Nie ja tu jestem najważniejszy. Tylko sprzątam, przygotowuję teren. Idę przed Jezusem do miejsc, gdzie On sam niebawem zamierza pójść. To nie moje rozważanie porusza ludzi. (Marcin Jakimowicz, "Pełne zanurzenie")

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Co w tych spichlerzach?

Ktoś z tłumu rzekł do Jezusa: Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem. Lecz On mu odpowiedział: Człowieku, któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami? Powiedział też do nich: Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa [we wszystko], życie jego nie jest zależne od jego mienia. I opowiedział im przypowieść: Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! Lecz Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował? Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem. (Łk 12,13-21)
Zadziwiające jest, jak bardzo ludzie potrafią się zmieniać. Naprawdę. Z człowieka o poukładanym systemie wartości (bo przecież o to wszystko się rozbija) powstaje ktoś, komu wydaje się, że nie ma żadnych ograniczeń, że może dosłownie wszystko. Najgorsze, gdy w tym wszystkim zaczyna mu się wydawać to, o czym Jezus mówi: mam kasę na wszystko, więc nikt mi nic nie zabroni, nie ma dla mnie ograniczeń. Bóg? Ja jestem swoim bogiem - sam ustalam swoje granice, a że nie są mi na rękę - to ich nie ma. 

Niestety, coraz częściej mam wrażenie, że prawdą jest, gdy się mówi - im więcej masz, tym więcej chcesz. Widzę to jakby po sobie. Zbyt wielkim doświadczeniem życiowym poszczycić się nie mogę - ale te ćwierć wieku po świece chodzę, i to i owo widziałem. Nie tylko siebie mam na myśli. Choćby jedno z moich rodziców - osoba, z której w tym sensie mogę być dumny, ponieważ będąc na bardzo wysokim i odpowiedzialnym stanowisku, ani razu nie skorzystała z (niejednokrotnie, z pewnością, nadarzającej się) okazji dorobienia za pomoc w załatwieniu czegoś. Zawsze uczciwie, żadnych układów, łapówek itp. Ale z drugiej strony - zarabia sporo (wg mnie - bardzo dużo), a jednocześnie cały czas w rozmowach przewija się motyw: a ten to poszedł w biznes i ma to, to i to... a tamten to nakradł i nabrał łapówek - i ma tyle a tyle więcej... Z jednej strony - świadomość: to jest złe. Ale z drugiej - a na ile więcej on sobie może pozwolić... 

Ja sam? Cóż, materialne sprawy ciągną, niestety... A to by się laptopa chciało - bo w sumie to potrzebne i chyba konieczne będzie na aplikacji, żeby bardziej mobilnym ze sprzętem całym być, móc coś robić po drodze, mieć przenośne biuro takie, przydatne w branży - ale z drugiej strony: czy to jest potrzebne i konieczne? A to by się jakiś inny gadżet - mp3, cyfrówkę (a co tam - lustrzankę cyfrową od razu!). Teraz, w perspektywie powiększenia się rodziny - samochód muszę mieć jak tylko prawko zrobię, no i kolejna kwestia - a może by mały kredycik, żeby parę bajerów miał, nowszy był, lepszy, bardziej szpanowny...

Drodzy państwo - materialistami cholernymi jesteśmy, przepraszam za sformułowanie. A jeśli ktoś nie jest - to jest naprawdę bardzo dumnym i chlubnym wyjątkiem, i ja mu tego zazdroszczę. Ja z materializmem osoby swej walczę od lat, z różnym skutkiem - i cieszę się z każdego małego zwycięstwa, jak cieszyłem się gdy np. nie kupiłem nowego telefonu (stary do rzeczy był, a przy nowej umowie i tak za 1 zł równie dobry nowy sami mi dadzą) albo jak, wszedłszy do księgarni, wyszedłem z 1-2 książkami, a nie torbą książek za równowartość 1/5 pensji (tak, z książkami definitywnie trudniej jest...). 

Co do ewangelii - ciekawy wniosek się nasuwa: skoro w przypowieści rozbija się o to, że człowiek chciał na siłę gromadzić to, na co nie miał miejsca, to znaczy, że powinniśmy się ograniczać w zbieractwie. A że zbieramy wszystko - rzeczy naprawdę, średnio i w ogóle nie potrzebne - to dotyczy to każdego z nas. Zanim na coś wydasz kasę - pomyśl. Zastanów się, czy tego potrzebujesz. Pewnie stwierdzisz - przydało by się to do... Tak, ale czy to jest konieczne? Czy nie dasz rady bez tego? Czy nie masz ważniejszych potrzeb? Nie mam. A nie ma innych, poza czubkiem mojego nosa, którzy bardziej tych kilku złotych potrzebują, niż moje kolejne wymysły? Mało to biednych i potrzebujących naokoło? Jest Pajacyk, Okruszek i tyle innych akcji w samym internecie - a i tak ludziom jakoś za ciężko nawet kliknąć ten raz dziennie. Ale po kilkaset złotych polskich na głupoty wydać - to już nie. 

Jeśli przestaje ci się mieścić twój pieczołowicie zbierany dobytek - to nie znaczy, że  trzeba większego mieszkania z bardziej pojemnymi szafami szukać. Ale że za dużo obrosłeś w dobra - tak jak ten facet z ewangelii ze zbożem. Nie ma co zbierać dalej. Usiądź, pomyśl. Nie bój się podzielić - pozbyć się tego, co naprawdę i pod każdym względem jest ci zbędne. Są tacy, którym się to naprawdę przyda. Daleko szukać nie musisz - są MOPSy, punkty Caritas, na osiedlach stoją kontenery gdzie można wrzucić odzież. A może po prostu znasz kogoś - sąsiad w bloku, na osiedlu - który tej pomocy konkretnie, on właśnie, potrzebuje, i po prostu brakuje ci odwagi, żeby z tą pomocą przyjść, choć to nic nie kosztuje, a tobie przecież zbywa...

Marnujemy życie na ciągłe powiększanie, albo burzenie i stawianie takich nowych spichlerzy. Nie mamy czasu i siły cieszyć się z tego, co najważniejsze, albo nawet z tego, co w te spichlerze upychamy - bo już znowu trzeba je powiększać, albo martwić się, czy ktoś czegoś nie ukradnie. Ot, nerwicy z łatwością nabawić się można. Po co? Warto?

A gdzie w tym wszystkim dusza, serce, miłość, dobroć? Pewnie, można bez tego żyć - wielu pokazuje to w mediach na codzień, szczycąc się tym nawet. Tylko że nic z tego nie wynika. Bo te spichlerze i to, co w nich upchniesz, ile by ich nie było - i tak jest bez znaczenia. Liczy się tylko to, co z serca - właśnie dobroć, miłość, miłosierdzie, ufność, gotowość do pomocy, serdeczność, przyjaźń, itp. Szczęśliwy koniec końców będzie tylko ten, kto swoje spichlerze nimi właśnie napełni - bo one wystarczą. I nawet najwięcej spichlerzy napełnionych ziarnem, kasą, czymkolwiek materialnym nie pomoże temu, któremu tych prawdziwie wartościowych dóbr zabraknie. 

>>>

Skleroza, zapomniałem. Ostatnimi czasy napisałem o o. Wacławie Hryniewiczu OMI. I jakoś tak wyszło, dzień później składałem dokumenty na aplikację. I wracając, szedłem sobie przez Gdańsk (znam kościoły), i tak ni z tego, ni z owego wszedłem do jednego. Hehe, przypadek? Tak, do kościoła oblatów właśnie :)

>>>

Czy różaniec na palcu albo gazeta katolicka może być świadectwem?

Coraz częściej się przekonuję - tak. Czy to jak odmawiam różaniec za pomocą urządzenia na palec - jak ludzie się przyglądają, co on tak tym kręci... A nawet jak nie odmawiam - widzą krzyżyk, paciorki, domyślają się. I często jest jakiś tam uśmiech - nawet nie politowania czy pogardy. Jakby taki dowód uznania - on nosi różaniec na palcu, a mnie może brakuje odwagi.

Z radością też widzę, że coraz więcej młodych ludzi takie nosi. I w ogóle się tego nie wstydzi. 

Tak samo z gazetami jest. Nie wiem, czy to wyraz braku obiektywizmu - ja czytam tylko Gościa Niedzielnego - bo uważam za najlepszy tytuł, najwyższy poziom (co zresztą cały czas odzwierciedlają statystyki sprzedawalności - ciągle rosnące, najlepiej sprzedający się tygodnik nie tylko katolicki, ale w ogóle!). I często, jak jadę sobie kolejką czy autobusem, to tak spode łba patrzę sobie na ludzi, którzy obok mnie siedzą, czy naprzeciwko. Starsze osoby czasem zdziwione - szczególnie gdy osoba ta ma widoczny krzyżyk na szyi, różaniec na palcu (a czasem w ręku). Czy to, że młody człowiek czyta wartościową prasę, jest dziwne? Chyba pozytywne. A młodsi? Czasami politowanie - jak zobaczą, nie tyle nagłówek, co foto jakiegoś księdza, krzyż czy grafikę religijną. A czasami zainteresowanie, nawet próbują czytać przez ramię.

No i dobrze. Skoro nic innego nie wychodzi - to niech chociaż przez ciekawość popatrzą na tą wiarę. Bo może to ona - ciekawość właśnie - zachęci do zagłębienia się w wiarę, poznania jej - gdy brakuje wiary wyniesionej z domu, albo gdzieś się zapodziała po drodze.

czwartek, 29 lipca 2010

Marta ponownie i jej zadanie domowe

Dzisiaj Kościół wspomina św. Martę - tę gorszą, która jak ta materialistka zachowała się, gdy Jezus przyszedł do ich domu. Ale nie tak w końcu złą, skoro On sam ją - z miłością i wdzięcznością za przygotowane dla Niego i towarzyszy dobra - pouczył, powiedzmy naprostował
 
I dzisiaj widzimy efekty tego, co wtedy opisałem. Marta potrafiła wyciągnąć konsekwencje z tego, co usłyszała, przemodlić to i zgłębić. Zrozumiała. Bo wtedy ona nie zareagowała źle - po prostu nie rozpoznała dobrze czasu, zajęła się tym, co na pierwszy rzut oka ważne, nie dostrzegając tego, co wówczas było najważniejsze, swojego Gościa. 
 
W jaki sposób wyciągnęła konsekwencje? W sytuacji dla niej, dla Marii zresztą też, bardzo na pewno trudnej - gdy zmarł ich brat, Łazarz. Chyba jedyny przypadek, gdy Jezus zapłakał nad człowiekiem - tak musiał być Mu bliski. Wcześniej, gdy Łazarz już zmarł i został pochowany, a Jezus zmierzał do ich domu - to właśnie Marta dała wyraz swojej wiary. To ona wybiegła Mu na przeciw. To z jej ust padły słowa: Teraz wiem, że Bóg da ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga. Usłyszała wówczas słowa: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem, na które odpowiedziała wspaniałym aktem wiary: Ja mocno wierzę, żeś ty jest Mesjasz, Syn Boży. Czy jej wiara zmotywowała Jezusa do modlitwy za zmarłego? Jak mówi tradycja - Łazarz był później, po cudownym wskrzeszeniu, biskupem francuskiej Marsylii. 

Marta z pewnością odrobiła swoje zadanie domowe. Wzięła do serca lekcję Jezusa z tamtej wcześniejszej wizyty. Gdy sytuacja po ludzku zaczęła ją przerastać z powodu śmierci brata - wiedziała, w czyje ręce złożyć swój ból, ale i przede wszystkim swoją nadzieję. Wiedziała, że tym razem nie ma znaczenia zabawianie gości, przygotowanie stypy, obowiązki typowo związane z savoir vivre. Wiedziała, komu zaufać. Jemu. 
 
Bóg czeka na Twoją konkretną decyzję. Chce tylko, abyś Mu zaufał. Uwierz, że On może nawet to, co tobie w tej chwili się wydaje niemożliwe. O ile poprosisz Go, dasz Mu szansę i pole do działania. O ile sam swoimi niezbyt rozsądnymi decyzjami nie będziesz Mu przeszkadzał.  
 
>>>
 
Niejaka Nancy Pelosi, deklarująca się jako katoliczka (a odpowiedzialna za utrzymanie finansowania aborcji przez podatników), publicznie Przewodnicząca Izby Reprezentantów USA, otrzymała nagrodę największej chyba na świecie machiny napędzającej przemysł aborcyjny - Planned Parenthood. Sytuacja jest conajmniej trudna - ponieważ osoba ta z uśmiechem na twarzy tłumaczy, jakie jej zdaniem jest katolickie podejście do aborcji. Problem polega tylko na tym, że jest bardzo duży rozdźwięk pomiędzy tym, co osoba ta mówi, a jaka jest faktyczna nauka Kościoła w tej materii. Upomnienia biskupów nie skutkują - czy w tej sytuacji nie byłoby zasadne użycie przewidzianych w KPK środków karnych? Przecież kobieta ta jawnie wprowadzana ludzi w błąd. 
 
>>>
 
Już widać błogosławione skutki nowelizacji przepisów odnośnie kierownictwa IPNu, przepchniętej na siłę - bo trudno inaczej nazwać to w sytuacji, gdy p.o. prezydenta podpisuje coś, co prezydent (gdyby żył) wetowałby. Niby prosto i przejrzyście - a jednak nie bardzo, skoro uczelnie nie potrafią w ogóle wyłonić elektorów, którzy mieliby wybierać nowy twór pt. Rada IPN. I przejściowe nie-wiadomo-co - trwa. Jak tak dalej pójdzie - biorąc pod uwagę nowe przepisy - rozwali to plany działań IPNu na rok 2011, bo wszystko wskazuje na to, że wyłonienie Rady, konieczne dla wyłonienia Prezesa, może nastąpić nawet dopiero na wiosnę. 

>>>
 
Prezydent USA traci poparcie. Cóż, nie dziwi to - skoro daje się komuś pokojowego Nobla za nic, bo nic wtedy nie zrobił - to jaka motywacja do pracy dalej? Żadna. Z 70 punktów obecnie poparcie zjechało mu do 45. Co może doprowadzić - miejmy nadzieję - do zwycięstwa w wyborach do Izby Reprezentantów przez republikanów, odsunięcia od dominacji demokratów; co z kolei uniemożliwi Obamie przepchnięcie czegokolwiek w Kongresie. Skoro nawet rzecznik demokratów wróży im już porażkę... Jest szansa. 
 
>>>
 
Argentyna jest kolejnym (po)nowoczensym państwem, które uznało, że prawo Boże i naturalne sobie, a my sobie. Nie dość, że mogą tam już zawierać małżeństwa (nie związki) homoseksualiści, to jeszcze mają również prawo do adopcji dzieci. Zresztą - jakie tam małżeństwo, skoro staroświeckie małżonek zastąpiono przez kontrahent. Nowocześnie, a co! Jak kontrahent - to umowa. A umowę przecież zawsze można rozwiązać, jak przestaje być korzystna... Żeby było lepiej - homo pary mają prawo do szybszej adopcji w stosunku do par hetero. Świat staje na głowie. Niedługo okaże się, że to orientacja homo jest normalna - a hetero jest dewiacją.

>>> 
 
Cieszy mnie dyskusja pod ostatnim wpisem :) 

wtorek, 27 lipca 2010

Poprawczak

Jezus odprawił tłumy i wrócił do domu. Tam przystąpili do Niego uczniowie i prosili Go: Wyjaśnij nam przypowieść o chwaście! On odpowiedział: Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie. Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego. Kto ma uszy, niechaj słucha! (Mt 13,36-43) 
A więc tak! Mogliby niektórzy zakrzyknąć. Dowód koronny - skoro sam Jezus tak to tłumaczy, to znaczy, że nie ma zmiłuj, niektórzy skończą w czeluściach piekielnych, i tyle! Tak! Sprawiedliwość zwycięży! A Bóg sprawiedliwie osądzi wszystkich. 

Generalnie... Nie zgadzam się z tym. Ten niby dowód, o którym mowa - to nic innego, jak... antydowód. Jak kto woli - dowód na coś przeciwnego. Tłumaczy to o. Wacław Hryniewicz OMI, najbardziej z pewnością w Polsce znany orędownik rozumienia tych i nie tylko słów Jezusa i w ogóle przesłania chrześcijańskiego w ten sposób, że wszyscy ludzie zostaną zbawieni, apostoł idei powszechnego zbawienia. Czy neguje on piekło? Neguje jego najpopularniejsze rozumienie jako wiecznej, nieskończonej i bez odwołania kary, jaką człowiek otrzymuje za złe życie. 

O cóż chodzi? O niuans językowy. Tak, znowu kwestia przekładu. Włos się jeży na głowie, co jeszcze można by się dowiedzieć, jakby człowiek przejrzał od deski najstarsze tłumaczenia, jakie jeszcze kwiatki by tam znalazł. Chodzi bowiem o tłumaczenie greckiego kolasis, które przekłada się jako męka wieczna. Czy jednak o to chodzi? Takie jest znaczenie w naszym języku. Jednakże w starożytnej grece - zupełnie inne. Oczywiście, kara - ale kara mająca sens przede wszystkim terapeutyczny, uzdrawiająca ukaranego. Nie żadne przekreślenie. 

O. Hryniewicz pisze dalej, że sformułowanie to zaczerpnięto ze słownictwa ogrodniczego, w którym służyło ono do opisania pielęgnowania krzewu - przycinania, doglądania. Czemu to służy? Ano oczywiście temu, aby całość roślinki lepiej się chowała, dorodniej wyrosła, lepsze owoce miała.

Zatem o jaką mękę chodzi? Najprościej - przejściową. Mękę, która człowieka ma oczyścić z całego brudu, który nazbierał się na nim przez życie, tego brudu który nie pozwala człowiekowi już w Dniu Sądu dostać się do wspólnoty świętych z Bogiem. Obrazowo - taki poprawczak. Owszem, w praktyce poprawczaki może niewiele dobrego dają - jednakże założenie jest dobre. Pomóc, w tym wypadku - młodemu człowiekowi, odnaleźć się, poukładać, okrzepnąć i stać się lepszym. I wypuszcza się go potem z takiego poprawczaka, aby lepszy już, szedł dalej w życie. 

Ja chcę wierzyć, że takie jest znaczenie piekła ewangelicznego. Że Bóg nie daje nam potem drugiego życia - ale po tym poprawczaku po śmierci, tym właśnie właściwie rozumianym piekle, każdego chce uszczęśliwić na wieki wieków. Amen? Mam nadzieję. Bo jakoś w głowie - fakt, może niezbyt dużej i  niezbyt mądrej - nie chce mi się zmieścić, że Bóg ludzi tak ukochał, że najpierw własnego Syna przysłał na świat, aby Ten dał się zabić jako człowiek dla naszego zbawienia... po czym to zbawienie zaoferował, dał tylko niektórym.

Każdy z nas jest ukochany przez Boga, jaki by nie był. Wierzymy bardzo w to, że po śmierci - kresie życia materialnego - jest coś dalej, coś wspaniałego. Czy miłość Boga do człowieka kończy się na granicy życia? Niektórzy mówią, że tylko za życia człowiek może się opamiętać, i osiągnąć niebo, choćby ostatnim tchnieniem życia wzbudzając żal za to wszystko, co w ciągu życia spaprał... Ja chcę wierzyć, że Jego miłość do nas jest tak wielka, że - owszem - jakaś kara na człowieka czeka, gdy nie popisał się za życia, może i nawet gdybyśmy wiedzieli, jaka, może się okazać ciężka i bolesna. Ale nie jest ona permanentna. Jest coś dalej. Co? Szczęście bez końca z Bogiem w wieczności.

Czy to oznacza, że możemy pozwolić sobie na lekceważenie Boga, bo przecież zawsze jest czas - a jak i jego zabraknie, to w końcu czeka mnie tylko poprawczak? Nie, to nic innego jak grzechy przeciwko Duchowi Świętemu. To, o czym pisze o. Hryniewicz to nic innego, jak nadzieja. Nadzieja na to, że gdy już będzie po wszystkim i nie będę miał wpływu na swój dalszy los - a okaże się, że nagrabiłem za życia nieco więcej, niż by mi się mogło wydawać - nie jestem przekreślony, moja dusza nie idzie na zatracenie. Dlaczego? Bo On mnie zbawił, tak bardzo mnie kocha.

W końcu poprawczak to nie dożywocie. Z poprawczaka wychodzi się, aby być lepszym.

niedziela, 25 lipca 2010

Nowe życie, nowa strona

Udało się!!!! Jesteśmy pewni.

Do Turcji pojechaliśmy we dwójkę - a wróciliśmy z jeszcze jednym prezentem, niespodzianką.

Naszym dzidziusiem.

Jakieś 2 tygodnie temu Natusza powinna była przechodzić to, czego każda kobieta bardzo nie lubi, a co musi znosić raz w miesiącu. I nic, cisza. Poczekaliśmy ze 2-3 dni. No i żonka test ciążowy zrobiła.

Oczywiście - ja dowiedziałem się o swoim dzidziusiu ostatni. W okolicznościach przyrody bardzo ciekawych - zwaliliśmy się bowiem na głowę teściom, szwagierka miała urodzinky. Jak ja dojechałem - ostatni - to jakoś nie zwróciłem uwagi, choć zauważyłem dość dużą i zastanawiającą radość i wesołość u zebranych. Wyściskaliśmy jubilatkę, a żonka poprosiła mnie - w ferworze nakrywania do stołu - do pokoju. I pomachała z uśmiechem czymś, co po złapaniu ją za rękę okazało się być testem ciążowym. Z wynikiem pozytywnym :D

Dieta dietą - ale takie emocje trzeba było odreagować i pierwszy raz od dłuższego czasu popiwkowałem tego wieczora. Z radości, oczywiście :)

Rodzice moi dowiedzieli się dopiero w sobotę ostatnią (tydzień później), bo jakoś się nie składało - nie mogliśmy się ustawić, żeby do nich wpaść, a nie chciałem im tego mówić przez telefon. Mama - bo oczywiście, ja mało inteligentnie nieco naciskałem na spotkanie - cała spanikowana, że pewnie jakieś choróbsko (salmonellę czy coś) przywieźliśmy z Turcji... No i się dowiedzieli. Ojciec - znany wulkan emocji stwierdził nawet, że to i dobrze, bo później on za stary będzie na dziadkowanie. A w końcu - to ich pierwszy wnuczek! I teraz bezkarnie można ich od dziadków wyzywać :P

Cieszymy się straszliwie. Ja normalnie aż sam siebie nie poznaję :D Chucham i dmucham na żonkę, żeby się nie nadwyrężała, odpoczywała. I to jej łatwo przychodzi - na razie, poza bardzo lekkimi i sporadycznymi bardziej niż mocno nudnościami (+ 1 raz zawroty głowy, ale to upał był i duchota straszna w kościele, więc się nie liczy) jedynym objawem ciąży jest to, że poza pracą właściwie większość popołudnia... przesypia :)

Maleństwo, jak wyczytaliśmy - tak, fachowa literatura to podstawa! - wygląda teraz podobno jak konik morski. Ma pewnie jakieś 6 tygodni. Ja, oczywiście, chciałbym synka - Natuszka córeczkę. A w kościach czuję, że córeczka będzie. Zresztą, jakie to ma znaczenie? Żeby maleństwo zdrowe tylko było.

Przydał się z pracy abonament do LuxMedu - szybko, bez kolejek i płacenia Natuszka zrobiła potrzebne badania. Centrum medyczne jest bliziutko od nas, sympatyczna i kompetentna pani ginekolog. Miała wątpliwość (już na USG rozwianą - jest ok) co do jednej piersi, i nie gdybała, tylko od razu na USG wysłała - wydaje mi się, że to dobrze o niej świadczy.

Jedyny problem - nadżerka tak zwana. Ale mamy zapisane globulki, żonka aplikuje. Jak poczytałem w odmętach netu - nie umiera się od tego, kobiety piszą że i 2 zdrowych dzieci rodziły, i nic się nie działo (za to podobno po zabiegu dokumentnego pozbycia się tejże to różnie bywało...), tylko podczas porodu krwawienie minimalnie większe może być. Ale wierzymy, że wszystko będzie dobrze.

Ojcostwo mnie nieco przeraża. Chyba nigdy nie miałem jakiegoś podejścia do dzieci - są tacy, do których maluchy od zawsze się kleją, itp. Do mnie - nie. Ale sam fakt tego, że dzidziuś nasz będzie na świecie sprawi chyba, że nie wytrzeźwieję z tydzień conajmniej z radości!

Teściu powiedział, i ma rację - to niesamowite. Nie widzisz dzidzi, wiesz że gdzieś tam siedzi, rozwija się, a już tak strasznie dzidziusia kochasz :)
 
>>>
Druga rzecz - od jakiegoś czasu w wolnych chwilach przygotowywałem powolutku swoją stronę. Tu piszę na blogu, ale postanowiłem założyć także stronę. 

Zapraszam zatem na http://palabra.webd.pl
 
Nie będę reklamował - jest tam o tym, co dla mnie ważne, czyli o wierze, o Bogu. Generalnie w większości, jak na razie, o modlitwach i moje rozważania. Trochę i w miarę upływu czasu, mam nadzieję, coraz więcej - o książkach i najciekawsze z nich myśli. W przyszłości - planuję dodać nie tylko swoje, ale także znalezione najciekawsze rozważania, dobre opowieści z przesłaniem i aforyzmy.

Strona powstała w Joomli, którą się zachwycam - bardzo dużo możliwości. Trochę zabrało, zanim to rozgryzłem, ale jest dobrze :) Konwencja kolorystyczna - z premedytacją taka, a nie inna, własnoręcznie wymodzona. Delikatny spokojny kolor, no i obowiązkowo coś w odcieniu czerwieni (wiśnia?). 

Zachęcam do odwiedzania i korzystania :) 

piątek, 23 lipca 2010

Apostołka apostołów przy pustym grobie

Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Maria Magdalena natomiast stała przed grobem płacząc. A kiedy /tak/ płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa - jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg. I rzekli do niej: Niewiasto, czemu płaczesz? Odpowiedziała im: Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono. Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz? Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę. Jezus rzekł do niej: Mario! A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: Rabbuni, to znaczy: Nauczycielu. Rzekł do niej Jezus: Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich bracii powiedz im: Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego. Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: Widziałam Pana i to mi powiedział. (J 20,1.11-18)
Tym razem to nie dzisiejszy tekst - ale z wczoraj. Bo wczoraj Kościół wspominał jedną z najciekawszych postaci związanych z osobą Jezusa. I nie tylko dlatego, że na kanwie kilku mniej lub bardziej spiskowych teorii wokół niej napisano ostatnimi czasy, począwszy od Kodu Leonarda da Vinci Dana Browna sporo dobrze sprzedających się powieści. 

Może przede wszystkim dlatego, że była kobietą. Chodzi o Marię z Magdali, zwaną popularnie Marią Magdaleną. Tę właśnie, której jedną z historii opowiada powyższy obrazek ewangeliczny. Nie wystarczyło jej to, że była z innymi kobietami i Janem pod krzyżem, widziała ostatnie stadium, apogeum męki Zbawiciela, Jego śmierć, to jak żołnierz przebijał Mu bok. Może słyszała w tym wszystkim krótką wymianę zdań - a raczej obronę Jezusa przez Dyzmę (pierwszego świętego? sam Jezus obiecał mu niebo), który później wyznaje wiarę i prosi o miłosierdzie. 

Już w tym fragmencie jej postawa jest inna. Bo co zrobili uczniowie? Niektórzy pouciekali z miasta - jak tych dwóch, których sam Zmartwychwstały musiał przekonywać i zawracać, gdy już prawie do Emaus doszli. Inni - zaszyli się w wieczerniku, tym niedawnym miejscu wspólnego z Nim ucztowania, bo.. bali się. Sytuacja ich przerosła, nie wiedzieli - co dalej, co zrobić, czy przegrupować się, a może rzucić to wszystko i wrócić do swoich domów, do swoich zajęć, które 3 lata wcześniej porzucili, idąc za Nim? 

Nie wiemy, co było w sercu Marii z Magdali. Na pewno wielki ból i smutek. Czy się bała? Ewangelista o tym nie wspomina. Nie sądzę. Bolała, bo straciła kogoś, kto był dla niej najważniejszy - nie jako kochanek, potajemny partner, ojciec ukrytych dzieci (co niektórzy autorzy spekulują). Zresztą - czy ona sama nie mogła Go kochać jako człowieka? Mogła. Co nie znaczyło wzajemności. Był człowiekiem, ale i Bogiem, któremu uwierzyła, który był jej punktem odniesienia. I już po tych niespełna 3 dniach przyszła, aby pobyć choćby z tą cielesną powłoką, jaka została po Jego śmierci. Chciała w ten sposób oddać mu hołd. Nie zważała na to, co powiedzą ludzie, na ewentualne problemy gdyby napotkała strażników, których przecież Piłat mógł zostawić przy grobie wichrzyciela za jakiego w oczach Żydów uchodził Jezus. 

Stąd jej łzy, które były na pewno łzami szczerej tęsknoty za kimś, kto wskazał jej drogę, a dopiero co został brutalnie zabity. Maria otrzymuje pierwszy po śmierci Jezusa znak od Boga - widzi aniołów. Gdzie jest ciało? Co się stało? Ukradli je? Jeszcze nie rozumiała, co się stało - nie oczekiwała nic, po prostu chciała ostatni raz oddać Panu hołd, namaszczając Jego ciało. Nawet tego nie może zrobić... Nie rozpoznaje Jezusa, gdy ten odzywa się tuż za jej plecami. Ale nie poddaje się - jeśli to  ty Go zabrałeś, powiedz mi, gdzie Go położono. Ma swój cel i nie zamierza odpuścić. 

To, co usłyszała później, musiało w jakiś sposób przypominać wcześniejsze zdarzenie. Kiedyś musiała być sytuacja, gdy Maria pierwszy raz o Nim usłyszała. Od ludzi? Z plotek o uzdrowieniach, o wyrzucaniu demonów przez Niego? Ktoś opowiedział kawałek z Jego nauki? Może sama Go gdzieś usłyszała? Na pewno wtedy Bóg zapukał do jej serca. Zwrócił się do niej tak, jak Bóg zwraca się do każdego - wprost, po imieniu. Mario. Mówię właśnie do ciebie. Zwracam się do wszystkich, każdemu proponuję zbawienie. Ale mówię też konkretnie do ciebie. Tak, jak Zmartwychwstały mówiący w tej chwili do niej. To On. Żyje! 
Także pierwsze posłanie po zmartwychwstaniu Jezus kieruje do niej. Właśnie jej się pierwszy objawia. To ona ma zanieść radosną nowinę do apostołów. Nie Piotr, nie Jan - ona, kobieta, Maria. Pusty grób rozpromienia historię chrześcijaństwa i ogłasza zwycięstwo Zbawiciela nad śmiercią właśnie dzięki Marii, przez nią. jako pierwszą W świetle ówczesnych konwenansów, niskiej pozycji  kobiet w społeczeństwie - paradoks. Znali ją, to prawda, ale mogli pomyśleć, ze zwariowała. Zresztą, najpewniej - co można odczuć, czytając ewangelie - Piotr nie pobiegł do grobu dlatego, że się ucieszył, ale dlatego że po prostu nie uwierzył. Eh, mała wiara...

Wschodnia tradycja Kościoła przypisuje Marii z Magdali tytuł apostołki apostołów. Gra słów z jednej strony, ale jakże prawdziwa. Pozostają pytania co do jej wcześniejszych dziejów, zanim dołączyła do grupy idących za Jezusem. Pewne jest, że Jezus wyrzucił z niej bodajże 7 złych duchów, o czym wspomina ewangelia Łukasza. Tak samo jak to, że jest o niej mowa w każdym miejscu, gdy autor wymienia podążających za Panem (Marii było tam kilka - ale o tej zawsze jest mowa). Z czego wynika to, że utożsamia się ją z jawnogrzesznicą, którą Jezus uratował od ukamienowania, cudzołożnicą? Nie wiem i nie rozumiem - chociaż nie wykluczam, bo nie takie pokręcone życiorysy Jezus rozprostowywał. Jakoś mi się w to wierzyć nie chce. Może przemawia przez to jakaś próba zdyskredytowania przez wczesnochrześcijańskich pisarzy jej osoby? No bo kto by pomyślał, nie wypada - żeby  k o b i e t a ... 

Dla mnie to świetna postać. Która na szacunek zasługuje nie ze względu na parytety czy tego typu bzdury, czy fakt bycia kobietą. Ona zasługuje na szacunek, bo nie zabiegała o pierwszeństwo o którym napisałem (często niezauważane), a jednak Jezus ją nim obdarzył: pierwsza zaniosła radosną nowinę od grobu. Zasługuje na szacunek ze względu na swoją postawę po śmierci Pana - to, że nie uciekła, nie bała się, ale ukojenia szukała przy Nim, szła oddawać Mu hołd. Wspaniała patronka ludzi, którzy wierzą nadziei wbrew nadziei. 

>>>

GN opublikował ciekawy tekst na temat blogów księży. Bardzo cieszę się, że zwrócili uwagę np. na blog ks. Andrzeja Przybylskiego, który często i chętnie czytam. Napisali o ks. Arturze Stopce - bo aktywnie pisze na wielu frontach. Dziwię się, że pominęli blog ks. Tomasza Sękowskiego (może dlatego, że ostatnio rzadziej pisze?). Trochę nie rozumiem reklamowania tego bloga - artykuł wychodzi pod koniec lipca 2010, zaś ostatni wpis... z listopada 2009.

W ogóle - jak ktoś zainteresowany jest księżowskimi blogami - spora lista (jedyna w swoim rodzaju) jest w serwisie kaplani.com.pl.

>>>

Jakoś nie chciało mi się pisać... Przelewanie z pustego w próżne... Chodziło o przepychanki odnośnie krzyża, który po katastrofie w Smoleńsku stanął przed pałacem prezydenckim. Przecież to jest oczywiste. Teren państwa, kancelaria decyduje. Tam ma i powinien być pomnik. A krzyż jako symbol może zaistnieć w innym, lepszym miejscu. Bardzo dobry tekst o przeciąganiu krzyża.

>>>

Kilka świetnych myśli z tekstu o pracujących w Bronxie franciszkanach ze wspólnowy Renewal (Odnowa), o tym że życie to jak stołek o 3 nogach i o skakaniu w ciemno ze schodów ufając Bogu:
Benedykt XVI powiedział, że serce misjonarza to serce, które jest przebite. Bardzo mnie to dotknęło. Zmagałem się długo z tym, o co pytasz. Przebicie serca jest częścią nawrócenia. Uczę się kochać tych, którzy ze mnie szydzą. Sam byłem kiedyś pierwszym, który kpił z chrześcijan. Często czuję strach. To dobrze, bo mam możliwość wyboru: wyjść na ulicę czy zostać w celi. Ewangelizacja to mieszanka strachu i „Jezu, ufam Tobie”. Zastanawiałeś się, dlaczego Bóg w ogrodzie Eden postawił drzewo? Po to, by Adam miał możliwość wyboru. Zmaganie się z możliwością odrzucenia jest codziennym chlebem apostoła. Umieram, by dać życie innym.

– Bóg nie wchodzi z butami w twoje życie – wyjaśnia o. Agustino. – On delikatnie pyta. Tak rodziło się moje powołanie. Tuż po nawróceniu mówiłem: „Panie, dla Ciebie wszystko! Co mam robić?”. Usłyszałem cichy głos: „Chcę, byś został kapłanem”. „Panie, spraw, bym został milionerem, a ja rozdam pieniądze ubogim” – krzyczałem. A w sercu słyszałem: „Chcę, byś został kapłanem”. „Panie, założę liczną rodzinę, a moje dzieci wychowam na prawdziwych chrześcijan”. „Chcę, byś został…”. „Panie – nie dawałem za wygraną – dla Ciebie wejdę na Mount Everest!”. „Chcę...”. Co było robić? Skapitulowałem – śmieje się zakonnik z Teksasu. – Nie żałowałem tego ani przez chwilę. Dziś wiem, że jedyną rzeczą, która może mnie uszczęśliwić, jest wypełnienie Jego woli. 

Chcę być dzieckiem. Dziecko jest wolne. Nie wstydzę się okazania słabości. Dziś rano czytałem słowa Faustyny i zacząłem płakać. Dar łez – czułem to wyraźne – był głosem Jezusa mówiącego: Zobaczcie, jak bardzo was kocham! 

Chciałem grać jedynie dla Pana, ale nie potrafiłem. Spowiednik zalecił, bym codziennie przez pół godziny grał jedynie dla Boga. Bez świadków. Grałem, ale czułem, że wciąż się popisuję. „Jezu, daj mi czyste serce! – wyłem. – Zabierz mą ogromną pychę!”. Grałem tak samotnie przez pół roku. Robiło mi się już niedobrze. Spowiednik powiedział, że może to potrwać nawet 4 lata. Zdobywanie cnoty to długi dystans. Budujemy solidny dom, a nie domek z kart. Po miesiącach codziennej walki odetchnąłem. Poczułem, że modlę się grą i przestaję się popisywać. Dziś niczego już nie chcę, jedynie grać dla Niego. Jeśli przestanę, zaczną wołać kamienie. – A czego bardziej boicie się, wychodząc na ulice Bronksu: agresji czy szyderstwa? – pytam, żegnając się z zakonnikami w szarych habitach. – Odrzucenia – odpowiada o. Agustino. – Boję się starego człowieka, który we mnie drzemie. Dlatego każdego dnia staję na szczycie schodów i błagam: „Łap mnie!”.
O co chodzi z tymi schodami? Przeczytaj całość :)

środa, 21 lipca 2010

Ambitna pokora ziarna


Tego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał niektóre [ziarna] padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha! (Mt 13,1-9)
Pewnie najczęściej, w kontekście tej przypowieści o siewcy, słyszymy z ambony o tym, że są to słowa o szansie, jaka jest każdemu dana, o tym jakie możemy owoce przynieść dzięki naszym (a właściwie nie naszym ale złożonym w nasze ręce) talentom. Że to taka ogólnikowa, kompleksowa ocena, osąd nad człowiekiem, jaki z perspektywy całego życia, już po jego zakończeniu, w dniu sądu odbędzie dobry Bóg nad każdym z nas. Dla nas - jakbyśmy taki filmik, jakby skrót wiadomości obejrzeli, tyle że zamiast informacji z danego dnia - całe moje życie, to wszystko co i jak robiłem.

Dzisiaj odkryłem, że jest to tekst... o pokorze. Tak. Pokorze i umiejętności zdystansowania się wobec własnych ambicji i tego, dokąd (a zwykle - dalej niż jesteśmy w stanie) sięgamy. Miewamy pomysły, plany, chcemy zwojować świat - i to nie jest złe, bo przecież chrześcijaństwo to radykalizm, konkrety i stawianie spraw jasno, wyraźnie; nie ma miejsca na półśrodki i bylejakość. 

Problem pojawia się, gdy tym planom podporządkowujemy wszystko. Bo na początku człowiek chce, aby Bóg go prowadził, ufa Mu, stara się i obiecuje dokładne przestrzeganie Jego nakazów i zakazów. Chce zdobyć wiele - ale z Jego pomocą, Jego drogą idąc. Ale im dłużej i dalej idzie, im więcej się na różne - najczęściej niezbyt chwalebne i dobre - postawy napatrzy w życiu, tym bardziej zaczyna, mniej lub bardziej świadomie, hołdować powiedzeniu cel uświęca środki

Zaczyna się od tego, że raz czy drugi przymknie oko na coś, co z Bożego punktu widzenia nie takie - a tu jakąś świnię podłoży w pracy, a tu coś przemilczy - no przecież Bóg się nie obrazi, w końcu kocham Go, wierzę w Niego, modlę się. A potem już z górki, jak to mówią. I w pewnym momencie okazuje się, że ten Bóg ze swoją hierarchią wartości, którą to niby wyznaje człowiek, zostaje gdzieś, hen, na końcu tego wszystkiego, co w życiu najważniejsze. 

A wtedy - nawet najwyższy możliwy dyrektorski stołek i pięciocyfrowa pensja nic nie pomoże. To tylko rzeczy, sprawy materialne. Warte tego, aby z ich powodu przegrać to, co nienamacalne, ale o ileż bardziej trwałe? Warto się zarobić - na czym cierpi rodzina, dzieci? Związki nie rozsypują się tylko dlatego, że brakuje wierności, że jedno drugie zdradziło - także dlatego, że stają się obcy, bo tak bardzo poświęcili się tej robocie dla rodziny... że zabrakło miejsca i czasu dla samej rodziny. Gdy Bóg jest na pierwszym miejscu - wszystko inne jest na właściwym. A jak nie - to już różnie bywa. 

Miej ambicje i plany. Chciej coś w życiu osiągnąć. Nie bądź leniwy. Do odważnych świat należy. Tak - ale pozostaw w tym wszystkim miejsce na palec Boży, na tchnienie Jego Ducha, na Jego wolę. W modlitwie wsłuchuj się w to, co On wskazuje, w kierunek który Ci proponuje. Nawet, jeśli wydaje się to na pierwszy rzut oka nielogiczne, niemożliwe. Mało to takich było, którym przewrócił do góry nogami życie i uczynił naprawdę szczęśliwymi, choć im samym to się w głowie nie mieściło? Nawet, gdy w efekcie nie mieli willi, limuzyny, wakacji na Karaibach i pękatego portfela. Bo to nie wszystko. 

Bo szczęście osiągniesz tylko wtedy, gdy idąc przez Niego drogą wskazaną będziesz starał się zrealizować. Samemu może i po ludzku sądząc będziesz miał wszystko - ale gdy na Boga się wypniesz, po prostu się pogubisz, nawet gdy odkryjesz to dopiero za kilka, kilkanaście lat.

Bóg jest tym wielkim siewcą, a my mamy przynosić plony. Ale jednocześnie - ty sam jesteś siewcą ziaren, z których wyrosnąć mają plony twojego życia. Różnie to w życiu bywa. Czasami jakiś pomysł uda się zrealizować lepiej, czasem gorzej, a jeszcze kiedy indziej - wcale. Tak jak z tym ziarnem w Ewangelii. Raz ktoś inny wykradnie ci pomysł. Kiedy indziej okoliczności nie będą sprzyjające, coś się posypie. Ale nie poddawaj się. Miej w sercu miejsce na zdrową pokorę.

Świetnie pasują do tego słowa, jakie Jeremiasz usłyszał od Boga, gdy Ten go powoływał (Jr 1,1.4-10). A on, jak to człowiek, nie bardzo wierzył w swoje siły. Nie mów: Jestem młodzieńcem, gdyż pójdziesz, do kogokolwiek cię poślę, i będziesz mówił, cokolwiek tobie polecę. Nie lękaj się ich, bo jestem z tobą, by cię chronić - wyrocznia Pana. I wyciągnąwszy rękę, dotknął Pan moich ust i rzekł mi: Oto kładę moje słowa w twoje usta. Spójrz, daję ci dzisiaj władzę nad narodami i nad królestwami, byś wyrywał i obalał, byś niszczył i burzył, byś budował i sadził. Zacznij siać, nawet gdy jest to kolejna próba. Tego Bóg od ciebie chce. Tylko spróbuj ponownie, i nie poddawaj się.

Uwierz Bogu - to żadna kara. Spróbuj tego, co On ci proponuje. Nie masz nic do stracenia. Zasiej na nowo i módl się o dobre plony. Abyś w nich się zrealizował. Ile razy, raz po raz, On hojnie daje nam znowu możliwość owocowania, przynoszenia plonów? Ile już takich okazji sam zmarnowałem? A On - jakby wbrew logice - sieje znowu. Może tym razem mi się uda. Włóż w to, co chcesz osiągnąć, choć krztynę z tej miłości, jaką On ma ku nam - i na pewno się uda.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Tak jak Maria - czyli savoir vivre nie jest najważniejszy

Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Przystąpiła więc do Niego i rzekła: Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła. A Pan jej odpowiedział: Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona. (Łk 10,38-42)
Obrazek, w zestawieniu z I czytaniem (Rdz 18,1-10a) o Abrahamie i nieznajomych, których ugościł sutym posiłkiem i który za to (nie tylko zresztą za to) otrzymał obietnicę urodzenia się potomka, może wydawać się jakby sprzeczny. No bo jak - Bóg Abrahama nagradza za jego pracę, bezinteresowne usługiwanie przypadkowym wędrowcom? A z kolei sam Jezus Martę, która - może i słusznie po części - miała żal do siostry, że jej nie pomaga, delikatnie rzecz biorąc, skarcił? (a konkretnie - wskazał na inną kwestię)

Łatwo buntować się i burzyć na coś, czego nie rozumiemy. Bo Jezus nie pochwalił nieróbstwa Marty, nie wskazywał na celowość lenistwa i nie propagował nigdy takich postaw. Jezus nie docenił tego, co Maria mu - i innym gościom - przygotowała? Doceniał, jak każdy wysiłek jakiegokolwiek napotkanego człowieka, pracę i trud. To, co zrobił, co powiedział - było niczym innym jak formą wyrażenia uznania. Poszerzenia horyzontów. Marto - wspaniale, że zatroszczyłaś się o stół, posiłek, o żołądek mój i gości. Ale jest coś innego, na co tez powinnaś się otworzyć.

Oczywiście, z punktu widzenia savoir vivre'u, Marta postąpiła słusznie. Gość dom - Bóg w dom, w tym konkretnym przypadku nawet nie w przenośni, ale dosłownie. Trzeba przyjąć, ugościć, przygotować potrawy w wystarczającej ilości, przyozdobić stół, zatroszczyć się o napoje. Żeby z tego materialnego, zewnętrznego, wizualnego punktu widzenia nic nie brakowało. (Na marginesie - proboszcz w kazaniu mówił wczoraj, ciekawie zwrócił uwagę, że dzisiaj nie zaprasza się już tylu gości co kiedyś, gdy nawet biedniej było - bo za dużo przygotowań, trzeba wydać pieniądze, przygotować potrawy, stracić czas i środki - więc po co...)

Zresztą, jej postawa odpowiadała wyobrażeniu tego, co człowiek daje Bogu w Starym Przymierzu. Jesteś dla Boga, więc starasz się mu dużo dać, dużo ofiarować. I to właśnie Marta zrobiła. Analogicznie jak w/w Abraham (na marginesie - wydaje mi się, że Trójca Rublowa to bardzo dobra ilustracja dla obrazku z Abrahamem pod dębami Mamre). Tak, jak on nie dał wędrowcom resztek może z tego, co rodzina już  tego dnia jadła - kazał żonie wypiec świeże pieczywo, świeży nabiał, dobry trunek i najlepsze oprawione cielę. Nie z tego, co zbywało - ale z tego, co najlepsze.

Niekoniecznie postawę Marii można oceniać w kategoriach lepiej, gorzej. Postąpiła inaczej. Jakby kierowała się nieco inną hierarchią - najpierw człowiek, ukochana osoba, uczucie przywiązania, miłość, a dopiero za tym wszystkim to, co materialne, potrzeby czysto fizyczne - zaspokojenie głodu. Zresztą - Jezus w żaden sposób jej nie wywyższył na tle siostry. Raczej postawił ją Marcie jako przykład może bardziej właściwego podejścia. Bo z pewnością, wtedy ani później, nie miał prawa wątpić w autentyczność ich wiary i miłości.

Ewangelista nie napisał nic o tym - ale z pewnością Maria nie siedziała bezczynnie, gdy dom przygotowywany był na Jezusa i Jego towarzyszy. Na pewno pracowała z innymi - i wiedziała, że to, co wypada przygotować, co najważniejsze i konieczne jest gotowe. Dlatego w sytuacji, gdy sam gość pojawił się w domu - uznała, iż teraz On jest najważniejszy, że Jemu musi poświęcić uwagę, na Nim się skupić. Czasami ludzie postępują w myśl zasady, że jak chcesz to mieć, to zapracuj; robić, robić, pomnażać, własnoręcznie pracować i zasługiwać na coś, po wysiłku się osiąga. Dochodzi wówczas do dość dziwnej (herezja?) sytuacji, gdy takie nastawienie - po przełożeniu go ze sfery materialnej na duchową - prowadzi do poglądu, że człowiek dobrym, pobożnym życiem sam zasługuje i zapracowuje na zbawienie. A gdzie radość z przyjęcia tego, co zawsze jest bezinteresownym DAREM miłości i łaski Boga, wysłużonym na krzyżu? Ja zdobyłem. Nie. Ty możesz otrzymać.

Owszem, wiele zależy od tego, jak człowiek jest do Boga nastawiony - otwiera się, czy zamyka. Ale człowiek musi patrzeć, słuchać, chłonąć - najpierw mówi Bóg, i gdy On jest blisko i mówi, to po prostu trzeba słuchać. Jak się wsłuchasz, posłuchasz i wysłuchasz, a potem postarasz się zrozumieć - będziesz wiedzieć, co robić. Dasz sobie dalej radę. Bóg wskaże kierunek, i ty idąc w nim osiągniesz z Jego łaską wszystko, co jest potrzebne. Ale nie sam. Osiągnięciem w tym wypadku nie jest przejście całej drogi, i chełpienie się swoją wielkością z tego tytułu - ale umiejętność zrozumienia tego, co On mówi i przyjęcie darmowego daru Bożego zbawienia, które ofiaruje jako cel na drodze. Cel, do którego człowiek dąży - ale sam by go nigdy nie osiągnął. Nie bez Boga. I nie bez wiary, którą On daje.

Jak to osiągnąć? Będąc jak Maria. Rozpoznając właściwie czas - odróżniając to, kiedy jest czas na przygotowania, a kiedy jest czas na zasłuchanie w Tego, który mówi do ciebie. Pewnie, gdyby wszyscy cały czas siedzieli i nie pracowali - cywilizacja by się zawaliła, tak by się nie dało funkcjonować. Ale i w tym, w pracy, musi być wiara - bo bez niej te nasze uczynki nie mają sensu, jak to napisane martwe są. Nie wiara w cuda, ale wiara w Boga - świadomość tego, że tylko On jest źródłem wiary i łaski. Maria to wiedziała. Dlatego znalazła się u Jego nóg, zasłuchana.

Ks. Mariusz Pohl genialnie to opisał - najpierw trzeba być Marią, potem Martą. Czerpać przykład od obydwu - ale we właściwej kolejności i właściwym czasie. Robić to, co potrzebne, czego wymaga sytuacja - ale umieć w tym czasie, albo po, podziękować Bogu. A inaczej - dać z siebie wszystko dla Boga właśnie po to, żeby później umieć otworzyć się na to, co Bóg mnie daje, co chce powiedzieć. Jakby dwa etapy, dojrzewanie do wiary. O pierwsze nie jest trudno  - jednak ze zrozumieniem potrzeby drugiego różnie, co widać przy Marcie, bywa.

Marta uczy nas pracy, Maria zaś zasłuchania i modlitwy. Jedno z drugim wystarczy. Jeśli poza tym zostawi się miejsce dla Boga. Takie wyważone ora et labora - i to ile wieków przed św. Benedyktem :) Po co to? Czy postawa Marty nie wystarczy? Właśnie nie. Ona zabłądziła we własnej aktywności. Dała z siebie wszystko, co mogła, ale nie potrafiła zrozumieć - teraz jest czas, aby samemu z Niego zaczerpnąć. Usiąść u stóp, jak siostra Maria, i posłuchać. Stąd jej żal, jakby wyrzut pod adresem siostry.

Bo praca, jaka by nie była, od Jezusa musi się zaczynać i na Nim kończyć. Żeby nie było miejsca na - niesłuszne najczęściej - zarzuty pod adresem innych o nieróbstwo, brak inicjatywy, gnuśność, żeby uniknąć niepotrzebnych nerwów. Kiedy jest w tym wszystkim czas na spotkanie z Nim - na kontemplację, bo o niej mowa - to wszystko pięknie się zazębia, uzupełnia. Wtedy proporcje są odpowiednie.

Wtedy każdy znajdzie czas i potrzebę, aby przysiąść u Jego nóg, i zasłuchać się. Tak jak Maria.