przepraszam, ile to kosztuje?
  • Zbliżała się Pascha, gdy Jezus, jedyny Baranek, który gładzi grzechy świata, wszedł do świątyni. Nie zastał w niej ludzi, którzy się modlili. Zastał tych, którzy handlowali. Wygląda to tak, jakby ci ludzie chcieli kupić dary Ducha. Zadawali pytanie: "A ile to kosztuje?". 
  • Ileż w nas jest religijności naturalnej? Zasługiwania na Bożą miłość? Prób kupowania jej litaniami i nowennami? Nie potrafimy przyjąć tego, że jesteśmy zbawieni za darmo. Zachowujemy się tak, jakby przed dwoma tysiącami lat coś poszło nie tak, a krew Jezusa spłynęła niepotrzebnie i zmyła jedynie część grzechów. Odmawiamy kserowaną od sąsiada "koronkę szczęścia", pilnując, by broń Boże, nie uronić żadnej modlitwy, bo inaczej Główny Księgowy nie zaliczy i będziemy musieli powtarzać wszystko od początku. 
  • Choć w głębi nas samych tęsknimy za miłością bez granic, to stajemy przerażeni, kiedy ta miłość się objawia. Z Bogiem sprawiedliwym można ubijać interesy. Można z Nim kupczyć i próbować pozyskać Jego względy. Ale przeciw Bogu, który jest miłością i tylko miłością, nie mamy broni. 
  • Wyciągając różaniec czy odmawiając koronkę, nie wchodzę już w realizowanie teologii bankomatu. Nie zadaję bezczelnego pytania: "ile płacę?". 
  • Boża miłość jest za darmo. Nie można jej kupić. Relacja Boga do nas, Jego darmowa miłość, w Biblii jest określona jednym słowem: "łaska". Bóg ma łaskę. Jakkolwiek się zachowują synowie ojca w przypowieści o synu marnotrawnym, on zawsze kocha. Zawsze "ma łaskę".
  • Jeżeli patrzymy na Jezusa, na Tego, który jest nam dany za darmo, zaczynamy się uczyć logiki Boga. Przestajemy pytać: ile to kosztuje, bo... On jest ceną, On jest zapłatą. W katechizacji, nauczaniu, kazaniach przez wiele, wiele lat zbyt mocno akcentowano moralność. Moralność była centrum nauczania Kościoła. Tłumaczono nam, jak należy żyć, by być "dobrym człowiekiem". Owocem tego jest to, że czasami słyszę takie hasło na kolędzie: "ojcze, ja nie chodzę do kościoła, ale jestem dobrym człowiekiem" (o. Wit). 
  • Ja nie muszę niczego płacić. Nie jestem niczego winien. Ofiara Jezusa jest kompletna, całkowita, doskonała, pełna. Niczego jej nie brakuje. 
  • Grzechy, w które jestem uwikłany, były dla Niego ogromnym problemem przed 2000 lat. Odczuł je boleśnie na własnej skórze, poznał ciężar każdego z nich. Od chwili, gdy zmartwychwstał, nie wraca do nich. Nie prowadzi ewidencji: "winien - ma". 
  • Zmartwychwstały zachowuje się, jakby doznał amnezji. "Zresetowął" nie tylko same grzechy, ale i pamięć o nich! Jezus nie wypomina Rybakowi ucieczki, zdrady, tchórzostwa. Pyta: "Kochasz?". "Ale przecież uciekłem, zwiałem, stchórzyłem...". "Piotrze, kochasz?". "Ale...". "Kochasz?". 
  • Nie wolno głosić etyki w nawet tak istotnych kwestiach jak małżeństwo, jeśli najpierw się nie pokaże człowiekowi Jezusa Chrystusa. Jeśli nie doświadczy tej relacji, to każde przykazanie będzie ciężarem nie do uniesienia. Nawrócenie to spotkanie z Jezusem, w którym doświadczam tego, że jestem przez Niego kochany. 
  • Największą barierą w przyjęciu łaski jest nieprzebaczenie.
  • Nie musisz krzyczeć, skakać ani płakać czy miotać się po podłodze, aby coś od Niego dostać. Powinieneś tylko wierzyć w imię Jezus. Jezus nie musi się modlić za ciebie, tylko z tobą. On jest twoim adwokatem w niebie. Kiedy wypowiadasz Jego imię, mówi: "To jest zbyt ważna sprawa! Ja przelałem swoją krew i dałem mu swoje imię. Ojcze, obiecaliśmy, że jeżeli użyje mego imienia, otrzyma to czego pragnie". "Tak, amen" - mówi Ojciec - "Dajmy mu to". Imię Jezusa nie jest magiczną sztuczką z pieczątką imprimatur. Nie jest rodzajem katolickiego zaklęcia czy wytrychu. Wiara nie ma nic wspólnego z magią (Ulf Ekman). 
  • Jezus nie odpowiada w tej przypowieści [o miłosiernym Samarytaninie] na pytanie, kogo ja mam kochać, ale kto mnie kocha. Przestawienie akcentów. "Kto jest moim bliźnim?"nie znaczy "Komu mam jeszcze pomóc?", ale "Kto mi pomoże?" (o. Wojciech Ziółek SI).
  • Mamy wiele szczęścia, że żyjemy w takich czasach jak teraz. Mamy dziś do czynienia z Kościołem, który się zapada, i jednocześnie z Kościołem, który się odradza. Zapada się wiele starych struktur, które nie wytrzymują nowego tchnienia Ducha. W nowym, odradzającym się Kościele są ludzie, którzy przyjmują do serca Jezusa i rzeczywiście oddają Mu swe życie. Nie z powodów socjologicznych: tradycyjnych, rodzinnych, ale dlatego, że odczuwają taką potrzebę. Bóg podwaja dziś swoją łaskę. Zwyciężymy (o. Joseph-Marie Verlinde OP).
  • Jeśli chcecie apostołować, to proście Ducha Świętego o dar radości. Radość jest tym, co najbardziej przekonuje ludzi. A my mamy przecież pokazać życiem, że Jezus zmartwychwstał i pokonał śmierć (o. Raniero Cantalamessa OFMCap.). 
  • Jeśli opowiadasz o Bogu skrojonym na ludzką miarę, zredukowanym do twoich wyobrażeń i przefiltrowanym przez twe duszpasterskie niepowodzenia i wątpliwości, wiążesz Mu ręce. 
  • To, co my nazywamy przebudzeniem, Nowy Testament nazywa chrześcijaństwem.
  • Bóg błogosławi odważnym gestom. To gwałtownicy zdobywają królestwo!
  • Bóg błogosławi odważnym deklaracjom, w których w Jego imię zapieramy się samych siebie. Błogosławi tym, którzy wbrew wszystkiemu wkraczają na pole bitwy, wierząc, że wojna jest wygrana. 
  • Jezus uderzył w szatana ostatnim swoim tchnieniem na krzyżu. Bitwa jest wygrana, wróg pokonany. On nie jest tak mocny, jak usiłuje być. Jesteśmy dziś zaangażowani w działalność oczyszczającą za linią frontu pokonanego przeciwnika. 
  • Błogosławienie Boga w każdych, nawet najtrudniejszych sytuacjach, to absurd. Z punktu widzenia świata. A wynika to wprost z zachęty: "W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was" (1 Tes 5, 18).
  • Kto jak kto, ale niewinny niesłusznie oskarżony Jezus miałby wszelkie powody do przeklinania swojego losu. Co robił? Łamał chleb i szeptał: "Błogosławię"! 
  • Spójrz w niebo. To naprawdę znakomita perspektywa do oceny twej sytuacji. Zwłaszcza wówczas, gdy twoje położenie wydaje się beznadziejne. 
  • Nie chodzi mi o żadne pobożne czary-mary. Błogosławienie przywraca prawdziwe proporcje: nie ma sytuacji, która wymknęła by się Bogu spod kontroli. 
  • Skąd się w nas to bierze? Może jako naród z natury bardzo religijny dosłownie potraktowaliśmy słowa ewangelisty Mateusza: "Będą narzekać wszystkie narody ziemi" (Mt 24, 30)?
  • Uwielbienie jest okrzykiem zwycięstwa w bitwie, przed którą dopiero stoimy. Jest zawsze na wyrost. Jest rodzajem skoku w nieznane, aktem zaufania, wyznaniem:"To nie moja wojna. Wiem, Kto walczy po mojej stronie". 
  • Gdy zaczynasz uwielbiać Pana Boga, dochodzi do przemiany: On w twych oczach staje się większy, a problem, z którym się mierzyłeś, maleje. 
  • Uwielbienie zmienia rzeczywistość. Jest ono przecież tak konfrontacyjną rzeczywistością, tak inną od tego, co proponuje świat... To jedyna przestrzeń, w której człowiek nie jest w centrum, ale stoi z boku i jest wpatrzony w Boga, oddaje Mu (dosłownie!) chwałę. To jedyna przestrzeń, w której nie jesteśmy najważniejsi (Mate.o).
  • Uwielbienie jest łaknieniem czegoś, za czym wszyscy tęsknimy - bliskiej relacji z Kimś, kto nas bezgranicznie akceptuje (Grzegorz Głuch). 
  • Wiara to 24 godziny na dobę niepewności minus 1 minuta nadziei (Andre Frossard).
  • Ci, którzy rzucają światło Ewangelii, zazwyczaj stoją w mroku. Po drugiej stronie reflektora. Szukają pociechy, a słyszą: "Błogosławiony, kto we Mnie nie zwątpi".
  • Wiara jest pójściem w ciemno. Bez fajerwerków, Bez zabezpieczeń. Z GPSem Słowa Bożego, który jak na złość, zamiast wybrać najkrótszą drogę, nakazuje nam jazdę przez jałową, bezkresną pustynię. 
  • Spektakularność jest potrzebna nam, byśmy zwrócili uwagę na Boga. Bóg chce się z nami skomunikować. Ale to nie jest Jego ulubiony język. On stara się do nas dostosować. Widać to jak na dłoni w rozwoju wielu wspólnot. Po początkowym boomie charyzmatów i wysypie darów następuje czas uspokojenia, wyciszenia. I mam wrażenie, że Pan Bóg lepiej się w takiej rzeczywistości czuje (s. Bogna Młynarz).
  • Więc siedź na miejscu. Nie włócz się. I uwielbiaj. Sprowadzaj królestwo na ziemię. Niech spod twoich stóp wytryskują rzeki. 
  • Istnieje ciągłość między tym światem a tamtym. Tyle, że Pan Bóg przeniesie go do wersji 2.0. Podciągniętej, ulepszonej. Wierzę w to, że Bóg - najbardziej kreatywna trój-osoba wszechświata - będzie nas nieustannie czymś zaskakiwał. Niebo będzie dopełnieniem stworzenia. Skoro ten świat będzie przemieniony, to dlaczego miałby być z niego usunięty aspekt estetyczny? Umieramy w Boga. To jedyne "miejsce", w które można umrzeć. Po śmierci od razu wpadamy w Jego objęcia. Każdemu z nas Jezus obiecuje jednak jeszcze więcej: zmartwychwstanie ciała. Rozbrajająca jest ewangeliczna opowieść o Jezusie spotykającym nad jeziorem uczniów. Nie dowierzają, myślą, że to jakiś duch, a On wypala wprost: macie tu coś do jedzenia? Materialność zmartwychwstania jest dla wielu zgorszeniem. A ten fragment genialnie pokazuje nam, że istnieje niepodważalna ciągłość pomiędzy tym życiem a rzeczywistością zmartwychwstania. Są one - powiedzielibyśmy dziś - kompatybilne. To nie jest tak, że będziemy się musieli wszystkiego wyrzec, że po śmierci stracimy smak, nie będziemy pamiętać, rozpoznawać, rozumieć. Wręcz przeciwnie. Tam ryby będą lepsze! (ks. Grzegorz Strzelczyk)
  • Mam doświadczenie Boga. Nie jakąś wizję, ale poczucie, że zawarliśmy ze sobą konkretną umowę. Jesteśmy razem. Mówię Mu bardzo proste słowa, proszę Go o banalne rzeczy. Nie płaczę Mu w rękaw, tylko mówię, że jest ciężko. I Pan Bóg odpowiada w bardzo precyzyjny sposób. 
  • Przyszedł taki, jakiego się domyślałem już w dzieciństwie. Przyszedł do mnie. Nieśmiały, bezbronny. Nie narzucający się. Bóg przychodzi do mnie takiego, jaki jestem. Przychodzi i mówi: "Czego się smucisz?". "Bo jest smutno" - odpowiadam. I Pan Bóg to szanuje (o. Michał Zioło OCSO).
  • Zaświaty piją z nami herbatę, stoją na przystanku, cieszą się, płaczą. Jezus w łodzi, na weselu, przy kolacji. Pan z szalejącymi dzieciakami na ręku. Zgłodniały Bóg pytający: "macie coś do jedzenia?". Bóg przygotowujący dla mnie miejsce przy stole. Czym sobie zasłużyłem? Niczym. 
  • Pan Bóg ma spore poczucie humory. Potrafi dla naszego dobra zakpić z naszego nadęcia, z tego żałosnego napuszenia "kto my nie som". Ale to nigdy nie jest Bóg-cynik. Chrześcijaństwo nie jest suszeniem zębów, a do jego przykazań nie należy keep smiling. To jest radość na o wiele głębszym poziomie, radość obejmująca również bóle życia. Radość z tego, że śmierć została pokonana.
  • Zostaniemy przytuleni. Tyle że, czuję to nosem, będzie to doświadczenie tak intensywne, że wykroczy poza najszerzej rozumiane pojęcie przyjemności.  

sobota, 7 listopada 2015

Nie wyszło

Czasami jest tak, że człowiekowi jest po prostu źle. Że wydaje mu się, że Pan Bóg to sobie albo wolne zrobił (zarobiony jest - to pewne, należy się), albo przeoczył, a może zakpił? I wydarza się coś, co w sensie negatywnym burzy jakiś tam porządek, przede wszystkim plany.

Jakiś czas temu prosiłem na tym blogu o modlitwę w intencji mocno zaawansowanych działań z udziałem mojej osoby, które - jak mnie nieoficjalnie zapewniano - doprowadzić miały do zmiany na dużo ciekawszą i nie ukrywam, o wiele lepiej płatną pracę. A w piątek tuż po 16 dowiedziałem się, że niestety - mnie nikt tam nie chce. 

Nie raz i nie dwa razy tutaj cytowałem: chcesz Boga rozśmieszyć, to powiedz Mu o swoich planach. No i właśnie się o tym mocno przekonuję. Tu nie chodzi o to, że się w tę robotę zapatrzyłem, że starał się priorytetem ponad wszystko itp. Tak, poświęciłem bardzo dużo czasu na przygotowanie się do rozmowy - tym bardziej, że wskazywano mi, że zakończy się powodzeniem, że to formalność. Chciałem dobrze wypaść, więc się starałem. Tak, nastawiłem się - bo to była okazja, jakich w mojej branży i w mojej okolicy praktycznie nie ma. Tak, czuję się co najmniej głupio, bo nie rozumiem, po co mnie tak zwodzono - gdyby po prostu dostał info o ofercie pracy i się zgłosił, to było by inaczej; a tu cała, wielokrotnie podkreślana otoczka, powołanie się na konkretne osoby. I wyszło z tego wielkie nic. 

Prosiłem zaglądających tutaj - i nie tylko - o modlitwę, i jestem bardzo za nią wdzięczny. Sam się też modliłem. O co? Tak, z jednej strony aby się udało, tak po prostu i po ludzku - rozwiązało by to kwestię finansów, pozwoliło nie na Bóg wie jakie zakupy czy bogactwo, ale na pewną swobodę, której dzisiaj nie mamy pomimo ciężkiej pracy i wykształcenia. Może ktoś powie: marudzisz, masz pracę, nie to co inni, o co ci chodzi? Mam, ale się nie rozwijam, a nie po to było 8 z okładem lat, nazwijmy to, "studiów". Z drugiej zaś strony - na jednym oddechu dodawałem: Boże, Ty sam wiesz, Ty decyduj, Ty mnie poprowadź - powtarzając gdzieś tam modlitwę bodajże św. Ignacego Loyoli, zaczynającą się od słów "przyjmij, Panie, całą moją wolność...". 

Nie mam w sumie żalu do Boga - tuż po tej sytuacji kolega opisał mi praktycznie identyczną ze swojego życia, dodając, że niewiele później, kiedy nie dostał (także z polecenia...) wymarzonej pracy, trafiła mu się o wiele lepsza oferta i ma dobrą pracę. Wierzę, że On mnie gdzieś tam prowadzi i wie lepiej, co dla mnie, dla nas jest dobre. Mam żal najbardziej do tej osoby, która tak a nie inaczej to wszystko przedstawiła, jakby samo aplikowanie na to stanowisko miało przesądzić o moim zatrudnieniu i właściwie wszystko było ustawione - a wyszło jak wyszło. 

Sam nie jestem zwolennikiem metody czytania Biblii na zasadzie "otwórz byle gdzie i czytaj". Usiadłem wczoraj po powrocie z pracy z brewiarzem, i co wyczytałem w nieszporach? 


Pewnie się znajdzie taki, co uzna to za przypadek (do sprawdzenia - czytanie z nieszporów piątku 31. tygodnia zwykłego) - ja nie. Cieszę się, że On dał mi te słowa akurat wczoraj. Schodzi to wszystko powoli ze mnie... Ale pozostaje takie poczucie: kolejna oferta, kolejne ogłoszenie odpowiadające i temu, co robiłem, jako doświadczeniu, i temu, co chciałbym robić zawodowo. Heh... 

I tak mi się ciśnie do głowy refren z jednego kawałka Ewy Urygi: niech wola Twoja dziś spełni się... A słowa bądź wola Twoja w modlitwie - hm, nie tyle może trudniej, ale uważniej wymawiam. Tak to właśnie jest - w sensie pozytywnym trzeba uważać, o co i jak się człowiek modli, bo Pan Bóg słucha. Ale przecież kto bardziej kocha i chce lepiej dla mnie (zresztą dla każdego) niż On? 

wtorek, 3 listopada 2015

Nadzieja głośniejsza od strachu


Ten obrazek powyżej znalazłem chyba 01 listopada, tak sobie rozmyślając - jak to będzie. Nie, nie mam problemu z tym, czy "po drugiej stronie" odnajdę tych, których kochałem, za którymi tęsknię bo odeszli czy odchodzą - wierzę w to mocno. Ale w takich momentach powraca pytanie - no tak, ale co z pozostałymi? Co z innymi? A nawet... co, jeśli ktoś z tych mi bliskich nie osiągnął po śmierci zbawienia? 

I tu przychodzi z pomocą nieoceniony i uwielbiany przeze mnie "teolog nadziei" czyli o. Wacław Hryniewicz OMI w rozmowie z Marcinem Żyłą z jednego z ostatnich numerów TP pt. "Jasna strona śmierci" (polecam - na stronie TP udostępniają wiele tekstów w całości, w tym ten, wystarczy założyć konto). 

O tym, jak bardzo chcemy Boga upchnąć w nasze ramy ludzkich ograniczeń i postawić tamę dla Jego miłości, co do której równocześnie przyznajemy, że nie ma granic (sprzeczność dość oczywista, prawda?). O tej pięknej perspektywie, gdy człowiek - już po zamknięciu swojej drogi tutaj - sam zobaczy, jakby retrospekcję, to jaki był, co robił... i wtedy chyba nikt świadomie Boga nie odrzuci. O Bogu, który działa po coś, i jeśli uświadamia człowiekowi słabość i zło - to po to, aby ten mógł wyciągnąć wniosek i miał szansę dokonania dobrego wyboru, bo kara jako sama w sobie jest bez sensu. 

Kawałek tejże rozmowy poniżej (podkreślenia wyłącznie moje):
Te dwa światy – ziemski i wieczny – przenikają się, choć tego nie widzimy i nie możemy usłyszeć tak wyraźnie, jak słów Ewangelii. Jezus obiecał: „Oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do końca świata” (Mt 28, 20). I mówił: „Zapewniam was, to, co uczyniliście jednemu z tych braci [i sióstr] moich najmniejszych, Mnie uczyniliście” (Mt 25, 40).
Tu jest właśnie ten styk życia i śmierci, wymiaru ziemskiego i boskiego. W drugim człowieku, który potrzebuje pomocy, spotykamy się z Niewidzialnym.
 
Dzieci jednak i tak nie przestaną pytać o zmarłych: gdzie oni są? 
Odpowiadajmy im: nie błąkają się. Człowiek zabłąkany to ktoś, kto stracił orientację, nie może znaleźć wyjścia, ma poczucie, że nikt nie wie, gdzie on jest. Zmarli są po stronie Boga, w nowym domu, gdzie „jest wiele mieszkań” (J 14, 2). Nie wydzielajmy im specjalnych miejsc. Może potrzebują jeszcze oczyścić się z tego, co złego uczynili? Muszą trochę poczekać?
 
Czy przeczuwają, jaki los ich czeka?
Czekają na Sąd. Ale wierzę, że będzie to Sąd życzliwy. Sędzią jest Bóg miłujący ludzi. Po śmierci każdy zobaczy, jakie było jego życie. Bóg, który jest Miłością i Światłością, pomoże mu je zobaczyć. Potępi to, co było niedobrego. Jeśli ukarze, to tak, aby kara nas uleczyła, poprawiła i nawróciła.
 
Kara nie będzie wieczna?
Bóg nie chce kary, która byłaby niegodna Jego samego. Kara, która nie ma żadnego celu – która wyczerpuje się w samej tylko czynności karania – do niczego nie prowadzi. To tylko my, ludzie, potrafimy karać i nie przebaczać. Ci, którzy odchodzą, pozostają w zasięgu Bożego wzroku, Jego niepojętej troski. Tam prawdziwie jednają się z tymi, których skrzywdzili. Przedzierają się do Bożego światła, są przez Boga przyciągani.
Teologowie uważali, że moment śmierci jest dla człowieka chwilą ostatecznej decyzji. Stoisz w obliczu śmierci, masz już większe rozeznanie niż za życia. Widzisz, że istnieje ta Niewidzialna Rzeczywistość. Decyduj się. W kościelnym nauczaniu ze śmierci uczyniono granicę możliwości nawrócenia.
Wiodący od początku chrześcijaństwa przez wieki nurt nadziei na powszechność zbawienia nie ogranicza decyzji do momentu śmierci. Przekonuje, że nawrócenie możliwe jest też później. Wierzę, że ze zmarłymi może być tak jak z niegrzecznym dzieckiem, któremu rodzice mówią: idź teraz do swojego pokoju, przemyśl, co niedobrego zrobiłeś lub zrobiłaś. Potem tata lub mama pukają do drzwi: następuje pojednanie, ucałowanie, łzy, radość. Nadzieja głosi, że spotkamy się wszyscy po drugiej stronie. To jest także moja życiowa nadzieja.
 
Spotkamy się tam wszyscy bez wyjątku?
Ten nurt myślenia ma w chrześcijaństwie swoich wielkich orędowników i poważne racje. Z biegiem lat widzę ich coraz więcej. Mowa w tym nurcie bowiem o nadziei, która ma swoje argumenty. Nie jest tylko ślepą, płytką nadzieją ufającą Bogu miłosiernemu i sprawiedliwemu. Nie jest wyrazem przekonania, że Bóg przebacza, „bo to jego zawód”. Bóg nie jest naiwnym tatusiem. Potrafi nie tylko przebaczać, ale i stawiać wymagania.
Jestem przekonany, że świadectw nadziei jest w Piśmie Świętym więcej niż tych o tzw. wiecznej Gehennie. Jeżeli Bóg dopuszcza jakąś karę, jest to kara w celu poprawy, nawrócenia, uzdrowienia. Inna kara naprawdę nie byłaby godna Jego miłosiernej sprawiedliwości i sprawiedliwego miłosierdzia.
Być może nie nadszedł jeszcze czas, który sprzyjałby takiemu życzliwemu spojrzeniu na myślenie o terapeutycznej karze dla grzeszników. Oficjalna doktryna Kościoła, opowieść o przerażającym piekle, pozostaje wciąż zawieszona nad wiarą i nadzieją chrześcijan. Ale nadzieja woła głośniej niż lęk i strach. Jestem tego pewien. Gdy było się blisko śmierci, pozostaje wtedy po prostu więcej ufności i zaufania dobremu Bogu.

sobota, 31 października 2015

Wszyscy święci wszystkich


Uwielbiam jutrzejszą uroczystość Wszystkich Świętych nie od dzisiaj i nie od zeszłego roku. 

Jej piękno przejawia się w tym, że mówią do nas ci, których najczęściej nie mamy czasu/okazji/ochoty posłuchać kiedy indziej; ci, którzy już odeszli, żyli i chodzili po tym świecie setki i tysiące lat przed nami, a może całkiem niedawno (mama, babcia, ciocia); ci, którzy kochali nas bardzo blisko i bez których świata kiedyś nie widzieliśmy - a jednak nie ma ich tutaj i po prostu uczymy się z tym żyć (ja od 2,5 roku nie pogodziłem się ze śmiercią Mamy); ci, których tak często w życiu nie mieliśmy czasu albo ochoty słuchać, a tak naprawdę życzyli nam jak najlepiej, troszcząc się o nas. 

Wyjątkowość tego dnia to także to, że... milkną księża. Tak właśnie. To jest taki wyjątkowy dzień - chyba jedyny poza Niedzielą Palmową - kiedy kazań/homilii nie ma praktycznie w ogóle, co najwyżej jakieś kilka słów do refleksji. Jest pięknie, bo prosto, bez ozdobników, frazesów - z wyjątkiem może oklepanego do niemożliwości "śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą" ks. Jana Twardowskiego (absurdalnego o tyle, że autor wyjaśniał za życia, iż kontekst ich napisania był zupełnie inny, niż ten, w jakim są w kółko przytaczane i odmieniane). 

Ten dzień uczy nas w sposób wyjątkowy i niesamowity, bo mówią do nas całe pokolenia i rzesze ludzi, którzy poprzedzili nas w drodze do Boga, którzy ją - jak wierzymy, skoro uznajemy ich świętość - skutecznie sfinalizowali, bieg ukończyli, wiary ustrzegli (parafrazując autora natchnionego). Nikt tych ludzi - dziadków, rodziców, czasami rodzeństwa - formalnie nie kanonizował, nie wystawił im pomników, nie ułożył za ich pośrednictwem modlitw. A jednak, świętość świętych czcimy w tym dniu właśnie przy nich, wspominając właśnie ich, i w miejscach, gdzie to właśnie ich - a nie słynnych świętych - pochowano szczątki. Bo uczyli tego, czego my dzisiaj uczymy własne dzieci, a niektórzy może i wnuki - jak być przyzwoitym, jak kochać, wybaczać, cierpieć, pomagać. 

Idziemy na te groby, bo wierzymy i chcemy dać świadectwo nieśmiertelności tych, których one wspominają - a którzy mieszczą się w tej niezliczonej rzeszy Wszystkich Świętych. Nie anonimowych - wszystkich, bo nikt, w tym także Kościół, w żadnej mierze nie jest w stanie ich indywidualnie oznaczyć i wymienić. I tak pozostają we wdzięcznej pamięci: kiedyś ich dzieci, potem dzieci tych dzieci, prawnuków, i tak aż do nas. Szukamy ich bliskości w miejscu, które najbardziej symbolizuje ich zakończone i wspominane życie na ziemi - bo nam tej bliskości brakuje, bo do nich tęsknimy tak, jak tęsknimy za świętością, której oni są dla nas przykładem, której nas uczyli i do której nam drogę wskazują. Chociaż - przecież w to wierzymy - ich już dawno między nami nie ma, dusze uleciały do Boga i radują się Jego nieprzemijającą obecnością. 

Dzisiaj na Pomorzu pogoda była piękna - ale jak by na to nie patrzeć, aura jest jesienna, chłodno, wiatr zawiewa, pomiędzy grobami i alejkami wirują spadające pożółkłe liście drzew. Ktoś może powiedzieć - bez sensu, można by uczcić tych, co tu leżą, np. wiosną albo latem. A właściwie to każdy mógłby to zrobić samemu, w dowolnej chwili (jeszcze inni stwierdzą zaraz - że w sumie to po co chodzić na groby, bo liczy się pamięć...). W taki niesamowity sposób zmarli prowadzą nas ku żywym, żeby cieszyć się nimi za życia, póki są. Prowadzą nas ku tym dla których tak często nie ma czasu, których widzimy raz, dwa razy roku na rodzinnej uroczystości (albo i rzadziej), bo wszyscy zabiegani, bo chciało by się spotkać na spokojnie i porozmawiać... A potem, nagle, okazuje się że spotykamy się przy świeżo wykopanym grobie tej osoby, dla której od x lat nie znaleźliśmy czasu. Wtedy pojawiają się wyrzuty sumienia - mogłem podejść, podjechać, zadzwonić, odwiedzić; a teraz już nie mogę. 

Ja rozmawiam na cmentarzu - zawsze, kiedy idę na grób Mamy, to tak, jakby siedziała obok, po prostu jej opowiadam: o sobie, o nas, o synku, o tym co się dzieje, rodzinie. Zwierzam się z problemów, pytam o radę, mówię o swoich wątpliwościach i rozterkach. Bo wiem, że jej już jest dobrze, że nie cierpi z powodu choroby, że w taki dosłownie namacalny sposób mogę odczuć jej miłość i być pewnym, że ona zupełnie po ludzku niewytłumaczalnie ciągle obok jest. I na koniec obiecywać, że postaram się żyć tak, żeby się za mnie nie musiała wstydzić. 

Pewnie gdyby nasi zmarli - moja Mama - mogli coś powiedzieć, to niektórym by w pięty poszło; kto wie, czy i nie mnie? Nie wiem. Ale nie mogą. Tak jak w przypowieści o bogaczu i Łazarzu - Abraham wprost powiedział bogaczowi, że jeśli jego synowie na ziemi nie uwierzyli Bogu, to i choćby zmarłego zobaczyli, i tak mu nie uwierzą. Ale mamy te groby, mamy cmentarze - i co widnieje na tych grobach, poza nazwiskami i datami? Podobne słowa - np. Jezu, ufam Tobie. Ci, którzy tam leżą, bezszelestnie wskazują kierunek, dają drogowskaz - tam patrz, tłumoku, nie kombinuj z kasą, nie zdradzaj męża/żony/dziewczyny, bądź uczciwy. Pięknie o tym mówi jutrzejsza Ewangelia - błogosławieństwa. Prościej i konkretniej się nie da. 

Reszta jest w naszych rękach - czy chcemy to zobaczyć, czy na ten cmentarz wycieczkujemy się raz w roku, niektórzy z toną zniczy i wiązanek czy wieńców i połową asortymentu niewielkiego sklepu chemicznego, tylko dla ukojenia wyrzutów sumienia - czy może jeszcze z jakiegoś innego powodu. Czy to jest tylko kolejny niedzielny spacer, może w inne miejsce, czy też wdzięczne wspomnienie ludzi, którzy już odeszli, i wyraz wdzięczności Bogu, który nam i światu ich dał i postawił kiedyś na drodze naszego życia. 


Dziękując za ich świętość - prośmy o jej choćby ułamek dla siebie. Żeby choć trochę światła - symbolu życia, które tak jasno pali się w milionach świec i zniczy - pozostało i zamieszkało w naszych sercach. 

sobota, 24 października 2015

Beton i poklepywanie

W tym samym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie. I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć.(Łk 13,1-9)
Lubimy się podnosić na duchu, pocieszać, poklepywać po ramionach - jest dobrze, a nawet jak nie jest tak dobrze jak by się chciało, to są tacy, co mają gorzej... Bardzo chrześcijańskie, prawda? A jednak. Jak się komuś - w rodzinie, sąsiadowi, koledze - noga powinie, to aż się iskierki w oczach pojawiają: uff, jak to dobrze, że nie ja... i od razu, na jednym oddechu, dodawane - no co, ma za swoje, prawda? Dokładnie tak samo rozumowali tamci z dzisiejszego ewangelicznego obrazka - Piłat tamtych dorwał, a nie nas; tamtym się na łeb wieża zwaliła, to pewnie musieli Bogu podpaść. Tak samo, gdy w innym miejscu Jezus uzdrowił bodajże głuchoniemego - ludzie, można uznać, bardziej zajmowali się tym, za czyje niby to grzechy tamten był "pokarany przez Boga" chorobą. 

Jezus takich zbyt zadowolonych z siebie po prostu betoni - nie ma się z czego głupkowato cieszyć, zmień coś w sobie, albo twój koniec będzie równie marny. Co jak co, ale śmierć jest pewnikiem - być może Zbawiciel miał na myśli to, że tamci nie byli na nią gotowi, nie otworzyli swoich serc przed Bogiem i szli przez życie własną drogą, ewentualnie może oddając Panu Bogu świecę (jak to pobożni Żydzi), a diabłu ten przysłowiowy ogarek. Jak to w znanym polskim przeboju, można powiedzieć, że "życie choć piękne, tak kruche jest" - i to jest rzeczywistość, którą chrześcijanin powinien mieć zawsze przed oczami. Nie po to, aby się bać. Ten, kto poznał Boga, ukochał Go i stawia Jego Słowo na pierwszym miejscu, żyjąc nim, nie ma się czego bać - bo jest po prostu gotowy, i to, czy umrze dzisiaj, za tydzień, czy za 50 lat nie ma znaczenia. Boją się ci, którzy wszystko - w tym Boga - odkładają na to magiczne "później", na które czasami życia nie starcza, bo potrafi się ono skończyć dla nas i w czasie i w miejscu zupełnie niespodziewanym. "A bo ja myślałem... miałem tyle planów". A może liczą na coś więcej? Być może, tylko raczej bezpodstawnie. Ciśnie się na na usta to, co zmarłemu bogaczowi z przypowieści o nim i Łazarzu miał powiedzieć Abraham: "jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą" (Łk 16, 31). Objawienie jest kompletne, mamy wszystko podłożone pod nos - i do nas należy wybór, co z tym robimy, oraz wszystkie jego konsekwencje. To się nazywa ładnie wolną wolą - czymś, co nawet Bóg, mimo że większy od nas w sposób absolutnie nie do ogarnięcia, szanuje i nie łamie. 

No właśnie, logika Boża. Zupełnie po ludzku bez sensu, prawda? Pokazuje to pięknie - na nasze szczęście - ostatni kawałek dzisiejszego tekstu, ten o właścicielu winnicy i nieurodzajnym drzewie figowym. Ta sytuacja powtarza się bowiem tak naprawdę w życiu każdego jednego - mnie, ciebie - przy każdym naszym upadku, których, wiem dobrze po sobie, potrafi być niezliczona ilość. Każdego dnia. Mniej lub bardziej bezmyślnie, zamiast wykorzystać szansę i owocować, robimy z siebie takie liche drzewka oliwne, które każdy inny by wyciął w pień i przeznaczył na podpałkę - no bo na co ma stać, skoro nic z niej nie ma? A jednak, znowu ta Boża perspektywa - On lubi pokazywać, że każdy ma w sobie to coś, co pozwala dać dobre owoce; osobną sprawą jest to, że często potrzeba na to bardzo dużo czasu. Bóg jest cierpliwy i liczy na to, że coś z nas będzie. Każde beznadziejne drzewko dostaje swoją szansę, dopóki żyje - ma szansę owocować. 

Tylko że ten czas się kiedyś skończy. Tego nie wiemy, i nie dowiemy się - ile go mam ja, ile masz go ty. Na tym polega zabawa. Tylko że... to nie jest zabawa. Bo stawką jest twoje życie, twoje zbawienie.